„Uno Lovis Party” Kury

fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: S7 Records
rok wydania: 2025

Dokładnie trzydzieści lat po debiutanckiej płycie „Kablox-Niesłyna Histaria”, dwadzieścia siedem lat po kultowym „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” i dwadzieścia cztery po równie świetnych, choć pozostających w cieniu swojego starszego brata, „100 latach undergroundu”, zespół Kury powrócił w najlepszym możliwym stylu, doskonałą płytą „Uno Lovis Party” (premiera krążka miała miejsce we wrześniu 2025 i do tego roku się odnoszę).
Pomysł reaktywacji Kur narodził się wraz z reedycją „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” i trasą z piosenkami z tej płyty. Przy kreatywności i płodności Tymańskiego, rozpoczęcie pracy nad nową płytą było tylko kwestią czasu. Od momentu kurzego zmartwychwstania zespół częściej niż kiedykolwiek w swojej historii zmieniał skład, jednak jego trzon, czyli kosmiczny duet Tymański – Deriglasoff, pozostał fundamentem trwałym i przelotnymi burzami niewzruszonym (choć należy podkreślić, że wspominając o „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”, nie można nie wymienić nazwiska Piotra „Picia” Pawlaka, do czego jeszcze powrócę). Do tych dwóch dostojnych, acz pełnych energii kogutokur dołączyły kolejno dwa wspaniałe kurczaki: fenomenalny pianista, kompozytor i improwizator Szymon Burnos (młody wiekiem, stary stażem, bo grający z Tymonem już od dawna) oraz – świeży narybek, żeby nie powiedzieć „nakurek” – zjawiskowy perkusista i improwizator Alan Kapołka, którego heavy metalowy background wyostrzył Kurom pazury.

W cieniu czy blasku „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.a”?

„P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”, choć nie był ostatnią płytą trójmiejskiej formacji, pozostał w pamięci większości fanów jako jeden z ważniejszych punktów odniesienia; jako album wyjątkowy i często ulubiony. Płyta kultowa, wybitna, ważna i przełomowa doczekała się w maju tego roku również filmu na swój temat – dokumentu „Najgłupsza płyta świata” w reżyserii Konrada Kulczyńskiego i Jakuba Knery.

Dokumentu ciekawego i potrzebnego, choć nieidealnego. Twórcy mimo zapału i włożenia w jego realizację dużego nakładu pracy, nie w każdym aspekcie rozumieli zachowania i motywacje Tymona Tymańskiego, co przekładało się na sposób prowadzenia narracji nie tylko podczas dyskusji o filmie po jego projekcji, ale też narracji filmowej. Słynna przemowa Tymańskiego podczas odbierania Fryderyka (od której film się zaczyna) w żadnym momencie nie była naznaczona pogardą do swoich słuchaczy, ale do muzycznego przemysłu, co zresztą sam dość jasno wyraził. Końcowa filmowa scena zejścia do fanów i śpiewania z nimi a capella (albo z gitarą) w czasie ulewy uniemożliwiającej występ na scenie podczas festiwalu Tauron w Katowicach, nie była więc „dowodem na spokornienie Tymona po latach”. Pokazała dokładnie tego samego, choć starszego o dwie dekady, Tymona, który kocha to, co robi i robi to na sto procent. Jest, owszem, dojrzalszy, pokorniejszy, bardziej doświadczony, ale akurat stosunek do fanów nie uległ przez te lata radykalnej zmianie. To wzruszająca ciągłość, a nie magiczna przemiana.
Drugim moim zarzutem do filmu było to, że kiedy przed kamerą zasiada nie tylko wybitny muzyk, ale równocześnie też wybitny tekściarz, jakim jest Olaf Deriglasoff i w trakcie pięknej wypowiedzi przydarzy mu się błąd fleksyjny (we wszystkich częściach wywiadu wyłącznie jeden), dobry redaktor powinien go wychwycić i dograć dubla, żeby ów błąd wyeliminować. Wywiad nie był przecież emitowany na żywo. Z góry uprzedzę, że nie przekonują mnie argumenty o rzekomej „autentyczności” objawiającej się w popełnianiu błędów. Mam równocześnie dwie perspektywy. Pierwszą i w pewnym sensie główną jest perspektywa badacza języka, który nie ocenia, ale potrafi ze sposobu, w jaki nadawca komunikatu go nadaje, wyczytać o nadawcy znacznie więcej informacji niż te udostępniane przez niego świadomie. Zwłaszcza w tym kontekście ciekawe są typy błędów, jakie popełniamy. Wokół tego zagadnienia kręciły się moje obydwie prace (licencjacka i magisterska) i być może kiedyś, kto wie, zakręci się również doktorska. Drugą perspektywę daje mi niemal dwudziestoletnie doświadczenie w pracy redaktora i korektora, który również nie ocenia, ale wobec błędów musi być bezwzględny (i bezbłędny!). Równocześnie umie też oddzielić własne upodobania określonych stylów pisania (a style potrafią być czasem nieznośne lub pretensjonalne) od faktycznych błędów i nie kastruje tekstu z jego autora. (W tym miejscu, jako autor specyficzny, ślę „Ruchowi Muzycznemu” gorzkie pozdrowienia.)
Reasumując, to, że ktoś tak w słowa doskonały popełni jakiś „chlapsus językowy” bardziej mnie ciekawi niż oburza (bycie językoznawcą wyklucza puryzm językowy). Uważam jednak, że publiczne wypowiedzi ewidentnych mistrzów słowa wymagają od nas, redaktorów, szczególnie dużej czułości i uwagi. Bo, że nikt nie jest doskonały, to jedno. Ale kiedy ma prawo być przez odbiorców traktowany jak językowy autorytet, mamy obowiązek mu w tym pomóc.

Wracając jednak do nowej płyty, dwa tygodnie przed wydaniem „Uno Lovis Party” odwiedziliśmy Tymona, który zapytany przeze mnie o znaczenie tego intrygującego tytułu, odpowiedział z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku, że to anagram i spytał, czy chcę go odgadnąć sama.

Kojarzycie te filmiki z Koła Fortuny, gdzie prawie wszystkie literki są już odkryte, została jedna czy dwie do odsłonięcia, uczestnik decyduje się na odgadnięcie hasła i… mu się to nie udaje?
To niestety cała ja.

Bardzo nie chciałam sprawić Maestro przykrości, ale nie podjęłam próby z góry skazanej na porażkę. Szybko więc sam mi pokazał, że „Uno Lovis Party” jest anagramem „Anty P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”. Przez pewien czas myślałam, że to tajemnica, ale Tymański zdradził ją wkrótce potem w kilku wywiadach, więc nie będzie to raczej niestosowny spoiler.
Wątek antypolovirusowości jest dla mnie zresztą niezwykle interesujący. Przeciwieństwem miłości nie jest przecież nienawiść, lecz obojętność. Na tej też zasadzie zbuntowane dwulatki próbujące ustalić, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, nie opierają swoich obserwacji na jakiejś abstrakcyjnej wizji człowieka jako takiego, ale na swoim opiekunie, z którym do tej pory były zlane w jedno. Robią to poprzez (nad)używanie przeczenia „nie”. Płyta „Uno Lovis Party” nigdy by nie powstała, gdyby nie  „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”. Odcięcie się na poziomie zabawy nazwą, jest na to najlepszym dowodem.
Z kolei na poziomie artystycznym, trudne położenie zespołu wobec oczekiwań fanów było niezaprzeczalnym faktem. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” jest nie tylko płytą kultową, wybitną, ważną i przełomową, ale też do tej pory świeżą i ponadczasową. Wydaje mi się, że to rodzaj presji, który dla artystów może nie być łatwy do zniesienia. Nie ma chyba nic gorszego niż próba powtórzenia wcześniejszego sukcesu. Jedyne, co zostaje, to deklaracja odżegnania się od przeszłości, żeby nie zwariować. Żeby zapewnić sobie minimalny komfort tworzenia. I tu tkwi opisywany przeze mnie wyżej paradoks. Bo przecież „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” nie powstał przypadkowo. Stworzyli go znakomici muzycy przepełnieni ogromną wrażliwością, również językową. Obdarzeni umiejętnością wnikliwej obserwacji otaczającego ich świata. Dziś (w roku wydania płyty, 2025), dwadzieścia siedem lat później, dwóch tych samych muzyków – Tymon Tymański i Olaf Deriglasoff (bo jakiś czas po reaktywacji Piotr „Piciu” Pawlak opuścił szeregi grupy), ma tylko większe doświadczenie, lepszy warsztat, więcej do powiedzenia, lepszą intuicję do ludzi, z którymi chcą grać i tworzyć. Do tego ten „otaczający nas świat” zmienił się całkowicie, więc i jego obserwowanie tymi samymi co kiedyś oczami przyniesie inne wnioski, ale też dobór sposobu tego obserwowania okaże się całkowicie inny. Być może nawet wzbudzi (w samym zespole) pewne kontrowersje.
Co więc mogło pójść nie tak? Jak zwykle w przypadku tych muzyków – nic. Powstała płyta w każdym rozumieniu tego słowa piękna, mądra, ważna, poruszająca, potrzebna. Czy okaże się kultowa? Czas pokaże. Na pewno – jak onegdaj „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” – doskonale opisuje dzisiejszy świat, który jak rzadko kiedy opisów zabawnych, ale też głębokich i czynionych umysłami artystów potrzebuje.

„Teflonowy mózg”

fot. Marianna Patkowska

Płytę zaczyna, z charakterystycznym dla siebie pesymizmem racjonalnym, Olaf Deriglasoff, słowami:

Każdy kto tu żyje
w emocjonalnym szambie
tkwi po szyję

– początek piosenki „Teflonowy mózg”.

Niby dostojny kogutokur, ale jednak trochę Kłapouchy. No i – od kiedy przyjrzałam mu się uważnie – mój wielki celebrity crush. Jeśli w rozmowie z kimkolwiek w ciągu ostatnich dwóch lat pojawiało się jego nazwisko, automatycznie wypalałam, rozmarzona:

Olaf… on jest taaaki przystojny…

To jest nie do opanowania. Olaf rozbudził we mnie to, co onegdaj (niestety tragicznie zmarły) Keith Flint.
I na ten przykład, jeśli chodzi o Tymona, niewymownie wkurza mnie zarzut, że nie jestem w rozmowach o nim obiektywna, lub że jestem wręcz stronnicza przez wzgląd na jego przyjaźń z Bartkiem, ale też to moje w niego wpatrzenie. Wkurza, bo jest nieprawdziwy. Tymona ze wszech miar uwielbiam, ale za to kim i jaki jest, mając też poczucie, że dobrze go rozumiem w wielu jego (nawet tych niby kontrowersyjnych) decyzjach. Z tego powodu wszystkich starszych panów pragnących mi w trójmiejskich lokalach w ramach zagajenia uświadomić, że wcale go nie znam, skoro tak dobrze o nim mówię i naświetlić, jaki Tymon jest naprawdę (bo w 1583 roku krzywo na kogoś spojrzał), spuszczam od razu na drzewo i szczuję swoim psem mordercą. Natomiast wobec Olafa nie jestem obiektywna ani trochę. On po prostu objawił mi się jako męski ideał piękna, w dodatku ze znakomitym słuchem, piękną barwą głosu i wspaniałym wyczuciem językowym. Tu, kiedy wypalam z tym swoim

on jest taaaki przystojny…

przy właśnie poznanych muzykach, którzy z nim grywają, ci – nieco zbici z pantałyku – zaczynają odruchowo kiwać głową, intensywnie myśląc (jakby przypominali sobie jego powierzchowność), po czym potakują z pewną wobec tego faktu bezradnością.

Kojarzycie tych wkurwiających podpitych wujków na weselu, gadających onieśmielające, nikomu niepotrzebne, wątpliwej jakości „komplementy” młódkom?
W przypadku Olafa to ja jestem tym wujkiem.

Ale wracając do otwierającego płytę „Teflonowego mózgu”, mam do niego wielki sentyment. Pewnego marcowego wieczoru natrafiłam w mediach społecznościowych na filmik z domu Tymona, na którym przy fortepianie siedzi Szymek, a obok stoi Tymon z Olafem i cała trójka przy akompaniamencie Szymka śpiewa na głosy jakąś nową, przepiękną harmonicznie i urzekającą tekstowo piosenkę. Króciutki filmik odtwarzałam niezliczoną ilość razy. Pamiętam, jak mnie to energetycznie nakręciło. Nie wiem, co dokładnie działo się wtedy w moim życiu, być może nic. Pamiętam jednak tę wzruszającą zmianę perspektywy. Uświadomienie sobie, że mimo całego zła i syfu tego świata, istnieje piękno. Że gdzieś tam w pewnym domu, trzech piekielnie utalentowanych muzyków spotkało się, żeby podszlifować nową piosenkę. Że śpiewają ze sobą na głosy, tworząc bajeczne harmonie. Że mają przy tym fun, ale też stres, bo naglą ich deadline’y; zaraz nagrają płytę, która wiadomo, że będzie świetna, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą. Mają obawy i oczekiwania. Choć mają też znakomity zarówno słuch, jak i gust, więc muszą przeczuwać, że wyjdzie wspaniale. Jakoś mnie to podniosło i wzruszyło równocześnie. Spania tej nocy było mało, ale ten zastrzyk dobra wart był nawet snu, którym dzielę się niechętnie i nieczęsto. Dwa dni później, po szalonej korespondencji z Tymonem, nagrałam to, co udało mi się wysłyszeć, a potem wysłałam Chłopakom.
Żeby wysłuchać całej piosenki w wersji studyjnej, musiałam czekać aż do premiery płyty we wrześniu. Czujecie te emocje?

No i czy to znaczy, że mam płytę już od września, a piszę o niej dopiero w marcu? Tak. Choć zaczęłam ten tekst znacznie wcześniej, to nagle z osoby mającej zero etatu i poczucie, że po prostu nie nadaję się na nauczycielkę, stałam się nauczycielką rozchwytywaną z dwoma etatami w szkołach podstawowych, a dokładnie 35 godzinami w sumie przy tablicy. (Poczucie, że się nie nadaję mnie nie opuściło, ale wreszcie zrozumiałam, że na brak mobbingu wcale nie trzeba sobie „zasłużyć”.) Wyjście z psychicznego dołka i wskoczenie do rozpędzonego pociągu, jakim była od września publiczna szkoła podstawowa, a od października jeszcze kolejna fantastyczna przyjazna Montessori, całkowicie mnie zawłaszczyło. A przynajmniej zawłaszczyło moją energię. Wielokrotnie myślałam, jak napisać tę recenzję. Ile chcę w niej zawrzeć. Nawet – z różnym skutkiem – omawiałam z dziećmi formę, jaką jest recenzja. Na co należy zwrócić, podczas jej pisania, uwagę (nota bene wiem, że na tym blogu zamieszczam recenzje nie do końca typowe). Jednak zmierzenie się tym z tekstem mnie… zwyczajnie przerosło. Oprócz braku jakiejkolwiek energii miałam jeszcze jeden problem – Kury tworzą naprawdę wybitni muzycy. W dodatku (co w przypadku pisania recenzji bardzo onieśmielające) żyjący. Zasługują na recenzję rzetelną i fachową, a o swoim pisaniu myślę, że nadaję się do niego tylko trochę bardziej niż do uczenia. Nie zamierzam się w tej swojej blogowej przestrzeni tłumaczyć czy przed nikim kajać. Jest jak jest, na blogu daję z siebie wszystko, ale czasem wszystko, to w danym momencie 0%. Mój moment się wyjątkowo wydłużył po prostu.

Reasumując, „Teflonowy mózg” okazał się kapitalnym przebojem, a fragment, jaki poznałam wiele miesięcy wcześniej, jego refrenem. Pierwszy raz słuchałam tej piosenki z Bartkiem i umarliśmy ze śmiechu w 1’28”, kiedy na pięknym melodyjnym bridge’u kompletnie bez zapowiedzi został spuszczony piszczałkowy kleks, w dodatku jakiś taki w poprzek. To było tak na wskroś tymańskie, że nie musieliśmy nawet dopytywać, kto za tym stał. Potem wielokrotnie zmartwychwstawaliśmy i umieraliśmy znowu. I tak naprawdę ten proces nigdy się nie skończył. Śmieszy nas to za każdym razem, a Bartek zobrazował mi naturę Tymona, z której wynika ów muzyczny żart, nawet memem:

Napisałam, że Olaf zaczął „Teflonowym mózgiem” płytę, bo to jego piosenka. Napisana (muzyka i słowa) i zaśpiewana przez niego. I choć na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” każda piosenka też miała podpisanych autorów (wiem, że Tymański zawsze bardzo o to dba), to jednak słuchając albumu bez okładki w ręku, można było odnieść wrażenie, że wszystko wymieszane jest w jakimś tyglu, a autorami tego wytworu są po prostu Kury. Brzmiało to z jednej strony niezwykle spójnie, ale z drugiej – wg zamierzenia Autorów – była to przedziwna wędrówka po najróżniejszych stylach muzycznych. Wykonawcy tak często zmieniali głosy (rozpoznawanie zmienionego głosu idzie mi równie świetnie, jak odgadywanie brakującej litery w słowie), że mój mózg rejestrował wszystkie piosenki jako genialną całość. W przypadku „Uno Lovis Party” autorzy piosenek są nie tylko wypisani na okładce (skądinąd przepięknej, zaprojektowanej przez Olafa i jego żonę Małgorzatę Deriglasoff). Oni również wyśpiewują swoje piosenki trochę… osobno.  W refrenach na ogół dołącza reszta plus jest też kilka smakowitych wyjątków, ale ta osobność, czy też oddzielność mocno rzuciła mi się w uszy. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut.
Z drugiej strony na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” autorzy każdej z piosenek są wypisani na wkładce dolnej, a na „Uno Lovis Party” dopiero pod tekstami w książeczce, więc trudniej do nich dotrzeć tak szybko jak w przypadku pierwszej z płyt. Do tego „Uno Lovis Party” brzmi również niesłychanie spójnie i w żadnym wypadku – niezależnie od tego, kto jest autorem danej piosenki – nie mam wrażenia, że to składanka różnych od siebie stylów. Skąd więc to moje silne przekonanie o większej odrębności autorów kompozycji i tekstów na płycie ostatniej? Być może stąd, że kiedy zagłębiałam się w „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”, nie znałam jeszcze Tymona. Nie rozpoznawałam zmienionych głosów. Bartek, nawet jak nie pamiętał, która piosenka jest czyja, wystarczyło, że się w nią wsłuchał i od razu rozpoznawał styl każdego z Chłopaków. Minęło już sześć lat, od kiedy w miarę regularnie odwiedzamy Tymona, rozmawiając z nim. Poznałam też Olafa

(z onieśmielenia jego urodą, ugięły się pode mną nogi i od tego momentu Awkward w naszych kontaktach to moje drugie imię; ostatni raz się tak czułam pod warszawskim Marriottem w ’96, patrząc z odległości kilku metrów w oczy Michaelowi Jacksonowi),

więc zaczęłam również nadrabiać swoje braki w znajomości jego twórczości. Dostąpiłam też niekłamanego zaszczytu przebywania ze wszystkimi Kurami w jednej przestrzeni, obserwowałam ich stosunek do siebie, cudowne, pojechane poczucie humoru, ogromny szacunek, którym – mimo różnic – się wzajemnie darzą. Do tego od dawna już słyszałam od Tymona, która piosenka jest czyja. To musiało mieć gigantyczny wpływ na mój odbiór „Uno Lovis Party”.
Czytam tę płytę, jak spotkanie po latach tych samych dwóch świetnych muzyków, którzy są dziś po prostu trochę gdzie indziej niż poprzednio. Są dojrzalsi (choć równocześnie nadal piękni trzynastoletni…), mają na swoich zawodowych kontach pokaźny dorobek. W dodatku mocno się od siebie różnią. Olaf przez lata zanurzał się w muzyce mocnej, ciężkiej, pełnej buntu, Tymański muzycznie zdążył kilka razy oblecieć dookoła Księżyc, czasami przy tym jazzując. Obydwaj pisali też muzykę filmową. W takim punkcie kariery trudno na nowej wspólnej płycie udawać no-name’y. A nawet, jeśli nie trudno, to oni już tam byli. To już mamy na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”. To wrażenie „dojrzałości” nowej płyty, ale też samych jej Autorów, uderzało mnie jeszcze w wielu momentach, a na sam koniec doprowadziło do łez wzruszenia. Muzyczne spotkanie po latach dwóch dojrzałych mężczyzn, przyjaciół. Spotkanie, podczas którego nikt nikomu już niczego nie musiał udowadniać (choć być może ktoś czasem próbował). Spotkanie, podczas którego już nie formowali się wspólnie, ale obaj przybyli na nie uformowani. Zresztą uformowani, ale równocześnie skłonni do kompromisów, z jakimi zawsze się wiąże wspólne tworzenie. No i w końcu – the last but not least – ich spotkanie z muzykami, z którymi nie grali dotąd wspólnie. W dodatku z dwóch młodszych, a więc też całkowicie innych pokoleń. W tym miejscu muszę odnotować fragment wspólnego z Kurami spotkania.

Olaf, patrząc wymownie na Szymka, stwierdził (tak, również – jak Bartek i Tymon – używając wołacza):

– Powiem teraz Twój ulubiony, Szymku, tekst. „Jako ktoś, kto gra koncerty już od czterdziestu pięciu lat”…

Mój Bartek dałby sobie doszytą rękę odciąć, że Olaf gra koncerty dopiero od czterdziestu lat. Co z kolei składałoby się w jakąś całość z zawsze rozbawiającą mnie wypowiedzią Tymona (Tymonie przepraszam, muszę to opublikować), że „Olaf nawet jak miał trzydzieści dwa lata, był stary”. Pamiętajmy też, że Olaf założył onegdaj kapelę Dzieci Kapitana Klossa, którą po latach przechrzcił na Dziady Kapitana Klossa, stając się tym samym swoim własnym pradziadkiem. To prawdopodobnie jedyny taki przypadek w historii.

Jasne, że na pierwszym miejscu są umiejętności muzyczne, zawodowstwo, ale Kury – czego nie podkreśliłam wystarczająco mocno – nigdy nie były duetem Tymański – Deriglasoff ze starannie dobranymi muzykami sesyjnymi. To zawsze była grupa indywidualnych, oryginalnych, niezwykle intrygujących jednostek (nie tylko zresztą muzycznie), które łączyła wspólna pasja, ale też kunszt. Pisząc o muzycznym powtórnym spotkaniu po latach, mam na myśli to, co z Kur do dnia dzisiejszego przetrwało.

„WiosenNy szał”

fot. Marianna Patkowska

Po „Teflonowym mózgu” – opisie marzenia pewnego bardzo wrażliwego i przebodźcowanego, a równocześnie przerażająco trzeźwo stąpającego po ziemi artysty, naszym uszom ukazuje się ogromna zielona łąka, na której kica zając. Z kadru na kadr coraz lepiej widoczny. Zaraz, zaraz. Czy to zając na pewno? Nie tygrys? Tygrysek! Skaczący na ogonie! A nie, czekajcie. To… jednak Tymon! Nie mogę się tego obrazka pozbyć i widzę go za każdym razem, słuchając piosenki „Wiosenny szał”. Pozytywnej, śmiesznej, nawiązującej muzycznym stylem do disco-polo, ale jak zwykle w przypadku Tymona (bo to nie jest pierwszy raz) w sposób na szczęście nie do końca udany.
Moi Czytelnicy dobrze wiedzą, jaki mam stosunek do wiosny. Nie rozumiem ekscytacji tym, że przyroda powoli budzi się do życia, a z hibernacji wychodzą wszystkie zimowe kupy. Nie rozumiem odżywania – ja kompletnie zdycham. Na lekkie stroje jest za zimno, ale na cieplejsze – za gorąco. Na przemian pocisz i marzniesz, ze zmęczenia ledwo trzymając się na nogach, ale musisz być ostrożny, żeby w nic nie wdepnąć. No jednym słowem pomyłka. Jednakowoż kiedy słyszę kojący głos Tymona, zapewniającego, że:

Wiosenny szał porywa nas
gdy kwitnie miesiąc maj
przez chwilę da się lubić ten
nieudany kraj
Witalny szkwał, odrywa właz
oddycha morze, szepce las
znów epifanii nadszedł czas!

– początek piosenki „Wiosenny szał”,

… to łapię się na wyczekiwaniu wiosny. Ja. Wyczekiwaniu. WIOSNY… Ten Tymon to umie w perswazję. No i już ta pierwsza piosenka zdradza nam to, co od jakiegoś czasu przeczuwałam. Mianowicie, znakomita swoją drogą, płyta „Paszkwile” bardzo mocno ukształtowała Tymona, wpłynęła na cały dalszy jego sposób pisania (mówię nie tylko o harmoniach, ale też samych brzmieniach). Jej odłamki słychać na płytach kolejnych, choćby na fantastycznych „Republikacjach”. Nawet podzieliłam się z nim tą refleksją. Przyznał, że coś może być na rzeczy. To nie jest w żadnym wypadku zarzut. Odbieram to raczej, jak znalezienie swojej drogi, swojego brzmienia. Ciekawie jest obserwować piętno, jakie na twórcy wywarł jego własny album.
Jest to też jedyna piosenka, do której Kury podczas koncertu… tańczą. Na licznych filmikach widziałam tańczącą trójcę (Alan Kapołka pozostał na stanowisku, nadając wszystkiemu rytm), a na dwóch koncertach, na których byłam, jedynie tańczącego Olafa i Tymona. I o ile Olaf – surprise, surprise – w swoich kocich ruchach jest personifikacją męskiego seksapilu, o tyle Tymona ochrzciłam mianem Johna Travolty Polskiego Yassu. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba zobaczyć! I równocześnie też nie da się tego na szczęście odzobaczyć! To zostaje w człowieku już na zawsze…

„Memento amoris”

fot. Marianna Patkowska

Kolejną piosenką jest piękna nastrojowa ballada Szymona Burnosa o przeuroczym tytule „Memento amoris”. Rozpoczyna się słowami:

Wykupiłem nam kwaterę w nekropolii
tuż pod lasem, gdzie jabłkowy szumi sad
Gdy zaśniemy obok siebie
będzie lekko nam jak w niebie
Naszych mogił nikt nie ruszy tysiąc lat

– początek piosenki „Memento amoris”

Rozłożyło mnie na łopatki, że przedstawiciel kurzej sekcji młodzików po jakimś czasie z – jak napisali kiedyś o sobie – „bardziej wytatuowaną” starszyzną, we własnej piosence od razu szykuje się na tamten świat. (Może świadomość czterdziestopięcioletniej scenicznej kariery kolegi tak na niego wpłynęła.)

Swoją drogą niedawno miałam okazję zwiedzić cmentarz na Srebrzysku (który sugeruje dalej w tekście Szymon) i w pełni zrozumiałam magię i romantyczność opisanego miejsca.

W balladzie tej wszystkie harmonizujące ze sobą w refrenie Kury brzmią naprawdę pięknie. Jednak prawdziwą wisienką na torcie jest tu żeńska wokaliza. Niebiański głos o przepięknej barwie należy do Mii Deriglasoff – córki Olafa. Na jednym z koncertów Olaf zdradził kulisy pojawienia się tej wokalizy na płycie. Otóż panowie dumni z właśnie zmontowanej piosenki, puścili ją Olafowej Latorośli. Ta jednak, wbrew oczekiwanym zachwytom, zauważyła że niby wszystko ok, ale brak tu żeńskiej wokalizy. W tym miejscu musimy pamiętać o tym, że niewiele jest na świecie rzeczy tak kruchych, jak ego artysty, który właśnie coś stworzył. Olaf miał ponoć odburknąć:

– To ją zaśpiewaj!

No to – zaśpiewała. I muszę przyznać, że ta opowieść zmieniła moją perspektywę. Bo dopiero kiedy wyobraziłam sobie ten utwór bez żeńskiej wokalizy, zrozumiałam, jak jest w nim ważna. Męski podmiot liryczny, chór męskich kur i równowaga, która nadchodzi wraz z anielskim kobiecym śpiewem. Czy to wokaliza „sproszkowanej” (nawiązując do tekstu) Ukochanej Szymka, a właściwie jego bohatera lirycznego? Śpiew jej ducha? Interpretacja leży po stronie odbiorców. Tak czy tak, skojarzenie ze znakomitą Clare Torry w piosence „The Great Gig in the Sky” Pink Floydów nasuwa się samo.

„Babilon upadł”

fot. Marianna Patkowska

Po chwilowym zwolnieniu tempa i pewnym wyciszeniu, słyszymy mocniejsze gitary, co może zwiastować tylko jedno – piosenkę Olafa.

Bezrobotni politycy
kucają na ulicy
żebrzą o pięć zyla
ale nikt im nie chce dać
Fajnie się rządziło,
ale nagle się skończyło
dziś nie mają dokąd pójść
w depeesach muszą spać

– początek piosenki „Babilon upadł”

Absolutnie cudowna, utopijna wizja upadku Babilonu, niesłychanie podnosząca na duchu. A prawdziwym mistrzostwem jest tu refren. Zarówno doskonała harmonia, przywodząca na myśl Queen (co mocno mnie poruszyło, bo Queen harmonicznie był niedościgniony), jak i tekst, przy którym za każdym razem turlamy się z Bartkiem ze śmiechu:

Babilon upadł
kto by się spodziewał

Oczywiście trudno wyjaśnić tym, których nie śmieszy, co dokładnie śmieszy nas. Mówiąc w największym skrócie, prawdopodobnie pewna nieadekwatność tekstu do melodii, na którą jest zaśpiewany.

„Kwanty”

fot. Marianna Patkowska

Jestem sceptyczna, kiedy ktoś w rozmowie ze mną wyskakuje z energią męską i żeńską, kosmiczną, czy też – największa dla mnie abstrakcja – pieniądza. Natchnione przemowy o kosmosie budzą moją podejrzliwość. Jedynym wyjątkiem jest dla mnie jednak… Tymon Tymański, który używając słowa „energia”, zdaje się za każdym razem naprawdę dobrze wiedzieć, o czym mówi. W jego przypadku za tym słowem idzie zawsze jakaś głębia, nie zaś komercyjne uduchowienie.

Skończmy pleść głupoty
bo nas podsłuchują roboty
Przejdźmy do rozmowy
w trybie meta-para-naukowym
Nie potrzeba boga
starczy kosmologia kwantowa
W dół, w górę i na skos
splątany jest nasz los
kosmopsychizm to jest sztos

– początek piosenki „Kwanty”

Powyższym cytatem zaczyna swoją piosenkę „Kwanty” Tymon Tymański i jest to utwór, który najtrudniej mi interpretacyjnie rozgryźć. Z jednej strony jest tu mowa o uwsteczniającej nas jako ludzkość pseudonauce, jak też teoriach spiskowych (oba te fenomeny często idą ze sobą w parze). Z drugiej strony zaśpiew:

Oleo!

kończący każdy wers refrenu, całą swoją formą przywodzi mi na myśl wszystko, co najgorsze w tej naszej polskiej biesiadnej plemienności.
Równocześnie… no przecież to przeurocza piosenka o seksie jest! I zanim ktokolwiek mi tu zasugeruje, że mnie to się wszystko kojarzy (z czym polemizować… niestety nie mogę), niech się przez chwilę zastanowi, czy nigdy nie chciał z nikim „złączyć atomów”, z już zwłaszcza „kwarki i leptony”. Oleo?

„Leki, leki”

fot. Marianna Patkowska

Nie ukrywam, że przed powstaniem płyty, mieliśmy pewne przecieki od samego Mistrza Tymańskiego dotyczące tematyki, nad jaką pracuje i wszelkich jego obaw z tym związanych. Okazuje się bowiem, że dziś z wielu rzeczy śmiać się – moja ulubiona fraza – „nie wypada”. Wszyscy stali się niesłychanie wrażliwi na punkcie własnych doświadczeń i zaczęli wrzucać do jednego wora rzeczywistą przemoc słowną z humorem. A ten ostatni ma to do siebie, że jego celem nie jest wyrządzanie krzywdy, ale ukazanie jakiejś grupie (np. społeczeństwu) krzywego zwierciadła, w którym może się przejrzeć. I takie krzywe zwierciadło jest niesłychanie potrzebne. Pomaga zachować równowagę.
Myślę, że ten dosyć złożony mechanizm przewrażliwienia jest ściśle związany z tym, że jako społeczeństwo dopiero zaczynamy, niezwykle powoli, proces terapeutyzacji. Ja sama, tuż po pierwszej terapii, doszłam do smutnej konstatacji, że im więcej rozumiem, tym mniej bawią mnie żarty często bazujące na stereotypach. Po pierwsze dlatego, że stereotypy nigdy nie są do końca prawdziwe, a po drugie dlatego, że pod większością zachowań, nawet tych idiotycznych, dostrzegałam człowieka z jego bagażem i problemami. Na marginesie warto dodać, że żartowanie często bywa mechanizmem obronnym. Łatwiej coś obśmiać niż się z tym zmierzyć. Jednak kiedy już to wszystko dobrze zrozumiemy, przerobimy i staniemy sami ze sobą w prawdzie, na szczęście okazuje się, że odzyskujemy zrozumienie, czym są stereotypy do czego służą i z czego się biorą. Odzyskujemy też z przestrzeni tabu wszystkie te rzeczy, które nas niegdyś uruchamiały. Innymi słowy, odzyskanie utraconego w tym procesie poczucia humoru, pojawia się na kolejnym etapie sterapeutyzowania. Czy stworzyłam teorię w oparciu o tylko i wyłącznie własne doświadczenia? Tak, ale czuję, że jest w tym pewien sens.
Myślę też, że warto odróżnić od siebie kilka rzeczy. Po pierwsze różnorodność w obszarze żartu (co bawi jednych, nie będzie bawić drugich i prawdopodobnie na odwrót, trudno jednak kategorycznie stwierdzić, że coś jest żartem dobrym, a coś innego na wskroś złym). A po drugie chamstwo, które bywa „żartem” nazywane, lecz w rzeczywistości chodzi w nim tylko i wyłącznie o czyjąś krzywdę. Żart może w najgorszym razie nas nie rozśmieszyć lub nawet przekroczyć nasze granice (moją granicą są żarty z holocaustu). Możemy się po jakimś żarcie poczuć źle, ale powodem zawsze będzie poruszenie w nas jakiejś czułej struny. Czegoś „niezaopiekowanego”. Chamstwo natomiast zawsze chamstwem pozostanie, a złe samopoczucie odbiorcy jest celem samym w sobie.
Tymon w mojej opinii już dawno temu wybrał bardzo świadomie ważną i potrzebną rolę błazna. A więc dostarcza rozrywkę, pomaga rozładować napięcia, staje się pewnego rodzaju buforem bezpieczeństwa, ale też głosi prawdę, używając żartu jako swojego narzędzia. Nie ukrywam, że kiedy usłyszałam, że ma obawy związane z tym, z czego dziś można, a z czego nie można żartować, krew mnie zalała. Dziś bardziej niż kiedykolwiek Tymańskiego potrzebujemy z jego przenikliwością, trafnością spostrzeżeń, ale też ogromnym ciepłem i życzliwością wobec świata i ludzi. No i przede wszystkim z nieszablonowym, wyjątkowym poczuciem humoru. Proszę, nie twórzmy napięć i nie róbmy problemów tam, gdzie ich nie ma. Spójrzmy w to krzywe zwierciadło z zaufaniem i wiarą, że ten widok nas o coś istotnego wzbogaci.

Dość mroczną i tajemniczą piosenkę „Leki, leki” Tymon Tymański rozpoczyna słowami refrenu:

Ref.:
Leki, leki, leki, leki
Na wszelki smutek ciągle się je
Leki leczą lęki, lęki
By miały skutek wciąż się je, je, je

– początek piosenki „Leki, leki”

Gdybym cofnęła się w czasie i nie brała co rano garści leków pomagających mi żyć w sposób kiedyś dla mnie nieosiągalny, prawdopodobnie rozśmieszyłoby mnie w tej piosence coś innego niż to, co śmieszy mnie w niej dzisiaj. W końcu jako ludzka masa łykamy w sposób niekontrolowany jakieś niebywałe ilości leków i suplementów. Teoretycznie na większość zdrowotnych problemów (realnych lub tych wykreowanych sztucznie) znajdzie się jakiś cudowny lek. Druga strona medalu jest natomiast taka, że nic, co przyjmujemy, nie pozostaje naszemu organizmowi obojętne i bardzo często naprawiając jedno, niszczymy drugie.
Przez całe dzieciństwo i wczesną młodość widziałam, jak mój tata przyjmuje lit. Teoretycznie miał on stabilizować nastrój, co jednak nie uchroniło taty od zapadania co jakiś czas w kilkumiesięczne depresje, a potem w jeszcze chyba gorsze manie. Jak by było, gdyby litu nie stosował, nigdy się nie dowiemy. Może lepiej, może gorzej. Wierzyłam od dziecka, że dużo rzeczy jest kwestią chemii w mózgu. (Stąd koncepcja wolnej woli wydawała mi się co najmniej niefortunna.) Jednak gdzie jest granica? Czy wszystko rzeczywiście leczenia wymaga?
Te pytania zaczęły mi się nasuwać po jakimś czasie słuchania tej płyty na okrągło.

Łykam Asertin i wraca mi głos
wrzucam Ozempic i chudnę o włos
Rispolept rządzi, a Zoloft to sztos
Medikinet ładuję wprost w nos

– śpiewa Tymon,

a mnie za pierwszym razem zrzedła mina. Ta najbardziej w swoim życiu sterapeutyzowana ja usłyszała nazwę leku, dzięki któremu po raz pierwszy zrozumiała jak może być, kiedy się nie ma ADHD (lub może bardziej, kiedy ma się je pod kontrolą) i poczuła się… dosyć nieswojo. Sama przecież tyle razy żartowałam, że jestem tak przykładnym obywatelem, że nawet kiedy biorę amfę, to na receptę, a tu jakiś taki niesmak. Jakaś taka potrzeba (u mnie obsesyjna) wytłumaczenia Tymonowi, żeby z Medikinetu jednak nie żartował, bo ten lek mi pomógł. Miałam w głowie cały wykład, który bym Tymonowi wygłosiła, gdyby mnie akurat dopuścił do głosu. Szach i mat! Wpadłam w pułapkę, w którą wpaść nie powinnam. A jednak. Bo to nie Tymonowi, ale sobie chciałam coś powyjaśniać. Tymczasem prawda jest taka, że każdy z tych leków może realnie uratować życie. I posiadając tę wiedzę, mamy prawo (a nawet obowiązek) wrzucić na luz i się nieco zdystansować.
W trakcie któregoś słuchania doszłam nawet do szokującej refleksji. Otóż od dłuższego czasu nie doświadczyłam pojawiających się kiedyś często stanów lękowych. Poradziłam sobie z nimi terapią, autoterapią oraz farmakologicznie. Kiedy pewnego dnia niespodziewanie powróciły, złapałam się na tym, że moją pierwszą myślą była ta, że muszę skonsultować dawkowanie leków ze swoją lekarką (po tylu latach świetną, co też w tym fachu jest niestety rzadkością). Słuchałam „Leków, leków” i nagle mnie olśniło, że weszłam bezrefleksyjnie w myślenie o lekach, jak by były jedynym rozwiązaniem, zapominając, że te koszmarne stany lękowe były dla mnie kiedyś sygnałem, by się sobą zająć i zwrócić się o pomoc do specjalisty. Dziś mam narzędzia, by z tymi lękami posiedzieć i się im poprzyglądać. Czy to będzie miłe? Nie będzie. Ale leki mają tylko wspomagać własną pracę nad sobą, a nie załatwiać nam konkretne stany. I o tym właśnie pisze Tymon.

Kolejnym wzruszającym mnie na płycie momentem jest ten, w którym w środku „Leków, leków” zaczyna rapować… Kosma Tymański – syn Tymona. Czy to nie jest ujmujące, że na płycie Kur wydanej po tylu latach ze starego składu spotyka się Olaf z Tymonem i dorosłe już dzieci każdego z nich mają na niej swój naprawdę znakomity udział? Że tworzą jakość nowego dziecka swoich ojców? Symboliczne i piękne. Kosma – będący współtwórcą tego utworu – rapuje w kompletnie swoim stylu. Tymon pozostaje w roli mędrca-błazna, a Kosma ma swój inny, ale równie niepowtarzalny styl.

Para-recepty farmasekty
parasajty przyssały dziadkom się do renty
I czek-czek o szóstej rano
kolejka do okienka
po Augumentin
Babcia łyka, łyka, łyka, łyka
aż jej w gardle stanie
Łyka dalej, łyka
– zwraca się jej śniadanie…
Za te lęki – no dzięki, dzięki!
(Wnusiu, zdrowo by było je jeeeeeeeść)
Ej, leki, leki – dla chłopca i dziewki
(Mmmmmm, oni mi je dają, a ja je jeeeeeeem)

– fragment piosenki „Leki, leki” (Kosma Tymański)

A wisienką na tym lekowym torcie jest znakomity teledysk.

„Mam Tourette’a”

fot. Marianna Patkowska

Przekreślili mnie
za niepoprawne treści
wyrokując, że
już nie jestem śmieszny

– początek piosenki „Mam Tourette’a”

Kolejna piosenka Tymona jest doskonałym podsumowaniem kilku wątków, które poruszyłam w interpretacji wcześniejszego utworu. Po pierwsze, bywając u Tymona w czasie, w którym płyta „Uno Lovis Party” powstawała, poznawałam jego rozterki związane z wymyślanym właśnie repertuarem. Pamiętam hasło „żart z Zespołu Tourette’a” i kompletnie nie wiedziałam, czemu miałby być on nie na miejscu, ale też czemu w ogóle miałby być. Każdy z nas wie, na czym ten zespół polega. Przewlekłe zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się mimowolnymi, nagłymi, powtarzalnymi tikami, czasami niekontrolowanym wykrzykiwaniem słów bardzo zawstydzające dla zaburzonych, często trudne w odbiorze np. w przestrzeni publicznej. Pytanie, dlaczego się z tego nie śmiać, ale równocześnie też, po co się z tego śmiać.
Po wysłuchaniu piosenki (oczywiście znakomitej), zachwyciłam się jej koncepcją. Po pierwsze jest to wyznanie błazna właśnie. Błazna, któremu pewien poziom sterapeutyzowania społeczeństwa i równocześnie inny jego niesterapeutyzowania, narzucił na usta kaganiec. Tymon wyśpiewuje zwrotki, używając uroczego francuskiego „r” i popełniając językowy błąd do rymu. No przesłodki jest. Ale co ma do tego Zespół Tourette’a, zapytacie. Otóż wszystko wyjaśnia się w refrenie:

A ja Tourette’a mam i chuj
już taki anty-urok mój
chcę dobrze, lecz wychodzi gnój
Mój mózg przeszywa nagły prąd
ten glicz to neuronowy błąd
koprolaliczny świąd i swąd

– fragment piosenki „Mam Tourette’a”

Zespół Tourette’a jest tu… metaforą organicznej potrzeby… odgrywania roli błazna. Czy tylko mnie przy tym odkryciu wybucha głowa?
Pojawia się tu również niezwykle ważna dziś fraza:

Kultura nie wyklucza!

Bardzo istotna w dobie wszechobecnego, bezmyślnie stosowanego cancel culture. Oczywiście w teorii rozumiem zamysł, żeby zepchnąć z cokołów skurczybyków, a zwolnione w ten sposób miejsce oddać równie utalentowanym ludziom prawym, ale sęk w tym, że ta teoria w praktyce nie ma racji bytu. Już pomijając nasze upodobanie do stawiania wyroków zanim zrobi to sąd i bez względu na to, czy w ogóle to zrobi, trzeba sobie zadać bardzo poważne pytanie o korelację dobroci lub jej braku z artyzmem. Czy w ogóle jakakolwiek istnieje. Dziś wiemy, że Picasso był niebywale przemocowy. Czy warto jego przemocowość głośno potępić? Tak. Jednak od tego, że dziś znamy ten fakt z jego życia, jego sztuka nie stała się nagle mniej wartościowa (mówię o wartości artystycznej, nie zaś tej sztucznie ustalanej w domach aukcyjnych). Jasne, że lepiej brzmi, że nie mam w domu żadnego obrazu Picassa, bo go bojkotuję niż że go nie mam, bo nigdy mnie na to nie będzie stać. Mamy prawo patrzeć dziś na jego sztukę przez pewien filtr. Ale mówienie dziś, że jednak wcale nie był taki wybitny jest dziecinne. Jakoś trudno nam w dzisiejszych czasach połączyć w głowie dwie skrajności, które mogą ze sobą współistnieć. „Kultura nie wyklucza”. I w tym sensie jest niezwykle demokratyczna. Talent nie ma nic wspólnego z moralnością czy wykształceniem. To nasze idealizowanie wartościowych twórców jest pułapką, którą sami na siebie zastawiamy.

I tym miejscu cały na biało wjeżdża współautor piosenki; nasz cudowny anestezjolog (więc jednak leki, leki?) – Przystojny Olaf, który niezwykłej urody głosem Andrzeja Dąbrowskiego koi ten cały tymański niepokój słowami:

A gdy przychodzi noc
snu szalona anestezja
Zaczyna się dziwadeł show
Chorej wyobraźni ekspresja
Oto stoję na scenie w brokatowym odzieniu
mam grać koncert z wokalistką niezwykle piękną
Publika w ekstazie gdy ja na estradzie
Nagle widzę rzecz niepojętą
O nie!

– fragment piosenki „Mam Tourette’a” (Olaf Deriglasoff)

„Maneki neko”

fot. Marianna Patkowska

I kiedy myślimy, że muzycznie smakowiciej już na tej płycie być nie może, system rozwala Olaf piosenką „Maneki neko”. Cudowny pełen niepokoju kontrabas na początku zwiastuje kolejną płytową perłę.
„Gentlemani nie rozmawiają o pieniądzach”? No to – jak mawia moja uczennica – pa tera!

Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, kaskę z daleka
Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, choć parę stów

– początek piosenki „Maneki neko”

No nie oderwiemy się od ziemi za daleko, gdyż Olaf stoi na straży racjonalności.  Z charyzmą, ale też spokojem pisze o swoim szacunku do ascezy i życia bez rozrzutności, równocześnie trzeźwo zauważając, że:

Mówią: pieniądze szczęścia nie dają
(no pewnie, że nie!)
– lecz ich brak również raczej nie

– fragment piosenki „Maneki neko”

Poczucie humoru w piosenkach Olafa jest gdzie indziej niż u Tymona. Podobnie jak w utworze „Babilon upadł”, rozbawia nas do łez  kompletnie pokręcony sposób łączenia tekstu z muzyką. Olaf robi to w tak nieoczywisty sposób, że właśnie ta nieoczywistość zmiata nas z planszy.
No i z tej piosenki również dowiedziałam się, że gdybym kiedykolwiek miała Olafowi czymkolwiek ewentualnie zaimponować, z rzeczy realnych zostaje mi tylko „zdrowa wątroba”. Nikt nie pytał, ale wyzwanie przyjęte!

„Mocz”

Szukacie po omacku, w głębi wierząc, że
wasz los odmieni się któregoś dnia
Kosmiczna miłość wleje się do waszych serc
a boskie światło wzniesie was do gwiazd
Jak ślepe kury przedzieracie się przez las
w niedoli i niewiedzy płyną dni
Czekając na Godota, który w kulki gra
Modlicie się i śnicie dziwne sny

– początek piosenki „Mocz”

pisze i śpiewa Tymon. Kolejna moc(z)na rzecz na płycie o lekkiej i przyjemnej muzycznej powierzchowności. Kolejny ważny, wart odnotowania temat – zagubienie wśród natłoku samozwańczych autorytetów i coraz powszechniejszej dezinformacji jako żyzny grunt dla pseudonauki. „Trudno nie wierzyć w nic” śpiewał Adam Nowak z zespołu Raz Dwa Trzy i – choć teza ta nie jest mi bliska – obserwacja dzisiejszego świata zdaje się potwierdzać, że w przypadku większości może tak być w istocie. Zaczynamy dostrzegać przemocowość religii, odchodzimy od tego, w co wierzyli nasi przodkowie, ale jako że natura nie znosi próżni, z przyjemnością przyjmujemy najbardziej absurdalne, wymykające się logice wymysły. (Od razu zastrzegam też, że nie piszę o duchowości, lecz wierze w cokolwiek, co ukształtowany rozum powinien kwestionować.) Równocześnie lgniemy do tych, którzy ochoczo wchodzą w rolę autorytetu, z tym że zatraciliśmy gdzieś po drodze umiejętność odróżnienia prawdziwych specjalistów w swojej dziedzinie od showmanów stawiających na efektowność. (W kwestii wiary w autorytety, zawsze odsyłam do Schopenhauera.)
Oczywiście moja interpretacja porusza kilka problemów naraz. Może nie zawsze się ze sobą łączą. Może nie zawsze w taki sposób. Inną kwestią jest ta, że zazwyczaj podejmującymi się tzw. samodzielnego myślenia są ci, którym brak odpowiednich do tego kompetencji. Dodatkowo efekt Dunninga-Krugera powoduje, że po sokratejsku mówiąc, nie mają pojęcia, jak wiele nie wiedzą. Kiedy napisał o tym Umberto Eco, został oskarżony o klasizm. Spróbujmy się zastanowić przez kogo.

Zbudźcie się!
Ziemia płaska jest jak blat
Zbudźcie się!
Reptylianie kontrolują świat
Zbudźcie się!
Zdajcie się na tajną moc
Ordo Templi Orientis Santa Klotz…

– fragment piosenki „Mocz”

usłyszymy w refrenie. Ale dlaczego „mocz”? To już wynika z przeuroczej końcowej części piosenki śpiewanej wspólnie przez cały zespół:

Mam ten mocz
mam całe mnóstwo moczu
Masz ten mocz
źródło mocy bije w twoim kroczu…
Mamy mocz, mamy całe mnóstwo moczu
Macie mocz – źródło mocy bije
w waszym kroczu

– końcowa część piosenki „Mocz”

Znowu przypomnijmy sobie o roli błazna. Zwraca uwagę na rzeczy ważne, ale jego rolą jest rozśmieszanie. Kiedy robi się zbyt poważnie czy mocno, on rozładowuje napięcie. Fizjologiczne żarty są zresztą do tego najlepsze. Czy wszyscy rzeczywiście, jak chcą nam wmówić wszelkiej maści coache, mamy moc? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest natomiast, że wszyscy mamy mocz, jak również (moja ulubiona fraza), że źródło mocy bije w naszym kroczu. Choć niestety kiedy ja to mówię, zaczynam się ocierać o wulgarność.

„Dziękuję Wam, Przyjaciele”

fot. Marianna Patkowska

Spokojne morze nie uczyni cię
wprawnym żeglarzem
By zdobyć doświadczenie
musisz przeżyć niejeden sztorm
Ludzie, którzy nauczyli mnie najwięcej
znali tę prostą zasadę
by zdobyć mądrość, musisz stracić coś…

– początek piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

Okłamywanie i zdradzanie własnego przyjaciela? Okradanie go i zniesławianie? Ale tak, to nie do Olafa. Nie do Olafa tak! No chyba, że chcecie zostać czarnymi bohaterami jego kurzej piosenki. Piosenki co prawda świetnej, ale czy na pewno warto?
Prawdą jest, że najlepiej szlifują nas trudne doświadczenia. Dobrze więc mieć wobec nich pokorę, a nawet znaleźć w sobie za nie pewną wdzięczność. To wiele ułatwia. Jednak wdzięczność wobec naszych oprawców za to, że przez nasz autonomiczny wybór reakcji na zło, jakiego od nich doświadczyliśmy, staliśmy się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi, to nawet dla mnie zbyt wysoki poziom abstrakcji.

Pamiętam, jak ktoś kiedyś, chcąc mnie pocieszyć, stwierdził, że powinnam być wdzięczna swojemu byłemu przemocowemu anglojęzycznemu partnerowi, bo związek z nim okazał się przełomowy w mojej nauce angielskiego. Może istotnie powinnam, ale nie jestem. Staromodnie preferuję naukę języka bez duszenia, wyzwisk, uciekania nocą w piżamie z przemocowego domu, nieustającego strachu i konieczności lądowania po niej na pięcioletniej terapii.

Biorąc pod uwagę ironiczny wydźwięk refrenu, Olaf zdaje się wychodzić z podobnego założenia:

Oszuści i złodzieje
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Fałszywi przyjaciele
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Zdrajcy i oszczercy
dziękuję – moja wdzięczność nie ma granic!
Bezcenni nauczyciele
Dziękuję Wam!

– refren piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

I na tej bardzo bliskiej mi ironii chciałabym się na chwilę zatrzymać. Tu zauważam coś ciekawego. Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnianej wcześniej płyty „Paszkwile” Tymona. Choć promująca album nieco mroczna piosenka „Pislam” może zwiastować co innego, jednak wydźwiękiem płyty jest apel, by tych naszych mniej lub bardziej pokracznych politycznych siewców zła… utulić. Utulić, rozpoznając, że istotą ich zła, jest ich własna krzywda. Że pomóc na to może tylko miłość. Nasza miłość. I w żadnym wypadku nie ma w tym ironii, choć może brzmieć to… tak dziwnie, że aż niedorzecznie. I w tym miejscu anegdota. Odwiedziliśmy Tymona albo tuż po nagraniu „Paszkwili”, albo nawet w trakcie ich nagrywania. Rozmawialiśmy o polityce i Tymon, sięgając po mleko, stwierdził:

W każdym trzeba widzieć Buddę. Nawet w jebanym pisowcu… niestety.

Ostatnie „niestety” zostało wypowiedziane z autentycznym zawodem. Tymon wyglądał jak mały skrzat, który chciałby sobie trochę poskrzacić, ale mu zabronili. Kompletnie mnie to uderzyło, bo nigdy wcześniej nie słyszałam równie autentycznego, ludzkiego wyznania, z którym tak łatwo można się utożsamić. Uduchowione osoby wyzbywające się niechęci do innych wydają mi się odczłowieczone czy odwrotnie – nadludzkie; pozbawione zmagania się ze swoją naturą (z moją naturą). W grymasie Tymona natomiast była wypisana cała ta nasza ludzka trudność w znajdywaniu w sobie serdeczności i ciepła wobec tych, którzy popierają zło i pchają nas wszystkich ku destrukcji. Nigdy nie słyszałam czegoś podobnego w swoim w połowie katolickim domu. Już prędzej, że nie wolno używać epitetu „jebany”, czy że każdy ma prawo wierzyć w to, co chce, z tym, że tak się akurat składa, że tylko katolicy mają w tej kwestii rację.

Odniosłam się do „Paszkwili”, dlatego że na „Uno Lovis Party” mamy do czynienia z Tymonem popaszkwilowym nie tylko, jeśli chodzi o stronę muzyczną, ale również tekstową. 

Olaf na płycie „Uno Lovis Party” w piosence „Dziękuję Wam, Przyjaciele”, rozlicza się z siewcami zła z życiu jednostki (swojego podmiotu lirycznego), żegnając ich jednak ozięble. Bez utulania i sentymentów, choć z wyczuwalną satysfakcją, że opisywanej jednostce udało się po tym wszystkim podnieść. Wypłynąć na powierzchnię. To słowa zwycięzcy, który swoją siłę dopiero odkrywa. To słowa zwycięzcy, do którego właśnie doszło, że jest nadal żywy, choć ciągle jeszcze obolały i ranny. Tak przynajmniej czytam użytą tu ironię (nieraz przybierającą postać sarkazmu), zdając sobie równocześnie sprawę z tego, że ironia jest środkiem stylistycznym często przez Olafa używanym. Że stanowi część jego stylu.
Ale piosenka szybko się kompletnie zmienia. Olaf staje się dziennikarzem radiowym, zachęcającym swoich słuchaczy do wzięcia udziału w pewnej akcji. Niebanalna akcja, ciekawi dodzwaniający się do radia słuchacze (zwłaszcza mój ukochany paraolimpijczyk Antek z Sopotu). Nic więcej nie zdradzę.

„Uno Lovis Party”

fot. Marianna Patkowska

Kiedy Kury uchylały rąbka tajemnicy, ilustrując fragmentami swoich piosenek rolki promujące płytę, moją uwagę przykuły pewne tajemnicze, intrygujące dźwięki. Byłam niemal pewna, że to intro albumu. Otóż nie. Okazało się, że to początek jednego z najdziwniejszych utworów na płycie – tytułowego „Uno Lovis Party”. Utworu dwóch twórców – Tymona i Olafa.

Żarty się skończyły
Ejaj kradnie mi prąd
Żarty się skończyły
system czyha na mój błąd
Żarty się skończyły
drony szyją mi dres
roboty grają jazz
szczeka wirtualny pies
Teksty cenzoruje mi
elektroniczny cieć
oplata mnie sieć
czuję się jak bio-śmieć
Oszukam algorytmy
i pójdę na plażę
Będę lizał tam bursztynki
i piachu się nażrę

– początek piosenki „Uno Lovis Party”

– melorecytuje dziwny, hipnotyzujący głos.

Swoją drogą obawa przed sztuczną inteligencją – jak najbardziej zrozumiała i wcale nie bezpodstawna – jest mi obca. Właśnie dlatego, że ludzkie mózgi, a już zwłaszcza ludzko-Kurze, są w wielu aspektach nie do podrobienia. Artyści przez wielkie A, myślący nieszablonowo, zainfekowani patologiczną wrażliwością chyba zawsze będą się wymykać wszelkim algorytmom. Oczywiście to, że AI dopiero raczkuje, nie oznacza, że całkiem niedługo nie stanie się perfekcyjna w obszarach, w których nie powinna być nawet używana. Trzeba patrzeć perspektywicznie i dostrzegać zagrożenia. Z drugiej strony kiedy widzę te filmiki z roznegliżowanymi kobietami-zombie lub zdjęcia z dodatkową trzecią ręką lub stopą zamiast dłoni, myślę, że jeśli chodzi o szeroko pojętą sztukę, możemy na razie spać spokojnie.

Potem zaczyna się pierwsza zwrotka piosenki, zaśpiewana głosem starca. (Udawanie głosów, aaaaa, ratujcie! Czy to Olaf? Olaf z Tymonem? Tymon?)

Byłem podłym drapieżnikiem
łowcą głów, hodowcą krów
lekkomyślnym lajkonikiem
psem na antylopy gnu
Nędzną resztką wyobraźni
wbrew genetycznemu złu
dałem ponieść się fantazji
woke wybudził mnie ze snu

– pierwsza zwrotka piosenki „Uno Lovis Party”

a potem już wszyscy razem zaczynają imprezowy refren:

Byliśmy przemocowi
ach, przepraszamy Was
nie chcemy być marsowi,
permutacji nadszedł czas

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten starczy głos to jakieś takie nawiązanie formą do piosenki Olafa „Emeryten party”, co niesłychanie mnie bawi. Prawdopodobnie zupełnie nieintencjonalne, ale nadal śmieszne.
Obserwowałam na koncertach Kur publiczność. Byłam jej ciekawa. Zauważyłam, że kiedy Tymon  używa na scenie epitetu „przemocowy”, rozbawia tym ludzi do łez. I choć na koncertach oczywiście dużo żartuje, to wydaje mi się, że jednak poczucie, że dawne żarty są dziś nie na miejscu tkwi w nim całkiem na serio. Być może w formie wewnętrznej toczonej z samym sobą dyskusji. To z kolei uruchamia mnie, bo uważam, że podważanie dziś „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” nie ma sensu. Lata 90. pod milionem względów były beznadziejne, ale powstawało wtedy równocześnie bardzo dużo ciekawej i wartościowej sztuki. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” to zapis tamtych czasów tamtym językiem. Wspomniane wcześniej krzywe zwierciadło trzymane przez błazna, a nawet w tym wypadku kilku błaznów. Dzisiejsze „przepraszanie” jest całkowicie nie na miejscu, bo nie jest winą kronikarza, że opisuje zastaną rzeczywistość. A Kury opisały ją w jeden z najlepszych możliwych sposobów. W moim subiektywnym przekonaniu nie tylko jak na tamte czasy, ale w ogóle. Tak po prostu.
Oczywiście, że mogę też nie wyczuwać do końca ironii. Przyjmuję jeszcze trzecie wyjście, że ironia Tymona (czy on w ogóle pisał ten akurat fragment?) może współistnieć z jego realną potrzebą przeprosin.
Przywołanie w zwrotce ruchu „woke” też jest tu istotne. Choć początkowo chodziło w nim tylko o uwrażliwienie społeczeństwa na przejawy dyskryminacji, dziś z tą samą nazwą kojarzona jest tendencja, żeby odpowiedzialność za uczucia odbiorcy komunikatu ponosił jego nadawca. I tu pojawia się podstawowy problem, gdyż odpowiadać możemy tylko za swoje intencje, czyny oraz emocje. Choć komunikat rzeczywiście mówi najwięcej o nadawcy, jednak jego odbiór jest już po stronie nomen omen odbiorcy właśnie. Myślę, że zwalnianie ludzi z przeżywania trudnych emocji, radzenia sobie z nimi, ale też asertywnego komunikowania swoich granic, osłabia ich. Równocześnie zwalnianie nadawców komunikatów z prawdziwej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa poprzez odgórne ustalenie, co powiedzieć można, a czego nie, osłabia zarówno nadawców, jak i sam język.
A wracając jeszcze do samej piosenki, zwróćcie uwagę, jak pięknie brzmi w niej głos Tymona. Przefajny numer.

„Pieśń o pleśni”

Albin mógł być bogiem
choćby wziętym proktologiem
koniec końców został pedagogiem
pół-człowiekiem, pół-hot dogiem

– początek piosenki „Pieśń o pleśni”

Płytę kończy urocza ballada Tymona pod tytułem „Pieśń o pleśni”. Jej zaśpiewany przez Maestro początek rozkłada mnie na łopatki zbitką „wzięty proktolog”, ale też budzi we mnie ciepłe skojarzenia z poezją mojego taty tworzoną na poczekaniu i opartą na starych dobrych częstochowskich rymach.

Kiedyś tata oświadczył nam, że rozważa przerzucenie się na pisanie wierszy białych, na co mama bez krztyny delikatności wyparowała, że „wtedy to już nie będą miały ani sensu, ani rymu”. A tata, choć faktycznie miał nieortodoksyjne podejście do roli sensu w wierszu, mocno się w tamtym momencie zasmucił. Kocham więc wszelką poezję absurdalną i jej wrażliwych twórców!

Druga zwrotka zaśpiewana przez Olafa obfituje za to w niezwykle trzeźwą i trafną obserwację świata i gdyby nie to, że w sekcji sł. figuruje Tymon, mogłabym przysiąc, że napisał ją Olaf.

Bobby zadał bobu
zlikwidować chciał pół globu
A dlatego taki popis dał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał…

– fragment piosenki „Pieśń o pleśni”

Czy to nie opis genezy większości bitew i wojen? Mały siur, po prostu. Niekoniecznie literalnie. To może być też niski wzrost. W każdym razie męski kompleks, na który cudownym lekarstwem okazuje się najczęściej globalne zniszczenie. Historycznie była to na ogół skala makro, ale w codziennym życiu to się dzieje nadal, tylko w skali – nomen omen zresztą – mikro. Nie trzeba najeżdżać sąsiedniego mocarstwa. Wystarczy zrujnować komuś życie, stać się wrzodem na czyjejś historii. Zbyt proste? Wręcz prostackie? Być może. Jako kobieta, blondynka i jedynaczka, która zdecydowaną większość swojego życia słyszała wypowiadane bez krępacji i przy całkowitym społecznym przyzwoleniu przez dorosłych samców żarty na temat korelacji:

  • emocjonalnej niestabilności kobiet z ich okresem,
  • głupoty ze swoim naturalnym kolorem włosów, czy
  • egoizmu i rozpieszczenia z nieposiadaniem rodzeństwa,

śmieję się dziś z tej oczywistej, wypływającej ze wspaniałych Kurzych gardeł tezy dotyczącej stereotypowego męskiego sposobu radzenia sobie z deficytami. Nawet jeśli to czyimś zdaniem słabe, #MnieŚmieszy.
W refrenie robi się jednak bardzo po tymańsku. Nie to, żeby wcześniejszy żart w jego stylu nie był, ale tu wjeżdża cała paszkwilowa filozofia. Jeśli ktoś nadal nie rozumie, czemu odbieram odwiedziny u Tymańskiego jak pouczającą podróż do Mędrca, którą potem za każdym razem muszę sobie ułożyć w głowie, spacerując plażą i patrząc na bezkres morza, niech wczyta się w te słowa i przestanie gwiazdorzyć:

Ciemność jest w nas
tulmy diabła, póki czas
Światło jest w nas
choć leżymy raz po raz
Bóg, bies i ta pieśń
wszystko w naszych głowach trwa
Gdzie byt – tam i pleśń
Miłość, zgniłość, Ty i ja…

– refren piosenki „Pieśń o pleśni”

Piękne zakończenie pięknego krążka.

Po którymś wspólnym wysłuchaniu zapytałam Bartka, czy nie ma wrażenia, że nawet te piosenki, które nie są Tymona, mają w sobie wyraźnie odciśnięte jego piętno. Przecież zarówno najstarszy w Polsce (po Maryli, rzecz jasna) koncertujący muzyk – Przystojny Olaf, jak i w samym kwiecie wieku Szymon Burnos są artystami z ogromnym własnym dorobkiem. Artystami określonymi, wyraźnymi. Jednak… obojętnie jak dużo wolności i przestrzeni nie dałby im na płycie Tymon, to właśnie on sam w jakiś przedziwny sposób jest tych wszystkich wspaniałych piosenek wspólnym mianownikiem.

– Wiesz, Tymon, spotykając się z ludźmi, zwłaszcza w przestrzeni artystycznej – stwierdził poważnie Bartek, – zostawia w nich taki wyryty napis „tu byłem”.
– To piękne – odparłam.
– Oplata cię jak bluszcz i rozrasta się w środku jak grzyb… – kontynuuje Bartek.
– Hmmm…
– Jak taka pleśń stopniowo pokrywająca każdy najmniejszy zakamarek… – rozpędza się.
– Dżizas, dobra, zrozumiałam za pierwszą metaforą!

Matko! Dziś myślę, że to ciekawy dobór słów; Bartek co prawda poznał płytę bardzo dokładnie, ale nie pamięta wszystkich tytułów piosenek.

– A to pożegnalne szeptanie na samym końcu? – dopytuję Bartka. – Czy to… Szymon?
Zaskoczyłam sama siebie tę znikąd niewynikającą konkluzją, no ale… szeptanie to też rodzaj zmienionego głosu.
– No co Ty? To Tymon przecież!
– A skąd jesteś tego taki pewien? – brnę bezsensownie w tezę o głosie Burnosa.
– Wiesz, ile razy Tymon szeptał mi do ucha? – wyznał, z pewnym niezrozumiałym dla mnie niesmakiem Bartek.

I tym sposobem niestety wygrał, bo mnie do ucha Tymon nie szepnął ani razu. Ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś się w tej kwestii zmieni.

Dotarłam już do końca swojej długiej i zawiłej opowieści o tej doskonałej płycie. Od napisania pierwszego zdania do postawienia ostatniej kropki minęło dokładnie pół roku. Nie ukrywam, że… trochę się do tego rozgrzebanego, pełnego wątpliwości i własnego autosabotażu tekstu przyzwyczaiłam i jest mi się z nim trudniej rozstać niż początkowo myślałam, że będzie. Jednak równocześnie zupełnie nieoczekiwanie przytrafiła się do opublikowania tego wpisu doskonała okazja, a nawet dwie.

No bo kto dziś w tym nieudanym (jak słusznie opisuje go Tymon) kraju świętuje swój dzień?
Otóż MĘŻCZYŹNI!

A kto właśnie dziś też… POSTARZAŁ SIĘ O ROK?
Nie może być inaczej – Olaf!

Przypadek? Tak sądzę. Jednak ciekawy, nieprawdaż?

nNajlepszości, Męskie Kury!

nNajlepszości, Przystojny Olafie!

Wasza płyta z każdym przesłuchaniem daje mi coś nowego, a z rzeczy starych i niezmienNychdaje nieustająco nieprawdopodobną radość! Dziękuję Wam!

P.S. A na deser moja rzeczona próba zmierzenia się z odtworzeniem harmonii z filmiku, na którym po raz pierwszy usłyszałam refren „Teflonowego mózgu”, ale najpierw kurzy oryginał.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Koncert Kur w Teatrze Leśnym we Wrzeszczu

Olaf Deriglasoff, Tymon Tymański, Jerzy Mazzoll, fot. SVeerg

Od maja opóźnienie blogowe to niestety moje drugie imię. Dopiero pod koniec sierpnia opisałam maj i czerwiec widziany spóźnionymi oczami nNi, za chwilę – było nie było już we wrześniu – opublikuję spenetrowany nimi lipiec, a prawie miesiąc po doskonałym koncercie Kur w Teatrze Leśnym we Wrzeszczu ubieram w słowa wszystkie obserwacje, do jakich skłoniło mnie to fantastyczne wydarzenie. Tekst będzie dziś długi, ale za to nie do końca na temat.

W momencie, w którym usłyszałam po raz pierwszy płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” Kur (a było to – wstyd przyznać – dopiero ponad cztery lata temu), zasiliłam liczną grupę jej wiernych fanów. Wracam do niej często urzeczona jej ponadczasowością. Doskonałe jest tu wszystko: zarówno oryginalna koncepcja całości, pojechana muzyka (świetnie napisana, wybitnie zagrana), jak i znakomite teksty Tymona Tymańskiego (i jeden – „Sztany, glany”Olafa Deriglasoffa), zdradzające nie tylko fantastyczny zmysł obserwatorski obu panów, ale także ich wyjątkowy językowy słuch, co przytrafia się tekściarzom niezwykle rzadko. To coś znacznie ciekawszego niż perfekcyjne władanie językiem ojczystym, tak rodakom odległe. To coś znacznie istotniejszego niż ogromny zasób słów, jakiego mógłby Tymańskiemu pozazdrościć niejeden profesor. To gigantyczna językowa wrażliwość, pozwalająca mu szybko wychwytywać używane przez różne grupy społeczne językowe style, a potem dowolnie nimi żonglować.
Płyta „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” ma już 27 lat i doczekała się kilku pokoleń fanów zachwyconych jej inNością, świeżością i oryginalnością. Jakąż fantastyczną wiadomością dla nas wszystkich była więc najpierw ta o reedycji płyty, a potem druga – o reaktywacji Kur, które ruszyły w ogólnopolską trasę z polovirusowym materiałem.

Olaf Deriglasoff, Tymon Tymański, Jerzy Mazzoll, fot. SVeerg

Skład zespołu od nagrania płyty zdążył się też kilkukrotnie zmienić. Grupę opuścił Tomasz Gwinciński (gitara) i Leszek Możdżer (instrumenty klawiszowe, głos). Tragicznie zmarłego w 2001 roku Jacka Oltera (perkusja) zastępowali kolejno: Jacek Stromski, Rory Walsh i Kuba Staruszkiewicz.
Na ogólnopolską trasę Kury wyruszyły w składzie: Tymon Tymański (głos, gitara, bas), Olaf Deriglasoff (głos, gitara), Piotr Pawlak (gitara, głos), Jerzy Mazzoll (klarnet, głos) – a więc drób od powstania płyty niezmienNy – oraz Szymon Burnos (instrumenty klawiszowe, głos) i Jacek Prościński (perkusja). W jej trakcie z zespołu odszedł gitarzysta Piotr Pawlak oraz perkusista Jacek Prościński. Tego ostatniego na koncercie w Teatrze Leśnym we Wrzeszczu zastąpił znakomity Michał Gos.

Jerzy Mazzoll, fot. SVeerg

W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że będzie mi dane zobaczyć Kury w akcji, a to właśnie miało 10 sierpnia nastąpić. Zaplanowałam – jeszcze na długo przed tą datą, – że będzie to dzień wielki, ważny, podniosły i pełen emocji. Zrealizował się tylko ostatni punkt i to nie w sposób, o który mi chodziło. Nad krajem, miastem lub po prostu Wrzeszczem przetoczyły się cumulusy zwiastujące liczne niesnaski i kłótnie. Bardzo ciężki, dziwny i trudny czas. Wiem, że nie tylko dla nas. Koncert na szczęście rozwiał ich skutki. Był doskonały. Zmienione w niektórych miejscach aranże wlały w piosenki drugie życie, a kurza energia porwała zapolovirusowany tłum. Wysoko postawionej muzycznie poprzeczki nie przeskoczył w moim odczuciu jedynie Jerzy Mazzoll, czasem rozmijając się intonacyjnie z resztą zespołu. Szkoda, bo kiedy się nie rozmijał, był znakomity. Niewątpliwym showmanem był oczywiście Maestro Tymon Tymański, ale też – w trochę innym, nieco subtelniejszym stylu – przepiękny wewnętrznie i zewnętrznie Olaf Deriglasoff (o którego muzyce do „Informacji zwrotnej” już kiedyś pisałam i którego miałam niesłychaną przyjemność i zaszczyt kilka dni wcześniej poznać osobiście). Michał Gos brzmiał, jak by grał z Kurami od lat, choć był to ich pierwszy wspólny koncert, a Szymon Burnos jak zawsze pokazał wirtuozowską klasę.

Michał Gos, fot. SVeerg

Z pewnej zadumy – wrzucając mnie równocześnie w zadumę całkiem inną – wyrwał mnie komentarz Tymańskiego ze sceny, kolejny tego wieczoru z serii:

To jest bardzo przemocowy tekst. Dziś nikt by takiego nie wydał.

– cytat oczywiście mocno niewierny, ale oddający główną myśl

Zaczęłam się zastanawiać nie tyle nawet, czy to diagnoza słuszna, bo choć koło przemocowości teksty z tej płyty nawet nie stały, to owszem, dziś przy ich promowaniu mógłby się pojawić problem – wyraziste teksty o czymś nigdy nie miały łatwo, a teraz zatrważają z większej niż kiedyś liczby powodów. Zaczęłam się zastanawiać, co o co dokładnie Tymonowi chodziło. Stara płyta, starą płytą, ale reaktywowane Kury pracują nad nowym materiałem. Jaki mógłby być? I nie mam tu na myśli możliwości twórczych Tymańskiego – „Zenkiem Martyniukiem” udowodnił, że jego kompozytorsko-tekściarski geniusz wciąż ma się dobrze. Mam na myśli możliwości percepcyjne nowej publiczności. Nowej, nawet jeśli kochającej kultową płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”. (Kochającej, ale biorącej jej rzekomą „przemocowość” w nawias, przypisującej ją czasom, w których „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” powstał i z których równocześnie kpił.)

Szymon Burnos i Olaf Deriglasoff, fot. SVeerg

Urodziłam się równo w połowie lat osiemdziesiątych. Moje dzieciństwo i wczesna młodość przypadła na lata dziewięćdziesiąte, których całym sercem nie znoszę za niemal wszystko, ale najbardziej za zacofanie i szarość. Z drugiej strony doskonale wiem, że urodzeni za komuny Tymon i Bartek muszą mieć skrajnie inny tych lat odbiór, gdyż prawdziwego zacofania i szarości zaznali przed ich nadejściem – nota bene również podczas swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Dopiero zorganizowane cztery miesiące temu w ramach Nocy Muzeów w gdańskiej Windzie spotkanie „Yach i Przyjaciele” (gośćmi Beaty Dunajewskiej byli: Tymon Tymański, Jarek Janiszewski i Krystyna Stańko) przypomniało mi, że coś jednak pomogło mi te znienawidzone lata dziewięćdziesiąte przetrzymać: intrygujące teledyski Yacha Paszkiewicza i bardzo ciekawy, choć kameralny, rodzimy rynek muzyczny. Uświadomiłam sobie, że zmieniło się na nim tak dużo, że od jakiegoś czasu nie śledzę go już wcale. Nie porywa mnie, rządzi się prawami, których nie rozumiem, wypluwa twory, które mnie nie interesują (co oczywiście nie oznacza, że nie robi się dziś muzyki dobrej – po prostu z jakiegoś powodu trzeba jej szukać poza mainstreamem). Podczas koncertu Kur widziałam zachwyconą publiczność znającą słowa wszystkich piosenek. Mimo upływu lat (a w stosunkowo krótkim czasie świat niebywale przyspieszył, czego akurat jestem entuzjastką) ludziom „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” jest nadal potrzebny, nadal ich śmieszy, nadal z nimi rezonuje. Nie jest jak filmy, które w dzieciństwie bawiły nas do łez, a dziś, kiedy je włączymy, budzą zażenowanie. „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” rozwalił system wtedy i rozwala go teraz, jak każde ponadczasowe dzieło wybitne. Niedającym mi spokoju zagadnieniem było to, jakie warunki musiałyby zostać dziś spełnione, by tak dobra płyta nie tylko mogła zostać wydana, ale też dała radę zaistnieć w powszechnej świadomości i dotrzeć do swych przyszłych miłośników. Czy nasze obecne filtry (pod wieloma względami lepsze od tych, w które zaopatrzone były poprzednie pokolenia) pozwoliłyby nam bez niepotrzebnej ekscytacji, obrażania się, pikiet czy bojkotów po prostu docenić dobrą sztukę?

W mojej głowie ukształtowały się następujące pytania:

  1. Czy poprawność polityczna chroni, czy knebluje usta?
  2. Czy żart może kogokolwiek „obrazić”?
  3. Czy rozwiązaniem każdego problemu będzie dla nas wylewanie dziecka wraz z kąpielą?

To wszystko, wbrew być może pozorom, wcale nie są pytania proste, na które można szybko i zdecydowanie odpowiedzieć „tak” lub „nie”.

Czy poprawność polityczna chroni,
czy knebluje usta?

Tymon Tymański, fot. SVeerg

Uważam wolność za wartość najwyższą, a cenzurowanie artystów za ograbianie społeczeństwa z jego narodowego dobra. Jednak gdy ktoś się przy mnie zżyma na uciążliwą wszędobylską poprawność polityczną, jestem w wyrażaniu radykalnych sądów ostrożna. Bo czym polityczna poprawność w swoim założeniu tak naprawdę jest? Jak przeczytamy w Encyklopedii PWN:

poprawność polityczna, ang. political correctness, zasada unikania określeń, które mogłyby być uznane za przejaw dyskryminacji w stosunku do osób ze względu na ich przynależność rasową, narodową, wyznaniową, pochodzenie społeczne lub orientację seksualną.

Encyklopedia PWN

Nie widzę tu kolizji z czyjąkolwiek wolnością. Wszak ta kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda drugiego człowieka. Jeśli zrozumiemy, że obecna wiedza (chociażby psychologiczna, historyczna czy biologiczna) pozwala nam dostrzec, że określenia, do których się przyzwyczailiśmy są jednak dla jakichś mniejszości wykluczające, pogardliwe i krzywdzące, z łatwością zmienimy stare nawyki. Z początku będzie to dziwne i niezręczne, ale szybko spowszednieje. Wystarczy odrobina empatii i dobrej woli. Mam tu na myśli nie tylko język oficjalny, ale też potoczny. Faktycznym problemem nie jest polityczna poprawność, lecz nadgorliwość płynąca z niezrozumienia sensu tej pierwszej i irracjonalna dyskusja z samą strukturą danego języka. Kiedy słyszę apele o nieużywanie słowa „Murzyn” argumentowane jego etymologią i skojarzeniami, które w polskiej czarnej społeczności wywołuje, nie wchodzę w rolę samozwańczego językoznawcy (mimo że przez przypadek jestem akurat dyplomowanym) robiącego wykład o wolności słowa, pięknym polskim języku oraz równie pięknej i nierasistowskiej bajce „Bambo”, tylko po prostu sukcesywnie wyrzucam je ze słownika. Nie obchodzą mnie intencje Tuwima sprzed lat, ani nawet moje własne z czasów, kiedy używałam tego słowa, bo nikt nie uznawał go za obraźliwe. Oduczam się go, czasem się jeszcze myląc, ale już coraz rzadziej.
Kiedy natomiast jestem atakowana przez feministki (czując się zresztą feministką, a więc osobą wyznającą równość płci, a nie wyższość kobiet) za to, że śmiałam nazwać siebie samą „językoznawcą”, nie zaś „językoznawczynią”, opadają mi witki. Struktura naszego języka umożliwia używanie feminatywów, ale go nie narzuca. I ta dowolność nastręcza dziś ludziom jakichś gigantycznych trudności. Nagle pojawiają się dwa wrogie obozy prawaków i lewaków. Ci pierwsi, obśmiewają drugich, że:

Ministra, no w głowie się babie poprzestawiało!
Pilotka? To taka czapka.
Chirurżka? Na czym ten świat stoi?

Ci drudzy obśmiewają wszystkich myślących odmiennie, twierdząc:

Jak jesteś kobietą, musisz w swojej narracji używać feminatywów i kropka.

No i teraz spojler alert – jedni i drudzy się mylą.

Feminatywy mogą choć nie muszą być przez kobiety używane z bardzo prostego powodu: w języku polskim rodzaj męski ma podwójne znaczenie. Określa oczywiście ludzi rodzaju męskiego, ale też… po prostu ludzi niezależnie od ich płci. I ta dwuznaczność, z której wynika dowolność używania feminatywów przez kobiety to bariera, której z jakiegoś powodu dzisiejsi użytkownicy języka w przytłaczającej większości nie potrafią przeskoczyć. (Zwróćmy w tym miejscu również uwagę na to, że mężczyźni takiej dowolności nie mają, a o znaczeniu ich rodzaju decyduje z kolei kontekst.)
Wrażliwym językowo i świadomym użytkownikom języka nie trzeba pewnością przypominać, że wypowiedziane przez kobietę dwa bardzo podobne zdania:

Jestem lekarką.

i

Jestem lekarzem.

niosą ze sobą odrobinę inne komunikaty. Pierwsze informuje nas o płci i profesji nadawcy, stawiając je ze sobą na równi. Informuje nas także o tym, że nadawca wzmiankę o swojej płci uważa za istotną i wartą umieszczenia w zdaniu. Drugie informuje nas wyłącznie o profesji i na tej tylko, jako bezpłciowej właśnie (drugie znaczenie rodzaju męskiego) się skupia. Powodu wyboru drugiego (równie poprawnego!) zdania niektóre feministki upatrują się w skutkach wieloletniego patriarchalnego prania mózgów, zwracając – nie bez pewnej racji – uwagę na to, że wiele kobiet uważa, że zostaną potraktowane poważniej, jeśli na ich kompetencje będzie się patrzeć nie poprzez pryzmat ich płci. Czego nie do końca da się uniknąć w spotkaniu in persona, da się uniknąć na gruncie językowym. Idąc takim tokiem myślenia, „lekarka” może brzmieć mniej poważnie niż „lekarz” (przytaczam rozumowanie, wstrzymując się jednak od jego oceny).

Tu pojawia się zresztą jeszcze jeden aspekt – osłuchanie z brzmieniem danego słowa. „Lekarka” czy „nauczycielka” na nikim nie robi takiego wrażenia jak chociażby „kierowczyni” czy „architektka” (i w drugą stronę „pielęgniarz” lub „pogodynek”).

Gdyby świat był czarno-biały, powyżej zamieszczony powód, dla którego nie wszystkie kobiety feminatywów używają, byłby jedynym. Wtedy nacisk na forsowanie feminatywów wszędzie tam, gdzie można, miałby sens. Nowe wyparłoby stare, a feminizm wypierając patriarchat, zostawiłby w języku swój ślad. Jednak… świat nie jest czarno-biały, a powyżej zamieszczony powód wcale nie jest jedyny. Dyskryminacja, której i feminizm, i polityczna poprawność próbują się przeciwstawiać, to forma opresji. Warto jednak pamiętać, że naciskanie na drugiego człowieka, by zmieniał język, którym opowiada o samym sobie, a więc by wysyłał światu komunikaty sprzeczne z własną wolą również jest formą opresji. I żeby nie popaść w skrajności, że każdy ma prawo mówić wszystko. No nie. Z jednej strony trzyma nas cała struktura języka, którym się porozumiewamy. I w tym miejscu warto podkreślić, że pomysł wyszczególniania płci za każdym razem, kiedy mówimy o grupie mieszanej (np. „którzy i które”, „koledzy i koleżanki”, „obywatele i obywatelki” zamiast „którzy”, „koledzy”, „obywatele”) jest o tyle chybiony, że zakłóca podstawową funkcję języka, jaką jest funkcja komunikacyjna (temat rozwinęłam w recenzji książki Pauliny Młynarskiej „Miłość to pies”). Z drugiej strony, pewna etykieta (często zależna od kontekstu wypowiedzi), a z trzeciej szacunek do osób, z którymi się komunikujemy. Reasumując, kiedy zwracam się do kogoś lub opowiadam o kimś, biorę pod uwagę jego językowe preferencje nawet, jeśli różnią się od moich. „Murzyna” nie nazwę już w ten sposób, opowiadając o jednej koleżance będę stosować feminatywy wedle jej woli, opowiadając o innej nie będę, bo tego nie lubi. Nic na tym nie tracę. Jednak potrzebuję tej samej swobody i wolności, odwzorowując słowem swój własny świat (dlatego tak źle znoszę jedyne słuszne interpretacje jakichkolwiek moich tekstów). Czasem jestem „nauczycielką”, a czasem „językoznawcą”. Lubię używać rodzaju męskiego w jego drugim znaczeniu, bo zrównuje płcie. Osobiście właśnie tak postrzegam feminizm. Jako pełną równość – równość ludzi bez względu na płeć. Dodatkowo lubię też obserwować, w których momentach feminatywów używam chętniej i częściej. To pozwala mi lepiej poznać samą siebie. Nie narzucam innym takiego postrzegania, ale mierzi mnie, kiedy ktoś mnie poprawia w momencie, w którym wypowiadam się poprawnie. Językiem wyrażamy swoją osobowość i jest we mnie ogromny bunt przeciw temu, by ten język sztucznie ujednolicać. Różnice, jakie między nami istnieją, znajdują odzwierciedlenie w naszym indywidualnym stylu mówienia i pisania. (Który – o czym pisałam wcześniej – tak doskonale wychwytuje w swoich tekstach Tymański i Deriglasoff.) Ale czy winą za narzucanie jednoznaczności i identycznej, wykastrowanej z oryginalności formy wypowiedzi można obarczyć tylko i wyłącznie polityczną poprawność? Może leży ona po stronie naszego opacznego rozumienia jej sensu?

Czemu jednak wyjeżdżam z epopeją o feminatywach w sam środek tekstu o pięciu niewątpliwie męskich Kurach? Cóż, jak mawiał klasyk (a nawet klasyczka) „nie byłabym sobą, gdy byłabym inna”. Jestem pewna, że wszystko się ze wszystkim jakoś łączy. Moje ADHD nie ma co do tego żadnych złudzeń, a co wyjdzie – zobaczymy… oczami.

Czy żart może kogokolwiek „obrazić”?

Tymon Tymański, fot. SVeerg

„Polovirusa” uwielbiam w całości i staram się go nie rozdzielać w głowie na poszczególne piosenki, kochając je wszystkie po równo. Gdybym jednak została zmuszona, by wskazać jeden szczególnie dla mnie ważny utwór z tej płyty, byłby nim „Nie martw się, Janusz”. Uważam, że jest wyjątkowo przejmujący. Pewnego razu podzieliłam się tą piosenką z osobą starszą. Nie była niestety w stanie zrozumieć tekstu, ale udało jej się wychwycić dwa słowa: „ojciec święty”. Na ich podstawie wysnuła daleko idący wniosek, że zamiarem autora było prawdopodobnie obrażenie osób wierzących i na wszelki wypadek, awansem, poczuła się urażona. To oczywiście samo w sobie jest fikołkiem fascynującym, ale równocześnie dość dobrze oddaje naturę problemu. Nie potrzebujemy specjalnego powodu czy zachęty, by się za cokolwiek na kogokolwiek obrazić. To tkwi w nas już wcześniej. Im więcej mamy kompleksów, im bardziej przewrażliwieni na jakimś punkcie jesteśmy, im mniej w siebie wierzymy, tym łatwiej znaleźć nam w sobie gotowość do bycia urażonym. Wtedy „obrażający” zstępuje na nas niczym wybawienie. Mamy na kogo przerzucić odpowiedzialność za własne emocje. (Leżę ze śmiechu za każdym razem, kiedy sobie przypominam opowieści Bartka o niektórych poobrażanych piosenką „Mój dżez” krytykach i muzykach jazzowych.) Zamiast zajrzeć w głąb siebie i podumać nad tym, jak się wzmocnić, możemy utopić całą swoją energię w narzekaniu na kogoś, kto „zachował się haniebnie” lub – jak w przypadku „Mojego dżezu” – irytująco doskonale przedstawił nas w krzywym zwierciadle. Znałam w życiu zaledwie kilka osób stabilnych. Żadnej z nich nikt nie był w stanie obrazić. Ani żartem, ani świadomie wypowiedzianą obelgą.
No ale jak to z kolei połączyć z poprawnością polityczną? Można byłoby teraz zapytać, czy sama sobie przypadkiem nie przeczę i:

Czy ten cały urażony „Murzyn” nie mógłby po prostu wrzucić na luz, zamiast na siłę robić ze wszystkich rasistów?

Nie o luz czy obrażanie się tu chodzi, ale żeby zająć się samym problemem, a nie jednym tylko powtarzanym w kółko przykładem, dorzucę jeszcze drugi – pana prezydenta dupiarza Trzaskowskiego. Kto nie pamięta, temu śpieszę przypomnieć: w pewnym podcaście (mającym raczej luźny i niepolityczny charakter) Rafał Trzaskowski przyznał, że w czasach licealnych był „dupiarzem”. Nie miał jednak na myśli otyłości pośladkowo-udowej, a powodzenie u kobiet i – jak rozumiem – niefrasobliwość w konsumowaniu znajomości z nimi. Czy był to żart, przechwałka ryczącej krowy czy spowiedź mężczyzny w średnim wieku, który pomylił konfesjonał lub kanapę przyjaciela z programem emitowanym w internetach – nieistotne. Słowo „dupiarz” wypowiedziane w tym właśnie kontekście nie przeszło bez echa i rozpoczęło pewną dyskusję. Dyskusję nie o tym, co wypada, a co nie wypada. Dyskusję nie o tym, czy człowiek piastujący wysokie urzędnicze stanowisko może czy nie może się od powagi tego stanowiska czasem w mediach oderwać. Dyskusja dotyczyła tego, w jakim świecie chcemy żyć i czy język, na który pozwalamy (czyli na który nie wyrażamy sprzeciwu) za nim nadąża, czy nie. Warto bowiem pamiętać, że język nie tylko odzwierciedla rzeczywistość, ale również ją tworzy. Dla części rodaków zgoda na nazywanie mężczyzny, który miał wiele kochanek „dupiarzem” była równoznaczna ze zgodą na starą jak świat narrację, w której za wszystko wini się kobietę, nawet jeśli dana historia nie jest bezpośrednio o niej. Oczywiście druga część rodaków oponowała, krzycząc, że:

Przesada i dzielenie włosa na czworo!
To już nic nie można powiedzieć?
Fajny facet, taki swój!

lub – co w każdej dyskusji mnie zadziwia – powołując się na dowód anegdotyczny:

A ja tak lubię być nazywana! Skąd wiemy, że te kobiety też nie lubiły?

I tu dochodzimy właśnie do istotnej różnicy między obrażaniem się na kogoś za jego wypowiedź (lub byciem nią urażonym), a zauważeniem językowego problemu. Jestem kobietą i nie czuję się wypowiedzią Trzaskowskiego urażona. Obnażył swój styl zarówno w rzeczonym podcaście, jak i w późniejszych przeprosinach nie przeprosinach, jakie po czasie z siebie wypocił pod naciskiem specjalistów od PR-u. To nie było nigdy ani o mnie, ani o kobietach, więc obrażanie się nie ma tu racji bytu. Problem tkwi gdzie indziej – w przyzwoleniu na język, który im dosadniej opisuje zachowanie przedstawicieli jednej płci, tym bardziej poniża przedstawicieli płci drugiej. Jaki komunikat miał popłynąć z ust pana prezydenta? Prawdopodobnie taki, że miał dużo kobiet. Jaki faktycznie popłynął? Że miał dużo „dup”. Tekst już jest długi, a ja zdaję sobie sprawę, że tematu dotykam zaledwie po wierzchu, ale nie mogę się nie odnieść do spostrzeżenia, które nasuwa się samo – że wystarczyłoby zamienić to słowo na „kobieciarz” i byłoby ok. Pewnie tak, tyle że elegancki „kobieciarz” ma nieco inny wydźwięk. „Dupiarz” jest mocniejszy w przekazie i właściwie piętnujący mężczyznę, ale pokrętnie, bo poprzez nazwanie w obraźliwy sposób… kobiety. Sęk w tym, że gdyby użył najbardziej chyba adekwatnego słowa „ruchacz” (jeśli faktycznie tym chciał się podzielić), to pewnie rozpętałaby się prawdziwa burza. Choć problem byłby zdecydowanie mniejszego kalibru – ot, ktoś znany użył słowa wulgarnego, opisując samego siebie.
Próba wyrugowania z języka debaty publicznej sformułowań podtrzymujących stare, przemocowe i wykluczające schematy nie oznacza jednak, że mamy te sformułowania zupełnie zutylizować i już nigdy do nich nie wracać. Intencje i kontekst nadają nowe sensy. Wyrażenia, których nigdy nie użylibyśmy w rozmowie, mogą rozpalać nasze zmysły w sytuacjach intymnych. Określenie, które nas oburza, przemycone w żarcie może nas rozśmieszyć do łez. Albo nie rozśmieszyć, wszak poczucie humoru jest bardzo różne. Co jednego rozbawi, w innym wzbudzi niesmak. Z całą pewnością nie da się jednak nikogo żartem obrazić. Da się nim natomiast wskazać miejsca wymagające sterapeutyzowania.

Czy rozwiązaniem każdego problemu będzie
dla nas wylewanie dziecka wraz z kąpielą?

Olaf Deriglasoff, fot. SVeerg

Obawiam się niestety, że tak. Świadomości językowej nie zwiększymy, stosując zakazy czy ostracyzm społeczny wobec tych, którzy mówią inaczej niż wydaje nam się, że powinni. Staram się nie używać sformułowań, o których wiem dziś, że są dla jakichś grup krzywdzące. Staram się pokazywać bliskim, że rezygnacja z niektórych słów, a czasem sięgnięcie po całkiem inne, nie muszą być wcale straszne i ograniczające. Ale też kiedy rozmawiam z ludźmi starszymi ode mnie o kilka dekad, nie oczekuję, że dostosują swój język do nowych norm. Bardziej niż tego, co mówią, słucham, jak to mówią. Dyskryminacji doszukuję się w wyrażaniu pogardy (czasem niebywale kwieciście), a nie w tym czy innym słowie – wczoraj neutralnym, dziś pejoratywnym. Tak, oczywiście dostrzegam, że dawny język ukształtował ich myślenie i że bardzo czasem trudno oddzielić jego przemocowość od ich wewnętrznego przyzwolenia na zło. To nieraz jest nie do odróżnienia, co tylko dowodzi tego, że czeka nas wiele zmian i że one są konieczne. Jednak sprowadzanie całego tego ważnego, ale też skomplikowanego procesu do prymitywnego polowania na czarownice, które użyły niewłaściwego słowa bez jakiegokolwiek rozumienia polujących, czemu jest ono niewłaściwe, w jakim kontekście takie jest, to koszmarna droga na skróty, w dodatku nieprowadząca do celu.
A co z żartami? Co ze sztuką? Czy ma podlegać tym samym normom, co język debaty publicznej? Czy tylko ja dostrzegam tutaj absurd? Oczekiwanie, że artysta w swojej sztuce podda się tym samym normom, co np. polityk w publicznym wystąpieniu jest oczekiwaniem osoby, która nie ma pojęcia, jak diametralnie inną rolę od tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni, pełni język w wypowiedziach artystycznych. I to chyba niepokoi mnie najbardziej. Może, jak przy każdym zachłyśnięciu się nowym, trochę odlecieliśmy i zaraz wrócimy na właściwe tory. Oby. Bo trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej rozczarowującego niż grzeczna i zachowawcza płyta Kur.

P.S. Na deser łączę nagrany przez siebie fragment recenzowanego koncertu.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Informacja zwrotna”

scenariusz na podstawie powieści
Jakuba Żulczyka pod tym
samym tytułem: Kacper Wysocki
reżyseria: Leszek Dawid
gatunek: dramat, thriller
produkcja: Polska
rok powstania: 2023

pełny opis filmu wraz z obsadą

Co jakiś czas stajemy z Partnerem przed dylematem, jaki serial wybrać, bo zależy nam, żeby uczynić ze wspólnego oglądania rozrywkę wartościową. Na naszej liście najwyższe pozycje zajmują kultowy „Breaking Bad” (ze wszystkimi przyległościami), ale też wstrząsający „Kalifat” oraz równie mocne „Ruchome piaski”. Wiele seriali zdobyło nasze serce na początku (jak choćby „House of Cards” czy pierwsze cztery sezony znakomitego „Sex Education”), ale potem okazało się, że twórcom nie udało się ich niestety kontynuować w tak dobrym stylu, jaki sobie wyznaczyli.
Z jakiegoś powodu nie ciągnie mnie do seriali rodzimych. Nie twierdzę rzecz jasna, że wszystkie polskie seriale utrzymują niezmiennie poziom brawurowego „Klanu” czy nieodżałowanej „Plebanii” (nie należy zapominać znacznie lepszych, choć mniej popularnych „Złotopolskich” z podobnego okresu czy późniejszego „Rancza”). Oczywiście wiem, że „Glina”, wiem, że „Pitbull”. Znam i wielbię (zwłaszcza „Glinę”), niemniej jednak kiedy mam wybrać serial, polskie produkcje budzą we mnie pewną obawę, że będzie albo zbyt biesiadnie, albo zbyt seriozno, albo Tomasz Karolak.
Do obejrzenia „Informacji zwrotnej” w pewnym sensie zmusiło nas życie. Partner dowiedział się od kolegi, samego Olafa Deriglasoffa – najstarszego dziecka Kapitana Klossa, niezwykle ważnej postaci trójmiejskiej sceny muzycznej oraz autora jednej z moich ulubionych piosenek z płyty „P.O.L.O.V.I.R.U.S” Kur „Sztany, glany” –  że na platformę Netfilix właśnie wjechał pięcioodcinkowy miniserial w reżyserii Leszka Dawida na podstawie powieści Jakuba Żulczyka, do którego tenże Deriglasoff napisał muzykę i że naprawdę warto go zobaczyć. Rozbiliśmy sobie tę autentyczną przyjemność na dwa dni. Pierwszego dnia po dwóch odcinkach czuliśmy ekscytację, że ciekawa fabuła, znakomite dialogi, fenomenalna gra aktorska (Arkadiusz Jakubik w roli głównej) i rzeczywiście doskonała muzyka. (Ogromne wrażenie zrobiła na mnie w pierwszym odcinku scena kłótni, w której wraz z narastaniem napięcia, narastała też coraz mocniej zagłuszająca słowa muzyka. Ostatnio z okazji seansu filmów Hitchcocka zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie był on prekursorem często później eksploatowanego pomysłu zagłuszania tego, co mówią aktorzy odgłosami z zewnątrz. W przywołanej kłótni z pierwszego odcinka „Informacji zwrotnej” zagłuszanie słów nie pełniło roli ukrycia przed widzami istotnego szczegółu, który ma wyjść na jaw dopiero później, ale niezwykle plastycznie ukazało, że same słowa często nie są ważne. Ważne jest napięcie i to zazwyczaj ono jest w kłótniach tak trudne do zniesienia.)
Drugiego dnia po zobaczeniu serialu do końca… długo oboje płakaliśmy. Ten film otwiera rany, dociera do ciemnych, zaryglowanych miejsc. Wydobywa na powierzchnię to, co trudne, bolesne i z czym nie wiadomo, co potem zrobić. Jak poradzić sobie z informacją, że – mimo wpojonych podczas wychowania norm (zwłaszcza nam, kobietom) – może nie każdemu da się współczuć, może nie każdego da się zrozumieć czy usprawiedliwić. Co zrobić z uczuciem pogardy – nie nienawiści, nie złości, lecz pogardy dla człowieka, który ją w nas wzbudza. Chcielibyśmy w katolickim kraju wierzyć, że jesteśmy miłosierni, dobrzy, pomagający. Co jednak wiemy o pomaganiu, jeśli nikt nam nigdy nie wytłumaczył, na czym polegają problemy otaczających nas bliźnich w potrzebie? Skuteczna pomoc, to taka, w której nie odbiera się sprawczości osobie, której się pomaga. Pomoc krzywdząca to ta wynikająca z potrzeby kontroli oraz narcystycznego przeświadczenia o własnym dobru i super mocach, które uzdrowią drugiego człowieka, ale na naszych warunkach. Główny bohater ma nam, widzom, jedynie przypominać ojców, mężów, partnerów, opiekunów, synów dotkniętych alkoholizmem z naszego własnego życia lub życia najbliższych (a może i nas samych), więc serial przepełniony jest triggerami. Dla każdego pewnie będą one trochę czym innym.
O fabule nie chcę pisać za dużo. Główny bohater Marcin Kania (Arkadiusz Jakubik) jest byłym muzykiem rockowym i niepijącym alkoholikiem. Poznajemy go tuż po złamaniu dwuletniej abstynencji i zaginięciu jego dorosłego syna Piotra (w tej roli intrygujący
Jakub Sierenberg), z którym kilka godzin wcześniej się spotkał. Budzi się rano, nie pamięta, co się stało i podejmuje heroiczną próbę odtworzenia przebiegu wydarzeń z poprzedniego wieczora, mającą na celu odnalezienie syna. Tu zaczyna się niezwykle wciągająca, pełna zupełnie niespodziewanych zwrotów akcja. Napięcie sięga zenitu i będzie już tak do samego końca.
Powieści Jakuba Żulczyka, na podstawie której powstał scenariusz do tego serialu niestety nie czytałam, ale mogę się tylko domyślać, że jest to językowa uczta. Bo siłą „Informacji zwrotnej” jest przede wszystkim język. Marcin Kania, alkoholik niepijący, alkoholik wysoko funkcjonujący, jest człowiekiem inteligentnym. Ma dar wnikliwego obserwatora, co zawsze łączy się z pewną wrażliwością. Można więc pomyśleć, że to ta wrażliwość i umiejętność bacznego obserwowania często trudnej do zniesienia rzeczywistości pchnęła go niegdyś w szpony nałogu. Kiedy jest trzeźwy, jest bystry, sensowny, wzbudzający sympatię. Kiedy jest pijany, jest żenujący. Owszem, również agresywny, ale przede wszystkim żenujący. Poznajemy go takim przede wszystkim poprzez retrospekcje, które dla mnie (dla nas) były niesłychanie trudne do oglądania. Wyłania się z nich dzieciństwo jego dzieci. Pełne niepokoju, lęku, podlewane alkoholem. Jestem – a może raczej byłam, bo odcięłam z najbliższego kręgu nałogowców – osobą współuzależnioną. Znam mechanizmy, które wytwarzają się w związkach z ludźmi uzależnionymi. Nie jestem jednak DDA (Dorosłym Dzieckiem Alkoholików). I choć mam wśród najbliższych takie osoby, jakoś nigdy nie umiałam sobie wyobrazić jednego wyłaniającego się z serialu – dosyć przecież oczywistego – aspektu alkoholowego domu. Mianowicie przeraźliwego wstydu, jaki musi odczuwać dziecko, kiedy jego rodzic jest pijany. Świadomość zrzucenia tej wstrząsającej mieszaniny strachu, niepokoju i wstydu na barki kształtującego się dopiero małego człowieka mnie – mającą z alkoholem trochę inne doświadczenia – przerasta. Trudno mi sobie wyobrazić ból, jaki oglądanie niektórych scen tego serialu może wzbudzić w widzach DDA, którzy nie przeszli jeszcze całej długiej i żmudnej drogi terapeutycznej. Mimo wszystko myślę, że „Informacja zwrotna” ma terapeutyczny wymiar. Jakub Żulczyk mówi głośno o swoim nałogu, tym, że od siedmiu lat nie pije i o terapii, którą przeszedł. Doskonale zna różnicę między światem trzeźwym a alkoholowym i potępia romantyzowanie picia, tak mocno zakorzenione w naszej kulturze. Wie, że rzeczywistość alkoholika jest zupełnie inna od tej, w której funkcjonują osoby alkoholikami nie będące. Dlatego tak trudno ją uchwycić, zrozumieć, przełożyć na swój język. Chociaż alkoholizm jest oczywiście chorobą, nie tak łatwo oddzielić ją od chorego, jak w przypadku innych przypadłości. To jesteś ty, a tu twój zachrypnięty przez grypę głos, zagipsowana po złamaniu noga, zaklejony plastrem odrastający paznokieć. Choroba alkoholowa zatapia chorego, wciąga go na dno, niszcząc i – co chyba najgorsze – zmieniając jego mózg, piorąc go z uczuć. I dramatem wcale nie jest to, że nie ma dla takiej osoby ratunku. Dramatem jest to, że tylko ona może się uratować. Pytanie, czy znajdzie w sobie wystarczająco dużo siły.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to