„Uno Lovis Party” Kury

fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: S7 Records
rok wydania: 2025

Dokładnie trzydzieści lat po debiutanckiej płycie „Kablox-Niesłyna Histaria”, dwadzieścia siedem lat po kultowym „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” i dwadzieścia cztery po równie świetnych, choć pozostających w cieniu swojego starszego brata, „100 latach undergroundu”, zespół Kury powrócił w najlepszym możliwym stylu, doskonałą płytą „Uno Lovis Party” (premiera krążka miała miejsce we wrześniu 2025 i do tego roku się odnoszę).
Pomysł reaktywacji Kur narodził się wraz z reedycją „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” i trasą z piosenkami z tej płyty. Przy kreatywności i płodności Tymańskiego, rozpoczęcie pracy nad nową płytą było tylko kwestią czasu. Od momentu kurzego zmartwychwstania zespół częściej niż kiedykolwiek w swojej historii zmieniał skład, jednak jego trzon, czyli kosmiczny duet Tymański – Deriglasoff, pozostał fundamentem trwałym i przelotnymi burzami niewzruszonym (choć należy podkreślić, że wspominając o „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”, nie można nie wymienić nazwiska Piotra „Picia” Pawlaka, do czego jeszcze powrócę). Do tych dwóch dostojnych, acz pełnych energii kogutokur dołączyły kolejno dwa wspaniałe kurczaki: fenomenalny pianista, kompozytor i improwizator Szymon Burnos (młody wiekiem, stary stażem, bo grający z Tymonem już od dawna) oraz – świeży narybek, żeby nie powiedzieć „nakurek” – zjawiskowy perkusista i improwizator Alan Kapołka, którego heavy metalowy background wyostrzył Kurom pazury.

W cieniu czy blasku „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.a”?

„P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”, choć nie był ostatnią płytą trójmiejskiej formacji, pozostał w pamięci większości fanów jako jeden z ważniejszych punktów odniesienia; jako album wyjątkowy i często ulubiony. Płyta kultowa, wybitna, ważna i przełomowa doczekała się w maju tego roku również filmu na swój temat – dokumentu „Najgłupsza płyta świata” w reżyserii Konrada Kulczyńskiego i Jakuba Knery.

Dokumentu ciekawego i potrzebnego, choć nieidealnego. Twórcy mimo zapału i włożenia w jego realizację dużego nakładu pracy, nie w każdym aspekcie rozumieli zachowania i motywacje Tymona Tymańskiego, co przekładało się na sposób prowadzenia narracji nie tylko podczas dyskusji o filmie po jego projekcji, ale też narracji filmowej. Słynna przemowa Tymańskiego podczas odbierania Fryderyka (od której film się zaczyna) w żadnym momencie nie była naznaczona pogardą do swoich słuchaczy, ale do muzycznego przemysłu, co zresztą sam dość jasno wyraził. Końcowa filmowa scena zejścia do fanów i śpiewania z nimi a capella (albo z gitarą) w czasie ulewy uniemożliwiającej występ na scenie podczas festiwalu Tauron w Katowicach, nie była więc „dowodem na spokornienie Tymona po latach”. Pokazała dokładnie tego samego, choć starszego o dwie dekady, Tymona, który kocha to, co robi i robi to na sto procent. Jest, owszem, dojrzalszy, pokorniejszy, bardziej doświadczony, ale akurat stosunek do fanów nie uległ przez te lata radykalnej zmianie. To wzruszająca ciągłość, a nie magiczna przemiana.
Drugim moim zarzutem do filmu było to, że kiedy przed kamerą zasiada nie tylko wybitny muzyk, ale równocześnie też wybitny tekściarz, jakim jest Olaf Deriglasoff i w trakcie pięknej wypowiedzi przydarzy mu się błąd fleksyjny (we wszystkich częściach wywiadu wyłącznie jeden), dobry redaktor powinien go wychwycić i dograć dubla, żeby ów błąd wyeliminować. Wywiad nie był przecież emitowany na żywo. Z góry uprzedzę, że nie przekonują mnie argumenty o rzekomej „autentyczności” objawiającej się w popełnianiu błędów. Mam równocześnie dwie perspektywy. Pierwszą i w pewnym sensie główną jest perspektywa badacza języka, który nie ocenia, ale potrafi ze sposobu, w jaki nadawca komunikatu go nadaje, wyczytać o nadawcy znacznie więcej informacji niż te udostępniane przez niego świadomie. Zwłaszcza w tym kontekście ciekawe są typy błędów, jakie popełniamy. Wokół tego zagadnienia kręciły się moje obydwie prace (licencjacka i magisterska) i być może kiedyś, kto wie, zakręci się również doktorska. Drugą perspektywę daje mi niemal dwudziestoletnie doświadczenie w pracy redaktora i korektora, który również nie ocenia, ale wobec błędów musi być bezwzględny (i bezbłędny!). Równocześnie umie też oddzielić własne upodobania określonych stylów pisania (a style potrafią być czasem nieznośne lub pretensjonalne) od faktycznych błędów i nie kastruje tekstu z jego autora. (W tym miejscu, jako autor specyficzny, ślę „Ruchowi Muzycznemu” gorzkie pozdrowienia.)
Reasumując, to, że ktoś tak w słowa doskonały popełni jakiś „chlapsus językowy” bardziej mnie ciekawi niż oburza (bycie językoznawcą wyklucza puryzm językowy). Uważam jednak, że publiczne wypowiedzi ewidentnych mistrzów słowa wymagają od nas, redaktorów, szczególnie dużej czułości i uwagi. Bo, że nikt nie jest doskonały, to jedno. Ale kiedy ma prawo być przez odbiorców traktowany jak językowy autorytet, mamy obowiązek mu w tym pomóc.

Wracając jednak do nowej płyty, dwa tygodnie przed wydaniem „Uno Lovis Party” odwiedziliśmy Tymona, który zapytany przeze mnie o znaczenie tego intrygującego tytułu, odpowiedział z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku, że to anagram i spytał, czy chcę go odgadnąć sama.

Kojarzycie te filmiki z Koła Fortuny, gdzie prawie wszystkie literki są już odkryte, została jedna czy dwie do odsłonięcia, uczestnik decyduje się na odgadnięcie hasła i… mu się to nie udaje?
To niestety cała ja.

Bardzo nie chciałam sprawić Maestro przykrości, ale nie podjęłam próby z góry skazanej na porażkę. Szybko więc sam mi pokazał, że „Uno Lovis Party” jest anagramem „Anty P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”. Przez pewien czas myślałam, że to tajemnica, ale Tymański zdradził ją wkrótce potem w kilku wywiadach, więc nie będzie to raczej niestosowny spoiler.
Wątek antypolovirusowości jest dla mnie zresztą niezwykle interesujący. Przeciwieństwem miłości nie jest przecież nienawiść, lecz obojętność. Na tej też zasadzie zbuntowane dwulatki próbujące ustalić, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, nie opierają swoich obserwacji na jakiejś abstrakcyjnej wizji człowieka jako takiego, ale na swoim opiekunie, z którym do tej pory były zlane w jedno. Robią to poprzez (nad)używanie przeczenia „nie”. Płyta „Uno Lovis Party” nigdy by nie powstała, gdyby nie  „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”. Odcięcie się na poziomie zabawy nazwą, jest na to najlepszym dowodem.
Z kolei na poziomie artystycznym, trudne położenie zespołu wobec oczekiwań fanów było niezaprzeczalnym faktem. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” jest nie tylko płytą kultową, wybitną, ważną i przełomową, ale też do tej pory świeżą i ponadczasową. Wydaje mi się, że to rodzaj presji, który dla artystów może nie być łatwy do zniesienia. Nie ma chyba nic gorszego niż próba powtórzenia wcześniejszego sukcesu. Jedyne, co zostaje, to deklaracja odżegnania się od przeszłości, żeby nie zwariować. Żeby zapewnić sobie minimalny komfort tworzenia. I tu tkwi opisywany przeze mnie wyżej paradoks. Bo przecież „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” nie powstał przypadkowo. Stworzyli go znakomici muzycy przepełnieni ogromną wrażliwością, również językową. Obdarzeni umiejętnością wnikliwej obserwacji otaczającego ich świata. Dziś (w roku wydania płyty, 2025), dwadzieścia siedem lat później, dwóch tych samych muzyków – Tymon Tymański i Olaf Deriglasoff (bo jakiś czas po reaktywacji Piotr „Piciu” Pawlak opuścił szeregi grupy), ma tylko większe doświadczenie, lepszy warsztat, więcej do powiedzenia, lepszą intuicję do ludzi, z którymi chcą grać i tworzyć. Do tego ten „otaczający nas świat” zmienił się całkowicie, więc i jego obserwowanie tymi samymi co kiedyś oczami przyniesie inne wnioski, ale też dobór sposobu tego obserwowania okaże się całkowicie inny. Być może nawet wzbudzi (w samym zespole) pewne kontrowersje.
Co więc mogło pójść nie tak? Jak zwykle w przypadku tych muzyków – nic. Powstała płyta w każdym rozumieniu tego słowa piękna, mądra, ważna, poruszająca, potrzebna. Czy okaże się kultowa? Czas pokaże. Na pewno – jak onegdaj „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” – doskonale opisuje dzisiejszy świat, który jak rzadko kiedy opisów zabawnych, ale też głębokich i czynionych umysłami artystów potrzebuje.

„Teflonowy mózg”

fot. Marianna Patkowska

Płytę zaczyna, z charakterystycznym dla siebie pesymizmem racjonalnym, Olaf Deriglasoff, słowami:

Każdy kto tu żyje
w emocjonalnym szambie
tkwi po szyję

– początek piosenki „Teflonowy mózg”.

Niby dostojny kogutokur, ale jednak trochę Kłapouchy. No i – od kiedy przyjrzałam mu się uważnie – mój wielki celebrity crush. Jeśli w rozmowie z kimkolwiek w ciągu ostatnich dwóch lat pojawiało się jego nazwisko, automatycznie wypalałam, rozmarzona:

Olaf… on jest taaaki przystojny…

To jest nie do opanowania. Olaf rozbudził we mnie to, co onegdaj (niestety tragicznie zmarły) Keith Flint.
I na ten przykład, jeśli chodzi o Tymona, niewymownie wkurza mnie zarzut, że nie jestem w rozmowach o nim obiektywna, lub że jestem wręcz stronnicza przez wzgląd na jego przyjaźń z Bartkiem, ale też to moje w niego wpatrzenie. Wkurza, bo jest nieprawdziwy. Tymona ze wszech miar uwielbiam, ale za to kim i jaki jest, mając też poczucie, że dobrze go rozumiem w wielu jego (nawet tych niby kontrowersyjnych) decyzjach. Z tego powodu wszystkich starszych panów pragnących mi w trójmiejskich lokalach w ramach zagajenia uświadomić, że wcale go nie znam, skoro tak dobrze o nim mówię i naświetlić, jaki Tymon jest naprawdę (bo w 1583 roku krzywo na kogoś spojrzał), spuszczam od razu na drzewo i szczuję swoim psem mordercą. Natomiast wobec Olafa nie jestem obiektywna ani trochę. On po prostu objawił mi się jako męski ideał piękna, w dodatku ze znakomitym słuchem, piękną barwą głosu i wspaniałym wyczuciem językowym. Tu, kiedy wypalam z tym swoim

on jest taaaki przystojny…

przy właśnie poznanych muzykach, którzy z nim grywają, ci – nieco zbici z pantałyku – zaczynają odruchowo kiwać głową, intensywnie myśląc (jakby przypominali sobie jego powierzchowność), po czym potakują z pewną wobec tego faktu bezradnością.

Kojarzycie tych wkurwiających podpitych wujków na weselu, gadających onieśmielające, nikomu niepotrzebne, wątpliwej jakości „komplementy” młódkom?
W przypadku Olafa to ja jestem tym wujkiem.

Ale wracając do otwierającego płytę „Teflonowego mózgu”, mam do niego wielki sentyment. Pewnego marcowego wieczoru natrafiłam w mediach społecznościowych na filmik z domu Tymona, na którym przy fortepianie siedzi Szymek, a obok stoi Tymon z Olafem i cała trójka przy akompaniamencie Szymka śpiewa na głosy jakąś nową, przepiękną harmonicznie i urzekającą tekstowo piosenkę. Króciutki filmik odtwarzałam niezliczoną ilość razy. Pamiętam, jak mnie to energetycznie nakręciło. Nie wiem, co dokładnie działo się wtedy w moim życiu, być może nic. Pamiętam jednak tę wzruszającą zmianę perspektywy. Uświadomienie sobie, że mimo całego zła i syfu tego świata, istnieje piękno. Że gdzieś tam w pewnym domu, trzech piekielnie utalentowanych muzyków spotkało się, żeby podszlifować nową piosenkę. Że śpiewają ze sobą na głosy, tworząc bajeczne harmonie. Że mają przy tym fun, ale też stres, bo naglą ich deadline’y; zaraz nagrają płytę, która wiadomo, że będzie świetna, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą. Mają obawy i oczekiwania. Choć mają też znakomity zarówno słuch, jak i gust, więc muszą przeczuwać, że wyjdzie wspaniale. Jakoś mnie to podniosło i wzruszyło równocześnie. Spania tej nocy było mało, ale ten zastrzyk dobra wart był nawet snu, którym dzielę się niechętnie i nieczęsto. Dwa dni później, po szalonej korespondencji z Tymonem, nagrałam to, co udało mi się wysłyszeć, a potem wysłałam Chłopakom.
Żeby wysłuchać całej piosenki w wersji studyjnej, musiałam czekać aż do premiery płyty we wrześniu. Czujecie te emocje?

No i czy to znaczy, że mam płytę już od września, a piszę o niej dopiero w marcu? Tak. Choć zaczęłam ten tekst znacznie wcześniej, to nagle z osoby mającej zero etatu i poczucie, że po prostu nie nadaję się na nauczycielkę, stałam się nauczycielką rozchwytywaną z dwoma etatami w szkołach podstawowych, a dokładnie 35 godzinami w sumie przy tablicy. (Poczucie, że się nie nadaję mnie nie opuściło, ale wreszcie zrozumiałam, że na brak mobbingu wcale nie trzeba sobie „zasłużyć”.) Wyjście z psychicznego dołka i wskoczenie do rozpędzonego pociągu, jakim była od września publiczna szkoła podstawowa, a od października jeszcze kolejna fantastyczna przyjazna Montessori, całkowicie mnie zawłaszczyło. A przynajmniej zawłaszczyło moją energię. Wielokrotnie myślałam, jak napisać tę recenzję. Ile chcę w niej zawrzeć. Nawet – z różnym skutkiem – omawiałam z dziećmi formę, jaką jest recenzja. Na co należy zwrócić, podczas jej pisania, uwagę (nota bene wiem, że na tym blogu zamieszczam recenzje nie do końca typowe). Jednak zmierzenie się tym z tekstem mnie… zwyczajnie przerosło. Oprócz braku jakiejkolwiek energii miałam jeszcze jeden problem – Kury tworzą naprawdę wybitni muzycy. W dodatku (co w przypadku pisania recenzji bardzo onieśmielające) żyjący. Zasługują na recenzję rzetelną i fachową, a o swoim pisaniu myślę, że nadaję się do niego tylko trochę bardziej niż do uczenia. Nie zamierzam się w tej swojej blogowej przestrzeni tłumaczyć czy przed nikim kajać. Jest jak jest, na blogu daję z siebie wszystko, ale czasem wszystko, to w danym momencie 0%. Mój moment się wyjątkowo wydłużył po prostu.

Reasumując, „Teflonowy mózg” okazał się kapitalnym przebojem, a fragment, jaki poznałam wiele miesięcy wcześniej, jego refrenem. Pierwszy raz słuchałam tej piosenki z Bartkiem i umarliśmy ze śmiechu w 1’28”, kiedy na pięknym melodyjnym bridge’u kompletnie bez zapowiedzi został spuszczony piszczałkowy kleks, w dodatku jakiś taki w poprzek. To było tak na wskroś tymańskie, że nie musieliśmy nawet dopytywać, kto za tym stał. Potem wielokrotnie zmartwychwstawaliśmy i umieraliśmy znowu. I tak naprawdę ten proces nigdy się nie skończył. Śmieszy nas to za każdym razem, a Bartek zobrazował mi naturę Tymona, z której wynika ów muzyczny żart, nawet memem:

Napisałam, że Olaf zaczął „Teflonowym mózgiem” płytę, bo to jego piosenka. Napisana (muzyka i słowa) i zaśpiewana przez niego. I choć na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” każda piosenka też miała podpisanych autorów (wiem, że Tymański zawsze bardzo o to dba), to jednak słuchając albumu bez okładki w ręku, można było odnieść wrażenie, że wszystko wymieszane jest w jakimś tyglu, a autorami tego wytworu są po prostu Kury. Brzmiało to z jednej strony niezwykle spójnie, ale z drugiej – wg zamierzenia Autorów – była to przedziwna wędrówka po najróżniejszych stylach muzycznych. Wykonawcy tak często zmieniali głosy (rozpoznawanie zmienionego głosu idzie mi równie świetnie, jak odgadywanie brakującej litery w słowie), że mój mózg rejestrował wszystkie piosenki jako genialną całość. W przypadku „Uno Lovis Party” autorzy piosenek są nie tylko wypisani na okładce (skądinąd przepięknej, zaprojektowanej przez Olafa i jego żonę Małgorzatę Deriglasoff). Oni również wyśpiewują swoje piosenki trochę… osobno.  W refrenach na ogół dołącza reszta plus jest też kilka smakowitych wyjątków, ale ta osobność, czy też oddzielność mocno rzuciła mi się w uszy. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut.
Z drugiej strony na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” autorzy każdej z piosenek są wypisani na wkładce dolnej, a na „Uno Lovis Party” dopiero pod tekstami w książeczce, więc trudniej do nich dotrzeć tak szybko jak w przypadku pierwszej z płyt. Do tego „Uno Lovis Party” brzmi również niesłychanie spójnie i w żadnym wypadku – niezależnie od tego, kto jest autorem danej piosenki – nie mam wrażenia, że to składanka różnych od siebie stylów. Skąd więc to moje silne przekonanie o większej odrębności autorów kompozycji i tekstów na płycie ostatniej? Być może stąd, że kiedy zagłębiałam się w „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”, nie znałam jeszcze Tymona. Nie rozpoznawałam zmienionych głosów. Bartek, nawet jak nie pamiętał, która piosenka jest czyja, wystarczyło, że się w nią wsłuchał i od razu rozpoznawał styl każdego z Chłopaków. Minęło już sześć lat, od kiedy w miarę regularnie odwiedzamy Tymona, rozmawiając z nim. Poznałam też Olafa

(z onieśmielenia jego urodą, ugięły się pode mną nogi i od tego momentu Awkward w naszych kontaktach to moje drugie imię; ostatni raz się tak czułam pod warszawskim Marriottem w ’96, patrząc z odległości kilku metrów w oczy Michaelowi Jacksonowi),

więc zaczęłam również nadrabiać swoje braki w znajomości jego twórczości. Dostąpiłam też niekłamanego zaszczytu przebywania ze wszystkimi Kurami w jednej przestrzeni, obserwowałam ich stosunek do siebie, cudowne, pojechane poczucie humoru, ogromny szacunek, którym – mimo różnic – się wzajemnie darzą. Do tego od dawna już słyszałam od Tymona, która piosenka jest czyja. To musiało mieć gigantyczny wpływ na mój odbiór „Uno Lovis Party”.
Czytam tę płytę, jak spotkanie po latach tych samych dwóch świetnych muzyków, którzy są dziś po prostu trochę gdzie indziej niż poprzednio. Są dojrzalsi (choć równocześnie nadal piękni trzynastoletni…), mają na swoich zawodowych kontach pokaźny dorobek. W dodatku mocno się od siebie różnią. Olaf przez lata zanurzał się w muzyce mocnej, ciężkiej, pełnej buntu, Tymański muzycznie zdążył kilka razy oblecieć dookoła Księżyc, czasami przy tym jazzując. Obydwaj pisali też muzykę filmową. W takim punkcie kariery trudno na nowej wspólnej płycie udawać no-name’y. A nawet, jeśli nie trudno, to oni już tam byli. To już mamy na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”. To wrażenie „dojrzałości” nowej płyty, ale też samych jej Autorów, uderzało mnie jeszcze w wielu momentach, a na sam koniec doprowadziło do łez wzruszenia. Muzyczne spotkanie po latach dwóch dojrzałych mężczyzn, przyjaciół. Spotkanie, podczas którego nikt nikomu już niczego nie musiał udowadniać (choć być może ktoś czasem próbował). Spotkanie, podczas którego już nie formowali się wspólnie, ale obaj przybyli na nie uformowani. Zresztą uformowani, ale równocześnie skłonni do kompromisów, z jakimi zawsze się wiąże wspólne tworzenie. No i w końcu – the last but not least – ich spotkanie z muzykami, z którymi nie grali dotąd wspólnie. W dodatku z dwóch młodszych, a więc też całkowicie innych pokoleń. W tym miejscu muszę odnotować fragment wspólnego z Kurami spotkania.

Olaf, patrząc wymownie na Szymka, stwierdził (tak, również – jak Bartek i Tymon – używając wołacza):

– Powiem teraz Twój ulubiony, Szymku, tekst. „Jako ktoś, kto gra koncerty już od czterdziestu pięciu lat”…

Mój Bartek dałby sobie doszytą rękę odciąć, że Olaf gra koncerty dopiero od czterdziestu lat. Co z kolei składałoby się w jakąś całość z zawsze rozbawiającą mnie wypowiedzią Tymona (Tymonie przepraszam, muszę to opublikować), że „Olaf nawet jak miał trzydzieści dwa lata, był stary”. Pamiętajmy też, że Olaf założył onegdaj kapelę Dzieci Kapitana Klossa, którą po latach przechrzcił na Dziady Kapitana Klossa, stając się tym samym swoim własnym pradziadkiem. To prawdopodobnie jedyny taki przypadek w historii.

Jasne, że na pierwszym miejscu są umiejętności muzyczne, zawodowstwo, ale Kury – czego nie podkreśliłam wystarczająco mocno – nigdy nie były duetem Tymański – Deriglasoff ze starannie dobranymi muzykami sesyjnymi. To zawsze była grupa indywidualnych, oryginalnych, niezwykle intrygujących jednostek (nie tylko zresztą muzycznie), które łączyła wspólna pasja, ale też kunszt. Pisząc o muzycznym powtórnym spotkaniu po latach, mam na myśli to, co z Kur do dnia dzisiejszego przetrwało.

„WiosenNy szał”

fot. Marianna Patkowska

Po „Teflonowym mózgu” – opisie marzenia pewnego bardzo wrażliwego i przebodźcowanego, a równocześnie przerażająco trzeźwo stąpającego po ziemi artysty, naszym uszom ukazuje się ogromna zielona łąka, na której kica zając. Z kadru na kadr coraz lepiej widoczny. Zaraz, zaraz. Czy to zając na pewno? Nie tygrys? Tygrysek! Skaczący na ogonie! A nie, czekajcie. To… jednak Tymon! Nie mogę się tego obrazka pozbyć i widzę go za każdym razem, słuchając piosenki „Wiosenny szał”. Pozytywnej, śmiesznej, nawiązującej muzycznym stylem do disco-polo, ale jak zwykle w przypadku Tymona (bo to nie jest pierwszy raz) w sposób na szczęście nie do końca udany.
Moi Czytelnicy dobrze wiedzą, jaki mam stosunek do wiosny. Nie rozumiem ekscytacji tym, że przyroda powoli budzi się do życia, a z hibernacji wychodzą wszystkie zimowe kupy. Nie rozumiem odżywania – ja kompletnie zdycham. Na lekkie stroje jest za zimno, ale na cieplejsze – za gorąco. Na przemian pocisz i marzniesz, ze zmęczenia ledwo trzymając się na nogach, ale musisz być ostrożny, żeby w nic nie wdepnąć. No jednym słowem pomyłka. Jednakowoż kiedy słyszę kojący głos Tymona, zapewniającego, że:

Wiosenny szał porywa nas
gdy kwitnie miesiąc maj
przez chwilę da się lubić ten
nieudany kraj
Witalny szkwał, odrywa właz
oddycha morze, szepce las
znów epifanii nadszedł czas!

– początek piosenki „Wiosenny szał”,

… to łapię się na wyczekiwaniu wiosny. Ja. Wyczekiwaniu. WIOSNY… Ten Tymon to umie w perswazję. No i już ta pierwsza piosenka zdradza nam to, co od jakiegoś czasu przeczuwałam. Mianowicie, znakomita swoją drogą, płyta „Paszkwile” bardzo mocno ukształtowała Tymona, wpłynęła na cały dalszy jego sposób pisania (mówię nie tylko o harmoniach, ale też samych brzmieniach). Jej odłamki słychać na płytach kolejnych, choćby na fantastycznych „Republikacjach”. Nawet podzieliłam się z nim tą refleksją. Przyznał, że coś może być na rzeczy. To nie jest w żadnym wypadku zarzut. Odbieram to raczej, jak znalezienie swojej drogi, swojego brzmienia. Ciekawie jest obserwować piętno, jakie na twórcy wywarł jego własny album.
Jest to też jedyna piosenka, do której Kury podczas koncertu… tańczą. Na licznych filmikach widziałam tańczącą trójcę (Alan Kapołka pozostał na stanowisku, nadając wszystkiemu rytm), a na dwóch koncertach, na których byłam, jedynie tańczącego Olafa i Tymona. I o ile Olaf – surprise, surprise – w swoich kocich ruchach jest personifikacją męskiego seksapilu, o tyle Tymona ochrzciłam mianem Johna Travolty Polskiego Yassu. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba zobaczyć! I równocześnie też nie da się tego na szczęście odzobaczyć! To zostaje w człowieku już na zawsze…

„Memento amoris”

fot. Marianna Patkowska

Kolejną piosenką jest piękna nastrojowa ballada Szymona Burnosa o przeuroczym tytule „Memento amoris”. Rozpoczyna się słowami:

Wykupiłem nam kwaterę w nekropolii
tuż pod lasem, gdzie jabłkowy szumi sad
Gdy zaśniemy obok siebie
będzie lekko nam jak w niebie
Naszych mogił nikt nie ruszy tysiąc lat

– początek piosenki „Memento amoris”

Rozłożyło mnie na łopatki, że przedstawiciel kurzej sekcji młodzików po jakimś czasie z – jak napisali kiedyś o sobie – „bardziej wytatuowaną” starszyzną, we własnej piosence od razu szykuje się na tamten świat. (Może świadomość czterdziestopięcioletniej scenicznej kariery kolegi tak na niego wpłynęła.)

Swoją drogą niedawno miałam okazję zwiedzić cmentarz na Srebrzysku (który sugeruje dalej w tekście Szymon) i w pełni zrozumiałam magię i romantyczność opisanego miejsca.

W balladzie tej wszystkie harmonizujące ze sobą w refrenie Kury brzmią naprawdę pięknie. Jednak prawdziwą wisienką na torcie jest tu żeńska wokaliza. Niebiański głos o przepięknej barwie należy do Mii Deriglasoff – córki Olafa. Na jednym z koncertów Olaf zdradził kulisy pojawienia się tej wokalizy na płycie. Otóż panowie dumni z właśnie zmontowanej piosenki, puścili ją Olafowej Latorośli. Ta jednak, wbrew oczekiwanym zachwytom, zauważyła że niby wszystko ok, ale brak tu żeńskiej wokalizy. W tym miejscu musimy pamiętać o tym, że niewiele jest na świecie rzeczy tak kruchych, jak ego artysty, który właśnie coś stworzył. Olaf miał ponoć odburknąć:

– To ją zaśpiewaj!

No to – zaśpiewała. I muszę przyznać, że ta opowieść zmieniła moją perspektywę. Bo dopiero kiedy wyobraziłam sobie ten utwór bez żeńskiej wokalizy, zrozumiałam, jak jest w nim ważna. Męski podmiot liryczny, chór męskich kur i równowaga, która nadchodzi wraz z anielskim kobiecym śpiewem. Czy to wokaliza „sproszkowanej” (nawiązując do tekstu) Ukochanej Szymka, a właściwie jego bohatera lirycznego? Śpiew jej ducha? Interpretacja leży po stronie odbiorców. Tak czy tak, skojarzenie ze znakomitą Clare Torry w piosence „The Great Gig in the Sky” Pink Floydów nasuwa się samo.

„Babilon upadł”

fot. Marianna Patkowska

Po chwilowym zwolnieniu tempa i pewnym wyciszeniu, słyszymy mocniejsze gitary, co może zwiastować tylko jedno – piosenkę Olafa.

Bezrobotni politycy
kucają na ulicy
żebrzą o pięć zyla
ale nikt im nie chce dać
Fajnie się rządziło,
ale nagle się skończyło
dziś nie mają dokąd pójść
w depeesach muszą spać

– początek piosenki „Babilon upadł”

Absolutnie cudowna, utopijna wizja upadku Babilonu, niesłychanie podnosząca na duchu. A prawdziwym mistrzostwem jest tu refren. Zarówno doskonała harmonia, przywodząca na myśl Queen (co mocno mnie poruszyło, bo Queen harmonicznie był niedościgniony), jak i tekst, przy którym za każdym razem turlamy się z Bartkiem ze śmiechu:

Babilon upadł
kto by się spodziewał

Oczywiście trudno wyjaśnić tym, których nie śmieszy, co dokładnie śmieszy nas. Mówiąc w największym skrócie, prawdopodobnie pewna nieadekwatność tekstu do melodii, na którą jest zaśpiewany.

„Kwanty”

fot. Marianna Patkowska

Jestem sceptyczna, kiedy ktoś w rozmowie ze mną wyskakuje z energią męską i żeńską, kosmiczną, czy też – największa dla mnie abstrakcja – pieniądza. Natchnione przemowy o kosmosie budzą moją podejrzliwość. Jedynym wyjątkiem jest dla mnie jednak… Tymon Tymański, który używając słowa „energia”, zdaje się za każdym razem naprawdę dobrze wiedzieć, o czym mówi. W jego przypadku za tym słowem idzie zawsze jakaś głębia, nie zaś komercyjne uduchowienie.

Skończmy pleść głupoty
bo nas podsłuchują roboty
Przejdźmy do rozmowy
w trybie meta-para-naukowym
Nie potrzeba boga
starczy kosmologia kwantowa
W dół, w górę i na skos
splątany jest nasz los
kosmopsychizm to jest sztos

– początek piosenki „Kwanty”

Powyższym cytatem zaczyna swoją piosenkę „Kwanty” Tymon Tymański i jest to utwór, który najtrudniej mi interpretacyjnie rozgryźć. Z jednej strony jest tu mowa o uwsteczniającej nas jako ludzkość pseudonauce, jak też teoriach spiskowych (oba te fenomeny często idą ze sobą w parze). Z drugiej strony zaśpiew:

Oleo!

kończący każdy wers refrenu, całą swoją formą przywodzi mi na myśl wszystko, co najgorsze w tej naszej polskiej biesiadnej plemienności.
Równocześnie… no przecież to przeurocza piosenka o seksie jest! I zanim ktokolwiek mi tu zasugeruje, że mnie to się wszystko kojarzy (z czym polemizować… niestety nie mogę), niech się przez chwilę zastanowi, czy nigdy nie chciał z nikim „złączyć atomów”, z już zwłaszcza „kwarki i leptony”. Oleo?

„Leki, leki”

fot. Marianna Patkowska

Nie ukrywam, że przed powstaniem płyty, mieliśmy pewne przecieki od samego Mistrza Tymańskiego dotyczące tematyki, nad jaką pracuje i wszelkich jego obaw z tym związanych. Okazuje się bowiem, że dziś z wielu rzeczy śmiać się – moja ulubiona fraza – „nie wypada”. Wszyscy stali się niesłychanie wrażliwi na punkcie własnych doświadczeń i zaczęli wrzucać do jednego wora rzeczywistą przemoc słowną z humorem. A ten ostatni ma to do siebie, że jego celem nie jest wyrządzanie krzywdy, ale ukazanie jakiejś grupie (np. społeczeństwu) krzywego zwierciadła, w którym może się przejrzeć. I takie krzywe zwierciadło jest niesłychanie potrzebne. Pomaga zachować równowagę.
Myślę, że ten dosyć złożony mechanizm przewrażliwienia jest ściśle związany z tym, że jako społeczeństwo dopiero zaczynamy, niezwykle powoli, proces terapeutyzacji. Ja sama, tuż po pierwszej terapii, doszłam do smutnej konstatacji, że im więcej rozumiem, tym mniej bawią mnie żarty często bazujące na stereotypach. Po pierwsze dlatego, że stereotypy nigdy nie są do końca prawdziwe, a po drugie dlatego, że pod większością zachowań, nawet tych idiotycznych, dostrzegałam człowieka z jego bagażem i problemami. Na marginesie warto dodać, że żartowanie często bywa mechanizmem obronnym. Łatwiej coś obśmiać niż się z tym zmierzyć. Jednak kiedy już to wszystko dobrze zrozumiemy, przerobimy i staniemy sami ze sobą w prawdzie, na szczęście okazuje się, że odzyskujemy zrozumienie, czym są stereotypy do czego służą i z czego się biorą. Odzyskujemy też z przestrzeni tabu wszystkie te rzeczy, które nas niegdyś uruchamiały. Innymi słowy, odzyskanie utraconego w tym procesie poczucia humoru, pojawia się na kolejnym etapie sterapeutyzowania. Czy stworzyłam teorię w oparciu o tylko i wyłącznie własne doświadczenia? Tak, ale czuję, że jest w tym pewien sens.
Myślę też, że warto odróżnić od siebie kilka rzeczy. Po pierwsze różnorodność w obszarze żartu (co bawi jednych, nie będzie bawić drugich i prawdopodobnie na odwrót, trudno jednak kategorycznie stwierdzić, że coś jest żartem dobrym, a coś innego na wskroś złym). A po drugie chamstwo, które bywa „żartem” nazywane, lecz w rzeczywistości chodzi w nim tylko i wyłącznie o czyjąś krzywdę. Żart może w najgorszym razie nas nie rozśmieszyć lub nawet przekroczyć nasze granice (moją granicą są żarty z holocaustu). Możemy się po jakimś żarcie poczuć źle, ale powodem zawsze będzie poruszenie w nas jakiejś czułej struny. Czegoś „niezaopiekowanego”. Chamstwo natomiast zawsze chamstwem pozostanie, a złe samopoczucie odbiorcy jest celem samym w sobie.
Tymon w mojej opinii już dawno temu wybrał bardzo świadomie ważną i potrzebną rolę błazna. A więc dostarcza rozrywkę, pomaga rozładować napięcia, staje się pewnego rodzaju buforem bezpieczeństwa, ale też głosi prawdę, używając żartu jako swojego narzędzia. Nie ukrywam, że kiedy usłyszałam, że ma obawy związane z tym, z czego dziś można, a z czego nie można żartować, krew mnie zalała. Dziś bardziej niż kiedykolwiek Tymańskiego potrzebujemy z jego przenikliwością, trafnością spostrzeżeń, ale też ogromnym ciepłem i życzliwością wobec świata i ludzi. No i przede wszystkim z nieszablonowym, wyjątkowym poczuciem humoru. Proszę, nie twórzmy napięć i nie róbmy problemów tam, gdzie ich nie ma. Spójrzmy w to krzywe zwierciadło z zaufaniem i wiarą, że ten widok nas o coś istotnego wzbogaci.

Dość mroczną i tajemniczą piosenkę „Leki, leki” Tymon Tymański rozpoczyna słowami refrenu:

Ref.:
Leki, leki, leki, leki
Na wszelki smutek ciągle się je
Leki leczą lęki, lęki
By miały skutek wciąż się je, je, je

– początek piosenki „Leki, leki”

Gdybym cofnęła się w czasie i nie brała co rano garści leków pomagających mi żyć w sposób kiedyś dla mnie nieosiągalny, prawdopodobnie rozśmieszyłoby mnie w tej piosence coś innego niż to, co śmieszy mnie w niej dzisiaj. W końcu jako ludzka masa łykamy w sposób niekontrolowany jakieś niebywałe ilości leków i suplementów. Teoretycznie na większość zdrowotnych problemów (realnych lub tych wykreowanych sztucznie) znajdzie się jakiś cudowny lek. Druga strona medalu jest natomiast taka, że nic, co przyjmujemy, nie pozostaje naszemu organizmowi obojętne i bardzo często naprawiając jedno, niszczymy drugie.
Przez całe dzieciństwo i wczesną młodość widziałam, jak mój tata przyjmuje lit. Teoretycznie miał on stabilizować nastrój, co jednak nie uchroniło taty od zapadania co jakiś czas w kilkumiesięczne depresje, a potem w jeszcze chyba gorsze manie. Jak by było, gdyby litu nie stosował, nigdy się nie dowiemy. Może lepiej, może gorzej. Wierzyłam od dziecka, że dużo rzeczy jest kwestią chemii w mózgu. (Stąd koncepcja wolnej woli wydawała mi się co najmniej niefortunna.) Jednak gdzie jest granica? Czy wszystko rzeczywiście leczenia wymaga?
Te pytania zaczęły mi się nasuwać po jakimś czasie słuchania tej płyty na okrągło.

Łykam Asertin i wraca mi głos
wrzucam Ozempic i chudnę o włos
Rispolept rządzi, a Zoloft to sztos
Medikinet ładuję wprost w nos

– śpiewa Tymon,

a mnie za pierwszym razem zrzedła mina. Ta najbardziej w swoim życiu sterapeutyzowana ja usłyszała nazwę leku, dzięki któremu po raz pierwszy zrozumiała jak może być, kiedy się nie ma ADHD (lub może bardziej, kiedy ma się je pod kontrolą) i poczuła się… dosyć nieswojo. Sama przecież tyle razy żartowałam, że jestem tak przykładnym obywatelem, że nawet kiedy biorę amfę, to na receptę, a tu jakiś taki niesmak. Jakaś taka potrzeba (u mnie obsesyjna) wytłumaczenia Tymonowi, żeby z Medikinetu jednak nie żartował, bo ten lek mi pomógł. Miałam w głowie cały wykład, który bym Tymonowi wygłosiła, gdyby mnie akurat dopuścił do głosu. Szach i mat! Wpadłam w pułapkę, w którą wpaść nie powinnam. A jednak. Bo to nie Tymonowi, ale sobie chciałam coś powyjaśniać. Tymczasem prawda jest taka, że każdy z tych leków może realnie uratować życie. I posiadając tę wiedzę, mamy prawo (a nawet obowiązek) wrzucić na luz i się nieco zdystansować.
W trakcie któregoś słuchania doszłam nawet do szokującej refleksji. Otóż od dłuższego czasu nie doświadczyłam pojawiających się kiedyś często stanów lękowych. Poradziłam sobie z nimi terapią, autoterapią oraz farmakologicznie. Kiedy pewnego dnia niespodziewanie powróciły, złapałam się na tym, że moją pierwszą myślą była ta, że muszę skonsultować dawkowanie leków ze swoją lekarką (po tylu latach świetną, co też w tym fachu jest niestety rzadkością). Słuchałam „Leków, leków” i nagle mnie olśniło, że weszłam bezrefleksyjnie w myślenie o lekach, jak by były jedynym rozwiązaniem, zapominając, że te koszmarne stany lękowe były dla mnie kiedyś sygnałem, by się sobą zająć i zwrócić się o pomoc do specjalisty. Dziś mam narzędzia, by z tymi lękami posiedzieć i się im poprzyglądać. Czy to będzie miłe? Nie będzie. Ale leki mają tylko wspomagać własną pracę nad sobą, a nie załatwiać nam konkretne stany. I o tym właśnie pisze Tymon.

Kolejnym wzruszającym mnie na płycie momentem jest ten, w którym w środku „Leków, leków” zaczyna rapować… Kosma Tymański – syn Tymona. Czy to nie jest ujmujące, że na płycie Kur wydanej po tylu latach ze starego składu spotyka się Olaf z Tymonem i dorosłe już dzieci każdego z nich mają na niej swój naprawdę znakomity udział? Że tworzą jakość nowego dziecka swoich ojców? Symboliczne i piękne. Kosma – będący współtwórcą tego utworu – rapuje w kompletnie swoim stylu. Tymon pozostaje w roli mędrca-błazna, a Kosma ma swój inny, ale równie niepowtarzalny styl.

Para-recepty farmasekty
parasajty przyssały dziadkom się do renty
I czek-czek o szóstej rano
kolejka do okienka
po Augumentin
Babcia łyka, łyka, łyka, łyka
aż jej w gardle stanie
Łyka dalej, łyka
– zwraca się jej śniadanie…
Za te lęki – no dzięki, dzięki!
(Wnusiu, zdrowo by było je jeeeeeeeść)
Ej, leki, leki – dla chłopca i dziewki
(Mmmmmm, oni mi je dają, a ja je jeeeeeeem)

– fragment piosenki „Leki, leki” (Kosma Tymański)

A wisienką na tym lekowym torcie jest znakomity teledysk.

„Mam Tourette’a”

fot. Marianna Patkowska

Przekreślili mnie
za niepoprawne treści
wyrokując, że
już nie jestem śmieszny

– początek piosenki „Mam Tourette’a”

Kolejna piosenka Tymona jest doskonałym podsumowaniem kilku wątków, które poruszyłam w interpretacji wcześniejszego utworu. Po pierwsze, bywając u Tymona w czasie, w którym płyta „Uno Lovis Party” powstawała, poznawałam jego rozterki związane z wymyślanym właśnie repertuarem. Pamiętam hasło „żart z Zespołu Tourette’a” i kompletnie nie wiedziałam, czemu miałby być on nie na miejscu, ale też czemu w ogóle miałby być. Każdy z nas wie, na czym ten zespół polega. Przewlekłe zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się mimowolnymi, nagłymi, powtarzalnymi tikami, czasami niekontrolowanym wykrzykiwaniem słów bardzo zawstydzające dla zaburzonych, często trudne w odbiorze np. w przestrzeni publicznej. Pytanie, dlaczego się z tego nie śmiać, ale równocześnie też, po co się z tego śmiać.
Po wysłuchaniu piosenki (oczywiście znakomitej), zachwyciłam się jej koncepcją. Po pierwsze jest to wyznanie błazna właśnie. Błazna, któremu pewien poziom sterapeutyzowania społeczeństwa i równocześnie inny jego niesterapeutyzowania, narzucił na usta kaganiec. Tymon wyśpiewuje zwrotki, używając uroczego francuskiego „r” i popełniając językowy błąd do rymu. No przesłodki jest. Ale co ma do tego Zespół Tourette’a, zapytacie. Otóż wszystko wyjaśnia się w refrenie:

A ja Tourette’a mam i chuj
już taki anty-urok mój
chcę dobrze, lecz wychodzi gnój
Mój mózg przeszywa nagły prąd
ten glicz to neuronowy błąd
koprolaliczny świąd i swąd

– fragment piosenki „Mam Tourette’a”

Zespół Tourette’a jest tu… metaforą organicznej potrzeby… odgrywania roli błazna. Czy tylko mnie przy tym odkryciu wybucha głowa?
Pojawia się tu również niezwykle ważna dziś fraza:

Kultura nie wyklucza!

Bardzo istotna w dobie wszechobecnego, bezmyślnie stosowanego cancel culture. Oczywiście w teorii rozumiem zamysł, żeby zepchnąć z cokołów skurczybyków, a zwolnione w ten sposób miejsce oddać równie utalentowanym ludziom prawym, ale sęk w tym, że ta teoria w praktyce nie ma racji bytu. Już pomijając nasze upodobanie do stawiania wyroków zanim zrobi to sąd i bez względu na to, czy w ogóle to zrobi, trzeba sobie zadać bardzo poważne pytanie o korelację dobroci lub jej braku z artyzmem. Czy w ogóle jakakolwiek istnieje. Dziś wiemy, że Picasso był niebywale przemocowy. Czy warto jego przemocowość głośno potępić? Tak. Jednak od tego, że dziś znamy ten fakt z jego życia, jego sztuka nie stała się nagle mniej wartościowa (mówię o wartości artystycznej, nie zaś tej sztucznie ustalanej w domach aukcyjnych). Jasne, że lepiej brzmi, że nie mam w domu żadnego obrazu Picassa, bo go bojkotuję niż że go nie mam, bo nigdy mnie na to nie będzie stać. Mamy prawo patrzeć dziś na jego sztukę przez pewien filtr. Ale mówienie dziś, że jednak wcale nie był taki wybitny jest dziecinne. Jakoś trudno nam w dzisiejszych czasach połączyć w głowie dwie skrajności, które mogą ze sobą współistnieć. „Kultura nie wyklucza”. I w tym sensie jest niezwykle demokratyczna. Talent nie ma nic wspólnego z moralnością czy wykształceniem. To nasze idealizowanie wartościowych twórców jest pułapką, którą sami na siebie zastawiamy.

I tym miejscu cały na biało wjeżdża współautor piosenki; nasz cudowny anestezjolog (więc jednak leki, leki?) – Przystojny Olaf, który niezwykłej urody głosem Andrzeja Dąbrowskiego koi ten cały tymański niepokój słowami:

A gdy przychodzi noc
snu szalona anestezja
Zaczyna się dziwadeł show
Chorej wyobraźni ekspresja
Oto stoję na scenie w brokatowym odzieniu
mam grać koncert z wokalistką niezwykle piękną
Publika w ekstazie gdy ja na estradzie
Nagle widzę rzecz niepojętą
O nie!

– fragment piosenki „Mam Tourette’a” (Olaf Deriglasoff)

„Maneki neko”

fot. Marianna Patkowska

I kiedy myślimy, że muzycznie smakowiciej już na tej płycie być nie może, system rozwala Olaf piosenką „Maneki neko”. Cudowny pełen niepokoju kontrabas na początku zwiastuje kolejną płytową perłę.
„Gentlemani nie rozmawiają o pieniądzach”? No to – jak mawia moja uczennica – pa tera!

Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, kaskę z daleka
Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, choć parę stów

– początek piosenki „Maneki neko”

No nie oderwiemy się od ziemi za daleko, gdyż Olaf stoi na straży racjonalności.  Z charyzmą, ale też spokojem pisze o swoim szacunku do ascezy i życia bez rozrzutności, równocześnie trzeźwo zauważając, że:

Mówią: pieniądze szczęścia nie dają
(no pewnie, że nie!)
– lecz ich brak również raczej nie

– fragment piosenki „Maneki neko”

Poczucie humoru w piosenkach Olafa jest gdzie indziej niż u Tymona. Podobnie jak w utworze „Babilon upadł”, rozbawia nas do łez  kompletnie pokręcony sposób łączenia tekstu z muzyką. Olaf robi to w tak nieoczywisty sposób, że właśnie ta nieoczywistość zmiata nas z planszy.
No i z tej piosenki również dowiedziałam się, że gdybym kiedykolwiek miała Olafowi czymkolwiek ewentualnie zaimponować, z rzeczy realnych zostaje mi tylko „zdrowa wątroba”. Nikt nie pytał, ale wyzwanie przyjęte!

„Mocz”

Szukacie po omacku, w głębi wierząc, że
wasz los odmieni się któregoś dnia
Kosmiczna miłość wleje się do waszych serc
a boskie światło wzniesie was do gwiazd
Jak ślepe kury przedzieracie się przez las
w niedoli i niewiedzy płyną dni
Czekając na Godota, który w kulki gra
Modlicie się i śnicie dziwne sny

– początek piosenki „Mocz”

pisze i śpiewa Tymon. Kolejna moc(z)na rzecz na płycie o lekkiej i przyjemnej muzycznej powierzchowności. Kolejny ważny, wart odnotowania temat – zagubienie wśród natłoku samozwańczych autorytetów i coraz powszechniejszej dezinformacji jako żyzny grunt dla pseudonauki. „Trudno nie wierzyć w nic” śpiewał Adam Nowak z zespołu Raz Dwa Trzy i – choć teza ta nie jest mi bliska – obserwacja dzisiejszego świata zdaje się potwierdzać, że w przypadku większości może tak być w istocie. Zaczynamy dostrzegać przemocowość religii, odchodzimy od tego, w co wierzyli nasi przodkowie, ale jako że natura nie znosi próżni, z przyjemnością przyjmujemy najbardziej absurdalne, wymykające się logice wymysły. (Od razu zastrzegam też, że nie piszę o duchowości, lecz wierze w cokolwiek, co ukształtowany rozum powinien kwestionować.) Równocześnie lgniemy do tych, którzy ochoczo wchodzą w rolę autorytetu, z tym że zatraciliśmy gdzieś po drodze umiejętność odróżnienia prawdziwych specjalistów w swojej dziedzinie od showmanów stawiających na efektowność. (W kwestii wiary w autorytety, zawsze odsyłam do Schopenhauera.)
Oczywiście moja interpretacja porusza kilka problemów naraz. Może nie zawsze się ze sobą łączą. Może nie zawsze w taki sposób. Inną kwestią jest ta, że zazwyczaj podejmującymi się tzw. samodzielnego myślenia są ci, którym brak odpowiednich do tego kompetencji. Dodatkowo efekt Dunninga-Krugera powoduje, że po sokratejsku mówiąc, nie mają pojęcia, jak wiele nie wiedzą. Kiedy napisał o tym Umberto Eco, został oskarżony o klasizm. Spróbujmy się zastanowić przez kogo.

Zbudźcie się!
Ziemia płaska jest jak blat
Zbudźcie się!
Reptylianie kontrolują świat
Zbudźcie się!
Zdajcie się na tajną moc
Ordo Templi Orientis Santa Klotz…

– fragment piosenki „Mocz”

usłyszymy w refrenie. Ale dlaczego „mocz”? To już wynika z przeuroczej końcowej części piosenki śpiewanej wspólnie przez cały zespół:

Mam ten mocz
mam całe mnóstwo moczu
Masz ten mocz
źródło mocy bije w twoim kroczu…
Mamy mocz, mamy całe mnóstwo moczu
Macie mocz – źródło mocy bije
w waszym kroczu

– końcowa część piosenki „Mocz”

Znowu przypomnijmy sobie o roli błazna. Zwraca uwagę na rzeczy ważne, ale jego rolą jest rozśmieszanie. Kiedy robi się zbyt poważnie czy mocno, on rozładowuje napięcie. Fizjologiczne żarty są zresztą do tego najlepsze. Czy wszyscy rzeczywiście, jak chcą nam wmówić wszelkiej maści coache, mamy moc? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest natomiast, że wszyscy mamy mocz, jak również (moja ulubiona fraza), że źródło mocy bije w naszym kroczu. Choć niestety kiedy ja to mówię, zaczynam się ocierać o wulgarność.

„Dziękuję Wam, Przyjaciele”

fot. Marianna Patkowska

Spokojne morze nie uczyni cię
wprawnym żeglarzem
By zdobyć doświadczenie
musisz przeżyć niejeden sztorm
Ludzie, którzy nauczyli mnie najwięcej
znali tę prostą zasadę
by zdobyć mądrość, musisz stracić coś…

– początek piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

Okłamywanie i zdradzanie własnego przyjaciela? Okradanie go i zniesławianie? Ale tak, to nie do Olafa. Nie do Olafa tak! No chyba, że chcecie zostać czarnymi bohaterami jego kurzej piosenki. Piosenki co prawda świetnej, ale czy na pewno warto?
Prawdą jest, że najlepiej szlifują nas trudne doświadczenia. Dobrze więc mieć wobec nich pokorę, a nawet znaleźć w sobie za nie pewną wdzięczność. To wiele ułatwia. Jednak wdzięczność wobec naszych oprawców za to, że przez nasz autonomiczny wybór reakcji na zło, jakiego od nich doświadczyliśmy, staliśmy się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi, to nawet dla mnie zbyt wysoki poziom abstrakcji.

Pamiętam, jak ktoś kiedyś, chcąc mnie pocieszyć, stwierdził, że powinnam być wdzięczna swojemu byłemu przemocowemu anglojęzycznemu partnerowi, bo związek z nim okazał się przełomowy w mojej nauce angielskiego. Może istotnie powinnam, ale nie jestem. Staromodnie preferuję naukę języka bez duszenia, wyzwisk, uciekania nocą w piżamie z przemocowego domu, nieustającego strachu i konieczności lądowania po niej na pięcioletniej terapii.

Biorąc pod uwagę ironiczny wydźwięk refrenu, Olaf zdaje się wychodzić z podobnego założenia:

Oszuści i złodzieje
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Fałszywi przyjaciele
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Zdrajcy i oszczercy
dziękuję – moja wdzięczność nie ma granic!
Bezcenni nauczyciele
Dziękuję Wam!

– refren piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

I na tej bardzo bliskiej mi ironii chciałabym się na chwilę zatrzymać. Tu zauważam coś ciekawego. Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnianej wcześniej płyty „Paszkwile” Tymona. Choć promująca album nieco mroczna piosenka „Pislam” może zwiastować co innego, jednak wydźwiękiem płyty jest apel, by tych naszych mniej lub bardziej pokracznych politycznych siewców zła… utulić. Utulić, rozpoznając, że istotą ich zła, jest ich własna krzywda. Że pomóc na to może tylko miłość. Nasza miłość. I w żadnym wypadku nie ma w tym ironii, choć może brzmieć to… tak dziwnie, że aż niedorzecznie. I w tym miejscu anegdota. Odwiedziliśmy Tymona albo tuż po nagraniu „Paszkwili”, albo nawet w trakcie ich nagrywania. Rozmawialiśmy o polityce i Tymon, sięgając po mleko, stwierdził:

W każdym trzeba widzieć Buddę. Nawet w jebanym pisowcu… niestety.

Ostatnie „niestety” zostało wypowiedziane z autentycznym zawodem. Tymon wyglądał jak mały skrzat, który chciałby sobie trochę poskrzacić, ale mu zabronili. Kompletnie mnie to uderzyło, bo nigdy wcześniej nie słyszałam równie autentycznego, ludzkiego wyznania, z którym tak łatwo można się utożsamić. Uduchowione osoby wyzbywające się niechęci do innych wydają mi się odczłowieczone czy odwrotnie – nadludzkie; pozbawione zmagania się ze swoją naturą (z moją naturą). W grymasie Tymona natomiast była wypisana cała ta nasza ludzka trudność w znajdywaniu w sobie serdeczności i ciepła wobec tych, którzy popierają zło i pchają nas wszystkich ku destrukcji. Nigdy nie słyszałam czegoś podobnego w swoim w połowie katolickim domu. Już prędzej, że nie wolno używać epitetu „jebany”, czy że każdy ma prawo wierzyć w to, co chce, z tym, że tak się akurat składa, że tylko katolicy mają w tej kwestii rację.

Odniosłam się do „Paszkwili”, dlatego że na „Uno Lovis Party” mamy do czynienia z Tymonem popaszkwilowym nie tylko, jeśli chodzi o stronę muzyczną, ale również tekstową. 

Olaf na płycie „Uno Lovis Party” w piosence „Dziękuję Wam, Przyjaciele”, rozlicza się z siewcami zła z życiu jednostki (swojego podmiotu lirycznego), żegnając ich jednak ozięble. Bez utulania i sentymentów, choć z wyczuwalną satysfakcją, że opisywanej jednostce udało się po tym wszystkim podnieść. Wypłynąć na powierzchnię. To słowa zwycięzcy, który swoją siłę dopiero odkrywa. To słowa zwycięzcy, do którego właśnie doszło, że jest nadal żywy, choć ciągle jeszcze obolały i ranny. Tak przynajmniej czytam użytą tu ironię (nieraz przybierającą postać sarkazmu), zdając sobie równocześnie sprawę z tego, że ironia jest środkiem stylistycznym często przez Olafa używanym. Że stanowi część jego stylu.
Ale piosenka szybko się kompletnie zmienia. Olaf staje się dziennikarzem radiowym, zachęcającym swoich słuchaczy do wzięcia udziału w pewnej akcji. Niebanalna akcja, ciekawi dodzwaniający się do radia słuchacze (zwłaszcza mój ukochany paraolimpijczyk Antek z Sopotu). Nic więcej nie zdradzę.

„Uno Lovis Party”

fot. Marianna Patkowska

Kiedy Kury uchylały rąbka tajemnicy, ilustrując fragmentami swoich piosenek rolki promujące płytę, moją uwagę przykuły pewne tajemnicze, intrygujące dźwięki. Byłam niemal pewna, że to intro albumu. Otóż nie. Okazało się, że to początek jednego z najdziwniejszych utworów na płycie – tytułowego „Uno Lovis Party”. Utworu dwóch twórców – Tymona i Olafa.

Żarty się skończyły
Ejaj kradnie mi prąd
Żarty się skończyły
system czyha na mój błąd
Żarty się skończyły
drony szyją mi dres
roboty grają jazz
szczeka wirtualny pies
Teksty cenzoruje mi
elektroniczny cieć
oplata mnie sieć
czuję się jak bio-śmieć
Oszukam algorytmy
i pójdę na plażę
Będę lizał tam bursztynki
i piachu się nażrę

– początek piosenki „Uno Lovis Party”

– melorecytuje dziwny, hipnotyzujący głos.

Swoją drogą obawa przed sztuczną inteligencją – jak najbardziej zrozumiała i wcale nie bezpodstawna – jest mi obca. Właśnie dlatego, że ludzkie mózgi, a już zwłaszcza ludzko-Kurze, są w wielu aspektach nie do podrobienia. Artyści przez wielkie A, myślący nieszablonowo, zainfekowani patologiczną wrażliwością chyba zawsze będą się wymykać wszelkim algorytmom. Oczywiście to, że AI dopiero raczkuje, nie oznacza, że całkiem niedługo nie stanie się perfekcyjna w obszarach, w których nie powinna być nawet używana. Trzeba patrzeć perspektywicznie i dostrzegać zagrożenia. Z drugiej strony kiedy widzę te filmiki z roznegliżowanymi kobietami-zombie lub zdjęcia z dodatkową trzecią ręką lub stopą zamiast dłoni, myślę, że jeśli chodzi o szeroko pojętą sztukę, możemy na razie spać spokojnie.

Potem zaczyna się pierwsza zwrotka piosenki, zaśpiewana głosem starca. (Udawanie głosów, aaaaa, ratujcie! Czy to Olaf? Olaf z Tymonem? Tymon?)

Byłem podłym drapieżnikiem
łowcą głów, hodowcą krów
lekkomyślnym lajkonikiem
psem na antylopy gnu
Nędzną resztką wyobraźni
wbrew genetycznemu złu
dałem ponieść się fantazji
woke wybudził mnie ze snu

– pierwsza zwrotka piosenki „Uno Lovis Party”

a potem już wszyscy razem zaczynają imprezowy refren:

Byliśmy przemocowi
ach, przepraszamy Was
nie chcemy być marsowi,
permutacji nadszedł czas

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten starczy głos to jakieś takie nawiązanie formą do piosenki Olafa „Emeryten party”, co niesłychanie mnie bawi. Prawdopodobnie zupełnie nieintencjonalne, ale nadal śmieszne.
Obserwowałam na koncertach Kur publiczność. Byłam jej ciekawa. Zauważyłam, że kiedy Tymon  używa na scenie epitetu „przemocowy”, rozbawia tym ludzi do łez. I choć na koncertach oczywiście dużo żartuje, to wydaje mi się, że jednak poczucie, że dawne żarty są dziś nie na miejscu tkwi w nim całkiem na serio. Być może w formie wewnętrznej toczonej z samym sobą dyskusji. To z kolei uruchamia mnie, bo uważam, że podważanie dziś „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” nie ma sensu. Lata 90. pod milionem względów były beznadziejne, ale powstawało wtedy równocześnie bardzo dużo ciekawej i wartościowej sztuki. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” to zapis tamtych czasów tamtym językiem. Wspomniane wcześniej krzywe zwierciadło trzymane przez błazna, a nawet w tym wypadku kilku błaznów. Dzisiejsze „przepraszanie” jest całkowicie nie na miejscu, bo nie jest winą kronikarza, że opisuje zastaną rzeczywistość. A Kury opisały ją w jeden z najlepszych możliwych sposobów. W moim subiektywnym przekonaniu nie tylko jak na tamte czasy, ale w ogóle. Tak po prostu.
Oczywiście, że mogę też nie wyczuwać do końca ironii. Przyjmuję jeszcze trzecie wyjście, że ironia Tymona (czy on w ogóle pisał ten akurat fragment?) może współistnieć z jego realną potrzebą przeprosin.
Przywołanie w zwrotce ruchu „woke” też jest tu istotne. Choć początkowo chodziło w nim tylko o uwrażliwienie społeczeństwa na przejawy dyskryminacji, dziś z tą samą nazwą kojarzona jest tendencja, żeby odpowiedzialność za uczucia odbiorcy komunikatu ponosił jego nadawca. I tu pojawia się podstawowy problem, gdyż odpowiadać możemy tylko za swoje intencje, czyny oraz emocje. Choć komunikat rzeczywiście mówi najwięcej o nadawcy, jednak jego odbiór jest już po stronie nomen omen odbiorcy właśnie. Myślę, że zwalnianie ludzi z przeżywania trudnych emocji, radzenia sobie z nimi, ale też asertywnego komunikowania swoich granic, osłabia ich. Równocześnie zwalnianie nadawców komunikatów z prawdziwej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa poprzez odgórne ustalenie, co powiedzieć można, a czego nie, osłabia zarówno nadawców, jak i sam język.
A wracając jeszcze do samej piosenki, zwróćcie uwagę, jak pięknie brzmi w niej głos Tymona. Przefajny numer.

„Pieśń o pleśni”

Albin mógł być bogiem
choćby wziętym proktologiem
koniec końców został pedagogiem
pół-człowiekiem, pół-hot dogiem

– początek piosenki „Pieśń o pleśni”

Płytę kończy urocza ballada Tymona pod tytułem „Pieśń o pleśni”. Jej zaśpiewany przez Maestro początek rozkłada mnie na łopatki zbitką „wzięty proktolog”, ale też budzi we mnie ciepłe skojarzenia z poezją mojego taty tworzoną na poczekaniu i opartą na starych dobrych częstochowskich rymach.

Kiedyś tata oświadczył nam, że rozważa przerzucenie się na pisanie wierszy białych, na co mama bez krztyny delikatności wyparowała, że „wtedy to już nie będą miały ani sensu, ani rymu”. A tata, choć faktycznie miał nieortodoksyjne podejście do roli sensu w wierszu, mocno się w tamtym momencie zasmucił. Kocham więc wszelką poezję absurdalną i jej wrażliwych twórców!

Druga zwrotka zaśpiewana przez Olafa obfituje za to w niezwykle trzeźwą i trafną obserwację świata i gdyby nie to, że w sekcji sł. figuruje Tymon, mogłabym przysiąc, że napisał ją Olaf.

Bobby zadał bobu
zlikwidować chciał pół globu
A dlatego taki popis dał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał…

– fragment piosenki „Pieśń o pleśni”

Czy to nie opis genezy większości bitew i wojen? Mały siur, po prostu. Niekoniecznie literalnie. To może być też niski wzrost. W każdym razie męski kompleks, na który cudownym lekarstwem okazuje się najczęściej globalne zniszczenie. Historycznie była to na ogół skala makro, ale w codziennym życiu to się dzieje nadal, tylko w skali – nomen omen zresztą – mikro. Nie trzeba najeżdżać sąsiedniego mocarstwa. Wystarczy zrujnować komuś życie, stać się wrzodem na czyjejś historii. Zbyt proste? Wręcz prostackie? Być może. Jako kobieta, blondynka i jedynaczka, która zdecydowaną większość swojego życia słyszała wypowiadane bez krępacji i przy całkowitym społecznym przyzwoleniu przez dorosłych samców żarty na temat korelacji:

  • emocjonalnej niestabilności kobiet z ich okresem,
  • głupoty ze swoim naturalnym kolorem włosów, czy
  • egoizmu i rozpieszczenia z nieposiadaniem rodzeństwa,

śmieję się dziś z tej oczywistej, wypływającej ze wspaniałych Kurzych gardeł tezy dotyczącej stereotypowego męskiego sposobu radzenia sobie z deficytami. Nawet jeśli to czyimś zdaniem słabe, #MnieŚmieszy.
W refrenie robi się jednak bardzo po tymańsku. Nie to, żeby wcześniejszy żart w jego stylu nie był, ale tu wjeżdża cała paszkwilowa filozofia. Jeśli ktoś nadal nie rozumie, czemu odbieram odwiedziny u Tymańskiego jak pouczającą podróż do Mędrca, którą potem za każdym razem muszę sobie ułożyć w głowie, spacerując plażą i patrząc na bezkres morza, niech wczyta się w te słowa i przestanie gwiazdorzyć:

Ciemność jest w nas
tulmy diabła, póki czas
Światło jest w nas
choć leżymy raz po raz
Bóg, bies i ta pieśń
wszystko w naszych głowach trwa
Gdzie byt – tam i pleśń
Miłość, zgniłość, Ty i ja…

– refren piosenki „Pieśń o pleśni”

Piękne zakończenie pięknego krążka.

Po którymś wspólnym wysłuchaniu zapytałam Bartka, czy nie ma wrażenia, że nawet te piosenki, które nie są Tymona, mają w sobie wyraźnie odciśnięte jego piętno. Przecież zarówno najstarszy w Polsce (po Maryli, rzecz jasna) koncertujący muzyk – Przystojny Olaf, jak i w samym kwiecie wieku Szymon Burnos są artystami z ogromnym własnym dorobkiem. Artystami określonymi, wyraźnymi. Jednak… obojętnie jak dużo wolności i przestrzeni nie dałby im na płycie Tymon, to właśnie on sam w jakiś przedziwny sposób jest tych wszystkich wspaniałych piosenek wspólnym mianownikiem.

– Wiesz, Tymon, spotykając się z ludźmi, zwłaszcza w przestrzeni artystycznej – stwierdził poważnie Bartek, – zostawia w nich taki wyryty napis „tu byłem”.
– To piękne – odparłam.
– Oplata cię jak bluszcz i rozrasta się w środku jak grzyb… – kontynuuje Bartek.
– Hmmm…
– Jak taka pleśń stopniowo pokrywająca każdy najmniejszy zakamarek… – rozpędza się.
– Dżizas, dobra, zrozumiałam za pierwszą metaforą!

Matko! Dziś myślę, że to ciekawy dobór słów; Bartek co prawda poznał płytę bardzo dokładnie, ale nie pamięta wszystkich tytułów piosenek.

– A to pożegnalne szeptanie na samym końcu? – dopytuję Bartka. – Czy to… Szymon?
Zaskoczyłam sama siebie tę znikąd niewynikającą konkluzją, no ale… szeptanie to też rodzaj zmienionego głosu.
– No co Ty? To Tymon przecież!
– A skąd jesteś tego taki pewien? – brnę bezsensownie w tezę o głosie Burnosa.
– Wiesz, ile razy Tymon szeptał mi do ucha? – wyznał, z pewnym niezrozumiałym dla mnie niesmakiem Bartek.

I tym sposobem niestety wygrał, bo mnie do ucha Tymon nie szepnął ani razu. Ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś się w tej kwestii zmieni.

Dotarłam już do końca swojej długiej i zawiłej opowieści o tej doskonałej płycie. Od napisania pierwszego zdania do postawienia ostatniej kropki minęło dokładnie pół roku. Nie ukrywam, że… trochę się do tego rozgrzebanego, pełnego wątpliwości i własnego autosabotażu tekstu przyzwyczaiłam i jest mi się z nim trudniej rozstać niż początkowo myślałam, że będzie. Jednak równocześnie zupełnie nieoczekiwanie przytrafiła się do opublikowania tego wpisu doskonała okazja, a nawet dwie.

No bo kto dziś w tym nieudanym (jak słusznie opisuje go Tymon) kraju świętuje swój dzień?
Otóż MĘŻCZYŹNI!

A kto właśnie dziś też… POSTARZAŁ SIĘ O ROK?
Nie może być inaczej – Olaf!

Przypadek? Tak sądzę. Jednak ciekawy, nieprawdaż?

nNajlepszości, Męskie Kury!

nNajlepszości, Przystojny Olafie!

Wasza płyta z każdym przesłuchaniem daje mi coś nowego, a z rzeczy starych i niezmienNychdaje nieustająco nieprawdopodobną radość! Dziękuję Wam!

P.S. A na deser moja rzeczona próba zmierzenia się z odtworzeniem harmonii z filmiku, na którym po raz pierwszy usłyszałam refren „Teflonowego mózgu”, ale najpierw kurzy oryginał.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Cowboy Carter” Beyoncé

wytwórnia: Sony Music Entertainment
rok wydania: 2024

Ten wpis będzie się nieco różnić od pozostałych moich płytowych recenzji. Zilustrowałam go okładką cyfrowego wydania płyty „Cowboy Carter” przede wszystkim dlatego, że nawiązuje ona do okładki „Renaissance” – poprzedniej płyty Beyoncé, której ma być kontynuacją. Druga przyczyna jest znacznie mniej istotna – przypomina mi ona reklamę Old Spice’a (Czy wiesz, że siedzę na koniu… tyłem?). #MnieŚmieszy
Dla porównania wrzucam tuż obok również okładkę tradycyjnej płyty CD. Całą resztę wpisu natomiast ozdobiłam własną country sesją zdjęciową, której przygotowanie miało być żartem, a koniec końców okazało się świetną i satysfakcjonującą zabawą.

Country

fot. Bożena Szuj

Z tatą łączyło mnie na pewno podobne spojrzenie na muzykę – nie były dla nas ważne etykiety czy podziały. Docenialiśmy muzykę dobrą, drażniła nas słaba. Oczywiście to dosyć subiektywne, choć dla taty – cenionego muzykologa – ze względu na kierunek skończonych studiów i ogromne osłuchanie, może odrobinę mniej. Wyrabiany przez lata gust potrafi po czasie odróżnić dzieło przyzwoite od typowej ściemy. Tata był niemal w całości zanurzony w muzyce współczesnej, zwłaszcza elektronicznej, ja natomiast słuchałam dużo szeroko pojętej rozrywki, dzieląc się z nim co smakowitszymi kąskami. Nie ograniczałam się nigdy do jakichś konkretnych gatunków, bardziej ceniąc twórców niż sam styl, w którym tworzą. Wyjątki od tej reguły były trzy, mianowicie: disco-polo, szanty i country. Oczywiście pierwsza kategoria jest złem w czystej postaci, więc nie zmarnuję na nią blogowej powierzchni. Druga jest tylko niesłychanie irytująca, a trzecia… po prostu, nie mój klimat. Istnieją naprawdę wartościowe piosenki country, ale cała ta otoczka, te republikańskie wartości, toksyczna męskość, patriarchat, pikniki, George W. Bush w kapeluszu… to dla mnie za dużo starego, zwłaszcza, że tak przecież tęsknię za przyszłością. Oczywiście jestem fanką biustu oraz intelektu przecudownej Dolly Parton, ale odrzuca mnie od tej oazowo-góralsko-buraczanej subkultury w amerykańskim wydaniu.

Dodatkowo niedawno, choć nie znoszę westernów, zaufałam niestety rekomendacji Karoliny Korwin-Piotrowskiej i narzuciłam nam do oglądania „Yellowstone”. Nie wiem czemu, chyba w akcie masochizmu, przeboleliśmy wszystkie trzy sezony (trzy pod tą nazwą; dwa pierwsze: „1883” i „1923” sobie podarowaliśmy), które można byłoby streścić w następujący sposób: przygłupawa rodzina republikańskich kowbojów posiada gigantyczne ranczo wraz z masą długów. Zamiast się jednak przebranżowić, nadal pasie bydło i morduje wszystkich, którzy staną na jej drodze, co jednak nie przeszkadza jej członkom wierzyć we własną prawość i – o ironio! – sprawiedliwość. W dodatku co jakiś czas na pierwszy plan wyskakuje Kevin Costner (grający jedną z głównych ról) i strzela tekst typu:

– To nie stół tworzy wspólne kolacje, ale rodzina, która przy nim siedzi.

po czym wsiada do swojego helikoptera i odlatuje. Serial, zaiste, wybitny.

fot. Bożena Szuj

Beyoncé

fot. Bożena Szuj

Mój stosunek do Beyoncé dość mocno się na przestrzeni lat zmienił. Szanowałam Destiny’s Child za niebanalne rytmy i harmonie, ale niezwykłość barwy Queen Bey doceniłam dopiero później. Nigdy nie była moją idolką, m.in. dlatego, że nie miałam specjalnego zaufania do jej smaku. Nie chodzi o komercyjność jej muzyki, lecz o pewną jej nierówność – z jednej strony ma na swoim koncie przeboje tak dobre jak „Countdown”, „End Of Time”, Blow czy „Work It Out”, z drugiej – potworki typu „Crazy In Love”, „Naughty Girl” czy „Check On It” (wiem, że ostatnia piosenka jest już bardzo stara, ale jednak powstała i nie przeszkadzała artystce, co mówi sporo o jej guście, nawet jeśli ewoluował). Jak by jednak nie być surowym wobec jej repertuaru – raz zdumiewająco dobrego, innym razem rozczarowująco średniego – jest wokalistką, która może absolutnie wszystko. Nawet, jeśli chodzi o śpiew operowy, co udowodniła na „Cowboy Carter” (choć nie do końca rozumiem po co, gdyż osobiście jestem zdania, że żaden głos w operowej manierze nie brzmi dobrze). Unikatowa barwa, ogromny talent i jeszcze ponoć większa pracowitość sprawiają, że mam do niej wielki szacunek i co jakiś czas z ciekawości sprawdzam, w którym miejscu swojej muzycznej podróży się aktualnie znajduje. Odkryciem i zaskoczeniem ostatnich wakacji była dla mnie płyta „Renaissance”, której po pierwszym wysłuchaniu słuchałam już na okrągło. Uzależniła mnie. Nareszcie usłyszałam artystkę wyluzowaną i zwyczajnie cieszącą się powstającą muzyką. Osiągnęła tak wysoki poziom (zarówno jeśli chodzi o zarobki, jak i możliwości wokalne), że już niczego nikomu nie musi udowadniać. Nie musi już nawet niczego sprzedać. W dodatku ma dostęp do najlepszych producentów świata, najlepszego sprzętu i jest całkowicie wolna – może tworzyć w zgodzie ze sobą. Na tej płycie to właśnie słychać – radość, świeżość, zabawę z brzmieniami, rytmami. Dla wysłuchania „Renaissance” warto było tyle lat obserwować gdzieś z boku jej karierę, bo choć mam wrażenie, że czasami błądziła, po ponad dwudziestu latach stworzyła coś fantastycznie autentycznego, nowoczesnego i doskonałego. (Przedsmakiem było z pewnością „Lemonade”, ale dopiero „Renaissance” jest wolne od napięć i wyśrubowanych oczekiwań.)
Bardzo podoba mi się też, że Beyoncé wykorzystuje swoją popularność zarówno do rozpowszechniania ciałopozytywności, jak i do walki z patriarchatem, homofobią i rasizmem. Osoby o tak niebywałej rozpoznawalności, mające całe zastępy fanów,  czasami zapominają o idącej za tym odpowiedzialności, choć mają realny wpływ na zmienianie świata w lepsze miejsce. Beyoncé wspaniale wypełnia swoją misję.

fot. Bożena Szuj

Country Beyoncé

fot. Bożena Szuj

Kiedy usłyszałam, że artystka wydała właśnie płytę utrzymaną w stylistyce country, mało co nie spadłam ze śmiechu z krzesła. Piosenkę „Texas Hold ‘Em” odebrałam jako dość nawet przyjemną muzyczną karykaturę, której powstanie mógłby usprawiedliwić na przykład film, gdyby do jakiegoś została napisana, ale pomysł stworzenia całej płyty w takim stylu – zwłaszcza po „Renaissance” – wydał mi się groteskowy. Może po prostu stereotyp republikańskiego kowboja gryzł mi się z wartościami, które Beyoncé od lat deklaruje. Pomyślałam, że już bez słuchania „Texas Hold ‘Em”, wystarczy sobie przypomnieć „Daddy lessons” z płyty „Lemonade” i wyobrazić sobie zbiór dwunastu, trzynastu podobnych piosenek, żeby wiedzieć, że taka płyta… niczego nie urwie. Byłam więc mocno zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że „Renaissance” i „Cowboy Carter” są dwiema częściami trylogii albumów piosenkarki. (O stylistyce ostatniej trzeciej płyty na razie nic nie wiadomo.)
Oczywiście artystka podkreślała w wywiadach, że „nie jest to płyta country”, ale trudno się było tego przecież spodziewać. Znając jej muzykę i style, w których dotąd tworzyła, wiadomo było, że będzie to raczej rodzaj wariacji na temat country. Zdania na temat tego dzieła są oczywiście podzielone i dosyć skrajne, jednak wielu różnych afroamerykańskich muzyków powtarza jak mantrę, że gatunek country nie jest zarezerwowany tylko dla białych i że czerpie garściami z muzycznej kultury afroamerykańskiej. Kiedy już się nadziwiłam pomysłowi powstania tej płyty, zaczęłam dostrzegać, że można ją czytać jak pewien powrót do korzeni, tym bardziej, że Beyoncé pochodzi z Houston w Teksasie, więc czemu, jako czarnoskóra demokratka, miałaby nie mieć prawa do śpiewania country? Muzyka jest dla wszystkich i nie powinna nikogo ograniczać, a wręcz przeciwnie – powinna właśnie wszelkie ograniczenia pokonywać. Zaczęłam dostrzegać w tym wszystkim większy pomysł i sens. Dodatkowo filozofia przyświecająca albumowi jest mi bliska, bo w gruncie rzeczy chodzi tu o to, w co wierzyliśmy zawsze z tatą: muzyka dzieli się wyłącznie na dobrą (uczciwą i autentyczną) i złą (nieuczciwą i nieautentyczną).

fot. Bożena Szuj

Koncepcja płyty

fot. Bożena Szuj

Od pewnego czasu Queen Bey przyzwyczaiła nas, że tworzy albumy koncepcyjne, będące czymś więcej niż tylko zbiorem nowych piosenek. Czy jej koncepcje są ciekawe czy nie, to już inna kwestia, jednak pierwsze, co rzuca się w oczy już na okładce „Cowboy Carter” to napis na szarfie:

Act ii BEYINCÉ

Skąd to Beyincé? Błąd drukarski? Ależ skąd! Nie u gwiazdy takiego formatu. Beyincé powinno być panieńskim nazwiskiem matki piosenkarki, Tiny Knowles. Powinno być, bo tak nazywali się jej rodzice i pięcioro rodzeństwa. Jednak wskutek popełnionego w szpitalu błędu ortograficznego Tina otrzymała nazwisko Beyoncé. Tak też dała później na imię swojej córce.
Drugim graficznym zabiegiem jest używanie podwójnego „i” (chodzi zarówno o małe, jak i duże litery) w tytułach piosenek. Rozumiem, że w przypadku dużych „I” jest to pewna zabawa, mająca na celu nieustanne przypominanie słuchaczom, że krążek jest drugą (II) częścią trylogii. Trudniej obronić dwa małe „i”, a jeszcze trudniej odpowiedzieć na pytanie, czemu niektóre tytuły są zapisywane w ten sposób, a inne z kolei nie.
Z pomysłów zdecydowanie istotniejszych (i bardziej dopracowanych), na pewno warto podkreślić to, o czym pisałam wcześniej – Beyoncé, zabierając się za szeroko pojęte country, w pewnym sensie zwraca głos czarnoskórym i/lub nierepublikanom. Muzyka – ani ogólnie pojęta, ani w żadnym swoim konkretnym gatunku – nie jest przypisana do rasy, płci, orientacji seksualnej, wieku, przynależności religijnej czy upodobań politycznych. Jest ponad to wszystko, dlatego może realnie łączyć ludzi. To niezwykle istotny przekaz. Teksty są tu też, jak na wielu płytach Beyoncé, ważne. Słyszymy historię niezwykle mądrej i kochającej matki oraz żony. Użycie swojego nazwiska po mężu w tytule płyty ma prawdopodobnie, zwłaszcza po „Lemonade”, pokazać siłę ich związku, który – mimo burz – nadal ma się dobrze, a może nawet jeszcze lepiej. Oczywiście mało istotna jest sama prawda, której nikt z nas przecież nie zweryfikuje, a ważniejszy świadomie i z rozmachem namalowany obraz. Słyszymy historię silnej kobiety, która jest we wspaniałym wieku – mnóstwo już o sobie i świecie wie. Słyszymy również historię dumnej, choć niebezkrytycznej patriotki.

Stany Zjednoczone z Polską dzielą potężne różnice kulturowe, ale łatwo będzie nam zrozumieć jedno. Całkiem niedawno – na równe osiem lat – odebrano części z nas prawo do nazywania się Polakami, kiedy bezinteresownie, nieraz pokonując strach, w trosce o losy tego kraju wychodziliśmy na ulice i nazywaliśmy bandę nieudolnych partaczy przy władzy po imieniu. Dziś rozmiar ich złodziejstwa i skala zniszczeń, jakich się dopuścili, wychodzą na jaw, a „patriotyzm” bardzo powoli odzyskuje swoje dawne, pierwotne, mniej wyświechtane znaczenie.

Przesadna duma z własnej narodowości zawsze zalatywała mi patetycznością i źle pojętą plemiennością, więc podchodzę do tej strony albumu Beyoncé nieco sceptycznie, jednak trudno nie zauważyć w nim hołdu, jaki oddaje miejscu, z którego pochodzi. Wszystko jest tu na wskroś amerykańskie, a jedyna piosenka, która nie jest – cover „Blackbird” Beatlesów – ma logiczne uzasadnienie swojej obecności na płycie: została napisana przez McCartneya jako protest przeciw segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych (Little Rock Nine w 1957 roku). Mogę się prywatnie podśmiewywać ze stylu country, ale nie jest mi do śmiechu, kiedy pomyślę, że jedna z najbardziej utalentowanych wokalistek świata (nie trzeba jej prywatnie podziwiać, ale warto być uczciwym) została nazywana „śmieciem, który nienawidzi policji” – nawiązanie do jej udziału w ruchu Black Lives Matter – po występie z grupą The Dixie Chicks na gali rozdania nagród Country Music Awards w 2016 roku. Dlaczego spotkała się z aż taką krytyką i hejtem? Ze względu na swój kolor skóry oraz upodobania polityczne. (To ją zresztą ponoć sprowokowało do zgłębienia historii muzyki country i ostatecznie stworzenia takiej właśnie płyty, co – jako przekorna rebeliantka – bardzo szanuję.) W ciasnych białych republikańskich umysłach nie zmieściło się wykonywanie country przez czarnoskórego demokratę. I jeśli ktoś myśli, że mamy XXI wiek, Stany są przecież postępowe, a w przypadku divy formatu Beyoncé nikt nie patrzy przecież na kolor skóry, jest w błędzie. Dlatego tak ważna jest odpowiedzialność za to, co zrobimy ze swoim głosem, kiedy go dostaniemy.

Rok temu, podczas koncertu artystki w Polsce, na telebimie za jej plecami pojawił się wymowny w naszej sytuacji cytat Jima Morrisona:

– Ktokolwiek kontroluje media, kontroluje umysł.

W tym kontekście muzyczna wartość samego albumu nie jest dla mnie aż tak istotna, jak rola, którą odegra w historii muzyki rozrywkowej.

fot. Bożena Szuj

„Cowboy Carter”

fot. Bożena Szuj

Po raz pierwszy na spokojnie wysłuchałam całej płyty kilka tygodni temu w pewne wiosenne deszczowe popołudnie w Zakopanem. Idealne do siedzenia w domu, czytania, pisania i nadrabiania zaległości. Zieleń, którą obserwowałam zza okna nabrała niezwykłej głębi i przypomniały mi się wszystkie wiosenne deszczowe popołudnia, które tak uwielbiałam w dzieciństwie. Przeczytałam kawałek jakiejś druzgocącej recenzji (utrzymanej w stylu „płyta zawiodła moje oczekiwania”) i z ciekawości odpaliłam „Cowboy Carter”. Pierwszą myślą, która pojawiła się w mojej głowie była ta, że ciepłe akustyczne brzmienie gitar i nieskomplikowane, ale przyzwoicie napisane piosenki w stylu retro przepięknie komponują się z zastaną pogodą. Coś w ich klimacie (prostota? spokój?) przypomniało mi moje ukochane „Nothing fails” Madonny. No ale, tak jak podejrzewałam, płyta… nie urwała… niczego. Po pierwszym przesłuchaniu zwróciłam uwagę przede wszystkim na przesłodkie „My Rose”, ciekawe i utrzymane w dawnym stylu „Bodyguard”, drażniące wspólnym z szantami mianownikiem „Daughter”, przyjemne „Alliigator Tears” oraz równie przyjemne „Just For Fun”, a także doskonałe „Ya Ya”. Nie umiałam zrozumieć zasadności umieszczenia na krążku kilku odstających stylem piosenek. Końcówka płyty również wydała mi się na tyle męcząca, że za pierwszym razem nie dosłuchałam jej do końca. Po kilku kolejnych odsłuchaniach wydawało mi się, że mam mniej więcej sprecyzowane wrażenia: otóż, album jest nierówny. Niby skłania się ku klasycznemu country, ale niekonsekwentnie połączone z nim nowoczesne wstawki powodują niepotrzebny chaos.

fot. Bożena Szuj

Tuż po przyjeździe do Gdańska, czekały na mnie generalne porządki, więc dla umilenia sobie pracy włączyłam zapętlony „Cowboy Carter”, dając mu coś w rodzaju drugiej szansy. I po co najmniej kilkudziesięciu odsłuchaniach, kiedy znam już każdy dźwięk tej płyty na pamięć, mam kompletnie inne wrażenia. W dodatku sprzeczne z pierwszymi. Przede wszystkim – co najpierw umknęło mojej uwadze, bo oprócz „Texas Hold ‘Em” i „16 Carriages” była to piosenka, którą już wcześniej słyszałam – album znakomicie się zaczyna: ciekawym i bogatym harmonicznie „Ameriican Requiem” (i kończy klamrą w postaci „Amen”). Chórki, w których diva się od zawsze doskonale odnajduje, melodia, w której może trochę poszaleć z technikami wokalnymi, do tego znakomita instrumentacja i wspaniale rozegrana przestrzeń. Poczułam powiew tej samej wolności, z którą kojarzę znakomity „Renaissance”. Świetne i mocne otwarcie. Z drugim numerem – coverem „Blackbiird” – mam już pewien problem i rzeczywiście wynika on z moich czysto subiektywnych preferencji. Osobiście niedoścignioną dla mnie wersją tej piosenki będzie zawsze ta w wykonaniu cudownych King’s Singersów w przepięknej aranżacji Daryla Runswicka. Żadna inna mnie nie rusza, a oryginału do teraz udało mi się nie wysłuchać, żeby nie skalać nim miłości, jaką mam do tego coveru. Aranżacja z płyty Beyoncé wydaje się co najmniej inspirowana pracą Runswicka, więc czuję w niej jakąś wtórność. Trochę podobnie mam zresztą z „Jolene”, choć nie ukrywam, że bardzo rozśmieszyła mnie teza ze wspomnianej wyżej recenzji, jakoby „Jolene” Dolly Parton była najważniejszą piosenką country wszech czasów, a Beyoncé, porywając się na nią, dokonała niemal świętokradztwa (tym bardziej, że sama Dolly Parton śpiewa na tej płycie, a przed „Jolene” robi nawet zabawne wprowadzenie). Problemem z tymi dwiema piosenkami nie jest to, że Beyoncé zaśpiewała je źle (jest zbyt doskonała, żeby cokolwiek zaśpiewać „źle”), czy że nie zostały rzetelnie zaaranżowane. Wszystko jest tu na najwyższym poziomie, ale… jest równocześnie nudno i mdło. Swoją drogą w innej recenzji przeczytałam, że Beyoncé śpiewa „Jolene” z pozycji silnej kobiety, co również mnie rozbawiło, bo o zazdrosnej kobiecie, która wygarnia drugiej, że jej „odbija męża”, miotając się między błaganiem o zaprzestanie a wygrażaniem, że ta druga nie wie z kim zadziera, można powiedzieć naprawdę dużo, ale z pewnością nie to, że jest silna.

Takie toksyczne zachowania mają swoje źródło w niskim poczuciu własnej wartości, jak również w błędnym przekonaniu, że partnerzy, z którymi się wiążemy są naszą pozbawioną wolnej woli własnością, którą ktoś z zewnątrz może sobie – jeśli ich dostatecznie nie upilnujemy – „zabrać”. Jak mało szacunku trzeba mieć do swojego partnera, żeby o nim tak przedmiotowo myśleć. Do tego wszystkiego kobiety były latami umacniane w takich przekonaniach, bo zdrady winna była przecież zawsze tylko i wyłącznie kobieta. Jeśli to kobieta zdradzała męża, była „puszczalską lafiryndą”, która „rozłożyła nogi przed pierwszym lepszym”. On mógł pić, bić, stronić od seksu, znęcać się nad nią psychicznie czy zwyczajnie przestać ją kochać, ale to nigdy nie było istotne. To ją odsądzano od czci i wiary. (Nie twierdzę, że te okoliczności usprawiedliwiają zdradę, natomiast właśnie dlatego, że rzadko znamy kontekst, warto powstrzymywać się od łatwych osądów, a jeśli już musimy oceniać, oceniajmy samo zachowanie – niewątpliwie krzywdzące – a nie dopuszczającego się go człowieka).  Natomiast jeśli to mężczyzna zdradzał, opcje były dwie: albo miał fatalną żonę domagającą się od niego życia w celibacie i zamieniającą jego codzienność w piekło, więc wszystko, co zrobił, było naturalną konsekwencją wyłącznie jej działań, albo był przyzwoitym mężczyzną, który jednak zaplątał się w perfidnie zarzuconą nań przez rozpustną kochankę sieć grzesznych pragnień, za co odpowiadać mogła również tylko ona (jak suka nie da, pies nie weźmie – jak głosi pewne mądre i tak samo kulturalne powiedzenie). Jedną ze śmieszniejszych niekonsekwencji patriarchatu jest założenie, że mężczyźni są od kobiet bardziej zrównoważeni, więc w przeciwieństwie do słabej płci nadają się do rządzenia, ale równocześnie bardzo kiepsko im wychodzi zarządzanie własnym rozporkiem.

Z jednej strony obecność „Jolene” na płycie nie dziwi (zwłaszcza po albumie „Lemonade” – osobistym wyznaniu, jaką drogę ma do przejścia kobieta chorobliwie zazdrosna, zdradzana, aż w końcu zdradę wybaczająca i budująca na zgliszczach starego nowy, trwalszy dom), z drugiej… czy to nie od swojej idolki Beyoncé młodzież powinna się dowiedzieć, że ten dawny model był spaczony i chory? I że wyzwala nas prawda, wzięcie odpowiedzialności za własne działanie oraz terapia, jeśli nie radzimy sobie np. z zazdrością (nawet, jeśli jest uzasadniona)? Pytanie retoryczne, ale chyba zasadne.

fot. Bożena Szuj

Wracając jednak do strony muzycznej, napisałam o dwóch wykonaniach coverów, które były w moim odczuciu mdłe i znakomitym przykładem wykonania zupełnie niemdłego jest na płycie piosenka „Ya Ya” – słychać w niej pomysł na stworzenie wokalnej kreacji. To nie jest zwykłe odśpiewanie (choćby nie wiem jak brawurowe), tu nie ma znaczenia czy wszystkie wydawane przez Beyoncé dźwięki są piękne i perfekcyjne. Wszyscy znamy przecież na pamięć jej imponujące możliwości. Tu liczy się rola (znakomite modulacje głosu), którą sobie wymyśliła i z której nie wychodzi. Doskonale ten utwór czuje i słychać, jak cudownie się podczas jego śpiewania bawi, w czym rzeczywiście można się doszukać kontynuacji płyty „Renaissance”.
Przy pierwszym wysłuchaniu wyłapałam piosenki w dość podobnym stylu, mogące stanowić ścieżkę dźwiękową do (rzeczywiście urzekającego, jeśli chodzi o krajobrazy) „Yellowstone”. Wszystko, co odstawało, mój mózg interpretował jako niezrozumiały szum. Teraz, kiedy znam album całkiem dobrze, wspomniane wcześniej piosenki postrzegam bardziej jak solidny fundament, a utwory nowocześniejsze w brzmieniu („Spaghetti”, „Flamenco”, „Desert Eagle”, „Riiverdance”„II Hands II Heaven”, „Tyrant” i „Sweet Honey Buckiin’”) jak dopracowane wykończenie całości… w stylu Beyoncé. Stylu, który zaczął mi się wreszcie krystalizować. Niewysłuchany przeze mnie za pierwszym podejściem trzyczęściowy kawałek „Sweet Honey Buckiin’” teraz mnie kompletnie zachwyca (zwłaszcza część „Buckiin’”). Mój odbiór „Cowboy Carter” jest dziś zupełnie inny niż po pierwszym wysłuchaniu, nie mam więc stuprocentowej pewności, że za jakiś czas nie będę go odczuwać jeszcze inaczej. W momencie pisania tej recenzji mam wrażenie, że dwa połączone tu ze sobą, pozornie sprzeczne, światy w jakiś sposób na siebie wpływają i wzajemnie się tworzą; że istnieją właśnie poprzez kontrast, jaki sobie wzajemnie dają. Że w tej niespójności da się spójność znaleźć. Artystka udowadnia (m.in. takim antyfanom country jak ja), że nawet do tak przaśnej i prostej muzyki można podejść bardzo kreatywnie i na jej kanwie stworzyć coś co najmniej intrygującego. (Nawiasem mówiąc, choć można, nie wyszło to jak dotąd żadnemu białemu konserwatywnemu muzykowi.)
Czy jest to album wybitny? Nie wiem. Na pewno jest doskonale przemyślany i dopracowany, a także pobudza do wielu refleksji. To już bardzo dużo.

fot. Bożena Szuj

Spis utworów:

1. Ameriican Requiem
2. Blackbiird (featuring Brittney Spencer, Reyna Roberts, Tanner Adell, Tiera Kennedy)
3. 16 Carriages
4. Protector (featuring Rumi Carter)
5. My Rose
6. Smoke Hour Willie Nelson (featuring Willie Nelson)
7. Texas Hold ‘Em
8. Bodyguard
9. Dolly P (featuring Dolly Parton)
10. Jolene
11. Daughter
12. Spaghetti
13. Alliigator Tears
14. Smoke Hour II (featuring Willie Nelson)
15. Just For Fun (featuring Willie Jones)
16. II Most Wanted (featuring Miley Cyrus)
17. Levii’S Jeans (featuring Post Malone)
18. Flamenco
19. The Linda Martell Show
20. Ya Ya
21. Oh Louisiana
22. Desert Eagle
23. Riiverdance
24. II Hands II Heaven
25. Tyrant (featuring Dolly Parton)
26. Sweet Honey Buckiin’ (featuring Shaboozey)
27. Amen

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę moją własną próbę zmierzenia się (tylko własnym głosem i słuchem) z zaaranżowaną przez Daryla Runswicka dla zespołu King’s Singers piosenką „Blackbird” z repertuaru The Beatles.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

fot. Bożena Szuj

„The Two of Us” Chloe x Halle

Z siostrami Chloe i Halle Bailey zetknęłam się po raz pierwszy w sieci parę lat temu – udostępniały na swoim youtube’owym kanale covery różnych przebojów, najczęściej swojej idolki Beyoncé. Do śpiewających dzieci mam podejście dosyć, mówiąc delikatnie, sceptyczne.  Tak, jak nie zgadzam się z odważną tezą, że śpiewać każdy może, tak nie umiem być bardziej wyrozumiała dla poważniejszych wpadek intonacyjnych ludzi, którzy dopiero zaczynają, w jakim nie byliby wieku. Może dlatego, że nie specjalnie wierzę w to, że słuch da się wyćwiczyć (choć wiem, że są na ten temat różne teorie), może dlatego, że skończyłam podstawówkę muzyczną, gdzie na wstępie robiono odsiew dzieciom muzycznie nierokującym. Stąd też rzadko kiedy klikam na yt na filmiki przedstawiające śpiewające dzieci, ale z jakiegoś powodu dla Chloe i Halle zrobiłam wyjątek. I to było objawienie! Nieprawdopodobna muzykalność tych dwóch małych istot, zdumiewająca muzyczna dojrzałość, powalająca uroda obydwu głosów (tak od siebie różnych, a tak znakomicie się uzupełniających), poczucie rytmu i frazowanie, którego mogliby się od nich uczyć zawodowi muzycy, wywołały na mojej skórze ciarki.

Żeby nie być gołosłowną, podaję jeden z moich ulubionych przykładów (Halle ma tu 11 lat, a Chloe 13):

Dopiero niedawno natrafiłam na ich koncert z cyklu NPR Music Tiny Desk Home, uświadamiając sobie, że są już obie młodziutkimi, ale dorosłymi kobietami, tworzącymi własną muzykę. Na powrót zaczęłam surfować w sieci, natrafiając na całe zatrzęsienie coraz dojrzalszych coverów. Najbardziej chyba ujął mnie ten (Halle ma tu 16 lat, a Chloe 18):

Piosenki w oryginale nie znałam, ale wystarczyło mi kilkadziesiąt sekund nadrobienia tej straty, żeby wiedzieć, jak bardzo nie była wielka. Podróż po domowych filmikach sióstr prezentujących swoje własne wersje cudzych piosenek wzruszyła mnie nie tylko z powodu ich niewiarygodnego talentu, ale też dlatego, że przypomniała mi, co mnie samą najbardziej pociąga w opracowywaniu piosenek. Z zachowaniem proporcji oczywiście, bo wyłącznie na miarę swoich skromnych umiejętności, ale największy fun miałam wtedy, kiedy udało mi się przy pomocy mojego ukochanego fortepianu harmonicznie zmasakrować jakiegoś gniota pierwszej wody (np. „Opowiadaj mi tak” Wodeckiego) lub stworzyć najsmutniejszą na świecie wersję innego (np. „I just call to say I love you” Wondera). Harmoniczne łamigłówki, jakich dostarcza opracowywanie dość mocno różniących się od oryginału coverów, sprawiały mi zawsze największą radość, bo były znakomitym wyzwaniem. Nie tylko muzycznym, ale również intelektualnym. Mogę więc tylko spróbować sobie wyobrazić, co czuły Chloe i Halle, mając do dyspozycji nie tylko doskonały słuch i wyobraźnię muzyczną, ale jeszcze wokal, jakiego niejedna diva mogłaby im pozazdrościć!
Ogromne wrażenie zrobiła też na mnie łatwość poruszania się przez nie w obrębie różnych stylów i sposobów śpiewania. Na wskroś klasyczną „Moon River” zaproponowały w wersji, która przy każdym słuchaniu wzrusza mnie do łez, mimo że rzadko płaczę przy utworach, które nie są elektroniczne (tu anielska Halle ma 20 lat, natomiast Chloe 22 lata):

Nie trzeba było długo czekać, żeby talent sióstr Bailey został rozpoznany i doceniony przez samą Beyoncé, która wzięła dziewczynki pod swoje skrzydła, stając się ich mentorką i umożliwiając im nagrywanie płyt (dzisiaj w dorobku mają już trzy albumy i jedną EP-kę). Miały jednak już od samego początku ogromną przewagę nad swoją nauczycielką – nieprawdopodobny muzyczny smak. Beyoncé, którą naprawdę cenię (od jakiegoś momentu jej kariery również muzycznie) potrzebowała dekady, żeby z doskonałej wokalistki awansować do miana interesującej artystki, która wie, co i po co śpiewa. Siostry Bailey są natomiast artystkami urodzonymi. Czego się nie tkną (najlepszym przykładem na to jest powyższy cover „Down In The DM”), zamieniają w intrygującą artystyczną pełnię. Ich fenomenalny wokalny warsztat to tylko przemiły dla ucha dodatek.
Płyta „The Two of Us”, którą chcę dziś przedstawić, jest ich debiutanckim albumem wydanym w 2017 (Halle miała podczas jej nagrywania 17, a Chloe 19 lat), tuż po wypuszczonej rok wcześniej EP-ce „Sugar Symphony”. Piosenki znajdujące się na „The Two of Us” w znakomitej większości zostały nie tylko napisane, ale także wyprodukowane przez siostry Bailey. Po pierwszych dźwiękach zamarłam i w tym bezruchu, i skupieniu wysłuchałam całości. Ich poczucie przestrzeni, intuicja związana z brzmieniami i rytmami, fascynujące i niebanalne harmonie oraz świadomość konieczności dostosowania formy do treści, a równocześnie niczym nieskrępowana muzyczna wolność i wyobraźnia (bijąca też ze wszystkich albumów Björk) były tym wszystkim, czego od dobrego albumu oczekuję. W dodatku świetne teksty i urzekająca, cudowna spójność – każda piosenka wynika z poprzedniej, a tytuł po wysłuchaniu całości staje się absolutnie oczywisty sprawiły, że wpadłam po uszy. Dawno nie słyszałam tak dobrej i przemyślanej w każdym calu płyty! Choć ich kolejna, wydana rok później, niezwykle oryginalna „The Kids Are Alright”, jak i najnowsza, najbardziej może popowa, „Ungodly Hour” są również znakomite, jednak „The Two of Us” jest w moim odczuciu absolutnie wyjątkowa.

Spis utworów:

 
  1. Used to love
  2. Too much sauce
  3. Future
  4. Poppy flower
  5. Chase
  6. Partna
  7. Worries
  8. Upset stomach
  9. Simple
  10. Mistake
  11. All i ever wanted
  12. Tra ta ta
  13. Up all night
  14. Lucky leaf
  15. Lulla-bye

 

P.S. Na deser mogę dziś wrzucić tylko i wyłącznie tę przepyszną muzyczną ucztę, jaką jest album „The Two of Us” w całości!

„P.O.L.O.V.I.R.U.S.” Kury

fot. Bożena Szuj

 
fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: Biodro Records
rok wydania: 1997

Nadrabiając swoje kulturoznawczo-muzyczne zaległości, trafiłam na krążek, którego nie wypada nie znać, a mnie się jednak udało. Tak, wstyd mi i kajam się, ale lepiej późno, niż wcale. Mowa o Najlepszej Alternatywnej Płycie Roku (Fryderyki 1998) – „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-ie” Kur.
Powiedzieć, że to najdziwniejsza i najbardziej odjechana parodia różnych muzycznych stylów, to nic nie powiedzieć. Pierwotnym założeniem Tymona Tymańskiego było stworzenie albumu imitującego składankę piosenek różnych (nieistniejących) zespołów i to się właściwie udało, choć krążek finalnie został wydany pod szyldem Kur. Na pewno nie da się jej zarzucić spójności, choć równocześnie czuć w niej twórczą koncepcję. Usłyszymy tu właściwie większość gatunków muzycznych od disco polo przez yass, piosenkę patriotyczną, reggae, heavy metal oraz jazz po country. Wszystko z dużym przymrużeniem oka, okraszone wyczuwalną świadomością muzyczną i fantastycznymi tekstami.
Już dwie pierwsze piosenki („Śmierdzi mi z ust”  i  „Jesienna deprecha”) – utrzymane w podłym, kiczowatym klimacie disco polo – są dowodem na to, że dobrzy i wrażliwi muzycy nawet stylizując coś na największy chłam, przemycą (choćby niecelowo) pewną szlachetność. O „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-ie” można byłoby pisać elaboraty (wiem o co najmniej jednej pracy magisterskiej na jego temat), więc w telegraficznym skrócie skupię się tu tylko na kilku swoich ulubionych piosenkach.

🎼 „Nie martw się, Janusz” to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Muzycznie znakomity, zaskakujący, świeży, inny; tekstowo fenomenalny! Z przeszywającą precyzją oddaje polskie zaściankowe umiłowanie do zabobonu przy rezygnacji z samodzielnego myślenia (wracające dziś zresztą do łask).

🎼 Drugą (chronologicznie) moją ulubioną piosenką jest „Kibolski”. (Jak typowa blondynka śmiałam się zresztą dwa razy – najpierw, kiedy po raz pierwszy usłyszałam tekst, a drugi, kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę, to Lechia Gdańsk, a Arka Gdynia. Bywa…) Podoba mi się bardzo trafność spostrzeżenia, że kibolskie oddanie dla sprawy jest przeważnie dużo większe, niż potrzeba rozumienia jej sedna.

🎼 Dosyć podobną w klimacie i zawsze wywołującą u mnie salwy śmiechu (i – co gorsza – od dłuższego czasu nieopuszczającą mojej głowy) jest „Sztany, glany”. Myślę, że pozostanie już na zawsze w pewnych środowiskach aktualna. Można by rzec, utwór ponadczasowy.

🎼 Absolutnie urzeczona jestem jednak songiem „Nie mam jaj” – to karykatura reggae doskonała na tak wielu poziomach, że jawi mi się jako utwór wręcz genialny. Nieczęsto spotyka się wysmakowane parodie samej formy. Bo śmieszy w niej najbardziej przecież nie sam absurdalny refren:

Ajajaj, nie mam jaj,

– refren piosenki „Nie mam jaj”

tylko połączenie najbardziej rasowego reggae grania z narracją, która do złudzenia przypomina właściwie każdą piosenkę w tym stylu, z tym że ta akurat celowo nie ma sensu. Do tego Larry Okey Ugwu, który swoim uroczym łamanym polskim śpiewa:

W Babilonie zdrada, każą nosić jaja
i wąsy

„Nie mam jaj”

sprawia, że za każdym razem leżę na podłodze ze śmiechu.

🎼 Tekstowego prztyczka w nos dostaje też jazz w utworze „Mój dżez”. Choć Tymański próbuje się naigrywać z wykonywania tego gatunku, to jakby się nie starał, nie jest w stanie uciec od tego, że naprawdę dobrze w nim brzmi!

To byłaby moja polovirusowa top piątka, ale bardzo mnie też urzekają „Ideały Sierpnia”, a zwłaszcza fragment:

Solidarność, Solidarmość, Solimarność – solej

„Ideały Sierpnia”

i absolutnie odjechany „Lemur”.

„P.O.L.O.V.I.R.U.S.” jest z pewnością jedną z tych płyt, których trzeba wysłuchać wielokrotnie, w skupieniu i na które po ich poznaniu trudno pozostać obojętnym.

Spis utworów:

fot. Marianna Patkowska
  1. Śmierdzi mi z ust
  2. Jesienna deprecha
  3. Nie martw się, Janusz
  4. Dlaczego
  5. gadka I
  6. Kibolski
  7. gadka II
  8. Sztany, glany
  9. Ideały Sierpnia
  10. Trygław cz. I
  11. Nie mam jaj
  12. Trygław cz. II
  13. Szatan
  14. gadka III
  15. Mój dżez
  16. Adam ma dobry Humer
  17. O psie
  18. Lemur
fot. Marianna Patkowska

SpotkanNie z Tymonem Tymańskim

Z Tymonem Tymańskim przed wejściem do jego studia Nei Gong

Kiedy pokochasz mężczyznę, który od dzieciństwa przyjaźni się z Tymonem Tymańskim, przez pewien czas grał z nim w różnych zespołach, a w swojej wytwórni Biodro Records wydał recenzowaną tu płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” (projektował też m.in. okładkę i do niej, i do „Paszkwili”), jedną z naturalnych konsekwencji związania z nim swojego życia jest poznanie Tymona Tymańskiego osobiście.

fot. Bożena Szuj

Biorąc pod uwagę mój – opisywany już tu – paniczny lęk związany z tym artystą, wyzwanie nie lada, ale ja wyzwania lubię!
Mam przeświadczenie, (wywodzące się z przekonania, że idealny związek to dwie całości, nie połówki, a miłość jest dawaniem wolności), że przyjaźnie osób, które darzymy uczuciem, nie dotyczą nas i nie bardzo powinniśmy chcieć w nie ingerować. Oczywiście nie mam na myśli odciągania ukochanych od ich znajomych, którzy nam nie odpowiadają (to rodzaj przemocy w związku, której dopuszcza się nie partner, tylko przebrana za niego najwyższa izba kontroli), ale to, że skoro zadbanie o siebie leży w naszej gestii, to jedynie my wiemy, kim się otoczyć, żeby stawać się lepszymi ludźmi, a kogo unikać.
Może się zdarzyć, że ten sam człowiek przyczyni się do duchowego rozwoju pary, może się tak jednak nie zdarzyć. To, że nasz partner jest z kimś blisko, wcale nie znaczy, że my też musimy. Z drugiej strony, jeśli mamy świadomość, że wieloletnia przyjaźń z kimś zbudowała osobę, w którą jesteśmy wpatrzeni, narasta w nas szacunek do jej przyjaciela i potrzeba bycia przez niego zaakceptowanym.
Po przemiłym dniu spędzonym w domu Tymańskiego, mogę powiedzieć, że poznałam nie tylko fenomenalnego muzyka, ale też niesamowitego, nieprzewidywalnego, niewiarygodnie autentycznego, nietuzinkowego (jak mówi o sobie Doda), inspirującego, wzruszająco szczerego, piekielnie inteligentnego, skromnego, wrażliwego (choć się z tym nie afiszuje), a przede wszystkim naprawdę dobrego człowieka. Duchowy wymiar tego spotkania uważam za zbyt osobisty, by opisywać go szerzej, jednak rozmowa z tak pięknym wewnętrznie buddystą w wielu momentach bardzo mnie wzruszyła i z pewnością mocno wzbogaciła.
Ogromnym przeżyciem i zaszczytem było dla mnie zobaczenie prywatnego studia Nei Gong (w którym zostały nagrane „Paszkwile”) i… wspólne wykonanie jednej piosenki. W najśmielszych snach nie przypuszczałam też, że moją pierwszą jogę w życiu poprowadzi właśnie Tymon Tymański!
Jeśli miałabym jakoś podsumować to spotkanie, mogę napisać, że warto zmierzyć się ze swoimi lękami, bo te mogą się nieoczekiwanie okazać naszymi duchowymi mentorami!

fot. Bożena Szuj

„Paszkwile” Tymon Tymański

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

wytwórnia: Neigong Music
rok wydania: 2019

Jakiś czas temu we wpisie z okazji Dnia Mężczyzn wspominałam o stopniowym pokonywaniu swojego irracjonalnego lęku przed Tymonem Tymańskim. Szło mi (to pokonywanie) dosyć opornie do momentu, w którym dostałam wspaniały prezent – najnowszą jego płytę zatytułowaną „Paszkwile”. (Na marginesie, to naprawdę fantastyczne słowo, którego pierwsze spolszczone zapisy datuje się już na drugą połowę XVI wieku.) Mój lęk ustąpił absolutnemu zachwytowi i wzruszeniu. Te z kolei towarzyszą mi zawsze, kiedy czuję, że obcuję z prawdziwą Sztuką.

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Co sprawia, że ta płyta jest tak wyjątkowa? Przede wszystkim jej forma. Tymański, pisząc o dzisiejszej Polsce, porusza temat niesamowicie trudny i bolesny. Robi to jednak w zaskakujący sposób… Zaczyna krążek znakomitym utworem „Pislam”. Znając go wcześniej, spodziewałam się mocnego, agresywnego albumu przepełnionego niezgodą na zastaną rzeczywistość. Dużym szokiem było więc dla mnie to, co usłyszałam później…
„Pislam” w sposób bezkompromisowy nazywa sprawy po imieniu. Refren („Pislam, Pislam, über alles”) nawiązuje do hymnu także przecież III Rzeszy, a fantastyczna, intrygująca muzyka przywodzi na myśl – choćby najlżejsze, ale jednak – skojarzenia z klimatem piosenek niemieckiego zespołu Rammstein. Nastrój grozy, a także bardzo czytelne potępienie głupoty i braku umiejętności wyciągania wniosków z nieodległej przecież historii, zwiastują ciężkie brzmienia, do których jednak Tymański już więcej na płycie nie wraca (nawet znakomity i zadziorny kawałek „Jestem legendą” ma całkowicie inny rodzaj pazura). Naszym uszom ukazują się przepiękne bajeczne muzyczne krajobrazy: beatlesowe chórki, powalające na kolana harmonie, fascynujące aranżacje. Czy temat stawania się zabobonnym, zakompleksionym państwem wyznaniowym już więcej się nie pojawia? Pojawia się, ale inaczej.

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Motywem przewodnim płyty jest przypomnienie, że stanąć w prawdzie możemy tylko, robiąc krok do tyłu i patrząc na wszystko z szerszej perspektywy. Tymański odwołuje się w swoich tekstach do kosmosu i buddyjskich nauk. Ze wzruszającą czułością pisze o unikalnym pięknie każdego człowieka, równocześnie piętnując doszukiwanie się go jedynie w plemienności i narodowych barwach. Jeśli jesteśmy częścią jakiejkolwiek całości, to jest nią Wszechświat. Czy jest to antypolskie? W powierzchownym rozumieniu być może tak. W rozumieniu skalanym głębszą refleksją, wręcz przeciwnie. Podobnie jak dbanie o swoje miasto nie stoi w żadnej sprzeczności z dbaniem o własny ogródek przecież,  tak miłość do świata czy kontynentu nie przeszkadza nam w miłości do własnego kraju, regionu czy miejscowości. Cóż warta jest nasza miłość do małej geograficznej przestrzeni, kiedy na dużo większą, tę naszą zawierającą, jesteśmy skłonni pluć jadem?

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Rozdźwięk między energią pierwszej piosenki, a energią pozostałych interpretuję jako bezwzględną uczciwość. Nie sposób mówić o czymkolwiek ważnym w sposób magiczny, pomijając bolesną i niewygodną o tym prawdę. Tylko na jej fundamentach można cokolwiek zbudować.
Tymański samym stworzeniem tak doskonałej zarówno tekstowo, jak i muzycznie płyty  w tym kraju i języku, pokazuje na czym polega w czasach mimo wszystko pokoju i istnienia na mapie prawdziwy mądry współczesny patriotyzm. Dziękuję wszystkim Twórcom tej płyty!

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Spis utworów:

  1. Pislam
  2. Polska
  3. Bracie Bliźniaku
  4. Introspekcja
  5. Hej, Polaku!
  6. Tamte dni
  7. Jestem legendą
  8. Polska to zbiorowa halucynacja
  9. Zmiana
  10. Sekta
  11. Anty-Polska
  12. Wolność

    fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser łączę fantastyczny teledysk do piosenki „Pislam”.

„OdNowa” Anita Lipnicka

fot. Marianna Patkowska

fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: Pomaton
rok wydania: 2019

Chyba w życiu większości osób z mojego pokolenia wrażliwość Anity Lipnickiej odegrała dużą rolę. W tym roku artystka obchodzi 25-lecie swojej kariery i z tej okazji wydała dość niezwykłą płytę z dwunastoma piosenkami (z różnych okresów swojej działalności) zaśpiewanymi od nowa i zrealizowanymi przez ośmiu producentów: Bartosza Szczęsnego, Piotra Świętoniowskiego, Kubę Karasia, Urbanskiego, Michała Foxa Króla, Marcina Macuka, Paula Rollinga i Daniela Blooma. Eksperyment, jakim był ten pomysł, okazał się strzałem w dziesiątkę.
Sama jestem w pewnym sensie wychowana na Variusach z Anitą, którzy samoistnie stanowili ścieżkę dźwiękową wielu ważnych wydarzeń w moim życiu, ale przyznam, że nie bardzo śledziłam później karierę solową Lipnickiej, choć wcale nie dlatego, że estetycznie rozmijała się z moim gustem. Zawsze niesamowicie szanowałam jej bardzo oryginalny i odmienny od przyjętych norm sposób śpiewania. Robiła to od początku całkowicie po swojemu. Przy okazji pisania tej recenzji sięgnęłam po jej zapomniane już przeze mnie utwory, a także te wcześniej nieznane i było to naprawdę ciekawe i piękne doświadczenie.
Anita Lipnicka jest też jedną z bardzo niewielu artystek o tak lekkim i doskonałym piórze. Jej teksty są niesłychanie poetyckie, wzruszające i trafne, a równocześnie pozbawione zbędnego patosu czy sentymentalności. To – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – niestety ogromna rzadkość. Mało któremu artyście można dziś przypisać tak ogromną świadomość językową. (Nawet na opisywanych na tym blogu płytach, kiedy wspominam o „dobrych tekstach”, nie zdarzyło się jeszcze, żeby ich autorzy w jakimś momencie nie obnażyli pewnych swoich warsztatowych niedociągnięć – u Anity te po prostu nie istnieją.)
Na najnowszej płycie piosenki wokalistki dostały drugie życie, świeżość, nową przestrzeń, odmienną perspektywę i dyskotekowy sznyt. Czy wersje są lepsze od oryginałów? To pytanie nie wydaje mi się w ogóle zasadne. Są przede wszystkim inne. Osobiście niektóre podobają mi się rzeczywiście bardziej, a inne właśnie mniej. Trudno byłoby też znaleźć wspólny mianownik między dawnymi utworami Varius Manx a tymi z solowych płyt Lipnickiej (włączając w to albumy z Johnem Porterem). Przefiltrowanie ich wszystkich przez całkiem odrębną muzyczną wrażliwość młodych producentów zapewniło spójność, mimo ogromnej różnorodności, z jaką się na „OdNowie” spotkamy.
Nie ukrywam też, że dziwią mnie komentarze fanów (a może raczej wyznawców?) „Piosenki księżycowej”, oburzonych nową wersją tej piosenki. Przede wszystkim mamy do czynienia z dwoma różnymi utworami o całkowicie odmiennej energii, które łączy tylko linia melodyczna i tekst. Ja jestem fanką obydwu. Oryginał – wiadomo! – jest niepowtarzalny i ważny w historii polskiej muzyki rozrywkowej, ale jego przeróbka ma z kolei cudowne i hipnotyzujące taneczne flow.
Największym zaskoczeniem była dla mnie chyba wersja piosenki „I wszystko się może zdarzyć”, na którą w oryginale mam niestety alergię (uważam ją za nieporozumienie na skalę „Czegoś optymistycznego” Kasi Kowalskiej); stanowiła na pewno wielkie wyzwanie i uważam, że Michał Fox Król znakomicie sobie z nim poradził.
„OdNowa” to nie tylko fantastyczny prezent dla wiernych fanów Anity Lipnickiej, ale też znakomity krążek pełen energetycznych utworów, które połączą na parkiecie zarówno moich równolatków, jak i pokolenie poczęte przy „Piosence księżycowej”.

Spis utworów:

  1. Piękna i rycerz
  2. Ptasiek
  3. Piosenka księżycowa
  4. Mosty
  5. Bones of love
  6. I wszystko się może zdarzyć
  7. Big city
  8. Zanim zrozumiesz
  9. Z miasta
  10. Zimny czas
  11. Wolne ptaki
  12. Black hand

„Jak malować ogień” Natalia Przybysz

fot. Marianna Patkowska

fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: Kayax
rok wydania: 2019

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam w całości „Siłę Sióstr” Sistars, Natalia Przybysz stała się dla mnie objawieniem – wokalno-wizualnym zjawiskiem, w którym zakochałam się bez reszty. Każda kolejna jej solowa płyta zachwycała mnie coraz bardziej (no, prawie każda, o czym za chwilę): od odjechanego soulowo-jazzowo-funkowego debiutanckiego anglojęzycznego krążka „Maupka Comes Home” przez jego rozwinięcie w postaci znakomitego albumu „Gram duszy” (gdzie dominowały już intrygujące polskie teksty artystki), a potem fantastyczną woltę, czyli doskonały „Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin” (zmierzenie się z piosenkami Janis Joplin otworzyło w Natalii jakieś kompletnie nowe wokalne przestrzenie), utrzymany w tym samym klimacie, ale już autorski „Prąd”, aż po nieszczęsne (nie z powodu jakości muzycznej, ale swojej nadbudowy filozoficznej) „Światło nocne” i w końcu opisywaną dziś przeze mnie płytę „Jak malować ogień”. Uważam też Natalię Przybysz za jedną z niewielu wokalistek (obok m.in. Brodki), które, umiejąc śpiewać znakomicie, nie boją się poszukiwań na nieznanych i często ryzykownych niwach, na których nie zawsze chodzi o ładne wokalne brzmienie.
Pamiętny wywiad Natalii dla „Wysokich Obcasów” w 2016 roku wystawił moją miłość do niej na poważną próbę. Ludzie podzielili się wtedy na dwa skrajne obozy. Pierwszy, liczniejszy, uznał Przybysz za niedojrzałą, głupiutką i wygodnicką osobę bez sumienia i serca, zasługującą na potępienie i przynoszącą swoim wyznaniem więcej szkody niż pożytku ważnemu ruchowi, jakim był wówczas #CzarnyProtest, którego celem nie była wcale walka o aborcję na życzenie. Drugi, mniej liczny, stwierdził, że macica Natalii należy tylko do artystki (co byłoby być może jakimś argumentem, gdyby nie zaczęła opowiadać o niej na łamach prasy) i wara wszystkim od niej, jak również że ci, którzy ją krytykują, są zacofanym ciemnogrodem, a ona sama wykazała się, otwarcie przyznając się do swojej aborcji, wielką odwagą (za co zresztą – co może się wydawać kuriozalne, ale jednak – wygrała nawet nagrodę „Superbohaterki 2016”).
Myślące osoby dorosłe od razu odrzuciłyby argumenty drugiej strony, jednak z tymi pierwszego obozu również trudno mi się było w pełni zgodzić. Nie ukrywam, że sam wywiad bardzo mocno mnie poruszył i bardzo długo trudno mi się było z niego otrząsnąć. Po latach wydaje mi się, że nie z powodu jej wyboru, którego prawdopodobnie w swoim własnym życiu nie uznałabym za słuszny, ale z powodu oblania mnie jakimś brudem, na który nie byłam gotowa. Nie wierzę w to, że fakt mówienia prawdy usprawiedliwia przerzucanie swoich własnych (na pewno ciężkich, czego nie kwestionuję i czego po ludzku współczuję) obrzydliwości na innych ludzi, których nie dotyczą. Czy wolałabym żyć w kłamstwie? Nie, wolałabym nie znać wszystkich intymnych szczegółów z życia prywatnego artystki, którą, owszem cenię, ale której przyjaciółką nie jestem. Nie lubię też być przymuszana do oceniania, a od niego trudno się powstrzymać, kiedy piosenkarka tak często podkreślająca swój weganizm, ekologiczne podejście do życia i miłość do otaczającej natury twierdzi (głośno, w wywiadzie), że ciążę co prawda niechcianą, ale która przydarzyła się parze z wieloletnim stażem i dwójką dzieci, można po prostu usunąć z powodu „zbyt małego mieszkania”. Gdyby sprawa nie była aż tak poważna, powiedziałabym nie mój cyrk, nie moje maupki.
Po dłuższym czasie wysłuchałam jednak całego „Światła nocnego” i choć jest to naprawdę intrygująca muzycznie i bardzo poważna płyta (kilka piosenek naprawdę znakomitych), jednak już od pierwszej „Vardo” (protest song?), w której Natalia wyśpiewuje imiona wszystkich kobiet, które usunęły swoje dzieci w słowackiej klinice, w której była, robiąc z nich niejako bohaterki, nasilało się we mnie poczucie, że nie chcę w tym uczestniczyć, nawet wyłącznie jako słuchacz.
Kiedy niedawno przez przypadek trafiłam na premierę teledysku, który mnie mocno poruszył, do piosenki „Ogień”, promującej najnowszą płytę Przybysz – w ten sposób dowiadując się też o całym krążku – od razu pobiegłam do sklepu ją kupić. Przesłuchałam ją od tej pory chyba ze sto razy i choć nie była to miłość od pierwszego usłyszenia, mogę dziś z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem nią zachwycona. Uderzyło mnie przede wszystkim brzmienie głosu Natalii, które jest przeraźliwie smutne. I choć właściwie już od „Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin” Przybysz zdecydowanie bardziej skupiła się na swoich cudownych, głębokich dołach, przez co może sprawiać wrażenie, że ogólnie śpiewa smutniej niż kiedyś, jednak na „Jak malować ogień” to z niezwykłą siłą rzuca się w uszy.
Nie będę ukrywać, że choć nie bardzo chcę wracać myślami do wspomnianego wywiadu, nie umiem niestety słuchać „Jak malować ogień” – płyty poruszającej problem ekologii, natury i rodziny – nie przez jego pryzmat.
Kilka tekstów zrobiło na mnie duże wrażenie, m.in. te:

Namaluj mój portret
Spalonym kawałkiem drewna
Światło to biel papieru
Światła jestem pewna
Myślę że cała sztuka
Leży w czułości dla cieni
Dla śladów i ran z przeszłości
Których nikt już dziś nie zmieni

„Cienie”

Pamiętam stałam w oknie
I zimno było w Polsce
I twoje ciepłe słowa
Że wkrótce wyjdzie słońce
Ta przestrzeń jest dla mnie święta
I wiatr co niesie ją do mnie
Nigdy nie będę przeklęta
Powracam tu po nadprzyrodzone

I to subtelne i smaczne nawiązanie do hitu Jacka Cygana:

A ja
Papierowa marionetka
Na dnie wrak
fot. Marianna Patkowska

Muzycznie na wspomnienie zasługuje na pewno przedziwny i klimatyczny „Ciepły wiatr” z niesamowitymi rozstrojonymi gitarami oraz cover piosenki Maanamu „Krakowski spleen”, której nigdy dotąd nie lubiłam i, jak się okazuje, chyba też nie rozumiałam. Mam wrażenie, że utwór ten – choć nie bardzo zmieniony – zabrzmiał wreszcie tak jak powinien.
Płyta jest bardzo spójna – i tekstowo, i muzycznie. Jej ciepłe brzmienie idealnie wpasowało się też w aurę cudownej, złotej polskiej jesieni, na którą przypadła jej premiera. Krążek jak mało który oddaje klimatem tę magiczną porę roku!

Spis utworów:

  1. Ogień
  2. Kochamy się źle
  3. Cienie
  4. Ciepły wiatr
  5. Wyspa
  6. Że jestem
  7. Po naszej stronie
  8. Przestrzeń
  9. Krakowski spleen
  10. Słodka herbata z cytryną

P.S. Polecam też zobaczenie krótkiego filmiku, na którym Natalia opowiada o tym, w jakim sensie płyta i winyl „Jak malować ogień” są ekologiczne.

„Landfall” Laurie Anderson

fot. Marianna Patkowska

płyta z autografami członków Kronos Quartet: “For Marianna with warmest wishes” 😉

wytwórnia: Nonesuch Records
rok wydania: 2018

Kiedy kilka miesięcy temu udałam się do EMPIK-u, nabyć najnowsze dzieło Laurie Anderson, trochę zaskoczona wysoką ceną, zapytałam (myśląc, że może jest też do niej dołączona jakaś część wideo):

– Czy na tej płycie jest tylko muzyka?
Na co pan sprzedawca odparł:
– Nie, jest jeszcze Kronos.

– dialog w EMPIK-u

Co prawda oprócz muzyki – pomijając Kronosów, rzecz jasna – żadnego dodatku wideo się nie doszukałam, jednak „Landfall” jest zdecydowanie krążkiem wartym każdych pieniędzy.
O tej przepięknej płycie wspominałam już niejednokrotnie na blogu, nigdy jednak nie poświęciłam jej odrębnego wpisu, co nadrabiam teraz, bogatsza o spotkanie z członkami Kronos Quartet. Przede wszystkim została wydana równolegle z uzupełniającą ją książką „All the things i lost in the flood”. Dotyka tej samej tematyki – huraganu Sandy szalejącego w 2012 roku, skutkiem którego Laurie Anderson straciła dorobek całego życia (jej piwnica została zalana ogromną falą powodziową, doszczętnie niszczącą obrazy, rzeźby, komputery, materiały muzyczne, instrumenty i książki artystki). Na temat niesamowitego podejścia artystki do swojej osobistej tragedii pisałam szerzej w recenzji „All the things i lost in the flood”, więc dziś skupię się przede wszystkim na warstwie muzycznej „Landfall”.
Kiedy w 2012 roku, David Harrington (założyciel i pierwszy skrzypek Kronosów) zaproponował Laurie Anderson napisanie huraganowej suity na kwartet i głos, Laurie była przerażona. Mimo że jest świetną skrzypaczką i doskonale zna możliwości swojego instrumentu, jednak nie była do pomysłu napisania utworu na kwartet do końca przekonana.

Parę razy próbowałam orkiestracji, co było katastrofalne. Fagoty grały to, co powinny grać wiolonczele, wszyscy byli w złym rejestrze. To był chaos. Orkiestracja jest formą sztuki, o której wiedziałam, że nigdy jej nie opanuję.

– Laurie Anderson

Harrington pozostał jednak niewzruszony i jako człowiek niewiarygodnie uparty i dążący do obranych przez siebie przepięknych muzycznych celów, postawił na szczęście na swoim. Suita już w 2013 roku została wykonana przez muzyków publicznie, a rok później dokonano nagrania (choć oficjalnie płytę wydano dopiero w 2018 roku).
Jest bardzo melancholijna i – choć styl Anderson jest oczywiście mocno wyczuwalny – bardzo różni się od wszystkich poprzednich krążków artystki. Muszę przyznać szczerze, że nie była to dla mnie miłość od pierwszego wysłuchania. Od kilku lat jestem wyznawcą innego dzieła Laurie – „Homeland”, do tego „Landfall” dołączył do mojej płytoteki w dosyć intensywnym dla mnie zawodowo momencie, a płyta niewątpliwie wymaga skupienia i wysłuchania w całości. Dlatego podejść robiłam kilka, aż w końcu mogłam z nią wreszcie pobyć sam na sam podczas długiej podróży do Hagi na koncert artystki i wtedy, po kilkukrotnym wysłuchaniu, byłam już zupełnie kupiona, urzeczona i zafascynowana wielkością tej muzyki. Przede wszystkim jej prostotą i jakąś taką nienachalną podniosłością. Kwartet brzmi tu znakomicie i jest bardzo tylko nieznacznie przetwarzany, od czasu do czasu mieszając się z subtelną elektroniką. Wszystko się cudownie splata i przenika. Kojący, tym razem dosyć smutny głos Laurie z jednej strony uzależnia, a z drugiej – mocno porusza.
Od czasu wyjazdu do Hagi, wysłuchałam „Landfall” już chyba trzycyfrową liczbę razy i nadal mi się nie nudzi. Jest to krążek zdecydowanie magiczny i wyjątkowy.
Kiedy podczas niedawno odbywającego się tu Klubu Rozmów na Szczytach w ramach festiwalu „Muzyka na szczytach” zobaczyłam i usłyszałam Davida Harringtona po raz pierwszy, od razu zrozumiałam jak znakomite porozumienie z Laurie Anderson musi mieć. Wydał mi się niemal jej męskim odpowiednikiem – cudownie delikatny, wrażliwy, o ogromnej wiedzy, przepięknie posługujący się językiem. Miałam, po koncercie Kronosów w Zakopanem, ogromny zaszczyt i przyjemność zapytać go osobiście o jedną, intrygującą mnie rzecz:

Marianna Patkowska: Dlaczego zaprosił pan do współpracy właśnie Laurie Anderson? 

David Harrington: Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem na żywo koncert Laurie Anderson, od razu wiedziałem, że musimy z nią coś stworzyć i nagrać. To było… trzydzieści lat temu, w 1988 roku. Tak więc wybór Laurie był dla mnie oczywisty, bo urzekła mnie absolutnie wszystkim, jednak na sprzyjające okoliczności musieliśmy trochę poczekać.

Tak na marginesie, trzydzieści lat to ⅔ istnienia tego zespołu. Wszyscy członkowie, którym dałam tę płytę do podpisania i którym uścisnęłam dłoń, dziękując za piękne przeżycia, których mi dostarczyli, z ogromną czcią i szacunkiem wypowiadali się o Laurie Anderson, wspominając wspólne nagrywanie. Każdy z nich mówił, że jest niesamowitą, cudowną osobą i że praca nad tą płytą przyniosła im mnóstwo radości. To było naprawdę wzruszające usłyszeć, jak pięknie o tym mówili, z jak żywymi emocjami.
Wśród muzyków jazzowych pokutuje przekonanie, że im bardziej oni sami się cieszą ze swojego wykonania, tym mniej się z niego cieszą słuchacze. Na szczęście w najmniejszym nawet stopniu nie przekłada się to na zadowolenie Kronosów z płyty „Landfall” 😉

Spis utworów:

  1. CNN Predicts a Monster Storm
  2. Wind Whistles Through the Dark City
  3. The Water Rises
  4. Our Street Is a Black River
  5. Galaxies
  6. Darkness Falls
  7. Dreams
  8. Dreams Translated
  9. The Dark Side
  10. Built You a Mountain
  11. The Electricity Goes out and We Move to a Hotel
  12. We Learn to Speak Yet Another Language
  13. Dawn of the World
  14. The Wind Lifted the Boats and Left Them on the Highway
  15. It Twisted the Street Signs
  16. Then It Receded
  17. The Nineteen Stars of Heaven
  18. Nothing Left but Their Names
  19. All the Extinct Animals
  20. Galaxies II
  21. Never What You Think It Will Be
  22. Thunder Continues in the Aftermath
  23. We Blame Each Other for Losing the Way
  24. Another Long Evening
  25. Riding Bicycles Through the Muddy Streets
  26. Helicopters Hang Over Downtown
  27. We Head Out
  28. Everything Is Floating
  29. Gongs and Bells Sing
  30. Old Motors and Helicopters

„Biophilia” Björk

gif ze strony gudmundsdottirbjork

Nawet nie podejmę próby wybrania swojej                   wytwórnia: One Little Indian
ulubionej płyty spośród wszystkich                                               
rok wydania: 2011
nagranych przez Björk  – każda jest inna,
ma inną myśl przewodnią, inną energię, inny klimat. Jednak opisywana dziś „Biophilia” jest w moim odczuciu płytą zdecydowanie wyjątkową. Zajmuje – dość górnolotnie rzecz ujmując – bardzo szczególne miejsce w moim sercu.
Cała twórczość
Björk jest mi niesłychanie bliska. Artystka od swojego chronologicznie drugiego albumu Debut” zachwyciła mnie – wtedy małą dziewczynkę – swoją innością, dzikością, oryginalnością i absolutną bezkompromisowością, którą tak u artystów cenię. Bardziej zresztą od oryginalności Björk zaskoczyła mnie jej popularność. Na dziwnych dźwiękach się wychowałam – były dla mnie oczywistością. Oczywistością też stała się szybko odkryta trudność większości społeczeństwa w przyswajaniu piękna wymagającego myślenia i wyjścia z jakiegoś szablonu (lekkości, łatwości i przyjemności). A jednak świat fenomen tej artystki dość szybko docenił, co było dla mnie niesłychanie budujące.
Od lat z uwagą przyglądam się jej muzycznej karierze (szybko się zresztą okazało, że fantastyczny Debut” jest najbardziej popowym wcieleniem tej artystki) i niezwykle cenię to, że nie wszystko podoba mi się w równym stopniu, nie wszystko rozumiem. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że jest ona kwintesencją tego, czym prawdziwy artysta powinien być – nie przymila się, nie spoufala, nie zabiega o moje (słuchacza) zrozumienie i poklask. Robi swoje, a ja albo się na ten rejs załapię, albo nie – ze mną czy beze mnie on się odbędzie. I tym zyskała sobie mój dozgonny szacunek.
„Biophilia” jest niesamowitą, bardzo poetycką muzyczną opowieścią o Wszechświecie. Björk już od dawna interesowały powiązania między naturą, muzyką i technologią, ale na tej płycie dała temu wyraz najmocniej, także samą formą  – ten album jest pierwszym w historii, którym zarządza aplikacja na urządzenia mobilne (iPad, iPhone). Słuchacz ma możliwość fizycznego aktywnego uczestnictwa w muzyce. Całość wykracza poza ramy zwykłej płyty – artystka zabiera nas w (również
multimedialną) podróż po świecie muzyki, nauki i filozofii. Znajdziemy tu zarówno nowatorskie myślenie o instrumentach jako środku przekazu, wnikliwą obserwację Kosmosu, a nawet odwołania do Pitagorasa (muzyka sfer).

Zależało mi na zjednoczeniu muzykologii z przyrodą.

– mówi o swojej płycie Björk

Jak zwykle w przypadku tej artystki, udało się jej zrealizować swoje założenia aż z nawiązką! Promocji „Biophilii” towarzyszyła też seria warsztatów edukacyjnych, odbywających się na czterech kontynentach. Miały one na celu przekonanie słuchaczy, że każdy może stać się twórcą.
„Biophilia” składa się z dziesięciu piosenek (i równocześnie dziesięciu oddzielnych aplikacji, które są podpięte do tej głównej). Wszystkie charakteryzuje z jednej strony ogromna głębia i bogactwo brzmień, a z drugiej pewien ascetyzm. To nie jest łatwa płyta, trzeba się w nią wgryźć – wymaga od odbiorcy dużego skupienia, jednak niesamowicie wciąga i oczarowuje swoją innością, świeżością i pięknem. Jest to album koncepcyjny i każda z piosenek tworzy integralną część pewnej całości. Rozpoczynający „Biophilię” utwór Moon jest bardzo hipnotyzujący, transowy i przepięknie się rozwija. Jego konstrukcja odnosi się do faz księżyca i ich wpływu na Ziemię. Opiera się
na czterech różnych powtarzających się sekwencjach, przypominających cykle księżycowe, granych przez czterech różnych harfistów. Kolejny utwór, Thunderbolt, jest pierwszym na płycie, w którym artystka łączy instrumenty tradycyjne i towarzyszący jej w większości piosenek znakomity islandzki chór żeński z elektroniką. W piosence został też użyty transformator Tesli – skonstruowany w formie instrumentu specjalnie na potrzeby płyty. Niezwykle słodka i urokliwa Crystalline była głównym singlem promującym album. Drugim singlem był kolejny utwór – Cosmogony. Prosty, ładny, patetyczny, różniący się w warstwie tekstowej od pozostałych, które mówią o naturalnych zjawiskach z perspektywy technicznej lub metaforycznej, a tu mamy do czynienia z ujęciem filozoficznym, nawiązującym do mitów o powstawaniu wszechświata – utwór składa się z czterech zwrotek, z których każda to odrębny mit (indiański, sanskrycki, aborygeński i o wielkim wybuchu). Muzycznie jest to  mój najmniej ulubiony numer, choć sama Björk mówi o nim jak o pewnego rodzaju żarcie, gdyż uważa teorię wielkiego wybuchu za mit stwórczy XX wieku, a teorię strun za mit stwórczy wieku XXI i przypomina, że wszystkie mity stwórcze były w momencie ich ogłoszenia traktowane jako naukowo uzasadnione. Kolejne dzieło, Dark Matter, jest w moim odczuciu najpiękniejszym utworem na tej płycie, choć z pewnością też najtrudniejszym i wymagającym największego skupienia. Cudownie się rozwija, odkrywa przed słuchaczem zapierające dech w piersiach harmonie. Björk znów udowadnia, że może zrobić absolutnie wszystko, poza jakimikolwiek ramami czy ograniczeniami. Hollow w cudowny sposób nawiązując do poprzedniej kompozycji, wchodząc jeszcze głębiej i łącząc dosyć klasyczną muzykę współczesną z ekspresyjną elektroniką. Następna piosenka, Virus, brzmi jak żywcem wyjęta z płyty „Vespertine” (którą uważam za płytę dobrą, ale nie fenomenalną, jak choćby wydana trzy lata później „Medúlla“). Był to trzeci singiel promujący „Biophilię”. Artystka uważa tę piosenkę za

rodzaj historii miłosnej między wirusem a komórką. Oczywiście wirus kocha komórkę tak bardzo, że ją niszczy.

Björk o piosence Virus

Kolejna zupełnie magiczna i nieprawdopodobnej urody kompozycja Sacrifice, powstała na sharpsichord – ogromną, beczkowatą harfę skonstruowaną przez Henry’ego Dagga w latach 2006-2010. Do Mutual Core mam ogromną słabość. Uwielbiam energię tego utworu, ekspresję wykonawczą i nietypowe połączenia, które jednak tworzą zaskakująco spójną całość. Płytę zamyka Solstice na głos i specjalnie zmodyfikowaną harfę wahadłową (stworzoną z wykorzystaniem fenomenu wahadła Foucaulta), która ucieleśnia ideę grawitacji. Autorem wiersza (pod tym samym tytułem) wykorzystanego w tej pieśni jest islandzki poeta Sjón – długoletni współpracownik i przyjaciel Björk, która się w jego Solstice, jak sama mówi, od razu zakochała. Wiersz powstał z okazji Świąt Bożego Narodzenia i jest w zasadzie kolędą. Ta informacja bardzo mnie poruszyła, bo przez wszystkie te lata nie miałam tej świadomości, a tak się składa, że swoją ostatnią płytę (wydaną rok przed „Biophilią”) kończę… zdeformowaną wersją kolędy.
Dzieło Björk oprócz tego, że imponuje swoim rozmachem, formą i technicznym zaawansowaniem, jest po prostu doskonałą muzycznie płytą. Nawet nie korzystając z załączonych aplikacji, wystarczy zamknąć oczy i przenieść się w bogaty, intrygujący świat artystki, która po raz kolejny udowodniła, że zasługuje w pełni na takie właśnie miano.

źródło: boomkat.com

Spis utworów:

  1. Moon
  2. Thunderbolt
  3. Crystalline
  4. Cosmogony
  5. Dark Matter
  6. Hollow
  7. Virus
  8. Sacrifice
  9. Mutual Core
  10. Solstice

 

P.S. Warto też posłuchać co o tym imponującym przedsięwzięciu ma do powiedzenia sama Björk 😉

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

„Antichamber” Yannis Kyriakides

wytwórnia: Unsounds
rok wydania: 2010

Kiedy 26 września 2013 roku w czwartek zajęłam swoje karnetowe miejsce w Studiu S1 Polskiego Radia, czekając aż rozpocznie się kolejny koncert festiwalu Warszawska Jesień, nie sądziłam, że zetknę się tego wieczoru z muzycznym objawieniem, które mnie zupełnie zaczaruje i sprawi, że stanę się inną, lepszą osobą. Nie bardzo pamiętam, co się działo wcześniej i co się działo później, ale „Telegraphic” Yannisa Kyriakidesa (utwór na flet, wiolonczelę, puzon, syntezator, klarnet basowy, kontrabas, wzmacniacz i sześciu telegrafistów po raz pierwszy wykonany wtedy w Polsce; w sieci dostępny niestety jedynie krótki fragment tego niesamowitego dzieła) zrobił ze mną to, co potrafi tylko prawdziwa Sztuka – przeniósł mnie do zupełnie innego wymiaru. Sam kompozytor w notce o utworze umieszczonej w książce programowej pisze tak:

Kody i dekodowanie jako paradygmat muzyki inspirują mnie od dawna. […] Fascynuje mnie wizja funkcjonowania muzyki jako zrozumiałego języka lub wręcz kodowanie słów na potrzeby tajnej komunikacji. Czy muzyka może kodować lub dekodować? Interesujące jest też pytanie, czy muzyka jest językiem. Doszedłem do wniosku, że może nim być, jeśli potrzebujemy znaczeń, choć znaczenia te pozostaną niejasne i obarczone są emocjonalnym bagażem.
[…] Niniejszy utwór oparty jest na działaniu rzeczywistego aparatu telegraficznego. Mógłby stanowić swoiste in memoriam telegrafii, która została oficjalnie wycofana w 2006 roku*, czyli w okresie powstawania mojej kompozycji.

– Yannis Kyriakides, fragment notki o utworze „Telegraphic” z książki programowej Warszawskiej Jesieni 2013

*co ciekawe, o czym pisałam w swoim urodzinowym wpisie, ostatni na świecie system telegraficzny w Indiach zamknięto znacznie później, 14 lipca 2013 – czyli w miesiącu i dniu moich urodzin, dokładnie w roku, w którym wraz z polską publicznością po raz pierwszy usłyszałam na Warszawskiej Jesieni  „Telegraphic” Kyriakidesa!

Mnie ujęła czystość i prostota tego utworu przy jednoczesnej intensywności, transie, w który wprowadzał i sile przekazu. Byłam po wysłuchaniu zupełnie oszołomiona i poruszona. Zakochałam się w nim bez pamięci – od razu zajął pierwsze miejsce (ex aequo z boskim „Le sirene” Demetrio Stratosa) na mojej prywatnej liście współczesnych utworów wszech czasów. Cudownie też współgrał z przepiękną tamtego roku złotą jesienią (zwłaszcza w Tatrach, gdzie słuchałam go na spacerach na okrągło).
Kyriakides we własnej osobie był obecny na tym koncercie, więc miałam okazję uścisnąć jego dłoń i podzielić się z nim od razu – z pewnością wyjątkowo nieskładnie, z powodu emocji – swoimi wrażeniami. Poczułam też, że muszę mieć płytę z tym nagraniem. Dowiedziałam się od kompozytora, że można ją nabyć przez internet, zgodził mi się ją zresztą osobiście wysłać (z autografem), a kiedy chciałam za nią zapłacić… okazało się, że mi ją sprezentował. To był jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie dostałam.
Okazało się też, że na mojego królika Psubrata, o czym już kiedyś pisałam, „Telegraphic” też bardzo wyraźnie oddziałuje; jak właściwie mało który muzyczny utwór. Kyriakides poinformowany o tym fakcie stwierdził, że „może Psubrat rozumie zakodowaną wiadomość”. Chyba rzeczywiście rozumiał.
„Antichamber” to dwupłytowy album – cudowna podróż po świecie dźwięków. „Telegraphic” skradł moje serce, więc siłą rzeczy mam do niego słabość szczególną, jednak bardzo, bardzo lubię wszystkie utwory z obydwu płyt – zwłaszcza magiczne „U”. Wspomniana czystość, która mnie tak na początku uwiodła, jest znakiem rozpoznawczym tego kompozytora (do tej pory słyszałam też inne jego dzieła i mogę to z pełnym przekonaniem stwierdzić). Mam nieodparte wrażenie, że w tej muzyce nie ma przypadku – że ani jeden dźwięk nie pojawia się tu bez określonego celu. Tak zresztą definiuję wielką Sztukę (w świecie plastycznym najlepszym odwzorowaniem tego, o czym mówię, jest twórczość Stanisława Dróżdża) – ma w sobie cząstkę Absolutu i jest dokładnie taka, jaka ma być. Jest ponad kategorie podobania się czy umilania czegokolwiek. Jest czymś znacznie więcej.

Spis utworów:

CD 1

  1. Telegraphic 
  2. Zeimbekiko 1918
  3. Antichamber
  4. As They Step Into The Same Rivers
  5. Hydatorizon

CD 2

  1. Chaoids
  2. U
  3. Pneuma
  4. Dog Song (Cerberus Serenades Orpheus)
  5. Atopia (Hyperamplified)