OdmienNe poglądy?

fot. Bożena Szuj

Już od dawna miałam zacząć pisać zupełnie inny tekst. Tekst, który od niemal dwóch lat dojrzewa we mnie, krystalizuje się, przybiera nowe formy; ukazuje mi się w sprecyzowanych myślach i gotowych fragmentach zdań. Dziś jednak muszę się od tego wszystkiego oderwać i poruszyć temat, który zawsze, kiedy pojawi się w moim życiu, dotyka mnie do żywego. Temat przemycania przez bliskich i rzucania tuż pod nasze nogi zła nazywanego dla niepoznaki swoimi poglądami, do których każdy ma przecież prawo. Doskonała i jakże efektywna manipulacja! Czujesz się – będąc we własnej przestrzeni, własnym azylu, do którego zapraszasz osobę ci bliską – obrzygany przez nią jakąś odrażającą substancją, a równocześnie nie możesz zareagować adekwatnie, bo z jednej strony domownicy, czytając w twoich myślach, kopią cię pod stołem w łydkę, z drugiej to w końcu gość, a z trzeciej zaczyna ci się odtwarzać w głowie dobrze znane pytanie:

Znowu nie możesz znieść, że ktoś ma inne poglądy niż Ty?

Pytanie ciągnące się za mną od bardzo dawna. Każdy mój przejaw buntu i niezgody na jakąś formę wypowiedzi, był sprytnie przekształcany w broń używaną przeciwko mnie samej.

Świat nie będzie ci tylko przytakiwał. Ludzie mają prawo myśleć inaczej.

Tak. Dlatego z ciekawością, a czasem nawet zdumieniem, słucham, że ktoś w ogóle nie jada zup i nie lubi łączyć surówki z ciepłym daniem, ktoś inny nie wyobraża sobie życia bez biegania i okazjonalnego grzybobrania, a jeszcze inny do osiągnięcia satysfakcji seksualnej musi znaleźć się w trójkącie. Przyjmuję z pokorą, że istnieją na tym świecie fani Guns N’ Roses. Z trudem, ale zaczynam akceptować tych, którzy doceniają tekściarstwo Agnieszki Osieckiej. Są wśród nas i tacy, którzy panicznie boją się chodzić do teatru, bo kiedy raz do niego poszli, aktor dostał na scenie zawału serca (anegdota opowiadana przez profesora Krzysztofa Kłosińskiego). Inni nienawidzą muzyki poważnej i nigdy nie byli na żadnym „poważnym” koncercie. Mam w pamięci fascynujące rozmowy z czytelnikami Danielle Steel na tematy inne niż pretensjonalna literatura. Lubię kilku wyborców partii tak światopoglądowo mi obcych, że aż sama się czasem dziwię temu, jak mimo wszystko trwałe są fundamenty naszych relacji.

fot. Bożena Szuj

Otaczają mnie mięsożercy, których nie próbuję nawracać na niejedzenie mięsa, choć w mojej opinii dokonują wyboru złego i wynikającego z egoistycznych pobudek. (Na wszelki wypadek nie pytają.) Od lat – przejęta troską o Planetę – nie kupuję ubrań w sklepach innych niż te oferujące kolejny ich obieg, co nie znaczy, że prawię komukolwiek kazania na temat kupowania ciuchów w sieciówkach. Nikt mnie też nie zaprasza na wspólne łażenie po sklepach, bo i tak bym odmówiła.
Mam sprecyzowany pogląd na temat wszelkiego rodzaju hodowli psów i wspierania ich poprzez kupowanie rasowych szczeniaków. Nie oznacza to jednak, że obrażam się na bliskich, którzy z własnych powodów decydują się na taki zakup. Jest mi też autentycznie przykro, kiedy takie pieski zaczynają chorować na schorzenia związane z ich rasą i nie miałabym czelności powiedzieć komukolwiek „a nie mówiłam?”.

fot. Bożena Szuj

Znam nawet miłych ludzi zajmujących się w ramach hobby myślistwem. To już rzeczywiście kładzie pewien cień na moją do nich sympatię, ale nie zmienia też obserwacji, że można być dobrym częściowo. Lub też w danych obszarach. Czyjeś odmienne preferencje lub pasje mogą fascynować właśnie dlatego, że tak różnią się od naszych. Kiedy lata temu koleżanka ze studiów w Warszawie opowiadała mi, że lubi wynajmować mieszkania w głośnych miejscach, bo nie może zasnąć, kiedy jest zbyt cicho, byłam zadziwiona. Dopiero wtedy zrozumiałam, że hałas wcale nie musi być oczywistym minusem. W każdym razie nie dla każdego.

Gust muzyczno-literacki z kolei zdradza nasz rodzaj wrażliwości i o ile rzeczywiście bez sensu jest dyskutować o tym, dlaczego coś kogoś porusza, a coś innego nie, uważam że zdecydowanie ci, którzy posiadają takie kompetencje, powinni rozmawiać o tym, co jest jakościowo złe i nazywać to po imieniu. Nie po to, żeby odbiorcom zrobić przykrość (bo w końcu każdy chłam znajdzie swoje docelowe ucho czy oko), ale po to, by monitorować ogłupianie społeczeństwa, z którym już od dawna mamy w mainstreamie do czynienia.

fot. Bożena Szuj

Co zresztą tak naprawdę można nazwać „poglądami”? Styl życia? Codzienne wybory? Przekonania polityczne? Religijne? Ogólne spojrzenie na świat? Wg Słownika Języka Polskiego PWN pogląd, to:

sąd o czymś oparty na przeświadczeniu o prawdziwości lub fałszywości czegoś

Słownik Języka Polskiego PWN

I największym problemem jest dla mnie właśnie ów „sąd”. Sądzimy, a więc wydaje nam się, że… To stwarza przestrzeń do powątpiewania, do zmiany swojego stanowiska w zetknięciu z nowymi danymi, z faktami, o których wcześniej nie wiedzieliśmy. My jednak częściej chyba zamiast sądzić, osądzamy. I tu zaczyna robić się niebezpiecznie. Jeszcze pal sześć, jeśli podzielimy się gdzieś osądem, że oto popularny serial jest jednak do bani, a grające w nim gwiazdy posługują się mniejszą liczbą środków wyrazu niż drewniaki naszego dziadka. Co jednak, kiedy osądzimy, że Hitler miał w swoim chorym założeniu trochę racji? Łatwo ten akurat argument zbić regulacjami prawnymi. Bo takie są. Co jednak w przypadkach, w których takich regulacji jeszcze nie ma? Co, kiedy ktokolwiek w dzisiejszym świecie, mając dostęp do najnowszej wiedzy, osądzi, że zbrodniarz Putin postępuje właściwie?

fot. Bożena Szuj

Tutaj odzywa się we mnie szacunek do starej szkoły niepodawania ręki za poglądy, które urągają ludzkiej przyzwoitości. Ale czy w takiej sytuacji zamiast unoszenia się honorem ważniejsza nie jest właśnie rozmowa i uświadomienie drugiej stronie ewidentnego błędu poznawczego w jej myśleniu? Niektóre poglądy wynikają z błędnego wnioskowania. Tylko ilekroć zwrócę na to uwagę, jestem zakrzykiwana. Jestem zakrzykiwana zresztą od kiedy pamiętam. Zakrzykiwana przez narrację bardziej napastliwą, agresywną, czasem podkręconą alkoholem. Zakrzykiwana z pozycji pozornej siły przez narrację taranującą swoim mam prawo i zdania nie zmienię. Zanim się kompletnie rozsypię (a rozsypuję się niestety zawsze), uśmiecham się do tych deklaracji o swoim prawie, bo deklarować mogą to jedynie ci, którzy jeszcze nie rozumieją, że cały czas są wolni. Mogą myśleć i robić, co im tylko przyjdzie do głowy. Nawet to, do czego nie mają prawa. Jedyne, czego nie mogą, to oczekiwać poklasku od wszystkich wokół oraz nie liczyć się z konsekwencjami swoich wyborów. I tyle. Problemem, który dostrzegam, jest deficyt odwagi. Do całkowitego skorzystania ze swojej wolności, a przede wszystkim wzięcia za swoje słowa i czyny odpowiedzialności, jest ona nieodzowna. Odważni ludzie robią to, co czują, że zrobić muszą (stąd mój dozgonny szacunek m.in. do Jacka Kuronia czy Władysława Frasyniuka). Tchórze (przepraszam, ale w tym wypadku nie potrafię się bawić w eufemizmy), żeby w swojej wygodnej dla siebie opinii poczuć się pewniej, rozglądają się dookoła, szukając poparcia, a kiedy go nie dostaną, próbują je wymusić krzykiem, pozornie logicznymi argumentami i zasiewaniem strachu. Dlaczego chcą się w swojej wygodnej dla siebie opinii poczuć lepiej? Bo gdzieś w środku na ogół czują, że ta opinia nie jest dobra i słuszna. Dobre wybory rzadko kiedy są wygodne.

fot. Bożena Szuj

W taki sposób działają zresztą nie tylko ludzie mało odważni, ale również populistyczni politycy. Jednak nie przeceniałabym ich wpływu na masy. Dostają żyzny grunt. Niezwykle łatwo zawiadywać zbiorowym strachem. Niech ktoś spróbuje pozawiadywać zbiorową odwagą!

W tle leci oczywiście „Babilon upadł”, który dosłownie ratował moje życie za każdym razem, kiedy przez ostatnich kilka miesięcy waliłam głową w mur zwany polską szkołą publiczną. (W drugim tle leci „Another brick in the wall”.)

I tu pojawia się pytanie najważniejsze: na ile możemy oddzielić człowieka od jego poglądów, by szanując tego pierwszego, móc zgodnie z własnym sumieniem nie szanować tych ostatnich? I czemu silna potrzeba nieszanowania poglądów, które uważa się za wielce niebezpieczne jest tak demonizowana? Czemu ląduje się za nią na banicji wraz ze wszystkimi ciasnymi umysłami, które nie tolerują żadnej wokół siebie inności?

fot. Bożena Szuj

Wszystko, co nas i indywidualnie, i zbiorowo, triggeruje, jest dla nas lustrem. Prawda wyświechtana i stara jak świat.

I o ile część moich Czytelników mogła być ze mną raczej zgodna, teraz pojawi się słowo, które może nas poróżnić. Ale wytrzymajcie. Najważniejsze, co wyciągnęłam z trzymiesięcznej terapii grupowej to właśnie umiejętność wytrzymania najtrudniejszych emocji.

Od dłuższego czasu lustrem dla Polaków są przebywający w Polsce Ukraińcy. Wszystko, co jesteśmy w stanie z siebie wraz z jadem o Ukraińcach wyrzucić, przedstawia smutną prawdę o nas samych. Oczywiście dziś są to Ukraińcy, wczoraj byli Afgańczycy. Do tego w zanadrzu zawsze mamy dobrych wypróbowanych Żydów, społeczność LGBTQ+ i niezawodnych lewaków. Rodzaj inności nie jest tu istotny. Uwierzcie mi.

fot. Bożena Szuj

Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie pomyślał o przebywających w Polsce Ukraińcach z nutą zniecierpliwienia. Kto nie wywrócił oczami, słysząc z ust ekspedientki w polskim sklepie wschodni akcent, kto nie wkurzył się, idąc polską ulicą, na zbyt głośno rozmawiającego przez telefon Ukraińca bardziej niż na zbyt głośno rozmawiającego przez telefon Polaka. Choć wszyscy wiemy przecież, z jakiego koszmaru ci ludzie uciekli. Rozumiemy chyba, że gdyby ich wnuki, dzieci, bracia, partnerzy nie walczyli dziś na froncie, walczyć musielibyśmy my. Przecież zdajemy sobie z tego sprawę.
Podobnie, jak mimo całego mojego rozumienia dzieci, mojego pedagogiczno-psychologicznego zaplecza, mojej nieziemskiej wobec dzieci cierpliwości (wprost proporcjonalnie odwrotnej do tej wobec dorosłych) i sporej empatii, czasem mam niektórych dziecięcych zachowań zwyczajnie po dziurki w nosie. I tym bardziej jest mi przykro, bo znam orzeczenia każdego tzw. trudniejszego dziecka w obydwu szkołach na pamięć, rozumiem mechanizmy, a jednak… czasami mimo wszystko po prostu mam dość.

fot. Bożena Szuj

I teraz pytanie, co z tym mam dość zrobić? Mamy wybór. Możemy zachować je w formie myśli niewypowiedzianej lub też wypowiedzianej, ale mądrze. (Mądrze, czyli z perspektywy ja: co mnie boli, z czym ja mam problem.) Ja się swojego mam dość wstydzę. Nic w nim dobrego czy szlachetnego. Ot, zwykła oznaka mojej słabości. Czasem zmęczenia. Kolejny drogowskaz, dzięki któremu wiem, nad czym jeszcze muszę popracować. Czemu się w sobie przyjrzeć, co wyplenić. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy z jakiegoś powodu zdecydujemy się z haniebnej, choć ludzkiej myśli, która przemknęła przez naszą głowę, uczynić własny pogląd i wypowiadać go tak, jak by miał jakąkolwiek wartość. Kiedy zaczynamy się do niego przywiązywać i kurczowo się go trzymać. Kiedy zaczynamy go w rozpaczliwy sposób bronić. Kogo krzywdzimy? Przecież nie Ukraińców. Przecież nie te rozbrykane dzieci. Nie uciążliwego sąsiada czy zbyt atrakcyjną sekretarkę męża. Krzywdzimy tylko siebie, pozwalając na to, żeby myśl, której poświęcamy zbyt dużo uwagi, zaczęła nas zatruwać, zmieniając nas powoli i sukcesywnie w złego człowieka. Naprawdę wiem, o czym mówię.

fot. Bożena Szuj

Jest we mnie niewyobrażalna dla wielu niezgoda na folgowanie sobie w prostych generalizacjach. Naprawdę rozumiem lęk, rozumiem obawy, rozumiem rozgoryczenie płynące często z niewiedzy lub dezinformacji. Coraz częściej też posługujemy się skrótami. To generuje całą masę nieporozumień. Mamy prawo być zagubieni. Mamy prawo pytać:

  • Jakie są granice pomocy?
  • Czy istnieją?
  • Jak pomagać mądrze?
  • Jak się zachowywać w trudnych sytuacjach, żeby nie czuć się wykorzystywanym?

Wracając do starej dobrej szkoły niepodawania ręki za poglądy barbarzyńskie i do złego zagospodarowywania myśli wstydliwych, myślę, że różnica między otwartością a brakiem otwartości na odmienność poglądów to po prostu granice, jakie powinniśmy sobie ustalić. Chwilę temu dałam sobie po raz kolejny wmówić, że nie można się ze mną nie zgadzać. Po raz kolejny uległam manipulacji, przenosząc się w czasie do momentu, kiedy byłam małą, zależną od dorosłych dziewczynką. Kiedy łatwo było mi zamknąć usta i trzymać całą wieczność w szachu zawstydzenia. Ale otrzepałam się i wróciłam. I powinnam to wreszcie powiedzieć wprost, ale zdecydowanie łatwiej mi napisać.

Jestem ciekawa Twoich obaw, może pokrywają się z moimi. Jestem ciekawa Twoich obserwacji – widzisz inny wycinek rzeczywistości niż ja, może razem uda się nam je połączyć i odkryjemy jakąś nową, większą całość. Może wyciągniemy nowe, sensowniejsze wnioski. Jednak po naszym wspólnym – ludzkim – doświadczeniu obydwu wojen światowych nie ma we mnie zgody na nadawanie swoim lękom formy poglądów o treściach:

jestem ksenofobem/rasistą/homofobem/antysemitą itd.

Docenię szczerość, że może Ci czasem przejść po głowie tak straszna myśl. Że jesteś nią przerażony, że Ci za nią wstyd. Nigdy jednak nie uszanuję wyboru, by zrobić z niej własny pogląd.

Zresztą dawno temu, kiedy na mediach społecznościowych pisałam ostrzej i bardziej lakonicznie, podzieliłam się spostrzeżeniem, że „homofobia to nie pogląd, tylko skurwysyństwo”. Nie sądziłam, że stracę przez to kilku znajomych, zwłaszcza tych, z którymi planowałam kontynuację artystycznych projektów. Jednak nie żałuję, bo nadal się z tym stwierdzeniem zgadzam. W tej ksenofobii, błędnie nazywanej przez niektórych „rasizmem” najgroźniejsza jest sama generalizacja, łatwo prowadząca do dehumanizacji jednostek. Masa nigdy nie jest jednolita.

fot. Bożena Szuj

Z innej zaś strony patrząc, myślę, że ze stosunkiem do całej nacji w jej kulturowym przekroju jest trochę jak z zauroczeniem. A jak najłatwiej się oduroczyć? Poznając kogoś lepiej! Póki jest w sferze niedopowiedzeń, zanurzony w naszych własnych na jego temat wyobrażeniach, jest ideałem. Ale im lepiej pozwalamy mu się przed nami odsłonić, tym zazwyczaj większe rozczarowanie. (Choć nie ma, oczywiście, reguły.) Ja też im dłużej żyję w Polsce, tym mam gorsze o Polakach zdanie. Czy jest to jednak jakkolwiek obiektywne? Oczywiście nie. Bo każdy człowiek jest inny bez względu na swoje pochodzenie, kulturę czy orientację. Tak samo Ukraińcy.

fot. Bożena Szuj

Wyobraziliśmy sobie swoje polskie nieograniczone dobro spływające na biednych, uciekających przed wojną sąsiadów. Biednych, więc z przerażenia niemych i wydalających każdym porem swojego ciała nieskończoną wdzięczność dla naszej polskiej dobroci. Wspaniałomyślnie zapomnieliśmy Wołyń. Znaczy przypominając najpierw, żeby wszyscy wiedzieli o czym dokładnie zapominamy. Żeby nikomu nic nie umknęło. I nagle te biedne ukraińskie owieczki… przestały pasować do naszej wizji odbiorców polskiej dobroczynności. Zaczęły się odzywać. Nawet całkiem głośno. I to z akcentem.

fot. Bożena Szuj

Przyjechały autami, czasem bardzo drogimi. W dodatku rzadko kiedy utrzymują należny nam, dobrodziejom, pokłon. A, co już chyba najgorsze, wcale nie tak znowu często dają się lubić. Ktoś, kto ucieka przed wojną powinien samym swoim wyglądem wyciskać nam z oczu łzy. Powinien być jak bezbronny, przerażony piesek w schronisku. Jakaś duma? Odmieniana przez wszystkie przypadki roszczeniowość? Wkurw wypisany na wysoko uniesionych twarzach? Coś nam się tu nie spina. I spinać się, Kochani, nie będzie nigdy! Witajcie w dorosłym świecie! W świecie, w którym dziecko, dla którego flaki sobie wypruwaliśmy, dziś ma w nosie obraz Świętej Matki Polki i rozlicza nas nie z fikcyjnych poświęceń, o które nigdy nie prosiło, ale naszych realnych zaniedbań. Witajcie w świecie, w którym bycie zarówno dobrym, jak i złym człowiekiem to suma codziennych wyborów dokonywanych w oparciu nie o czyjąkolwiek wdzięczność, ale własne sumienie.

fot. Bożena Szuj

Witajcie w świecie, w którym tuż za granicą naszego państwa toczy się wojna nieprzypominająca wojny, którą znamy z książek czy filmów. W świecie, w którym nie musi się nam mieścić czy nie mieścić w głowie, że do kraju zaatakowanego można – mimo statusu uchodźcy – wracać do pozostających tam bliskich, do złudzenia normalności z miliona różnych powodów, których nie musimy rozumieć. Witajcie w świecie, w którym wasze wypowiadane z ciepłej kanapy sądy na temat tego, „co wy byście zrobili na ich miejscu” nie mają najmniejszego znaczenia, gdyż nie jesteście na ich miejscu.
I w końcu witajcie w świecie, w którym wasze zakrzykiwanie moich słów (tak, mówcą jestem fatalnym, zwłaszcza, kiedy jakiś temat mnie podnosi, więc macie swoje pięć minut triumfu) nie zmienia absolutnie nic. Będę je pisać, bo widząc wasze rozpaczliwe reakcje wiem, że próbujecie znaleźć w innych rozgrzeszenie. Nie dam się już wciągnąć w dyskusje o wszystkich Ukraińcach, Polakach, Żydach, czarnoskórych, gejach itp., jeśli powodem użycia takich uogólnień nie będą rzetelne dane statystyczne.

fot. Bożena Szuj

A w całej Polsce żyje ok, 1,5 miliona Ukraińców, czyli zaledwie ok. 4% całego narodu ukraińskiego. Nie znamy wszystkich tych ludzi, choć nawet gdybyśmy znali i na podstawie wnikliwej obserwacji ich zachowań wyrobili sobie na ich temat jakąś opinię, nadal będzie ona jedynie dowodem anegdotycznym. Jednak my swoje opinie czerpiemy znając nie 1,5 miliona Ukraińców, nie 500 czy nawet 200 tysięcy. My zobaczyliśmy przez te cztery lata może pięćdziesięciu, może stu pracowników w sektorach usługowych. Poznaliśmy kilku do kilkunastu Ukraińców w pracy, czasem z kilkoma sąsiadujemy. I to jest ta solidna wiedza, na podstawie której umiemy bez wstydu wygłosić przerażające, pogrążające nas zdanie:

Jestem ksenofobem.

I nie. Nikogo nie „bronię”. Sama mam tylko garstkę dowodów anegdotycznych. Są to przeważnie miłe i wartościowe doświadczenia, które jednak nie mówią mi absolutnie nic o narodzie, ale bardzo dużo o konkretnych ludziach.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser serwuję dziś przejmujący utwór ukraińskiej kompozytorki Ałły Zahajkewycz „To Escape”.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wojna w Ukrainie

wszystkie zdjęcia znalezione w sieci

W ubiegły czwartek (tłusty zresztą), 24 lutego 2022 roku, Rosja zaatakowała Ukrainę. Sytuacja toczącej się tuż za naszą granicą wojny przeraża, obezwładnia oraz budzi w nas równocześnie bezsilność i ból. Płaczemy (tu w Polsce) nad Ukraińcami, ale też ze strachu, bo to, co spotkało naszych sąsiadów wczoraj, jutro może przytrafić się nam. Czy rzeczywiście może? Z jednej strony pamiętamy, że należymy do NATO i o planach zbrodniarza Vladimira P. (obecnego prezydenta Rosji) wobec Ukrainy, z drugiej wiemy i widzimy, że to niebezpieczny psychopata, który nie cofnie się przed niczym, by świat uwierzył w mit o potędze Rosji.
Minęło już kilka dni i chciałabym się podzielić kilkoma obserwacjami.

Nie każda reakcja jest moralna,
ale do każdej mamy prawo

wszystkie zdjęcia znalezione w sieci

W obliczu tak straszliwych wydarzeń, reagujemy często bardzo emocjonalnie i skrajnie. To ważne, żeby pozwolić sobie na odczuwanie wszystkiego, co się w nas dzieje, bo dzięki temu jesteśmy w stanie zrozumieć jakąś prawdę o sobie (jaka by nie była). Dopiero z tej pozycji możemy pogłębiać lub korygować postawy, które dostrzeżemy. Z tej pozycji możemy się też zdystansować, co z kolei ułatwi nam mądre i efektywne działanie.

to tak straszne, że muszę się od tego zupełnie odciąć, żeby ratować swoje zdrowie psychiczne, więc wyłączę wszystkie media i zajmę się czymś miłym – w tej postawie boli mnie wykorzystanie konceptu, który w wielu innych sytuacjach jest jedyną i bardzo mądrą radą. Od wszelkich toksycznych osób, które karmią się naszą energią, obciążają nas swoimi problemami, z którymi nie umiemy sobie później poradzić, czy też żerują na naszym braku asertywności, wiecznie nas o coś prosząc, dobrze jest się umieć odciąć. Nawet, jeśli będą nas szantażować emocjonalnie (np. popełnieniem samobójstwa), mamy prawo, a nawet obowiązek wpierw zadbać o siebie; odciąć się, wyciszyć, zmienić otoczenie, odzyskać równowagę. Jednak różnica między tym co nam nie służy i na co mamy wpływ, a tym, co nam nie służy i na co nie mamy wpływu jest taka, że w pierwszym wypadku odwrócenie oczu od zła (wyrządzanego nam) jest aktem odwagi i mądrości, a w drugim, odwrócenie oczu od zła (wyrządzanego innym i pośrednio również nam) – wyrazem tchórzostwa.
Wojna jest niewyobrażalnym złem na bardzo wielu poziomach, ale jesteśmy teraz zewsząd atakowani informacjami o niej nie dlatego, że ktoś czerpie chorą, perwersyjną przyjemność ze sprawiania nam tymi obrazami bólu. Oczywiście, że nie da się tego oglądać, nie zalewając się łzami, ale argument, że jest się na to „zbyt wrażliwym” jest w moim odczuciu szczytem bezczelności wobec tych, którzy bez względu na stopień swojej wrażliwości są właśnie atakowani. Na tych przerażających materiałach widzimy wycinek straszliwej rzeczywistości. Problemem nie jest fakt, że to widzimy, tylko że to się naprawdę dzieje.

w tylu miejscach toczą się wojny, a wszyscy się teraz tak przejęli Ukrainą… – ta reakcja mnie nieustająco zadziwia. W tym konkretnym przypadku, biorąc pod uwagę nasze położenie geograficzne, naprawdę trudno oczekiwać, że w masie (jako naród) będziemy w takim samym stopniu przejęci ciągle toczącą się wojną w Syrii, co atakiem na sąsiadującą z nami Ukrainę. Z drugiej strony, pamiętam dokładnie takie same głosy, kiedy wojna wybuchła w Syrii i oczy świata zwróciły się w jej kierunku. Pamiętam te – przyznajmy jednak, dziecinne – wyrzuty, że no tak, teraz to płaczecie, a o innych wojnach nawet nie wiecie, albo wiecie bardzo mało i nie płaczecie.
Na świecie dzieje się mnóstwo zła. Codziennie. Dzieci umierają na raka, inne tracą w wypadkach rodziców, wybuchają wojny, do władzy dochodzą fanatycy, płoną lasy, zwierzęta są okaleczane przez zwyrodnialców. Zarzut, że jest się hipokrytą, bo jedna wojna nas porusza do żywego, a nad inną łatwiej nam przejść do porządku dziennego, jest niemoralny, bo żeby w takim sensie hipokrytą nie być, musielibyśmy każdego dnia zapłakać nad co najmniej kilkoma wstrząsającymi informacjami, którymi codziennie bombardują nas media. A nasz mózg nas na ogół chroni. Jako osoba wysoko wrażliwa przeżywam wszystko mocniej. Jednak o wielu przykrych doniesieniach udaje mi się stosunkowo szybko zapomnieć.

ta wojna to początek III wojny światowej, ziszcza się właśnie najgorszy scenariusz, trzeba wykupić wszystkie potrzebne produkty i śledzić na bieżąco informacje, czekając na rychłą śmierć – strach jest jedną z bardziej oczywistych i zrozumiałych reakcji. Nie jest jednak dobrze, gdy pierwsze emocje już osłabną, nakręcać się tak radykalną, przez co z założenia nieprawdziwą narracją. Nie wiemy, co się wydarzy, więc skupmy się wyłącznie na faktach, obserwując sytuację i będąc w gotowym do weryfikacji poglądów.

to wojna z Ukrainą, więc nas nie dotyczy – niestety, jak byśmy tego nie próbowali wypierać, dotyczy.

Niezależnie jednak, jakie mamy poglądy, jakie przybieramy postawy, co jest dla nas do przyjęcia, a co właśnie nie jest, musimy sobie zdać sprawę z tego, że każdy ma prawo do swoich reakcji. Nawet tych, które uznajemy za niemoralne, do czego również mamy oczywiście pełne prawo.

Ponosicie odpowiedzialność

wszystkie zdjęcia znalezione w sieci

Bardzo często w momentach krytycznych, kiedy spotykaliśmy się na ulicach polskich miast, protestując przeciw łamaniu naszych praw, słyszałam, że to nie czas na rozliczanie obywateli z tego, na kogo głosowali. Mnie ten czas wydaje się najwłaściwszy. To jak wziąć dziecko, które narozrabiało za rękę, pokazać mu przykre efekty jego działań i powiedzieć: „przypatrz się, to jest konsekwencja twoich wyborów”. Bez krzyku, kar czy kazań. Niech samo zobaczy i poczuje – znakomita metoda wychowawcza, dzięki której można osiągnąć cuda.
Obecny rząd Polski robi wszystko, żeby jeszcze bardziej ogłupić swój elektorat, uprawiając w publicznej telewizji (czyli za nasze pieniądze) ohydną propagandę, siejąc nienawiść, napuszczając na siebie ludzi i przede wszystkich szerząc nieprawdę. Wśród wielu kłamstw wpajanych wyborcom jest również to, że obecna władza jest anty-rosyjska, anty-putinowska. I choć takie z zewnątrz może sprawiać wrażenie, jednak warto się temu przyjrzeć krytycznie, zapoznając się chociażby z dorobkiem Tomasza Piątka z zakresu literatury faktu.
Kiedy przeczytałam stanowisko Związku Kompozytorów Polskich w sprawie wojny, nazywające napaść Rosji na Ukrainę „bandycką”, podpisane przez prezesa ZKP-u, zrobiło mi się niedobrze. Ten sam prezes jeszcze niecałe trzy miesiące temu, wykorzystał swoje stanowisko do ocenzurowania związkowego kolegi, wielkiego polskiego kompozytora Pawła Szymańskiego, wypełniając tym samym putinowski plan osłabienia krajów unijnych. Że bezmyślnie – co do tego nie mam wątpliwości, ale bycie marionetką w rękach proputinowskiej władzy nie zdejmuje z niego odpowiedzialności. Każda osoba oddająca w wyborach głos na partię obecnie rządzącą – proputinowską, anty-unijną – jest współwinna temu, co się dziś dzieje, mimo że całym sercem może być przeciwna tej wojnie. Choć wielu nie będzie chciało tej prawdy przyjąć, tylko osłabienie Unii Europejskiej (poprzez sukcesywne, wieloletnie osłabianie unijnych krajów od środka) otworzyło przed zbrodniarzem Vladimirem P. furtkę do rozpoczęcia wojny z Ukrainą. A ewidentnym osłabieniem państwa jest oddanie go w ręce zgrai nieobliczalnych dyletantów.
Czy ponosimy odpowiedzialność za nasze polityczne preferencje? Za naszą wrażliwość? Chyba nie. Jednak za stanie po stronie zła już tak. Do tej pory uważałam wyborców Donalda Trumpa tylko za ludzi trochę przaśnych, o dużej tolerancji na prostactwo, o trochę niższej inteligencji, z niezrozumiałych dla mnie powodów zafascynowanych tym psychopatycznym wiejskim głupkiem. Natomiast jeśli dziś, po jego publicznym wsparciu działań zbrodniarza Vladimira P., dotychczasowi zwolennicy Trumpa nie złapią się za głowę i nie przyznają, że się co do niego pomylili, nie jestem w stanie uważać ich za godnych podania ręki.
Jak w przypadku każdej przemocy, najgorsze jest przyzwolenie tłumu. Psychopatyczny morderca statystycznie występuje w przyrodzie dużo rzadziej niż ci, którzy okazali się podatni na jego manipulacje. Więc zbrodniarza Vladimira P. zostawmy na chwilę w spokoju, mając nadzieję, że jak najszybciej podzieli los Nicolae’a Ceaușescu. Zróbmy rachunek sumienia i zastanówmy się, kiedy i jaki popełniliśmy błąd.

Co możemy zrobić

wszystkie zdjęcia znalezione w sieci

Jako osoba mająca dużą łatwość wpadania w skrajności, mam przeświadczenie, że zamiast albo się zadręczać i załamywać tą sytuacją, albo udawać, że jej nie ma, najlepiej wybrać sam środek, czyli działanie. Ale żeby zacząć działać, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie:

Co mogę zrobić?

Odradzam formułowanie tego pytania w taki sposób:

Jak mogę pomóc?

bo jestem przekonana, że w tak trudnych sytuacjach, jak ta, trzeba zdać się na tych, którzy pomagają zawodowo, żeby w ferworze dobrych chęci przypadkiem nie przyczynić się efektu odwrotnego od zamierzonego. Innymi słowy, do zrobienia jest masa rzeczy, ale sprawdźmy, co dokładnie możemy zrobić sami.
W internecie i na portalach społecznościowych znajdziemy informacje dotyczące działań w konkretnych częściach Polski (gdzie są i czego dokładnie zbiórki), jak i ogólnopolskich zbiórek pieniędzy. To, co na pewno jest potrzebne, to:

odzież/zabawki
artykuły higieniczne
butelki do karmienia dzieci
karimaty, śpiwory
żywność
krew
transport (z Ukrainy do granicy/przez ukraińską granicę – szczegółów dowiemy się na grupach dotyczących tej części Polski, w której mieszkamy)
pieniądze

Warto prześledzić wspomniane wyżej grupy, z których dowiemy się szczegółów. Odradzam działanie na własną rękę. Jeśli nie jesteśmy skomputeryzowani, zapytajmy kogoś z naszych bliskich, kto mógłby nam podać adresy punktów zbiórek wraz z informacją, co przyda się tam najbardziej.

Co jeszcze możemy zrobić

wszystkie zdjęcia znalezione w sieci

BOJKOT

Metodą, w którą mocno wierzę, jest bojkot. Bojkot oznacza życie w zgodzie z własną prawdą, co jest niesłychanie uwalniające. Jeśli uważam homofobię za coś odrażającego, a właściciel jakiejś firmy jest zadeklarowanym homofobem, nie chcę go finansowo wspierać. Choćby robił najlepsze piwo, skarpetki czy kosmetyki – nie muszę i nie chcę go w najmniejszym choćby stopniu utrzymywać. Uważam bojkot za niesłychanie elegancki sposób okazania swojej niezgody na postawy, które są nieetyczne i szalenie niebezpieczne.
To, co każdy z nas może zrobić, to bojkot rosyjskich produktów (każdy artykuł ma kod kreskowy, prefiks Rosji mieści się w przedziale od 460 do 469). Można powiedzieć, że to – w większej skali – uderzy w zwykłych Rosjan, ale to są przykre skutki złych wyborów większości społeczeństwa, za które płaci niestety całe społeczeństwo. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że wielu Rosjan protestuje przeciw działaniom zbrodniarza Vladmira P., narażając swoje życie. Aktorka Liya Akhedzhakova przelała ukraińskiej armii 10 tysięcy dolarów i opuściła Rosję, w której za „zdradę państwa” grozi jej 20 lat więzienia.

OŚMIESZENIE

Powyższe zdjęcie podobno tak rozsierdziło zbrodniarza Vladmira P., że w Rosji od 2017 roku za samo jego posiadanie można trafić do więzienia. Z pewnością zalanie nim wszelkich portali społecznościowych jest zauważalnym aktem sprzeciwu wobec dyktatury tyrana, zwłaszcza, że jego bunt jest dosyć zabawny i być może odsłania pewną słabość.

JĘZYK

Wielu badaczy języka zachęca do zrezygnowania z formy „na Ukrainie/na Ukrainę” na rzecz formy „w Ukrainie/do Ukrainy”. To pozornie niewiele, ale zmieniając język, wpływamy na rzeczywistość. Bardzo dobrze tłumaczy to w swoim facebook’owym wpisie Paulina Mikuła:

Moi Drodzy,
kilka słów o tym, od czego zależy, czy mówimy „na Ukrainie”, czy „w Ukrainie”.
W skrócie chodzi o to, że mówimy „na Ukrainie”, „na Litwie”, „na Słowacji”, bo tak się przyjęło, taki jest zwyczaj językowy, taka tradycja.
Tyle że ta tradycja jest stosunkowo świeża, bo dziewiętnasto- lub dwudziestowieczna. Z analizy korpusów językowych wynika, że wcześniej częściej mówiliśmy „w Ukrainie” niż „na Ukrainie”, „w Litwie” niż „na Litwie”, „w Węgrzech” niż „na Węgrzech”.
Warto zaznaczyć, że w przeszłości zaczęliśmy łączyć „na” z nazwami państw historycznie traktowanych jak niesamodzielne terytoria, peryferyjne w stosunku do Polski.
Dla niektórych jest to wystarczający powód, by przy tym pozostać.
Dla mnie jest to główny powód, by wrócić do dawnej łączliwości.
Zwłaszcza teraz.
Ktoś powie, że to bzdury i wstyd, że się dziś tym zajmuję, ale uważam, że język ma znaczenie i wpływa na rzeczywistość. Mówiąc „w Ukrainie”, „do Ukrainy”, podkreślamy, że jest to państwo niepodległe, niezależne, samodzielne.
Wiem, że to wsparcie symboliczne, ale według mnie symboliczne gesty też są potrzebne.
Dlatego ja będę używać przyimków „w” i „do”, mówiąc i pisząc o Ukrainie.
Zachęcam do tego każdego z Was!
A jeśli ktoś obawia się, że to nowomowa i pogwałcenie gramatyki języka polskiego, uspokajam!
Nic z tych rzeczy.
Chodzi jedynie o zwyczaj językowy, a zwyczaje – jak powszechnie wiadomo – można zmienić.
Wszystko zależy od nas.
Źródło, z którego skorzystałam:

SPRAWDZANIE ŹRÓDEŁ

Pamiętajmy, że toczy się wojna informacyjna mająca na celu wprowadzenie opinii publicznej w błąd. Dlatego ważniejsze niż kiedykolwiek jest dziś weryfikowanie źródeł, z których korzystamy. W mediach społecznościowych zaglądajmy na profile dziennikarzy, do których mamy zaufanie.

NIERADYKALIZOWANIE SIĘ

Jednym z wielu okropnych konsekwencji wojny jest dostrzeganie w drugim człowieku wroga. Bojkot, o którym pisałam, powinien być dla zasady, ale nie na złość Ruskom. Trudno zachować spokój, kiedy widzi się zdjęcie dziesięcioletniej dziewczynki rozstrzelanej przez rosyjskich żołnierzy. Jednak trzeba próbować i pokazywać naszą postawą, po której stronie jest dobro, opowiadając się zawsze za nim.

Lwów – małe kawowe San Francisco

fot. Zofia Mossakowska

W miniony weekend zwiedzałam po raz pierwszy w życiu Lwów. Od bardzo już dawna miałam to w planach, ponieważ mój nieżyjący już dziadek ze strony mamy (wspominany kilka wpisów temu lekarz i reprezentant tej posiadającej herb szlachecki części rodziny), pochodził właśnie stamtąd. Niecałe dwa dni to oczywiście zdecydowanie zbyt mało, by wystarczająco poczuć klimat tego pięknego miasta. Niedosyt, jaki we mnie pozostał, z pewnością popchnie mnie w tamte strony jeszcze nie raz.

1. Miasto i jego położenie

Przez cały czas tej wizyty miałam w głowie słowa wypowiedziane kiedyś przez Laurie Anderson:

podróżuję między miastami, a nie między krajami

– Laurie Anderson

fot. Zofia Mossakowska

Tłumaczyła, że szlaki handlowe, ale także ścieżki wyznaczane przez kulturę i sztukę stykały się na ogół w różnych miastach świata. W związku z czym Laurie twierdzi, że często można mieć dużo więcej wspólnego z ludźmi z konkretnego miasta, niż z tymi z własnego kraju. (Mówiła to zresztą w trakcie wywiadu udzielonego podczas spaceru po Wilnie, z którego akurat pochodził mój tata.)
To czego – wstyd pewnie przyznać – świadomości, myśląc o Lwowie, nie miałam, to fakt, że miasto jest położone na wzniesieniach (leży na pograniczu Roztocza Lwowskiego i Wyżyny Podolskiej), co mnie niebywale zauroczyło. Co jakiś czas ukazywały się moim oczom uliczki ciągnące się prawie pionowo w górę lub prawie pionowo w dół. Skojarzenie z San Francisco – choć oczywiście z zachowaniem proporcji – było więc jednym z pierwszych.

2. Cmentarz Łyczakowski
i Obrońców Lwowa

O ile nie przepadam za dużymi zbiorowiskami ludzi żywych, o tyle naprawdę uwielbiam cmentarze – a im większe, tym mocniej (z warszawskich Powązek mogłabym właściwie nie wychodzić). Cmentarz Łyczakowski – najstarsza zabytkowa nekropolia Lwowa i równocześnie jedna z najstarszych istniejących do dziś w Europie – zrobił na mnie ogromne wrażenie nie tylko samą swoją historią (co oczywiste), ale też urodą i przestrzenią. Przepięknie położony, sprzyja zadumie i refleksji. Spoczywają na nim, żeby wspomnieć tylko najsłynniejsze nazwiska, m.in.: Oswald Balzer, Stefan Banach, Maurycy Dzieduszycki, Seweryn Goszczyński, Artur Grottger, Salomea Kruszelnicka, Maria Konopnicka i Gabriela Zapolska.
Mieszczący się na terenie Cmentarza Łyczakowskiego i będący jego integralną częścią Cmentarz Obrońców Lwowa jest nazywany również Cmentarzem Orląt Lwowskich, jednak nie jest to nazwa właściwa, ponieważ w tym miejscu spoczywają nie tylko Orlęta – broniące polskiego wówczas Lwowa dzieci do szesnastego roku życia (najmłodsze, umierając, miało dziewięć lat) – ale również starsi obrońcy tego miasta po I wojnie światowej, w wojnie polsko-ukraińskiej, a potem polsko-bolszewickiej.
Patrząc na groby dzieci (a już tym bardziej mniejszych od swojej broni), nie sposób się nie rozpłakać. Wszelkie dywagacje na temat słuszności obrony Lwowa lub jej braku, jak również sensu czy bezsensu „posyłania dzieci na wojnę” (większość tych małych dzieci broniło swojego miasta z własnej nieprzymuszonej woli) wydają mi się niestosowne i kompletnie nie ma miejscu. Jestem przekonana, że jedyne co można (i trzeba) jednoznacznie dziś ocenić, to celowość i sens jakiejkolwiek wojny – każda wojna jest niezaprzeczalnym złem (ciężko nie wspomnieć też o tej, która obecnie cały czas się toczy w Donbasie, 1100 km od Lwowa).
Jako językowca, ogromnie mnie poruszyło przypomnienie sobie pierwotnego znaczenia słowa, które od dłuższego czasu funkcjonuje w naszym języku w sposób zdeformowany i karykaturalny – słowa „patriotyzm”. Otaczam wszystkich poległych ogromnym szacunkiem i czcią.

3. Katedra Łacińska, Kaplica Boimów, Kościół Dominikanów, Katedra
Ormiańska

W planie naszej wycieczki było zwiedzanie powyższych obiektów sakralnych. Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nazywana po prostu Katedrą Łacińską – jeden z najstarszych lwowskich kościołów ujął mnie w sposób, nazwijmy to, umiarkowany. Choć podobają mi się kościoły gotyckie, tu jednak pomieszanie stylów (dla przykładu choćby barokowy ołtarz) i przepych, którego w kościołach nie lubię, sprawiły, że Katedra niespecjalnie przypadła mi do gustu. Ujęła mnie natomiast surowość wnętrza zabytkowej grobowej Kaplicy Boimów (a inaczej Trójcy Świętej i Męki Pańskiej), powstałej na początku XVII wieku, a najbardziej jej kasetonowa kopuła.
Obecnie greckokatolicka cerkiew Najświętszej Eucharystii, a kiedyś Kościół Bożego Ciała i klasztor oo. dominikanów, to jeden z barokowych zabytków miasta. Bardzo spodobała mi się jego jasność. Budynek klasztorny w 1972 roku został przekształcony w Muzeum Religii i Ateizmu, jednak w latach 90. XX wieku przekazano go ukraińskiej cerkwi greckokatolickiej (choć w części zabudowań klasztornych nadal funkcjonuje muzeum – Historii i Religii).
Objawieniem była dla mnie natomiast Katedra Ormiańska pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z drugiej połowy XIV wieku – kompletnie nieprzypominająca niczego, na co mogłabym się nastawić. Cudownie surowa i inna. Na przestrzeni lat była wielokrotnie przebudowywana, co przełożyło się na pewną różnorodność stylów, lecz – w przeciwieństwie do Katedry Łacińskiej – odczuwałam w tym mimo wszystko jakąś harmonię i ład. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie malowidła ścienne powstałe w latach 1925–1929 autorstwa naszego rodaka, Jana Henryka Rosena – bardzo wtedy młodego i nieznanego szerzej malarza, na którego talencie od razu poznał się arcybiskup Józef Teofil Teodorowicz, zamawiając u niego tę właśnie pracę (ku oburzeniu ukraińskich sław).

4. Hotel George oraz lwowski rynek
wieczorową porą

fot. Zofia Mossakowska

Pierwszy dzień naszej wycieczki – i równocześnie przedostatni – był naprawdę wyjątkowo intensywny, bo po nocy spędzonej w autokarze, obejście z przewodnikiem całego cmentarza, a potem wyszczególnionych wyżej kościołów to całkiem sporo jak na pół (dopiero) dnia. Choć po wizycie w Hadze nie powinnam mieć najmniejszej trudności w sprawnym przejściu na tryb zombie, jednak przy siłach utrzymywała mnie jedynie perspektywa szybkiego prysznica i upragnionego obiadu w jednym z najsłynniejszych lwowskich hoteli, w którym nocowaliśmy – Hotelu George [wym. żorż], wybudowanym na samym początku XX wieku. Tym sposobem dołączyłam do najwspanialszego, jakie można sobie tylko wyobrazić, grona hotelowych gości – na przestrzeni lat zatrzymywali się tu m.in.: Honoré de Balzac, Jan Kiepura, Ferenc Liszt, Maurice Ravel czy Jean-Paul Sartre (oprócz nich bywał tu także Ignacy Jan Paderewski, Władysław Reymont, Henryk Sienkiewicz, Józef Piłsudski i Nikita Chruszczow). Hotel wywarł na mnie ogromne wrażenie – elegancki, przestronny, z duszą. Duża sala jadalna, w której serwowano znakomite jedzenie, przypominała mi trochę swoim klimatem nieodżałowaną krakowską restaurację w Hotelu Francuskim (zwłaszcza następnego dnia rano, kiedy królewskie wręcz śniadanie umilała gościom młodziutka Ukrainka, przepięknie grając na leciutko rozstrojonym pianinie).
Jedynego tutaj wieczoru nie wypadało nie spędzić na lwowskim rynku, który nocą rzeczywiście tętni życiem. Liczne kawiarenki i puby przeżywają prawdziwe oblężenie, podobnie jak czynne do późnych godzin nocnych sklepy z pamiątkami, które – co przyjemnie było zaobserwować – oferują w większości naprawdę ładne i gustowne rzeczy (na uwagę zasługuje zwłaszcza duży wybór pięknych, tradycyjnych, ręcznie haftowanych strojów). Przy ogródku jednego z lokali w samym centrum jest nawet ustawiona scena, na której nie dość, że można sobie potańczyć, to jeszcze tańce latynoskie (następnym razem przyjadę albo z tancerzem, albo zupełnie sama)!
Z pewnością warto w rynku wypić piwo, które nie jest na ogół trunkiem mojego pierwszego wyboru.

Jak kiedyś ustaliliśmy ze znajomym:

– Cappuccino? Nie, dzięki. Z napojów z pianą wolę piwo – stwierdził znajomy.
– A ja z czystych wolę czystą – odparłam.

– mała trunkowa dygresja

Jednak właśnie tu odkryłam piwo, które oczarowało moje podniebienie (przede wszystkim tym, że zupełnie piwa nie przypominało ani w smaku, ani w działaniu). Co ciekawe, było to pszeniczne piwo rzemieślnicze produkcji austriackiej (Stiegl-Paracelsus Bio-Zwickl).
Uczestnictwo we lwowskim życiu nocnym zakończyłam w ormiańskiej części starówki wypadem w założeniu na kawę (absolutnie tutaj obłędną!) i ciastko, a w praktyce na kawę i tatara z cielęciny (wybitnego i zupełnie innego od tych, które znałam) i poczułam się tym miastem już w pełni zauroczona.

5. Zamek w Olesku

fot. Zofia Mossakowska

Następny dzień, rozpoczęty śniadaniem o godzinie, której zazwyczaj nie ma na moim zegarku, był równocześnie dniem powrotu. Zanim ten jednak nastąpił, czekało nas jeszcze zwiedzanie dwóch położonych w przepięknym obwodzie lwowskim zamków: Zamku w Olesku oraz Zamku w Podhorcach, które pełnią dziś rolę muzeów. Dużym szokiem było dla mnie to, jak Ukraińcy interpretują to słowo. Muzea historyczne kojarzą mi się z pewnym ładem i porządkiem (na ogół chronologicznym), jednak Zamek w Olesku wydawał się być w środku zbieraniną przeróżnych eksponatów (przede wszystkim obrazów), rozmieszczonych w przypadkowy sposób, bez żadnej dbałości o jakikolwiek ogólny charakter całej wystawy. Daleka jestem od przekonania, że sąsiadująca z nami Ukraina powinna zamieszczać w swoich muzeach mieszczących się w polskich zamkach również podpisy w języku polskim, jednak akurat w Zamku w Olesku, w którym przyszedł na świat późniejszy król Polski Jan III Sobieski, brak jakiegokolwiek drugiego po ukraińskim – i zrozumiałego dla nas – języka (choćby angielskiego) wydaje mi się, mówiąc delikatnie, niedopracowaniem.
Rodzina Sobieskich jest zresztą ważna dla mojej rodziny od strony taty, bo ponoć nasze losy wiele pokoleń temu się skrzyżowały jakąś nieślubną drogą. Niestety nikt dziś za bardzo nie wie jak, a główni zainteresowani już od wieków nie żyją.

fot. Zofia Mossakowska

6. Zamek w Podhorcach

fot. Marianna Patkowska

Czego by jednak nie mówić, Zamek w Olesku jawi się jako wzór muzealnictwa na skalę europejską w porównaniu z Zamkiem w Podhorcach. Oprowadzającej nas przez całą wycieczkę przewodniczce opadły ręce, kiedy weszliśmy do pierwszej sali, a naszym oczom ukazały się ogromne zdjęcia… Nowego Jorku (tak, wchodziło się prosto na gigantyczną Statuę Wolności). Taką wystawę (również zresztą, z tego co się zdążyłam zorientować, mało interesującą) można przecież zrobić w absolutnie każdym wnętrzu i najlepiej w centrum Lwowa. Wycieczki jadą całkiem spory kawałek drogi do naprawdę bajecznie położonego, również kiedyś polskiego, Zamku w Podhorcach, żeby zrozumieć jego historię, w czym byłyby przydatne np. zamieszczone w środku związane z nią zdjęcia. Weszliśmy więc i z dużym niesmakiem szybko wyszliśmy.
Sam zamek, choć jest w dość opłakanym stanie (zwłaszcza jego zupełnie sczerniały, ponury tył), zrobił na mnie ogromne wrażenie. Być może dlatego, że lubię zaniedbane budynki z historią i duszą. Jakaś część mnie oczywiście ubolewa nad tym, że Ukraińcy nie wydają się być szczególnie zainteresowani zadbaniem o to piękne miejsce (które bez renowacji prędzej czy później się po prostu rozsypie), jednak inna część mnie przypomina sobie jak przeważnie się kończą remonty ważnych miejsc historycznych (koronnym przykładem jest rzeź, jakiej dokonało na zabytkowej zakopiańskiej Willi „Atma” Muzeum Narodowe w Krakowie).
Reasumując, Zamek w Podhorcach na pewno warto zwiedzić, póki stoi, jednak nie należy sobie robić zbyt dużych nadziei związanych z jego ofertą muzealną.

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

7. Co warto przywieźć ze Lwowa?

fot. Marianna Patkowska

Przede wszystkim na Ukrainie jest niesłychanie tanio. Tutejsze sto hrywien to nasze piętnaście złotych (jeszcze bardziej się zresztą opłaca wymieniać złotówki w kantorach we Lwowie, kurs jest dla nas korzystniejszy). W związku z czym możemy zjeść i wypić wspaniałe rzeczy, a także kupić na powrót sporo doskonałych artykułów za bardzo niewielkie pieniądze, a Lwów stoi przede wszystkim kawą i czekoladą! I nawet jeśli się, jak ja, raczej unika słodyczy, we Lwowie warto sobie zrobić dyspensę i zjeść choćby najmniejsze ciastko czekoladowe. Uczciwie mogę stwierdzić, że torcik Spartak, który zamówiłam w rynku w kawiarni „Atlas” przed samym wyjazdem, był jednym z najlepszych deserów, jakie jadłam w życiu!

fot. Zofia Mossakowska

Jeśli jednak słodycze są naszym sprzymierzeńcem i jemy je na co dzień (lub mamy nimi kogo obdarować), na pewno warto przywieźć ze Lwowa tak naprawdę cokolwiek z czekoladą – gwarantuję, że będzie to doskonały zakup.
Kawę tak samo warto zarówno przywieźć ze sobą, jak i wypić w dowolnie wybranej kawiarni na miejscu. I na ciepło i na zimno jest zupełnie nieporównywalna do tego, co znamy; nawet jeśli smak wiedeńskiej czy budapesztańskiej kawy nie jest nam obcy, możemy być ciągle mile zaskoczeni jakością lwowskiej oferty. W samym rynku znajdziemy doskonały sklep z kawami (chyba jedyny taki na tym terenie) – ma gigantyczny wybór, a wchodząc do niego, zostaniemy uderzeni w nozdrza fantastycznym aromatem. Sklep ma dwie części – w jego głębi znajdziemy odrobinę droższe artykuły (300 – 400 UAH), idealnie nadające się na prezenty (m.in. pięknie pakowane kawy pojedyncze lub w zestawach, filiżanki czy kawiarki), a w pierwszej sali można nabyć kawę na wagę (100 g nie przekracza 100 UAH) w ziarnach lub mieloną na naszych oczach. Osobiście polecam oczywiście ziarnistą. Nawet jeśli nie mamy młynka do kawy, warto się z tej okazji w niego zaopatrzyć. Ponieważ nie jestem znawcą kaw, wybierałam rodzaj (spośród całego zatrzęsienia) właściwie zupełnie na wyczucie – spodobała mi się etykieta „After meal”, gdyż najbardziej oddawała moje kawowe potrzeby, więc wzięłam tak nazwane ziarna i okazało się, że nabyłam najlepszą kawę, jaka kiedykolwiek gościła w moim domu. W razie czego, gorąco polecam właśnie tę!
W sklepie, w którym było więcej os, niż klientów, nabyłam jeszcze miód i nalewkę migdałową – tę ostatnią głównie dlatego, żeby się pozbyć ostatnich 70 UAH, a także dlatego, że bardzo lubię Amaretto. Miód okazał się być rzeczywiście fantastyczny (osy miały nosa), a nalewka przerosła moje najśmielsze oczekiwania – słodziutka, niesłychanie delikatna i kobieca, po prostu przepyszna!
Dopiero teraz, po tylu latach, zrozumiałam wreszcie czemu kawa zajmowała tak ważne miejsce w życiu mojego dziadka – autentycznego kawosza. Był jedyną znaną mi osobą o tak rozległej wiedzy na jej temat. Domyślam się, że jeśli ktoś raz przyzwyczai się do lwowskiej kawy, bycie skazanym później na kawy robione gdzie indziej, musi być trudnym doświadczeniem (a na zakopiańską sztukę parzenia kawy, zwłaszcza tych ileś lat wstecz, spuszczę zasłonę milczenia).

8. Góralu, czy ci nie żal?

fot. Zofia Mossakowska

Góralem jestem co prawda tylko w ćwierci (moją babcią i żoną wspominanego dziadka ze Lwowa była pełnokrwista góralka), ale odpowiadając na pytanie – nie jest mi żal. W pewnym momencie podczas wycieczki pojawiła się taka zbiorowa refleksja (ludzi w bardzo różnym wieku), że to straszliwie smutne, że Lwów nie jest już częścią Polski. Zupełnie nie byłam jej w stanie podzielić. Być może dlatego, że punktem wyjścia były dla mnie podane na początku wpisu słowa Laurie Anderson o komunikowaniu się i podróżowaniu między miastami, a nie między krajami. O ile bardzo wzrusza mnie historia Obrońców Lwowa, którzy walczyli o swoje dopiero co odzyskane ziemie i pewnym sensie również tożsamość, o tyle nie mam dziś – w czasach, w których nie toczymy z nikim jeszcze na szczęście żadnej wojny – poczucia, że gdyby jakieś piękne miasto należało do Polski, byłabym szczęśliwsza. Możemy podróżować (choć sposób pracy obydwu nacji na granicach polsko-ukraińskich pozostawia niestety ciągle bardzo wiele do życzenia), wszystkie piękne miejsca są właściwie na wyciągnięcie ręki, często za całkiem nieduże pieniądze. Tożsamość dzisiejszego Lwowa tworzą ludzie – w większości Ukraińcy; on nie tylko terytorialnie, ale przede wszystkim mentalnie już dawno przestał być „nasz”. Rozumiem sentyment i ból osób, które przeżyły wojnę, ale nie rozumiem żalu ludzi młodych. Tak samo jak nie rozpaczam też, że Wiedeń nigdy nawet do Polski nie należał (choć wolałabym mieć bliżej do MUMOK-u), czy że od Salonik oddziela mnie kilka granic (samolotem znajdę się tam szybciej, niż jadąc Zakopianką do Warszawy). Parafrazując Kamila Cypriana Norwida (mówiącego o Chopinie),

jestem rodem warszawianką,
sercem świata obywatelką
… a talentem… Polką

P.S. W ramach deseru, nie sposób umieścić pod tym wpisem żadnej innej piosenki. Muszę przyznać, że usłyszenie tej melodii na ulicach Lwowa, zrobiło na mnie wrażenie.