„Uno Lovis Party” Kury

fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: S7 Records
rok wydania: 2025

Dokładnie trzydzieści lat po debiutanckiej płycie „Kablox-Niesłyna Histaria”, dwadzieścia siedem lat po kultowym „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” i dwadzieścia cztery po równie świetnych, choć pozostających w cieniu swojego starszego brata, „100 latach undergroundu”, zespół Kury powrócił w najlepszym możliwym stylu, doskonałą płytą „Uno Lovis Party” (premiera krążka miała miejsce we wrześniu 2025 i do tego roku się odnoszę).
Pomysł reaktywacji Kur narodził się wraz z reedycją „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” i trasą z piosenkami z tej płyty. Przy kreatywności i płodności Tymańskiego, rozpoczęcie pracy nad nową płytą było tylko kwestią czasu. Od momentu kurzego zmartwychwstania zespół częściej niż kiedykolwiek w swojej historii zmieniał skład, jednak jego trzon, czyli kosmiczny duet Tymański – Deriglasoff, pozostał fundamentem trwałym i przelotnymi burzami niewzruszonym (choć należy podkreślić, że wspominając o „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”, nie można nie wymienić nazwiska Piotra „Picia” Pawlaka, do czego jeszcze powrócę). Do tych dwóch dostojnych, acz pełnych energii kogutokur dołączyły kolejno dwa wspaniałe kurczaki: fenomenalny pianista, kompozytor i improwizator Szymon Burnos (młody wiekiem, stary stażem, bo grający z Tymonem już od dawna) oraz – świeży narybek, żeby nie powiedzieć „nakurek” – zjawiskowy perkusista i improwizator Alan Kapołka, którego heavy metalowy background wyostrzył Kurom pazury.

W cieniu czy blasku „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.a”?

„P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”, choć nie był ostatnią płytą trójmiejskiej formacji, pozostał w pamięci większości fanów jako jeden z ważniejszych punktów odniesienia; jako album wyjątkowy i często ulubiony. Płyta kultowa, wybitna, ważna i przełomowa doczekała się w maju tego roku również filmu na swój temat – dokumentu „Najgłupsza płyta świata” w reżyserii Konrada Kulczyńskiego i Jakuba Knery.

Dokumentu ciekawego i potrzebnego, choć nieidealnego. Twórcy mimo zapału i włożenia w jego realizację dużego nakładu pracy, nie w każdym aspekcie rozumieli zachowania i motywacje Tymona Tymańskiego, co przekładało się na sposób prowadzenia narracji nie tylko podczas dyskusji o filmie po jego projekcji, ale też narracji filmowej. Słynna przemowa Tymańskiego podczas odbierania Fryderyka (od której film się zaczyna) w żadnym momencie nie była naznaczona pogardą do swoich słuchaczy, ale do muzycznego przemysłu, co zresztą sam dość jasno wyraził. Końcowa filmowa scena zejścia do fanów i śpiewania z nimi a capella (albo z gitarą) w czasie ulewy uniemożliwiającej występ na scenie podczas festiwalu Tauron w Katowicach, nie była więc „dowodem na spokornienie Tymona po latach”. Pokazała dokładnie tego samego, choć starszego o dwie dekady, Tymona, który kocha to, co robi i robi to na sto procent. Jest, owszem, dojrzalszy, pokorniejszy, bardziej doświadczony, ale akurat stosunek do fanów nie uległ przez te lata radykalnej zmianie. To wzruszająca ciągłość, a nie magiczna przemiana.
Drugim moim zarzutem do filmu było to, że kiedy przed kamerą zasiada nie tylko wybitny muzyk, ale równocześnie też wybitny tekściarz, jakim jest Olaf Deriglasoff i w trakcie pięknej wypowiedzi przydarzy mu się błąd fleksyjny (we wszystkich częściach wywiadu wyłącznie jeden), dobry redaktor powinien go wychwycić i dograć dubla, żeby ów błąd wyeliminować. Wywiad nie był przecież emitowany na żywo. Z góry uprzedzę, że nie przekonują mnie argumenty o rzekomej „autentyczności” objawiającej się w popełnianiu błędów. Mam równocześnie dwie perspektywy. Pierwszą i w pewnym sensie główną jest perspektywa badacza języka, który nie ocenia, ale potrafi ze sposobu, w jaki nadawca komunikatu go nadaje, wyczytać o nadawcy znacznie więcej informacji niż te udostępniane przez niego świadomie. Zwłaszcza w tym kontekście ciekawe są typy błędów, jakie popełniamy. Wokół tego zagadnienia kręciły się moje obydwie prace (licencjacka i magisterska) i być może kiedyś, kto wie, zakręci się również doktorska. Drugą perspektywę daje mi niemal dwudziestoletnie doświadczenie w pracy redaktora i korektora, który również nie ocenia, ale wobec błędów musi być bezwzględny (i bezbłędny!). Równocześnie umie też oddzielić własne upodobania określonych stylów pisania (a style potrafią być czasem nieznośne lub pretensjonalne) od faktycznych błędów i nie kastruje tekstu z jego autora. (W tym miejscu, jako autor specyficzny, ślę „Ruchowi Muzycznemu” gorzkie pozdrowienia.)
Reasumując, to, że ktoś tak w słowa doskonały popełni jakiś „chlapsus językowy” bardziej mnie ciekawi niż oburza (bycie językoznawcą wyklucza puryzm językowy). Uważam jednak, że publiczne wypowiedzi ewidentnych mistrzów słowa wymagają od nas, redaktorów, szczególnie dużej czułości i uwagi. Bo, że nikt nie jest doskonały, to jedno. Ale kiedy ma prawo być przez odbiorców traktowany jak językowy autorytet, mamy obowiązek mu w tym pomóc.

Wracając jednak do nowej płyty, dwa tygodnie przed wydaniem „Uno Lovis Party” odwiedziliśmy Tymona, który zapytany przeze mnie o znaczenie tego intrygującego tytułu, odpowiedział z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku, że to anagram i spytał, czy chcę go odgadnąć sama.

Kojarzycie te filmiki z Koła Fortuny, gdzie prawie wszystkie literki są już odkryte, została jedna czy dwie do odsłonięcia, uczestnik decyduje się na odgadnięcie hasła i… mu się to nie udaje?
To niestety cała ja.

Bardzo nie chciałam sprawić Maestro przykrości, ale nie podjęłam próby z góry skazanej na porażkę. Szybko więc sam mi pokazał, że „Uno Lovis Party” jest anagramem „Anty P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”. Przez pewien czas myślałam, że to tajemnica, ale Tymański zdradził ją wkrótce potem w kilku wywiadach, więc nie będzie to raczej niestosowny spoiler.
Wątek antypolovirusowości jest dla mnie zresztą niezwykle interesujący. Przeciwieństwem miłości nie jest przecież nienawiść, lecz obojętność. Na tej też zasadzie zbuntowane dwulatki próbujące ustalić, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, nie opierają swoich obserwacji na jakiejś abstrakcyjnej wizji człowieka jako takiego, ale na swoim opiekunie, z którym do tej pory były zlane w jedno. Robią to poprzez (nad)używanie przeczenia „nie”. Płyta „Uno Lovis Party” nigdy by nie powstała, gdyby nie  „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”. Odcięcie się na poziomie zabawy nazwą, jest na to najlepszym dowodem.
Z kolei na poziomie artystycznym, trudne położenie zespołu wobec oczekiwań fanów było niezaprzeczalnym faktem. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” jest nie tylko płytą kultową, wybitną, ważną i przełomową, ale też do tej pory świeżą i ponadczasową. Wydaje mi się, że to rodzaj presji, który dla artystów może nie być łatwy do zniesienia. Nie ma chyba nic gorszego niż próba powtórzenia wcześniejszego sukcesu. Jedyne, co zostaje, to deklaracja odżegnania się od przeszłości, żeby nie zwariować. Żeby zapewnić sobie minimalny komfort tworzenia. I tu tkwi opisywany przeze mnie wyżej paradoks. Bo przecież „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” nie powstał przypadkowo. Stworzyli go znakomici muzycy przepełnieni ogromną wrażliwością, również językową. Obdarzeni umiejętnością wnikliwej obserwacji otaczającego ich świata. Dziś (w roku wydania płyty, 2025), dwadzieścia siedem lat później, dwóch tych samych muzyków – Tymon Tymański i Olaf Deriglasoff (bo jakiś czas po reaktywacji Piotr „Piciu” Pawlak opuścił szeregi grupy), ma tylko większe doświadczenie, lepszy warsztat, więcej do powiedzenia, lepszą intuicję do ludzi, z którymi chcą grać i tworzyć. Do tego ten „otaczający nas świat” zmienił się całkowicie, więc i jego obserwowanie tymi samymi co kiedyś oczami przyniesie inne wnioski, ale też dobór sposobu tego obserwowania okaże się całkowicie inny. Być może nawet wzbudzi (w samym zespole) pewne kontrowersje.
Co więc mogło pójść nie tak? Jak zwykle w przypadku tych muzyków – nic. Powstała płyta w każdym rozumieniu tego słowa piękna, mądra, ważna, poruszająca, potrzebna. Czy okaże się kultowa? Czas pokaże. Na pewno – jak onegdaj „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” – doskonale opisuje dzisiejszy świat, który jak rzadko kiedy opisów zabawnych, ale też głębokich i czynionych umysłami artystów potrzebuje.

„Teflonowy mózg”

fot. Marianna Patkowska

Płytę zaczyna, z charakterystycznym dla siebie pesymizmem racjonalnym, Olaf Deriglasoff, słowami:

Każdy kto tu żyje
w emocjonalnym szambie
tkwi po szyję

– początek piosenki „Teflonowy mózg”.

Niby dostojny kogutokur, ale jednak trochę Kłapouchy. No i – od kiedy przyjrzałam mu się uważnie – mój wielki celebrity crush. Jeśli w rozmowie z kimkolwiek w ciągu ostatnich dwóch lat pojawiało się jego nazwisko, automatycznie wypalałam, rozmarzona:

Olaf… on jest taaaki przystojny…

To jest nie do opanowania. Olaf rozbudził we mnie to, co onegdaj (niestety tragicznie zmarły) Keith Flint.
I na ten przykład, jeśli chodzi o Tymona, niewymownie wkurza mnie zarzut, że nie jestem w rozmowach o nim obiektywna, lub że jestem wręcz stronnicza przez wzgląd na jego przyjaźń z Bartkiem, ale też to moje w niego wpatrzenie. Wkurza, bo jest nieprawdziwy. Tymona ze wszech miar uwielbiam, ale za to kim i jaki jest, mając też poczucie, że dobrze go rozumiem w wielu jego (nawet tych niby kontrowersyjnych) decyzjach. Z tego powodu wszystkich starszych panów pragnących mi w trójmiejskich lokalach w ramach zagajenia uświadomić, że wcale go nie znam, skoro tak dobrze o nim mówię i naświetlić, jaki Tymon jest naprawdę (bo w 1583 roku krzywo na kogoś spojrzał), spuszczam od razu na drzewo i szczuję swoim psem mordercą. Natomiast wobec Olafa nie jestem obiektywna ani trochę. On po prostu objawił mi się jako męski ideał piękna, w dodatku ze znakomitym słuchem, piękną barwą głosu i wspaniałym wyczuciem językowym. Tu, kiedy wypalam z tym swoim

on jest taaaki przystojny…

przy właśnie poznanych muzykach, którzy z nim grywają, ci – nieco zbici z pantałyku – zaczynają odruchowo kiwać głową, intensywnie myśląc (jakby przypominali sobie jego powierzchowność), po czym potakują z pewną wobec tego faktu bezradnością.

Kojarzycie tych wkurwiających podpitych wujków na weselu, gadających onieśmielające, nikomu niepotrzebne, wątpliwej jakości „komplementy” młódkom?
W przypadku Olafa to ja jestem tym wujkiem.

Ale wracając do otwierającego płytę „Teflonowego mózgu”, mam do niego wielki sentyment. Pewnego marcowego wieczoru natrafiłam w mediach społecznościowych na filmik z domu Tymona, na którym przy fortepianie siedzi Szymek, a obok stoi Tymon z Olafem i cała trójka przy akompaniamencie Szymka śpiewa na głosy jakąś nową, przepiękną harmonicznie i urzekającą tekstowo piosenkę. Króciutki filmik odtwarzałam niezliczoną ilość razy. Pamiętam, jak mnie to energetycznie nakręciło. Nie wiem, co dokładnie działo się wtedy w moim życiu, być może nic. Pamiętam jednak tę wzruszającą zmianę perspektywy. Uświadomienie sobie, że mimo całego zła i syfu tego świata, istnieje piękno. Że gdzieś tam w pewnym domu, trzech piekielnie utalentowanych muzyków spotkało się, żeby podszlifować nową piosenkę. Że śpiewają ze sobą na głosy, tworząc bajeczne harmonie. Że mają przy tym fun, ale też stres, bo naglą ich deadline’y; zaraz nagrają płytę, która wiadomo, że będzie świetna, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą. Mają obawy i oczekiwania. Choć mają też znakomity zarówno słuch, jak i gust, więc muszą przeczuwać, że wyjdzie wspaniale. Jakoś mnie to podniosło i wzruszyło równocześnie. Spania tej nocy było mało, ale ten zastrzyk dobra wart był nawet snu, którym dzielę się niechętnie i nieczęsto. Dwa dni później, po szalonej korespondencji z Tymonem, nagrałam to, co udało mi się wysłyszeć, a potem wysłałam Chłopakom.
Żeby wysłuchać całej piosenki w wersji studyjnej, musiałam czekać aż do premiery płyty we wrześniu. Czujecie te emocje?

No i czy to znaczy, że mam płytę już od września, a piszę o niej dopiero w marcu? Tak. Choć zaczęłam ten tekst znacznie wcześniej, to nagle z osoby mającej zero etatu i poczucie, że po prostu nie nadaję się na nauczycielkę, stałam się nauczycielką rozchwytywaną z dwoma etatami w szkołach podstawowych, a dokładnie 35 godzinami w sumie przy tablicy. (Poczucie, że się nie nadaję mnie nie opuściło, ale wreszcie zrozumiałam, że na brak mobbingu wcale nie trzeba sobie „zasłużyć”.) Wyjście z psychicznego dołka i wskoczenie do rozpędzonego pociągu, jakim była od września publiczna szkoła podstawowa, a od października jeszcze kolejna fantastyczna przyjazna Montessori, całkowicie mnie zawłaszczyło. A przynajmniej zawłaszczyło moją energię. Wielokrotnie myślałam, jak napisać tę recenzję. Ile chcę w niej zawrzeć. Nawet – z różnym skutkiem – omawiałam z dziećmi formę, jaką jest recenzja. Na co należy zwrócić, podczas jej pisania, uwagę (nota bene wiem, że na tym blogu zamieszczam recenzje nie do końca typowe). Jednak zmierzenie się tym z tekstem mnie… zwyczajnie przerosło. Oprócz braku jakiejkolwiek energii miałam jeszcze jeden problem – Kury tworzą naprawdę wybitni muzycy. W dodatku (co w przypadku pisania recenzji bardzo onieśmielające) żyjący. Zasługują na recenzję rzetelną i fachową, a o swoim pisaniu myślę, że nadaję się do niego tylko trochę bardziej niż do uczenia. Nie zamierzam się w tej swojej blogowej przestrzeni tłumaczyć czy przed nikim kajać. Jest jak jest, na blogu daję z siebie wszystko, ale czasem wszystko, to w danym momencie 0%. Mój moment się wyjątkowo wydłużył po prostu.

Reasumując, „Teflonowy mózg” okazał się kapitalnym przebojem, a fragment, jaki poznałam wiele miesięcy wcześniej, jego refrenem. Pierwszy raz słuchałam tej piosenki z Bartkiem i umarliśmy ze śmiechu w 1’28”, kiedy na pięknym melodyjnym bridge’u kompletnie bez zapowiedzi został spuszczony piszczałkowy kleks, w dodatku jakiś taki w poprzek. To było tak na wskroś tymańskie, że nie musieliśmy nawet dopytywać, kto za tym stał. Potem wielokrotnie zmartwychwstawaliśmy i umieraliśmy znowu. I tak naprawdę ten proces nigdy się nie skończył. Śmieszy nas to za każdym razem, a Bartek zobrazował mi naturę Tymona, z której wynika ów muzyczny żart, nawet memem:

Napisałam, że Olaf zaczął „Teflonowym mózgiem” płytę, bo to jego piosenka. Napisana (muzyka i słowa) i zaśpiewana przez niego. I choć na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” każda piosenka też miała podpisanych autorów (wiem, że Tymański zawsze bardzo o to dba), to jednak słuchając albumu bez okładki w ręku, można było odnieść wrażenie, że wszystko wymieszane jest w jakimś tyglu, a autorami tego wytworu są po prostu Kury. Brzmiało to z jednej strony niezwykle spójnie, ale z drugiej – wg zamierzenia Autorów – była to przedziwna wędrówka po najróżniejszych stylach muzycznych. Wykonawcy tak często zmieniali głosy (rozpoznawanie zmienionego głosu idzie mi równie świetnie, jak odgadywanie brakującej litery w słowie), że mój mózg rejestrował wszystkie piosenki jako genialną całość. W przypadku „Uno Lovis Party” autorzy piosenek są nie tylko wypisani na okładce (skądinąd przepięknej, zaprojektowanej przez Olafa i jego żonę Małgorzatę Deriglasoff). Oni również wyśpiewują swoje piosenki trochę… osobno.  W refrenach na ogół dołącza reszta plus jest też kilka smakowitych wyjątków, ale ta osobność, czy też oddzielność mocno rzuciła mi się w uszy. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut.
Z drugiej strony na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” autorzy każdej z piosenek są wypisani na wkładce dolnej, a na „Uno Lovis Party” dopiero pod tekstami w książeczce, więc trudniej do nich dotrzeć tak szybko jak w przypadku pierwszej z płyt. Do tego „Uno Lovis Party” brzmi również niesłychanie spójnie i w żadnym wypadku – niezależnie od tego, kto jest autorem danej piosenki – nie mam wrażenia, że to składanka różnych od siebie stylów. Skąd więc to moje silne przekonanie o większej odrębności autorów kompozycji i tekstów na płycie ostatniej? Być może stąd, że kiedy zagłębiałam się w „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”, nie znałam jeszcze Tymona. Nie rozpoznawałam zmienionych głosów. Bartek, nawet jak nie pamiętał, która piosenka jest czyja, wystarczyło, że się w nią wsłuchał i od razu rozpoznawał styl każdego z Chłopaków. Minęło już sześć lat, od kiedy w miarę regularnie odwiedzamy Tymona, rozmawiając z nim. Poznałam też Olafa

(z onieśmielenia jego urodą, ugięły się pode mną nogi i od tego momentu Awkward w naszych kontaktach to moje drugie imię; ostatni raz się tak czułam pod warszawskim Marriottem w ’96, patrząc z odległości kilku metrów w oczy Michaelowi Jacksonowi),

więc zaczęłam również nadrabiać swoje braki w znajomości jego twórczości. Dostąpiłam też niekłamanego zaszczytu przebywania ze wszystkimi Kurami w jednej przestrzeni, obserwowałam ich stosunek do siebie, cudowne, pojechane poczucie humoru, ogromny szacunek, którym – mimo różnic – się wzajemnie darzą. Do tego od dawna już słyszałam od Tymona, która piosenka jest czyja. To musiało mieć gigantyczny wpływ na mój odbiór „Uno Lovis Party”.
Czytam tę płytę, jak spotkanie po latach tych samych dwóch świetnych muzyków, którzy są dziś po prostu trochę gdzie indziej niż poprzednio. Są dojrzalsi (choć równocześnie nadal piękni trzynastoletni…), mają na swoich zawodowych kontach pokaźny dorobek. W dodatku mocno się od siebie różnią. Olaf przez lata zanurzał się w muzyce mocnej, ciężkiej, pełnej buntu, Tymański muzycznie zdążył kilka razy oblecieć dookoła Księżyc, czasami przy tym jazzując. Obydwaj pisali też muzykę filmową. W takim punkcie kariery trudno na nowej wspólnej płycie udawać no-name’y. A nawet, jeśli nie trudno, to oni już tam byli. To już mamy na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”. To wrażenie „dojrzałości” nowej płyty, ale też samych jej Autorów, uderzało mnie jeszcze w wielu momentach, a na sam koniec doprowadziło do łez wzruszenia. Muzyczne spotkanie po latach dwóch dojrzałych mężczyzn, przyjaciół. Spotkanie, podczas którego nikt nikomu już niczego nie musiał udowadniać (choć być może ktoś czasem próbował). Spotkanie, podczas którego już nie formowali się wspólnie, ale obaj przybyli na nie uformowani. Zresztą uformowani, ale równocześnie skłonni do kompromisów, z jakimi zawsze się wiąże wspólne tworzenie. No i w końcu – the last but not least – ich spotkanie z muzykami, z którymi nie grali dotąd wspólnie. W dodatku z dwóch młodszych, a więc też całkowicie innych pokoleń. W tym miejscu muszę odnotować fragment wspólnego z Kurami spotkania.

Olaf, patrząc wymownie na Szymka, stwierdził (tak, również – jak Bartek i Tymon – używając wołacza):

– Powiem teraz Twój ulubiony, Szymku, tekst. „Jako ktoś, kto gra koncerty już od czterdziestu pięciu lat”…

Mój Bartek dałby sobie doszytą rękę odciąć, że Olaf gra koncerty dopiero od czterdziestu lat. Co z kolei składałoby się w jakąś całość z zawsze rozbawiającą mnie wypowiedzią Tymona (Tymonie przepraszam, muszę to opublikować), że „Olaf nawet jak miał trzydzieści dwa lata, był stary”. Pamiętajmy też, że Olaf założył onegdaj kapelę Dzieci Kapitana Klossa, którą po latach przechrzcił na Dziady Kapitana Klossa, stając się tym samym swoim własnym pradziadkiem. To prawdopodobnie jedyny taki przypadek w historii.

Jasne, że na pierwszym miejscu są umiejętności muzyczne, zawodowstwo, ale Kury – czego nie podkreśliłam wystarczająco mocno – nigdy nie były duetem Tymański – Deriglasoff ze starannie dobranymi muzykami sesyjnymi. To zawsze była grupa indywidualnych, oryginalnych, niezwykle intrygujących jednostek (nie tylko zresztą muzycznie), które łączyła wspólna pasja, ale też kunszt. Pisząc o muzycznym powtórnym spotkaniu po latach, mam na myśli to, co z Kur do dnia dzisiejszego przetrwało.

„WiosenNy szał”

fot. Marianna Patkowska

Po „Teflonowym mózgu” – opisie marzenia pewnego bardzo wrażliwego i przebodźcowanego, a równocześnie przerażająco trzeźwo stąpającego po ziemi artysty, naszym uszom ukazuje się ogromna zielona łąka, na której kica zając. Z kadru na kadr coraz lepiej widoczny. Zaraz, zaraz. Czy to zając na pewno? Nie tygrys? Tygrysek! Skaczący na ogonie! A nie, czekajcie. To… jednak Tymon! Nie mogę się tego obrazka pozbyć i widzę go za każdym razem, słuchając piosenki „Wiosenny szał”. Pozytywnej, śmiesznej, nawiązującej muzycznym stylem do disco-polo, ale jak zwykle w przypadku Tymona (bo to nie jest pierwszy raz) w sposób na szczęście nie do końca udany.
Moi Czytelnicy dobrze wiedzą, jaki mam stosunek do wiosny. Nie rozumiem ekscytacji tym, że przyroda powoli budzi się do życia, a z hibernacji wychodzą wszystkie zimowe kupy. Nie rozumiem odżywania – ja kompletnie zdycham. Na lekkie stroje jest za zimno, ale na cieplejsze – za gorąco. Na przemian pocisz i marzniesz, ze zmęczenia ledwo trzymając się na nogach, ale musisz być ostrożny, żeby w nic nie wdepnąć. No jednym słowem pomyłka. Jednakowoż kiedy słyszę kojący głos Tymona, zapewniającego, że:

Wiosenny szał porywa nas
gdy kwitnie miesiąc maj
przez chwilę da się lubić ten
nieudany kraj
Witalny szkwał, odrywa właz
oddycha morze, szepce las
znów epifanii nadszedł czas!

– początek piosenki „Wiosenny szał”,

… to łapię się na wyczekiwaniu wiosny. Ja. Wyczekiwaniu. WIOSNY… Ten Tymon to umie w perswazję. No i już ta pierwsza piosenka zdradza nam to, co od jakiegoś czasu przeczuwałam. Mianowicie, znakomita swoją drogą, płyta „Paszkwile” bardzo mocno ukształtowała Tymona, wpłynęła na cały dalszy jego sposób pisania (mówię nie tylko o harmoniach, ale też samych brzmieniach). Jej odłamki słychać na płytach kolejnych, choćby na fantastycznych „Republikacjach”. Nawet podzieliłam się z nim tą refleksją. Przyznał, że coś może być na rzeczy. To nie jest w żadnym wypadku zarzut. Odbieram to raczej, jak znalezienie swojej drogi, swojego brzmienia. Ciekawie jest obserwować piętno, jakie na twórcy wywarł jego własny album.
Jest to też jedyna piosenka, do której Kury podczas koncertu… tańczą. Na licznych filmikach widziałam tańczącą trójcę (Alan Kapołka pozostał na stanowisku, nadając wszystkiemu rytm), a na dwóch koncertach, na których byłam, jedynie tańczącego Olafa i Tymona. I o ile Olaf – surprise, surprise – w swoich kocich ruchach jest personifikacją męskiego seksapilu, o tyle Tymona ochrzciłam mianem Johna Travolty Polskiego Yassu. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba zobaczyć! I równocześnie też nie da się tego na szczęście odzobaczyć! To zostaje w człowieku już na zawsze…

„Memento amoris”

fot. Marianna Patkowska

Kolejną piosenką jest piękna nastrojowa ballada Szymona Burnosa o przeuroczym tytule „Memento amoris”. Rozpoczyna się słowami:

Wykupiłem nam kwaterę w nekropolii
tuż pod lasem, gdzie jabłkowy szumi sad
Gdy zaśniemy obok siebie
będzie lekko nam jak w niebie
Naszych mogił nikt nie ruszy tysiąc lat

– początek piosenki „Memento amoris”

Rozłożyło mnie na łopatki, że przedstawiciel kurzej sekcji młodzików po jakimś czasie z – jak napisali kiedyś o sobie – „bardziej wytatuowaną” starszyzną, we własnej piosence od razu szykuje się na tamten świat. (Może świadomość czterdziestopięcioletniej scenicznej kariery kolegi tak na niego wpłynęła.)

Swoją drogą niedawno miałam okazję zwiedzić cmentarz na Srebrzysku (który sugeruje dalej w tekście Szymon) i w pełni zrozumiałam magię i romantyczność opisanego miejsca.

W balladzie tej wszystkie harmonizujące ze sobą w refrenie Kury brzmią naprawdę pięknie. Jednak prawdziwą wisienką na torcie jest tu żeńska wokaliza. Niebiański głos o przepięknej barwie należy do Mii Deriglasoff – córki Olafa. Na jednym z koncertów Olaf zdradził kulisy pojawienia się tej wokalizy na płycie. Otóż panowie dumni z właśnie zmontowanej piosenki, puścili ją Olafowej Latorośli. Ta jednak, wbrew oczekiwanym zachwytom, zauważyła że niby wszystko ok, ale brak tu żeńskiej wokalizy. W tym miejscu musimy pamiętać o tym, że niewiele jest na świecie rzeczy tak kruchych, jak ego artysty, który właśnie coś stworzył. Olaf miał ponoć odburknąć:

– To ją zaśpiewaj!

No to – zaśpiewała. I muszę przyznać, że ta opowieść zmieniła moją perspektywę. Bo dopiero kiedy wyobraziłam sobie ten utwór bez żeńskiej wokalizy, zrozumiałam, jak jest w nim ważna. Męski podmiot liryczny, chór męskich kur i równowaga, która nadchodzi wraz z anielskim kobiecym śpiewem. Czy to wokaliza „sproszkowanej” (nawiązując do tekstu) Ukochanej Szymka, a właściwie jego bohatera lirycznego? Śpiew jej ducha? Interpretacja leży po stronie odbiorców. Tak czy tak, skojarzenie ze znakomitą Clare Torry w piosence „The Great Gig in the Sky” Pink Floydów nasuwa się samo.

„Babilon upadł”

fot. Marianna Patkowska

Po chwilowym zwolnieniu tempa i pewnym wyciszeniu, słyszymy mocniejsze gitary, co może zwiastować tylko jedno – piosenkę Olafa.

Bezrobotni politycy
kucają na ulicy
żebrzą o pięć zyla
ale nikt im nie chce dać
Fajnie się rządziło,
ale nagle się skończyło
dziś nie mają dokąd pójść
w depeesach muszą spać

– początek piosenki „Babilon upadł”

Absolutnie cudowna, utopijna wizja upadku Babilonu, niesłychanie podnosząca na duchu. A prawdziwym mistrzostwem jest tu refren. Zarówno doskonała harmonia, przywodząca na myśl Queen (co mocno mnie poruszyło, bo Queen harmonicznie był niedościgniony), jak i tekst, przy którym za każdym razem turlamy się z Bartkiem ze śmiechu:

Babilon upadł
kto by się spodziewał

Oczywiście trudno wyjaśnić tym, których nie śmieszy, co dokładnie śmieszy nas. Mówiąc w największym skrócie, prawdopodobnie pewna nieadekwatność tekstu do melodii, na którą jest zaśpiewany.

„Kwanty”

fot. Marianna Patkowska

Jestem sceptyczna, kiedy ktoś w rozmowie ze mną wyskakuje z energią męską i żeńską, kosmiczną, czy też – największa dla mnie abstrakcja – pieniądza. Natchnione przemowy o kosmosie budzą moją podejrzliwość. Jedynym wyjątkiem jest dla mnie jednak… Tymon Tymański, który używając słowa „energia”, zdaje się za każdym razem naprawdę dobrze wiedzieć, o czym mówi. W jego przypadku za tym słowem idzie zawsze jakaś głębia, nie zaś komercyjne uduchowienie.

Skończmy pleść głupoty
bo nas podsłuchują roboty
Przejdźmy do rozmowy
w trybie meta-para-naukowym
Nie potrzeba boga
starczy kosmologia kwantowa
W dół, w górę i na skos
splątany jest nasz los
kosmopsychizm to jest sztos

– początek piosenki „Kwanty”

Powyższym cytatem zaczyna swoją piosenkę „Kwanty” Tymon Tymański i jest to utwór, który najtrudniej mi interpretacyjnie rozgryźć. Z jednej strony jest tu mowa o uwsteczniającej nas jako ludzkość pseudonauce, jak też teoriach spiskowych (oba te fenomeny często idą ze sobą w parze). Z drugiej strony zaśpiew:

Oleo!

kończący każdy wers refrenu, całą swoją formą przywodzi mi na myśl wszystko, co najgorsze w tej naszej polskiej biesiadnej plemienności.
Równocześnie… no przecież to przeurocza piosenka o seksie jest! I zanim ktokolwiek mi tu zasugeruje, że mnie to się wszystko kojarzy (z czym polemizować… niestety nie mogę), niech się przez chwilę zastanowi, czy nigdy nie chciał z nikim „złączyć atomów”, z już zwłaszcza „kwarki i leptony”. Oleo?

„Leki, leki”

fot. Marianna Patkowska

Nie ukrywam, że przed powstaniem płyty, mieliśmy pewne przecieki od samego Mistrza Tymańskiego dotyczące tematyki, nad jaką pracuje i wszelkich jego obaw z tym związanych. Okazuje się bowiem, że dziś z wielu rzeczy śmiać się – moja ulubiona fraza – „nie wypada”. Wszyscy stali się niesłychanie wrażliwi na punkcie własnych doświadczeń i zaczęli wrzucać do jednego wora rzeczywistą przemoc słowną z humorem. A ten ostatni ma to do siebie, że jego celem nie jest wyrządzanie krzywdy, ale ukazanie jakiejś grupie (np. społeczeństwu) krzywego zwierciadła, w którym może się przejrzeć. I takie krzywe zwierciadło jest niesłychanie potrzebne. Pomaga zachować równowagę.
Myślę, że ten dosyć złożony mechanizm przewrażliwienia jest ściśle związany z tym, że jako społeczeństwo dopiero zaczynamy, niezwykle powoli, proces terapeutyzacji. Ja sama, tuż po pierwszej terapii, doszłam do smutnej konstatacji, że im więcej rozumiem, tym mniej bawią mnie żarty często bazujące na stereotypach. Po pierwsze dlatego, że stereotypy nigdy nie są do końca prawdziwe, a po drugie dlatego, że pod większością zachowań, nawet tych idiotycznych, dostrzegałam człowieka z jego bagażem i problemami. Na marginesie warto dodać, że żartowanie często bywa mechanizmem obronnym. Łatwiej coś obśmiać niż się z tym zmierzyć. Jednak kiedy już to wszystko dobrze zrozumiemy, przerobimy i staniemy sami ze sobą w prawdzie, na szczęście okazuje się, że odzyskujemy zrozumienie, czym są stereotypy do czego służą i z czego się biorą. Odzyskujemy też z przestrzeni tabu wszystkie te rzeczy, które nas niegdyś uruchamiały. Innymi słowy, odzyskanie utraconego w tym procesie poczucia humoru, pojawia się na kolejnym etapie sterapeutyzowania. Czy stworzyłam teorię w oparciu o tylko i wyłącznie własne doświadczenia? Tak, ale czuję, że jest w tym pewien sens.
Myślę też, że warto odróżnić od siebie kilka rzeczy. Po pierwsze różnorodność w obszarze żartu (co bawi jednych, nie będzie bawić drugich i prawdopodobnie na odwrót, trudno jednak kategorycznie stwierdzić, że coś jest żartem dobrym, a coś innego na wskroś złym). A po drugie chamstwo, które bywa „żartem” nazywane, lecz w rzeczywistości chodzi w nim tylko i wyłącznie o czyjąś krzywdę. Żart może w najgorszym razie nas nie rozśmieszyć lub nawet przekroczyć nasze granice (moją granicą są żarty z holocaustu). Możemy się po jakimś żarcie poczuć źle, ale powodem zawsze będzie poruszenie w nas jakiejś czułej struny. Czegoś „niezaopiekowanego”. Chamstwo natomiast zawsze chamstwem pozostanie, a złe samopoczucie odbiorcy jest celem samym w sobie.
Tymon w mojej opinii już dawno temu wybrał bardzo świadomie ważną i potrzebną rolę błazna. A więc dostarcza rozrywkę, pomaga rozładować napięcia, staje się pewnego rodzaju buforem bezpieczeństwa, ale też głosi prawdę, używając żartu jako swojego narzędzia. Nie ukrywam, że kiedy usłyszałam, że ma obawy związane z tym, z czego dziś można, a z czego nie można żartować, krew mnie zalała. Dziś bardziej niż kiedykolwiek Tymańskiego potrzebujemy z jego przenikliwością, trafnością spostrzeżeń, ale też ogromnym ciepłem i życzliwością wobec świata i ludzi. No i przede wszystkim z nieszablonowym, wyjątkowym poczuciem humoru. Proszę, nie twórzmy napięć i nie róbmy problemów tam, gdzie ich nie ma. Spójrzmy w to krzywe zwierciadło z zaufaniem i wiarą, że ten widok nas o coś istotnego wzbogaci.

Dość mroczną i tajemniczą piosenkę „Leki, leki” Tymon Tymański rozpoczyna słowami refrenu:

Ref.:
Leki, leki, leki, leki
Na wszelki smutek ciągle się je
Leki leczą lęki, lęki
By miały skutek wciąż się je, je, je

– początek piosenki „Leki, leki”

Gdybym cofnęła się w czasie i nie brała co rano garści leków pomagających mi żyć w sposób kiedyś dla mnie nieosiągalny, prawdopodobnie rozśmieszyłoby mnie w tej piosence coś innego niż to, co śmieszy mnie w niej dzisiaj. W końcu jako ludzka masa łykamy w sposób niekontrolowany jakieś niebywałe ilości leków i suplementów. Teoretycznie na większość zdrowotnych problemów (realnych lub tych wykreowanych sztucznie) znajdzie się jakiś cudowny lek. Druga strona medalu jest natomiast taka, że nic, co przyjmujemy, nie pozostaje naszemu organizmowi obojętne i bardzo często naprawiając jedno, niszczymy drugie.
Przez całe dzieciństwo i wczesną młodość widziałam, jak mój tata przyjmuje lit. Teoretycznie miał on stabilizować nastrój, co jednak nie uchroniło taty od zapadania co jakiś czas w kilkumiesięczne depresje, a potem w jeszcze chyba gorsze manie. Jak by było, gdyby litu nie stosował, nigdy się nie dowiemy. Może lepiej, może gorzej. Wierzyłam od dziecka, że dużo rzeczy jest kwestią chemii w mózgu. (Stąd koncepcja wolnej woli wydawała mi się co najmniej niefortunna.) Jednak gdzie jest granica? Czy wszystko rzeczywiście leczenia wymaga?
Te pytania zaczęły mi się nasuwać po jakimś czasie słuchania tej płyty na okrągło.

Łykam Asertin i wraca mi głos
wrzucam Ozempic i chudnę o włos
Rispolept rządzi, a Zoloft to sztos
Medikinet ładuję wprost w nos

– śpiewa Tymon,

a mnie za pierwszym razem zrzedła mina. Ta najbardziej w swoim życiu sterapeutyzowana ja usłyszała nazwę leku, dzięki któremu po raz pierwszy zrozumiała jak może być, kiedy się nie ma ADHD (lub może bardziej, kiedy ma się je pod kontrolą) i poczuła się… dosyć nieswojo. Sama przecież tyle razy żartowałam, że jestem tak przykładnym obywatelem, że nawet kiedy biorę amfę, to na receptę, a tu jakiś taki niesmak. Jakaś taka potrzeba (u mnie obsesyjna) wytłumaczenia Tymonowi, żeby z Medikinetu jednak nie żartował, bo ten lek mi pomógł. Miałam w głowie cały wykład, który bym Tymonowi wygłosiła, gdyby mnie akurat dopuścił do głosu. Szach i mat! Wpadłam w pułapkę, w którą wpaść nie powinnam. A jednak. Bo to nie Tymonowi, ale sobie chciałam coś powyjaśniać. Tymczasem prawda jest taka, że każdy z tych leków może realnie uratować życie. I posiadając tę wiedzę, mamy prawo (a nawet obowiązek) wrzucić na luz i się nieco zdystansować.
W trakcie któregoś słuchania doszłam nawet do szokującej refleksji. Otóż od dłuższego czasu nie doświadczyłam pojawiających się kiedyś często stanów lękowych. Poradziłam sobie z nimi terapią, autoterapią oraz farmakologicznie. Kiedy pewnego dnia niespodziewanie powróciły, złapałam się na tym, że moją pierwszą myślą była ta, że muszę skonsultować dawkowanie leków ze swoją lekarką (po tylu latach świetną, co też w tym fachu jest niestety rzadkością). Słuchałam „Leków, leków” i nagle mnie olśniło, że weszłam bezrefleksyjnie w myślenie o lekach, jak by były jedynym rozwiązaniem, zapominając, że te koszmarne stany lękowe były dla mnie kiedyś sygnałem, by się sobą zająć i zwrócić się o pomoc do specjalisty. Dziś mam narzędzia, by z tymi lękami posiedzieć i się im poprzyglądać. Czy to będzie miłe? Nie będzie. Ale leki mają tylko wspomagać własną pracę nad sobą, a nie załatwiać nam konkretne stany. I o tym właśnie pisze Tymon.

Kolejnym wzruszającym mnie na płycie momentem jest ten, w którym w środku „Leków, leków” zaczyna rapować… Kosma Tymański – syn Tymona. Czy to nie jest ujmujące, że na płycie Kur wydanej po tylu latach ze starego składu spotyka się Olaf z Tymonem i dorosłe już dzieci każdego z nich mają na niej swój naprawdę znakomity udział? Że tworzą jakość nowego dziecka swoich ojców? Symboliczne i piękne. Kosma – będący współtwórcą tego utworu – rapuje w kompletnie swoim stylu. Tymon pozostaje w roli mędrca-błazna, a Kosma ma swój inny, ale równie niepowtarzalny styl.

Para-recepty farmasekty
parasajty przyssały dziadkom się do renty
I czek-czek o szóstej rano
kolejka do okienka
po Augumentin
Babcia łyka, łyka, łyka, łyka
aż jej w gardle stanie
Łyka dalej, łyka
– zwraca się jej śniadanie…
Za te lęki – no dzięki, dzięki!
(Wnusiu, zdrowo by było je jeeeeeeeść)
Ej, leki, leki – dla chłopca i dziewki
(Mmmmmm, oni mi je dają, a ja je jeeeeeeem)

– fragment piosenki „Leki, leki” (Kosma Tymański)

A wisienką na tym lekowym torcie jest znakomity teledysk.

„Mam Tourette’a”

fot. Marianna Patkowska

Przekreślili mnie
za niepoprawne treści
wyrokując, że
już nie jestem śmieszny

– początek piosenki „Mam Tourette’a”

Kolejna piosenka Tymona jest doskonałym podsumowaniem kilku wątków, które poruszyłam w interpretacji wcześniejszego utworu. Po pierwsze, bywając u Tymona w czasie, w którym płyta „Uno Lovis Party” powstawała, poznawałam jego rozterki związane z wymyślanym właśnie repertuarem. Pamiętam hasło „żart z Zespołu Tourette’a” i kompletnie nie wiedziałam, czemu miałby być on nie na miejscu, ale też czemu w ogóle miałby być. Każdy z nas wie, na czym ten zespół polega. Przewlekłe zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się mimowolnymi, nagłymi, powtarzalnymi tikami, czasami niekontrolowanym wykrzykiwaniem słów bardzo zawstydzające dla zaburzonych, często trudne w odbiorze np. w przestrzeni publicznej. Pytanie, dlaczego się z tego nie śmiać, ale równocześnie też, po co się z tego śmiać.
Po wysłuchaniu piosenki (oczywiście znakomitej), zachwyciłam się jej koncepcją. Po pierwsze jest to wyznanie błazna właśnie. Błazna, któremu pewien poziom sterapeutyzowania społeczeństwa i równocześnie inny jego niesterapeutyzowania, narzucił na usta kaganiec. Tymon wyśpiewuje zwrotki, używając uroczego francuskiego „r” i popełniając językowy błąd do rymu. No przesłodki jest. Ale co ma do tego Zespół Tourette’a, zapytacie. Otóż wszystko wyjaśnia się w refrenie:

A ja Tourette’a mam i chuj
już taki anty-urok mój
chcę dobrze, lecz wychodzi gnój
Mój mózg przeszywa nagły prąd
ten glicz to neuronowy błąd
koprolaliczny świąd i swąd

– fragment piosenki „Mam Tourette’a”

Zespół Tourette’a jest tu… metaforą organicznej potrzeby… odgrywania roli błazna. Czy tylko mnie przy tym odkryciu wybucha głowa?
Pojawia się tu również niezwykle ważna dziś fraza:

Kultura nie wyklucza!

Bardzo istotna w dobie wszechobecnego, bezmyślnie stosowanego cancel culture. Oczywiście w teorii rozumiem zamysł, żeby zepchnąć z cokołów skurczybyków, a zwolnione w ten sposób miejsce oddać równie utalentowanym ludziom prawym, ale sęk w tym, że ta teoria w praktyce nie ma racji bytu. Już pomijając nasze upodobanie do stawiania wyroków zanim zrobi to sąd i bez względu na to, czy w ogóle to zrobi, trzeba sobie zadać bardzo poważne pytanie o korelację dobroci lub jej braku z artyzmem. Czy w ogóle jakakolwiek istnieje. Dziś wiemy, że Picasso był niebywale przemocowy. Czy warto jego przemocowość głośno potępić? Tak. Jednak od tego, że dziś znamy ten fakt z jego życia, jego sztuka nie stała się nagle mniej wartościowa (mówię o wartości artystycznej, nie zaś tej sztucznie ustalanej w domach aukcyjnych). Jasne, że lepiej brzmi, że nie mam w domu żadnego obrazu Picassa, bo go bojkotuję niż że go nie mam, bo nigdy mnie na to nie będzie stać. Mamy prawo patrzeć dziś na jego sztukę przez pewien filtr. Ale mówienie dziś, że jednak wcale nie był taki wybitny jest dziecinne. Jakoś trudno nam w dzisiejszych czasach połączyć w głowie dwie skrajności, które mogą ze sobą współistnieć. „Kultura nie wyklucza”. I w tym sensie jest niezwykle demokratyczna. Talent nie ma nic wspólnego z moralnością czy wykształceniem. To nasze idealizowanie wartościowych twórców jest pułapką, którą sami na siebie zastawiamy.

I tym miejscu cały na biało wjeżdża współautor piosenki; nasz cudowny anestezjolog (więc jednak leki, leki?) – Przystojny Olaf, który niezwykłej urody głosem Andrzeja Dąbrowskiego koi ten cały tymański niepokój słowami:

A gdy przychodzi noc
snu szalona anestezja
Zaczyna się dziwadeł show
Chorej wyobraźni ekspresja
Oto stoję na scenie w brokatowym odzieniu
mam grać koncert z wokalistką niezwykle piękną
Publika w ekstazie gdy ja na estradzie
Nagle widzę rzecz niepojętą
O nie!

– fragment piosenki „Mam Tourette’a” (Olaf Deriglasoff)

„Maneki neko”

fot. Marianna Patkowska

I kiedy myślimy, że muzycznie smakowiciej już na tej płycie być nie może, system rozwala Olaf piosenką „Maneki neko”. Cudowny pełen niepokoju kontrabas na początku zwiastuje kolejną płytową perłę.
„Gentlemani nie rozmawiają o pieniądzach”? No to – jak mawia moja uczennica – pa tera!

Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, kaskę z daleka
Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, choć parę stów

– początek piosenki „Maneki neko”

No nie oderwiemy się od ziemi za daleko, gdyż Olaf stoi na straży racjonalności.  Z charyzmą, ale też spokojem pisze o swoim szacunku do ascezy i życia bez rozrzutności, równocześnie trzeźwo zauważając, że:

Mówią: pieniądze szczęścia nie dają
(no pewnie, że nie!)
– lecz ich brak również raczej nie

– fragment piosenki „Maneki neko”

Poczucie humoru w piosenkach Olafa jest gdzie indziej niż u Tymona. Podobnie jak w utworze „Babilon upadł”, rozbawia nas do łez  kompletnie pokręcony sposób łączenia tekstu z muzyką. Olaf robi to w tak nieoczywisty sposób, że właśnie ta nieoczywistość zmiata nas z planszy.
No i z tej piosenki również dowiedziałam się, że gdybym kiedykolwiek miała Olafowi czymkolwiek ewentualnie zaimponować, z rzeczy realnych zostaje mi tylko „zdrowa wątroba”. Nikt nie pytał, ale wyzwanie przyjęte!

„Mocz”

Szukacie po omacku, w głębi wierząc, że
wasz los odmieni się któregoś dnia
Kosmiczna miłość wleje się do waszych serc
a boskie światło wzniesie was do gwiazd
Jak ślepe kury przedzieracie się przez las
w niedoli i niewiedzy płyną dni
Czekając na Godota, który w kulki gra
Modlicie się i śnicie dziwne sny

– początek piosenki „Mocz”

pisze i śpiewa Tymon. Kolejna moc(z)na rzecz na płycie o lekkiej i przyjemnej muzycznej powierzchowności. Kolejny ważny, wart odnotowania temat – zagubienie wśród natłoku samozwańczych autorytetów i coraz powszechniejszej dezinformacji jako żyzny grunt dla pseudonauki. „Trudno nie wierzyć w nic” śpiewał Adam Nowak z zespołu Raz Dwa Trzy i – choć teza ta nie jest mi bliska – obserwacja dzisiejszego świata zdaje się potwierdzać, że w przypadku większości może tak być w istocie. Zaczynamy dostrzegać przemocowość religii, odchodzimy od tego, w co wierzyli nasi przodkowie, ale jako że natura nie znosi próżni, z przyjemnością przyjmujemy najbardziej absurdalne, wymykające się logice wymysły. (Od razu zastrzegam też, że nie piszę o duchowości, lecz wierze w cokolwiek, co ukształtowany rozum powinien kwestionować.) Równocześnie lgniemy do tych, którzy ochoczo wchodzą w rolę autorytetu, z tym że zatraciliśmy gdzieś po drodze umiejętność odróżnienia prawdziwych specjalistów w swojej dziedzinie od showmanów stawiających na efektowność. (W kwestii wiary w autorytety, zawsze odsyłam do Schopenhauera.)
Oczywiście moja interpretacja porusza kilka problemów naraz. Może nie zawsze się ze sobą łączą. Może nie zawsze w taki sposób. Inną kwestią jest ta, że zazwyczaj podejmującymi się tzw. samodzielnego myślenia są ci, którym brak odpowiednich do tego kompetencji. Dodatkowo efekt Dunninga-Krugera powoduje, że po sokratejsku mówiąc, nie mają pojęcia, jak wiele nie wiedzą. Kiedy napisał o tym Umberto Eco, został oskarżony o klasizm. Spróbujmy się zastanowić przez kogo.

Zbudźcie się!
Ziemia płaska jest jak blat
Zbudźcie się!
Reptylianie kontrolują świat
Zbudźcie się!
Zdajcie się na tajną moc
Ordo Templi Orientis Santa Klotz…

– fragment piosenki „Mocz”

usłyszymy w refrenie. Ale dlaczego „mocz”? To już wynika z przeuroczej końcowej części piosenki śpiewanej wspólnie przez cały zespół:

Mam ten mocz
mam całe mnóstwo moczu
Masz ten mocz
źródło mocy bije w twoim kroczu…
Mamy mocz, mamy całe mnóstwo moczu
Macie mocz – źródło mocy bije
w waszym kroczu

– końcowa część piosenki „Mocz”

Znowu przypomnijmy sobie o roli błazna. Zwraca uwagę na rzeczy ważne, ale jego rolą jest rozśmieszanie. Kiedy robi się zbyt poważnie czy mocno, on rozładowuje napięcie. Fizjologiczne żarty są zresztą do tego najlepsze. Czy wszyscy rzeczywiście, jak chcą nam wmówić wszelkiej maści coache, mamy moc? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest natomiast, że wszyscy mamy mocz, jak również (moja ulubiona fraza), że źródło mocy bije w naszym kroczu. Choć niestety kiedy ja to mówię, zaczynam się ocierać o wulgarność.

„Dziękuję Wam, Przyjaciele”

fot. Marianna Patkowska

Spokojne morze nie uczyni cię
wprawnym żeglarzem
By zdobyć doświadczenie
musisz przeżyć niejeden sztorm
Ludzie, którzy nauczyli mnie najwięcej
znali tę prostą zasadę
by zdobyć mądrość, musisz stracić coś…

– początek piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

Okłamywanie i zdradzanie własnego przyjaciela? Okradanie go i zniesławianie? Ale tak, to nie do Olafa. Nie do Olafa tak! No chyba, że chcecie zostać czarnymi bohaterami jego kurzej piosenki. Piosenki co prawda świetnej, ale czy na pewno warto?
Prawdą jest, że najlepiej szlifują nas trudne doświadczenia. Dobrze więc mieć wobec nich pokorę, a nawet znaleźć w sobie za nie pewną wdzięczność. To wiele ułatwia. Jednak wdzięczność wobec naszych oprawców za to, że przez nasz autonomiczny wybór reakcji na zło, jakiego od nich doświadczyliśmy, staliśmy się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi, to nawet dla mnie zbyt wysoki poziom abstrakcji.

Pamiętam, jak ktoś kiedyś, chcąc mnie pocieszyć, stwierdził, że powinnam być wdzięczna swojemu byłemu przemocowemu anglojęzycznemu partnerowi, bo związek z nim okazał się przełomowy w mojej nauce angielskiego. Może istotnie powinnam, ale nie jestem. Staromodnie preferuję naukę języka bez duszenia, wyzwisk, uciekania nocą w piżamie z przemocowego domu, nieustającego strachu i konieczności lądowania po niej na pięcioletniej terapii.

Biorąc pod uwagę ironiczny wydźwięk refrenu, Olaf zdaje się wychodzić z podobnego założenia:

Oszuści i złodzieje
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Fałszywi przyjaciele
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Zdrajcy i oszczercy
dziękuję – moja wdzięczność nie ma granic!
Bezcenni nauczyciele
Dziękuję Wam!

– refren piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

I na tej bardzo bliskiej mi ironii chciałabym się na chwilę zatrzymać. Tu zauważam coś ciekawego. Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnianej wcześniej płyty „Paszkwile” Tymona. Choć promująca album nieco mroczna piosenka „Pislam” może zwiastować co innego, jednak wydźwiękiem płyty jest apel, by tych naszych mniej lub bardziej pokracznych politycznych siewców zła… utulić. Utulić, rozpoznając, że istotą ich zła, jest ich własna krzywda. Że pomóc na to może tylko miłość. Nasza miłość. I w żadnym wypadku nie ma w tym ironii, choć może brzmieć to… tak dziwnie, że aż niedorzecznie. I w tym miejscu anegdota. Odwiedziliśmy Tymona albo tuż po nagraniu „Paszkwili”, albo nawet w trakcie ich nagrywania. Rozmawialiśmy o polityce i Tymon, sięgając po mleko, stwierdził:

W każdym trzeba widzieć Buddę. Nawet w jebanym pisowcu… niestety.

Ostatnie „niestety” zostało wypowiedziane z autentycznym zawodem. Tymon wyglądał jak mały skrzat, który chciałby sobie trochę poskrzacić, ale mu zabronili. Kompletnie mnie to uderzyło, bo nigdy wcześniej nie słyszałam równie autentycznego, ludzkiego wyznania, z którym tak łatwo można się utożsamić. Uduchowione osoby wyzbywające się niechęci do innych wydają mi się odczłowieczone czy odwrotnie – nadludzkie; pozbawione zmagania się ze swoją naturą (z moją naturą). W grymasie Tymona natomiast była wypisana cała ta nasza ludzka trudność w znajdywaniu w sobie serdeczności i ciepła wobec tych, którzy popierają zło i pchają nas wszystkich ku destrukcji. Nigdy nie słyszałam czegoś podobnego w swoim w połowie katolickim domu. Już prędzej, że nie wolno używać epitetu „jebany”, czy że każdy ma prawo wierzyć w to, co chce, z tym, że tak się akurat składa, że tylko katolicy mają w tej kwestii rację.

Odniosłam się do „Paszkwili”, dlatego że na „Uno Lovis Party” mamy do czynienia z Tymonem popaszkwilowym nie tylko, jeśli chodzi o stronę muzyczną, ale również tekstową. 

Olaf na płycie „Uno Lovis Party” w piosence „Dziękuję Wam, Przyjaciele”, rozlicza się z siewcami zła z życiu jednostki (swojego podmiotu lirycznego), żegnając ich jednak ozięble. Bez utulania i sentymentów, choć z wyczuwalną satysfakcją, że opisywanej jednostce udało się po tym wszystkim podnieść. Wypłynąć na powierzchnię. To słowa zwycięzcy, który swoją siłę dopiero odkrywa. To słowa zwycięzcy, do którego właśnie doszło, że jest nadal żywy, choć ciągle jeszcze obolały i ranny. Tak przynajmniej czytam użytą tu ironię (nieraz przybierającą postać sarkazmu), zdając sobie równocześnie sprawę z tego, że ironia jest środkiem stylistycznym często przez Olafa używanym. Że stanowi część jego stylu.
Ale piosenka szybko się kompletnie zmienia. Olaf staje się dziennikarzem radiowym, zachęcającym swoich słuchaczy do wzięcia udziału w pewnej akcji. Niebanalna akcja, ciekawi dodzwaniający się do radia słuchacze (zwłaszcza mój ukochany paraolimpijczyk Antek z Sopotu). Nic więcej nie zdradzę.

„Uno Lovis Party”

fot. Marianna Patkowska

Kiedy Kury uchylały rąbka tajemnicy, ilustrując fragmentami swoich piosenek rolki promujące płytę, moją uwagę przykuły pewne tajemnicze, intrygujące dźwięki. Byłam niemal pewna, że to intro albumu. Otóż nie. Okazało się, że to początek jednego z najdziwniejszych utworów na płycie – tytułowego „Uno Lovis Party”. Utworu dwóch twórców – Tymona i Olafa.

Żarty się skończyły
Ejaj kradnie mi prąd
Żarty się skończyły
system czyha na mój błąd
Żarty się skończyły
drony szyją mi dres
roboty grają jazz
szczeka wirtualny pies
Teksty cenzoruje mi
elektroniczny cieć
oplata mnie sieć
czuję się jak bio-śmieć
Oszukam algorytmy
i pójdę na plażę
Będę lizał tam bursztynki
i piachu się nażrę

– początek piosenki „Uno Lovis Party”

– melorecytuje dziwny, hipnotyzujący głos.

Swoją drogą obawa przed sztuczną inteligencją – jak najbardziej zrozumiała i wcale nie bezpodstawna – jest mi obca. Właśnie dlatego, że ludzkie mózgi, a już zwłaszcza ludzko-Kurze, są w wielu aspektach nie do podrobienia. Artyści przez wielkie A, myślący nieszablonowo, zainfekowani patologiczną wrażliwością chyba zawsze będą się wymykać wszelkim algorytmom. Oczywiście to, że AI dopiero raczkuje, nie oznacza, że całkiem niedługo nie stanie się perfekcyjna w obszarach, w których nie powinna być nawet używana. Trzeba patrzeć perspektywicznie i dostrzegać zagrożenia. Z drugiej strony kiedy widzę te filmiki z roznegliżowanymi kobietami-zombie lub zdjęcia z dodatkową trzecią ręką lub stopą zamiast dłoni, myślę, że jeśli chodzi o szeroko pojętą sztukę, możemy na razie spać spokojnie.

Potem zaczyna się pierwsza zwrotka piosenki, zaśpiewana głosem starca. (Udawanie głosów, aaaaa, ratujcie! Czy to Olaf? Olaf z Tymonem? Tymon?)

Byłem podłym drapieżnikiem
łowcą głów, hodowcą krów
lekkomyślnym lajkonikiem
psem na antylopy gnu
Nędzną resztką wyobraźni
wbrew genetycznemu złu
dałem ponieść się fantazji
woke wybudził mnie ze snu

– pierwsza zwrotka piosenki „Uno Lovis Party”

a potem już wszyscy razem zaczynają imprezowy refren:

Byliśmy przemocowi
ach, przepraszamy Was
nie chcemy być marsowi,
permutacji nadszedł czas

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten starczy głos to jakieś takie nawiązanie formą do piosenki Olafa „Emeryten party”, co niesłychanie mnie bawi. Prawdopodobnie zupełnie nieintencjonalne, ale nadal śmieszne.
Obserwowałam na koncertach Kur publiczność. Byłam jej ciekawa. Zauważyłam, że kiedy Tymon  używa na scenie epitetu „przemocowy”, rozbawia tym ludzi do łez. I choć na koncertach oczywiście dużo żartuje, to wydaje mi się, że jednak poczucie, że dawne żarty są dziś nie na miejscu tkwi w nim całkiem na serio. Być może w formie wewnętrznej toczonej z samym sobą dyskusji. To z kolei uruchamia mnie, bo uważam, że podważanie dziś „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” nie ma sensu. Lata 90. pod milionem względów były beznadziejne, ale powstawało wtedy równocześnie bardzo dużo ciekawej i wartościowej sztuki. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” to zapis tamtych czasów tamtym językiem. Wspomniane wcześniej krzywe zwierciadło trzymane przez błazna, a nawet w tym wypadku kilku błaznów. Dzisiejsze „przepraszanie” jest całkowicie nie na miejscu, bo nie jest winą kronikarza, że opisuje zastaną rzeczywistość. A Kury opisały ją w jeden z najlepszych możliwych sposobów. W moim subiektywnym przekonaniu nie tylko jak na tamte czasy, ale w ogóle. Tak po prostu.
Oczywiście, że mogę też nie wyczuwać do końca ironii. Przyjmuję jeszcze trzecie wyjście, że ironia Tymona (czy on w ogóle pisał ten akurat fragment?) może współistnieć z jego realną potrzebą przeprosin.
Przywołanie w zwrotce ruchu „woke” też jest tu istotne. Choć początkowo chodziło w nim tylko o uwrażliwienie społeczeństwa na przejawy dyskryminacji, dziś z tą samą nazwą kojarzona jest tendencja, żeby odpowiedzialność za uczucia odbiorcy komunikatu ponosił jego nadawca. I tu pojawia się podstawowy problem, gdyż odpowiadać możemy tylko za swoje intencje, czyny oraz emocje. Choć komunikat rzeczywiście mówi najwięcej o nadawcy, jednak jego odbiór jest już po stronie nomen omen odbiorcy właśnie. Myślę, że zwalnianie ludzi z przeżywania trudnych emocji, radzenia sobie z nimi, ale też asertywnego komunikowania swoich granic, osłabia ich. Równocześnie zwalnianie nadawców komunikatów z prawdziwej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa poprzez odgórne ustalenie, co powiedzieć można, a czego nie, osłabia zarówno nadawców, jak i sam język.
A wracając jeszcze do samej piosenki, zwróćcie uwagę, jak pięknie brzmi w niej głos Tymona. Przefajny numer.

„Pieśń o pleśni”

Albin mógł być bogiem
choćby wziętym proktologiem
koniec końców został pedagogiem
pół-człowiekiem, pół-hot dogiem

– początek piosenki „Pieśń o pleśni”

Płytę kończy urocza ballada Tymona pod tytułem „Pieśń o pleśni”. Jej zaśpiewany przez Maestro początek rozkłada mnie na łopatki zbitką „wzięty proktolog”, ale też budzi we mnie ciepłe skojarzenia z poezją mojego taty tworzoną na poczekaniu i opartą na starych dobrych częstochowskich rymach.

Kiedyś tata oświadczył nam, że rozważa przerzucenie się na pisanie wierszy białych, na co mama bez krztyny delikatności wyparowała, że „wtedy to już nie będą miały ani sensu, ani rymu”. A tata, choć faktycznie miał nieortodoksyjne podejście do roli sensu w wierszu, mocno się w tamtym momencie zasmucił. Kocham więc wszelką poezję absurdalną i jej wrażliwych twórców!

Druga zwrotka zaśpiewana przez Olafa obfituje za to w niezwykle trzeźwą i trafną obserwację świata i gdyby nie to, że w sekcji sł. figuruje Tymon, mogłabym przysiąc, że napisał ją Olaf.

Bobby zadał bobu
zlikwidować chciał pół globu
A dlatego taki popis dał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał…

– fragment piosenki „Pieśń o pleśni”

Czy to nie opis genezy większości bitew i wojen? Mały siur, po prostu. Niekoniecznie literalnie. To może być też niski wzrost. W każdym razie męski kompleks, na który cudownym lekarstwem okazuje się najczęściej globalne zniszczenie. Historycznie była to na ogół skala makro, ale w codziennym życiu to się dzieje nadal, tylko w skali – nomen omen zresztą – mikro. Nie trzeba najeżdżać sąsiedniego mocarstwa. Wystarczy zrujnować komuś życie, stać się wrzodem na czyjejś historii. Zbyt proste? Wręcz prostackie? Być może. Jako kobieta, blondynka i jedynaczka, która zdecydowaną większość swojego życia słyszała wypowiadane bez krępacji i przy całkowitym społecznym przyzwoleniu przez dorosłych samców żarty na temat korelacji:

  • emocjonalnej niestabilności kobiet z ich okresem,
  • głupoty ze swoim naturalnym kolorem włosów, czy
  • egoizmu i rozpieszczenia z nieposiadaniem rodzeństwa,

śmieję się dziś z tej oczywistej, wypływającej ze wspaniałych Kurzych gardeł tezy dotyczącej stereotypowego męskiego sposobu radzenia sobie z deficytami. Nawet jeśli to czyimś zdaniem słabe, #MnieŚmieszy.
W refrenie robi się jednak bardzo po tymańsku. Nie to, żeby wcześniejszy żart w jego stylu nie był, ale tu wjeżdża cała paszkwilowa filozofia. Jeśli ktoś nadal nie rozumie, czemu odbieram odwiedziny u Tymańskiego jak pouczającą podróż do Mędrca, którą potem za każdym razem muszę sobie ułożyć w głowie, spacerując plażą i patrząc na bezkres morza, niech wczyta się w te słowa i przestanie gwiazdorzyć:

Ciemność jest w nas
tulmy diabła, póki czas
Światło jest w nas
choć leżymy raz po raz
Bóg, bies i ta pieśń
wszystko w naszych głowach trwa
Gdzie byt – tam i pleśń
Miłość, zgniłość, Ty i ja…

– refren piosenki „Pieśń o pleśni”

Piękne zakończenie pięknego krążka.

Po którymś wspólnym wysłuchaniu zapytałam Bartka, czy nie ma wrażenia, że nawet te piosenki, które nie są Tymona, mają w sobie wyraźnie odciśnięte jego piętno. Przecież zarówno najstarszy w Polsce (po Maryli, rzecz jasna) koncertujący muzyk – Przystojny Olaf, jak i w samym kwiecie wieku Szymon Burnos są artystami z ogromnym własnym dorobkiem. Artystami określonymi, wyraźnymi. Jednak… obojętnie jak dużo wolności i przestrzeni nie dałby im na płycie Tymon, to właśnie on sam w jakiś przedziwny sposób jest tych wszystkich wspaniałych piosenek wspólnym mianownikiem.

– Wiesz, Tymon, spotykając się z ludźmi, zwłaszcza w przestrzeni artystycznej – stwierdził poważnie Bartek, – zostawia w nich taki wyryty napis „tu byłem”.
– To piękne – odparłam.
– Oplata cię jak bluszcz i rozrasta się w środku jak grzyb… – kontynuuje Bartek.
– Hmmm…
– Jak taka pleśń stopniowo pokrywająca każdy najmniejszy zakamarek… – rozpędza się.
– Dżizas, dobra, zrozumiałam za pierwszą metaforą!

Matko! Dziś myślę, że to ciekawy dobór słów; Bartek co prawda poznał płytę bardzo dokładnie, ale nie pamięta wszystkich tytułów piosenek.

– A to pożegnalne szeptanie na samym końcu? – dopytuję Bartka. – Czy to… Szymon?
Zaskoczyłam sama siebie tę znikąd niewynikającą konkluzją, no ale… szeptanie to też rodzaj zmienionego głosu.
– No co Ty? To Tymon przecież!
– A skąd jesteś tego taki pewien? – brnę bezsensownie w tezę o głosie Burnosa.
– Wiesz, ile razy Tymon szeptał mi do ucha? – wyznał, z pewnym niezrozumiałym dla mnie niesmakiem Bartek.

I tym sposobem niestety wygrał, bo mnie do ucha Tymon nie szepnął ani razu. Ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś się w tej kwestii zmieni.

Dotarłam już do końca swojej długiej i zawiłej opowieści o tej doskonałej płycie. Od napisania pierwszego zdania do postawienia ostatniej kropki minęło dokładnie pół roku. Nie ukrywam, że… trochę się do tego rozgrzebanego, pełnego wątpliwości i własnego autosabotażu tekstu przyzwyczaiłam i jest mi się z nim trudniej rozstać niż początkowo myślałam, że będzie. Jednak równocześnie zupełnie nieoczekiwanie przytrafiła się do opublikowania tego wpisu doskonała okazja, a nawet dwie.

No bo kto dziś w tym nieudanym (jak słusznie opisuje go Tymon) kraju świętuje swój dzień?
Otóż MĘŻCZYŹNI!

A kto właśnie dziś też… POSTARZAŁ SIĘ O ROK?
Nie może być inaczej – Olaf!

Przypadek? Tak sądzę. Jednak ciekawy, nieprawdaż?

nNajlepszości, Męskie Kury!

nNajlepszości, Przystojny Olafie!

Wasza płyta z każdym przesłuchaniem daje mi coś nowego, a z rzeczy starych i niezmienNychdaje nieustająco nieprawdopodobną radość! Dziękuję Wam!

P.S. A na deser moja rzeczona próba zmierzenia się z odtworzeniem harmonii z filmiku, na którym po raz pierwszy usłyszałam refren „Teflonowego mózgu”, ale najpierw kurzy oryginał.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rok 2024 oczami nNi – podsumowanNie

fot. Bożena Szuj

Poprzedni rok upłynął mi pod znakiem notorycznego spóźniania się z blogowymi tekstami. Ten, jak widzę, nie zaczyna się dużo lepiej. Odpowiedzialności za ten stan rzeczy dopatrywałam się przede wszystkim po stronie nowych obowiązków związanych z pojawieniem się w naszym życiu psa. Z perspektywy wydaje mi się też, że zaczęłam naprawdę żyć i przestałam mieć czas na opisywanie tego. To raczej dobrze, ale ciągle do tego nie przywykłam. Poczułam apetyt na życie, a nawet z zadeklarowanej introwertyczki przeistaczać się w ekstrawertyczkę, która… lgnie do ludzi i sytuacji towarzyskich. A smutna prawda o pisaniu jest taka, że to bardzo samotnicze zajęcie, wymagające umiejętności wyciszenia i odizolowania się. Już nawet miałam ten niemal w całości napisany tekst wyrzucić na śmietnik niepoznanej przez nikogo historii, lecz z pomocą przyszła dzisiejsza data – 1 kwietnia, prima aprilis. W końcu kiedy zrobić spóźnione podsumowanie poprzedniego roku, jak nie 1 kwietnia roku następnego, skoro nie zdążyłam z tym ani na początku, ani na końcu stycznia? Co się zaś tyczy „niemal w całości napisanego tekstu”, przeczytałam dzisiaj na stronie Kur niezwykle mądre słowa:

płyta jest gotowa w 60%, co znaczy dokładnie tyle, że nie jest jeszcze gotowa,

które staną się chyba moim nowym mottem. A w każdym razie powinny się nim stać.

Mijający rok był jednym z najbardziej zaskakujących w moim życiu. Z jednej strony wszystko wydarzało się tak naturalnie i płynnie, że kiedy o nim myślę, wydaje mi się, że był całkiem nudny i zwyczajny. Z drugiej jednak strony jestem po tylu rewolucjach i radykalnych zmianach, że trudno mi sobie wyobrazić, że to wszystko wydarzyło się w ciągu zaledwie dwunastu miesięcy. Z ogromną przyjemnością postaram się go (dopiero) dzisiaj podsumować.

Stycz 2024

fot. Bożena Szuj

W styczniu straciłam przyjaciółkę. Nasze drogi się rozeszły. Mniejsza o szczegóły. Każdy ma w każdym momencie prawo opuścić relację, jeśli coś go w niej uwiera. Jeśli znajomość po pewnym czasie robi się całkowicie jednostronna, trudno mieć żal do osoby, która jako pierwsza nazwie to po imieniu. Oczywiście przykro jest być wybitym ze złudzeń co do ważności miejsca, które zajmuje się w czyimś życiu, ale jeszcze gorzej jest utknąć we własnej odrealnionej fantazji i karmić się substytutami tego, czego dla samych siebie chcemy.
Ludzie w naszym życiu pojawiają się z różnych powodów. Są dla nas lustrami. Uświadamiają nam nasze potrzeby, tęsknoty. Pokazują nam, jakie są nasze ograniczenia, ale też, jak wiele jesteśmy w stanie udźwignąć. Uskrzydlają nas lub nasze skrzydła podcinają. Nikt nie jest nam dany raz na zawsze, natomiast prawie każdy pomaga nam dowiedzieć się czegoś o sobie samym.
Utrata, którą przeżyłam, jak bolesny upadek, w rzeczywistości zrzuciła mi z oczu klapki. Dostrzegłam (trochę na zasadzie kontrastu), że mam wokół siebie osoby, które chcą i mogą dać mi dokładnie to, czego potrzebuję. Moja ukochana Iyanla Vanzant często powtarza, że nie możemy nikogo zmusić do tego, żeby nas pokochał na naszych warunkach. Możemy natomiast uważnie przyjrzeć się temu, w jaki sposób potrafią kochać inni i na tej podstawie wybrać, z kim chcemy w relację wejść. Nie tylko zresztą romantyczną – jakąkolwiek.
Uświadomienie sobie tego było dosyć przerażające. Przyjaźń, którą straciłam (choć do niedawna jeszcze uważałam ją za niemal idealną), zostawiała niesłychanie dużo miejsca dla wyobraźni. Zbyt dużo. Brak fizycznych spotkań przez dzielącą nas odległość, coraz rzadsze rozmowy telefoniczne (wiecznie obiecywane i wiecznie przesuwane na inny termin, bo „codzienne życie”, którego ja – nie mając męża, dzieci, stałej pracy i późno rozpoczętych studiów – przecież nie miałam); moje coraz bardziej obsesyjne nagrywanie się na komunikator. Z pewnością męczące. Czy to przypadkiem nie ten sam schemat, który przerabiam w przeróżnych formach już od dziecka? Pragnienie miłości z zewnątrz przesłaniające nieumiejętność kochania siebie samej. Strach przed zawalczeniem o coś lepszego dla siebie z obawy o to, że utracę dawno niedziałającą, ale jednak istniejącą atrapę. Tu nie ma winnych i ofiar. Są ludzie, ich potrzeby i możliwości, a także określony czas, który czemuś sprzyja, a czemuś innemu nie.
Niezależnie, co w tamtym momencie o sobie usłyszałam i pomyślałam, wiem dziś jedno. Ta sytuacja, podobnie jak cały ten rok, była o umiejętności stawiania swojego dobra na pierwszym miejscu. To ciągle niesłychanie dla mnie trudne ze względu na wpojone mi kiedyś przekonania, by zamiast do wewnątrz, patrzeć na zewnątrz. Zmiana tej zwrotnicy zajęła mi wiele, wiele lat, pochłaniając też sporo pieniędzy. Dziś, choć wiem już, że dobrym człowiekiem można być tylko w pełnej ze sobą integracji, nadal czuję zagubienie, kiedy muszę wybrać między swoim, a cudzym dobrem. Już uwzględniam swoje potrzeby (co jest ogromnym postępem), ale powtarzana mi w dzieciństwie, jak mantra fraza:

ale wtedy jej/jemu będzie przykro

nadal mnie prześladuje. Ten drugi odrębny byt ma we własnych rękach taki sam ster do swojego życia, jaki ja dzierżę do swojego. Ma takie samo prawo do odczuwania bólu i przykrości. Ja jednak mimo to zarzucam pelerynkę i lecę na ratunek, narcystycznie wierząc w swoją urojoną omnipotencję. Oto ja tę osobę uchronię. Ja jej pomogę. Odrobię za nią jej lekcję. Tylko że… to jej lekcja. Nauczyłam się nie odchodzić z sytuacji, w których ktoś z pewnością okaże się przegrany, z zupełnie niczym. Wyszarpywałam (staczając wcześniej walkę z samą sobą) kompromisy i wszelkie mniejsze zła. Żeby komuś nie było bardziej przykro, niż by mogło. A jeśli, do cholery, ograbiałam go w ten sposób z lekcji, którą tak czy tak będzie musiał odrobić?! Nie chodzi przecież o to, by wyzbywać się życzliwości do ludzi, ale o pokorne przyjęcie do wiadomości, że nie wszystkie nasze wybory będą się innym podobać. Niektóre, mimo naszych najlepszych intencji, chociaż nie mają z innymi ludźmi nic wspólnego, mogą ich zranić (najczęściej z powodu ich własnych nieprzepracowanych traum i ran, na które nie mamy najmniejszego wpływu). To zawsze boli, kiedy jesteśmy empatyczni. Nie chcemy przecież ranić. Dlatego tak łatwo wpaść w pułapkę umniejszania sobie, odpuszczania w ważnych dla siebie kwestiach, bo ja to przecież jakoś przeboleję, a ten ktoś – nie wiadomo. Jak można nazwać taką postawę, jak nie zwykłą pychą i paradoksalnie myśleniem o sobie z pewną wyższością?
Po trudnej, burzliwej i kilkuetapowej rozmowie z przyjaciółką, po raz pierwszy w życiu postawiłam sobie następujące pytania:

Jak od tej chwili chcę być traktowana w relacjach?
Dlaczego tak łatwo w przyjaźniach rezygnuję ze wzajemności?
Co cenię w sobie, jako przyjaciółce?
Czy chciałabym mieć przyjaciółkę, która potrafi dać mi to, co daję ja?
Czy umiałabym się przyjaźnić z osobą, której potrzeb nie zaspokoję nigdy, bo mój sposób kochania i dawania jest całkowicie odmienny od jej oczekiwań?
Czy jestem na tyle silna, żeby tym razem udźwignąć zarzuty o to, że „się obrażam”, „uciekam”, czy „postępuję wg schematu”, wg którego wiem, że nie postępuję i z podniesioną głową stanąć za sobą, nie dyskutując z tym, co prawdą nie jest?
Czy jestem na tyle silna, żeby stanąć za swoją decyzją o tym, że zasługuję na znacznie więcej niż w danej relacji dostaję i – jeśli zostanę – będę dostawać?

Dwa ostatnie były najtrudniejsze. Po raz pierwszy udźwignęłam. Opowiedziałam o bólu i przestałam go czuć. Zanurkowałam w siebie. Nie chowałam urazy czy żalu. Rozumiałam nareszcie, że moje racje mają prawo być wypaczane z pierwotnych intencji. Nie mam wpływu na ich odbiór, nie mam wpływu na czyjąś złość i smutek. Jednak ani ta złość, ani smutek nie są o mnie. Nie mogą mi nic zrobić, kiedy mocno trzymam własne plecy. Tak, mogę sięgnąć po więcej dla siebie teraz. I to wcale nie odbiera drugiej osobie jej wartości i doskonałości. Piękne i uwalniające doświadczenie, a jesteśmy dopiero w styczniu.

Luty 2024

fot. Bożena Szuj

Najcudowniejsze w moim życiu Walentynki spędziłam na wizycie w gabinecie psychiatrycznym online, podczas której dostałam w końcu opartą na długiej rozmowie i wcześniejszym teście diagnozę ADHD. W tej jednej chwili wszystkie porozrzucane elementy poskładały się nagle w czytelną całość. Byłam niewiarygodnie szczęśliwa, oszołomiona, ale też… wkurzona. Wkurzona na wszystkich, którzy moje problemy zdrowotne, kiedy można było zacząć działać, zaniedbali. Wkurzona na społeczną nieświadomość, na brak kompetencji wszystkich moich kolejnych lekarzy, a także wkurzona na to, że od samego początku miałam rację, tylko nikt nie chciał mnie słuchać. Oczywiście nie przyszło mi wcześniej do głowy, że moja inność ma związek z ADHD, ale większość wynikających z niego ograniczeń była z pogardą uznawana za lenistwo. Najwidoczniej nie starałam się wystarczająco. Owszem, starałam się ponad siły, żeby być wystarczająco dobrą dziewczynką, wystarczająco dobrą przyjaciółką, wystarczająco dobrą córką, wystarczająco mądrym człowiekiem (choć od zawsze palił mnie i pali nadal wstyd, ilu rzeczy nie wiem), wystarczająco dobrą partnerką, wystarczająco dobrą katoliczką. Kiedy nie jest się w oczach najbliższych, ale przede wszystkim swoich własnych wystarczającym, żadne ponadludzkie starania nie uczynią nas w niczyich oczach wystarczająco jakimikolwiek.

I jeśli ktoś ma teraz ochotę pouczyć mnie frazesem, że:

nie mogę się złościć za to, że nikt nie umiał tego wtedy zdiagnozować,

odpowiem krótko:

mogę!

Mam prawo do emocji, nawet skrajnych. Czy kogoś obwiniam? Nie, choć irytuje mnie zarówno poziom medycznej niewiedzy, jak i braku większej wrażliwości na osoby mające inaczej.
Po radości, oszołomieniu i wkurzeniu związanymi z diagnozą, przyszła bezsilność. Pytanie, jak odnaleźć się w świecie, który ADHD odkrywa dopiero teraz, razem ze mną. Pytanie, czy pomogą mi leki, czy pomoże mi psychoedukacja. Wielka niewiadoma, od której nie ma odwrotu. Miałam gigantyczne szczęście, trafiając na doskonałą psychiatrę. Mniejsze – w kwestii psychoedukacji, ale i to udało się po jakimś czasie wywalczyć. Bo tak, zaczęłam w końcu o siebie walczyć, sięgać wyżej, nie przyjmować ochłapów i nie przepraszać za domaganie się tego, co mi się należy. Czy po trupach do celu? Nie. Po prostu wreszcie odmówiłam bycia stratną z powodu czyichś zaniedbań. Dla osób, które znają mnie od lat i wolą mnie sprzed terapii, to rodzaj buty. Dla osób asertywnych, kibicujących mi w moim rozwoju, absolutna normalność.

📖 Nie zamierzam wymieniać tu wszystkich lektur każdego miesiąca, ale faktycznie obydwie przeczytane w lutym pozycje odcisnęły na mnie piętno. Zarówno książka „Wszyscy wiedzieli” Karoliny Korwin-Piotrowskiej, jak i „Małe końce świata” Justyny Mazur. Obie przeniosły mnie do smutnych czasów, kiedy przemoc wobec kobiet, dzieci, a także podwładnych była społecznie akceptowana. Do czasów, w których wierzyło się tzw. autorytetom, zapominając, że bycie w jakiejś dziedzinie fachowcem nie jest równoznaczne z posiadaniem monopolu na moralność. Istniało straszne powiedzenie (na szczęście niepopularne w środowisku, w którym dorastałam):

nie mów nikomu co się dzieje w domu

czy inne, może już bardziej w nim popularne:

zły to ptak, co swoje gniazdo kala,

więc gniazda nie kalano. Odnosząc się do książki Korwin-Piotrowskiej, wielkich artystów, ale chamów, nie uczono, jak chamem nie być, tylko się do nich dostosowywano. Trudno się nawet dziwić, że potem taki osiemdziesięcioletni Krystian Lupa, stykając się ze szwajcarską cywilizacją, doznaje szoku. Prawa? Pracownicze? Przecież on jest pan i władca, a nie, jakiś tam, szeregowy zwierzchnik. Śmieszne, ale nie dla aktorów zaznających przemocy.
Z kolei Mazur, opisując własne doświadczenia, przypomina, jak głuche było nasze społeczeństwo w latach dziewięćdziesiątych na głos dzieci i młodzieży. Samozwańczymi autorytetami byli rodzice, nauczyciele i księża. Szczęśliwy ten, kto trafił na autorytety sensowne.
Czytając obie książki, zwłaszcza w kontekście „Chłopek”, zrobiłam kolejny całkiem spory krok w kierunku zrozumienia siebie.

Marzec 2024

fot. Bożena Szuj

W marcu stał się cud. Po marzeniu przez całe życie o psie, a potem kilku latach snucia z Partnerem wizji powiększenia naszej rodziny o czworonoga, w końcu dojrzeliśmy do podjęcia ostatecznej decyzji i… adoptowaliśmy Żuli. Nie chcę powtarzać całej, często przytaczanej tu historii. O tym, ile ten pies dla nas obojga znaczy, ile nas uczy, w końcu jak pomógł nam zweryfikować niektóre znajomości – pisałam dużo.
W poprzednim tekście, pisałam:

I tu z pomocą przyszła psióreczka, którą przy szukaniu pracy muszę brać przecież pod uwagę, ale zrobiła to w nieco bardziej złożony sposób. Pokazała mi, że przy swojej reaktywności i poważnych traumach, jakich doświadczyła przed trafieniem do nas, potrzebuje silnych i zrównoważonych opiekunów. Nie kogoś, kto się nią zasłoni, szukając pracy, tylko kogoś, kto szukając pracy uwzględni najpierw swoje własne potrzeby. Kogoś, kto będzie wiedział, jak uszczęśliwić siebie samego, bo dopiero wtedy będzie mógł się zabrać za uszczęśliwianie jej!

– fragment wpisu „Uważaj, czego sobie życzysz, czyli październik i listopad

I tak bym też dziś podsumowała rewolucję, jaką było dla nas jej przygarnięcie. Ta niespełna siedmiokilogramowa futrzasta istotka pokazała nam kompletnie inny wymiar miłości. Pomogła nam też zredefiniować naszą relację – dziś nie mamy najmniejszych wątpliwości co do tego, że tworzymy rodzinę. Nie mamy też wątpliwości co do tego, jakie zajmuje ona miejsce w naszej hierarchii wartości. Nie oznacza to, rzecz jasna, że wcześniej nasz związek nie był dla nas istotny. Od początku był. Dziś jednak oboje staliśmy się zdecydowanie bardziej asertywni. Priorytetem jest dla nas nasza rodzina, co nie każdemu się oczywiście podoba. Na szczęście nie musi.

Kwiecień 2024

fot. Bożena Szuj

W kwietniu nie wydarzyło się specjalnie dużo, może oprócz nerwów związanych z pakowaniem, bo na początku maja wyjeżdżaliśmy do Gdańska. Wypracowaliśmy już, zwłaszcza z pieskiem, jakąś rutynę, więc nieco się obawiałam, jak to będzie nad morzem. Z drugiej strony zaczęłam z panią doktor proces dobierania odpowiednich leków na ADHD, w związku z czym znacznie lepiej niż wcześniej panowałam nad własnym życiem. Spędziliśmy cudowne święta we trójkę – bez spiny i stresów. Pozostał tylko jeden powód do zmartwień – mój brak stałej pracy. Cieszyłam się jednak, że zaczęłam psychoedukację, która ostatecznie miała mi pomóc przede wszystkim właśnie w tym. Wierzyłam, że krok po kroku zbuduję większą świadomość własnego zaburzenia i pokonam opór mózgu. Opór, którego powodu jeszcze wtedy nie rozumiałam.

Maj 2024

fot. Bożena Szuj

W maju byliśmy już w Gdańsku. Pierwszą rewolucją była moja decyzja o odejściu z Mary Kay. Opisałam ją dokładnie w majowo-czerwcowym tekście. Streszczając, czułam, że zgodna ze sobą będę dopiero wtedy, kiedy ze swoich kosmetyków do pielęgnacji twarzy wyeliminuję te, co do których składu nie mam stuprocentowej pewności, jak również te, których producenci testują swoje produkty na zwierzętach. Był to doskonały moment, bo kosmetyki zaczęły mi się kończyć, a pieniędzy na kolejne nie miałam zbyt dużo. Szukając na własną rękę, odkryłam wspaniałe polskie firmy, produkujące świetne jakościowo i zadziwiająco tanie mleczka, żele, toniki, kremy i sera. W dodatku cruelty free. Niby drobiazg, głupota, ale dla mnie ogromny krok w kierunku samodzielnego stanowienia o sobie i życiu w zgodzie z własnymi wartościami.
W Gdańsku natomiast czułam, że omija mnie większość przyjemności, takich jak np. wspólne wyjścia do Boto czy innych lokali, gdzie Partner mógł sobie pograć na perkusji, a ja z naszą przyjaciółką pogadać i pożartować. Jako świeżo upieczona adopcyjna matka, nie umiałam zostawić Żuli samej na zbyt długo. Tak, oczywiście trzeba ją było tego nauczyć, no i nie była już przecież szczeniaczkiem (trafiła do nas, mając 1,5 roku), ale też ze względu na brak jakiejkolwiek wcześniejszej socjalizacji, właściwie trzeba jej było pokazywać wszystko całkowicie od początku. W dodatku weterynarz stwierdził jej pierwszą urojoną ciążę, więc była duża szansa, że jej agresja lękowa jest tylko przejściowa i z czasem się uspokoi. Nie oczekiwałam od Partnera, że zamknie się z nami w domu. Chciałam, żeby wychodził, grał i bawił się z naszymi znajomymi, pozdrawiając ich ode mnie. Ale sama nie byłam jeszcze na taką rozłąkę gotowa.
Z jednej strony więc maj był dla mnie mniej rozrywkowy niż mógłby być, ale z drugiej, wspominam go bardzo dobrze. Chodziłyśmy z małą na długie i piękne spacery po pobliskim lesie. Jedno jedyne wspólne wyjście nad morze skończyło się zjedzeniem przez Żuli prawie całego piasku z plaży, a potem wydalaniem go przez kilka dni w postaci mokrych piaskowych klocków o przykrym zapachu psiej kupy. Na wejście do wody się jednak nie skusiła. Ograniczyłam więc nasze spacery wyłącznie do lasu.
Zaczęłam też sprzedawać na Vinted nienoszone ubrania, co mocno mnie wciągnęło. Leniwy maj był ciepły i miły.

Czerwiec 2024

fot. Bożena Szuj

Czerwiec był porównywalnie leniwy i porównywalnie ciepły, a ja całkowicie zatopiłam się w niezwykłym mózgu Tymona Tymańskiego, czytając jego fenomenalnego „Sclavusa”.

📖 „Sclavus” to jedna z najlepszych książek, jakie trafiły w moje ręce. Po więcej rozważań na jej temat odsyłam do swojej recenzji, w której zapomniałam niestety zwrócić uwagę na bardzo istotny aspekt. Tymański w „Sclavusie” nie tylko zdradza historię Totartu, czy obnaża swoją fascynującą nastoletnią głowę, ale też rozlicza się ze swoim patriotyzmem. Pisze pięknie i czule o kraju, w który – mimo rozpanoszonej strasznej komuny – wierzył. O kraju, który na jego oczach z komuny się wyzwolił. Rozkłada na czynniki pierwsze nasze narodowe traumy, porównując doświadczenia polskich chłopów do piętna niewolnictwa, z którym do dziś zmagają się czarnoskórzy. A potem z bolesną szczerością ujawnia, czemu to już nie jego kraj. Te fragmenty są dla mnie wstrząsające, bo czuję bardzo podobnie.

Lipiec 2024

fot. Bożena Szuj

W lipcu zaczęłam pracę w świetlicy Biblioteki Społecznej Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze”, kontynuując przygodę sprzed roku. W nowym letnim zespole byłam weteranką. Poznałam fantastyczne dziewczyny i trochę nowych dzieci. Zobaczyłam też wszystko… w nieco inNych barwach. Moim problemem jest zbyt szybkie idealizowanie tego, co początkowo robi na mnie dobre wrażenie. Niby wiem to o sobie, próbuję jakoś powstrzymywać ogromną emocjonalność, z jaką podchodzę do wszystkiego, co nowe, ale nie zawsze mi się to udaje. Niewątpliwie ma to nierozerwalny związek z potrzebami ADHD-owego mózgu. W końcu pociąga mnie to, co fascynujące, ekscytujące i niesamowite, a odrzuca to, co zwyczajne, nudne czy niezgodne z moimi przekonaniami.
Rok temu pracę w świetlicy postrzegałam jako kontrast do pracy w gastronomii, gdzie niechcący utknęłam. Z dziwnego, nastawionego na napiwki i jak największe zarobki (choć nasze wypłaty były naprawdę słabe) środowiska trafiłam do imponującej biblioteki prawdziwego Społecznika mającego wielkie idee i ciekawy literacki gust. Choć moja sytuacja materialna była, delikatnie mówiąc, nie do pozazdroszczenia, kiedy miałam do wyboru urabianie się po pachy jako dostająca hojne napiwki kelnerka, albo opiekę nad dziećmi ze Stogów na pół etatu przez dwa miesiące w przybibliotecznej świetlicy prowadzonej przez człowieka z wizją, nie wahałam się nawet minuty. Nie ma nic gorszego od pracy bez sensu, a ja w gastronomii nie umiałam odnaleźć dla siebie sensu (co nie oznacza rzecz jasna, że wszędzie tak jest).
W tym roku zdjęłam różowe okulary i zobaczyłam sporo niekonsekwencji, którą trudno mi było przyjąć. Moja wiedza związana zarówno z terapią własną, jak i psychologią oraz rozwojem dzieci nie pozwalała mi się zgadzać z tezami, które uważałam za szkodliwe. Oczywiście pracując w miejscu, które ma szczytne cele, a ciągle boryka się z brakiem pieniędzy, staje się przez innymi wyzwaniami niż w profesjonalnie wyposażonych świetlicach. Z jednej strony nie rozmnożymy uwielbianych przez dzieci flamastrów, z drugiej limitowanie darów, żeby „starczyły na dłużej” budzi w dzieciach zrozumiałą frustrację, bo przecież są to dary dla nich. Wolą ich nie mieć, niż mieć, ale nie móc z nich korzystać na swoich zasadach. Uczenie cierpliwości i oszczędzania ma ogromny sens (zwłaszcza, jeśli połączy się to z lekcją ekologii), ale to wszystko powinno być powiązane nie z naszym wyrobionym kiedyś – nawet jeśli na lekturach Korczaka – obrazem dzieci, ale z ich aktualną obserwacją. Duży bunt budzi we mnie sformułowanie, że dziecięce rysowanie, kolorowanie, czy układanie koralików jest „bezproduktywne”. Co to w praktyce oznacza? Wszelkie plastyczne aktywności są mózgowi potrzebne, pomagają mu się zrelaksować. Łatwo to zaobserwować na oddziałach psychiatrycznych podczas terapii zajęciowej. Czy istnieje po to, by robić potem z tych prac wystawy? Nie. Ona pomaga się mózgowi uspokoić po trudnej i wymagającej terapii. Dzieci sięgają po kolorowanki instynktownie. Nawet, jeśli dorosłym się wydaje, że powinny akurat w tym momencie jeździć na hulajnodze, bo jest ładna pogoda.
Paradoksalnie dopiero widząc sprawy jakimi są, zaczęłam tę pracę naprawdę czuć. Moje odrębne zdanie na niektóre (bo przecież nie wszystkie) tematy zaczęłam rozumieć, jako pewną wnoszoną do zespołu wartość. Różnice są dobre i mogą być niezwykle twórcze. A poza wszystkim to ważna oczywiście dla mnie i dająca sporo satysfakcji i spełnienia, ale jednak tylko praca. Byłam sumienna i oddana, ale też wracałam z niej do własnej rodziny. Do Żuli, która mnie potrzebowała, do Partnera, któremu pomagałam porządkować apartament. Odnalazłam nową, zdrowszą perspektywę.

📖 Książkę „Naku*wiam Zen” Marii Peszek wypożyczyłam właśnie z Biblioteki Społecznej Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze” i choć jej lektura wywołała u mnie bardzo mieszane uczucia, cieszę się, że ją zgłębiłam. Znakomicie wpisała się w moje lipcowe odnajdywanie siebie w kontrze do świata, która wcale nie musi być destrukcyjna dla tej mojej ze światem relacji.

Sierpień 2024

fot. Bożena Szuj

W sierpniu nadal jeszcze pracowałam w świetlicy, a co weekend jeździłam na przepiękną plażę na Stogach skorzystać ze słońca, względnie ciepłego i czystego morza, a także całkiem pustych fragmentów tej wyjątkowej plaży. Czułam się, jak na wakacjach. Dodatkowo w piątki odwiedzaliśmy obowiązkowo naszą Przyjaciółkę, a Żuli coraz bardziej się z nią oswajała, co nas niebywale cieszyło. Moje letnie życie towarzyskie powoli zaczęło wracać do normy. No spełniło się też jedno z moich większych marzeń – poszliśmy na koncert Kur! W dodatku Kury grały piosenki z „Polovirusa”, więc już w ogóle obłęd!

📖 Kiedy tylko dowiedziałam się, że Natalia Tur wydała kolejną książkę – „I po związku. Jak przeżyć i zrozumieć rozstanie”, wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Cudownie było ją zamówić, a potem zabierać ze sobą na plażę, choć obawiałam się pewnej ciężkości tematu, tym bardziej, że nie dotyczył mnie bezpośrednio. Tak mi się przynajmniej wydawało. Okazało się, że byłam w błędzie. Nie rozstawałam się co prawda z Partnerem, ale wybieranie siebie przeważnie oznacza rezygnowanie na poszczególnych etapach życia z relacji, które z różnych powodów nas już nie karmią (lub wręcz nas trują). Książka okazała się zadziwiająco  pomocna w wielu moich rozterkach. Pomagała mi też oswoić bardzo trudne w tym roku dla mnie rozstanie z latem.

Wrzesień 2024

fot. Bożena Szuj

Wrzesień nadciągnął wraz z jakąś straszliwą pustką. Niby nadal było ciepło, ale kilka chłodniejszych dni zaczęło zapowiadać niechybne nadejście jesieni, a potem zimy. Skończyłam pracę, więc znowu znalazłam się w punkcie wyjścia. Wiedziałam jedynie, że muszę szukać nowej, ale nie miałam pojęcia, gdzie. Zakopane przerabiałam już tyle razy. Gdańsk był całkowicie nowym lądem. Najbezpieczniejsza wydawała się jakaś bliżej nieokreślona praca zdalna, ale marzenia o pisaniu za pieniądze i podróżowaniu za to po świecie też już przerabiałam. Niedawna afera związana z wynagrodzeniem fenomenalnej Joanny Kuciel-Frydryszak za „Chłopki” nie napawa optymizmem…
Potykałam się o rzeczywistość, zapadając a to na covid, a to na kolejne przeziębienia, co pociągnęło za sobą przykre konsekwencje – leki na ADHD przestały działać.

📖 Jednym z nielicznych jasnych punktów września była lektura – nomen omen książki autorstwa Joanny Kuciel-Frydryszak właśnie – znakomitych „Służących do wszystkiego”. Również zresztą nienapawająca optymizmem…

Październik 2024

fot. Bożena Szuj

Początek października był zimny i ponury. Zaczęłam nałogowo gotować, a soundtrackiem mojego życia stała się najnowsza wspaniała płyta Tymańskiego „Republikacje”. Po wielu rozterkach, wspólnych rozmowach z Partnerem i pewnym nieoczekiwanym zwrocie akcji, przed jakim postawiło nas życie, podjęliśmy decyzję o tym, że zostanę w Gdańsku i tu będę szukać pracy. Decyzję trudną, ale też w pewnym sensie oczywistą. Do dzisiaj zresztą (a mamy już kwiecień), nie jestem w stanie uwierzyć w to, że tu mieszkam, choć nie wszystko układa się tak, jak bym chciała. Wracając jednak do nieco cieplejszego później października – był dla mnie w całości utkany z drżenia i niepewności.

📖 Słońce wlała w moją duszę wspaniała Pamela Anderson, swoją świetną, zabawną i wzruszającą (oraz napisaną przez siebie, a nie ghostwritera) autobiografią „Love, Pamela”. Jak już po tym wpisie widać, całkiem sporo książek czeka na zrecenzowanie ich tutaj. Z tym również jestem niestety spóźniona. Nie napiszę więc dziś za dużo, oprócz tego, że Pamela była dla mnie wspaniałą kompanką w październiku.

Listopad 2024

fot. Bożena Szuj

W listopadzie, o czym wspominałam w poprzednim wpisie, pojechaliśmy dosłownie na chwilę do Zakopanego po artykuły pierwszej potrzeby – kurtki, czapki, szaliki, fotel, lampę. Pobyt z planowanego tygodnia skróciliśmy do kilku zaledwie dni, bo zaraz po przyjeździe przypomnieliśmy sobie, czemu za Zakopanem nie tęskniliśmy. Miałam w sobie mnóstwo ekscytacji, bo od grudnia… zaczynałam pracę w szkole. Zrobiłam podejście drugie. Po latach. A ktoś chciał dać mi szansę. Choć nie miałam jeszcze podpisanej umowy i wszystko mogło się tak naprawdę wydarzyć, byłam już po słowie i wiele wskazywało na to, że od grudnia zasilę kadrę całkiem sympatycznej szkoły podstawowej Montessori.

📖 Lektura głośnej „Kobiety, którą jestem” Britney Spears (napisanej tym razem niestety przez ghostwritera) – choć nieporównywalnie gorszej od dwóch pozostałych – idealnie dopełniła wyłaniający się ze „Służących do wszystkiego” i „Love, Pamela” obraz losu kobiet. Obraz niestety wstrząsający.

Grudzień 2024

fot. Bożena Szuj

Zaczęłam pracę w pięknej, nowoczesnej szkole i w fantastycznym, zgranym teamie przemiłych, mądrych i empatycznych nauczycieli. Okazało się, że to, jak sobie wyobrażałam szkołę, kiedy w niej pracowałam te kilka lat temu, nie było wcale – jak próbował mi wmówić świat – jakąś idealistyczną i równocześnie nierealistyczną wizją. Czy to kwestia samej metody Montessori? Może, ale z pewnością nie tylko jej. Trafiłam do uśmiechniętego, zaangażowanego grona, w którym nie byłam jakimś dziwolągiem, wyróżniającym się „niekonwencjonalnym podejściem do dzieci” (czyt. zwykłą empatią i rozumieniem ich potrzeb). Stałam się częścią zespołu hołdującego tym samym co ja zasadom. Czy wszyscy mówili jednym głosem? Czy ze wszystkimi zgadzałam się w pełni? Oczywiście, że nie. Jednak patrzyliśmy w tę samą stronę, co było dla mnie cenne. Dodatkowo szkoła współpracowała z psychologiem dostępnym również dla nas, nauczycieli, w razie gdybyśmy mieli jakieś problemy związanych z pracą. Wydawało mi się, że złapałam Pana Bobra za nogi. Tylko ten niepokojący przymiotnik „katolicka” widniejący w nazwie pracodawcy na umowie…

nie ma się co czepiać i nakręcać,

– stwierdziłam

Stwierdzałam tak zresztą zawsze, doskonale pacyfikując swoją, jak się okazuje jednak słuszną, intuicję. Ale o tym kiedy indziej. Na razie cieszyłam się pracą w fantastycznym zespole autentycznie życzliwych i przyjaznych ludzi. Cieszyłam się tym, jak ta praca budziła moją kreatywność. W końcu również tym, jak przyjęły mnie dzieci, mimo że nie wyróżniałam się tu niczym szczególnym. A do tego jeszcze świetnie (jak na swoje zapotrzebowanie) zarabiałam!
W grudniu musiałam też dość wyraźnie wyznaczyć bliskim granice, co nigdy nie jest specjalnie przyjemne czy łatwe. Po pierwsze, musiałam się na rodzinnym forum… wstawić za sobą. Nie jest komfortowo być tą jedyną, której interesy są rozbieżne z interesami reszty rodziny, kiedy ma się z nią do rozwiązania wspólny problem. Czasem jednak tak bywa, że co korzystne dla jednego, jest niekorzystne dla drugiego. Dawna ja położyłaby uszy po sobie i jeszcze przeprosiła, że dla kogoś moje gorsze położenie może być niewygodne. Dzisiejsza ja zauważyła w tym wszystkim siebie. Jasne, że padłam ofiarą łatwej do przewidzenia manipulacji i presji. W dodatku dość agresywnie wypieranej przez drugą stronę. Nieprzyjemna lekcja, z której jednak wyszłam zwycięsko. To niewiarygodne, o ile łatwiej jest poświęcić siebie, żeby było dobrze czy względnie miło. O ile łatwiej być przezroczystym. Tyle, że już nie mogę taka być. I to mnie ciągle nieco przeraża.
Po drugie, wiedzieliśmy już od kwietnia, że niezależnie od tego gdzie, tegoroczne Boże Narodzenie spędzimy w swoim własnym gronie; mianowicie ja, Partner i nasz pies – były to zresztą nasze pierwsze wspólne święta z Żuli. (Ostatecznie spędziliśmy je, oboje chorując, w Gdańsku.) Zaczęliśmy dostrzegać, że to wszystko kosztuje nas emocjonalnie zbyt dużo. Nie wiem, czemu ciągle tak mało mówi się o tym, co psychiatrom i psychoterapeutom od dawna wiadomo – mianowicie, że cała ta przedświąteczna napinka jest niesamowicie obciążająca psychicznie. I bardzo chciałabym być w tym miejscu dobrze zrozumiana – uwielbiam gotować i choć nikt ode mnie tego nigdy nie wymagał, najchętniej przygotowałabym wszystko od podstaw sama. Bywało, że na przyjęciach podawałam na przystawkę chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym, a każdy z tych składników był całkowicie mojego autorstwa. Jeśli więc idzie o Święta, barszcz na własnym zakwasie, domowe pierogi i uszka czy kompot z suszu były dla mnie przez wiele lat oczywistością. Żaden z moich partnerów nigdy nie rozumiał tego ambicjonalnego podejścia pod tytułem zaharuję się, ale zrobię wszystko sama, a mnie ten brak rozumienia wyprowadzał z równowagi. Bo robiłam to wszystko z potrzeby serca (no dobra, trochę też z chorej ambicji), a że byłam tym wyczerpana i przy okazji zestresowana – to chyba normalne. Potem trochę wrzuciłam na luz. Praca wymagająca ode mnie dyspozycyjności w Święta też mnie nieco przystopowała, nad czym ubolewałam, z kolei późniejsza depresja również nie pomogła. To wszystko jednak nie ma w końcu większego znaczenia. Można się zawsze przecież złożyć na catering lub zarządzić jakiś podział obowiązków, choć zdumiewająco łatwo przyzwyczaić bliskich do brania wszystkiego na własne barki.
To, z czym większość pacjentów psychiatryków sobie nie radzi, to oczekiwania najbliższych. Wchodzimy w jakieś role – nieważne, że przyciasne, już nam niepasujące, już nie nasze. Wchodzimy w nie, bo mamy w głowie (realne lub wyobrażone) oczekiwania drugiej strony. Oczekiwania niewypowiedziane, oczekiwania wyczytywane z gestów i mimiki twarzy. Oczekiwania splecione z osobą, którą byliśmy wczoraj, ale być może nie jesteśmy już dzisiaj. I to rzadko kiedy pojawia się w relacjach przyjacielskich, a niestety jest na ogół obecne w relacjach z rodziną. Sama nie jestem istotą rodzinną. Nigdy nie byłam. Nie dostrzegam w rodzinie jako pewnym społecznym konstrukcie wartości. Być może wiąże się to z ADHD – ostatnio dowiedziałam się, że to, że kompletnie obce jest mi uczucie tęsknoty za ludźmi wynika właśnie z tego zaburzenia, więc kto wie. (Sprawa ma się też całkowicie inaczej w przypadku rodziny, którą z własnej nieprzymuszonej woli buduję dziś sama z Mężczyzną i Pieskiem mojego życia.)
Nie oznacza to jednak, że nie rozumiem wielkiej miłości i przyjaźni między członkami rodziny, czy że w nią nie wierzę. Chodzi mi raczej o to, że pokrewieństwo nie musi w ogromnej zażyłości przeszkadzać, ale wcale jej też z automatu nie generuje. Nasze uczucia do bliźnich kształtują się na podstawie tego, jak byliśmy i jesteśmy przez nich traktowani. Bardzo trudno cofnąć się do czasów, w których – z racji wieku – nie byliśmy dla nich równorzędnymi partnerami, tylko zależnymi, kochającymi bezwarunkowo bytami. Tamta relacja rozpływa się w momencie, w którym stajemy się dorośli. Jeśli chcemy ją kontynuować, trzeba ją zredefiniować i zmodyfikować. Inaczej utkniemy w cudzych oczekiwaniach niemożliwych przez nas do spełnienia, bo dotyczących dziecka, a nie niezależnego, samostanowiącego dorosłego, jakim się staliśmy.
Jako dziecko nie mogłam mieć psa z powodów, których nie musiałam rozumieć. Dziś mam psa na własnych zasadach. To moja (nasza) decyzja i moja (nasza) odpowiedzialność. Najlepsza rzecz, jaką zrobiliśmy wspólnie jako para, czyli przygarnięcie Żulinki zweryfikowało relacje nie tyle koleżeńskie, co właśnie rodzinne. Starcie starej rodziny z nową jest na ogół skazane na porażkę, bo zawsze bliższe nam będzie to, co budujemy sami, niż to, co zostało kiedyś zbudowane dokoła nas. Oczywiście mogę się mylić. Bywa różnie. Ja wolę swoją sprawczość od niemocy i pewnego rodzaju bezsilności. Co nie oznacza, że co jakiś czas nie zdarza mi się w tej drugiej brodzić po kolana.

📖 Czas wdrażania się w nową pracę, poznawania siebie cudzymi oczami i odkrywania nowych prawd o sobie i świecie wzbogaciły mi trzy wspaniałe książki: „Niewygodna. Autobiografia” Patrycji Volny oraz „A ja żem jej powiedziała” i „Nie mylić z miłością” Katarzyny Nosowskiej. Pierwsza pozycja dość dobrze korespondowała zarówno z moimi rodzinnymi przemyśleniami, jak i nakreśloną przez wyżej opisywane książki smutną konstatacją dotyczącą pozycji kobiet. Z kolei Katarzyna Nosowska – jak już kiedyś pisałam – powinna nas wszystkich zaadoptować, wtedy świat stałby się zdecydowanie lepszym miejscem. Jej wyjątkowe poczucie humoru, ogromna wrażliwość i empatia, a także zmysł obserwatorski, to przepis na świetną, mądrą i poruszającą książkę. Obie fantastyczne, choć bardzo inne.

No i tym sposobem dobrnęliśmy… do 2 kwietnia. To nie jest nawet zabawne…

P.S. A na deser oczywiście Tymański. Piosenka ze ścieżki dźwiękowej do „Polskiego gówna” stanowiła mój soundtrack nie tylko grudnia, ale też stycznia i lutego.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Uważaj, czego sobie życzysz, czyli październik i listopad

fot. Bożena Szuj

Dotychczas siedzieliśmy w Gdańsku najpóźniej do pierwszej połowy września. Potem odbywała się „Warszawską Jesień”, a w październiku rozpoczynaliśmy nasz zakopiański sezon. Niestety, ze względu na brak stałej pracy, coraz dla mnie trudniejszy. Póki odbywałam trzymiesięczną terapię w nowotarskim oddziale dziennym (koniec 2022 roku i początek roku 2023), moje życie wydawało się bardziej uporządkowane, a wytyczone cele jasne. Czułam, że choć nie pracuję (a od pewnego momentu pracowałam tylko w weekendy), wkładam teraz całą swoją uwagę i energię w przyjrzenie się sobie z wielu różnych perspektyw, co umożliwi mi poskładanie się od nowa, więc lepsze funkcjonowanie. Nie wszystkie perspektywy mi się podobały. Miałam momenty zwątpienia oraz silnych psychicznych zjazdów, jednak znałam kierunek, jaki mam po terapii obrać: uwierzyć we własne możliwości i przestać mierzyć (przede wszystkim zawodowo) niżej, niż powinnam. Oczywiście wszystko byłoby znacznie prostsze, gdyby personel tego oddziału odrobił lekcję z wiedzy na temat ADHD. Przez co nie chcę wcale powiedzieć, że mi ta terapia w ogóle nie pomogła. Dziś jednak rozumiem, czemu nie pomogła mi tak, jak w końcu odpowiednio dobrane leki i naprawdę przyzwoita psychoedukacja.
Tak czy inaczej, po każdej terapii – lepszej czy gorszej – trzeba się zmierzyć z prawdziwym życiem, a to potrafi zmieść z planszy. I mnie zmiotło. Na półtora roku. Do starych zakopiańskich prac zastępczych nie umiałam już wrócić, wiedząc, że byłby to krok w tył. Nowych szukać nie potrafiłam, bo paraliżował mnie strach i dawne schematy myślenia. A potem zaczął się sezon w Gdańsku i przyspieszony kurs utrzymywania się na powierzchni w zupełnie nowych warunkach. W czerwcu bardzo szybko udało mi się znaleźć pracę sezonową. Równie szybko zrozumiałam też, że muszę z niej uciekać. Tak – po zaliczeniu dnia próbnego w żłobku – na mojej drodze stanęła Świetlica Biblioteki Społecznej Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze” wraz ze swoim charyzmatycznym założycielem Janem Urbanikiem. Doświadczenie to przypomniało mi, że czuję – mówiąc szumnie – powołanie do pracy z dziećmi. Jednak szkoła jako instytucja całkowicie odpadała. Nie byłam w stanie narazić się na wielką pustkę po raz drugi. Praca w świetlicy otworzyła mi co prawda furtkę w postaci możliwości przepracowania lipca i sierpnia również w następnym roku, jednak nic poza tym.
Kolejny jesienno-zimowy sezon w Zakopanem miał być dla nas czasem remontowym, jednak napotkaliśmy wiele przeciwności losu (czasami myślę, że Zakopane to generalnie jedna wielka przeciwność losu) i nie udało się nam zrealizować wszystkich planów. Przełomem była dla mnie diagnoza ADHD i w końcu otrzymanie profesjonalnej pomocy.

fot. Bożena Szuj

🍁 Gdzie jest pies pogrzebany?

fot. Bożena Szuj

Oczywiście kolejnym ogromnym przełomem była przypadająca na ten sam czas adopcja Żuli. Nie mieliśmy pojęcia, że półtoraroczna sunia będzie tak długo absorbująca i wymagająca naszej uwagi. Dzięki temu, że ciągle byłam osobą bezrobotną, mogłam być cała dla niej podczas niezauważalnej w Zakopanem wiosny i na początku lata w Gdańsku. Uczyłam się o swoim ADHD, równocześnie pracując z małą nad jej reaktywnością. Udało się na tyle, że mój pracujący lipiec i sierpień przyjęła całkiem spokojnie.
Żuli nie trafiła do nas przypadkowo – co do tego nie miałam nigdy złudzeń. Oprócz pokazywania mi, czasem w dość krzywym zwierciadle, moich własnych problemów pomogła mi też odważniej stawiać granice. Bo to ja (z Partnerem) jestem jej rzecznikiem w ludzkim świecie. I jeśli ktoś ją w jakikolwiek sposób drażni lub strzela fochy, że Żuli nie zachowuje się zgodnie z jego wyobrażeniem o małym słodkim piesku (skandal!), moim obowiązkiem jest stanąć za nią i zrobić wszystko, by czuła się dobrze. Ona i tylko ona, gdyż tylko za nią jestem odpowiedzialna. Kilka takich sytuacji zdjęło ze mnie gigantyczny ciężar. Okazało się, że wcale nie muszę nosić na barkach oczekiwań innych wobec swojego psa. A skoro nie muszę nosić oczekiwań wobec swojego psa, mogę z powodzeniem nie nosić również oczekiwań wobec samej siebie. Nie chodzi o butę, czy agresję – chodzi o zrozumienie, że wcale nie trzeba brać każdej wypowiedzianej tonem wyższości nieproszonej rady do siebie. Komuś wydaje się, że na moim miejscu zrobiłby lepiej to czy tamto (w kwestii wychowania psa, ale też każdej innej)? Świetnie. Tylko, że… nikt nigdy nie będzie na moim miejscu, więc te spekulacje najzwyczajniej w świecie nie mają sensu. Dużo osób marnuje w ten sposób swój czas. Ja już nie chcę, choć byłam w to długo uwikłana. Żuli nauczyła mnie, że ani ona, ani ja, nie musimy się wszystkim podobać. Nie musimy spełniać niczyich oczekiwań. Jeśli coś warto w sobie zmieniać, to trzeba to zrobić, ale tylko po to, żeby… to nam było łatwiej z nami wytrzymać. Tak, trochę osób się poobraża, trochę pooburza, kilka domów przed nami pozamyka, ale za to jak bardzo nową jakość odnajdziemy w relacjach wspierających!
Ten wyjątkowo długi wstęp do opisu mojego nadmorskiego października i listopada miał przede wszystkim zarysować istotny dla mnie kontekst. W październiku skończyłam psychoedukację, na której dowiedziałam się wielu ważnych rzeczy, a wśród nich też czegoś szokującego. Otóż, szukając pracy, mogę wypisać sobie najpierw swoje własne wobec niej oczekiwania! Własne… oczekiwania! To był prawdziwy game changer, bo dotychczas – niezrażona przeróżnymi doświadczeniami – miałam w sobie jakąś niezrozumiałą uległość wobec ewentualnego przyszłego pracodawcy. Jak by z urzędu miał nade mną władzę. Szukałam w głowie usprawiedliwień, czemu nie chcę już pracować po dwanaście godzin dziennie. Czemu nie chcę pracować w niedziele i święta. Czemu, skoro nie mam dzieci, marzę o wolnych weekendach i pracy od poniedziałku do piątku do najwyżej 16:00. Bo dzieci to już jakiś argument, a troska o higienę psychiczną to tylko synonim lenistwa. I tu z pomocą przyszła psióreczka, którą przy szukaniu pracy muszę brać przecież pod uwagę, ale zrobiła to w nieco bardziej złożony sposób. Pokazała mi, że przy swojej reaktywności i poważnych traumach, jakich doświadczyła przed trafieniem do nas, potrzebuje silnych i zrównoważonych opiekunów. Nie kogoś, kto się nią zasłoni, szukając pracy, tylko kogoś, kto szukając pracy uwzględni najpierw swoje własne potrzeby. Kogoś, kto będzie wiedział, jak uszczęśliwić siebie samego, bo dopiero wtedy będzie mógł się zabrać za uszczęśliwianie jej!

fot. Bożena Szuj

🍁 Taka Warszawa

fot. Bożena Szuj

W październiku przyszedł trudny moment mojego psiacierzyństwa i pewien rodzaj inicjacji dla Żuli. Wyjechałam na weekend do Warszawy. Sama. Już raz jedno z nas wyjechało na dwa dni – Partner w środku sezonu. Żulinka była lekko zaniepokojona i trochę markotna, ale całkiem nieźle zniosła to krótkie rozstanie. Jednak – niczego nikomu nie ujmując – ja to ja. Mama to mama. Ja byłam zawsze. Pojawiłam się w jej życiu kilkanaście godzin po Partnerze (odbierał ją sam z Kutna), ale kiedy już się pojawiłam, byłam z nią każdej nocy. Oczywiście w trakcie mojego pobytu w Warszawie została pod najlepszą możliwą opieką, bo Partnera, ale jednak nie było mnie przy niej przez dwie noce.
Serce mi się krajało, kiedy dowiadywałam się o jej piszczeniu i zagubieniu. Albo o tym, że zaczepiała kobiety podobne do mnie z tyłu (siwe lub z włosami w kolorze platyny) i gdy orientowała się, że to nie ja, wydawała się rozczarowana. Nie mogłam znieść, że nie da się jej wytłumaczyć, że ja niedługo wrócę. Ona zresztą rozumie słowo „wracać”, ale niestety czas przyszły to dla niej abstrakcja nie do przeskoczenia. Za każdym razem, kiedy Partner gdzieś wyjdzie i tłumaczę jej, że „zaraz wróci”, zbiega sprawdzić, czy już wrócił i patrzy na mnie z wyrzutem, jak bym ją oszukała. Będąc w stolicy i rozmawiając przez komunikator z Partnerem, pokazywałam się jej w kamerce, ale nie wiem, czy to nie spotęgowało jej smutku. Krytycznym momentem był ten, w którym sobie uświadomiłam, że nie dam rady tego znieść. Byłam skłonna wsiąść w pociąg i od razu wrócić, żeby tylko nie czuła się przeze mnie opuszczona. Przecież o tym, że wrócę, dowie się dopiero wtedy, kiedy wrócę. I tu musiałam się zmierzyć nie tylko z rozpaczą własną, ale też lodowatą pustką, w którą wcisnął mnie brak wsparcia i zrozumienia. Musiałam się mierzyć z wypowiadanymi wielokrotnie, więc i po jakimś czasie niecierpliwie stwierdzeniami, że nic jej nie będzie, albo że się musi przyzwyczaić, zupełnie, jak bym sama tego nie wiedziała. Jak by racjonalność była lekiem na ból duszy.
Szybko przypomniało mi się niezrozumienie, z jakim spotykałam się u dorosłych, kiedy, pracując w szkole, przeżywałam wraz z dziećmi ich problemy.

To przecież tylko lalka

– mówili ze śmiechem

To nieprawda. To nigdy nie jest „tylko lalka”. Tak jak, nieco później, to nigdy nie jest „tylko koniec pierwszej miłości”, „tylko utrata pracy”, „tylko rozwód” czy „tylko trzydniowe rozstanie z psem”. Nie płaczemy z powodów błahych, nawet jeśli nasze łzy są następstwem wydarzenia pozornie błahego. Płaczemy najczęściej z powodu niemocy, samotności, pustki, utraty bądź braku. Dlatego płakał też mój pies, a ja – choć 345 km dalej – razem z nim. Nikt z nas nie wie, co w tak pokiereszowanym psychicznie zwierzątku wywoła kolejną traumę i kiedy jest odpowiedni czas na taki krok, jak dłuższa rozłąka. Może zrobiłam to zbyt wcześnie. Nigdy się tego nie dowiem. Wiem natomiast, że niedługo po moim przyjeździe okazało się, że przeszła kolejną urojoną ciążę.
Kiedy jednak udało mi się choć na chwilę odciąć myślami od zdezorientowanego pieska i lęku separacyjnego, który mnie złapał i nie chciał puścić, miło spędziłam czas. Odwiedziłam mamę, zobaczyłam słynną w artystycznych kręgach Kaliską (mój rodzinny dom i miejsce wielu fantastycznych przyjęć, na których tata brylował w roli kucharza) po dużym i imponującym remoncie. Spotkałam się z długo niewidzianym znajomym, a także zobaczyłam uroczą wystawę Józefa Chełmońskiego w Muzeum Narodowym. A sama Warszawa… cóż. Z pewnością jest miastem magicznym. Za każdym razem w magiczny sposób zmienia mnie z pięknej, pewnej siebie, dobrej i przebojowej dziewczyny w dziewczynę grubą, niezgrabną i wyzywającą. W złego, egoistycznego, wywyższającego się człowieka i generalnie życiowego nieudacznika. Zakładając oczywiście, że faktycznie jesteśmy tym, jak postrzegają nas inni ludzie. Jeśli są na świecie miejsca, która mogą nam podładować akumulatory, dla mnie Warszawa jest właśnie takim miejscem, tylko że na odwrót. Mam wrażenie, że nie dość, że mi za każdym razem akumulatory rozładowuje, to dodatkowo jeszcze podkrada paliwo z baku.
W jakimś sensie na pewno dobrze było wyjechać, ale jeszcze lepiej było wrócić. Żuli, widząc mnie, doznała szoku, który zmienił ją na kilka dobrych sekund w nieruchomą psią bryłę. A potem popuściła z radości. Jeszcze nigdy żaden mocz mnie tak nie wzruszył. Inna sprawa, że też nikt wcześniej nie oddał go na mój widok.

fot. Bożena Szuj

🍁 Moje miasto?

fot. Bożena Szuj

Już dawno pisałam o swoim zachwycie Trójmiastem, a w szczególności Gdańskiem. Kiedy cztery lata temu po raz pierwszy odwiedziłam swojego Partnera w jego gdańskim domu z tym słynnym garażem opisanym w „Sclavusie”, w którym rodziło się nowofalowe Sni Sredstvom Za Uklanianie, a potem kultowy zespół Miłość, pomyślałam, że chciałabym tu kiedyś zamieszkać. Nie pomieszkiwać w sezonie letnim, jak w kolejnych latach miałam w zwyczaju, ale po prostu zamieszkać. Zabezpieczyć strome schody przed ewentualnym dzieciątkiem lub/i psem i uwić tu z Partnerem rodzinne gniazdko. W tym niesamowitym domu z historią i ogrodem położonym w najpiękniejszej części świata – starym Wrzeszczu.
Marzenia to jednak marzenia. Są bezpieczne, dopóki umiejscowimy je w czasie przyszłym. W przypadku marzenia o zamieszkaniu tutaj, oddalenie jego realizacji w czasie, uczyniłoby tę realizację znacznie bardziej luksusową. W nieokreślonej przyszłości miałabym szansę zamieszkać w domu podczas późnej jesieni, a potem zimy ogrzewanym. Tymczasem przez nieoczekiwany splot wydarzeń, pewnego dnia Partner zapytał mnie wprost:

– A czy Ty widziałabyś możliwość przeprowadzenia się tutaj na zimę?

W tym miejscu warto zaznaczyć, że Partner tak czy tak w Zakopanem w zimie musi bywać, więc moja przeprowadzka do Gdańska oznaczałaby też naszą chwilową rozłąkę (lub trochę krótsze „rozłąki”).

Pytanie, którego przecież od dawna wyczekiwałam, wprawiło mnie w autentyczne przerażenie. Z jednej strony oczywiście, że chciałam. Z drugiej – przecież ten czas był czasem zakopiańskim. Tęskniłam nie tylko za przyjaciółką, ale też za przytulnym mieszkankiem, za biurkiem skrojonym na moje pisarskie potrzeby. Za fotelem, w którym lubię czytać, za lampą, przy której lubię w tym fotelu czytać. Za kuchnią z tylko jednym palnikiem, ale za to wygodną i budzącą moją kulinarną kreatywność. Nie mówiąc rzecz jasna o ciepłej kurtce, zimowych butach, czapkach, rękawiczkach i szalikach, za którymi zdecydowanie tęskniłam najbardziej już od pierwszych dni lodowatego października. No i… szukałam przecież pracy. W Zakopanem, nawet jeśli nie znalazłabym nic stałego i bardziej ambitnego, miałam przemiłe zaproszenie od koleżanki do pracy sezonowej, w której przebidowałam już kilka srogich zim.
Po przespaniu się z tym tematem i kilku rozmowach z Partnerem, strach ustąpił. Do Zakopanego można przecież wpaść po ubrania zimowe, ulubiony fotel i lampę. (Z biurkiem trudniej, ale udało się coś satysfakcjonującego zorganizować na miejscu.) Rynek pracy w Gdańsku jest większy i z pewnością łatwiej będzie mi znaleźć coś w zawodzie, a z przyjaciółką i tak mam przecież intensywny kontakt telefoniczny. Pozostała kwestia zimy w nieogrzewanym domu. Tej nie umiemy jeszcze rozwiązać, ale na horyzoncie majaczy kilka pomysłów. Mały elektryczny grzejnik na razie się sprawdza.

fot. Bożena Szuj

🍁 Marność, marność w Zakopanem

fot. Bożena Szuj

W Zakopanem mieliśmy spędzić tydzień, ale już pierwszego dnia po przyjeździe stwierdziliśmy, że chcemy jak najszybciej wracać. Choć przyłapałam siebie samą na małej tęsknocie za swoim podhalańskim światkiem, jednak wyjątkowo długi czas spędzony w cywilizacji sprawił, że trudno mi było wrócić do tego, co chyba wyłącznie z przyzwyczajenia wcześniej tolerowałam.
Jest takie powiedzenie:

W Zakopanem prawo się nie przyjęło.

I – jak już się skończymy śmiać – łatwo zaobserwujemy, że to niestety nie żart. Bogobojni górale, uwieczniani na fotografiach i filmikach na ogół w pozycji klęczącej przed figurami, obrazami bądź ludźmi, nie rozumieją na czym polega taki zwykły, prosty, codzienny i niemedialny szacunek do bliźnich. Może ewentualnie mają go odrobinę do tych kanonizowanych, ale to już po ptakach, bo tamci nie żyją. Nie możemy z Partnerem uwierzyć, że miasteczko, które żyje z turystów, może rok w rok oddawać im do użytku kompletnie nieodśnieżane, oblodzone chodniki, a raczej te ich skrawki, na których nie uformowały się śnieżne zaspy. I nie mam na myśli jakichś małych zapomnianych przez najstarszych górali dróżek. Mówię o ulicach największych, m.in. Krupówkach, po których w brzydszy, ale cieplejszy zimowy dzień nieraz brodziliśmy w brudnej śniegowej papie aż po łydki. Słyszałam różne wyjaśnienia. A to, że właściciele budynków są odpowiedzialni za odśnieżanie, a nie władze miasta. A to, że  przy tak potężnych opadach śniegu nikt ze skutecznym odśnieżaniem nie nadąży. To ostatnie byłoby usprawiedliwieniem, gdyby na ogół śnieg padał od rana do wieczora przez kilka dni z rzędu, a miasto odśnieżało chodniki i skuwało z nich lód regularnie dwa razy w ciągu doby. No nikt normalny by się nie czepiał. Natomiast jeśli tak obfite opady są od wielu lat raczej rzadkością, a od listopada do marca rokrocznie ten sam chodnik przy jednej z większych zakopiańskich ulic zmienia się w lodowisko ukryte pod mniejszą lub większą warstwą śniegu, z drobnymi przerwami na temperatury dodatnie, a przy halnym zaczyna pełnić honory ostatniej drogi, to coś tu jest zdecydowanie nie halo.
Trudno też żyć z turystów, kiedy uważa się ich za irytujące dodatki do wyczekiwanych dutków. Kilka lat temu w okresie świątecznym podczas silnego halnego wielka przystrojona choinka dekorująca Krupówki spadła na grupę Węgrów, raniąc jedną osobę, która w konsekwencji trafiła do szpitala. Na moją szczerą troskę o stan zdrowia choinkowej ofiary i zadeklarowaną nadzieję na to, że otrzyma szybko jakieś zadośćuczynienie od miasta, usłyszałam pełne wzburzenia:

Kto normalny wychodzi z domu podczas halnego i staje pod choinką?!

No, głupi turyści oczywiście! Ci sami, którzy nie wiedzą, że w góry nie idzie się w klapkach lub trampkach, albo że im wyższy szczyt, tym zimniej, więc wybierając się w góry, warto wrzucić do plecaka oprócz wody, również cieplejsze ubrania, a czasem nawet czapkę i rękawiczki, mimo że w mieście jest dwadzieścia stopni na plusie. Ci sami głupi turyści, którzy stołują się w karczmach i restauracjach na Krupówkach (bo przecież wiadomo, że tam się nie je), mylą jakikolwiek krzyż na jakiejkolwiek górze z krzyżem na Giewoncie (co bywa faktycznie zabawne), czy zadają w okienku kasy pytania, choć odpowiedzi na nie mają wydrukowane i powieszone na wysokości wzroku. Ta wyśmiewana przez górali „głupota” tak naprawdę jest:

  • brakiem wiedzy o górach, z którymi czasem stykają się po raz pierwszy w życiu
  • naiwną wiarą w to, że na ulicy, która jest wizytówką Zakopanego, restauratorzy nie planują ich pozatruwać (swoją drogą nie jest prawdą stwierdzenie, że na samych Krupówkach nie ma przynajmniej kilku przyzwoitych restauracji – nie pytajcie dlaczego, ale swojego czasu miałam przecieki z Sanepidu)
  • pewną dezorientacją i bardzo klasyczną reakcją mózgu na zbyt dużo bodźców.

Mieszkałam w Zakopanem czternaście lat. Obserwowałam to miasto również w nielicznych w roku momentach, kiedy pozostawali w nim sami mieszkańcy. Naśmiewający się z nieczytających kartek turystów zakopiańczycy do pobliskiej Biedronki regularnie wchodzą „wyjściem”, a wychodzą „wejściem”, nie mówiąc już o tym, że wchodzący pchają się na wychodzących, jak by nigdy nie słyszeli o całkowicie logicznej i obowiązującej zasadzie

najpierw wylazł, potem wlazł!

Nie zamierzam jednak też wymyślać bajek o reprezentujących szczyt kultury, klasy i obycia odwiedzających Zakopane turystach. No nie. Od lat ich kulturalny poziom drastycznie spada, dopasowując się do obecnych zakopiańskich standardów. Innymi słowy, ciągnie swój do swego. (Sytuację ratują przyjeżdżający od kilku lat turyści muzułmańscy, cieszący się tanimi połączeniami, nowymi dla siebie krajobrazami oraz… deszczem, z którym nie mają u siebie styczności.) Czasy, w których Zakopane przesiąknięte było duchem Modrzejewskiej, Witkacego, Szymanowskiego, Karłowicza, Żeromskiego czy Kasprowicza, już dawno przeminęły. Ludzie, którzy Zakopane autentycznie kochali, przyjeżdżając tam po latach, doznają szoku.

– Już nigdy więcej tu nie wrócę

– stwierdzają z wielkim smutkiem,

a potem odkrywają uroki Witowa, Kościeliska czy Murzasichla i omijają Zakopane szerokim łukiem.
Na turystów głośnych, pijanych, roszczeniowych, chamskich i nieobliczalnych Zakopane ciężko sobie zapracowało. I jest to dosyć naturalna kolej rzeczy. Wspominane z sentymentem dawne Zakopane przyciągało artystów ze względu na przepiękne położenie, magię otaczających miasteczko Tatr, ale też na pewną fascynującą surowość i autentyczność prostych górali, wyczuwalną również w ich intrygującym folklorze. Trudno jednak oczekiwać, że kolejne pokolenia górali odetną się od cywilizacji i będą za dnia tłumnie pasać owce, a wieczorami grywać dla przyjemności w góralskich kapelach. Żyją w miasteczku turystycznym, więc ich podstawowym źródłem utrzymania są turyści. Folklor jest bardzo opłacalną walutą, a jego autentyczność wymaga nakładów pracy i czasu. Czas to z kolei pieniądz, więc nikogo nie powinny dziwić wciskane turystom tanie pseudogóralskie szyte w Chinach szale (podczas gdy autentyczne części tradycyjnego góralskiego stroju są kosmicznie drogie), czy cały ten pstrokaty badziew sprzedawany na wielkim, smutnym i brzydkim jarmarku, jakim stały się Krupówki (ustawa krajobrazowa niczego niestety nie zmieniła). I tu również pojawia się kwestia szacunku. Gdyby był wbudowany w moralny góralski szkielet, uchroniłby pamięć przodków, nadwyrężoną Planetę oraz zachwyconych górskim klimatem nieco naiwnych, czy też niezorientowanych turystów przed zalewem plastikowego śmiecia sprzedawanego przymiotnikiem „góralskie”. Ale wbudowany niestety nie jest. Występuje rzadko i raczej pojedynczo. Dlatego już mnie nawet nie dziwi, że absurdalnie drogimi samochodami zakopiańczycy regularnie prawie rozjeżdżają przechodniów. To z pewnością wina tych ostatnich – w końcu kto normalny przechodzi na pasach przez ulicę, którą jedzie zakopiańczyk?
Jeśli ktoś zastanawia się, skąd niektórzy mieszkańcy niezbyt bogatego Podhala mają pieniądze na absurdalnie drogie samochody, mogę tylko podpowiedzieć, że jeszcze nigdzie w Polsce nie spotkałam się z przyzwoleniem na kantowanie na podatkach na taką skalę, jak tutaj. Jedna rzecz to powszechność pracy na czarno (którą nawet proponują prowadzonym przez siebie bezrobotnym urzędnicy z Urzędu Pracy), druga to zaniżanie zarobków na umowie, a trzecia – niewystawianie lub nieczęste wystawianie paragonów klientom. O to pracodawca, jeśli jest fajny, często prosi swojego pracownika. Jeśli jednak nie jest – nakazuje mu to. Na to wszystko jest gigantyczne przyzwolenie.
W jednej z prac, które wykonywałam, moje biuro sąsiadowało z pewną pizzerią, do której regularnie przychodziłam na przerwę. Zdążyłam poznać i polubić pracowników. Byli zobowiązani przez szefową do niewystawiania paragonów, bo w razie czego wolała zapłacić mandat. Miała zresztą z czego. Nie musiało jej dobrze iść w pizzerii, bo prowadziła równolegle dom publiczny pod szyldem masażu tajskiego. Pech chciał, że jeden z jej pracowników marzył o dostaniu się do służb mundurowych, a mandat od skarbówki (nawet jeśli nie musiał go zapłacić z własnej kieszeni) pokrzyżował mu plany. Wychwalałam w myślach swoją szefową, która bardzo nas na konieczność wydawania paragonów wyczulała. Potem dostałam od niej PIT roczny, z którego wynikało, że zarobiłam u niej tylko ⅓ tego, co faktycznie zarobiłam (mając umowę, w której podana jest stawka godzinowa i nikt do końca nie wie, ile godzin przepracuje w miesiącu, bardzo łatwo w taki sposób okraść nie tylko wszystkich podatników, ale też samego pracownika).
Pracując na Gubałówce, obserwowałam, jak pobliskie stoisko puszcza cynk pozostałym, za każdym razem, kiedy pojawia się tam kontrola ze skarbówki (maksymalnie dwa razy podczas sezonu). Wtedy inni wyjmują w popłochu kasy fiskalne, przecierają z nich kurz i uczą się ich obsługi. (No dobra, tu przesadziłam. Znają ją, na taki właśnie wypadek.) Kiedy ktoś czasem zapyta:

Gdzie są nasze podatki?

nie zważając na to, że pytanie było retoryczne, odpowiadam:

W Zakopanem!

Wisienką na torcie jest zakopiańskie podejście do ekologii, a w szczególności do problemu smogu. Wielokrotnie spotykałam się z głębokim przekonaniem, że winne są samochody, ale tylko przyjezdnych. A już najbardziej te na warszawskich rejestracjach. (Nie na przykład sąsiad palący w piecu kaloszem na zmianę z podkładem kolejowym.)
I oczywiście nie wszyscy są tacy. Strajk Kobiet Podhale pokazał, że to w młodych kobietach Podhala tkwi największa siła, jednak czy zechcą tu zostać i uwrażliwiać tę specyficzną społeczność? Czas pokaże. W tej chwili jeden wspaniały Krzysztof Trebunia-Tutka nie zdoła w pojedynkę odkręcić tego wizerunku.

fot. Bożena Szuj

🍁 Szkoła – podejście drugie

fot. Bożena Szuj

Kiedy już postanowiliśmy, że w sezonie zimowym zostanę w Gdańsku, moje szukanie pracy ograniczyło się do tego miasta. Sporządziłam, wg wytycznych pani od psychoedukacji, listę swoich własnych wobec nowej pracy wymagań. Oprócz tego zaznaczyłam sobie, gdzie mogę się ugiąć, a gdzie na pewno nie. O ile na przykład wolałabym jeździć do pracy krócej niż dłużej, ale mogę być w tym punkcie elastyczna, o tyle absolutnie nie wyobrażam już sobie pracy zmianowej, zmian nocnych, czy ponad ośmiu godzin pracy dziennie. Nie wyobrażam sobie też weekendów pracujących, ani głodowej pensji (smaczki, karma i przede wszystkim weterynarz nie opłacą się same). Umowa inna niż o pracę nie wchodzi w grę, ale już ciekawa propozycja za ½ lub ¾ etatu zostałaby wzięta przeze mnie pod uwagę, mimo że marzeniem byłby cały etat. No i – the last but not least – żadnych przewałów w umowie. Odzyskałam głos, odzyskałam sprawczość, chociaż prawdopodobniej zawsze je miałam, tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Najpierw w ogłoszeniach o pracę na stronie Trójmiasto.pl  wpisałam w wyszukiwarkę hasło „nauczyciel”. Wyskakiwały liczne oferty pracy w przedszkolu. Zaczęłam nawet rozważać studiowanie pedagogiki wczesnoszkolnej, aż nagle doznałam olśnienia.

Po co zdobywać nowy zawód, skoro mam już jeden, w którym mogłabym w tym momencie podjąć pracę?

Lęk, który mnie na tyle lat zupełnie zamroził, nagle i niespodziewanie mnie opuścił. Jestem redaktorką i pisarką, ale też… nauczycielką polskiego. I właśnie zamieszkałam w cywilizowanym mieście. Nieśmiało wpisałam w wyszukiwarkę hasło „nauczyciel języka polskiego”. Wyskoczyło kilka ciekawych ofert, ale jedna biła inne na głowę. Praca w szkole podstawowej Montessori. Potrzebny nauczyciel w klasach od czwartej do szóstej. Doświadczenie nie jest wymagane. Ogłoszenie dodane dzisiaj. Był piątek, późna godzina nocna. W sobotę aplikowałam, a w poniedziałek zanim zdążyłam zadzwonić i zapytać, czy moje CV dotarło, odebrałam telefon… z tej szkoły właśnie z zaproszeniem na rozmowę.
Już pod koniec listopada wiedziałam, że zaczynam pracę w grudniu. Miałam więc czas na przyjazd do Zakopanego i zabranie stamtąd swojego zimowego życia. Czy mocno nerwowa tam Żulinka, podczas wycierania jej łapek, wierzgnęła tak niefortunnie, że głową nabiła mi odstającego na centymetr małego siniaka pod okiem, który po okładach z lodu się rozlał, więc wracając z Podhala, wyglądałam jak typowa ofiara przemocy domowej? Tak. Czy w związku z tym mój i tak już stresujący pierwszy dzień pracy rozpoczął się przed godziną 5:00, bo zamiast lekkiego makijażu dziennego musiałam sobie zrobić całą charakteryzację? Również tak. Choć oczywiście ta, mimo że czasochłonna, niczego specjalnie nie wniosła. Siniak do dzisiaj zupełnie jeszcze nie zniknął.
Pewnym wyzwaniem jest rzeczywiście wstawanie najpóźniej o 5:30. Kiedy przed weekendem wymówiłam kompletnie absurdalną, jak na siebie frazę, mianowicie, że:

będę się mogła wyspać do 9:00,

przypomniała mi się jedna z moich ulubionych scen z „Zakonnicy w przebraniu”, w której główna bohaterka grana przez Whoopi Goldberg wierci się przez całą noc na swojej pryczy, a kiedy wreszcie udaje się jej zasnąć, wpada do niej pocieszna uśmiechnięta zakonnica i oznajmia:

– Już piąta, siostro śpioszko!

Ale da się do takiego rytmu przywyknąć. Niewiarygodna jest dla mnie natomiast panująca w tej szkole atmosfera. Mądrzy i przyjaźnie nastawieni dorośli, wyjątkowo dojrzałe dzieci. Rozmawianie z nimi o emocjach, jako norma. Nacisk na to, żeby nie pracować po godzinach. W ramach całego etatu siedmiogodzinny dzień pracy. W ciągu tygodnia pięć dni. Wreszcie praca, do której idę z prawdziwą przyjemnością. Wyjątkowo silnego przeziębienia, na które zapadłam tydzień po swoim Partnerze, nie udało się niestety wyleczyć domowymi metodami przez weekend. Z duszą na ramieniu udałam się w poniedziałek do lekarza, który wypisał mi L4 do końca tygodnia. Oczywiście czułam się z tym wyjątkowo niezręcznie i źle. Bo przecież jak to będzie wyglądało, co o mnie pomyślą, czy już teraz to na pewno nie przedłużą mi pierwszej próbnej umowy. Ale przyłapałam się na tym, że najsilniej odczuwam… smutek, że w tym przedświątecznym tygodniu nie mogę w życiu szkoły uczestniczyć. Że nie wysłuchałam świątecznego koncertu, nie było mnie na Wigiliach klasowych, opuściłam Wigilię nauczycielską, a także ominie mnie jutrzejszy tradycyjny spacer po lesie zakończony ogniskiem. Boję się zapeszyć, boję się napisać cokolwiek nie w porę, ale… chyba jestem naprawdę szczęśliwa.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser będę niestety przewidywalna. Tymon Tymański najpierw skradł moje lato książkowym arcydziełem „Sclavus”, by następnie skraść też moją jesień doskonałą płytą „Republikacje”. Obiecuję, że jej recenzja pojawi się tu niebawem.

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

SyrenNi, czyli (od)blaski i (od)cienie września

fot. Bożena Szuj

Maj, czerwiec, lipiec i sierpień nad morzem były dla mnie jak bal dla Kopciuszka. Wrzesień za to nastał, jakby na zegarze wybiła północ. Zrobiło się nieprzyjemnie i zimno, a mnie pokonało wyjątkowo dokuczliwe przeziębienie. Szybko się zresztą okazało, że mimo ujemnych wyników testu, był to wlekący się za mną od połowy sierpnia Covid, wzięty przeze mnie w połowie sierpnia za krótką i niegroźną jelitówkę, a ostatniego dnia sierpnia za grypę, choć przez bity miesiąc (aż do połowy września) nie opuszczały mnie okrutne mdłości. Kiedy wreszcie ustąpiły, przypomniały o sobie dawne dobre bóle pleców. Tym razem lędźwiowe i krzyżowe naraz. Jednym słowem, niezłe kombo. Trzymały mnie do października. Wraz z ich ustąpieniem, ustąpił też niedawny entuzjazm związany z czterdziestymi urodzinami, które będę obchodzić za niecały rok.
No a tym, co trzeba o moich wspaniałych lekach na ADHD wiedzieć (oprócz tego, że są pochodną amfy i że nie mogę w trakcie ich przyjmowania spożywać ani kawy, ani alkoholu, ani żadnej innej rzeczy, która jego jest) jest to, że nie lubią się również z wszelkiego typu chorobami. I to zarówno z samymi chorobami, jak i ich leczeniem. Mówiąc najogólniej, nie są wtedy przewidywalne, więc wraz z wrześniem, nastał u mnie wielki dół.

fot. Bożena Szuj

Tęsknota za latem

fot. Bożena Szuj

Nie wiem, co się ze mną stało. Z tą melancholijną dziewczyną, która przedstawiała się napisanymi dla niej i o niej słowami Jeremiego Przybory:

[…] Wiosennych dziewcząt pełno
i letnich tyle ładnych.
JesienNą jestem jedną,
zimowych nie ma żadnych. […]

– „Jesienna dziewczyna” Jeremi Przybora

Gdzie podziała się dziewczyna gardząca wiosną, którą mogłaby w całości przespać, lubiąca odbijające się w pokrywających świeży śnieg kryształkach lodu słońce, ciesząca się na lato, z którym utożsamiała raczej greckie eskapady i kochająca złotą polską jesień; jesień, która ją odzwierciedlała. Najwyraźniej ta dziewczyna zniknęła już dwa lata temu. Dopadła ją jesienna deprecha i potrzeba ciepła oraz słońca.
To nie tak, że lata nie lubiłam, ale też nie byłam jego przesadną fanką. Kiedy mieszkałam w Warszawie, lato w mieście jawiło mi się, jak najgorsza katorga, a Zakopane – do którego zawsze w lecie jeździliśmy – również przesadnymi temperaturami nas nie rozpieszczało. Pozostawały tygodniowe lub dwutygodniowe wyjazdy nad polskie morze, kiedy byłam dzieckiem, a od wczesnej młodości ukochane greckie Thassos i życie całkiem inne od tego warszawskiego, a potem zakopiańskiego. Upały możliwe do wytrzymania przez suchość powietrza, miłość, seks, alkohol, mnóstwo śmiechu i fajnych ludzi dookoła. Ale jednak jesień zajmowała w moim sercu miejsce szczególne. Od dwóch lat jesieni się boję, bo choć, owszem, piękna, atakuje mój mózg potężnym energetycznym zjazdem, odbiera dopaminę i generalnie pogarsza samopoczucie. W tym roku było to tak trudne, bo znakomicie ustawione leki nagle… przestały działać, jak dotąd. I niemal w tym samym momencie przyszło jakieś gigantyczne ochłodzenie. Poczułam, że nie jestem gotowa na długie spodnie. To idiotyczne, ale trzymałam się tych krótkich kurczowo. Zrozumiałam nagle naszą gdańską przyjaciółkę, która, kiedy spotykaliśmy się w jej ogródku cali mokrzy od potu, mimo wziętego przed wyjściem prysznica, powtarzała, że choćby umierała z gorąca, nigdy nie powie, że tęskni za jesienią, albo że chciałaby końca lata. Jej argumentacja była bardzo logiczna:

Mamy tak mało słońca w roku, że jak w końcu jest ciepło i słonecznie, cieszmy się z tego, nawet jeśli powoduje to jakąś chwilową niewygodę.

Wtedy nie bardzo przemawiały do mnie jej słowa. Dziś podpisuję się pod każdym obiema rękami. Miesiące ofiarowujące nam więcej światła dziennego, zalewające nas upałem, zdejmujące z nas niepotrzebne warstwy ubrań, nieco nas rozleniwiają i dystansują od tego, co ważne i poważne. Od tego, co trudne i przesadnie serio. Czy jest to prawda obiektywna? Oczywiście nie. Najszczęśliwszymi ludźmi na świecie są Skandynawowie, a nie można im zarzucić pławienia się w nadmiarze słońca. Szczęście to po prostu wewnętrzna umiejętność bycia szczęśliwym. Umiejętność wrodzona, albo wypracowana. Być może to, że od dwóch lat moje jesienie stały się dla mnie bardzo psychicznie trudne do wytrzymania, a także dobranie w końcu odpowiednich leków przypadające na czerwiec sprawiło, że wiosna i lato dały mi cudowny haj, z którym wcale nie byłam gotowa się rozstawać.

fot. Bożena Szuj

Kopciuszkiem być

fot. Bożena Szuj

Moja osobista relacja z własnym ciałem, urodą i seksualnością zawsze była trudna, a w każdym razie nigdy spójna. Potrafiłam wpadać ze skrajności w skrajność, stojąc przed lustrem i widząc raz (zdecydowanie rzadziej) boginię seksu, a raz (zdecydowanie częściej) wielką grubą bukę, choć nigdy nie byłam przecież ani tym pierwszym, ani tym drugim. Nie miałam co prawda problemów z jedzeniem – jeśli brakiem problemów można nazwać jedzenie absolutnie wszystkiego, wszędzie i o każdej porze, – ale przecież nie o realną idealność czy otyłość chodziło, a o moją własną głowę. Ponieważ byłam też zahukaną panienką z domu z fortepianem, bezrefleksyjnie łykałam wszystkie te wypada, nie wypada, zupełnie jak by moda mogła być czymkolwiek więcej niż tylko doskonałą zabawą poprawiającą samopoczucie. Owszem, bywa też sztuką (za każdym razem mam łzy w oczach, przypominając sobie znakomity dokument o Alexandrze McQueenie „McQueen”). No i oczywiście też swoim wyglądem jesteśmy w stanie wyrażać samych siebie, ale jeśli tego nie czujemy, nie musimy przecież tego robić. Nadawanie wyglądowi jakiejś przedziwnej rangi, farmazonami w stylu:

kobieta w jakimś wieku nie powinna pokazywać kolan/ramion/brzucha, ani mieć zbyt długich włosów, chyba że będzie je upinać w kok
kobieta ubrana „wyzywająco” jest „rozwiązła”
kobieta upodabniająca się swoim wyglądem do Barbie z pewnością jest głupiutka

– i wiele, wiele innych

jest zadziwiające. Tym bardziej, że przez długie lata czepiano się w ten sposób wyłącznie kobiet. Z niewiarygodną łatwością przyklejano im rozmaite etykietki jedynie z powodu tych ich fatałaszków, makijażu czy fryzur, które nie mieściły się w przygotowanych dla nich przez patriarchat szufladkach. Kiedy – stosunkowo niedawno – mężczyźni zaczęli podążać za modowymi trendami, przydarzyło się im to samo. Rzadko ktoś krytykował przykrótkie i zbyt obcisłe męskie rurki słowami:

Hehe, jakie to śmieszne!

Zdecydowanie częściej słyszało się natomiast, że są one „gejowskie” lub „pedalskie”. O co więc chodzi? O prymitywne założenie, że wygląd kobiety (oraz mężczyzny, który odstaje od przyjętych wzorców męskiego wyglądu) jest związany z odbiorem mężczyzny. Kobieta, która ma „wyzywający” styl (lub od czasu do czasu będzie się tak chciała ubrać, umalować i uczesać), szuka w ten sposób atencji mężczyzny, wygląda tak dla niego, wysyłając mu wiadome sygnały. W tej retoryce nie ma miejsca na lesbijki, kobiety aseksualne lub takie, które już albo po prostu nie szukają związku. W tej retoryce nie ma miejsca na kobiety, które do tego, by podobać się komukolwiek w sposób seksualny, używają swojego wewnętrznego seksapilu i intelektu, a niekoniecznie mody, która raczej pomaga im czuć się ze sobą dobrze. Z tej retoryki wypływa przerażające i barbarzyńskie stwierdzenie, że jeśli kobieta została zgwałcona, to oczywiście przykro, ale właściwie sama jest sobie winna. Na własne uszy słyszałam zdziwienie mężczyzny niebywale kulturalnego i bardzo przeze mnie szanowanego, że:

jak to jest, że z jednej strony kobiety nie chcą, żeby im się nachalnie gapić w biust, a z drugiej, same zakładają na siebie ubrania z ogromnymi dekoltami, eksponując swoje wdzięki.

– w domyśle: trudno się nie gapić

To teraz zapnijcie pasy, bo wyjaśnię, jak to jest. Dla wielu będzie to wstrząs, ale niektóre kobiety z dużym biustem po prostu go lubią i mają ochotę go w rozsądnych dekoltowych ramach pokazywać. I już. Ot, cała historia. Absolutnie nie oznacza to jednak, że zwalnia to kogokolwiek z kulturalnego zachowania, a kulturalny człowiek (czy mężczyzna, czy kobieta), nie gapi się nachalnie w żadną część ciała swojego interlokutora, nawet jeśli widzi odrobinę więcej niż by chciał.

W tym miejscu przypomina mi się anegdota ze Zbigniewem Wodeckiem, którego dwadzieścia lat temu przedstawił mi mój wujek, a jego serdeczny kolega. Przyleciałam do Los Angeles do rodziny na wakacje. Wodecki miał koncert dla Polonii i podczas jednej z naszych licznych z wujkiem podróży po Stanach, zatrzymaliśmy się w San Diego na kawę u pana Zbigniewa. Kiedy przyszliśmy do jego apartamentu, akurat wychodził z basenu w kąpielówkach. Wytarł się ręcznikiem i zaprosił nas do ogrodowego stołu, zgarniając z krzesła swoje bieliźniane gacie, by dłuższą chwilę nimi żonglować. Owszem, był niewymowny gorąc, ale żywiłam jakąś cichą nadzieję, że jednak coś na siebie zarzuci. Nie zarzucił. I to nie byłoby najgorsze, gdyby nie późniejsze jego ustawienie się do obiecanego zdjęcia ze mną. W tym samym stroju… kąpielowym. Czy chciałam mieć zdjęcie z półnagim Wodeckim? Nie.
Po latach, kiedy poznałam Tymona Tymańskiego – a była to moja pierwsza u niego wizyta – również spytałam o możliwość wspólnego zdjęcia. Nie było problemu. Tymon zaproponował, żebyśmy z kuchni przenieśli się do ogrodu, i w tym momencie Bartek stwierdził:
– Tylko wiesz, Marianna ma zdjęcie z Wodeckim, na którym on jest w samych gaciach. Czy mógłbyś…
– Nie ma sprawy! – odpowiedział Tymon, rozumiejąc Bartka w pół słowa, a mówiąc to, już zdejmował spodnie. Tym sposobem mam zdjęcie z nim również w gaciach, ale za to w koszulce. Plus… z całym szacunkiem dla dorobku pana Zbigniewa, ale jednak Tymon to Tymon.

Wracając jednak do wątku ubioru, czy nie zauważam niestosowności niektórych strojów? Zauważam. Nigdy nie założyłam i prawdopodobnie nie założę najbardziej nawet eleganckich spodni do Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej, ani do Opery Narodowej. Nie założyłam ich też nigdy na żadną Wigilię. Kiedy pracowałam w biurze podróży i w lecie wchodzili do mnie panowie topless (nieczęsto, ale zdarzało się), grzecznie prosiłam, żeby się ubrali. Mój elegancki służbowy strój nigdy niestety sam do nich nie przemawiał. Nie przyszło mi jednak do głowy, żeby dorabiać jakąkolwiek filozofię do niestosowności czyjegoś stroju, czy niedopasowania go do sytuacji. Jedni nic o konwenansach nie wiedzą, inni mają je kompletnie w poważaniu, jeszcze inni znają je doskonale i świadomie z nimi pogrywają. Jeśli przeszkadza mi czyjś wygląd, godząc w moje poczucie estetyki, albo rozdrapując moją wewnętrzną ranę (nieustające poczucie, że ktoś mnie lekceważy – poczucie dziecka, które wierzy, że cały świat kręci się wokół niego), mam do wyboru albo:

  • przyjrzeć się z czułością samej sobie i uleczyć to, co domaga się uwagi
  • nazwać po imieniu mój prawdziwy, przykrywany troską o konwenanse problem
  • nauczyć się rozmawiać o nim z ludźmi, którzy mnie nieświadomie triggerują, a tym samym zadbać równocześnie i o moje, i o ich dobro

albo:

  • unikać tych, którzy wyglądają i myślą inaczej niż ja.

Drugie „rozwiązanie” jest nie tylko niezdrowe, ale też skazane na porażkę, bo nic absolutnie w nas nie zmienia. Tak, w nas. Inni ludzie są tylko lustrami. Jeśli coś w nich drażni nas na tyle mocno, że czujemy gniew (na ogół emocja przykrywająca tę właściwą), przeglądamy w nich swoje własne bolesne miejsca. I mamy szansę się uzdrowić, choć często zamiast tego wybieramy uznanie, że wina/odpowiedzialność leży po tej drugiej stronie.
Czy na tym opiera się patriarchalne usadzanie kobiet, od którego w tym rozdziale wyszłam? Nie. Patriarchat to system, który w centrum świata stawia konserwatywnego, średnio inteligentnego i mało wrażliwego mężczyznę. Dlatego nie ma w nim miejsca zarówno dla kobiet, które „rzucają się w oczy” wcale nie po to, żeby takiegoż zaciągnąć do łóżka, jak i nie ma go dla mężczyzn myślących i delikatnych. O przedstawicielach wszystkich płci o orientacji innej niż heteroseksualna już nawet nie wspominam. System ten skrzywił wielu całkiem rozsądnych mężczyzn nie na tyle jednak wrażliwych, żeby swoje uprzywilejowanie dostrzec. To oni mówili mi przy kawie, zgrywając mentorów i łypiąc na mój dekolt:

– Ale feministką, chłe, chłe, mam nadzieję nie jesteś.

Skrzywił też wiele myślących kobiet, które próbowały w jakikolwiek sposób zamanifestować swoją odrębność i inność od reszty kobiet. Zazwyczaj stawały się strażniczkami patriarchatu, by przypodobać się mężczyznom (pick me girls). Jak ja podczas tej kawy, kiedy odpowiadałam z dumą:

– Nieeee!

Dumą i lekkim rumieńcem, że na mój dekolt spojrzeli. A teraz to już na pewno zapunktowałam tym odcięciem się od feminizmu jeszcze bardziej.

Piszę o tym z ciarkami żenady na plecach. Udowadniałam tę idiotyczną tezę, że kobieta ubiera się dla mężczyzny. Tak, chciałam być zauważona. Chciałam być widziana. Ale czy na pewno przez mężczyzn? Czy to była potrzeba młodziutkiej, ale jednak dorosłej kobiety, którą mogliby zaspokoić jej mniejsi lub więksi adoratorzy, czy może potrzeba małego dziecka możliwa do spełnienia wyłącznie przez jego opiekunów?
Moja osobista relacja z własnym ciałem, urodą i seksualnością musiała być trudna, bo nigdy nie mogłam zostać z tym wszystkim sama. Ciągle ktoś mi się przyglądał. A to jakiś mężczyzna, a to kobieta – inna strażniczka patriarchatu, a to w końcu pan Bóg (zawsze obecny przy masturbacji dojrzewających nastolatków, za to konsekwentnie nieobecny podczas wszystkich wojen i rzezi). Tak skupiłam się na oczekiwaniach innych wobec siebie i swojego wyglądu, że nie miałam nawet możliwości zastanowić się, czego sama chcę. Jaką siebie lubię najbardziej. Co dodaje mi pewności siebie, co mnie zamyka. Co sprawia mi zwykłą przyjemność i frajdę, a co buduje między mną a światem jakiś trudny do przeskoczenia mur. Na szczęście czas, terapie, nieustająca autoterapia oraz wrodzona dociekliwość sprawiły, że zaczęłam powoli wychodzić z roli Kopciuszka i bosą stopą dotykać krainy normalności.

fot. Bożena Szuj

Kopciuszkiem nie być

fot. Bożena Szuj

Po terapii grupowej, opisywałam na blogu jedną z dwóch diagnoz, które usłyszałam: diagnozę histrionii. Dziś widzę, że o ile diagnoza obsesyjno-kompulsywnego zaburzenia osobowości w jakiś sposób wiąże się z moim ADHD, o tyle histrionia była źle postawioną diagnozą. Wielka szkoda, że całkiem niezły personel nowotarskiego szpitala nie odrobił lekcji o ADHD. Miałam okazję zasugerować jego dyrektorce, by wzięła pod uwagę takie szkolenie, również dla siebie – nie mogła mnie już dłużej leczyć właśnie ze względu na swoją niekompetencję w obszarze ADHD. Podziękowała. Liczę, że nie była to jedynie kurtuazja.
O histrionii wspominam dlatego, że cechuje ją pewna teatralność. Teatralność gestów, wypowiedzi oraz wyglądu. Dopatrywałam się jej u siebie w potrzebie stwarzania kreacji do sesji zdjęciowych przygotowywanych z myślą o kolejnych blogowych wpisach. Dziś, kiedy wiem już, że to nie histrionia, myślę, że bardzo, bardzo długo staczałam sama ze sobą walkę. Walkę opisanej wyżej zagubionej strażniczki patriarchatu z dziką kobietą, która chce być zauważona, ale na swoich własnych warunkach, nie porzucając przy okazji siebie. Trochę, jak podczas generalnych porządków na zabałaganionym strychu, każde swoje przekonanie brałam do rąk i przyglądałam się mu z każdej strony.

Czy ty jesteś moje, czy może wyuczone?
Czy już do ciebie dojrzałam, czy właśnie z ciebie wyrosłam?

Moje i te, do których dojrzałam odkładałam na jedną kupkę, wyuczone i te, z których już wyrosłam na drugą – rzeczy do natychmiastowej, choć tak naprawdę stopniowej utylizacji. Nikt już nie powinien ich mieć. Nawet ja kiedyś.
Moja rozpoczęta w czerwcu przygoda ze sprzedawaniem ubrań, których już z rozmaitych powodów nie będę nosić, zmusiła mnie do wielu zaskakujących refleksji. Na przykład o mój styl; czy go mam. A jeśli tak, to czy jest tylko jeden, no i w ogóle czy go mieć powinnam. Co lubię nosić, a w czym lubię się pokazywać, bo wbrew pozorom to dwie całkiem inne sprawy. W końcu często wyglądamy rewelacyjnie w czymś, co jest dla nas równie wygodne jak zbroja. No i też na odwrót – dosyć rzadko wyglądamy zjawiskowo w ciuchach super wygodnych. Ale właściwie czemu by nie spróbować? Wygodne są przecież nie tylko wytarte dresy. Moja tegoroczna sprzedaż fatałaszków i mocno przemyślane układanie trochę nowej garderoby (pobliska sieć lumpeksów z wyznaczonymi dniami w tygodniu, podczas których wszystko kosztuje tylko 6 zł – każdy sklep z sieci ma wyznaczony inny dzień – to coś fantastycznego!) jest ciągle znakomitą zabawą. Dotychczas wydawało mi się – o czym więcej pisałam w czerwcowym wpisie – że mogę swoją atrakcyjność zawiesić na kołku, czując się dobrze, ale niewyjściowo. Więcej, naprawdę wierzyłam w to, że bez makijażu jestem niemal niewidzialna, mimo że na co dzień naprawdę maluję się rzadko. Wierzyłam, że są jakieś dwie nNy: jedna wyszykowana, wymalowana, wystylizowana, prosto na koncert czy inNe wielkie wyjście, a druga w niemal ciągle tych samych domowych ciuchach bez makijażu, zbyt zwykła, by ją pokazywać jakoś szerzej. Z pewnością w pogodzeniu tych moich dwóch osobowości pomogła zdrowa relacja z kobietami, z którymi mogę porozmawiać o tych wszystkich niedostrzeganych często przez mężczyzn niuansach. Kobietami życzliwymi i serdecznymi. Kobietami, w których nie ma zazdrości czy zawiści. To bardzo dla mnie nowe. Nowe i piękne. Wszystkie się w końcu zmagamy z dniem złych włosów, gorszą cerą, przeróżnymi reakcjami organizmu na okres czy chorowaniem na konkretny kosmetyk lub ciuch. No powiedzcie, że nie! No i po co właściwie obarczać tym mężczyzn, którzy już są z siebie dumni, jak po kilku latach związku zapamiętają wasz kolor oczu? Odsłaniając się z tymi przyziemnymi urodowo-wyglądowymi trudami dnia codziennego, zobaczyłam, jak bardzo one nas wszystkie łączą. I jak bardzo możemy odpuścić w babskim gronie, co na dłuższą metę uczy odpuszczania w ogóle; w każdym gronie.
Podczas tego gorącego, słonecznego lata postanowiłam więc trochę poodpuszczać. Przede wszystkim samej sobie. Jeszcze rok temu nie odważyłabym się zapozować do robionych na bloga zdjęć w samym cekinowym krótkim body w dodatku bez żadnej bielizny pod spodem (w tym miejscu pozdrawiam pana, który usiadł sobie na kamieniu tuż za nami, otworzył piwo i niemal dyskretnie obserwował naszą sesję). Dziś myślę, że niezwykle smutne jest to, że wiele kobiet potrzebuje do tego „odwagi” właśnie, choć to w gruncie rzeczy przecież błahe i nieistotne. Najwyżej komuś się nasz wygląd nie spodoba, albo wyjdzie nam gdzieś jedna czy druga fałdka. Czy to koniec świata? A przede wszystkim czy to powód, żeby zabierać nam przyjemność bawienia się swoim własnym wyglądem?
Prawdopodobnie już kiedyś pisałam o tym, że do ilustrowania blogowych wpisów własnymi sesjami zainspirował mnie dawny blog Fabjulus. Pamiętam, jakiego szoku doznałam, kiedy zobaczyłam jej zdjęcia. Jaki to był dysonans, że tak piękna kobieta może… tak doskonale i inteligentnie pisać. Przerażające, prawda? To również pokłosie patriarchalnego spojrzenia na kobiety i przydzielania im ról i wyglądów. Jak inteligentna, mądra i pisząca, to musi koniecznie siedzieć nieumalowana w worku po ziemniakach i tak sobie mędrkować. Nie może być ładna, a już na pewno nie zadbana i jeszcze do tego zgrabna. No, to się zwyczajnie ze sobą nie łączy. Przykładałam więc od początku, teraz chyba jeszcze bardziej świadomie, ogromną wagę do charakteru moich sesji, którymi ozdabiałam wpisy. Nie do mnie, rzecz jasna, należy interpretacja tego bloga, ale mogę zapewnić, że nie ma na nim elementów przypadkowych. [Może oprócz omawianego już kiedyś fatalnego łamania tekstu, na co – mimo wykupienia własnej domeny – nie mam ciągle żadnego wpływu.] Makijaże, stroje, paznokcie i rzęsy, a był czas, że nawet peruki, wielokrotnie pomagały mi tu wyczarować w mniej lub bardziej udany sposób jakąś dopełniającą wpis opowieść równoległą. Realizacja konkretnego pomysłu była dla mnie dużo ważniejsza niż to, żeby „wyglądać ładnie”. Jednak, jak każdy, mam zarówno własne poczucie estetyki, jak i swoje kompleksy, co powstrzymywało mnie od umieszczania tu jednych zdjęć i przekonywało do umieszczania drugich. W pewnym momencie złapałam się na tym, że sztuczne rzęsy i paznokcie (peruki były tylko chwilową fanaberią) stały się w mojej głowie obowiązkowymi rekwizytami w sesjach. To odkrycie uświadomiło mi, że wykreowałam w swojej własnej głowie taki obraz siebie, któremu nie dorównuję w rzeczywistości. I że nie jest to przemyślane blogowe alter ego, tylko kolejna pułapka. Od maja więc pokazuję na zdjęciach tylko własne paznokcie i rzęsy, trochę też ze względów terapeutycznych.
Nie piszę tego zresztą po to, by wywołać dyskusję na temat tego, która wersja jest „lepsza”. To kompletnie nieistotne. Nadal lubię każdą. Również – coraz bardziej – tę sauté, którą tak pięknie uchwyciła w Grecji moja dobra koleżanka Georgia Dask. Dzielę się spostrzeżeniem, że jest pewna subtelna różnica między kreacją, mówiąc szumnie, artystyczną, a fałszem. A na fałsz – i pisząc, i śpiewając – nie chcę sobie pozwalać.

fot. Bożena Szuj

Kto tu kogo uratował?

fot. Bożena Szuj

Przychodzące z wiekiem doświadczenie, terapie i autoterapia to jedno, ale na pewno mój dzisiejszy spokój, samoakceptację i poczucie własnej wartości zawdzięczam przede wszystkim niecałym siedmiu kilogramom szczęścia i miłości (lub też wkurwu, jak ją przedstawia mój Partner) – naszej przysposobionej psiórce Żuli. Nie wiedziałam, że tak można kochać, a z dnia na dzień obydwoje kochamy ją jeszcze mocniej. Naszym celem było danie dobrego, kochającego domu pieskowi, który nie miał na niego szans. Wzięliśmy z interwencji przerażoną sunię. Całe swoje półtoraroczne życie była zamknięta w jakiejś śmierdzącej melinie przez zwyrola, który w końcu poszedł siedzieć, ale za rozbój. To pozostawiło w niej traumę, która nie tak rzadko daje o sobie znać. Była zaniedbana weterynaryjnie, do dziś – choć jest z nami już pół roku – nie byliśmy w stanie jej wykastrować, bo po wyleczeniu pierwszej urojonej ciąży zapadła na giardiozę, którą leczy się prawie miesiąc. A kiedy można już było wykonać badania potwierdzające, że giardioza minęła, dostała cieczkę, a po niej kolejną urojoną ciążę. Nie ma łatwego życia. Jednak mało co mnie tak podnosi, jak użalanie się nad nami (???), że „mamy problematycznego psa”. Mamy fantastycznego, mądrego i przekochanego pieska z charakterem, któremu człowiek wyrządził niewyobrażalną krzywdę. Minimum, jakie możemy zrobić dla zwierząt, to ich nie jeść, nie nosić ich futer i w miarę możliwości dać im dom.
Dzisiaj naszym najważniejszym celem jest uczynienie z Żuli najszczęśliwszego i zdrowego psa. To jednak nadal niedużo w porównaniu z tym, ile dostajemy od niej w zamian. A dostajemy codzienne treningi uważności. Te cudowne poranki we trójkę, kiedy mała na nas wskakuje i bez pardonu wypycha nam komórki z dłoni (tak, straszny zwyczaj), bo „teraz jest czas wspólnych pieszczot”. Uczy nas, czym jest bycie w tu i teraz, tak ważne dla wszystkich uciekających od niego ADHD-owców. Pokazuje, jak ogromną radość może sprawiać jedzenie (ciągle tego samego, teraz już wiem) i spacer, ale też jakim nieopisanym szczęściem jesteśmy… dla niej my. Piszę to ze łzami w oczach, bo tyle radości, ile nie jest nawet w stanie pomieścić w sobie to maleńkie ciałko na każdy nasz powrót, to coś, czego nie doświadczyłam nigdy. Nie mówiąc już o tym, że po pierwszej mojej i jej kilkudniowej rozłące (o której jeszcze napiszę), popuściła na mój widok. I dla niej to już w ogóle nie ma znaczenia, czy przytyłam, czy schudłam, czy mam umyte czy nieumyte włosy, czy jestem w makijażu czy bez niego, jak również co w ogóle na sobie mam. Ona po prostu nas oboje kocha, a my robimy codziennie wszystko, żeby na tę miłość zasłużyć. Równocześnie też dzięki niej każde z nas uczy się kochać samego siebie.

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę tylko jeden utwór, który do SyrenNi pasuje najbardziej – „Le sirene” Demetria Stratosa. Umieszczałam go już na swoim blogu nie raz, ale jako jeden z moich ulubionych utworów ma w moim sercu miejsce priorytetowe i będzie się pojawiał zawsze, kiedy poczuję, że powinien.

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wege ozorki w sosie chrzanowym

fot. Marianna Patkowska

Nadeszła jesień, a wraz z nią dużo większa niż podczas lata chęć gotowania. Od czterech już lat nie jem mięsa (w dalszym ciągu oprócz ryb), z czym bardzo mi dobrze, jednak jeśli za czymś czasem tęsknię, to za tatarem wołowym, uczciwą golonką oraz podrobami. Na początku naszego związku mój Partner był ciekaw, jakie są mankamenty mieszkania ze mną, więc postanowiłam zapytać o to partnera poprzedniego, z którym łączą mnie miłe wspomnienia i wzajemny szacunek. Ten, po niedługim namyśle, stwierdził:

Nie no, generalnie fajnie się z Tobą mieszka. Jeśli już mam coś irytującego wymienić, to może to, że ciągle te podroby gotujesz…

Bardzo nas to rozśmieszyło, bo wstąpiłam wtedy na wege drogę, ale fakt faktem, dotykanie i krojenie surowych podrobów to coś, co faktycznie większość życia sprawiało mi jakąś niemal metafizyczną rozkosz. (Mogłam do tego zresztą na chwilę wrócić, gotując psu, zanim się dowiedziałam, że różnorodność dań to zdecydowane przeciwieństwo tego, czego potrzebują psy.)
Czy wymyślając przepis na boczniaki udające ozorki chciałam oszukać samą siebie, że oto zjem znowu tę pyszną mięsną potrawę? Nie. Odtwarzanie smaków od zawsze było dla mnie tylko (albo ) ćwiczeniem kreatywności, zabawą, rodzajem łamigłówki; aktywnością, którą kocha i której potrzebuje mój ADHD-owy mózg. Nadal nie rozumiem, czemu wege wersje mięsnych potraw wzbudzają w niektórych mięsożercach tak duże emocje i rodzą niesprawiedliwe zarzuty o „hipokryzję” roślinożerców. Przecież w niejedzeniu mięsa jesteśmy konsekwentni.
Moja improwizacja na temat ozorków zaczęła się od sosu chrzanowego. Znakomicie gotująca przyjaciółka w pewnej telefonicznej rozmowie przypomniała mi o prostym i pysznym daniu, jakim są jajka w sosie chrzanowym. Po jakimś czasie sama nabrałam na nie apetytu, stwierdzając, że idealnie wpisują się w obecną aurę i poszłam czarować do kuchni. Partner był rezultatem zachwycony, niemal ze łzami w oczach wspominając bary mleczne ze słusznie skądinąd minionej epoki PRL-u. Miałam w planach przygotowanie potrawy dziękczynNej dla Tymona Tymańskiego za jego znakomite „Republikacje” (o których wkrótce napiszę), więc plany te zaczęły się nagle krystalizować. Sos dziękczynNy przygotowałam nieco inaczej niż ten, którego sukces mnie zainspirował. Po pierwsze, dlatego że gotowanie jednej potrawy dwa razy w ten sam sposób mnie nudzi, a zwłaszcza jesienią muszę walczyć z własnym życiem o dopaminę jak lwica, a po drugie… Drugiego w sumie jednak nie ma. Na horyzoncie moich wizji zaczęły majaczyć ozorki, a internet w sugerowaniu ich wegetariańskich zamienNików okazał się nad wyraz bezużyteczny. Pomyślałam więc, że dobra marynata będzie kluczem do sukcesu w kwestii smaku, a do oryginału trzeba zbliżyć konsystencję i wygląd. Boczniaki okazały się wyborem najbardziej oczywistym.
Puenta tej historii jest następująca: gotujmy wielkim artystom, nawet, gdyby miał to być nasz jedyny wkład w polską kulturę (lub zagraniczną, jeśli mieszkamy zagranicą). Oczywiście tylko, jeśli gotować umiemy, lubimy, a tym artystom nasze wypełnione po brzegi słoiczki sprawiają realną przyjemność. Kto nie zna jeszcze „Republikacji”, niech szybko biegnie je nabyć. Tak, jak wege ozorki z sosem chrzanowym, również fantastycznie komponują się z aktualną pogodą.

SKŁADNIKI:

  • WEGE OZORKI:

– 2 opakowania boczniaków
– 3 ząbki czosnku
– oliwa z oliwek
– Przyprawa do flaków biesiadnych (czymkolwiek by były) Kamisa
– mielona wędzona słodka papryka
– 4 liście laurowe
– kilka świeżych liści lubczyku
– sól
– pieprz
– kilkanaście kropli sosu sojowego
– kilka kropli octu
– cebula czosnkowa

  • SOS CHRZANOWY:

– 2 tacki świeżej włoszczyzny
– garść suszonej włoszczyzny
– cebula
– 2 ząbki czosnku
– świeży lubczyk
– 5 – 6 liści laurowych
– kilka ziaren ziela angielskiego i pieprzu czarnego (lub piramidka smaku do rosołu)
– suszony lubczyk
– 3 – 4 kostki warzywne (polecam oczywiście kostki lub bulionetki domowej roboty)
– ok. pół kostki masła
– mąka
– kilka łyżek domowego chrzanu (ja miałam jeszcze swój własny wielkanocny, utarty z jabłkiem i wymieszany z odrobiną wody, octu, soli i pieprzu)
– kilka łyżek ulubionego kupnego
chrzanu
– ok. 3 łyżki jogurtu greckiego
– kilka kropli mleczka do kawy
– kilka kropli śmietanki 30%
– kilka kropli sosu sojowego
– kilka kropli soku z cytryny
– sól
– pieprz

PRZYGOTOWANIE:

I dzień…

  • WEGE OZORKI:

Do miski wlać trochę oliwy z oliwek i wymieszać z przyprawą do flaków i mieloną wędzoną słodką papryką. Dopełnić miskę chłodną wodą. Dodać obrane i przekrojone wzdłuż ząbki czosnku, liście lubczyku i liście laurowe, a następnie wymieszać z sosem sojowym, octem, solą i pieprzem. Boczniaki umyć i odkroić kapelusze. Czyste kapelusze wrzucić w całości do naszej marynaty. Nóżki pokroić na mniejsze części i również dodać do marynaty. Wszystko raz jeszcze wymieszać i zostawić na noc pod folią. O cebuli nie zapominamy, przyda nam się następnego dnia.

fot. Marianna Patkowska

II dzień…

  • SOS CHRZANOWY:

*Swój sos chrzanowy przygotowałam od początku do końca w tym samym dniu, jednak jeśli mamy więcej czasu pierwszego dnia, a mniej drugiego, można pierwszy etap sosu chrzanowego (koniec zaznaczony gwiazdką) zrobić – razem z marynatą – dzień wcześniej.

fot. Marianna Patkowska

Pracę nad sosem chrzanowym zaczynamy od przygotowania uczciwego wywaru warzywnego. Umytą i obraną włoszczyznę kroimy (polecam kroić na duże kawałki, bo łatwiej ją potem odcedzić i wykorzystać np. jako dodatek do obiadu) i wrzucamy do gotującej się wody. Nieobraną cebulę i ząbki czosnku opalamy z każdej strony i dodajemy do reszty wraz z włoszczyzną suszoną, połową doniczki ściętego, umytego świeżego lubczyku, liśćmi laurowymi i resztą przypraw do bulionu. Kiedy nasz wywar zacznie wrzeć, zmniejszamy ogień i gotujemy 1,5 do 2 godzin. Po tym czasie dodajemy kostki i suszony lubczyk i gotujemy jeszcze 15 – 20 minut. Odcedzamy wywar. Warzywa warto zachować jako dodatek do obiadu lub na sałatkę warzywną. (Osobiście wyrzucam tylko cebulę, czosnek, liście laurowe i piramidki smaku.) Z czystego wywaru do sosu odlewamy ok. 1,5 szklanki do dzbanuszka i zachowujemy na później – przyda nam się podczas przygotowywania wege ozorków.*

fot. Marianna Patkowska

W nowym garnku rozpuszczamy na małym ogniu masło i dodajemy stopniowo mąkę, cały czas mieszając (najlepiej sprawdzi się do tego silikonowa łopatka). Kiedy nasza zasmażka zrobi się już gęsta, stopniowo dodajemy nieduże ilości przecedzonego wywaru do sosu (dzbanuszek zostawiamy na razie w spokoju), cały czas wszystko mieszając. Oddzielnie miksujemy chrzan z jogurtem greckim, mleczkiem do kawy, śmietanką, sosem sojowym i sokiem z cytryny. Kiedy rozpuścimy zasmażkę w całym wywarze, dodajemy trochę tego sosu do zmiksowanego chrzanu z wyżej opisanymi dodatkami i miksujemy wszystko razem. Potem bardzo powoli, cały czas mieszając, łączymy zmiksowane składniki z sosem. Znacznie zmniejszamy ogień, nie dopuszczając do wrzenia i chwilę grzejemy wszystko razem. Dodajemy do smaku sól i pieprz. Jeśli całość okaże się zbyt rzadka, możemy dorobić zasmażkę, ale w oddzielnym rondelku, również łącząc ją potem z niewielkimi ilościami sosu, a dopiero później przelewamy zawartość rondelka do garnka z resztą sosu.

fot. Marianna Patkowska

II dzień…

  • WEGE OZORKI:

Wyjąć boczniaki z marynaty i osuszyć na ręczniku papierowym. Kiedy wyschną, delikatnie obtoczyć tylko tyle z nich, ile wygodnie zmieści się na patelni, z jednej strony w mące.

fot. Marianna Patkowska

Pokroić cebulę w plastry i rozgrzać oliwę na dużej patelni. Wrzucić na rozgrzaną oliwę zanurzone jedną stroną w mące boczniaki i plastry cebuli, delikatnie i szybko obsmażając z każdej strony, a następnie dodać resztę wysuszonych boczniaków, podlać wszystko zachowanym do tego celu w dzbanuszku bulionem i dusić ok. 20 – 30 minut na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając.

fot. Marianna Patkowska

Wyjąć i odsączyć boczniaki z bulionu.

fot. Marianna Patkowska

Na tym etapie można oczywiście wrzucić odsączone duszone boczniaki z cebulą do przygotowanego uprzednio sosu chrzanowego. Ja jednak proponuję włożyć je do pustego garnka, w którym zalejemy je tylko połową sosu.

fot. Marianna Patkowska

Dzięki temu sos z wege ozorkami stanie się bardziej aromatyczny, a sos sauté pozwoli nam na przygotowanie alternatywnej wersji obiadu – jajek w sosie chrzanowym. Do obydwu wariantów jako dodatek wyśmienicie sprawdzą się kluski śląskie.

fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser łączę dziś przepyszną piosenkę „Odchodząc” ze wspomnianej płyty Tymona Tymańskiego „Republikacje”; płyty będącej nie tylko hołdem złożonym Republice, ale też harmonicznym arcydziełem.

fot. Marianna Patkowska

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Sclavus” Tymon Tymański

fot. Marianna Patkowska

wydawnictwo: Wydawnictwo
Części Proste
rok wydania: 2021

Jak już w kilku miejscach na tym blogu wspominałam, moja relacja z Tymonem Tymańskim od samego początku była dosyć nietypowa. Istniał w moim życiu długo, długo zanim poznaliśmy się osobiście. Jako nastolatka trafiłam w telewizji na program „Muzyka łączy pokolenia”, w którym wykonywał jakąś straszną piosenkę Jerzego Połomskiego, akompaniując sobie do tego na kontrabasie i to mnie absolutnie zachwyciło: jego umiejętność stworzenia arcydzieła z byle czego. Zrozumiałam wtedy, że jest artystą wybitnym. Jednak emanował energią, której się… bałam. Kiedy tylko natrafiłam na jakikolwiek z nim wywiad, przerażona przełączałam kanał. No i lata później Mężczyzna Mojego Życia, kiedy zaczęliśmy się poznawać, oświadczył mi, że przyjaźni się od przeszło pięćdziesięciu lat z… Tymańskim właśnie. Ze wszystkich artystów, celebrytów, ludzi mediów przyjaźnił się akurat z tym jedynym, którego ja się panicznie – z niezrozumiałych dla siebie powodów – bałam. Wzięłam to jednak na klatę i byłam coraz bardziej podekscytowana na myśl o nadchodzącym i nieuniknionym spotkaniu z Maestro.
Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, więc na wszelki wypadek nie spodziewałam się niczego. Tymański podjął mnie w swoim domu niezwykle ciepło i życzliwie, choć… z pewnym wyczuwalnym, zwłaszcza na początku, dystansem. (Na przywitanie podał mi rękę, ale już żegnając się, serdecznie mnie przytulił.) Czy chcę przez to powiedzieć, że przed upływem pierwszych wspólnie spędzonych pięciu minut nie opowiedział mi anegdoty o masturbacji w kolejce z moim Partnerem? Ależ skąd! Opowiedział. Opowiedział z tym swoim chłopięcym szelmowskim błyskiem w oku, jak gdyby chciał sprawdzić, gdzie są moje granice. Odepchnęłam swoją wewnętrzną pensjonarkę i strzeliłam zaskakująco szybko, jak na siebie, celną ripostę. Całkowicie zresztą zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że anegdotę znam od Bartka, ale do niedawna – ponieważ nie doprecyzował szczegółów – myślałam nie dość, że masturbowali się wzajemnie (jeden drugiego), to jeszcze, że robili to do swoich późnych lat trzydziestych. (Anegdota dotyczyła ich wczesnego okresu nastoletniego.) Mina całkowicie zdegustowanego Tymańskiego – bezcenNa!
Kiedy zacny Gospodarz parzył nam doskonałą, aromatyczną kawę, postanowiłam mu opowiedzieć o lęku, jaki we mnie do niedawna wzbudzał. Wysłuchał z uwagą, po czym, ruszając ku lodówce po mleko roślinne, stwierdził:

– Bardzo słusznie! Bardzo słusznie. Jestem jednak kawałem ch…ja.

Dość nieśmiało doprecyzowałam wtedy, że to nie koniec tej historii, bo choć owszem, bałam się wiele lat, to im więcej opowiedział mi o nim Bartek, tym bardziej lęk zaczął mnie opuszczać, po czym dziś już całkowicie ustąpił.

– Może się zmieniłaś – stwierdził autorytatywnie, otwierając drzwi lodówki. Po czym wychynął zza nich, z rozmarzoną miną dodając: – może JA się zmieniłem…

Spotkanie miało w sobie sporo magii. Byliśmy wszak kompletnie obcymi sobie ludźmi, których łączył jeden człowiek, kochany przez nas oboje. Nie było w tym jednak żadnej rywalizacji. No, przynajmniej nie o Bartka. Nie jestem pewna, czy wolno mi przytoczyć tę anegdotę, ale sam fakt, że się nad tym zastanawiam, uświadamia mi, że jednak powinnam. Nasze spotkanie przeniosło się z kuchni do ogrodu. Był sierpień, gorąc, Tymon w pewnym momencie zdjął koszulkę, pokazując nam swoje tatuaże i opowiadając o nich. Potem temat związany z tatuażami został już zamknięty, ale Tymon ciągle siedział bez koszulki. Bartek, który nagle to sobie uświadomił, powiedział coś w stylu:

– Ty weź już schowaj ten tors. Lepszego biustu od Patkowskiej i tak nie masz!

I wtedy stało się coś absolutnie fascynującego. Tymon trochę zmieszany, a trochę niezadowolony spojrzał na mój – przyznaję, spory – dekolt ukazujący wiadomy biust, na swój tors, znowu na mój dekolt, znowu na swój tors i skończył  pospiesznie dyskusję burknięciem:

– No… Młoda jest.

Bartek miał minę typu „dwie sekundy nieuwagi i już te dwa egole ze sobą rywalizują”, a ja byłam zachwycona. Nie tylko tym, że wygrałam (bo tym też), ale siłą osobowości kogoś, kto w ogóle startuje do rywalizacji w dziedzinie, w której nie ma najmniejszej szansy na wygraną. Żadna kobieta nigdy nie próbowała rywalizować ze mną na wielkość biustu, a tu zjawia się Tymański z męskim, wytatuowanym torsem, rzucając rękawicę, a potem próbując mnie w jakiś przedziwny sposób zdyskwalifikować. (Chyba, że w wieku pięćdziesięciu kilku lat rzeczywiście będę miała nagle męski tors, czego wykluczyć się nie da.) Niby wiedziałam to już wcześniej, ale zyskałam niepodważalne dowody na to, że mam do czynienia z człowiekiem absolutnie fenomenalnym, nietypowym, nietuzinkowym (jak mówi o sobie Doda), fascynującym, innym. W dodatku Artystą przez duże „A”.

fot. Bożena Szuj

Miałam zaszczyt odwiedzić jego domowe studio i posłuchać, nad czym pracuje. Obserwowanie pasji, z jaką mówi o swoich wizjach było rozczulające. I chyba poruszyło we mnie najczulszą strunę. Pochodzę bowiem ze specyficznego domu. Przez muzykologiczne wykształcenie obojga rodziców, ale też charyzmę i niezwykłą osobowość mojego taty, stykałam się od najmłodszych lat z wybitnymi artystami, których wielkość byłam w stanie sama docenić dopiero po latach. Nie każde dziecko widuje w domu Witolda Lutosławskiego, Krzysztofa Pendereckiego czy Tadeusza Łomnickiego. Nie każde regularnie odwiedza z tatą Władysława Hasiora i nie każde zostaje podjęte i rozpieszczane we Francji przez samego Iannisa Xenakisa. Nie wspominam o tym przez snobizm. Zmierzam raczej do tego, że dorastanie w takim środowisku zostawia w sobie jakiś ślad, pewną tęsknotę i dotkliwe nieprzystosowanie. Bardzo długo byłam na przykład przekonana, że niebycie artystą jest rodzajem upośledzenia. Życie tę tezę zweryfikowało. To znaczy potwierdziło ją (zwłaszcza w kontekście muzykologów), ale nauczyło, że nie warto mówić o tym głośno i wszczynać niepotrzebnych dyskusji. Dziś każdy, kto nie pochyla się jeszcze nad grobem, a zna i ceni artystów, którzy mnie ukształtowali, wzbudza moją ciekawość. Tymon niesłychanie mi zaimponował rozległą wiedzą o muzyce. Płynnie przechodził z opowieści o Beatlesach na te o komponowaniu Johna Cage’a inspirowanym pasją do zbierania grzybów. O wszystkich wielkich artystach mówił, nie klasyfikując ich, nie szufladkując, nie dzieląc na tworzących sztukę „niższą”, czy „wyższą”.
W takim podejściu mój tata był niestety w swoim środowisku odosobniony. Uświadomiłam sobie wtedy, że Tymon również bardzo od swojego środowiska odstaje, choć nie wiem, czy mu ta odrębność doskwiera. Wiele świetnych zespołów rozpoczynających swoją karierę w tym samym czasie, co on, dziś albo nie istnieje, albo nie ma na siebie pomysłu, bo dopadła ich mentalna starość. Albo alkoholizm. Czasem – Bartek zza pleców dopowiada, że „na ogół” – jedno i drugie. Tymon niesamowicie się na tym tle (choć właściwie na każdym tle) wyróżnia, bo pielęgnuje w sobie dziecko. Przychodząca z wiekiem dojrzałość objawia się u niego podobno większym niż kiedyś spokojem, opanowaniem, świadomością swojej wartości, no i znakomitym muzycznym warsztatem. Nie ma w nim natomiast ani zamknięcia się we własnej bańce, ani tego starczego zaśpiewu, że „drzewiej to było”. Jest artystyczna ciekawość, co i jak jeszcze można.
Kiedy pojawiła się w końcu jego książka „Sclavus” (a kilka razy odwiedzaliśmy go, kiedy był w procesie jej pisania), byłam zaintrygowana, ale też… powrócił do mnie dawny irracjonalny lęk. Bezpodstawny i bezsensowny, jak się miałam wkrótce okazję przekonać.

fot. Bożena Szuj

Utrzymany w duchu powieści postmodernistycznej „Sclavus” nie jest autobiografią, choć Tymański z kronikarską dokładnością opisuje w nim kilka ważnych lat swojego życia, skacząc oczywiście przy okazji trochę wprzód, trochę w tył. Nie jest też historią trójmiejskiej Tranzytoryjnej Formacji Totart, choć dowiemy się z niego naprawdę dużo na temat tego fascynującego artystyczno-polityczno-filozoficznego ruchu. W dodatku z pierwszej ręki, trochę zza kulis. Odczytuję „Sclavusa” raczej jako powieść o Tymańskim w kontekście Totartu, ale też o Totarcie w kontekście Tymańskiego. Kosmicznym zrządzeniem losu (a może po prostu wielkie jednostki swoją grawitacją zakrzywiają czasoprzestrzeń, żeby móc się ze sobą zetknąć) wrażliwy, utalentowany, zbuntowany, poszukujący i zaczytany w doskonałej literaturze chłopak z Wrzeszcza poznaje założycieli trójmiejskiej Tranzytoryjnej Formacji Totart i wkrótce do niej dołącza. To odciśnie na nim ogromne piętno i ukształtuje go jako człowieka oraz artystę.
Autor rozpoczyna „Sclavusa” słowami:

Prolog tłumaczy, co, jak i dlaczego Totart (oraz totart), i skąd ta książka, ale na luzie można go pominąć. Gdyby jednak ktoś chciał go przeczytać, uprzedzam: nie uzurpuję sobie kompetencji do „obiektywnej”, analitycznej wypowiedzi. Przeciwnie, jestem skrajnie nieobiektywny, bo jako były uczestnik pochylam się nad wąskim i bliskim mi wycinkiem historii awangardy – związaną z działalnością trójmiejskiej Tranzytoryjnej Formacji Totart (1986 – 1993) i grupy poetyckiej „Zlali Mi Się Do Środka” (od 1987), która w sposób nieregularny i rozproszony funkcjonuje do dziś.

– str. 9, „Sclavus” Tymon Tymański

Mamy więc do czynienia z nieobiektywnym opisem totartowych działań drugiej połowy lat osiemdziesiątych i pierwszej lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Działań zabawnych, juwenilnych, ale taż poruszających, wstrząsających – niejednoznacznych, niejednorodnych. Totart w Tymańskim i Tymańskiego w Totarcie poznajemy, wgryzając się w osobliwy język autora, czasem nieznośny (co piszę z zachwytem i lekkim ukłuciem zazdrości), czasem wzruszająco poetycki, zawsze jednak niebywale spójny i niesłychanie… tymański. Specyficzne poczucie humoru Tymona, jego ironia, autoironia, czy niespodziewane odjazdy w fikcyjne przestrzenie osładzają tę piękną i miejscami trudną opowieść o dorastaniu, miłości i sztuce. Opowieść, w której tle słychać post-punk, awangardę, yass, eksperymenty elektroniczne, Beatlesów i Johna Coltrane’a.
Lata osiemdziesiąte w najbardziej zaangażowanym w walkę z komuną Gdańsku nie mogą być tu tylko czasem i miejscem akcji. Ponura, przytłaczająca rzeczywistość niemożliwa do zaakceptowania przez myślących i wrażliwych obywateli, równocześnie też jakoś ich kształtowała. Tranzytoryjna Formacja Totart była buntem młodych intelektualistów podchodzących z rezerwą do Solidarności (mówiącej całkowicie innym językiem). Tu warto wspomnieć o tym, że Tymon oddaje głos w książce również swoim totartowym towarzyszom, co bardzo dużo do niej wnosi. Jak chyba każdy z mojego pokolenia, kojarzę zabawnego Koñja, czyli Pawła Konnaka, słyszałam też o wielkim Zbigniewie „Mesjago” Sajnogu (w pewnym sensie totartowym przywódcy). „Znam” ich może nawet trochę lepiej niż inni, bo słyszałam od Bartka wiele opowieści i anegdot na ich temat. Jednak dopiero zetknięcie się z tym, jak piszą, jak myślą, jak niesamowitą mają wrażliwość, pomogło mi zrozumieć siłę, jaką był Totart. Nie ukrywam, że wylałam podczas lektury wiele łez wzruszenia czystym pięknem, z jakim dane mi było obcować. (Głosu autora z tego oczywiście nie wyłączając.)

fot. Bożena Szuj

Nie ukrywam, że gotuje się we mnie krew, kiedy słyszę dziś z ust niektórych starszych osób beztroskie stwierdzenie, że „za komuny nie było tak źle” albo że „pod niektórymi względami było nawet lepiej”. (Inna sprawa, że na komfort tego cudu niepamięci mogą sobie pozwolić jedynie ci, którzy nie zrobili nic, by komunę obalić.) Było bardzo źle. Szczególnie tym, którzy cenili wolność i niezależność myślenia. Owszem, wydawano większość książek porządniej. Tych, które wydawano. Przypomnijmy sobie instytucję cenzora (za którą kilka lat temu, jako przewodniczący Rady Programowej III Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Europy Środkowo-Wschodniej Eufonie, tak zatęsknił Mieczysław Kominek).
Będąc małą dziewczynką, nie rozumiałam taty, który choć swojego klasowego kolegę z gimnazjum Stanisława Bareję wspominał bardzo ciepło, nie umiał śmiać się z jego filmów, bo „przedstawiane w nich realia były dla niego zbyt prawdziwe”. Wraz z rozwojem wyobraźni i empatii w końcu zrozumiałam. Myślę, że pewien rodzaj wrażliwości nigdy nie zgodzi się na żadną, nawet najlżejszą formę totalitaryzmu i nigdy też się z niej zupełnie nie otrząśnie.
Tymański w „Sclavusie” nie robi z polityki tematu przewodniego. Pisze z perspektywy chłopaka z dobrego, nauczycielskiego gdańskiego domu – obrzydzenie do władzy i ustroju jest tu oczywiste, wręcz domyślne. Zresztą każdy z bohaterów książki jest polityką nasiąknięty. Politycznym przemianom poświęcony jest nawet niewielki rozdział. Nie mniej dla mnie największą siłę rażenia mają te małe, rzucone raz po raz informacje o zamykanych w więzieniach (!) kilkunastoletnich (!!!) kolegach za roznoszenie bibuł, czy szkolne antykomunistyczne wygłupy (choć akurat jeden opisany przypadek był faktycznie aktem wandalizmu). Zamykanych w więzieniach! Nie poprawczakach, nie skazywanych na prace społeczne. (O szpitalach psychiatrycznych, które nieraz były wybawieniem od kratek nawet nie wspominam.) Te dzieciaki, znając rozmiar ryzyka, bibuły w dalszym ciągu przemycały, nie wiedząc przecież ani że komuna upadnie, ani że tego dożyją. Jakimż policzkiem dla nich jest więc stwierdzenie dziś, że „nie było aż tak źle”?
Lektura „Sclavusa” nadała głębszego wymiaru opowieściom Bartka. Nie tylko tym politycznym, ale też wspominkom z dzieciństwa i okresu nastoletniego.
Ogromną przyjemnością było dla mnie czytanie uchwyconych przez Tymona anegdot, które już znałam z przekazów Bartka. I tych związanych ze wspólnym graniem najpierw w Sni Sredstvom Za Uklanianie, a potem w Miłości w garażu Bartka, i tych ze wspólnych wyjazdów (np. w celu umycia… babci Bartka). Tymon ma fenomenalną pamięć nie tylko do szczegółów, ale też swojej własnej narracji sprzed lat. Kiedy opisuje zdarzenia z czasów, kiedy miał dwanaście, albo dziewiętnaście lat, odtwarza swoje emocje z wtedy. Nie przepuszcza ich przez filtr dzisiejszej wiedzy i dojrzałości. Spotykamy się w książce z Tymonem z momentów, które opisuje. Myślę, że to urok pielęgnowania w sobie dziecka i wynikająca z niego umiejętność komunikowania się z nim.
Kolejną mocną stroną tej książki jest niewiarygodna łatwość autora w opisywaniu swoich uczuć. Pisze pięknie i wzruszająco o swojej pierwszej wielkiej miłości – Hannie-Mii; pisze równie pięknie o miłości do kumpli (i tej bardziej, i tej mniej platonicznej). Nie ma w tym natomiast żadnego nieznośnego patosu, czy męczącej tkliwości. Bywa poetycki w najbardziej zaskakujących momentach. Jedną z wielu poważnych krzywd, jaką wyrządził nam wszystkim patriarchat jest przekonanie, że mężczyźni nie mówią (czy też mówić nie powinni) o swoich uczuciach. I że uczuciowość jest cechą żeńską, a więc przypisaną kobietom. Tymczasem nawet, jeśli przyjąć terminologię „męskie/żeńskie” (za którą z założenia nie przepadam), to przecież każdy człowiek, bez względu na płeć, ma w sobie i takie, i takie cechy. Patriarchalna narracja łaskawie pozwoliła mówić i pisać o uczuciach mężczyznom, kiedy byli wrażliwcami, czy poetami, szybko klasyfikując ich jako „zniewieściałych”. Tak, to oczywiście gigantyczne uproszczenie, ale czy stereotypowo nie czujemy gdzieś w środku, że „prawdziwy facet” (kolejne ohydne określenie) o uczuciach jednak milczy? Że raczej robi, niż mówi? Ile tak naprawdę my, kobiety, wiemy o tym, co dzieje się w męskim umyśle i sercu? Może od niedawna próbujemy rozmawiać ze sobą jak ludzie, a nie dwa żeńskie i męskie obozy, ale kiedyś było całkowicie inaczej. Ile wiedziałyśmy o męskich wnętrzach w latach dziewięćdziesiątych? I tu cały na biało wchodzi Tymański – o którym można naprawdę powiedzieć dużo, lecz nie to, że ze swoją aparycją i fizjonomią, ale też pewnością siebie i zdecydowaniem może się komukolwiek wydać „niemęski” – i otwiera się nie tylko z tym, jak czuje teraz, ale też z tym, jak czuł na poszczególnych etapach swojego dorastania. Ta niewiarygodna autentyczność jest obezwładniająca. Mnie – jak mawia Bartek – wyciąga dywanik spod nóg. Dzisiaj media, zwłaszcza społecznościowe, odmieniają „bycie autentycznym” przez wszystkie przypadki, zapominając, że „autentyczność” nie jest tożsama z ordynarnie pojętą szczerością, polegającą na bezrefleksyjnym publicznym obnażaniu się ze wszystkich aspektów swojego życia.

Do tego tematu powrócę zresztą jeszcze w recenzji książki „Naku*wiam Zen” Marii Peszek, którą zaczęłam tuż po „Sclavusie” czytać. Zaczęłam i przestałam, robiąc przerwę na całkiem inne stylistycznie „Piekło domowe” Heleny Kowalik, będące dość ciekawym zbiorem reportaży o zbrodniach popełnionych w czterech ścianach. Wspomniany wywiad z Janem Peszkiem przeczytałam więc nieco później, traktując reportaże jak marynowany imbir podczas jedzenia sushi – miały przeczyścić moje kubki smakowe. Jednak niestety ich nie przeczyściły. „Sclavus” wrył mi się w głowę tak mocno, że kolejną niezbyt gatunkowo odległą książkę czytałam w jego kontekście, na jej niestety niekorzyść.

Myślę, że ten mój dawny irracjonalny lęk związany z Tymańskim być może wiązał się właśnie z jego autentycznością, która niosła ze sobą pewną nieprzewidywalność, łamanie zasad, a czasem nawet przekraczanie tabu. Jedną z encyklopedycznych definicji (ludzkiej) autentyczności jest:

to, co spontanicznie wypływa z samej osobowości (prawdziwe uczucia, myśli, postępowanie) w przeciwieństwie do tego, co jest mniej lub bardziej uświadomioną formą gry, naśladownictwa, dostosowania do środowiska;

Encyklopedia PWN

Dorastałam wśród fascynujących wielkich artystów, miałam w sobie dużo buntu, ale też równocześnie  moja płeć i ówczesna przynależność religijna wtłoczyły we mnie przekonanie, że należy się dostosować do środowiska. Pozycja taty pozwalała mi przez lata utrzymywać podwójne standardy: podziwiać autentyczność u niego i jego przyjaciół, ale dusić ją w sobie samej i bać się jej u „obcych”. Dopiero teraz, pisząc tę recenzję uświadomiłam sobie z przejmującą mocą, że to ja długie lata nie byłam autentyczna. Może właśnie tę strunę tak mocno poruszał we mnie wtedy czasem widywany w telewizji Tymański.
Podejrzewam, że tak już jesteśmy skonstruowani – im bardziej próbujemy kontrolować samych siebie, tym bardziej skupiamy się na ocenie tych, którzy rozumieją, że nie muszą sobie tego robić. Dlatego wiem, że „Sclavus” może triggerować i być przez to czytany opacznie. (Z drugiej strony czy każde dzieło nie ma tylu odczytań, ilu odbiorców?) Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z doskonałą literaturą, czego dowodem jest chociażby nominacja do prestiżowej nagrody Nike. Lektura tej książki była dla mnie fantastyczną, wciągającą przygodą. Myślę, że jeszcze nie raz do niej wrócę, odnajdując nowe sensy.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser łączę zwiastun filmu „TOTART czyli odzyskiwanie rozumu” z 2014 roku, którego zobaczenie również polecam.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Koncert Kur w Teatrze Leśnym we Wrzeszczu

Olaf Deriglasoff, Tymon Tymański, Jerzy Mazzoll, fot. SVeerg

Od maja opóźnienie blogowe to niestety moje drugie imię. Dopiero pod koniec sierpnia opisałam maj i czerwiec widziany spóźnionymi oczami nNi, za chwilę – było nie było już we wrześniu – opublikuję spenetrowany nimi lipiec, a prawie miesiąc po doskonałym koncercie Kur w Teatrze Leśnym we Wrzeszczu ubieram w słowa wszystkie obserwacje, do jakich skłoniło mnie to fantastyczne wydarzenie. Tekst będzie dziś długi, ale za to nie do końca na temat.

W momencie, w którym usłyszałam po raz pierwszy płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” Kur (a było to – wstyd przyznać – dopiero ponad cztery lata temu), zasiliłam liczną grupę jej wiernych fanów. Wracam do niej często urzeczona jej ponadczasowością. Doskonałe jest tu wszystko: zarówno oryginalna koncepcja całości, pojechana muzyka (świetnie napisana, wybitnie zagrana), jak i znakomite teksty Tymona Tymańskiego (i jeden – „Sztany, glany”Olafa Deriglasoffa), zdradzające nie tylko fantastyczny zmysł obserwatorski obu panów, ale także ich wyjątkowy językowy słuch, co przytrafia się tekściarzom niezwykle rzadko. To coś znacznie ciekawszego niż perfekcyjne władanie językiem ojczystym, tak rodakom odległe. To coś znacznie istotniejszego niż ogromny zasób słów, jakiego mógłby Tymańskiemu pozazdrościć niejeden profesor. To gigantyczna językowa wrażliwość, pozwalająca mu szybko wychwytywać używane przez różne grupy społeczne językowe style, a potem dowolnie nimi żonglować.
Płyta „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” ma już 27 lat i doczekała się kilku pokoleń fanów zachwyconych jej inNością, świeżością i oryginalnością. Jakąż fantastyczną wiadomością dla nas wszystkich była więc najpierw ta o reedycji płyty, a potem druga – o reaktywacji Kur, które ruszyły w ogólnopolską trasę z polovirusowym materiałem.

Olaf Deriglasoff, Tymon Tymański, Jerzy Mazzoll, fot. SVeerg

Skład zespołu od nagrania płyty zdążył się też kilkukrotnie zmienić. Grupę opuścił Tomasz Gwinciński (gitara) i Leszek Możdżer (instrumenty klawiszowe, głos). Tragicznie zmarłego w 2001 roku Jacka Oltera (perkusja) zastępowali kolejno: Jacek Stromski, Rory Walsh i Kuba Staruszkiewicz.
Na ogólnopolską trasę Kury wyruszyły w składzie: Tymon Tymański (głos, gitara, bas), Olaf Deriglasoff (głos, gitara), Piotr Pawlak (gitara, głos), Jerzy Mazzoll (klarnet, głos) – a więc drób od powstania płyty niezmienNy – oraz Szymon Burnos (instrumenty klawiszowe, głos) i Jacek Prościński (perkusja). W jej trakcie z zespołu odszedł gitarzysta Piotr Pawlak oraz perkusista Jacek Prościński. Tego ostatniego na koncercie w Teatrze Leśnym we Wrzeszczu zastąpił znakomity Michał Gos.

Jerzy Mazzoll, fot. SVeerg

W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że będzie mi dane zobaczyć Kury w akcji, a to właśnie miało 10 sierpnia nastąpić. Zaplanowałam – jeszcze na długo przed tą datą, – że będzie to dzień wielki, ważny, podniosły i pełen emocji. Zrealizował się tylko ostatni punkt i to nie w sposób, o który mi chodziło. Nad krajem, miastem lub po prostu Wrzeszczem przetoczyły się cumulusy zwiastujące liczne niesnaski i kłótnie. Bardzo ciężki, dziwny i trudny czas. Wiem, że nie tylko dla nas. Koncert na szczęście rozwiał ich skutki. Był doskonały. Zmienione w niektórych miejscach aranże wlały w piosenki drugie życie, a kurza energia porwała zapolovirusowany tłum. Wysoko postawionej muzycznie poprzeczki nie przeskoczył w moim odczuciu jedynie Jerzy Mazzoll, czasem rozmijając się intonacyjnie z resztą zespołu. Szkoda, bo kiedy się nie rozmijał, był znakomity. Niewątpliwym showmanem był oczywiście Maestro Tymon Tymański, ale też – w trochę innym, nieco subtelniejszym stylu – przepiękny wewnętrznie i zewnętrznie Olaf Deriglasoff (o którego muzyce do „Informacji zwrotnej” już kiedyś pisałam i którego miałam niesłychaną przyjemność i zaszczyt kilka dni wcześniej poznać osobiście). Michał Gos brzmiał, jak by grał z Kurami od lat, choć był to ich pierwszy wspólny koncert, a Szymon Burnos jak zawsze pokazał wirtuozowską klasę.

Michał Gos, fot. SVeerg

Z pewnej zadumy – wrzucając mnie równocześnie w zadumę całkiem inną – wyrwał mnie komentarz Tymańskiego ze sceny, kolejny tego wieczoru z serii:

To jest bardzo przemocowy tekst. Dziś nikt by takiego nie wydał.

– cytat oczywiście mocno niewierny, ale oddający główną myśl

Zaczęłam się zastanawiać nie tyle nawet, czy to diagnoza słuszna, bo choć koło przemocowości teksty z tej płyty nawet nie stały, to owszem, dziś przy ich promowaniu mógłby się pojawić problem – wyraziste teksty o czymś nigdy nie miały łatwo, a teraz zatrważają z większej niż kiedyś liczby powodów. Zaczęłam się zastanawiać, co o co dokładnie Tymonowi chodziło. Stara płyta, starą płytą, ale reaktywowane Kury pracują nad nowym materiałem. Jaki mógłby być? I nie mam tu na myśli możliwości twórczych Tymańskiego – „Zenkiem Martyniukiem” udowodnił, że jego kompozytorsko-tekściarski geniusz wciąż ma się dobrze. Mam na myśli możliwości percepcyjne nowej publiczności. Nowej, nawet jeśli kochającej kultową płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”. (Kochającej, ale biorącej jej rzekomą „przemocowość” w nawias, przypisującej ją czasom, w których „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” powstał i z których równocześnie kpił.)

Szymon Burnos i Olaf Deriglasoff, fot. SVeerg

Urodziłam się równo w połowie lat osiemdziesiątych. Moje dzieciństwo i wczesna młodość przypadła na lata dziewięćdziesiąte, których całym sercem nie znoszę za niemal wszystko, ale najbardziej za zacofanie i szarość. Z drugiej strony doskonale wiem, że urodzeni za komuny Tymon i Bartek muszą mieć skrajnie inny tych lat odbiór, gdyż prawdziwego zacofania i szarości zaznali przed ich nadejściem – nota bene również podczas swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Dopiero zorganizowane cztery miesiące temu w ramach Nocy Muzeów w gdańskiej Windzie spotkanie „Yach i Przyjaciele” (gośćmi Beaty Dunajewskiej byli: Tymon Tymański, Jarek Janiszewski i Krystyna Stańko) przypomniało mi, że coś jednak pomogło mi te znienawidzone lata dziewięćdziesiąte przetrzymać: intrygujące teledyski Yacha Paszkiewicza i bardzo ciekawy, choć kameralny, rodzimy rynek muzyczny. Uświadomiłam sobie, że zmieniło się na nim tak dużo, że od jakiegoś czasu nie śledzę go już wcale. Nie porywa mnie, rządzi się prawami, których nie rozumiem, wypluwa twory, które mnie nie interesują (co oczywiście nie oznacza, że nie robi się dziś muzyki dobrej – po prostu z jakiegoś powodu trzeba jej szukać poza mainstreamem). Podczas koncertu Kur widziałam zachwyconą publiczność znającą słowa wszystkich piosenek. Mimo upływu lat (a w stosunkowo krótkim czasie świat niebywale przyspieszył, czego akurat jestem entuzjastką) ludziom „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” jest nadal potrzebny, nadal ich śmieszy, nadal z nimi rezonuje. Nie jest jak filmy, które w dzieciństwie bawiły nas do łez, a dziś, kiedy je włączymy, budzą zażenowanie. „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” rozwalił system wtedy i rozwala go teraz, jak każde ponadczasowe dzieło wybitne. Niedającym mi spokoju zagadnieniem było to, jakie warunki musiałyby zostać dziś spełnione, by tak dobra płyta nie tylko mogła zostać wydana, ale też dała radę zaistnieć w powszechnej świadomości i dotrzeć do swych przyszłych miłośników. Czy nasze obecne filtry (pod wieloma względami lepsze od tych, w które zaopatrzone były poprzednie pokolenia) pozwoliłyby nam bez niepotrzebnej ekscytacji, obrażania się, pikiet czy bojkotów po prostu docenić dobrą sztukę?

W mojej głowie ukształtowały się następujące pytania:

  1. Czy poprawność polityczna chroni, czy knebluje usta?
  2. Czy żart może kogokolwiek „obrazić”?
  3. Czy rozwiązaniem każdego problemu będzie dla nas wylewanie dziecka wraz z kąpielą?

To wszystko, wbrew być może pozorom, wcale nie są pytania proste, na które można szybko i zdecydowanie odpowiedzieć „tak” lub „nie”.

Czy poprawność polityczna chroni,
czy knebluje usta?

Tymon Tymański, fot. SVeerg

Uważam wolność za wartość najwyższą, a cenzurowanie artystów za ograbianie społeczeństwa z jego narodowego dobra. Jednak gdy ktoś się przy mnie zżyma na uciążliwą wszędobylską poprawność polityczną, jestem w wyrażaniu radykalnych sądów ostrożna. Bo czym polityczna poprawność w swoim założeniu tak naprawdę jest? Jak przeczytamy w Encyklopedii PWN:

poprawność polityczna, ang. political correctness, zasada unikania określeń, które mogłyby być uznane za przejaw dyskryminacji w stosunku do osób ze względu na ich przynależność rasową, narodową, wyznaniową, pochodzenie społeczne lub orientację seksualną.

Encyklopedia PWN

Nie widzę tu kolizji z czyjąkolwiek wolnością. Wszak ta kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda drugiego człowieka. Jeśli zrozumiemy, że obecna wiedza (chociażby psychologiczna, historyczna czy biologiczna) pozwala nam dostrzec, że określenia, do których się przyzwyczailiśmy są jednak dla jakichś mniejszości wykluczające, pogardliwe i krzywdzące, z łatwością zmienimy stare nawyki. Z początku będzie to dziwne i niezręczne, ale szybko spowszednieje. Wystarczy odrobina empatii i dobrej woli. Mam tu na myśli nie tylko język oficjalny, ale też potoczny. Faktycznym problemem nie jest polityczna poprawność, lecz nadgorliwość płynąca z niezrozumienia sensu tej pierwszej i irracjonalna dyskusja z samą strukturą danego języka. Kiedy słyszę apele o nieużywanie słowa „Murzyn” argumentowane jego etymologią i skojarzeniami, które w polskiej czarnej społeczności wywołuje, nie wchodzę w rolę samozwańczego językoznawcy (mimo że przez przypadek jestem akurat dyplomowanym) robiącego wykład o wolności słowa, pięknym polskim języku oraz równie pięknej i nierasistowskiej bajce „Bambo”, tylko po prostu sukcesywnie wyrzucam je ze słownika. Nie obchodzą mnie intencje Tuwima sprzed lat, ani nawet moje własne z czasów, kiedy używałam tego słowa, bo nikt nie uznawał go za obraźliwe. Oduczam się go, czasem się jeszcze myląc, ale już coraz rzadziej.
Kiedy natomiast jestem atakowana przez feministki (czując się zresztą feministką, a więc osobą wyznającą równość płci, a nie wyższość kobiet) za to, że śmiałam nazwać siebie samą „językoznawcą”, nie zaś „językoznawczynią”, opadają mi witki. Struktura naszego języka umożliwia używanie feminatywów, ale go nie narzuca. I ta dowolność nastręcza dziś ludziom jakichś gigantycznych trudności. Nagle pojawiają się dwa wrogie obozy prawaków i lewaków. Ci pierwsi, obśmiewają drugich, że:

Ministra, no w głowie się babie poprzestawiało!
Pilotka? To taka czapka.
Chirurżka? Na czym ten świat stoi?

Ci drudzy obśmiewają wszystkich myślących odmiennie, twierdząc:

Jak jesteś kobietą, musisz w swojej narracji używać feminatywów i kropka.

No i teraz spojler alert – jedni i drudzy się mylą.

Feminatywy mogą choć nie muszą być przez kobiety używane z bardzo prostego powodu: w języku polskim rodzaj męski ma podwójne znaczenie. Określa oczywiście ludzi rodzaju męskiego, ale też… po prostu ludzi niezależnie od ich płci. I ta dwuznaczność, z której wynika dowolność używania feminatywów przez kobiety to bariera, której z jakiegoś powodu dzisiejsi użytkownicy języka w przytłaczającej większości nie potrafią przeskoczyć. (Zwróćmy w tym miejscu również uwagę na to, że mężczyźni takiej dowolności nie mają, a o znaczeniu ich rodzaju decyduje z kolei kontekst.)
Wrażliwym językowo i świadomym użytkownikom języka nie trzeba pewnością przypominać, że wypowiedziane przez kobietę dwa bardzo podobne zdania:

Jestem lekarką.

i

Jestem lekarzem.

niosą ze sobą odrobinę inne komunikaty. Pierwsze informuje nas o płci i profesji nadawcy, stawiając je ze sobą na równi. Informuje nas także o tym, że nadawca wzmiankę o swojej płci uważa za istotną i wartą umieszczenia w zdaniu. Drugie informuje nas wyłącznie o profesji i na tej tylko, jako bezpłciowej właśnie (drugie znaczenie rodzaju męskiego) się skupia. Powodu wyboru drugiego (równie poprawnego!) zdania niektóre feministki upatrują się w skutkach wieloletniego patriarchalnego prania mózgów, zwracając – nie bez pewnej racji – uwagę na to, że wiele kobiet uważa, że zostaną potraktowane poważniej, jeśli na ich kompetencje będzie się patrzeć nie poprzez pryzmat ich płci. Czego nie do końca da się uniknąć w spotkaniu in persona, da się uniknąć na gruncie językowym. Idąc takim tokiem myślenia, „lekarka” może brzmieć mniej poważnie niż „lekarz” (przytaczam rozumowanie, wstrzymując się jednak od jego oceny).

Tu pojawia się zresztą jeszcze jeden aspekt – osłuchanie z brzmieniem danego słowa. „Lekarka” czy „nauczycielka” na nikim nie robi takiego wrażenia jak chociażby „kierowczyni” czy „architektka” (i w drugą stronę „pielęgniarz” lub „pogodynek”).

Gdyby świat był czarno-biały, powyżej zamieszczony powód, dla którego nie wszystkie kobiety feminatywów używają, byłby jedynym. Wtedy nacisk na forsowanie feminatywów wszędzie tam, gdzie można, miałby sens. Nowe wyparłoby stare, a feminizm wypierając patriarchat, zostawiłby w języku swój ślad. Jednak… świat nie jest czarno-biały, a powyżej zamieszczony powód wcale nie jest jedyny. Dyskryminacja, której i feminizm, i polityczna poprawność próbują się przeciwstawiać, to forma opresji. Warto jednak pamiętać, że naciskanie na drugiego człowieka, by zmieniał język, którym opowiada o samym sobie, a więc by wysyłał światu komunikaty sprzeczne z własną wolą również jest formą opresji. I żeby nie popaść w skrajności, że każdy ma prawo mówić wszystko. No nie. Z jednej strony trzyma nas cała struktura języka, którym się porozumiewamy. I w tym miejscu warto podkreślić, że pomysł wyszczególniania płci za każdym razem, kiedy mówimy o grupie mieszanej (np. „którzy i które”, „koledzy i koleżanki”, „obywatele i obywatelki” zamiast „którzy”, „koledzy”, „obywatele”) jest o tyle chybiony, że zakłóca podstawową funkcję języka, jaką jest funkcja komunikacyjna (temat rozwinęłam w recenzji książki Pauliny Młynarskiej „Miłość to pies”). Z drugiej strony, pewna etykieta (często zależna od kontekstu wypowiedzi), a z trzeciej szacunek do osób, z którymi się komunikujemy. Reasumując, kiedy zwracam się do kogoś lub opowiadam o kimś, biorę pod uwagę jego językowe preferencje nawet, jeśli różnią się od moich. „Murzyna” nie nazwę już w ten sposób, opowiadając o jednej koleżance będę stosować feminatywy wedle jej woli, opowiadając o innej nie będę, bo tego nie lubi. Nic na tym nie tracę. Jednak potrzebuję tej samej swobody i wolności, odwzorowując słowem swój własny świat (dlatego tak źle znoszę jedyne słuszne interpretacje jakichkolwiek moich tekstów). Czasem jestem „nauczycielką”, a czasem „językoznawcą”. Lubię używać rodzaju męskiego w jego drugim znaczeniu, bo zrównuje płcie. Osobiście właśnie tak postrzegam feminizm. Jako pełną równość – równość ludzi bez względu na płeć. Dodatkowo lubię też obserwować, w których momentach feminatywów używam chętniej i częściej. To pozwala mi lepiej poznać samą siebie. Nie narzucam innym takiego postrzegania, ale mierzi mnie, kiedy ktoś mnie poprawia w momencie, w którym wypowiadam się poprawnie. Językiem wyrażamy swoją osobowość i jest we mnie ogromny bunt przeciw temu, by ten język sztucznie ujednolicać. Różnice, jakie między nami istnieją, znajdują odzwierciedlenie w naszym indywidualnym stylu mówienia i pisania. (Który – o czym pisałam wcześniej – tak doskonale wychwytuje w swoich tekstach Tymański i Deriglasoff.) Ale czy winą za narzucanie jednoznaczności i identycznej, wykastrowanej z oryginalności formy wypowiedzi można obarczyć tylko i wyłącznie polityczną poprawność? Może leży ona po stronie naszego opacznego rozumienia jej sensu?

Czemu jednak wyjeżdżam z epopeją o feminatywach w sam środek tekstu o pięciu niewątpliwie męskich Kurach? Cóż, jak mawiał klasyk (a nawet klasyczka) „nie byłabym sobą, gdy byłabym inna”. Jestem pewna, że wszystko się ze wszystkim jakoś łączy. Moje ADHD nie ma co do tego żadnych złudzeń, a co wyjdzie – zobaczymy… oczami.

Czy żart może kogokolwiek „obrazić”?

Tymon Tymański, fot. SVeerg

„Polovirusa” uwielbiam w całości i staram się go nie rozdzielać w głowie na poszczególne piosenki, kochając je wszystkie po równo. Gdybym jednak została zmuszona, by wskazać jeden szczególnie dla mnie ważny utwór z tej płyty, byłby nim „Nie martw się, Janusz”. Uważam, że jest wyjątkowo przejmujący. Pewnego razu podzieliłam się tą piosenką z osobą starszą. Nie była niestety w stanie zrozumieć tekstu, ale udało jej się wychwycić dwa słowa: „ojciec święty”. Na ich podstawie wysnuła daleko idący wniosek, że zamiarem autora było prawdopodobnie obrażenie osób wierzących i na wszelki wypadek, awansem, poczuła się urażona. To oczywiście samo w sobie jest fikołkiem fascynującym, ale równocześnie dość dobrze oddaje naturę problemu. Nie potrzebujemy specjalnego powodu czy zachęty, by się za cokolwiek na kogokolwiek obrazić. To tkwi w nas już wcześniej. Im więcej mamy kompleksów, im bardziej przewrażliwieni na jakimś punkcie jesteśmy, im mniej w siebie wierzymy, tym łatwiej znaleźć nam w sobie gotowość do bycia urażonym. Wtedy „obrażający” zstępuje na nas niczym wybawienie. Mamy na kogo przerzucić odpowiedzialność za własne emocje. (Leżę ze śmiechu za każdym razem, kiedy sobie przypominam opowieści Bartka o niektórych poobrażanych piosenką „Mój dżez” krytykach i muzykach jazzowych.) Zamiast zajrzeć w głąb siebie i podumać nad tym, jak się wzmocnić, możemy utopić całą swoją energię w narzekaniu na kogoś, kto „zachował się haniebnie” lub – jak w przypadku „Mojego dżezu” – irytująco doskonale przedstawił nas w krzywym zwierciadle. Znałam w życiu zaledwie kilka osób stabilnych. Żadnej z nich nikt nie był w stanie obrazić. Ani żartem, ani świadomie wypowiedzianą obelgą.
No ale jak to z kolei połączyć z poprawnością polityczną? Można byłoby teraz zapytać, czy sama sobie przypadkiem nie przeczę i:

Czy ten cały urażony „Murzyn” nie mógłby po prostu wrzucić na luz, zamiast na siłę robić ze wszystkich rasistów?

Nie o luz czy obrażanie się tu chodzi, ale żeby zająć się samym problemem, a nie jednym tylko powtarzanym w kółko przykładem, dorzucę jeszcze drugi – pana prezydenta dupiarza Trzaskowskiego. Kto nie pamięta, temu śpieszę przypomnieć: w pewnym podcaście (mającym raczej luźny i niepolityczny charakter) Rafał Trzaskowski przyznał, że w czasach licealnych był „dupiarzem”. Nie miał jednak na myśli otyłości pośladkowo-udowej, a powodzenie u kobiet i – jak rozumiem – niefrasobliwość w konsumowaniu znajomości z nimi. Czy był to żart, przechwałka ryczącej krowy czy spowiedź mężczyzny w średnim wieku, który pomylił konfesjonał lub kanapę przyjaciela z programem emitowanym w internetach – nieistotne. Słowo „dupiarz” wypowiedziane w tym właśnie kontekście nie przeszło bez echa i rozpoczęło pewną dyskusję. Dyskusję nie o tym, co wypada, a co nie wypada. Dyskusję nie o tym, czy człowiek piastujący wysokie urzędnicze stanowisko może czy nie może się od powagi tego stanowiska czasem w mediach oderwać. Dyskusja dotyczyła tego, w jakim świecie chcemy żyć i czy język, na który pozwalamy (czyli na który nie wyrażamy sprzeciwu) za nim nadąża, czy nie. Warto bowiem pamiętać, że język nie tylko odzwierciedla rzeczywistość, ale również ją tworzy. Dla części rodaków zgoda na nazywanie mężczyzny, który miał wiele kochanek „dupiarzem” była równoznaczna ze zgodą na starą jak świat narrację, w której za wszystko wini się kobietę, nawet jeśli dana historia nie jest bezpośrednio o niej. Oczywiście druga część rodaków oponowała, krzycząc, że:

Przesada i dzielenie włosa na czworo!
To już nic nie można powiedzieć?
Fajny facet, taki swój!

lub – co w każdej dyskusji mnie zadziwia – powołując się na dowód anegdotyczny:

A ja tak lubię być nazywana! Skąd wiemy, że te kobiety też nie lubiły?

I tu dochodzimy właśnie do istotnej różnicy między obrażaniem się na kogoś za jego wypowiedź (lub byciem nią urażonym), a zauważeniem językowego problemu. Jestem kobietą i nie czuję się wypowiedzią Trzaskowskiego urażona. Obnażył swój styl zarówno w rzeczonym podcaście, jak i w późniejszych przeprosinach nie przeprosinach, jakie po czasie z siebie wypocił pod naciskiem specjalistów od PR-u. To nie było nigdy ani o mnie, ani o kobietach, więc obrażanie się nie ma tu racji bytu. Problem tkwi gdzie indziej – w przyzwoleniu na język, który im dosadniej opisuje zachowanie przedstawicieli jednej płci, tym bardziej poniża przedstawicieli płci drugiej. Jaki komunikat miał popłynąć z ust pana prezydenta? Prawdopodobnie taki, że miał dużo kobiet. Jaki faktycznie popłynął? Że miał dużo „dup”. Tekst już jest długi, a ja zdaję sobie sprawę, że tematu dotykam zaledwie po wierzchu, ale nie mogę się nie odnieść do spostrzeżenia, które nasuwa się samo – że wystarczyłoby zamienić to słowo na „kobieciarz” i byłoby ok. Pewnie tak, tyle że elegancki „kobieciarz” ma nieco inny wydźwięk. „Dupiarz” jest mocniejszy w przekazie i właściwie piętnujący mężczyznę, ale pokrętnie, bo poprzez nazwanie w obraźliwy sposób… kobiety. Sęk w tym, że gdyby użył najbardziej chyba adekwatnego słowa „ruchacz” (jeśli faktycznie tym chciał się podzielić), to pewnie rozpętałaby się prawdziwa burza. Choć problem byłby zdecydowanie mniejszego kalibru – ot, ktoś znany użył słowa wulgarnego, opisując samego siebie.
Próba wyrugowania z języka debaty publicznej sformułowań podtrzymujących stare, przemocowe i wykluczające schematy nie oznacza jednak, że mamy te sformułowania zupełnie zutylizować i już nigdy do nich nie wracać. Intencje i kontekst nadają nowe sensy. Wyrażenia, których nigdy nie użylibyśmy w rozmowie, mogą rozpalać nasze zmysły w sytuacjach intymnych. Określenie, które nas oburza, przemycone w żarcie może nas rozśmieszyć do łez. Albo nie rozśmieszyć, wszak poczucie humoru jest bardzo różne. Co jednego rozbawi, w innym wzbudzi niesmak. Z całą pewnością nie da się jednak nikogo żartem obrazić. Da się nim natomiast wskazać miejsca wymagające sterapeutyzowania.

Czy rozwiązaniem każdego problemu będzie
dla nas wylewanie dziecka wraz z kąpielą?

Olaf Deriglasoff, fot. SVeerg

Obawiam się niestety, że tak. Świadomości językowej nie zwiększymy, stosując zakazy czy ostracyzm społeczny wobec tych, którzy mówią inaczej niż wydaje nam się, że powinni. Staram się nie używać sformułowań, o których wiem dziś, że są dla jakichś grup krzywdzące. Staram się pokazywać bliskim, że rezygnacja z niektórych słów, a czasem sięgnięcie po całkiem inne, nie muszą być wcale straszne i ograniczające. Ale też kiedy rozmawiam z ludźmi starszymi ode mnie o kilka dekad, nie oczekuję, że dostosują swój język do nowych norm. Bardziej niż tego, co mówią, słucham, jak to mówią. Dyskryminacji doszukuję się w wyrażaniu pogardy (czasem niebywale kwieciście), a nie w tym czy innym słowie – wczoraj neutralnym, dziś pejoratywnym. Tak, oczywiście dostrzegam, że dawny język ukształtował ich myślenie i że bardzo czasem trudno oddzielić jego przemocowość od ich wewnętrznego przyzwolenia na zło. To nieraz jest nie do odróżnienia, co tylko dowodzi tego, że czeka nas wiele zmian i że one są konieczne. Jednak sprowadzanie całego tego ważnego, ale też skomplikowanego procesu do prymitywnego polowania na czarownice, które użyły niewłaściwego słowa bez jakiegokolwiek rozumienia polujących, czemu jest ono niewłaściwe, w jakim kontekście takie jest, to koszmarna droga na skróty, w dodatku nieprowadząca do celu.
A co z żartami? Co ze sztuką? Czy ma podlegać tym samym normom, co język debaty publicznej? Czy tylko ja dostrzegam tutaj absurd? Oczekiwanie, że artysta w swojej sztuce podda się tym samym normom, co np. polityk w publicznym wystąpieniu jest oczekiwaniem osoby, która nie ma pojęcia, jak diametralnie inną rolę od tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni, pełni język w wypowiedziach artystycznych. I to chyba niepokoi mnie najbardziej. Może, jak przy każdym zachłyśnięciu się nowym, trochę odlecieliśmy i zaraz wrócimy na właściwe tory. Oby. Bo trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej rozczarowującego niż grzeczna i zachowawcza płyta Kur.

P.S. Na deser łączę nagrany przez siebie fragment recenzowanego koncertu.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Moje (Trój)miasto

fot. Bożena Szuj

Kiedy nieubłaganie skończył się lipiec i moja warszawska przyjaciółka przyjechała odebrać od nas swojego/naszego psa, przywiozła mi w podzięce suwenir z wakacji – przepiękną biżuterię z chalcedonem i awenturynem (pozostających w mojej pamięci lactacydem i awanturnikiem). Nie wierzę w magiczną moc kamieni i minerałów. Wierzę w to, co widzę (a i to nie zawsze) – mocą kamieni i minerałów jest więc dla mnie ich piękno. Przyjaciółka, będąca pod wrażeniem mojej sesji zdjęciowej do wpisu „Mięta do rewolucji”, postanowiła sprawić mi biżuterię w kolorze miętowym. Ja natomiast widząc prezent, doznałam olśnienia i zobaczyłam oczami wyobraźni nNi sesję kolejną. Wyśnioną sukienkę i szpilki (znalezione na Vinted) później byłam gotowa do zdjęć na jednej z najpiękniejszych chyba ulic Gdańska – ulicy Mariackiej, bo przecież temat wpisu stał się dla mnie oczywisty.

fot. Bożena Szuj

inNe miasta

fot. Bożena Szuj

Temat stał się dla mnie oczywisty, choć nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek poczuję do jakiegokolwiek polskiego miasta to, co nagle zalęgło się w moim sercu wobec Gdańska. Zacznijmy jednak od początku…
Urodziłam się w Warszawie i tkwiłam tam do dwudziestego piątego roku życia, czyli do końca swojej edukacji. Ta była cenna i ważna, więc trzymała mnie w mieście, którego nie lubiłam od samego początku, i do którego niechęć zaczęła we mnie coraz bardziej narastać. Jak do tego doszło? Nie wiem. Każdy ma podczas dorastania jakieś problemy w domu, jakieś w szkole, jeszcze do tego sercowe a czasami też zdrowotne. Na ogół jednak nie przekłada się to na wrogość do miejsca zamieszkania. Nawet niektórzy potrafią mieć po latach sentyment do starych kątów. Ja go nie mam. Od piątego roku życia cierpiałam na przewlekłe migreny (prawdopodobnie potęgowane bezprawnie dobudowanym do naszej kamienicy transformatorem Telekomunikacji Polskiej, który przylegał do mojego pokoju). Być może to właśnie z ich powodu większości swojego dzieciństwa zwyczajnie nie pamiętam. To, że Warszawy nie lubię, powtarzam bliskim od niemal czterech dekad i mam wrażenie, że jest to dla nich prawda nieprzyswajalna. Spotykam się w odpowiedzi najczęściej z trzema narracjami:

  1. Warszawa jest duża i gdybym mieszkała gdzie indziej (czyt. z dala od transformatora, który bezduszna korporacja, popełniając przestępstwo, umieściła na mojej ścianie!), czułabym się lepiej i na pewno ją polubiła
  2. pewnie mi się tylko wydaje, że Warszawy nie lubię (poproszę Partnera o zaprojektowanie mi takiego nagrobka: „umarła w wieku 99 lat i całe życie pewnie jej się tylko wydawało, że nie lubi Warszawy”)
  3. Warszawa wcale nie jest brzydka, bo przed wojną była piękna, tylko ją zburzono – rzeczywiście argument, który jest w stanie przekonać każdego współczesnego estetę.

Więc jeśli miałabym podjąć ostatnią już próbę wytłumaczenia, dlaczego nie lubię tego miasta, napisałabym, że za każdym razem, kiedy je odwiedzam, czuję, że mierzi mnie każda jego cząstka. Że mnie przytłacza jakąś gigantyczną i niezrozumiałą dla mnie samotnością i pustką. Czuję w nim, jak w żadnym innym, że tonę.

[…] podczas tonięcia człowiek nie jest zwykle w stanie wezwać pomocy, gdyż całą swoją energię zużywa do oddychania lub utrzymania głowy nad wodą. Dodatkowo dostająca się do dróg oddechowych woda może wywołać skurcz, który całkowicie uniemożliwia wołanie o pomoc.

„Utonięcia – jak tonie człowiek”

Ten opis najbardziej adekwatnie opisuje pierwsze dwadzieścia pięć lat mojego życia. Warszawę odbieram jak miejsce, które powinno mnie chronić, kiedy byłam mała, ale które kneblowało mi usta i uniemożliwiało wzywanie pomocy, kiedy jej potrzebowałam. A potrzebowałam jej we wszystkich relacjach, bo nie potrafiłam tworzyć zdrowych. W każdej zlewałam się z drugim człowiekiem w jedno, co było dla mnie śmiertelnie niebezpieczne.

fot. Bożena Szuj

Przeprowadzka do Zakopanego była oczywista – mieszkanie po moim dziadku w rodzinnej kamienicy stało puste, ja potrzebowałam pójść na swoje, Zakopane zawsze lubiłam, a do tego dostałam nobilitującą propozycję pracy w Teatrze Witkacego. Zaczynałam nowy, fascynujący rozdział w swoim życiu. Kiedy już ruszył proces przeprowadzkowy, okazało się, że owszem, posada na mnie czeka… jeśli nie mam nic przeciwko temu, że przez dziewięć miesięcy będzie na zasadach wolontariatu. Jako dziecko krwiożerczego kapitalizmu, miałam. Potem było już tylko gorzej, choć przez ponad dziesięć lat tego nie dostrzegałam. Rozczulało mnie, że już po pięciu latach zaczynają mnie tu traktować jak swoją, choć „swoja” byłam w jednej czwartej zawsze, jako – chciał nie chciał – wnuczka pełnokrwistej góralki i córka pół góralki. (Co ciekawe, mój lwowski dziadek, do końca swojego życia był dla górali nie do końca swój, choć jeśli ktoś dopuścił się tu mezaliansu, to właśnie on, dając swoje szlacheckie nazwisko wykształconej góralce). Dziś ten lokalny nacjonalizm mnie ani nie zachwyca, ani nie śmieszy, a coraz bardziej drażni. To wszystkie nasze kompleksy w pigułce. I moje (skoro zaskarbiona po pięciu latach przychylność pani w mięsnym mogła stać się dla mnie powodem do dumy), i tego miejsca, skoro szanuje się tylko to, co swoje, a wszelkie odmienne traktowane jest ze sporą rezerwą i podejrzliwością.
Nieodległy Kraków, niby niebrzydki, niby klimatyczny, niby tętniący pełnym uroku miejskim życiem, okazał się dla mnie z bliska jeszcze bardziej problematyczny niż wcześniej. Uważam go za ciężkostrawne miasto z pretensjami. Miasto wysoko uniesionych głów, patrzących jednak w niewłaściwym kierunku, bo nie przed, ale za siebie. Tak, od XI do XVIII wieku stolica Polski. Pamiętamy! A jeśli nie, to i tak przypomni nam o tym człowiek najodważniejszej męskiej fryzury – Andrzej Sikorowski. Moknący od lat na Brackiej Grzegorz Turnau wzbudzi w nas opiekuńczość, wspomnienie czasów świetności Teatru Słowackiego czy Piwnicy Pod Baranami wywoła wzruszenie,  a deser w Jamie Michalika zapewni co najmniej kilkuminutowy orgazm. Może z tego wszystkiego nawet zarzucimy szalik i zwiedzimy wszystkie trzysta sześćdziesiąt kościołów, ale jeśli już będziemy chcieli się dostać do szpitala psychiatrycznego (nie sugeruję, że z tego powodu) do Kobierzyna, trafimy na opisywaną przeze mnie panią kierownik z piekła rodem, którą tolerują i władze szpitala, i władze miasta, choć szkodzi pacjentom, na co dostaję coraz więcej świadectw, bo kontaktują się ze mną jej kolejne ofiary.
Miastem, w którym nie mieszkałam długo, ale było dla mnie odkryciem, okazał się Poznań. W przeciwieństwie do stolicy odebrałam je jako miasto przepełnione tlenem, przestrzenią, nowoczesnością. (Z tym zastrzeżeniem, że oczywiście w porównaniu z Małopolską Warszawa jest bardzo nowoczesna. Jej duchotę odczuwam z innego niż konserwatyzm powodu.)
Wiele lat myślałam, że po prostu wolę wioski, że miasta są z założenia czymś obcym i dziwnym dla ludzkiej natury. Przynajmniej dla mojej natury. Potem poznałam całkiem dobrze Wiedeń, Budapeszt, wspomniany Poznań; zachwyciłam się przepięknym Lwowem. Zrozumiałam, że wcale nie musi tak być. Podchodziłam do tej myśli ciągle jednak z pewną dozą nieufności.

fot. Bożena Szuj

Trójca nieświęta

fot. Bożena Szuj

Trójmiasto, choć położone stosunkowo niedaleko od Warszawy (przynajmniej w porównaniu z Zakopanem, do którego jeździliśmy regularnie), pozostawało dla mnie przez całe dzieciństwo i wczesną młodość nieodkrytym lądem. Kiedy wybieraliśmy się z rodzicami nad polskie morze, destynacją były miejscowości wypoczynkowe na Kaszubach. Takie, w których po sezonie życie całkowicie zamiera. Dopiero przeprowadzka do Zakopanego sprawiła, że poczułam dotkliwą nieobecność Bałtyku i podczas każdego przyjazdu do Warszawy aranżowałam sobie podróż autobusową do Trójmiasta. Wyjeżdżałam z Warszawy o świcie, wracałam w nocy. Gdańsk stanowił dla mnie punkt przesiadkowy, a miejscem docelowym była sopocka plaża pełna fascynujących mnie łabędzi. Gdyni nie odkryłam. (Może z wyjątkiem przepięknego molo w Orłowie.) Wracałam z jodem w płucach i pięknymi zdjęciami w aparacie.
Po raz pierwszy przyjechałam do Trójmiasta na dłużej dopiero trzy lata temu z moim pochodzącym z Gdańska Partnerem. Zaznałam najpierw krótkiego (bodajże dwutygodniowego) życia tutaj. W kolejnych sezonach moje pobyty się wydłużały, a rozumienie tego miejsca wzrastało. Szybko stało się dla mnie jasne, że Sopot – jako miasteczko typowo rozrywkowe, z bardzo też ciekawą i charakterystyczną architekturą – jest fantastyczny w małych dawkach. (W im mniejszych, tym bardziej fantastyczny.) Gdynię najpierw omijałam szerokim łukiem. Potem zaczęłam ją poznawać i najpierw tolerować, potem akceptować, a na końcu nawet pewne jej zakamarki lubić. Jednak od początku czułam, że Gdańsk nie ma sobie równych. Stateczny, oddychający historią (tą rebeliancką), dumny, niezależny, wyjątkowy.

fot. Bożena Szuj

Jesteś z Gdańska?
Nie, z Wrzeszcza.

fot. Bożena Szuj

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam od swojej uroczej Teściowej, że „wróciła z Gdańska” – a mówiła mi to przed swoim gdańskim domem, – pobiegłam co sił w nogach do Partnera, żeby poinformować go o niepokojącym symptomie być może poważniejszych problemów z jej zdrowiem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy ten ze stoickim spokojem stwierdził:

– No tak, rzeczywiście była dziś w Gdańsku.

Natychmiast poddałam więc w wątpliwość swoją orientację w terenie, ale po szybkim przemyśleniu byłam nadal pewna, że nie jesteśmy ani w Sopocie, ani w Gdyni. Gdzie więc byliśmy?

– Yyyy, to gdzie jesteśmy teraz? – zapytałam.
– We Wrzeszczu.
– Ale to przecież dzielnica Gdańska, więc gdzie pojechała Twoja mama, jadąc „do Gdańska”, skoro wyruszała z dzielnicy Gdańska?
– Nie no, wiadomo, że jesteśmy w mieście Gdańsku, ale ona pojechała do Gdańska. Do centrum. Jejku, w Warszawie, jak jedziesz do centrum, to nie jedziesz „do Warszawy”?
– Oczywiście, że nie! Jaki sens miałoby jechanie do Warszawy, kiedy jest się w Warszawie?
– Jesteście dziwni.
– Wy też.

– gdańskie kochanków rozmowy

W ten sposób dowiedziałam się, że ludzie z Gdańska, jeżdżąc „do Gdańska”, mają na myśli ścisłe jego centrum – Długi Targ, pełniący kiedyś funkcję rynku, gdzie mieści się słynna Fontanna Neptuna, Ratusz Głównego Miasta, stary port nad Motławą czy Wyspa Spichrzów. Urocze uliczki (w tym moja ukochana Mariacka), piękne zabytki oraz nowoczesne budownictwo o podobnym charakterze zabudowy są ujmujące. Przed sezonem i po nim. I – podobnie jak Sopot – im rzadziej odwiedzane, tym bardziej ujmujące. Podczas wakacji, a zwłaszcza w trakcie trwającego na ogół trzy tygodnie Jarmarku Dominikańskiego, Gdańsk rozumiany jako centrum mnie męczy.

fot. Bożena Szuj

zakotwiczenNie

fot. Bożena Szuj

Podczas tegorocznego kilkumiesięcznego pobytu zrozumiałam, że poważne, interesujące i stymulujące intelektualnie prace mogę dostać (m.in. nowo odkryta branża elektroniczna) i wykonywać, jedynie mieszkając tu na stałe. Czy myśl o przeprowadzce paraliżuje? Oczywiście, że tak. Jednak jakiś głos w środku podpowiadał mi, że po raz pierwszy znalazłam miasto, do którego mogłabym przynależeć. Ze zdziwieniem odkryłam, że zaczęłam zapuszczać tu korzenie, z którymi na ogół jestem bardzo ostrożna. Nie lubię się wiązać, wikłać, zatapiać.
Mój Gdańsk to przede wszystkim piękny Wrzeszcz, a mówiąc ściślej Strzyża. Miejsce, które przywodzi mi na myśl i Los Angeles, i Thassos, i w minimalnym stopniu nawet rodzinną warszawską Starą Ochotę, z tym że bez tego jej geriatrycznego capu. Wysmakowaną nowoczesność serwuje pobliskie osiedle Garnizon, gdzie można wybrać się do restauracji (co najmniej trzy są wybitne) i w jej ogródku poczuć się jak na wakacjach. Natomiast nic nie równa się ze starą zabudową Strzyży, krętymi uliczkami położonymi na Wzgórzach Morenowych doprowadzającymi pod sam Trójmiejski Park Krajobrazowy.
Mój Gdańsk to też bezpieczne poruszanie się niemal wszędzie rowerem, plaża w Brzeźnie (tak, miejska i żadna wyjątkowa, ale mi jakoś bliska), Jelitkowo i piękny Park Jelitkowski. Mój Gdańsk to też – dzięki ostatniej mojej wyjątkowej pracy – trasa Zaspa – Stogi. Mijanie terenów portowych położonych wzdłuż Martwej Wisły za każdym razem robiło na mnie ogromne wrażenie. Wreszcie mój Gdańsk to też Puszcza Darżlubsko-Oliwska (nazywana przez mojego Partnera Daszdupsko-Oliwską), której bliskość mnie zachwyca.
Mój Gdańsk to oczywiście również ludzie. Tutaj jestem zdecydowanie mniej introwertyczna i pozamykana na bliźnich. Nadal potrzebuję swojej przestrzeni i samotności, ale socjalizowanie się wychodzi mi już coraz lepiej. I – co najciekawsze – nie jest aż takie przerażające, jak się zawsze obawiałam. Regularne spotkania z bliskimi, wspólne jedzenie i picie, a nawet gry planszowe to rytuał dla mnie nowy, ale przemiły i okazuje się, że jakoś mi potrzebny. W pracy miałam z kolei nie tylko inspirującego, fantastycznego Szefa, ale też cudownych, mądrych współpracowników, od których codziennie mogłam się uczyć. Tak samo zresztą jak od dzieci, którymi miałam przyjemność się opiekować w świetlicy Biblioteki Społecznej Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze”. Mój Gdańsk to codzienne odnajdywanie w sobie wewnętrznego spokoju. Miasto, które ani nie pogłębia mojego lęku, ani nie próbuje mnie na siłę z trwania w nim wydostać. Miasto, które jest wolnością.

fot. Bożena Szuj

P.S. W Gdańsku mieszka też nasz narodowy skarb – Tymon Tymański. Odwiedzanie go jest dla mnie zawsze ważnym przeżyciem artystyczno-duchowym. Za zgodą Maestro umieszczam więc nagraną przeze mnie dzisiaj (i wykonaną przez Tymona na moją prośbę) jego najnowszą piosenkę „Zenon Martyniuk”. Piosenkę, której znakomity jak zawsze tekst uświadamia mi, że są w tym mieście  ludzie (nawet całkiem niemało), myślący w tę samą co ja stronę. Budujące!

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Histrioniczne zaburzenie osobowości nNi

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Jak pisałam w tekście poświęconym mojej terapii na oddziale dziennym psychiatrycznym w Nowym Targu, dopiero niedawno, po trzymiesięcznych specjalistycznych obserwacjach, dostałam diagnozę, z którą powoli się godzę i mierzę – histrioniczne zaburzenie osobowości.
Moje znakomite terapeutki przy wypisie dokładnie mi wytłumaczyły, jak to zaburzenie się objawia u mnie, w których punktach utrudnia mi życie oraz na co powinnam postawić nacisk w dalszej pracy autoterapeutycznej. Nie robiły mi wykładów, czym jest histrioniczne zaburzenie osobowości w ogóle, czy jak może przebiegać u innych pacjentów. Skupiły się na mnie. Ja to przyjęłam (lub przynajmniej tak mi się wydawało), a potem zaczęłam przekopywać teksty źródłowe, by z nich dowiedzieć się czegoś… o sobie. Niedorzeczne, prawda?
Opisy konkretnych zaburzeń w literaturze fachowej są wskazówkami dla specjalistów, więc pewną klasyfikacją mechanizmów, przedstawieniem ich spektrum czy w końcu informacją, z czym terapeuta będzie się w swoim gabinecie spotykać. Próba dopasowywania opisu swojego zaburzenia do siebie na własną rękę mija się z celem. Choć na pewno mnóstwo w głowie uporządkował mi wykład Magdaleny Paszko w ramach Strefy Psyche Uniwersytetu SWPS, czyli uczelni, na której studiowałam:

W ramach oswajania tej diagnozy, chciałam się podzielić na blogu tym, czego dowiedziałam się o sobie podczas terapii.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że

nie powinno się mówić, że jest się zaburzonym, tylko, że ma się zaburzenie lub ewentualnie, że jest się osobą z zaburzeniem.

Już pomijając mój stosunek do tego, co się powinno, na początku ten apel wydawał mi się całkiem sensowny. Jednak z biegiem czasu, a zwłaszcza po terapii, widzę to inaczej. Sytuacja jest złożona. Z jednej strony zarówno nasza depresja, nasze stany lękowe, nasze zaburzenia czy też nasze myśli nie są nami. Są częścią nas. Trochę nas tworzą, trochę to my tworzymy je, ale my jesteśmy dla wszystkich swoich przypadłości zawsze największym zbiorem. Ale z drugiej strony skoro nas tworzą, to jakoś się w nas zatapiają. I robią to na tyle mocno, że trudno fantazjować, jacy byśmy byli, gdybyśmy zaburzenia nie mieli. My jako niezaburzony byt to coś, czego nie da się oddzielić od zaburzenia, które mamy. Debata o tym, czy jestem zaburzona czy zaburzenie mam, to trochę jak przyrównywanie zaburzenia do kataru. I już nawet nie chodzi o to, że katar mija, a nie każde zaburzenie można w pełni wyleczyć, ale o to, że katar nic w naszym postrzeganiu świata nie zmienia, natomiast zaburzenie to jak przytwierdzone do naszych oczu okulary, które obraz świata zniekształcają.
Oczywiście widzę też inny aspekt tego apelu – uwrażliwianie ludzi na to, by nie stygmatyzowali osób zaburzonych. W pełni się pod nim podpisuję, bo rzeczywiście zaburzenie jest tylko częścią prawdy o nas i nie powinniśmy się przez nie definiować. Jednak pewna moda na tworzenie nowego języka na siłę, niestety ten język zubaża i spłyca. I na często słyszany w tej sytuacji argument, że od języka wszystko się zaczyna i to, jak mówimy ma znaczenie, mogę odpowiedzieć tylko jedno: NO WŁAŚNIE!!! Te wszystkie rzeczy, o które wielu (surprise, surprise, w słowie „wielu” zawarłam również kobiety!) tak walczy, w języku już są. To nie z językiem mamy problem, a z językową edukacją społeczeństwa.

Kiedy mówię:

jestem zaburzona,

mam na myśli coś jednak trochę innego niż:

mam zaburzenie/borykam się z zaburzeniem/cierpię na zaburzenie.

Co wrażliwsi użytkownicy języka zrozumieją.

Tak, zdiagnozowano u mnie zaburzenie histrioniczne. Mam je. Poznanie diagnozy nic nie zmieniło (choć we mnie zmieniło dużo), bo to, co mi dolega, wykształciło się w bardzo wczesnym dzieciństwie i towarzyszy mi od zawsze, podobnie jak ciężkie bóle głowy, wrażliwość czy słuch muzyczny. Nie znam siebie bez nich. Czy jestem swoim bólem głowy, swoją wrażliwością czy muzycznym słuchem? No nie jestem. Jednak czy jestem z kolei osobą z bólem głowy, osobą z wrażliwością czy z muzycznym słuchem? No też nie. Ta dziwna maniera dodawania przed naszymi cechami lub dolegliwościami „z” sztucznie wydłuża między nami a nimi dystans. Analogicznie nie jestem osobą z troskliwością, z upartością czy feminizmem. Jestem troskliwą, upartą feministką.
Reasumując, tak, mam zaburzenie osobowości oraz tak, jestem zaburzona. To bardzo ważna część, ale też tylko część mnie.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Jedną z najczęściej wymienianych cech osobowości histrionicznej jest teatralność. Histrionia dotyka w zdecydowanej większości kobiety (bardzo polecam wysłuchanie wspominanego wyżej wykładu Magdaleny Paszko, bo jest w nim również ciekawa teza, jak takie zaburzenie objawia się u mężczyzn) i długi czas kojarzyła mi się z kobietami bardzo zauważalnymi. Kobietami wyraźnymi, w dużych kapeluszach i przykuwających wzrok stylizacjach, stukających obcasami, i będących zawsze w centrum uwagi. I to opis pasujący do wielu histrioniczek (kilka nawet poznałam). Ta zauważalność zresztą nie ogranicza się tylko do ich wyglądu, ale też zachowania. Są głośne, egzaltowane i teatralne właśnie. Więc kiedy tylko usłyszałam swoją diagnozę, mój bunt wobec niej zawarł się w tym jednym pytaniu:

Ale że ja??? Teatralna???

Egzaltacja – jak każdy inny przejaw pretensjonalności – szczerze mnie odpycha. Lubię zwracać na siebie uwagę, ale tylko na swoich zasadach, czyli:

  1. nie zawsze
  2. niemal wyłącznie w sytuacjach pozarelacyjnych (do tego dojdziemy)
  3. wtedy, kiedy czuję się stuprocentowo bezpiecznie.

Terapeutki uspokoiły mnie, że teatralności akurat we mnie nie widzą, a swoją diagnozę opierają na innych przesłankach. Jednak po przemyśleniu wszystkiego uświadomiłam sobie, że odrobinę teatralności muszę w sobie mieć i realizuję ją sobie właśnie tutaj, na blogu oczami nNi. Z jednej strony od samego powstania bloga opisuję świat widziany moimi oczami, a z drugiej, siłą rzeczy, sama go jakoś kreuję, chociażby swoimi przemyślanymi stylizacjami. Nie podejmę się wchodzenia w dyskusję, czy jestem na swoich zdjęciach sobą czy nie sobą. (Już pomijając fakt, że zdjęcia rządzą się swoimi prawami i to, co na nich wygląda intrygująco, często w realu jest już intrygujące mniej.) Jednak na pewno pokazuję bardzo intymną swoją stronę; pokazuję kobietę, która spełnia się, tworząc. Która ukazuje, nie jaka chciałaby być, tylko jaka gdzieś w środku jest. Lub też jaka czasami bywa.
W pełnym makijażu i na dwudziestocentymetrowych szpilkach z sex shopu nie jestem mniej czy bardziej prawdziwa niż bez makijażu i w dresie. Różnica jest tylko taka, że w całkowitym rynsztunku lepiej mi się stwarza sesje zdjęciowe, które na blogu zamieszczam, a sauté i po wygodnemu lepiej mi się pracuje nad tekstami.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Terapeutka, do której uczęszczałam kilka lat, powiedziała kiedyś słowa, które mocno mnie poruszyły:

Ale zaraz! Czy ja dobrze rozumiem, że kiedy pani przyjaźń z mężczyzną zaczynała nabierać romantycznego charakteru, była pani ZA KAŻDYM RAZEM TAK SAMO zdziwiona, że on pomyślał o seksie z panią?

No… tak! Za każdym razem byłam tak samo zdziwiona i równie mocno zdziwiło mnie jej pytanie o to. Wtedy powiedziała mi coś jeszcze dziwniejszego, mianowicie, że:

Wie Pani, ale takie rzeczy się wyczuwa. Są sygnały. To nie musi wcale znaczyć, że do seksu dojdzie, ale dorośli ludzie są na ogół świadomi tego, że mają na seks ochotę i że przy sprzyjających okolicznościach mogłoby do niego dojść.

No i to był punkt, w którym ja zawsze wymiękałam, bo w moim idealnym świecie,ludzie mówiliby sobie wprost, czy chcą ze sobą iść do łóżka, czy nie. Ja nie mam pojęcia, jak się tego domyślić przed wejściem w związek. Jakie są symptomy, co na to wskazuje… No nie wiem i już. Więc byłam trochę jak ten piesek, co wychodzi na spacer i za każdym razem, widząc to samo drzewo, cieszy się, jak by je widział po raz pierwszy. Z jednej strony super uczucie, ale z drugiej… nie jest to bezpieczne.
Dopiero podczas terapii grupowej uświadomiłam sobie, że jest jeszcze jedna strona medalu. Skoro nie wiem, kiedy ktoś uwodzi mnie, to nie wiem też, kiedy to ja uwodzę kogoś. I moment, w którym to dostrzegłam sprawił, że wszystkie elementy pewnej układanki złożyły mi się w sensowną całość. Ile ja razy znosiłam fochy urażonych muzykologów, kompozytorów czy innych artystycznych królewiczątek; fochy, których kompletnie nie umiałam zrozumieć! A powód był prosty. Ja nie byłam – jak mi się wydawało – po prostu miła (swoją drogą ta irytująca moda na wychowywanie dziewczynek na miłe i grzeczne powinna przejść wreszcie do lamusa!). Ja uwodziłam, rozgrzewałam do czerwoności, a potem mówiłam „Dobra, no to nara!”. Teraz, kiedy się wreszcie po latach wyjaśniło, niezwykle mnie to bawi, ale wtedy byłam przerażona. Zastanawiałam się, czemu ktoś w ogóle miał czelność wyobrazić sobie, że mogłabym go rozpatrywać w kategoriach erotyczno-romantycznych. Przecież gdybym go rozpatrywała, to bym mu to powiedziała w twarz, a skoro nie powiedziałam, to powinien przyjąć, że jestem tylko uprzejma. (Kawy czy jedzenia nie odmawiam przecież nigdy. Nikomu.) No ale jednak, okazuje się, że ludzie są w tych kwestiach niestety dużo bardziej subtelni, nad czym ubolewam. Rozumienie mechanizmów nie ma nic wspólnego z posiadaniem racji (tę wiadomo, że mam ja – nie ma nic lepszego od komunikacji wprost). Pomaga się jednak odnaleźć. Wielokrotnie słyszałam, że mogę mieć każdego. Zawsze wtedy zastanawiałam się:

Po co mi „każdy”?

Tylko sygnały, które wysyłałam, będąc miła, musiały być całkowicie sprzeczne z moimi intencjami. I wiąże się to bezpośrednio z brakiem umiejętności stawiania granic, a ich brak jest bardzo istotnym elementem histrionicznego zaburzenia osobowości.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Chęć podobania się była mechanizmem, który wykształcił się we mnie na bardzo wczesnym etapie rozwoju. W tym miejscu warto zaznaczyć, że zaburzenia osobowości to tak naprawdę nieprawidłowy rozwój osobowości, za który odpowiedzialność ponoszą osoby opiekujące się dzieckiem. I ta nieodpowiednia opieka to może być zarówno nadopiekuńczość, jak i emocjonalna nieobecność jednego lub dwojga opiekunów. Z każdym zaburzeniem jest trochę inaczej. Magdalena Paszko bardzo rzetelnie wyjaśnia, jak to wygląda w przypadku zaburzenia histrionicznego, z czego łatwo można wywnioskować, jakich błędów nie popełniać, by takiego zaburzenia w dziecku nie wywołać.
Kiedy terapeutki podczas wypisu z oddziału dziennego podzieliły się ze mną obserwacją, że zabiegam o akceptację i zależy mi na podobaniu się grupie i personelowi (i to wcale nie fizycznie, o czym za chwilę), rozpłakałam się. Natychmiast każda z nich zaczęła mnie przekonywać, że nie jest to absolutnie zarzut, tylko stwierdzenie faktu i że w chęci podobania się czy potrzebie akceptacji nie ma przecież niczego złego. Moje przerażenie (w konsekwencji którego zaczęłam płakać) wynikało z odtworzenia w głowie słów, które słyszałam od najmłodszych swoich lat, wypowiadanych ze zniecierpliwieniem, złością i wywracaniem oczu ku niebu:

Bo ciebie zawsze trzeba chwalić!
Od wszystkich żądasz pełnej akceptacji!

Okrucieństwo tych słów zrozumiałam w pełni dopiero trzy tygodnie temu w gabinecie terapeutek, kiedy wytłumaczyły mi, że chcę się podobać i być akceptowana nie z powodu rysu narcystycznego czy egotyzmu, ale dlatego, że to mnie uspokaja. Ponieważ we wczesnym dzieciństwie zdrowe poczucie własnej wartości się we mnie nie wykształciło w naturalny sposób, musiałam go sobie poszukać sama. I znalazłam je w niezwykle niebezpiecznym miejscu – aprobacie innych ludzi. Niebezpiecznym z kilku powodów:

  • ludzie mają przeróżne światopoglądy i mogą w nas cenić wcale nie to, co rzeczywiście jest w nas cenne
  • z biegiem czasu ludzie się zmieniają, zmieniają się ich potrzeby, więc to, że na jakimś etapie ich życia możemy się cieszyć ich aprobatą, nie znaczy wcale, że na innym też tak będzie
  • manipulatorzy szybką wyczują, że potrzebujemy ich aprobaty i będą nam ją dawać pod określonymi warunkami; oczywiście za nic w świecie się tego nie domyślimy, odurzeni wyczekaną aprobatą i wycieńczeni wiecznym zabieganiem o nią
  • brak aprobaty od tych, na którym nam zależy będzie dla nas równoznaczny z odrzuceniem, a prawda jest taka, że o ile do prawidłowego funkcjonowania potrzebujemy poczucia własnej wartości, o tyle nie potrzebujemy do niego ani tego, żeby bliscy się z nami we wszystkim zgadzali, ani żeby nas bezustannie podziwiali, ani nawet, żeby akceptowali każde nasze zachowanie.

Jak zmienić lokalizację poczucia własnej wartości? Jeszcze nie wiem. To proces. Za każdym razem, kiedy czyjeś słowa podziwu dodadzą mi zbyt dużych skrzydeł, a czyjeś milczenie, kiedy będę wyczekiwać słów podziwu sprawi, że znowu w siebie zwątpię, staram się analizować w głowie to, co się właśnie stało. Nazwać po imieniu swoje uczucia, uzbrojona w wiedzę, którą wyniosłam z terapii. Czasem  udaje mi się znaleźć harmonię i wyczekiwany spokój, czasem wręcz przeciwnie. Ale się nie poddaję.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Po jednej z pierwszych terapii, na których terapeutki mocniej się nade mną pochyliły, pojawił mi się przed oczami następujący obraz. Mianowicie pies, który patrzy błagalnym wzrokiem na swojego człowieka, gdy ten kroi mięso, a kiedy w końcu dostaje od niego duży kawał, zatapia w nim zęby i odchodzi ze zdobyczą w ustronne miejsce, gdzie będzie się mógł z nim w spokoju rozprawić. Otóż, to historia wszystkich moich relacji w jednej rodzajowej scence! Ja zaczynałam każdą swoją relację pełna nadziei i oczekiwań, i kiedy ktoś mi wreszcie rzucił jakiś relacyjny ochłap, ja go zabierałam i wracałam do swojej samotni. Dopiero podczas terapii dowiedziałam się, czym jest relacyjność. Relacyjność, mówiąc w największym skrócie, to tu i teraz przeżywane z drugą osobą. A kiedy ma się chroniczną alergię na tu i teraz, to się odpływa albo w rozpamiętywanie przeszłości, albo w planowanie przyszłości. Czym więc będzie kawał mięsa z mojej metafory? Realną relacyjnością! Czyli: rodzajem konfrontacji ze wspólną rzeczywistością, z granicami drugiego człowieka, ale też własnymi oraz z sytuacjami, które niekoniecznie muszą być miłe (tu w sukurs może przyjść asertywność), ale służą budowaniu bliskości.
Większość swojego życia uważałam, że w dobrych relacjach ma być miło i przyjemnie. I kiedy tylko przestawało tak być, czułam się skrzywdzona, odtrącona, a czasem nawet zdradzona. Dziś widzę dopiero, że z większości relacji rezygnowałam dokładnie w momencie, w którym stawały się realne. Wtedy przywiązywałam chorobliwą wręcz wagę do formy wypowiedzi lub tonu, którym dana osoba coś mi zakomunikowała. Czyli de facto wszystkich kompletnie nieistotnych w relacji rzeczy. Zaczynało mi być niewygodnie, kiedy ktoś chciał się do mnie realnie zbliżyć. Uszanować mnie poprzez powiedzenie mi swojej prawdy o tym, jak mnie postrzega, jak postrzega moje zachowanie. Co go we mnie urzeka, co drażni. Za każdym razem, kiedy ktoś chciał ściągnąć z naszej relacji kołdrę kurtuazji, ja wpadałam w panikę i uciekałam. I to być może byłoby tylko częściowym problemem, ja jednak oprócz ucieczki, chwytałam w zęby – jak ten pies kawał mięsa – wszystko to, co trudne, by rozgryzać to i przeżuwać w samotności. Innymi słowy trudności w każdej relacji trzeba rozwiązywać tylko i wyłącznie w relacji. Jeśli ktoś przekroczy naszą granicę, powie coś, co nas rozczaruje czy nawet sprawi, że nie będziemy go już chcieli w gronie bliskich osób (dla mnie taką granicą są wszelkiego typu dyskryminacje), to jedyne, co z tym możemy zrobić, to porozmawiać na ten temat z tym konkretnym człowiekiem. On zrobi z tym, co będzie chciał i w danej chwili umiał, jednak musimy nauczyć się adresować swoje trudniejsze emocje i komunikować je. Dotychczas brałam na swoje barki wszystkie słowa, które mnie zraniły (zarówno wypowiedziane w tym właśnie celu, jak i te opacznie przeze mnie zrozumiane) i odchodziłam z relacji… z nimi. Po co? One poza relacją nie były mi ani trochę potrzebne. Opowiadałam o swoim bólu innym bliskim, bo wydawało mi się, że przyniesie mi to ukojenie. Nic bardziej złudnego. To rodzaj masochizmu, z którego nie wynika nic konstruktywnego.
Czy od momentu, w którym zaczęłam pisać ten tekst nie przeżyłam poza daną relacją niczego pozarelacyjnie? Ależ miałam co najmniej cztery takie sytuacje! Stare nawyki są niezwykle trudne do wyplenienia. Boimy się mówić bliskim, co nas w ich zachowaniu czy słowach boli z różnych powodów. Nie chcemy ich stracić, nie chcemy ich urazić. Z powodu źle pojętej troski o nich nie dajemy im prawdy, na którą zasługują, bo mamy przeświadczenie, że jej nie zniosą. Zupełnie, jak byśmy byli wszechmocni i wszechwładni. Jak byśmy mogli zniszczyć odrębne istnienie wskazaniem naszych granic. Jak byśmy mieli władzę nad innymi. Czy to narcystyczne? Bardzo! Nawet, jeśli kierują nami jak najczystsze intencje.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Podczas terapii usłyszałam od terapeutek, że wtapiam się w tło. Że przez to swoje rozumienie każdej strony, przez empatię i troskę o każdego z grupy oraz matkowanie i zagłaskiwanie, kiedy robiło się ciężko, staję się niewidzialna. Że istnieję jako dobry wspierający wszystkich duch, ale nie jak osoba z krwi i kości. Że mimo wszystko grupa niedużo o mnie wie, że kiedy próbuje mnie dotknąć, zapytać jakie jest moje zdanie, nagle uciekam, wymykam się. Grzęznę w swoim nie wiem.
Poczułam, że muszę po raz szósty czy siódmy chyba, ale po wielu, wielu latach, zobaczyć „Zeliga” Woody’ego Allena. Fabułę zdążyłam niemal całkowicie zapomnieć, ale film utkwił mi w głowie jako najwybitniejszy w dorobku tego reżysera, do którego mam słabość (nawet jeśli poprawność polityczna nakazywałaby się do tego nie przyznawać). No i… znalazłam kolejne dno tego filmowego majstersztyku! Po części bowiem opowiada on właśnie o histrionii i całkiem dosłownym stapianiu się z tłem. Nikt nie wie, kim Zelig naprawdę jest, ale wszystkich fascynuje, bo jest wszędzie i… każdym. Kiedy rozmawia z osobami otyłymi – podczas rozmowy rośnie mu brzuch i trudno go po czasie odróżnić od reszty. Kiedy z brodaczami – rośnie mu broda. Podczas rozmowy z psychiatrą oznajmia, że sam jest słynnym psychiatrą, a kiedy w jego obecności gra jazzowy band złożony z czarnoskórych muzyków, Zelig pojawia się znienacka na scenie w swojej czarnoskórej wersji.
Zarówno terapia, jak i ponowne zobaczenie „Zeliga” otworzyły mi szeroko oczy. Ja bywam wyraźna i określona, ale… jedynie poza relacjami. Poza relacjami prowadzę tego bloga, piszę piosenki, nagrywam płyty, ostatnio podcast. Tylko, że to wszystko zajęcia samotnicze. Równocześnie relacja z jakiegoś powodu odbiera mi tożsamość. I to wynika u mnie właśnie z zaburzenia histrionicznego. (Wyjątkiem jest chyba tylko mój związek, ale to też za sprawą mojego niesamowitego Partnera.)
Zelig, kiedy jego terapia zaczęła przynosić rezultaty, pokłócił się ze swoim rozmówcą, który stwierdził, że „mamy piękny dzień”. Zelig stanowczo zaoponował, że „wcale nie”. Jego rozmówca, nieustraszony, pocisnął z ciężkiej artylerii, zauważając, że „dzień jest piękny, bo świeci słońce i nie ma chmur”, więc Zelig przeszedł od słów do czynów i rzucił się na interlokutora z grabiami. Marzę, by znaleźć się w tym punkcie, choć wiadomo, że nie jest jeszcze idealny, ale na pewno można go nazwać przełomowym.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Pisałam wyżej o podobaniu się. Tak, uspokaja mnie ono, jednak w przeciwieństwie do wielu kobiet z histrionicznym zaburzeniem osobowości, wcale nie przykładam przesadnej wagi do tego, jak na co dzień wyglądam. Podstawą jest dla mnie oczywiście higiena, czystość (własna oraz ubrań), a także ładny zapach. Nie należę do kobiet, które bez makijażu i pełnej stylizacji nie wyjdą z domu. Mam znajomych, którzy nigdy nie widzieli mnie bez makijażu, bo spotykamy się tylko na koncertach lub festiwalach muzycznych. Mam też innych znajomych, którzy nigdy nie widzieli mnie w makijażu (lub widzieli mnie tak tylko na blogowych zdjęciach).
Przez większość terapii przychodziłam na zajęcia nieumalowana i w raczej sportowych, oversizowych ciuchach. Oczywiście szybko przekonałam samą siebie, że o 5:40, o której musiałam wstawać, nie mam weny na malowanie, że i tak będę płakać, więc rozmażę sobie makijaż, czy że terapia to nie rewia mody. Jednak moja piękna koleżanka z grupy, kiedy zobaczyła moje blogowe zdjęcia, zapytała:

Czemu te wszystkie super pomysły na swój wygląd, jakimi się bawisz na blogu, zachowujesz dla siebie, a nie dzielisz się z resztą? Przyjdź na zajęcia w jakimś swoim odjechanym makijażu, pokaż swoją super sylwetkę, odsłoń nogi! Nie chowaj się z tym!

Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że mój brak makijażu i szerokie sportowe bluzy z jakiegoś powodu podczas terapii stanowiły dla mnie strefę komfortu. Podjęłam więc wyzwanie i przez cztery ostatnie dni przychodziłam już umalowana, powoli odsłaniając swoją sylwetkę. Najtrudniejszy był dla mnie ostatni dzień terapii. Koleżanka namawiała mnie, żebym pokazała nogi. Zaszokowało mnie to, co się ze mną działo wieczór przed tym sądnym dniem. Stanęłam przed lustrem, sprawdzając kilka stylizacji, które miałam w głowie. Wszystkie eksponowały moje nogi. Szykowałam też buty na obcasie. Czy planowanie, co chcę na siebie włożyć było dla mnie nowe? Oczywiście nie! We wpisie „WarszawskojesienNe stylizacje – didaskalia” opisuję (pół żartem, pół serio) swój coroczny rytuał planowania w detalach wyglądu na każdą kolejną edycję „Warszawskiej Jesieni”. Czemu więc, kiedy obmyślałam swój wygląd na ostatni dzień terapii, trzęsły mi się ręce? Czemu zasypiałam w strachu i kiedy po obudzeniu się następnego dnia rano przypomniałam sobie, jak mam wyglądać, trzęsłam się, oblana zimnym potem? Czemu malowałam się w przerażeniu? Na te pytania udało mi się odpowiedzieć sobie samej podczas terapii.

Dotychczas szykowanie się na jakąkolwiek imprezę kulturalną łączyło się w mojej głowie z czymś kompletnie nierelacyjnym. Uznawałam, że pojawię się i można mnie albo podziwiać, albo obgadać, albo zwyczajnie nie zwrócić na mnie uwagi, ale robić to wszystko z dystansu, poza mną. Tymczasem rzeczywistość okazywała się skrajnie inna od moich wyobrażeń, bo z niektórymi znajomymi rzeczywiście tylko się witamy i żegnamy, ale spotykam na koncertach też wiele osób, z którymi jest niezwykle serdecznie.

Po chwili zastanowienia dodałam jeszcze:

No a z grupą się zżyłam. Zależy mi na Was wszystkich. I jakoś… może nie chciałam się wyróżniać, zwracać na siebie zbyt dużej uwagi.

Terapeutka się uśmiechnęła i stwierdziła:

Ależ Pani Marianno, Pani zwraca na siebie uwagę! Pani wyróżnia się tym, że jest dobra, ciepła i empatyczna. Że Pani zależy, że chce Pani każdego zrozumieć, złagodzić każdy spór. Dziś zachwycamy się Pani ładnym makijażem i odważniejszym wyglądem, słyszy Pani dużo komplementów, ale bez tego wszystkiego też się Pani wyróżniała. Więc może zaczęła Pani po prostu zdrową rywalizację? Jest w grupie kilka kobiet i Pani wyszła wreszcie z roli matki i staje z nimi w szeregu jako kobieta?

Wtedy zgłupiałam. Bo ja te wszystkie kobiety z grupy przecież uwielbiałam. Gdzieżbym miała z nimi rywalizować? No i przede wszystkim o co? (Bo przecież nie o kogo?…) Więc zaoponowałam:

Ale ja nie chcę z nimi rywalizować! Wręcz przeciwnie, to atrakcyjna, uwielbiana przeze mnie, pełna seksapilu i niezwykłego wdzięku kobieta namówiła mnie do przełamania się i pokazania się w innej odsłonie. Poczułam kobiece wsparcie, a najmilsze rzeczy o swoim wyglądzie usłyszałam właśnie od kobiet!

Terapeutka, wyraźnie czując, że zbliżamy się do sedna, odparła:

I o to również chodzi w rywalizacji! My demonizujemy to słowo, bo kojarzy się nam z agresją czy wojną. Tymczasem zdrowa rywalizacja to nie ciągnięcie się za włosy, tylko np. wspólne inspirowanie się sobą. Proszę sobie wyobrazić Koło Gospodyń Wiejskich. One tam wszystkie coś np. wypiekają na jarmark. Rywalizacją może być gra nie fair, przez podłożenie komuś nogi czy kradzież przepisu. Ale… rywalizacją może być też spróbowanie wszystkich ciast i dołożenie wszelkich starań, żeby to nasze było najlepsze. Jeśli zaczyna Pani – z wielkim trudem i niepewnością, ale jednak – rywalizować, to znaczy, że zaczyna Pani odkrywać własną tożsamość.

To ściśle wiąże się też z syndromem Zeliga (nazwa, którą wymyśliłam na potrzeby tego wpisu). Bardzo nowe, trochę przerażające, a trochę ekscytujące doświadczenie. Można te wszystkie elementy w sobie połączyć. Będąc troskliwą i dobrą, nie muszę wkładać na siebie pokutnego wora. Mogę taka być też w szpilkach. Ten wygląd nie musi być tylko i wyłącznie pozarelacyjny

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Na pewnych zajęciach jedna z terapeutek przypomniała koncepcję Freuda na temat kobiecej zazdrości o penisa. Tutaj nie sposób nie przywołać jednego z moich ulubionych cytatów z „Zeliga”:

W Wiedniu współpracowałem z Freudem. Poróżniła nas interpretacja zazdrości o penisa. Freud twierdził, że należy ją ograniczyć tylko do kobiet.

– „Zelig” Woody Allen

Koncepcja ta zakłada zazdrość nieuświadomioną, ale do mnie doszło, że ja całkiem świadomie jestem zazdrosna o penisa. Wydaje mi się, że gdybym mogła go mieć, byłabym kompletna i samowystarczalna.
Kiedy poznałam Tymona Tymańskiego, zdarzyła się sytuacja, z której śmiejemy się do tej pory. Tymon w pewnym momencie zdjął koszulkę (chyba żeby pokazać nam swoje tatuaże). Ale najwyraźniej zapomniał jej z powrotem włożyć, więc mój Partner powiedział coś w stylu:

Ej, możesz już się ubrać! I tak nie masz szans z biustem Marianny!

Na co Tymon się zaperzył, spojrzał na swój tors, na mój biust, znowu na swój tors i odparował:

No… młoda jest!

I śmiałam się z tego w głos, dopóki mój Partner nie stwierdził:

Jejku, to tak absurdalne, jak byś miała się źle poczuć z tego powodu, że Tymon ma większego penisa niż Ty!

Wtedy poczułam lekkie ukłucie w sercu:

Ej, skąd wiesz???

Mam więc sporo do przerobienia w tym obszarze. Nie chciałabym być matką kontrolującą syna, bo ma coś, co ona sama chciałaby mieć…

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Nie wiem, jak z innymi, ale ze mną jest trudno. W swoim wykładzie Magdalena Paszko mówi niezwykle ciekawą rzecz – osobowość histrioniczna wykształca się też wtedy, kiedy dziecku narzuca się zbyt mało granic. Wiadomo, że te w rozwoju są niezwykle potrzebne. Dziś wiem, że na pewno miałam zbyt mało obowiązków domowych, przez co nie mam naturalnego poczucia odpowiedzialności za miejsce, w którym mieszkam. Uczę się tego dopiero w związku. Owszem, chodziłam do podstawówki muzycznej i kiedy inne dzieci wracały do domu o 13:00, 14:00 , ja niemal codziennie byłam w domu dopiero po 17:00, a tam czekało mnie odrabianie lekcji i znienawidzone ćwiczenie na fortepianie, więc już z innych obowiązków zostałam zwolniona. Jednak dziś myślę, że dziecko od najmłodszych lat powinno być odpowiedzialne choćby za jedną małą rzecz w domu – np. wynoszenie śmieci czy zmywanie (nawet jeśli tylko po sobie). To je uczy dyscypliny, ale też pokazuje mu, że jest w domu ważne, że też ten dom tworzy, że musi o coś dbać, żeby było mu w domu dobrze.
I rzeczywiście sposobem na wytrzymanie mojego zaburzenia dla mojego Partnera jest na pewno stawianie nieprzekraczalnych granic. Jedna rzecz to podział obowiązków domowych, ale druga, to poskramianie moich lęków i nie poddawanie się moim obsesyjnym pytaniom, na które odpowiedzi nie wnoszą nic dobrego dla żadnego z nas. Moje zaburzenie jest moje. I choć w momentach krytycznych rzeczywiście próbowałam wciągnąć Partnera pod wodę, by tonął razem ze mną, to jego świadomość, że nie może się temu poddać, ratowała nie tylko jego, ale też nas i mnie. Kiedyś, przekomarzając się, zapytałam Go:

A kochasz mnie najbardziej na świecie?

A On na to odpowiedział:

Nie. Najbardziej na świecie kocham siebie.

I to było najpiękniejsze zdanie, jakie mogłam usłyszeć! O takim partnerze marzyłam, który się ode mnie nie uzależni, którego nie zdominuję, który będzie w trudnych chwilach pamiętać przede wszystkim o sobie i który będzie umiał o siebie zadbać. Partnera, który jest ze mną nie z poczucia winy, albo obowiązku czy z przerażenia, tylko dlatego, że chce ze mną być.
Plus… odkrywam swoje zaburzenie, powoli zaczynam je rozumieć i im większą mam świadomość tego, co we mnie trudne, tym bardziej nad tym pracuję.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. A na deser cover piosenki „My Way” w wykonaniu wokalistki posiadającej jeden z najciekawszych w moim odczuciu głosów – Miley Cyrus, która także jest dotknięta zaburzeniem histrionicznym.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Jeśli podoba Ci się jak piszę i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bezpieczna przystań

fot. Bożena Szuj

Dzisiejszy tekst opisuje dwa miesiące z mojego życia, tuż po świętach wielkanocnych (czyli czas od końca kwietnia do końca czerwca 2022), kiedy trwałam w zawieszeniu. Największym chyba w życiu. Czekałam w napięciu na czerwiec, w którym miałam otrzymać informację, czy będę musiała na pół roku zniknąć dla świata zewnętrznego. Zawieszenie generuje chaos, a z nim dobrze próbować się mierzyć. Jadąc z Partnerem na dwa tygodnie do ukochanego Gdańska, nie sądziłam, ani że zostanę tam dwa miesiące, ani że po krótkim pobycie na południu Polski w sądnym czerwcu – kiedy okazało się, że jednak nie zniknę na pół roku dla świata zewnętrznego – znowu do Gdańska wrócę i będę musiała zacząć żyć, co stanowiło dla mnie w tamtym momencie największe wyzwanie.
Oczywiście najistotniejsze były dla mnie wsparcie i bliskość Partnera, ale jak by to trywialnie nie zabrzmiało, wierzę w energię miejsca. To trochę jak feromony. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że je wyczuwamy, ale do niektórych ludzi nas ciągnie, a od innych nas odrzuca. Myślę, że tak samo jest z miejscami – w jednym jest nam dobrze, w innym marzymy o rychłej śmierci. (Pewną ironią losu jest, kiedy urodzimy się w tym drugim.) Gdańsk ujął mnie od pierwszego wejrzenia. O ile Gdynia może dla mnie nie istnieć – owszem, dość ładna, ale całkowicie mi obojętna – o tyle Gdańsk, a w nim jedyny w swoim rodzaju Wrzeszcz, to miejsce wyjątkowe, dla koneserów i miłośników piękna w czystej postaci. Piękna nie zawsze zresztą oczywistego, ale ujmującego.
Było to więc miejsce idealne do leczenia swojej rozsypanej psychiki, powoli stabilizujących się stanów lękowych i towarzyszących mi od dłuższego czasu myśli samobójczych. Sama nawet nie wiem kiedy udało mi się pozbierać, ale nagle zastałam się w zupełnie innym, lepszym stanie. Napełnił mnie spokój.

⚓ Spacery brzegiem morza

fot. Bożena Szuj

Spacery brzegiem morza były dla mnie medytacją i możliwością wejścia w najgłębszy kontakt ze sobą. A w stanie, w którym na początku byłam, ta wizja przerażała najbardziej. Pod koniec kwietnia nie było wcale ciepło. Nad morze szłam w puchowej kurtce, z kieszeni której wyjmowałam rękawiczki, nasuwając na głowę kaptur. Z biegiem czasu udało mi się pozbyć kurtki, ale ciągle jeszcze nie ciepłej bluzy i długich leginsów.
Na początku jechałam tramwajem na jedną plażę, przechodziłam brzegiem morza 3 kilometry do drugiej i stamtąd już innym tramwajem wracałam do domu. Urozmaicałam sobie te spacery raz przyjeżdżając jednym tramwajem z jednej strony, a raz drugim z drugiej. Potem Partner uświadomił mi, że od naszego domu niemal w linii prostej można dojść do molo, które łączy obie plaże. Pewnego razu więc pojechałam tramwajem, jak zawsze, a na drugim końcu swojej spacerowej marszruty zawróciłam do molo (kolejne 2,2 km – bo molo nie wypada w połowie drogi) i wróciłam stamtąd na piechotę (od molo do domu 4,4 km). Tym sposobem ze spaceru trzykilometrowego zrobił się niemal dziesięciokilometrowy. Czy byłam najpierw zmęczona? Tak, bo moją kondycję w tamtym czasie można spokojnie ocenić na minus sto. Jednak w tym zmęczeniu znajdywałam coś, czego niebywale mi do tej pory brakowało. Lubię chodzić, a widok morza – codziennie kompletnie innego, wynagradzał mi absolutnie wszystko. Potem ceny jednorazowych biletów tramwajowych wzrosły w ciągu jednego dnia z 3,60 zł  do 4,60 zł i ta cenowa patologia spowodowała, że zaczęłam chodzić na plażę już z domu na pieszo. W ramach niezgody. Czyli doszło mi kolejne 4,4 km z domu do molo. Od molo niecały kilometr w stronę punktu, od którego dotychczas zaczynałam spacery (lub w którym je kończyłam) i z powrotem – drugie tyle – do molo, a potem kolejne 2,2 km do drugiego punktu i z powrotem, po czym ostatnia prosta molo – dom 4,4 km. Nagle okazało się, że chodzę na piętnastokilometrowe spacery. Codziennie. Wyjątkiem były najpierw poniedziałki, a potem poniedziałki i piątki lub soboty (o czym za chwilę), kiedy mieliśmy już wieczorne plany. Spacery nie tylko przestały mnie męczyć, ale zaczęłam nawet odczuwać ich głęboką potrzebę. Bo morze fascynuje. I jego bezkres, i jego zmienność. Choć im bliżej czerwca, tym więcej pięknych, pocztówkowych zachodów słońca, ja i tak najbardziej lubiłam te nieoczywiste krajobrazy, kiedy morze tonęło w niepokojących szarościach, ukazywało swoje granatowoniebieskie oblicze lub kiedy tworzyło z chmurami obrazy, jakich nie powstydziłby się sam William Turner. Pod koniec maja w spacerach zaczął mi przeszkadzać koszmar każdego introwertyka, czyli inni ludzie w masie. Robienie zdjęć wymagało od mnie znacznie większej gimnastyki i polowania na wolny kadr. Bo z każdego spaceru miałam po kilkadziesiąt zdjęć, którymi dzieliłam się ze znajomymi w mediach społecznościowych. Jedni prosili mnie, żeby ich pod nimi oznaczać, inni – żeby blokować im dostęp do tych zdjęć, bo mi zazdroszczą tych widoków. Wszyscy z nich mieli w sobie jakąś wzruszającą wiarę w to, że na własnej ścianie będę się sugerować kimkolwiek innym niż ja sama. Zdjęcia miały swoich stałych fanów. A ja nie czułam się żadnym fotografem, a jedynie kimś, kto uchwycił otaczające go piękno. Umberto Eco powiedział kiedyś, że fotografując ważne miejsca i chwile, tracimy pamięć o nich. Nie umiem się z tym zgodzić. Dla mnie fotografia jest środkiem wyrazu i możliwością przede wszystkim tworzenia cudownego, magicznego, alternatywnego świata. Na ogół zresztą ciekawszego od rzeczywistości. Moje przeżycia i przemyślenia związane z morzem oraz siła, jaką dawały mi zapierające dech w piersiach odsłony Bałtyku, jakie miałam szczęście i zaszczyt zobaczyć, to coś, czego nikt (może oprócz Alzheimera) mi nie odbierze. Robiłam zdjęcia nie po to, by zapamiętać to, co widzę, lecz po to, by mając przed oczami piękny widok, wykreować w oparciu o niego zachwycający obraz. Niekoniecznie prawdziwy.
Spacery były tylko moim czasem i moją przestrzenią. Jak już kiedyś wspominałam, mój Partner nie jest entuzjastą chodzenia po piasku (tym bardziej doceniam jego ogromne poświęcenie w momentach, w których daje się namówić na zrobienie mi nadmorskich blogowych sesji fotograficznych), przez co żadne z nas nie wpadło nawet na pomysł, żeby chodzić na takie spacery razem. Owszem, zdarzało się, że po tych piętnastu kilometrach, szłam z nim jeszcze na mały, wspólny spacer po Wrzeszczu zakończony posiadówą na naszej ukochanej ławeczce na skwerze, po którym wieczorem chodzą jeże (narysowane na niej penisy nie są naszą sprawką). Najczęściej siadaliśmy tam z piwem, opowiadając sobie o mijającym dniu. I to było cudownie nasze i ważne. Jednak poczucie odrębności tych moich nadmorskich spacerów dało mi dużo siły, której potrzebowałam. W ogóle wydaje mi się, że rytuały w związku – zarówno te, dotyczące każdego z partnerów oddzielnie, jak i te odprawiane przez nich wspólnie – są ważne i budują więzi. I z samymi sobą (co w partnerstwie ma znaczenie kluczowe!), i ze sobą nawzajem.

⚓ Dojście do głosu

fot. Bożena Szuj

Przygoda z nagrywaniem własnego mówienia trwa u mnie już jakiś czas, ale dopiero teraz się wzmogła. Mówiąc w największym skrócie, mam Przyjaciółkę, która mieszka daleko, więc kontaktujemy się właściwie głównie przez komunikator mediów społecznościowych. Najczęściej po prostu rozmawiamy, ale kiedy nie mamy obydwie w danej chwili wystarczająco dużo na to czasu, piszemy do siebie lub nagrywamy sobie wiadomości głosowe. Ja musiałam do tej ostatniej formy komunikacji dojrzeć. Potem wydała mi się wygodna. No i w trakcie odsłuchiwania swoich własnych wiadomości – co robię zawsze, bo istnieje zawsze całkiem spore ryzyko, że mówiąc, pominę meritum – zaczęło do mnie dochodzić, jak terapeutyczną rolę może spełniać zarówno nagrywanie swojego mówienia, jak i potem sprawdzanie, czy powiedziało się to, co powiedzieć się chciało.
Nazywając rzeczy po imieniu, mówca ze mnie marny. Myślę dziś, że z wielu powodów. Jednym z nich jest na pewno moja nadwydajność mentalna i wynikające z niej myślenie rozgałęzione, które w wielu momentach powoduje tak wielki chaos w mojej głowie, że bardzo trudno mi się nad wypowiedzią skupić. Dlatego zdecydowanie łatwiej mi się pisze niż mówi. Reasumując, nawet kiedy mówię dużo, to i tak wiem, że to nie jest moje pole i wolałabym móc się komunikować ze światem tylko poprzez pisanie.
Ponieważ moja Przyjaciółka również jest osobą prawopółkulową (nadwydajną mentalnie), rozmawia się nam znakomicie, bo rozumiemy, czemu nasze mówienie wygląda tak, jak czasem wygląda i nie budzimy w sobie nawzajem irytacji. Wręcz przeciwnie – rozumiemy procesy zachodzące w głowie drugiej strony i umiemy odebrać komunikat na poziomie innym niż samych wypowiadanych, nieraz nieudolnie, słów. Kiedy więc nagrywam się jej, czuję się bezpieczna. I dopiero niedawno, kiedy tych nagrań zaczęło być więcej, uzmysłowiłam sobie, ile głos niesie w sobie emocji. O ilu własnych emocjach sama nawet nie wiem, póki nie usłyszę ich w swoim nagranym osobie bliskiej głosie.
Wieczorne nadmorskie spacery bardzo często stanowiły tło dla naszych rozmów. Przyjaciółce morze potrzebne jest do życia tak samo, jak mnie, więc uwielbiałam się nim z nią dzielić. Bardzo też często spacery były tym spokojnym momentem, w którym mogłam odsłuchać wiadomości, które nagrała mi wcześniej ona, a potem nagrać jej swoje (i też ich odsłuchać). W akompaniamencie morskich fal. Obserwowanie własnego głosu, uważne przyjrzenie się temu, co robię z językiem mówionym (który mnie od zawsze przerastał) i pochylenie się z czułością nad tym, co da się przecież jeszcze wypracować; to wszystko zrodziło w mojej głowie pomysł, którego realizacja pochłonęła dużo mojego czasu, pracy i energii, ale stworzyłam coś, czym już niedługo się z moimi Czytelnikami podzielę. A to niebywale mnie cieszy i ekscytuje!

⚓ Rytuały towarzyskie

fot. Bożena Szuj

Nasz przyjazd do Gdańska rozpoczął się od przemiłego zaproszenia do wystąpienia w teledysku Tymona Tymańskiego. Okazało się, że  to teledysk do jednej z moich ulubionych jego piosenek, ale na razie nic niestety nie mogę zdradzić. No, może oprócz tego, że mój Partner kleił Tymonowi po nocy Tupolewa (pięknego!) oraz że – kiedy tu nie przyjadę – nie ma seksowniejszej laski w całym Trójmieście od przebranego za kobietę Tymona! (Macałam, więc wiem!) Ogromnym zaszczytem było dla mnie poznanie wreszcie na planie tegoż teledysku Jarka Janiszewskiego, którego niesamowity głos i charakterystyczny sposób śpiewania już dawno mnie urzekł. Jak więc było mi miło, kiedy zaśpiewał coś specjalnie dla mnie!
I choć branie udziału w teledysku Tymona nie jest dla nas, kiedy jesteśmy w Trójmieście, towarzyskim rytuałem, już samo spotkanie z Tymonem – owszem!
Kolejnym rytuałem, cyklicznym, bo cotygodniowym, są bluesowe poniedziałki w Teatrze Boto w Sopocie, gdzie mój Partner regularnie grywa na perkusji. Robi to od kilku lat, przez które nawiązał relacje z wieloma fantastycznymi ludźmi (niektórych zresztą znał już wcześniej). Szybko poczułam się przyjęta do tej wyjątkowej muzycznej wspólnoty i dziś czuję się w Boto jak w domu. Ogromnym zaszczytem było dla mnie poznanie Glenna Meyera, który był m.in. wokalistą znakomitej, słynnej w czasach mojej podstawówki grupy Blenders. To człowiek o wybitnym mózgu, ogromnej językowej wrażliwości i cudownym, oryginalnym pomyśle na sposób śpiewania. Plus… jest to jedyna osoba, której do twarzy w pomarańczowym!
Wschodzącą gwiazdą jest też intrygujący zespół The Dames. Jego charyzmatyczny wokalista Piotr Łuba i sceniczne zwierzę – gitarzysta Piotr Słodkowski, kiedy wedrą się na scenę Boto, robią prawdziwy show! Choćby tylko dla nich, warto przyjść. Przy odrobinie szczęście, można w Boto usłyszeć również legendę polskiego punk rocka – Gary’ego Hella.
Poniedziałkowe wieczory w Boto to też doskonała okazja, żeby spotkać się z ludźmi, z którymi w tygodniu nie ma na to czasu. W ten sposób poznałam wreszcie Dorotę Korbut – dziennikarkę, pisarkę, poetkę oraz autorkę przepięknej biżuterii, którą mam na zdjęciach. Osobę niezwykle kreatywną, fantastycznie posługującą się piórem i znaną mi dotąd tylko z mediów społecznościowych, a dokładnie z grupy zrzeszającej ludzi uwielbiających językowe zabawy, na której poznałam onegdaj swojego Partnera.
Inny nasz tegoroczny towarzyski rytuał był też w pewnym sensie jakoś z Boto związany, a ściślej z naszą dobrą koleżanką poznaną (najpierw przez Partnera) właśnie tam. Otóż jakoś się tak przecudownie za tym moim pobytem przyjęło, że raz w tygodniu – w piątek lub sobotę – spotykaliśmy się u niej w domu, często z jeszcze jednymi znajomymi. Kiedy „nie miała czasu nic przygotować”, stół uginał się od pyszności: sałatek, ogórków, pomidorków, chipsów, dipów i innych przystawek. Kiedy „miała czas coś przygotować”, uginały się od nich trzy stoły, a na talerzykach wjeżdżał jeszcze domowy tort i inne smakołyki!
Rozmawialiśmy, żartowaliśmy, graliśmy w różne planszowe gry, a wszystko to obowiązkowo przed telewizorem nastawionym zawsze na program, z którego sączyła się polska muzyka minionych lat. Zasiadaliśmy bowiem równocześnie w Loży Szyderców. Komentowanie fryzur, makijaży i ubioru artystów, którzy trzy dekady temu wyglądali na siedemdziesiąt lat, mimo że dziś dobijają dopiero do pięćdziesiątki, było jedną z wielu naszych cotygodniowych aktywności. Obowiązkowe było też picie piwa i trzeźwienie podczas kilkukilometrowego spaceru powrotnego.

⚓ Do byle gdzie

fot. Bożena Szuj

Mój wspaniały Partner oprócz tego, że jest wegetarianinem i całkiem jawną opcją niemiecką, to jeszcze do tego cyklistą! Wiedziałam więc, że prędzej czy później, będę musiała się z rowerem przeprosić (o tym, jak ponad dwadzieścia lat temu zakończył się mój rowerowy romans, pisałam więcej w tekście „Duchowy triathlon”). Zresztą nie tyle nawet będę musiała, bo przecież niczego nie muszę, ale chciałam zrozumieć aktywność, która jest dla mojego Partnera ważna. Chciałam wejść w jego świat, lepiej go zrozumieć.
Kiedy jednak nastał sądny dzień, wiedząc, że mam dosiąść jednego z dwóch rowerowych potworów wielkości małego słonia, stojących pod naszym domem, zapytałam nieśmiało:

Czy damka to ten mniejszy?

i otrzymałam odpowiedź przeczącą, coś we mnie pękło. Niewielu rzeczy się boję. Rzadko mam świadomość potrzeby bania się – co nie zawsze jest dla mnie dobre. Jednak z jakiegoś niezrozumiałego powodu wejście na rower (co było w ogóle możliwe dopiero po znacznym obniżeniu siodełka), mnie dosłownie sparaliżowało. Łzy cisnęły mi się do oczu i choć ego pcha mnie na ogół w kierunku pokonywania własnych słabości, byłam niemal gotowa odpuścić. I w tym właśnie momencie mój Partner wzniósł się na wyżyny swojej ujmującej cierpliwości. Widząc mój lęk mieszający się z zawodem samą sobą i zmaganie się z demonami (nie sądziłam, że mój wypadek rowerowy sprzed lat ciągle we mnie tkwi w postaci traumy), okazał mi mnóstwo serdeczności i życzliwości, pozwalając powoli – podczas kiedy sam trzymał moją damkę mocno – oswajać się z rowerem od nowa. Dał mi tyle czasu, ile potrzebowałam, nie oceniając, nie wyśmiewając i nie pospieszając. To wystarczyło, żebym dość szybko z bocznej garażowej drogi wyjechała samodzielnie na prawdziwą rowerową ścieżkę. Drugi nasz rowerowy wyjazd był już bardziej wymagający, a za trzecim razem pojechaliśmy razem do Boto, więc – jak by nie patrzeć – do innego miasta (no i rzecz jasna z powrotem).
Na początku podchodziłam do jeżdżenia na rowerze sceptycznie. Wydawało mi się, że nie przestanę po zejściu z roweru chodzić jak paralityk oraz że zakwasy po nim nigdy nie miną. Siodełko – na wysokości pozwalającej mi z łatwością dotknąć nogami ziemi – trudno było nazwać wygodnym, więc coś takiego jak jeżdżenie dla przyjemności nie mieściło mi się nawet w głowie. Rower rozumiałam jak atrakcyjny środek komunikacji z punktu A do punktu B. Darmowy, szybki, dobry dla ciała i ducha. Nie miałam w dodatku nigdy do końca pewności, czy wszystko w mojej (wydającej podczas jazdy przeróżne dźwięki) damce działa, gdyż reperował ją Pan Waldek. A Pan Waldek – jeśli wierzyć szacunkom mojego Partnera – urodził się jakoś w okolicach tysiąc osiemset siódmego roku i tuż po naprawie naszych rowerów udał się na zasłużoną emeryturę.
Ten z początku, nie ukrywam, trudny związek z rowerem znacznie ewoluował po powrotnym przyjeździe do Trójmiasta, ale o tym następnym razem.

W tym miejscu warto przypomnieć towarzyszącą mi często podczas jazdy piosenkę Lecha Janerki:

⚓ Sprawa mniejszej wagi

fot. Bożena Szuj

Historia mojej wagi jest bardzo prosta. Do dwudziestego piątego roku życia miałam niedowagę. Opowieść, że od jedzenia się tyje, znałam tylko ze słyszenia i uważałam ją za mit i zabobon. Przypominałam kościstą, modelkę o chłopięcej sylwetce z mokrego snu każdego homoseksualnego projektanta mody. (Może wyłączając z tego mój biust, który nawet wtedy był dość zauważalny.) Mój metabolizm obudził się pewnego lata na Thassos i po czterech miesiącach jedzenia pokaźnych obiadokolacji wyłącznie wieczorami (dopiero, kiedy można było oddychać), przytyłam 10 kilo. Ta zmiana… napawała mnie dumą! Czułam się wreszcie kobieca i atrakcyjna. Nabrałam fantastycznych kształtów i pociągałam jeszcze bardziej nie tylko swojego ówczesnego partnera, ale też miejscowych amatorów kobiecego ciała. Wszyscy wokół mnie widzieli moją przemianę i uważali, że na ich oczach rozkwitłam, co było rzeczywiście piękne. Być może byłoby takie dla mnie nawet do tej pory, gdybym nie wróciła do Polski i nie usłyszała od bliskiej kobiety na dzień dobry:

Jesteś gruba.

Czy byłam gruba? Nie byłam. Moja waga mieściła się idealnie w samym środeczku wskaźnika BMI. Moje kości przestały być wreszcie wystające, moje kształty zrobiły się obfite i apetyczne. Wyszłam wreszcie z chorobliwej niedowagi, ale do otyłości, czy nawet nadwagi było mi jeszcze bardzo, bardzo daleko. Gdyby oprócz mojego ciała, uleczona była także dusza, rozumiałabym, że te okrutne słowa są o osobie je wypowiadającej, a nie o mnie. Moja dusza nie była jednak zdrowa, więc ten idiotyczny i przemocowy tekst zadał mi ranę, która goiła się jeszcze wiele, wiele lat. (Zakładając, że w ogóle już jest zagojona.) Jak ta, nie przymierzając, Ewa z raju, co się raptem dowiedziała, że ma się swojej nagości wstydzić, nagle przestałam lubić to, co jeszcze przed chwilą przez innych ludzi, w innej kulturze, było uznane za piękno w czystej postaci.
No a potem, to już sama to sobie robiłam. Ciągle nie dość ze swojego ciała zadowolona, traktowałam je – jak większość pokaleczonych patriarchatem kobiet – jak kartę przetargową do relacji z mężczyzną, która miałaby mnie definiować. Równocześnie wystawiałam swoje ciało na wieczne porównywanie do innych kobiecych ciał, choć osią tego porównywania był zawsze jakiś mężczyzna (realny lub hipotetyczny). Wielokrotnie marzyłam o tej cudownej, zabranej mi przez okrutną Polkę greckiej beztrosce i wolności od porównywania się. Beztrosce, która płynęła z poczucia wolności, pogodzenia się z własną seksualnością i miłości do siebie, miejsca i ludzi. To dosyć znamienne, że długi czas nie udało mi się tego stanu osiągnąć właśnie w Polsce.
Nie jestem dziś niestety zupełnie od porównywania się wolna. Praca nad tym jest długim i żmudnym procesem. Wiem już natomiast, że moje ciało jest najbardziej na świecie wyjątkowe, bo jest jedyne takie i przede wszystkim jedyne moje! Jego atuty są unikalne i jedyne w swoim rodzaju. Podobnie, jak jego niedoskonałości. To ono doprowadza do szaleństwa i utraty tchu Osobę, którą kocham. To ono Ją nieustająco zachwyca. To ono daje mi znać, kiedy powinnam zadbać o swoje psychiczne zdrowie; wskazuje mi, które sytuacje i którzy ludzie mi nie służą. To ono jest źródłem rozkoszy i przyjemności. Przekierowanie swojej energii na rozpieszczanie go, opiekowanie się nim i wsłuchanie się w nie, odciąga mnie od niezdrowego porównywania się.
Od tamtego czasu jeszcze wiele razy przybierałam na wadze, a potem nadprogramowe kilogramy traciłam. Zdarzała mi się czasem też realna nadwaga. Depresja, problemy z tarczycą, stres – wszystko to przekładało się na moje wahania wagi. A teraz, po dłuższym czasie aktywności zerowej i zaburzonej w pewnym momencie relacji z jedzeniem, czułam, że powinnam potraktować siebie – a więc i swoje ciało – lepiej. Z czułością i uważnością. Pobyt nad morzem i codzienne spacery były pewną niezwykle mi potrzebną rewolucją. Nowe nawyki żywieniowe (absolutnie nie diety!) sprowadzające się do jedzenia mniejszych porcji, włączenia do jadłospisu wielu różnych warzyw i owoców, żywienia się głównie sycącymi sałatkami oraz picia w dużych ilościach wody, a także zdecydowanego ograniczenia słodyczy w połączeniu z ruchem, mnóstwo mi dały. Docelowo po kilku miesiącach również spadek wagi, ale przede wszystkim inne samopoczucie, kontakt z własnym ciałem i poświęcenie tak mu potrzebnej uwagi. Czuję się lepiej, wiedząc, że moje ciało jest nie tylko wyjątkowe, ale i wyjątkowo dobrze przeze mnie zaopiekowane!

⚓ Piwo, kobieta i śpiew

fot. Bożena Szuj

Tytuł tego rozdziału nawiązuje oczywiście do mojego tekstu sprzed roku – „Wino, Kobieta i śpiew” o czasie spędzonym również w magicznym Gdańsku. O śpiewie (w Boto) trochę już było, o kobiecie – było dużo. Czas więc napisać o piwie. W tym roku stało się ono, dość nieoczekiwanie, alkoholem mojego pierwszego wyboru. Piwo pite raczej często niż rzadko, umilające wspólne chwile, czasem powodujące w głowie lekki szum, czasem – mimo zawartości procentów – niemal alkoholowo nieodczuwalne, jak również piwo bezalkoholowe, na które musiałam się przerzucić w momentach, w których byłam kierowcą roweru. Zimne cudownie i szybko gasiło pragnienie, pomagając przetrwać najgorętsze dni. Po kilku miesiącach mam pewne spostrzeżenia. Nie jest to reklama, lecz bezinteresowne wskazanie piw, które wydały mi się warte – albo właśnie niewarte – uwagi.

🍺 Piwa jasne

Łomża – zarówno Łomża Jasne, jak i Łomża Pils smakują mi chyba najbardziej z jasnych, kiedy nie da się ich potraktować sokiem imbirowym. No tak już mam, że jasne, niepszeniczne piwa są dla mnie na ogół zbyt nudne lub zbyt gorzkie. Łomża okazała się piwem, jakiego od dawna szukałam.

Namysłów Pils – Namysłów też mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Dużo od Łomży łagodniejszy, żeby nie powiedzieć, że nieco mdły, idealny na dłuższe piwne posiedzenia.

🍺 Piwa ciemne

Kozel Černý – od jasnych piw zdecydowanie wolę ciemne, a czeski Kozel Černý – delikatny, niezbyt goryczkowy i bardzo przyjemny w smaku – to wybór, którego dokonywałam często, również z powodu niewielkiej zawartości procentów.

Bytów Ciemne – bardzo ciekawym odkryciem było dla mnie piwo Bytów Ciemne. Piłam je tylko raz, w Boto, i na pewno jeszcze do niego wrócę. Lekko mleczne, delikatne, mało goryczkowe, intrygujące.

Browar Pilsweizer z Grybowa Zakopiańczyk Ciemne – czemu w moim nadmorskim rankingu piw znalazł się Zakopiańczyk i Ciupaga, niebawem się wyjaśni, gdyż dzisiejszy wpis będzie miał za jakiś czas swoją kontynuację. Zakopiańczyka znam z nazwy oczywiście z południa Polski. Nigdy go nie piłam, ale widywałam reklamy. Dopiero nad morzem dane mi było spróbować i muszę powiedzieć, że ciemne jest rzeczywiście fantastyczne! Urzeka lekko miodowym posmakiem.

Ciupaga Porter – za to Ciupaga Porter jest dla mnie nieporozumieniem. Niby wyczuwalny szlachetny porterowy smak, ale mieszający się z dziwną spirytusową ostrością, smakuje jak niewykończone i nieprzemyślane piwo. Moc swoją ma, ale i cenę. Porównywalny efekt daje podłe, ale lubiane przeze mnie Halne Mocne. I w cenie jednego Portera od Ciupagi dostaniemy Halnych Mocnych aż siedem…

🍺 Piwa smakowe

Browar Pilsweizer z Grybowa Zakopiańczyk Wiśniowy – w przeciwieństwie do Zakopiańczyka Ciemnego, Zakopiańczyk Wiśniowy nie jest wart próbowania. Tak jak lubię piwa smakowe, tak to jest trochę zbyt słodkie; przypomina sok. A szkoda.

Browar Pilsweizer z Grybowa Zakopiańczyk Żurawinowy – podobnie sprawa się ma z Zakopiańczykiem Żurawinowym. Jest na pewno ciekawszy w smaku od wiśniowego, ale nadal lata świetlne za znakomitym Zakopiańczykiem Ciemnym.

Browar na Jurze Wiśnia w Czekoladzie – odkryciem tego sezonu było dla mnie natomiast (znów dzięki Boto) piwo Wiśnia w Czekoladzie Browaru na Jurze. Znakomite, szlachetne, głębokie. Docenił je nawet mój, nieprzepadający za słodkimi piwami, Partner. Jest trudno dostępne, więc jeśli komuś uda się je zdobyć – polecam gorąco!

Książęce Cherry Ale – szukanie ciekawego smakowego piwa w Lidlu, zakończyło się znalezieniem Książęcego Cherry Ale. Doskonałe, nie za słodkie, głębokie. O ile wcześniej opisywana Wiśnia w Czekoladzie smakowała trochę jak śliwka (co absolutnie nie jest zarzutem), a tyle Książęce uchwyciło to, co w wiśni najdoskonalsze!

🍺 Piwa bezalkoholowe

Łomża 0,0% – ktoś, z bezalkoholowych piw, polecił na Łomżę 0,0%, więc kiedy ją tylko gdzieś znalazłam, natychmiast nabyłam. I muszę powiedzieć, że choć król bezalkoholowych piw – o którym za chwilę – jest tylko jeden, to Łomża zero naprawdę daje radę! Nie ma wstydu.

Kormoran 1 na 100 Lite APA – no i pora wreszcie na króla, czyli kolejne fantastyczne odkrycie sezonu, również za sprawą Boto. Kormoran 1 na 100 przypomina rasową alkoholową APĘ. Czyżby piwa bezalkoholowe przestały wreszcie smakować jak karykatury piw alkoholowych?

Ciupaga AIPA Bez Prądu – na to pytanie odpowiada, niestety przecząco, Ciupaga Bez Prądu, która w smaku przypomina rozwodnione siki. Nie ma się co łudzić, że pomoże jej dodanie soku malinowego. Tej obrazy kubków smakowych nie da się uratować niczym. Zdecydowanie nie polecam!

To tylko subiektywny wybór piw, które piłam podczas tego lata często lub które tylko raz czy dwa spróbowałam. Nadal pozostaję fanką piw kraftowych, ale miło było się też przekonać również do niektórych przemysłowych.

P.S. A na deser łączę piosenkę, która towarzyszyła mi przez niemal cały opisywany czas. Piosenkę, o której kompletnie zapomniałam i na którą nigdy wcześniej nie zwróciłam jakoś specjalnie uwagi, a niesłusznie. Warto wsłuchać się w jej detale – od samej niezwykle przemyślanej emisji głosu, przez lekko miejscami eightiesowe brzmienia po to, co dzieje się tam z przestrzenią. Najbardziej polecam jej słuchanie podczas samotnych spacerów plażą w środku maja.

Zapraszam do lektury drugiej części wpisu:

fot. Bożena Szuj