„Uno Lovis Party” Kury

fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: S7 Records
rok wydania: 2025

Dokładnie trzydzieści lat po debiutanckiej płycie „Kablox-Niesłyna Histaria”, dwadzieścia siedem lat po kultowym „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” i dwadzieścia cztery po równie świetnych, choć pozostających w cieniu swojego starszego brata, „100 latach undergroundu”, zespół Kury powrócił w najlepszym możliwym stylu, doskonałą płytą „Uno Lovis Party” (premiera krążka miała miejsce we wrześniu 2025 i do tego roku się odnoszę).
Pomysł reaktywacji Kur narodził się wraz z reedycją „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” i trasą z piosenkami z tej płyty. Przy kreatywności i płodności Tymańskiego, rozpoczęcie pracy nad nową płytą było tylko kwestią czasu. Od momentu kurzego zmartwychwstania zespół częściej niż kiedykolwiek w swojej historii zmieniał skład, jednak jego trzon, czyli kosmiczny duet Tymański – Deriglasoff, pozostał fundamentem trwałym i przelotnymi burzami niewzruszonym (choć należy podkreślić, że wspominając o „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”, nie można nie wymienić nazwiska Piotra „Picia” Pawlaka, do czego jeszcze powrócę). Do tych dwóch dostojnych, acz pełnych energii kogutokur dołączyły kolejno dwa wspaniałe kurczaki: fenomenalny pianista, kompozytor i improwizator Szymon Burnos (młody wiekiem, stary stażem, bo grający z Tymonem już od dawna) oraz – świeży narybek, żeby nie powiedzieć „nakurek” – zjawiskowy perkusista i improwizator Alan Kapołka, którego heavy metalowy background wyostrzył Kurom pazury.

W cieniu czy blasku „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.a”?

„P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”, choć nie był ostatnią płytą trójmiejskiej formacji, pozostał w pamięci większości fanów jako jeden z ważniejszych punktów odniesienia; jako album wyjątkowy i często ulubiony. Płyta kultowa, wybitna, ważna i przełomowa doczekała się w maju tego roku również filmu na swój temat – dokumentu „Najgłupsza płyta świata” w reżyserii Konrada Kulczyńskiego i Jakuba Knery.

Dokumentu ciekawego i potrzebnego, choć nieidealnego. Twórcy mimo zapału i włożenia w jego realizację dużego nakładu pracy, nie w każdym aspekcie rozumieli zachowania i motywacje Tymona Tymańskiego, co przekładało się na sposób prowadzenia narracji nie tylko podczas dyskusji o filmie po jego projekcji, ale też narracji filmowej. Słynna przemowa Tymańskiego podczas odbierania Fryderyka (od której film się zaczyna) w żadnym momencie nie była naznaczona pogardą do swoich słuchaczy, ale do muzycznego przemysłu, co zresztą sam dość jasno wyraził. Końcowa filmowa scena zejścia do fanów i śpiewania z nimi a capella (albo z gitarą) w czasie ulewy uniemożliwiającej występ na scenie podczas festiwalu Tauron w Katowicach, nie była więc „dowodem na spokornienie Tymona po latach”. Pokazała dokładnie tego samego, choć starszego o dwie dekady, Tymona, który kocha to, co robi i robi to na sto procent. Jest, owszem, dojrzalszy, pokorniejszy, bardziej doświadczony, ale akurat stosunek do fanów nie uległ przez te lata radykalnej zmianie. To wzruszająca ciągłość, a nie magiczna przemiana.
Drugim moim zarzutem do filmu było to, że kiedy przed kamerą zasiada nie tylko wybitny muzyk, ale równocześnie też wybitny tekściarz, jakim jest Olaf Deriglasoff i w trakcie pięknej wypowiedzi przydarzy mu się błąd fleksyjny (we wszystkich częściach wywiadu wyłącznie jeden), dobry redaktor powinien go wychwycić i dograć dubla, żeby ów błąd wyeliminować. Wywiad nie był przecież emitowany na żywo. Z góry uprzedzę, że nie przekonują mnie argumenty o rzekomej „autentyczności” objawiającej się w popełnianiu błędów. Mam równocześnie dwie perspektywy. Pierwszą i w pewnym sensie główną jest perspektywa badacza języka, który nie ocenia, ale potrafi ze sposobu, w jaki nadawca komunikatu go nadaje, wyczytać o nadawcy znacznie więcej informacji niż te udostępniane przez niego świadomie. Zwłaszcza w tym kontekście ciekawe są typy błędów, jakie popełniamy. Wokół tego zagadnienia kręciły się moje obydwie prace (licencjacka i magisterska) i być może kiedyś, kto wie, zakręci się również doktorska. Drugą perspektywę daje mi niemal dwudziestoletnie doświadczenie w pracy redaktora i korektora, który również nie ocenia, ale wobec błędów musi być bezwzględny (i bezbłędny!). Równocześnie umie też oddzielić własne upodobania określonych stylów pisania (a style potrafią być czasem nieznośne lub pretensjonalne) od faktycznych błędów i nie kastruje tekstu z jego autora. (W tym miejscu, jako autor specyficzny, ślę „Ruchowi Muzycznemu” gorzkie pozdrowienia.)
Reasumując, to, że ktoś tak w słowa doskonały popełni jakiś „chlapsus językowy” bardziej mnie ciekawi niż oburza (bycie językoznawcą wyklucza puryzm językowy). Uważam jednak, że publiczne wypowiedzi ewidentnych mistrzów słowa wymagają od nas, redaktorów, szczególnie dużej czułości i uwagi. Bo, że nikt nie jest doskonały, to jedno. Ale kiedy ma prawo być przez odbiorców traktowany jak językowy autorytet, mamy obowiązek mu w tym pomóc.

Wracając jednak do nowej płyty, dwa tygodnie przed wydaniem „Uno Lovis Party” odwiedziliśmy Tymona, który zapytany przeze mnie o znaczenie tego intrygującego tytułu, odpowiedział z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku, że to anagram i spytał, czy chcę go odgadnąć sama.

Kojarzycie te filmiki z Koła Fortuny, gdzie prawie wszystkie literki są już odkryte, została jedna czy dwie do odsłonięcia, uczestnik decyduje się na odgadnięcie hasła i… mu się to nie udaje?
To niestety cała ja.

Bardzo nie chciałam sprawić Maestro przykrości, ale nie podjęłam próby z góry skazanej na porażkę. Szybko więc sam mi pokazał, że „Uno Lovis Party” jest anagramem „Anty P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”. Przez pewien czas myślałam, że to tajemnica, ale Tymański zdradził ją wkrótce potem w kilku wywiadach, więc nie będzie to raczej niestosowny spoiler.
Wątek antypolovirusowości jest dla mnie zresztą niezwykle interesujący. Przeciwieństwem miłości nie jest przecież nienawiść, lecz obojętność. Na tej też zasadzie zbuntowane dwulatki próbujące ustalić, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, nie opierają swoich obserwacji na jakiejś abstrakcyjnej wizji człowieka jako takiego, ale na swoim opiekunie, z którym do tej pory były zlane w jedno. Robią to poprzez (nad)używanie przeczenia „nie”. Płyta „Uno Lovis Party” nigdy by nie powstała, gdyby nie  „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”. Odcięcie się na poziomie zabawy nazwą, jest na to najlepszym dowodem.
Z kolei na poziomie artystycznym, trudne położenie zespołu wobec oczekiwań fanów było niezaprzeczalnym faktem. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” jest nie tylko płytą kultową, wybitną, ważną i przełomową, ale też do tej pory świeżą i ponadczasową. Wydaje mi się, że to rodzaj presji, który dla artystów może nie być łatwy do zniesienia. Nie ma chyba nic gorszego niż próba powtórzenia wcześniejszego sukcesu. Jedyne, co zostaje, to deklaracja odżegnania się od przeszłości, żeby nie zwariować. Żeby zapewnić sobie minimalny komfort tworzenia. I tu tkwi opisywany przeze mnie wyżej paradoks. Bo przecież „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” nie powstał przypadkowo. Stworzyli go znakomici muzycy przepełnieni ogromną wrażliwością, również językową. Obdarzeni umiejętnością wnikliwej obserwacji otaczającego ich świata. Dziś (w roku wydania płyty, 2025), dwadzieścia siedem lat później, dwóch tych samych muzyków – Tymon Tymański i Olaf Deriglasoff (bo jakiś czas po reaktywacji Piotr „Piciu” Pawlak opuścił szeregi grupy), ma tylko większe doświadczenie, lepszy warsztat, więcej do powiedzenia, lepszą intuicję do ludzi, z którymi chcą grać i tworzyć. Do tego ten „otaczający nas świat” zmienił się całkowicie, więc i jego obserwowanie tymi samymi co kiedyś oczami przyniesie inne wnioski, ale też dobór sposobu tego obserwowania okaże się całkowicie inny. Być może nawet wzbudzi (w samym zespole) pewne kontrowersje.
Co więc mogło pójść nie tak? Jak zwykle w przypadku tych muzyków – nic. Powstała płyta w każdym rozumieniu tego słowa piękna, mądra, ważna, poruszająca, potrzebna. Czy okaże się kultowa? Czas pokaże. Na pewno – jak onegdaj „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” – doskonale opisuje dzisiejszy świat, który jak rzadko kiedy opisów zabawnych, ale też głębokich i czynionych umysłami artystów potrzebuje.

„Teflonowy mózg”

fot. Marianna Patkowska

Płytę zaczyna, z charakterystycznym dla siebie pesymizmem racjonalnym, Olaf Deriglasoff, słowami:

Każdy kto tu żyje
w emocjonalnym szambie
tkwi po szyję

– początek piosenki „Teflonowy mózg”.

Niby dostojny kogutokur, ale jednak trochę Kłapouchy. No i – od kiedy przyjrzałam mu się uważnie – mój wielki celebrity crush. Jeśli w rozmowie z kimkolwiek w ciągu ostatnich dwóch lat pojawiało się jego nazwisko, automatycznie wypalałam, rozmarzona:

Olaf… on jest taaaki przystojny…

To jest nie do opanowania. Olaf rozbudził we mnie to, co onegdaj (niestety tragicznie zmarły) Keith Flint.
I na ten przykład, jeśli chodzi o Tymona, niewymownie wkurza mnie zarzut, że nie jestem w rozmowach o nim obiektywna, lub że jestem wręcz stronnicza przez wzgląd na jego przyjaźń z Bartkiem, ale też to moje w niego wpatrzenie. Wkurza, bo jest nieprawdziwy. Tymona ze wszech miar uwielbiam, ale za to kim i jaki jest, mając też poczucie, że dobrze go rozumiem w wielu jego (nawet tych niby kontrowersyjnych) decyzjach. Z tego powodu wszystkich starszych panów pragnących mi w trójmiejskich lokalach w ramach zagajenia uświadomić, że wcale go nie znam, skoro tak dobrze o nim mówię i naświetlić, jaki Tymon jest naprawdę (bo w 1583 roku krzywo na kogoś spojrzał), spuszczam od razu na drzewo i szczuję swoim psem mordercą. Natomiast wobec Olafa nie jestem obiektywna ani trochę. On po prostu objawił mi się jako męski ideał piękna, w dodatku ze znakomitym słuchem, piękną barwą głosu i wspaniałym wyczuciem językowym. Tu, kiedy wypalam z tym swoim

on jest taaaki przystojny…

przy właśnie poznanych muzykach, którzy z nim grywają, ci – nieco zbici z pantałyku – zaczynają odruchowo kiwać głową, intensywnie myśląc (jakby przypominali sobie jego powierzchowność), po czym potakują z pewną wobec tego faktu bezradnością.

Kojarzycie tych wkurwiających podpitych wujków na weselu, gadających onieśmielające, nikomu niepotrzebne, wątpliwej jakości „komplementy” młódkom?
W przypadku Olafa to ja jestem tym wujkiem.

Ale wracając do otwierającego płytę „Teflonowego mózgu”, mam do niego wielki sentyment. Pewnego marcowego wieczoru natrafiłam w mediach społecznościowych na filmik z domu Tymona, na którym przy fortepianie siedzi Szymek, a obok stoi Tymon z Olafem i cała trójka przy akompaniamencie Szymka śpiewa na głosy jakąś nową, przepiękną harmonicznie i urzekającą tekstowo piosenkę. Króciutki filmik odtwarzałam niezliczoną ilość razy. Pamiętam, jak mnie to energetycznie nakręciło. Nie wiem, co dokładnie działo się wtedy w moim życiu, być może nic. Pamiętam jednak tę wzruszającą zmianę perspektywy. Uświadomienie sobie, że mimo całego zła i syfu tego świata, istnieje piękno. Że gdzieś tam w pewnym domu, trzech piekielnie utalentowanych muzyków spotkało się, żeby podszlifować nową piosenkę. Że śpiewają ze sobą na głosy, tworząc bajeczne harmonie. Że mają przy tym fun, ale też stres, bo naglą ich deadline’y; zaraz nagrają płytę, która wiadomo, że będzie świetna, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą. Mają obawy i oczekiwania. Choć mają też znakomity zarówno słuch, jak i gust, więc muszą przeczuwać, że wyjdzie wspaniale. Jakoś mnie to podniosło i wzruszyło równocześnie. Spania tej nocy było mało, ale ten zastrzyk dobra wart był nawet snu, którym dzielę się niechętnie i nieczęsto. Dwa dni później, po szalonej korespondencji z Tymonem, nagrałam to, co udało mi się wysłyszeć, a potem wysłałam Chłopakom.
Żeby wysłuchać całej piosenki w wersji studyjnej, musiałam czekać aż do premiery płyty we wrześniu. Czujecie te emocje?

No i czy to znaczy, że mam płytę już od września, a piszę o niej dopiero w marcu? Tak. Choć zaczęłam ten tekst znacznie wcześniej, to nagle z osoby mającej zero etatu i poczucie, że po prostu nie nadaję się na nauczycielkę, stałam się nauczycielką rozchwytywaną z dwoma etatami w szkołach podstawowych, a dokładnie 35 godzinami w sumie przy tablicy. (Poczucie, że się nie nadaję mnie nie opuściło, ale wreszcie zrozumiałam, że na brak mobbingu wcale nie trzeba sobie „zasłużyć”.) Wyjście z psychicznego dołka i wskoczenie do rozpędzonego pociągu, jakim była od września publiczna szkoła podstawowa, a od października jeszcze kolejna fantastyczna przyjazna Montessori, całkowicie mnie zawłaszczyło. A przynajmniej zawłaszczyło moją energię. Wielokrotnie myślałam, jak napisać tę recenzję. Ile chcę w niej zawrzeć. Nawet – z różnym skutkiem – omawiałam z dziećmi formę, jaką jest recenzja. Na co należy zwrócić, podczas jej pisania, uwagę (nota bene wiem, że na tym blogu zamieszczam recenzje nie do końca typowe). Jednak zmierzenie się tym z tekstem mnie… zwyczajnie przerosło. Oprócz braku jakiejkolwiek energii miałam jeszcze jeden problem – Kury tworzą naprawdę wybitni muzycy. W dodatku (co w przypadku pisania recenzji bardzo onieśmielające) żyjący. Zasługują na recenzję rzetelną i fachową, a o swoim pisaniu myślę, że nadaję się do niego tylko trochę bardziej niż do uczenia. Nie zamierzam się w tej swojej blogowej przestrzeni tłumaczyć czy przed nikim kajać. Jest jak jest, na blogu daję z siebie wszystko, ale czasem wszystko, to w danym momencie 0%. Mój moment się wyjątkowo wydłużył po prostu.

Reasumując, „Teflonowy mózg” okazał się kapitalnym przebojem, a fragment, jaki poznałam wiele miesięcy wcześniej, jego refrenem. Pierwszy raz słuchałam tej piosenki z Bartkiem i umarliśmy ze śmiechu w 1’28”, kiedy na pięknym melodyjnym bridge’u kompletnie bez zapowiedzi został spuszczony piszczałkowy kleks, w dodatku jakiś taki w poprzek. To było tak na wskroś tymańskie, że nie musieliśmy nawet dopytywać, kto za tym stał. Potem wielokrotnie zmartwychwstawaliśmy i umieraliśmy znowu. I tak naprawdę ten proces nigdy się nie skończył. Śmieszy nas to za każdym razem, a Bartek zobrazował mi naturę Tymona, z której wynika ów muzyczny żart, nawet memem:

Napisałam, że Olaf zaczął „Teflonowym mózgiem” płytę, bo to jego piosenka. Napisana (muzyka i słowa) i zaśpiewana przez niego. I choć na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” każda piosenka też miała podpisanych autorów (wiem, że Tymański zawsze bardzo o to dba), to jednak słuchając albumu bez okładki w ręku, można było odnieść wrażenie, że wszystko wymieszane jest w jakimś tyglu, a autorami tego wytworu są po prostu Kury. Brzmiało to z jednej strony niezwykle spójnie, ale z drugiej – wg zamierzenia Autorów – była to przedziwna wędrówka po najróżniejszych stylach muzycznych. Wykonawcy tak często zmieniali głosy (rozpoznawanie zmienionego głosu idzie mi równie świetnie, jak odgadywanie brakującej litery w słowie), że mój mózg rejestrował wszystkie piosenki jako genialną całość. W przypadku „Uno Lovis Party” autorzy piosenek są nie tylko wypisani na okładce (skądinąd przepięknej, zaprojektowanej przez Olafa i jego żonę Małgorzatę Deriglasoff). Oni również wyśpiewują swoje piosenki trochę… osobno.  W refrenach na ogół dołącza reszta plus jest też kilka smakowitych wyjątków, ale ta osobność, czy też oddzielność mocno rzuciła mi się w uszy. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut.
Z drugiej strony na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” autorzy każdej z piosenek są wypisani na wkładce dolnej, a na „Uno Lovis Party” dopiero pod tekstami w książeczce, więc trudniej do nich dotrzeć tak szybko jak w przypadku pierwszej z płyt. Do tego „Uno Lovis Party” brzmi również niesłychanie spójnie i w żadnym wypadku – niezależnie od tego, kto jest autorem danej piosenki – nie mam wrażenia, że to składanka różnych od siebie stylów. Skąd więc to moje silne przekonanie o większej odrębności autorów kompozycji i tekstów na płycie ostatniej? Być może stąd, że kiedy zagłębiałam się w „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”, nie znałam jeszcze Tymona. Nie rozpoznawałam zmienionych głosów. Bartek, nawet jak nie pamiętał, która piosenka jest czyja, wystarczyło, że się w nią wsłuchał i od razu rozpoznawał styl każdego z Chłopaków. Minęło już sześć lat, od kiedy w miarę regularnie odwiedzamy Tymona, rozmawiając z nim. Poznałam też Olafa

(z onieśmielenia jego urodą, ugięły się pode mną nogi i od tego momentu Awkward w naszych kontaktach to moje drugie imię; ostatni raz się tak czułam pod warszawskim Marriottem w ’96, patrząc z odległości kilku metrów w oczy Michaelowi Jacksonowi),

więc zaczęłam również nadrabiać swoje braki w znajomości jego twórczości. Dostąpiłam też niekłamanego zaszczytu przebywania ze wszystkimi Kurami w jednej przestrzeni, obserwowałam ich stosunek do siebie, cudowne, pojechane poczucie humoru, ogromny szacunek, którym – mimo różnic – się wzajemnie darzą. Do tego od dawna już słyszałam od Tymona, która piosenka jest czyja. To musiało mieć gigantyczny wpływ na mój odbiór „Uno Lovis Party”.
Czytam tę płytę, jak spotkanie po latach tych samych dwóch świetnych muzyków, którzy są dziś po prostu trochę gdzie indziej niż poprzednio. Są dojrzalsi (choć równocześnie nadal piękni trzynastoletni…), mają na swoich zawodowych kontach pokaźny dorobek. W dodatku mocno się od siebie różnią. Olaf przez lata zanurzał się w muzyce mocnej, ciężkiej, pełnej buntu, Tymański muzycznie zdążył kilka razy oblecieć dookoła Księżyc, czasami przy tym jazzując. Obydwaj pisali też muzykę filmową. W takim punkcie kariery trudno na nowej wspólnej płycie udawać no-name’y. A nawet, jeśli nie trudno, to oni już tam byli. To już mamy na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”. To wrażenie „dojrzałości” nowej płyty, ale też samych jej Autorów, uderzało mnie jeszcze w wielu momentach, a na sam koniec doprowadziło do łez wzruszenia. Muzyczne spotkanie po latach dwóch dojrzałych mężczyzn, przyjaciół. Spotkanie, podczas którego nikt nikomu już niczego nie musiał udowadniać (choć być może ktoś czasem próbował). Spotkanie, podczas którego już nie formowali się wspólnie, ale obaj przybyli na nie uformowani. Zresztą uformowani, ale równocześnie skłonni do kompromisów, z jakimi zawsze się wiąże wspólne tworzenie. No i w końcu – the last but not least – ich spotkanie z muzykami, z którymi nie grali dotąd wspólnie. W dodatku z dwóch młodszych, a więc też całkowicie innych pokoleń. W tym miejscu muszę odnotować fragment wspólnego z Kurami spotkania.

Olaf, patrząc wymownie na Szymka, stwierdził (tak, również – jak Bartek i Tymon – używając wołacza):

– Powiem teraz Twój ulubiony, Szymku, tekst. „Jako ktoś, kto gra koncerty już od czterdziestu pięciu lat”…

Mój Bartek dałby sobie doszytą rękę odciąć, że Olaf gra koncerty dopiero od czterdziestu lat. Co z kolei składałoby się w jakąś całość z zawsze rozbawiającą mnie wypowiedzią Tymona (Tymonie przepraszam, muszę to opublikować), że „Olaf nawet jak miał trzydzieści dwa lata, był stary”. Pamiętajmy też, że Olaf założył onegdaj kapelę Dzieci Kapitana Klossa, którą po latach przechrzcił na Dziady Kapitana Klossa, stając się tym samym swoim własnym pradziadkiem. To prawdopodobnie jedyny taki przypadek w historii.

Jasne, że na pierwszym miejscu są umiejętności muzyczne, zawodowstwo, ale Kury – czego nie podkreśliłam wystarczająco mocno – nigdy nie były duetem Tymański – Deriglasoff ze starannie dobranymi muzykami sesyjnymi. To zawsze była grupa indywidualnych, oryginalnych, niezwykle intrygujących jednostek (nie tylko zresztą muzycznie), które łączyła wspólna pasja, ale też kunszt. Pisząc o muzycznym powtórnym spotkaniu po latach, mam na myśli to, co z Kur do dnia dzisiejszego przetrwało.

„WiosenNy szał”

fot. Marianna Patkowska

Po „Teflonowym mózgu” – opisie marzenia pewnego bardzo wrażliwego i przebodźcowanego, a równocześnie przerażająco trzeźwo stąpającego po ziemi artysty, naszym uszom ukazuje się ogromna zielona łąka, na której kica zając. Z kadru na kadr coraz lepiej widoczny. Zaraz, zaraz. Czy to zając na pewno? Nie tygrys? Tygrysek! Skaczący na ogonie! A nie, czekajcie. To… jednak Tymon! Nie mogę się tego obrazka pozbyć i widzę go za każdym razem, słuchając piosenki „Wiosenny szał”. Pozytywnej, śmiesznej, nawiązującej muzycznym stylem do disco-polo, ale jak zwykle w przypadku Tymona (bo to nie jest pierwszy raz) w sposób na szczęście nie do końca udany.
Moi Czytelnicy dobrze wiedzą, jaki mam stosunek do wiosny. Nie rozumiem ekscytacji tym, że przyroda powoli budzi się do życia, a z hibernacji wychodzą wszystkie zimowe kupy. Nie rozumiem odżywania – ja kompletnie zdycham. Na lekkie stroje jest za zimno, ale na cieplejsze – za gorąco. Na przemian pocisz i marzniesz, ze zmęczenia ledwo trzymając się na nogach, ale musisz być ostrożny, żeby w nic nie wdepnąć. No jednym słowem pomyłka. Jednakowoż kiedy słyszę kojący głos Tymona, zapewniającego, że:

Wiosenny szał porywa nas
gdy kwitnie miesiąc maj
przez chwilę da się lubić ten
nieudany kraj
Witalny szkwał, odrywa właz
oddycha morze, szepce las
znów epifanii nadszedł czas!

– początek piosenki „Wiosenny szał”,

… to łapię się na wyczekiwaniu wiosny. Ja. Wyczekiwaniu. WIOSNY… Ten Tymon to umie w perswazję. No i już ta pierwsza piosenka zdradza nam to, co od jakiegoś czasu przeczuwałam. Mianowicie, znakomita swoją drogą, płyta „Paszkwile” bardzo mocno ukształtowała Tymona, wpłynęła na cały dalszy jego sposób pisania (mówię nie tylko o harmoniach, ale też samych brzmieniach). Jej odłamki słychać na płytach kolejnych, choćby na fantastycznych „Republikacjach”. Nawet podzieliłam się z nim tą refleksją. Przyznał, że coś może być na rzeczy. To nie jest w żadnym wypadku zarzut. Odbieram to raczej, jak znalezienie swojej drogi, swojego brzmienia. Ciekawie jest obserwować piętno, jakie na twórcy wywarł jego własny album.
Jest to też jedyna piosenka, do której Kury podczas koncertu… tańczą. Na licznych filmikach widziałam tańczącą trójcę (Alan Kapołka pozostał na stanowisku, nadając wszystkiemu rytm), a na dwóch koncertach, na których byłam, jedynie tańczącego Olafa i Tymona. I o ile Olaf – surprise, surprise – w swoich kocich ruchach jest personifikacją męskiego seksapilu, o tyle Tymona ochrzciłam mianem Johna Travolty Polskiego Yassu. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba zobaczyć! I równocześnie też nie da się tego na szczęście odzobaczyć! To zostaje w człowieku już na zawsze…

„Memento amoris”

fot. Marianna Patkowska

Kolejną piosenką jest piękna nastrojowa ballada Szymona Burnosa o przeuroczym tytule „Memento amoris”. Rozpoczyna się słowami:

Wykupiłem nam kwaterę w nekropolii
tuż pod lasem, gdzie jabłkowy szumi sad
Gdy zaśniemy obok siebie
będzie lekko nam jak w niebie
Naszych mogił nikt nie ruszy tysiąc lat

– początek piosenki „Memento amoris”

Rozłożyło mnie na łopatki, że przedstawiciel kurzej sekcji młodzików po jakimś czasie z – jak napisali kiedyś o sobie – „bardziej wytatuowaną” starszyzną, we własnej piosence od razu szykuje się na tamten świat. (Może świadomość czterdziestopięcioletniej scenicznej kariery kolegi tak na niego wpłynęła.)

Swoją drogą niedawno miałam okazję zwiedzić cmentarz na Srebrzysku (który sugeruje dalej w tekście Szymon) i w pełni zrozumiałam magię i romantyczność opisanego miejsca.

W balladzie tej wszystkie harmonizujące ze sobą w refrenie Kury brzmią naprawdę pięknie. Jednak prawdziwą wisienką na torcie jest tu żeńska wokaliza. Niebiański głos o przepięknej barwie należy do Mii Deriglasoff – córki Olafa. Na jednym z koncertów Olaf zdradził kulisy pojawienia się tej wokalizy na płycie. Otóż panowie dumni z właśnie zmontowanej piosenki, puścili ją Olafowej Latorośli. Ta jednak, wbrew oczekiwanym zachwytom, zauważyła że niby wszystko ok, ale brak tu żeńskiej wokalizy. W tym miejscu musimy pamiętać o tym, że niewiele jest na świecie rzeczy tak kruchych, jak ego artysty, który właśnie coś stworzył. Olaf miał ponoć odburknąć:

– To ją zaśpiewaj!

No to – zaśpiewała. I muszę przyznać, że ta opowieść zmieniła moją perspektywę. Bo dopiero kiedy wyobraziłam sobie ten utwór bez żeńskiej wokalizy, zrozumiałam, jak jest w nim ważna. Męski podmiot liryczny, chór męskich kur i równowaga, która nadchodzi wraz z anielskim kobiecym śpiewem. Czy to wokaliza „sproszkowanej” (nawiązując do tekstu) Ukochanej Szymka, a właściwie jego bohatera lirycznego? Śpiew jej ducha? Interpretacja leży po stronie odbiorców. Tak czy tak, skojarzenie ze znakomitą Clare Torry w piosence „The Great Gig in the Sky” Pink Floydów nasuwa się samo.

„Babilon upadł”

fot. Marianna Patkowska

Po chwilowym zwolnieniu tempa i pewnym wyciszeniu, słyszymy mocniejsze gitary, co może zwiastować tylko jedno – piosenkę Olafa.

Bezrobotni politycy
kucają na ulicy
żebrzą o pięć zyla
ale nikt im nie chce dać
Fajnie się rządziło,
ale nagle się skończyło
dziś nie mają dokąd pójść
w depeesach muszą spać

– początek piosenki „Babilon upadł”

Absolutnie cudowna, utopijna wizja upadku Babilonu, niesłychanie podnosząca na duchu. A prawdziwym mistrzostwem jest tu refren. Zarówno doskonała harmonia, przywodząca na myśl Queen (co mocno mnie poruszyło, bo Queen harmonicznie był niedościgniony), jak i tekst, przy którym za każdym razem turlamy się z Bartkiem ze śmiechu:

Babilon upadł
kto by się spodziewał

Oczywiście trudno wyjaśnić tym, których nie śmieszy, co dokładnie śmieszy nas. Mówiąc w największym skrócie, prawdopodobnie pewna nieadekwatność tekstu do melodii, na którą jest zaśpiewany.

„Kwanty”

fot. Marianna Patkowska

Jestem sceptyczna, kiedy ktoś w rozmowie ze mną wyskakuje z energią męską i żeńską, kosmiczną, czy też – największa dla mnie abstrakcja – pieniądza. Natchnione przemowy o kosmosie budzą moją podejrzliwość. Jedynym wyjątkiem jest dla mnie jednak… Tymon Tymański, który używając słowa „energia”, zdaje się za każdym razem naprawdę dobrze wiedzieć, o czym mówi. W jego przypadku za tym słowem idzie zawsze jakaś głębia, nie zaś komercyjne uduchowienie.

Skończmy pleść głupoty
bo nas podsłuchują roboty
Przejdźmy do rozmowy
w trybie meta-para-naukowym
Nie potrzeba boga
starczy kosmologia kwantowa
W dół, w górę i na skos
splątany jest nasz los
kosmopsychizm to jest sztos

– początek piosenki „Kwanty”

Powyższym cytatem zaczyna swoją piosenkę „Kwanty” Tymon Tymański i jest to utwór, który najtrudniej mi interpretacyjnie rozgryźć. Z jednej strony jest tu mowa o uwsteczniającej nas jako ludzkość pseudonauce, jak też teoriach spiskowych (oba te fenomeny często idą ze sobą w parze). Z drugiej strony zaśpiew:

Oleo!

kończący każdy wers refrenu, całą swoją formą przywodzi mi na myśl wszystko, co najgorsze w tej naszej polskiej biesiadnej plemienności.
Równocześnie… no przecież to przeurocza piosenka o seksie jest! I zanim ktokolwiek mi tu zasugeruje, że mnie to się wszystko kojarzy (z czym polemizować… niestety nie mogę), niech się przez chwilę zastanowi, czy nigdy nie chciał z nikim „złączyć atomów”, z już zwłaszcza „kwarki i leptony”. Oleo?

„Leki, leki”

fot. Marianna Patkowska

Nie ukrywam, że przed powstaniem płyty, mieliśmy pewne przecieki od samego Mistrza Tymańskiego dotyczące tematyki, nad jaką pracuje i wszelkich jego obaw z tym związanych. Okazuje się bowiem, że dziś z wielu rzeczy śmiać się – moja ulubiona fraza – „nie wypada”. Wszyscy stali się niesłychanie wrażliwi na punkcie własnych doświadczeń i zaczęli wrzucać do jednego wora rzeczywistą przemoc słowną z humorem. A ten ostatni ma to do siebie, że jego celem nie jest wyrządzanie krzywdy, ale ukazanie jakiejś grupie (np. społeczeństwu) krzywego zwierciadła, w którym może się przejrzeć. I takie krzywe zwierciadło jest niesłychanie potrzebne. Pomaga zachować równowagę.
Myślę, że ten dosyć złożony mechanizm przewrażliwienia jest ściśle związany z tym, że jako społeczeństwo dopiero zaczynamy, niezwykle powoli, proces terapeutyzacji. Ja sama, tuż po pierwszej terapii, doszłam do smutnej konstatacji, że im więcej rozumiem, tym mniej bawią mnie żarty często bazujące na stereotypach. Po pierwsze dlatego, że stereotypy nigdy nie są do końca prawdziwe, a po drugie dlatego, że pod większością zachowań, nawet tych idiotycznych, dostrzegałam człowieka z jego bagażem i problemami. Na marginesie warto dodać, że żartowanie często bywa mechanizmem obronnym. Łatwiej coś obśmiać niż się z tym zmierzyć. Jednak kiedy już to wszystko dobrze zrozumiemy, przerobimy i staniemy sami ze sobą w prawdzie, na szczęście okazuje się, że odzyskujemy zrozumienie, czym są stereotypy do czego służą i z czego się biorą. Odzyskujemy też z przestrzeni tabu wszystkie te rzeczy, które nas niegdyś uruchamiały. Innymi słowy, odzyskanie utraconego w tym procesie poczucia humoru, pojawia się na kolejnym etapie sterapeutyzowania. Czy stworzyłam teorię w oparciu o tylko i wyłącznie własne doświadczenia? Tak, ale czuję, że jest w tym pewien sens.
Myślę też, że warto odróżnić od siebie kilka rzeczy. Po pierwsze różnorodność w obszarze żartu (co bawi jednych, nie będzie bawić drugich i prawdopodobnie na odwrót, trudno jednak kategorycznie stwierdzić, że coś jest żartem dobrym, a coś innego na wskroś złym). A po drugie chamstwo, które bywa „żartem” nazywane, lecz w rzeczywistości chodzi w nim tylko i wyłącznie o czyjąś krzywdę. Żart może w najgorszym razie nas nie rozśmieszyć lub nawet przekroczyć nasze granice (moją granicą są żarty z holocaustu). Możemy się po jakimś żarcie poczuć źle, ale powodem zawsze będzie poruszenie w nas jakiejś czułej struny. Czegoś „niezaopiekowanego”. Chamstwo natomiast zawsze chamstwem pozostanie, a złe samopoczucie odbiorcy jest celem samym w sobie.
Tymon w mojej opinii już dawno temu wybrał bardzo świadomie ważną i potrzebną rolę błazna. A więc dostarcza rozrywkę, pomaga rozładować napięcia, staje się pewnego rodzaju buforem bezpieczeństwa, ale też głosi prawdę, używając żartu jako swojego narzędzia. Nie ukrywam, że kiedy usłyszałam, że ma obawy związane z tym, z czego dziś można, a z czego nie można żartować, krew mnie zalała. Dziś bardziej niż kiedykolwiek Tymańskiego potrzebujemy z jego przenikliwością, trafnością spostrzeżeń, ale też ogromnym ciepłem i życzliwością wobec świata i ludzi. No i przede wszystkim z nieszablonowym, wyjątkowym poczuciem humoru. Proszę, nie twórzmy napięć i nie róbmy problemów tam, gdzie ich nie ma. Spójrzmy w to krzywe zwierciadło z zaufaniem i wiarą, że ten widok nas o coś istotnego wzbogaci.

Dość mroczną i tajemniczą piosenkę „Leki, leki” Tymon Tymański rozpoczyna słowami refrenu:

Ref.:
Leki, leki, leki, leki
Na wszelki smutek ciągle się je
Leki leczą lęki, lęki
By miały skutek wciąż się je, je, je

– początek piosenki „Leki, leki”

Gdybym cofnęła się w czasie i nie brała co rano garści leków pomagających mi żyć w sposób kiedyś dla mnie nieosiągalny, prawdopodobnie rozśmieszyłoby mnie w tej piosence coś innego niż to, co śmieszy mnie w niej dzisiaj. W końcu jako ludzka masa łykamy w sposób niekontrolowany jakieś niebywałe ilości leków i suplementów. Teoretycznie na większość zdrowotnych problemów (realnych lub tych wykreowanych sztucznie) znajdzie się jakiś cudowny lek. Druga strona medalu jest natomiast taka, że nic, co przyjmujemy, nie pozostaje naszemu organizmowi obojętne i bardzo często naprawiając jedno, niszczymy drugie.
Przez całe dzieciństwo i wczesną młodość widziałam, jak mój tata przyjmuje lit. Teoretycznie miał on stabilizować nastrój, co jednak nie uchroniło taty od zapadania co jakiś czas w kilkumiesięczne depresje, a potem w jeszcze chyba gorsze manie. Jak by było, gdyby litu nie stosował, nigdy się nie dowiemy. Może lepiej, może gorzej. Wierzyłam od dziecka, że dużo rzeczy jest kwestią chemii w mózgu. (Stąd koncepcja wolnej woli wydawała mi się co najmniej niefortunna.) Jednak gdzie jest granica? Czy wszystko rzeczywiście leczenia wymaga?
Te pytania zaczęły mi się nasuwać po jakimś czasie słuchania tej płyty na okrągło.

Łykam Asertin i wraca mi głos
wrzucam Ozempic i chudnę o włos
Rispolept rządzi, a Zoloft to sztos
Medikinet ładuję wprost w nos

– śpiewa Tymon,

a mnie za pierwszym razem zrzedła mina. Ta najbardziej w swoim życiu sterapeutyzowana ja usłyszała nazwę leku, dzięki któremu po raz pierwszy zrozumiała jak może być, kiedy się nie ma ADHD (lub może bardziej, kiedy ma się je pod kontrolą) i poczuła się… dosyć nieswojo. Sama przecież tyle razy żartowałam, że jestem tak przykładnym obywatelem, że nawet kiedy biorę amfę, to na receptę, a tu jakiś taki niesmak. Jakaś taka potrzeba (u mnie obsesyjna) wytłumaczenia Tymonowi, żeby z Medikinetu jednak nie żartował, bo ten lek mi pomógł. Miałam w głowie cały wykład, który bym Tymonowi wygłosiła, gdyby mnie akurat dopuścił do głosu. Szach i mat! Wpadłam w pułapkę, w którą wpaść nie powinnam. A jednak. Bo to nie Tymonowi, ale sobie chciałam coś powyjaśniać. Tymczasem prawda jest taka, że każdy z tych leków może realnie uratować życie. I posiadając tę wiedzę, mamy prawo (a nawet obowiązek) wrzucić na luz i się nieco zdystansować.
W trakcie któregoś słuchania doszłam nawet do szokującej refleksji. Otóż od dłuższego czasu nie doświadczyłam pojawiających się kiedyś często stanów lękowych. Poradziłam sobie z nimi terapią, autoterapią oraz farmakologicznie. Kiedy pewnego dnia niespodziewanie powróciły, złapałam się na tym, że moją pierwszą myślą była ta, że muszę skonsultować dawkowanie leków ze swoją lekarką (po tylu latach świetną, co też w tym fachu jest niestety rzadkością). Słuchałam „Leków, leków” i nagle mnie olśniło, że weszłam bezrefleksyjnie w myślenie o lekach, jak by były jedynym rozwiązaniem, zapominając, że te koszmarne stany lękowe były dla mnie kiedyś sygnałem, by się sobą zająć i zwrócić się o pomoc do specjalisty. Dziś mam narzędzia, by z tymi lękami posiedzieć i się im poprzyglądać. Czy to będzie miłe? Nie będzie. Ale leki mają tylko wspomagać własną pracę nad sobą, a nie załatwiać nam konkretne stany. I o tym właśnie pisze Tymon.

Kolejnym wzruszającym mnie na płycie momentem jest ten, w którym w środku „Leków, leków” zaczyna rapować… Kosma Tymański – syn Tymona. Czy to nie jest ujmujące, że na płycie Kur wydanej po tylu latach ze starego składu spotyka się Olaf z Tymonem i dorosłe już dzieci każdego z nich mają na niej swój naprawdę znakomity udział? Że tworzą jakość nowego dziecka swoich ojców? Symboliczne i piękne. Kosma – będący współtwórcą tego utworu – rapuje w kompletnie swoim stylu. Tymon pozostaje w roli mędrca-błazna, a Kosma ma swój inny, ale równie niepowtarzalny styl.

Para-recepty farmasekty
parasajty przyssały dziadkom się do renty
I czek-czek o szóstej rano
kolejka do okienka
po Augumentin
Babcia łyka, łyka, łyka, łyka
aż jej w gardle stanie
Łyka dalej, łyka
– zwraca się jej śniadanie…
Za te lęki – no dzięki, dzięki!
(Wnusiu, zdrowo by było je jeeeeeeeść)
Ej, leki, leki – dla chłopca i dziewki
(Mmmmmm, oni mi je dają, a ja je jeeeeeeem)

– fragment piosenki „Leki, leki” (Kosma Tymański)

A wisienką na tym lekowym torcie jest znakomity teledysk.

„Mam Tourette’a”

fot. Marianna Patkowska

Przekreślili mnie
za niepoprawne treści
wyrokując, że
już nie jestem śmieszny

– początek piosenki „Mam Tourette’a”

Kolejna piosenka Tymona jest doskonałym podsumowaniem kilku wątków, które poruszyłam w interpretacji wcześniejszego utworu. Po pierwsze, bywając u Tymona w czasie, w którym płyta „Uno Lovis Party” powstawała, poznawałam jego rozterki związane z wymyślanym właśnie repertuarem. Pamiętam hasło „żart z Zespołu Tourette’a” i kompletnie nie wiedziałam, czemu miałby być on nie na miejscu, ale też czemu w ogóle miałby być. Każdy z nas wie, na czym ten zespół polega. Przewlekłe zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się mimowolnymi, nagłymi, powtarzalnymi tikami, czasami niekontrolowanym wykrzykiwaniem słów bardzo zawstydzające dla zaburzonych, często trudne w odbiorze np. w przestrzeni publicznej. Pytanie, dlaczego się z tego nie śmiać, ale równocześnie też, po co się z tego śmiać.
Po wysłuchaniu piosenki (oczywiście znakomitej), zachwyciłam się jej koncepcją. Po pierwsze jest to wyznanie błazna właśnie. Błazna, któremu pewien poziom sterapeutyzowania społeczeństwa i równocześnie inny jego niesterapeutyzowania, narzucił na usta kaganiec. Tymon wyśpiewuje zwrotki, używając uroczego francuskiego „r” i popełniając językowy błąd do rymu. No przesłodki jest. Ale co ma do tego Zespół Tourette’a, zapytacie. Otóż wszystko wyjaśnia się w refrenie:

A ja Tourette’a mam i chuj
już taki anty-urok mój
chcę dobrze, lecz wychodzi gnój
Mój mózg przeszywa nagły prąd
ten glicz to neuronowy błąd
koprolaliczny świąd i swąd

– fragment piosenki „Mam Tourette’a”

Zespół Tourette’a jest tu… metaforą organicznej potrzeby… odgrywania roli błazna. Czy tylko mnie przy tym odkryciu wybucha głowa?
Pojawia się tu również niezwykle ważna dziś fraza:

Kultura nie wyklucza!

Bardzo istotna w dobie wszechobecnego, bezmyślnie stosowanego cancel culture. Oczywiście w teorii rozumiem zamysł, żeby zepchnąć z cokołów skurczybyków, a zwolnione w ten sposób miejsce oddać równie utalentowanym ludziom prawym, ale sęk w tym, że ta teoria w praktyce nie ma racji bytu. Już pomijając nasze upodobanie do stawiania wyroków zanim zrobi to sąd i bez względu na to, czy w ogóle to zrobi, trzeba sobie zadać bardzo poważne pytanie o korelację dobroci lub jej braku z artyzmem. Czy w ogóle jakakolwiek istnieje. Dziś wiemy, że Picasso był niebywale przemocowy. Czy warto jego przemocowość głośno potępić? Tak. Jednak od tego, że dziś znamy ten fakt z jego życia, jego sztuka nie stała się nagle mniej wartościowa (mówię o wartości artystycznej, nie zaś tej sztucznie ustalanej w domach aukcyjnych). Jasne, że lepiej brzmi, że nie mam w domu żadnego obrazu Picassa, bo go bojkotuję niż że go nie mam, bo nigdy mnie na to nie będzie stać. Mamy prawo patrzeć dziś na jego sztukę przez pewien filtr. Ale mówienie dziś, że jednak wcale nie był taki wybitny jest dziecinne. Jakoś trudno nam w dzisiejszych czasach połączyć w głowie dwie skrajności, które mogą ze sobą współistnieć. „Kultura nie wyklucza”. I w tym sensie jest niezwykle demokratyczna. Talent nie ma nic wspólnego z moralnością czy wykształceniem. To nasze idealizowanie wartościowych twórców jest pułapką, którą sami na siebie zastawiamy.

I tym miejscu cały na biało wjeżdża współautor piosenki; nasz cudowny anestezjolog (więc jednak leki, leki?) – Przystojny Olaf, który niezwykłej urody głosem Andrzeja Dąbrowskiego koi ten cały tymański niepokój słowami:

A gdy przychodzi noc
snu szalona anestezja
Zaczyna się dziwadeł show
Chorej wyobraźni ekspresja
Oto stoję na scenie w brokatowym odzieniu
mam grać koncert z wokalistką niezwykle piękną
Publika w ekstazie gdy ja na estradzie
Nagle widzę rzecz niepojętą
O nie!

– fragment piosenki „Mam Tourette’a” (Olaf Deriglasoff)

„Maneki neko”

fot. Marianna Patkowska

I kiedy myślimy, że muzycznie smakowiciej już na tej płycie być nie może, system rozwala Olaf piosenką „Maneki neko”. Cudowny pełen niepokoju kontrabas na początku zwiastuje kolejną płytową perłę.
„Gentlemani nie rozmawiają o pieniądzach”? No to – jak mawia moja uczennica – pa tera!

Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, kaskę z daleka
Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, choć parę stów

– początek piosenki „Maneki neko”

No nie oderwiemy się od ziemi za daleko, gdyż Olaf stoi na straży racjonalności.  Z charyzmą, ale też spokojem pisze o swoim szacunku do ascezy i życia bez rozrzutności, równocześnie trzeźwo zauważając, że:

Mówią: pieniądze szczęścia nie dają
(no pewnie, że nie!)
– lecz ich brak również raczej nie

– fragment piosenki „Maneki neko”

Poczucie humoru w piosenkach Olafa jest gdzie indziej niż u Tymona. Podobnie jak w utworze „Babilon upadł”, rozbawia nas do łez  kompletnie pokręcony sposób łączenia tekstu z muzyką. Olaf robi to w tak nieoczywisty sposób, że właśnie ta nieoczywistość zmiata nas z planszy.
No i z tej piosenki również dowiedziałam się, że gdybym kiedykolwiek miała Olafowi czymkolwiek ewentualnie zaimponować, z rzeczy realnych zostaje mi tylko „zdrowa wątroba”. Nikt nie pytał, ale wyzwanie przyjęte!

„Mocz”

Szukacie po omacku, w głębi wierząc, że
wasz los odmieni się któregoś dnia
Kosmiczna miłość wleje się do waszych serc
a boskie światło wzniesie was do gwiazd
Jak ślepe kury przedzieracie się przez las
w niedoli i niewiedzy płyną dni
Czekając na Godota, który w kulki gra
Modlicie się i śnicie dziwne sny

– początek piosenki „Mocz”

pisze i śpiewa Tymon. Kolejna moc(z)na rzecz na płycie o lekkiej i przyjemnej muzycznej powierzchowności. Kolejny ważny, wart odnotowania temat – zagubienie wśród natłoku samozwańczych autorytetów i coraz powszechniejszej dezinformacji jako żyzny grunt dla pseudonauki. „Trudno nie wierzyć w nic” śpiewał Adam Nowak z zespołu Raz Dwa Trzy i – choć teza ta nie jest mi bliska – obserwacja dzisiejszego świata zdaje się potwierdzać, że w przypadku większości może tak być w istocie. Zaczynamy dostrzegać przemocowość religii, odchodzimy od tego, w co wierzyli nasi przodkowie, ale jako że natura nie znosi próżni, z przyjemnością przyjmujemy najbardziej absurdalne, wymykające się logice wymysły. (Od razu zastrzegam też, że nie piszę o duchowości, lecz wierze w cokolwiek, co ukształtowany rozum powinien kwestionować.) Równocześnie lgniemy do tych, którzy ochoczo wchodzą w rolę autorytetu, z tym że zatraciliśmy gdzieś po drodze umiejętność odróżnienia prawdziwych specjalistów w swojej dziedzinie od showmanów stawiających na efektowność. (W kwestii wiary w autorytety, zawsze odsyłam do Schopenhauera.)
Oczywiście moja interpretacja porusza kilka problemów naraz. Może nie zawsze się ze sobą łączą. Może nie zawsze w taki sposób. Inną kwestią jest ta, że zazwyczaj podejmującymi się tzw. samodzielnego myślenia są ci, którym brak odpowiednich do tego kompetencji. Dodatkowo efekt Dunninga-Krugera powoduje, że po sokratejsku mówiąc, nie mają pojęcia, jak wiele nie wiedzą. Kiedy napisał o tym Umberto Eco, został oskarżony o klasizm. Spróbujmy się zastanowić przez kogo.

Zbudźcie się!
Ziemia płaska jest jak blat
Zbudźcie się!
Reptylianie kontrolują świat
Zbudźcie się!
Zdajcie się na tajną moc
Ordo Templi Orientis Santa Klotz…

– fragment piosenki „Mocz”

usłyszymy w refrenie. Ale dlaczego „mocz”? To już wynika z przeuroczej końcowej części piosenki śpiewanej wspólnie przez cały zespół:

Mam ten mocz
mam całe mnóstwo moczu
Masz ten mocz
źródło mocy bije w twoim kroczu…
Mamy mocz, mamy całe mnóstwo moczu
Macie mocz – źródło mocy bije
w waszym kroczu

– końcowa część piosenki „Mocz”

Znowu przypomnijmy sobie o roli błazna. Zwraca uwagę na rzeczy ważne, ale jego rolą jest rozśmieszanie. Kiedy robi się zbyt poważnie czy mocno, on rozładowuje napięcie. Fizjologiczne żarty są zresztą do tego najlepsze. Czy wszyscy rzeczywiście, jak chcą nam wmówić wszelkiej maści coache, mamy moc? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest natomiast, że wszyscy mamy mocz, jak również (moja ulubiona fraza), że źródło mocy bije w naszym kroczu. Choć niestety kiedy ja to mówię, zaczynam się ocierać o wulgarność.

„Dziękuję Wam, Przyjaciele”

fot. Marianna Patkowska

Spokojne morze nie uczyni cię
wprawnym żeglarzem
By zdobyć doświadczenie
musisz przeżyć niejeden sztorm
Ludzie, którzy nauczyli mnie najwięcej
znali tę prostą zasadę
by zdobyć mądrość, musisz stracić coś…

– początek piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

Okłamywanie i zdradzanie własnego przyjaciela? Okradanie go i zniesławianie? Ale tak, to nie do Olafa. Nie do Olafa tak! No chyba, że chcecie zostać czarnymi bohaterami jego kurzej piosenki. Piosenki co prawda świetnej, ale czy na pewno warto?
Prawdą jest, że najlepiej szlifują nas trudne doświadczenia. Dobrze więc mieć wobec nich pokorę, a nawet znaleźć w sobie za nie pewną wdzięczność. To wiele ułatwia. Jednak wdzięczność wobec naszych oprawców za to, że przez nasz autonomiczny wybór reakcji na zło, jakiego od nich doświadczyliśmy, staliśmy się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi, to nawet dla mnie zbyt wysoki poziom abstrakcji.

Pamiętam, jak ktoś kiedyś, chcąc mnie pocieszyć, stwierdził, że powinnam być wdzięczna swojemu byłemu przemocowemu anglojęzycznemu partnerowi, bo związek z nim okazał się przełomowy w mojej nauce angielskiego. Może istotnie powinnam, ale nie jestem. Staromodnie preferuję naukę języka bez duszenia, wyzwisk, uciekania nocą w piżamie z przemocowego domu, nieustającego strachu i konieczności lądowania po niej na pięcioletniej terapii.

Biorąc pod uwagę ironiczny wydźwięk refrenu, Olaf zdaje się wychodzić z podobnego założenia:

Oszuści i złodzieje
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Fałszywi przyjaciele
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Zdrajcy i oszczercy
dziękuję – moja wdzięczność nie ma granic!
Bezcenni nauczyciele
Dziękuję Wam!

– refren piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

I na tej bardzo bliskiej mi ironii chciałabym się na chwilę zatrzymać. Tu zauważam coś ciekawego. Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnianej wcześniej płyty „Paszkwile” Tymona. Choć promująca album nieco mroczna piosenka „Pislam” może zwiastować co innego, jednak wydźwiękiem płyty jest apel, by tych naszych mniej lub bardziej pokracznych politycznych siewców zła… utulić. Utulić, rozpoznając, że istotą ich zła, jest ich własna krzywda. Że pomóc na to może tylko miłość. Nasza miłość. I w żadnym wypadku nie ma w tym ironii, choć może brzmieć to… tak dziwnie, że aż niedorzecznie. I w tym miejscu anegdota. Odwiedziliśmy Tymona albo tuż po nagraniu „Paszkwili”, albo nawet w trakcie ich nagrywania. Rozmawialiśmy o polityce i Tymon, sięgając po mleko, stwierdził:

W każdym trzeba widzieć Buddę. Nawet w jebanym pisowcu… niestety.

Ostatnie „niestety” zostało wypowiedziane z autentycznym zawodem. Tymon wyglądał jak mały skrzat, który chciałby sobie trochę poskrzacić, ale mu zabronili. Kompletnie mnie to uderzyło, bo nigdy wcześniej nie słyszałam równie autentycznego, ludzkiego wyznania, z którym tak łatwo można się utożsamić. Uduchowione osoby wyzbywające się niechęci do innych wydają mi się odczłowieczone czy odwrotnie – nadludzkie; pozbawione zmagania się ze swoją naturą (z moją naturą). W grymasie Tymona natomiast była wypisana cała ta nasza ludzka trudność w znajdywaniu w sobie serdeczności i ciepła wobec tych, którzy popierają zło i pchają nas wszystkich ku destrukcji. Nigdy nie słyszałam czegoś podobnego w swoim w połowie katolickim domu. Już prędzej, że nie wolno używać epitetu „jebany”, czy że każdy ma prawo wierzyć w to, co chce, z tym, że tak się akurat składa, że tylko katolicy mają w tej kwestii rację.

Odniosłam się do „Paszkwili”, dlatego że na „Uno Lovis Party” mamy do czynienia z Tymonem popaszkwilowym nie tylko, jeśli chodzi o stronę muzyczną, ale również tekstową. 

Olaf na płycie „Uno Lovis Party” w piosence „Dziękuję Wam, Przyjaciele”, rozlicza się z siewcami zła z życiu jednostki (swojego podmiotu lirycznego), żegnając ich jednak ozięble. Bez utulania i sentymentów, choć z wyczuwalną satysfakcją, że opisywanej jednostce udało się po tym wszystkim podnieść. Wypłynąć na powierzchnię. To słowa zwycięzcy, który swoją siłę dopiero odkrywa. To słowa zwycięzcy, do którego właśnie doszło, że jest nadal żywy, choć ciągle jeszcze obolały i ranny. Tak przynajmniej czytam użytą tu ironię (nieraz przybierającą postać sarkazmu), zdając sobie równocześnie sprawę z tego, że ironia jest środkiem stylistycznym często przez Olafa używanym. Że stanowi część jego stylu.
Ale piosenka szybko się kompletnie zmienia. Olaf staje się dziennikarzem radiowym, zachęcającym swoich słuchaczy do wzięcia udziału w pewnej akcji. Niebanalna akcja, ciekawi dodzwaniający się do radia słuchacze (zwłaszcza mój ukochany paraolimpijczyk Antek z Sopotu). Nic więcej nie zdradzę.

„Uno Lovis Party”

fot. Marianna Patkowska

Kiedy Kury uchylały rąbka tajemnicy, ilustrując fragmentami swoich piosenek rolki promujące płytę, moją uwagę przykuły pewne tajemnicze, intrygujące dźwięki. Byłam niemal pewna, że to intro albumu. Otóż nie. Okazało się, że to początek jednego z najdziwniejszych utworów na płycie – tytułowego „Uno Lovis Party”. Utworu dwóch twórców – Tymona i Olafa.

Żarty się skończyły
Ejaj kradnie mi prąd
Żarty się skończyły
system czyha na mój błąd
Żarty się skończyły
drony szyją mi dres
roboty grają jazz
szczeka wirtualny pies
Teksty cenzoruje mi
elektroniczny cieć
oplata mnie sieć
czuję się jak bio-śmieć
Oszukam algorytmy
i pójdę na plażę
Będę lizał tam bursztynki
i piachu się nażrę

– początek piosenki „Uno Lovis Party”

– melorecytuje dziwny, hipnotyzujący głos.

Swoją drogą obawa przed sztuczną inteligencją – jak najbardziej zrozumiała i wcale nie bezpodstawna – jest mi obca. Właśnie dlatego, że ludzkie mózgi, a już zwłaszcza ludzko-Kurze, są w wielu aspektach nie do podrobienia. Artyści przez wielkie A, myślący nieszablonowo, zainfekowani patologiczną wrażliwością chyba zawsze będą się wymykać wszelkim algorytmom. Oczywiście to, że AI dopiero raczkuje, nie oznacza, że całkiem niedługo nie stanie się perfekcyjna w obszarach, w których nie powinna być nawet używana. Trzeba patrzeć perspektywicznie i dostrzegać zagrożenia. Z drugiej strony kiedy widzę te filmiki z roznegliżowanymi kobietami-zombie lub zdjęcia z dodatkową trzecią ręką lub stopą zamiast dłoni, myślę, że jeśli chodzi o szeroko pojętą sztukę, możemy na razie spać spokojnie.

Potem zaczyna się pierwsza zwrotka piosenki, zaśpiewana głosem starca. (Udawanie głosów, aaaaa, ratujcie! Czy to Olaf? Olaf z Tymonem? Tymon?)

Byłem podłym drapieżnikiem
łowcą głów, hodowcą krów
lekkomyślnym lajkonikiem
psem na antylopy gnu
Nędzną resztką wyobraźni
wbrew genetycznemu złu
dałem ponieść się fantazji
woke wybudził mnie ze snu

– pierwsza zwrotka piosenki „Uno Lovis Party”

a potem już wszyscy razem zaczynają imprezowy refren:

Byliśmy przemocowi
ach, przepraszamy Was
nie chcemy być marsowi,
permutacji nadszedł czas

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten starczy głos to jakieś takie nawiązanie formą do piosenki Olafa „Emeryten party”, co niesłychanie mnie bawi. Prawdopodobnie zupełnie nieintencjonalne, ale nadal śmieszne.
Obserwowałam na koncertach Kur publiczność. Byłam jej ciekawa. Zauważyłam, że kiedy Tymon  używa na scenie epitetu „przemocowy”, rozbawia tym ludzi do łez. I choć na koncertach oczywiście dużo żartuje, to wydaje mi się, że jednak poczucie, że dawne żarty są dziś nie na miejscu tkwi w nim całkiem na serio. Być może w formie wewnętrznej toczonej z samym sobą dyskusji. To z kolei uruchamia mnie, bo uważam, że podważanie dziś „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” nie ma sensu. Lata 90. pod milionem względów były beznadziejne, ale powstawało wtedy równocześnie bardzo dużo ciekawej i wartościowej sztuki. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” to zapis tamtych czasów tamtym językiem. Wspomniane wcześniej krzywe zwierciadło trzymane przez błazna, a nawet w tym wypadku kilku błaznów. Dzisiejsze „przepraszanie” jest całkowicie nie na miejscu, bo nie jest winą kronikarza, że opisuje zastaną rzeczywistość. A Kury opisały ją w jeden z najlepszych możliwych sposobów. W moim subiektywnym przekonaniu nie tylko jak na tamte czasy, ale w ogóle. Tak po prostu.
Oczywiście, że mogę też nie wyczuwać do końca ironii. Przyjmuję jeszcze trzecie wyjście, że ironia Tymona (czy on w ogóle pisał ten akurat fragment?) może współistnieć z jego realną potrzebą przeprosin.
Przywołanie w zwrotce ruchu „woke” też jest tu istotne. Choć początkowo chodziło w nim tylko o uwrażliwienie społeczeństwa na przejawy dyskryminacji, dziś z tą samą nazwą kojarzona jest tendencja, żeby odpowiedzialność za uczucia odbiorcy komunikatu ponosił jego nadawca. I tu pojawia się podstawowy problem, gdyż odpowiadać możemy tylko za swoje intencje, czyny oraz emocje. Choć komunikat rzeczywiście mówi najwięcej o nadawcy, jednak jego odbiór jest już po stronie nomen omen odbiorcy właśnie. Myślę, że zwalnianie ludzi z przeżywania trudnych emocji, radzenia sobie z nimi, ale też asertywnego komunikowania swoich granic, osłabia ich. Równocześnie zwalnianie nadawców komunikatów z prawdziwej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa poprzez odgórne ustalenie, co powiedzieć można, a czego nie, osłabia zarówno nadawców, jak i sam język.
A wracając jeszcze do samej piosenki, zwróćcie uwagę, jak pięknie brzmi w niej głos Tymona. Przefajny numer.

„Pieśń o pleśni”

Albin mógł być bogiem
choćby wziętym proktologiem
koniec końców został pedagogiem
pół-człowiekiem, pół-hot dogiem

– początek piosenki „Pieśń o pleśni”

Płytę kończy urocza ballada Tymona pod tytułem „Pieśń o pleśni”. Jej zaśpiewany przez Maestro początek rozkłada mnie na łopatki zbitką „wzięty proktolog”, ale też budzi we mnie ciepłe skojarzenia z poezją mojego taty tworzoną na poczekaniu i opartą na starych dobrych częstochowskich rymach.

Kiedyś tata oświadczył nam, że rozważa przerzucenie się na pisanie wierszy białych, na co mama bez krztyny delikatności wyparowała, że „wtedy to już nie będą miały ani sensu, ani rymu”. A tata, choć faktycznie miał nieortodoksyjne podejście do roli sensu w wierszu, mocno się w tamtym momencie zasmucił. Kocham więc wszelką poezję absurdalną i jej wrażliwych twórców!

Druga zwrotka zaśpiewana przez Olafa obfituje za to w niezwykle trzeźwą i trafną obserwację świata i gdyby nie to, że w sekcji sł. figuruje Tymon, mogłabym przysiąc, że napisał ją Olaf.

Bobby zadał bobu
zlikwidować chciał pół globu
A dlatego taki popis dał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał…

– fragment piosenki „Pieśń o pleśni”

Czy to nie opis genezy większości bitew i wojen? Mały siur, po prostu. Niekoniecznie literalnie. To może być też niski wzrost. W każdym razie męski kompleks, na który cudownym lekarstwem okazuje się najczęściej globalne zniszczenie. Historycznie była to na ogół skala makro, ale w codziennym życiu to się dzieje nadal, tylko w skali – nomen omen zresztą – mikro. Nie trzeba najeżdżać sąsiedniego mocarstwa. Wystarczy zrujnować komuś życie, stać się wrzodem na czyjejś historii. Zbyt proste? Wręcz prostackie? Być może. Jako kobieta, blondynka i jedynaczka, która zdecydowaną większość swojego życia słyszała wypowiadane bez krępacji i przy całkowitym społecznym przyzwoleniu przez dorosłych samców żarty na temat korelacji:

  • emocjonalnej niestabilności kobiet z ich okresem,
  • głupoty ze swoim naturalnym kolorem włosów, czy
  • egoizmu i rozpieszczenia z nieposiadaniem rodzeństwa,

śmieję się dziś z tej oczywistej, wypływającej ze wspaniałych Kurzych gardeł tezy dotyczącej stereotypowego męskiego sposobu radzenia sobie z deficytami. Nawet jeśli to czyimś zdaniem słabe, #MnieŚmieszy.
W refrenie robi się jednak bardzo po tymańsku. Nie to, żeby wcześniejszy żart w jego stylu nie był, ale tu wjeżdża cała paszkwilowa filozofia. Jeśli ktoś nadal nie rozumie, czemu odbieram odwiedziny u Tymańskiego jak pouczającą podróż do Mędrca, którą potem za każdym razem muszę sobie ułożyć w głowie, spacerując plażą i patrząc na bezkres morza, niech wczyta się w te słowa i przestanie gwiazdorzyć:

Ciemność jest w nas
tulmy diabła, póki czas
Światło jest w nas
choć leżymy raz po raz
Bóg, bies i ta pieśń
wszystko w naszych głowach trwa
Gdzie byt – tam i pleśń
Miłość, zgniłość, Ty i ja…

– refren piosenki „Pieśń o pleśni”

Piękne zakończenie pięknego krążka.

Po którymś wspólnym wysłuchaniu zapytałam Bartka, czy nie ma wrażenia, że nawet te piosenki, które nie są Tymona, mają w sobie wyraźnie odciśnięte jego piętno. Przecież zarówno najstarszy w Polsce (po Maryli, rzecz jasna) koncertujący muzyk – Przystojny Olaf, jak i w samym kwiecie wieku Szymon Burnos są artystami z ogromnym własnym dorobkiem. Artystami określonymi, wyraźnymi. Jednak… obojętnie jak dużo wolności i przestrzeni nie dałby im na płycie Tymon, to właśnie on sam w jakiś przedziwny sposób jest tych wszystkich wspaniałych piosenek wspólnym mianownikiem.

– Wiesz, Tymon, spotykając się z ludźmi, zwłaszcza w przestrzeni artystycznej – stwierdził poważnie Bartek, – zostawia w nich taki wyryty napis „tu byłem”.
– To piękne – odparłam.
– Oplata cię jak bluszcz i rozrasta się w środku jak grzyb… – kontynuuje Bartek.
– Hmmm…
– Jak taka pleśń stopniowo pokrywająca każdy najmniejszy zakamarek… – rozpędza się.
– Dżizas, dobra, zrozumiałam za pierwszą metaforą!

Matko! Dziś myślę, że to ciekawy dobór słów; Bartek co prawda poznał płytę bardzo dokładnie, ale nie pamięta wszystkich tytułów piosenek.

– A to pożegnalne szeptanie na samym końcu? – dopytuję Bartka. – Czy to… Szymon?
Zaskoczyłam sama siebie tę znikąd niewynikającą konkluzją, no ale… szeptanie to też rodzaj zmienionego głosu.
– No co Ty? To Tymon przecież!
– A skąd jesteś tego taki pewien? – brnę bezsensownie w tezę o głosie Burnosa.
– Wiesz, ile razy Tymon szeptał mi do ucha? – wyznał, z pewnym niezrozumiałym dla mnie niesmakiem Bartek.

I tym sposobem niestety wygrał, bo mnie do ucha Tymon nie szepnął ani razu. Ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś się w tej kwestii zmieni.

Dotarłam już do końca swojej długiej i zawiłej opowieści o tej doskonałej płycie. Od napisania pierwszego zdania do postawienia ostatniej kropki minęło dokładnie pół roku. Nie ukrywam, że… trochę się do tego rozgrzebanego, pełnego wątpliwości i własnego autosabotażu tekstu przyzwyczaiłam i jest mi się z nim trudniej rozstać niż początkowo myślałam, że będzie. Jednak równocześnie zupełnie nieoczekiwanie przytrafiła się do opublikowania tego wpisu doskonała okazja, a nawet dwie.

No bo kto dziś w tym nieudanym (jak słusznie opisuje go Tymon) kraju świętuje swój dzień?
Otóż MĘŻCZYŹNI!

A kto właśnie dziś też… POSTARZAŁ SIĘ O ROK?
Nie może być inaczej – Olaf!

Przypadek? Tak sądzę. Jednak ciekawy, nieprawdaż?

nNajlepszości, Męskie Kury!

nNajlepszości, Przystojny Olafie!

Wasza płyta z każdym przesłuchaniem daje mi coś nowego, a z rzeczy starych i niezmienNychdaje nieustająco nieprawdopodobną radość! Dziękuję Wam!

P.S. A na deser moja rzeczona próba zmierzenia się z odtworzeniem harmonii z filmiku, na którym po raz pierwszy usłyszałam refren „Teflonowego mózgu”, ale najpierw kurzy oryginał.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jak jest?

fot. Bożena Szuj

Od najmłodszych lat powraca do mnie wciąż to samo natrętne pytanie:

Jak jest?

Pytanie skażone pychą. Od początku nie umiem pogodzić się z tym, że nigdy nie poznam na nie odpowiedzi. Wszystko się bezustanNie zmienia. Żyjemy na planecie, która jest w ciągłym ruchu. Co prawda kręci się wokół własnej tylko osi, ale jednak. To nie może pozostawać bez znaczenia. W każdej sekundzie czas teraźniejszy staje się przeszłym. Otaczający nas ludzie się zmieniają; i w nich samych dokonują się zmiany, i zamieniają się miejscami z tymi, z którymi w danym momencie bardziej nam po drodze. My sami weryfikujemy swoje przekonania pod wpływem nowych doświadczeń. W pewnym momencie otrzepujemy się z tych, w które nas ubrano w rodzinnym domu, a potem zakładamy takie, w których nam rzeczywiście wygodnie. Czasami tego nie potrafimy, więc męczymy się w przyciasnych wdziankach, męcząc – przez dotkliwy dyskomfort własny – przy okazji też innych naokoło. Najczęściej wtedy znowu pozwalamy się ubierać innym: grupie rówieśniczej, wszelkiego typu przywódcom, przyjaciołom lub partnerom. Czasem idziemy na terapię, żeby odkryć, że część naszego światopoglądu da się farmakologicznie i terapeutycznie uleczyć. Najczęściej nabieramy wtedy pokory, łagodności i wyrozumiałości, co jest przejawem psychicznego zdrowienia. Kiedy indziej zakładamy zbroję ograniczającą nam widzenie prawd innych od naszej. Czujemy się wtedy z tym monopolem na Prawdę zdrowi, a w rzeczywistości zasilamy tylko potężne szeregi osób niezdiagnozowanych.
Dziś rozumiem, że moja obsesyjna potrzeba zrozumienia jak jest wynika ze specyficznych potrzeb mojego ADHD-owego mózgu. Chcę się odnaleźć w chaosie, którego nie rozumiem, wiedząc równocześnie, że zbyt długo nie wytrzymam braku chaosu. Dostałam w ostatnim czasie kilka potężnych ciosów od życia. Nie ukrywam, że wynik wyborów prezydenckim był dla mnie kolejnym. Piszę dziś bardziej niż kiedykolwiek zawiedziona i skołowana nowym porządkiem, którego coraz bardziej chyba, mimo wszystko, nie rozumiem, choć od początku byłam jego najgorętszym orędownikiem.

fot. Bożena Szuj

Córka przyszłości

fot. Bożena Szuj

Choć jako zakochana w Jeremim Przyborze nastolatka znałam na pamięć wszystkie piosenki z „Kabaretu Starszych Panów”; choć regularnie przygotowywałam proszone kolacje, prezentując swoje kulinarne umiejętności. Choć potem – w sukniach do łydki i zgrabnych klasycznych szpilkach – zabawiałam gości swoim krótkim koncertem, podczas którego śpiewałam, akompaniując sobie na fortepianie, własne piosenki, nigdy nie rozumiałam stwierdzenia na swój temat, które często w takich momentach słyszałam, mianowicie, że „urodziłam się w niewłaściwych czasach – zbyt późno”. Znaczy diagnoza w jakimś sensie była słuszna, bo rzeczywiście urodziłam się w niewłaściwych czasach, ale właśnie zbyt wcześnie. Wiedziałam, że gdzieś w środku jestem córką przyszłości. Poza tym byłam przede wszystkim córką Patkowskiego, a on również całym sobą reprezentował nie tylko to, co współczesne, ale też przyszłe. Historia jest znakomita, by z niej czerpać oraz wyciągać wnioski, ale na pewno szkodliwa, jeśli próbujemy się w niej zadomowić. Możemy zachwycać się modą minionych epok i nadal się nią bawić. Możemy słuchać dawnych piosenek, czytać powstałe kiedyś teksty, ale mamy niebywałe szczęście, że nie musimy już tego robić w oparach papierosowego dymu i absurdalnych przekonań na temat dzieci, zwierząt oraz roli kobiet (o osobach nieheteronormatywnych nawet nie wspominając).
Urodziłam się w połowie lat osiemdziesiątych. Żyłam w otwartym dla artystów domu, ale równocześnie też narzuconym z jednej strony katolickim reżimie, który nas, jako społeczeństwo, straszliwie pokiereszował. Choć, jak każde skutecznie zindoktrynowane dziecko, wierzyłam żarliwie, nie potrafiłam pojąć, czemu innym katolikom tak zależy na tym, żeby Muzułmanin, Żyd, Buddysta czy jakikolwiek wyznawca innej niż nasza religii, nie mógł mieć po śmierci po prostu tego, w co wierzy. Z pewną taką wyższością stwierdzano, że każdy ma prawo wierzyć w co chce, ale po śmierci okaże się, że „to my mamy rację”. Przecież tak naprawdę nikt z nas tego nie wie. Smuciło mnie to. Chciałam, by po mojej śmierci spotkało mnie to, w co wierzę równie mocno, jak tego, by inni religijni wyznawcy mogli doświadczyć po własnej śmierci tego samego. Nie rozumiałam zaciętości w narzucaniu naszej idei innym.
Byłam dzieckiem pragnącym przyszłości. Czułam się bardzo odosobniona w poglądach, które nie wydawały mi się przełomowe, a raczej oczywiste i logiczne. Pewnie, gdyby tata był bardziej obecny w moim życiu (dużo pracował i podróżował, do tego chorował na CHAD, który potrafił go na długi czas całkowicie wyłączyć z życia domu), czułabym wsparcie. Często powtarzam tu na blogu, że nie znoszę lat 90., na które przypadło moje dzieciństwo i wczesna młodość. Wyparłam z pamięci prawie wszystko, co się wtedy wydarzyło.
Dziś, w trzeciej dekadzie XXI wieku, w czterdziestej wiośnie swojego życia, funkcjonuję w całkowicie odmiennej rzeczywistości. Dzieci i zwierzęta odzyskały swoje prawa (czy też raczej są w trakcie ich odzyskiwania). Kobiety są słyszalne, osoby nieheteronormatywne tworzą dużą i silną społeczność. Zaczynamy nazywać przemoc po imieniu, dystansujemy się od wszelkich prawd objawionych, masowo odchodzimy od kościoła. Dzieją się naprawdę dobre rzeczy. Wszystko to progres, który mamy okazję obserwować na własne oczy – wydarza się znacznie szybciej niż kiedykolwiek w historii. Zwolennicy starego porządku załamują ręce, a ja czuję, że wreszcie, po latach cierpień nastały w końcu czasy, o których marzyłam. Niestety równocześnie okazuje się, że nie zmierzamy wcale w dobrą stronę, bo niepogodzona z rozwojem część populacji zapiera się rękami i nogami, wierząc, że można wrócić do tego, co było. Problem w tym, że nie można, a odbudowywanie starego porządku w nowych realiach to przepis na katastrofę. Widoczna radykalizacja tak wielu krajów, której punktem kulminacyjnym będzie prawdopodobnie kolejna wojna światowa, jest na to najlepszym dowodem. Reasumując i parafrazując Piłsudskiego równocześnie, czasy wspaniałe, tylko ludzie…

fot. Bożena Szuj

Rozwój (pseudo)nauki

fot. Bożena Szuj

Pamiętam, że od wczesnych lat dziecięcych było dla mnie jasne, że biblijne opisy stworzenia świata są metaforą, której nie da się traktować literalnie. Stąd mój szok, kiedy dowiedziałam się o ludziach, którzy zarówno Teorię Wielkiego Wybuchu, jak i darwinizm kwestionują, bo im one… kolidują z wiarą. Od zawsze wiedziałam też, że istnieją kobiety, mężczyźni oraz osoby transpłciowe, czyli takie, które zostały uwięzione w ciele człowieka płci przeciwnej. Współczułam im. Mogłam się tylko domyślać, że to bardzo trudne położenie. Hermafrodytyzm był dla mnie pojęciem zrozumiałym tylko ogólnie, za to przedziwny miks kiepskiego poziomu biologii w mojej muzycznej podstawówce i narzuconej religijności, pozwalał mi wierzyć w dzieworództwo Matki Boskiej. Innymi słowy, Maryja Zawsze Dziewica jako matka niebędąca mszycą ani rozwielitką, wydawała mi się całkiem prawdopodobna. I tak jak wyrosłam z wiary w Aniołka (który przynosił u nas na Gwiazdkę prezenty), tak z wstydliwą wiarą w dzieworództwo u ssaków przetrwałam do zaawansowanej dorosłości. I nie śmiejcie się ze mnie zbyt głośno, bo jeśli głębiej pogrzebać, każdy z nas choć jednego istotnego faktu nie zna dużo dłużej, niż powinien.
Można – co naganne i wielce kompromitujące – tkwić we własnej niewiedzy, jednak przeraziło mnie globalne zjawisko cofania się z punktu, w którym osiągnęliśmy już jakąś wiedzę przekazywaną w każdej, nawet najgorszej/muzycznej szkole. I tak oto w XXI wieku spotykamy się z wysypem płaskoziemców i antyszczepionkowców, który nie wiem nawet, jak skomentować. U podłoża leży zawsze ignorancja wobec zdobyczy nauki, wobec wcześniejszego rozwoju. Równolegle dzieje się też coś przedziwnego z dosyć – jak do niedawna myślałam – powszechną wiedzą na temat płci. Kiedy internet zaczęły obiegać przeróżne histeryczne narracje o transpłciowości, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zdobyliśmy już wiedzy na ten temat jakieś co najmniej trzydzieści parę lat temu, bo mniej więcej wtedy właśnie dowiadywałam się o tym, jako o czymś, co się zdarza, choć rzadko. Dziś sama znam takie osoby i zaczynam rozumieć, że zjawisko to wcale aż tak rzadkie nie jest, jednak coraz mocniejsza społeczna transfobia i brak dopasowania procedur do rzeczywistości bardzo niestety utrudnia życie transseksualnym Polakom. (W tym miejscu gorąco polecam przejmującą i otwierającą oczy książkę Piotra Jaconia „Wiktoria. Transpłciowość to nie wszystko”.) Ponieważ zaczyna się też mówić o niebinarności, nagle doszliśmy do punktu, w którym zasadne wydaje się wielu osobom postawienie pytania:

Ile jest płci?

Oto ewolucyjnie doszliśmy do miejsca, w którym jedna grupa uważa, że:

  • są dwie płcie (albo też „pucie”, jak mawia najsłynniejszy polski alfons): męska i żeńska, a wszystko co to ani męskie, ani żeńskie, a bardziej nie wiadomo jakie, to „wynaturzenie i zbrodnia przeciw [tu ich ulubiony argument] – BIOLOGII”.

Druga zaś ma po swojej stronie naukę, ale kompletnie nie potrafi jasno i spójnie wytłumaczyć swojego stanowiska, szastając najgorszym chyba w takiej dyskusji argumentem – płachtą na byka dla tej pierwszej grupy, mianowicie, że:

  • jestem tym, jako co się identyfikuję

Kompletnie nie rozumiem, skąd wzięło się pytanie o liczbę płci, bo przecież fakt bycia transseksualną kobietą czy transseksualnym mężczyzną nie wpływa na liczbę dwa. Jeśli ktoś jest niebinarny, a co za tym idzie, nie czuje się ani kobietą, ani mężczyzną, albo czuje w sobie pewną płynność między jedną a drugą płcią, również nie rozmnaża to w jakiś magiczny sposób liczby płci. Dziś wiemy, że płeć to spektrum. Po jednej stronie jest jedna płeć, po drugiej druga, gdzieś pośrodku mamy niebinarność. Stąd niektórzy mężczyźni są w jakimś sensie bardziej męscy od innych, a niektóre kobiety mniej czy też bardziej kobiece od innych. A wszystko to jest mocno niejednoznaczne, bo płeć to również konstrukt kulturowy i bardzo trudno zdefiniować kobiecość i męskość przez pryzmat samej tylko biologii. Plus, czy uznamy transpłciowe kobiety i transpłciowych mężczyzn za przedstawicieli płci żeńskiej i męskiej, czy też będziemy woleli definiować ich przez ich transpłciowość, to nadal niewiele to zmienia w kwestii liczby płci. Nie umiem pojąć, jakim cudem przejście z przekonania, że jest tylko białe i czarne do wiedzy, że jest z jednej strony białe, z drugiej czarne, a pośrodku istnieją jeszcze różne natężenia tych kolorów, okazało się kontrowersyjne i tak trudne do przyjęcia dla tylu osób.

Kwestię płci biologicznej i psychicznej znakomicie wyjaśnia na swoim kanale Człowiek Absurdalny. Polecam.

U podstaw transfobii, homofobii, kompletnego niezrozumienia ciałopozytywności czy feminizmu stoi gigantyczny lęk przed odwróceniem znanego nam porządku. Nieważne, jak zły by nie był, znamy go, oswoiliśmy się z nim. Jesteśmy społeczeństwem DDA. Wolimy patologiczny, ale przez swoją paradoksalną przewidywalność bezpieczny dom niż zdrowy, ale kompletnie nam nieznany. Boimy się. Stąd tak ważna jest edukacja, bo puszczone samopas wyobrażenia na temat LGBTQ+, feministycznych postulatów czy też uchodźców mogą być naprawdę przerażające, ogromnie krzywdzące i tragiczne w skutkach. Ale o ile – choć sama potrzebuję rozwoju i zmian – jestem w stanie podłoże takiego lęku zrozumieć, o tyle nie mam pojęcia, w czym zawiniła ludziom obecna wiedza o szczepionkach i ich modyfikacjach czy kulistość Ziemi.

fot. Bożena Szuj

Głupi ten, co głupio robi?

fot. Bożena Szuj

Po wyborach prezydenckich poczułam ogromny żal i bunt, bo miałam wrażenie, że dostaję ciosy z każdej strony. Z jednej – dlatego, że uświadomiłam sobie, że żyję w kraju, w którym połowa obywateli lubi być na państwowych wiecach obszczekiwana przez prymitywne naziolstwo. Z kolei z drugiej – dlatego, że odmówiono mi prawa do przeżycia wkurwu na swoich własnych zasadach. Nagle podzieliliśmy się na dwa obozy:

  • zadowolonych z wyniku wyborów
  • niezadowolonych, bo widzących nieco trzeźwiej tego wyniku konsekwencje,

a ja obrywałam równocześnie od członków każdego z nich. Nagle oddano jakąś gigantyczną sprawczość politykom, twierdząc, że „dajemy się im podzielić”, zamiast przyjąć na klatę, że są między nami tak gigantyczne różnice, że być może nigdy nie uda się nam ich pogodzić. Tego nie wyczarował w politycznym kotle Tusk z Kaczyńskim – sytuacja polityczna pozwoliła nam zobaczyć, na czym stoimy. A to jest absolutnie przerażające. Bolały mnie pacyfistyczne nawoływania, żeby „nie gardzić połową obywateli własnego kraju” i wynurzenia, że „wszystkiemu winni są ci, którzy przez lata nie zauważali potrzeb ludzi niewyedukowanych”. Nagle szambo wybiło, skala hejtu w internecie przerosła najśmielsze oczekiwania. Jedni wyzywali drugich od „ciemnoty”, drudzy pierwszych od „elyt”. Zupełnie, jak by wszyscy nagle zapomnieli, w jaki sposób tworzy się każdy system totalitarny i jaką rolę pełnią w nim ludzie wykształceni, a jaką niewykształceni. Ta obserwacja nie ma nic wspólnego z tezą, kto jest lepszy czy bardziej wartościowy. O najgorszym sposobie myślenia, czyli symetryzmie, nawet nie wspomnę, bo już mnie nosi.
Kiedy w momencie krytycznym poczułam chęć niesprawiedliwego (oczywiście!) generalizowania i wyrażenia frustracji oraz pogardy dla takiego wyboru… nagle przybyli jacyś samozwańczy mistrzowie Zen, zabraniający mówienia tego, co czuję i myślę. Całe życie starałam się formułować swoje myśli w sposób, który możliwie jak najmniej zrani odbiorców moich komunikatów. Nie zawsze się udawało, ale naprawdę umiem w delikatność. Próbowałam używać argumentów merytorycznych, historycznych. Z takim nastawieniem napisałam „List do Artystów – sympatyków partii obecnie rządzącej”. Po odpowiedzi, którą dostałam prywatnie od znajomej kompozytorki, zrozumiałam niezwykle dosadnie przekaz świetnego tekstu Jerzego Sosnowskiego „Nie z każdym…” . Jeśli zapraszasz kogoś do dialogu, a w odpowiedzi dostajesz upławy z oczadziałego mózgu (łącznie z sugestią, że trudnisz się prostytucją, gdyż komuś się to logicznie spina z przynależnością do Strajku Kobiet), to naprawdę szkoda tracić energię na rozmowę, która nie będzie produktywna, a nas samych pociągnie na dno. Po wyborach poczułam, jak wielkim błędem była ta „delikatność”, ta „troska o uczucia myślących inaczej niż ja”. Trzeba było mówić dosadniej i częściej, że ludzie pierdolą jak potłuczeni i że jest to niebezpieczne dla nas wszystkich. Bo te słowa nie dość, że ciałem się stały, to jeszcze w dodatku ciałem w żonobijce.
W przeciwieństwie jednak do mamy Forresta Gumpa, nie uważam, że:

głupi ten, co głupio robi.

Oddzielam wybory od dokonujących ich ludzi. Mogę, jak mam czas i potrzebę, zrozumieć, skąd biorą się złe (również moje). W przypadku tych prezydenckich, biorą się ze ślepego przywiązania do tradycji, z lęku, o którym pisałam wyżej, niewystarczającej wiedzy, braku umiejętności myślenia szerzej i bardziej perspektywicznie. Jednak nie oznacza to automatycznie, że ludzie, którzy dokonują wyborów złych, głupich i niebezpiecznych, sami są źli, głupi i niebezpieczni. I kiedy próbowałam o tym pisać w mediach społecznościowych, że jednak statystycznie takiego prezydenta wybrali nam w większości niewykształceni, zmanipulowani pisowskimi mediami mieszkańcy wsi, spotykałam się z argumentem, że obrażam polską wieś. Cóż jest obraźliwego w powoływaniu się na statystyki? Brak edukacji skutkuje mniejszą wiedzą. To fakt. Są oczywiście wyjątki, ale też ci, którzy nie mając matury lub/i studiów wyższych wyedukowali się sami, sporo czytając, nie należą do niewyedukowanej grupy, o której mówię. Kiedyś byłam w swoim środowisku najsłabiej wykształcona, bo większość moich znajomych miała doktoraty. Dziś w niektórych środowiskach mam wrażenie, że lepiej przemilczeć swojego magistra nie dlatego, że obciachem jest zakończyć na nim edukację, ale żeby przypadkiem nie zostać odebraną jak ta, co zadziera nosa. Plebejskość zaczęła bardzo odczuwalnie wypierać elitarność.
Przykro byłoby po tylu latach patrzenia w przyszłość dojść do konkluzji wszystkich starców, mianowicie, że za moich czasów było lepiej, ale z całą pewnością wyczuwalna kiedyś niepewność osób niewykształconych, ich ogromna ambicja by równać wyżej i duża pokora dawała więcej benefitów całemu społeczeństwu niż powszechna dziś prostacka i bezczelna ignorancja, w starciu z którą każdy głos rozsądku będzie brzmiał jak niezrozumiały bełkot wykształciuchów.

fot. Bożena Szuj

Hejt, prawda czy może troska?

fot. Bożena Szuj

W moim dzieciństwie społeczeństwo zakochało się w wybitnym polskim aktorze Karolu Wojtyle, który – o ironio! – powtarzał swojej widowni jak mantrę, że prawda ich wyzwoli. Moich bliskich wyzwalała najbardziej, kiedy spieszyli mi donieść, że jestem gruba, mam krzywe nogipowinnam zostać piosenkarką, bo głupia już jestem czy że jestem ich życiową porażką. Mnie co prawda nie wyzwoliła, ale za to wyzerowała mi poczucie wartości. Stałam się łatwiej sterowalna. Do czasu.
Dzisiaj, o czym pisałam wyżej, mamy w internecie do czynienia z hejtem na niebywałą skalę i niemal za każdym razem, kiedy pojawia się gdzieś dyskusja o języku bez przemocy, o tym, że po drugiej stronie są żywi ludzie, że hejtem można zniszczyć człowieka, znajdziemy komentarze o rzekomym „zamachu na wolność słowa”. Co tu się tak naprawdę wydarza? Znów pojawia się strach o zburzenie dawnego, znanego już porządku. Hejt przecież istniał na długo przed internetem i przybierał przeróżne postacie. Najczęściej chamskie, przekraczające granice komentarze owinięte były w bawełnianą powłokę:

  • prawdy mówionej między oczy, bezkompromisowej szczerości – czyli w sumie czegoś pozytywnego
  • szczerej i głębokiej troski, że „jeśli ja ci tego nie powiem, nikt ci tego nie powie, a to przecież dla twojego dobra” – czegoś jeszcze bardziej pozytywnego

Dzisiejsza wrażliwość na te kwestie granicząca czasem wręcz z przewrażliwieniem, jest czymś w gruncie rzeczy pozytywnym. Oczywiście drugą stroną medalu jest wkładanie każdej nieprzychylnej opinii do jednego wora z hejterskimi komentarzami. Bo czym innym jest nagonka na celebrytkę, która majstrowała przy swojej twarzy (czego byśmy na ten temat nie myśleli, to jej wybór, jej twarz i jej emocje, kiedy będzie nasze wynurzenia czytać), a czym innym poczynienie ogólnych na ten temat obserwacji. Uważam, że inwazyjne i coraz częściej spotykane zabiegi estetyczne oraz operacje plastyczne w momencie, kiedy twarz nie uległa wcześniej wypadkowi lub coś się w niej, np. pod wpływem jakichkolwiek problemów ze zdrowiem, nie zmieniło są tematem, który warto na spokojnie podjąć. Bez histerycznego rzucania, że „kobieta ma prawo”, bo każdy ma oczywiście prawo. To ciekawe socjologiczne zjawisko i prawdopodobnie coś więcej, niż chwilowa moda. Czy za uporczywym upodabnianiem się do siebie nawzajem nie stoi niepewność siebie? Brak pełnej samoakceptacji? Nie powiem, że mnie to przeraża; raczej dziwi. Stwierdzam, że warto się temu przyjrzeć z perspektywy innej niż estetyczna. Natomiast poniżanie człowieka za to, że zrobił coś, co być może jest jedynym mu znanym sposobem na to, by poczuć się pewniej, jest słabe i absolutnie nic nie zmienia. Pogłębia natomiast podziały.
Kolejnym wzbudzającym w internecie emocje tematem jest ciałopozytywność, nazywana przez swoich przeciwników „promocją otyłości”. Dosyć zaskakujące jest to, że realna promocja otyłości, jaką są istniejące od kiedy pamiętam (telewizyjne, prasowe, w końcu internetowe) reklamy słodyczy, chipsów, wszelkiego typu niezdrowych przekąsek, fast foodów, napojów gazowanych, czy alkoholi nigdy nie wzbudzały kontrowersji. Ale wystarczyło, żeby dziewczyny z nadwagą, o sylwetkach odbiegających od tych uznanych za atrakcyjne zajęły się nakręcaniem filmików w fajnych ciuszkach i jeszcze fajniejszej pewności siebie, żeby pół internetu zaczęło niezwykle agresywnie martwić się o ich zdrowie. Batalie związane ze zrzucaniem kilogramów potrafią trwać latami. Bywają też niestety nierówną walką. Dlaczego przez ten czas nie poczuć się sexy? Nie zainspirować innych kobiet o podobnej figurze i kompleksach, by pokochały swoje odbicie w lustrze i zaczęły bawić się modą? O ile promowanie mocno wychudzonych figur w latach dziewięćdziesiątych rzeczywiście skutkowało obsesyjnym odchudzeniem się wielu dziewczyn, które często prowadziło do poważnych zaburzeń odżywania, o tyle trudno mi sobie wyobrazić, że szczupła kobieta mogłaby pod wpływem filmików z pewnymi siebie, dobrze ubranymi większymi modelkami zapragnąć przytyć; żeby nagle zamarzyła jej się nadwaga czy otyłość. To nie do końca tak działa. Nikt (chyba) nie kwestionuje tego, że nadwaga, a tym bardziej otyłość jest super zdrowa i nie należy jej leczyć, jednak co jest złego w chorych ludziach w przestrzeni publicznej? Przez lata godziliśmy się na sztuczne i kuriozalne opinie, co wypada, a czego nie wypada nosić, mając rozmiar XL, XXL czy XXXXL. Legginsy opinające się na fałdach tłuszczu paliły nam oczy. (Kto by pomyślał, że to disco-polowo-grillowokiełbasiane społeczeństwo cechuje tak wrażliwa dusza estetów, a jednak…) Może już dosyć? Choć to chyba ciągle jedynie marzenie. Niesterapeutyzowany mózg (tak walczący z wszelką innością i odmiennością) ma tę przewagę nad cellulitem, że go na ulicy nie widać. Przy dobrych wiatrach można go całkiem długo skrzętnie skrywać. Tyle, że to nie otyłości zawdzięczamy nasz* narodowy rozkwitający romans z faszyzmem, a brakowi terapii właśnie.

*Problem dotyka – wydaje mi się – całego świata, ale żyję w Polsce, więc poświęcam swój wpis przede wszystkim polskim realiom.

fot. Bożena Szuj

Czy wszystko jest subiektywne?

fot. Bożena Szuj

To chyba najtrudniejsze z pytań, których miliony przetaczają się codziennie przez moją głowę. Nie ufam ludziom, którzy wyznają jedną taką samą dla wszystkich prawdę. Jaskinia Platona jest jedną z moich najulubieńszych koncepcji filozoficznych, bo okazuje się niewiarygodnie ponadczasowa. Jeśli rzeczywiście widzimy tylko odbicia idei, jakim cudem mielibyśmy widzieć zupełnie to samo? Myślę, że stykamy się jedynie z wycinkami jakiegoś obrazu i im mamy lepiej wytrenowany mózg (m.in. wykształceniem, czy też własną pracą nad poszerzaniem horyzontów), tym możemy zobaczyć więcej. Im więcej widzimy, tym szerszą mamy perspektywę, a to pomaga wyłapać pewne zależności, jakąś powtarzalność. Jednak nadal… są to tylko mniejsze lub większe, ale ciągle wycinki. Do tego dochodzą kwestie, które ze swojej natury są i będą subiektywne. Nie możemy obiektywnie stwierdzić, czy ktoś wygląda czy nie wygląda ładnie. Nie możemy też obiektywnie stwierdzić, że jakaś piosenka jest ładna albo brzydka. Możemy wyrazić tylko i wyłącznie naszą własną opinię, choć będzie ona nasza również tylko w części, bo składają się na nią także przekazy medialne, które latami formowały nasze gusty. (Stąd, w przypadku wyglądu, tak ważny jest ruch ciałopozytywności – dzięki niemu każda sylwetka ma szansę mieć swojego reprezentanta w szeroko pojętym medialnym świecie.) Z drugiej strony (w przypadku piosenki) jest też coś takiego jak znawstwo w danej dziedzinie sztuki. Muzykolodzy są jacy są, podobnie z historykami sztuki czy literaturoznawcami, ale jednak wszyscy oni mają fachową wiedzę pozwalającą odróżnić sztukę od bubla. Oczywiście, że i oni się mylą, i oni potrafią mylić swoje subiektywne sympatie i antypatie z wiedzą o warsztacie, jednak to, że coś jest po prostu złe (jak np. disco polo – zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej), nie oznacza, że ktoś komuś zakazuje lubienia takiego czy innego nurtu bądź dzieła. Po jednej stronie są fakty, a po drugiej indywidualne preferencje.
Ale jest też inna strona medalu, o której sama często zapominam, powtarzając radośnie i bezmyślnie, że „każdy jest wolny i może robić co chce”. Tak, to prawda, jednak wolność oznacza równocześnie konieczność wzięcia odpowiedzialności za swoje wybory.
Każdy ma prawo do pasji, którą możemy podzielać i której możemy nie podzielać czy nie rozumieć. Jednak czym innym jest umiłowanie do gry w szachy, tworzenia origami czy do zbierania grzybów (co kto lubi, Cage na przykład uwielbiał!), a czym innym hobby polegające na… mordowaniu bezbronnych zwierząt. Nie umiem pojąć, jakim cudem w XXI wieku wszelkiego typu polowania nie są jeszcze zdelegalizowane. Nie umiem zrozumieć, jak można brać na taką chorą rzeź małe dzieci, nieodwracalnie niszcząc ich psychikę.
Ale śmierć to w ogóle jeszcze odrębny i wielki temat. Każdy chciałby myśleć, że jest przeciw zabijaniu, ale zawsze jakieś zabijanie będzie dla nas łatwiejsze do przełknięcia niż inne. Najbardziej zacięci przeciwnicy aborcji są na ogół równocześnie zwolennikami kary śmierci (o polowaniach, czy jedzeniu mięsa nie wspominając). Ci, dla których aborcja powinna być wyborem kobiety, często opowiadają się też za legalizacją eutanazji. Można oczywiście dyskutować dlaczego ci pierwsi nazywają stanowisko tych drugich „cywilizacją śmierci”, skoro zarówno w aborcji (np. płodu, który nie urodzi się żywy), jak i eutanazji chodzi bardziej o godną i sprawiającą mniej cierpienia śmierć, ale to już zostawmy. Każdy z nas jakieś pozbawienie życia (człowieka, zwierzęcia lub płodu) uważa za lepsze, a inne za gorsze. Nie mówiąc już o wojnach, gdzie nagle całą naszą moralność diabli biorą i wychodzą z nas najdziksze i najgorsze instynkty. Więc, podsumowując, obiektywnie pozbawianie życia innych istot jest złe. Subiektywnie jednak, rozważamy każdy rodzaj sytuacji indywidualnie. Z mojego doświadczenia wynika, że najgorsi są ludzie, którzy mówią o sobie samych, że „nie zabiliby muchy”. Na takich lepiej uważać – szokująco mało jeszcze o sobie wiedzą.
Pytanie, czy wszystko jest subiektywne, zadawałam sobie kompulsywnie tuż po wyborach prezydenckich. Złe sympatie polityczne (tak, faszyzm i totalitaryzm są złe) mogą być przecież motywowane tyloma różnymi czynnikami; niekoniecznie złymi. Mój tata – najbardziej otwarty i kochający ludzi człowiek, jakiego znałam – miał doskonałą świadomość, że istnieją „ludzie, którym nie podaje się ręki” na ogół właśnie za całkowicie naganne poglądy. Pewnym paradoksem jest to, że lepszość naszych czasów polega również na tym, że zaczynamy to piętnować. Odchodzimy od społecznego ostracyzmu (który uważam za wspaniałe narzędzie do uświadamiania ludziom, że zboczyli z właściwych torów)  właśnie dlatego, żeby nie iść drogą dehumanizowania kogoś o „innych poglądach”. Z założenia robimy dobrze, tylko zapominamy o pewnym niuansie – wspieranie (choćby głosem w wyborach) ludzi nawołujących wprost do antysemityzmu, homofobii, rasizmu, ksenofobii, nacjonalizmu, faszyzmu nie jest tylko „innym poglądem” niż nasz. I wszystko jedno, czy ci nawołujący robią to z przekonania, czy cynizmu. To nieistotne. Nie gra się w drużynie, w której ktoś nawołuje do zła. I to dokładnie tego samego zła, które jeszcze całkiem niedawno, na oczach naszych dziadków i pradziadków wstrząsnęło światem. Chcąc być inni od Hitlera i jego wyznawców, używamy empatii i w rezultacie… przymykamy oczy na to, że historia zatacza koło tuż pod naszym nosem. Pod Żydów nasi bliźni (pod wodzą kościoła) podstawili sobie tylko środowiska nieheteronormatywne i imigrantów. Cała reszta to kopiuj wklej.
Kiedy zaczynam apelować, że może by nazywać zarówno plebejskość, jak i zło po imieniu, słyszę, że „się zradykalizowałam, a każda radykalizacja jest zła”. A potem, sącząc w pubie piwo, zastanawiam się tylko, co poszło nie tak, że siedzę na nim również z ludźmi, którzy na faszystów głosowali i omijam temat, żeby „kogoś nie urazić”, wmawiając sobie równocześnie, że to dobrze, że się różnimy i że „mimo różnic, potrafimy się dobrze bawić”. Ale są też jasne strony. Kiedy znajdziemy się wszyscy w bunkrze, przeczekując wojnę (my nie będziemy walczyć z powodów światopoglądowych, oni – z wrodzonego tchórzostwa), będzie przynajmniej względnie miło. Być może nie uda się nam ich przekonać, że wcale nie jesteśmy zdegenerowanymi lewakami, za których nas mają, ale za to nakarmimy własne poczucie wyższości przeświadczeniem, że przynajmniej umiemy zrozumieć, że przynajmniej potrafimy dostrzec w nich ludzi. Tylko… czy naprawdę o to nam chodzi?

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser łączę doskonałą i przejmującą, jak cała twórczość Katarzyny Nosowskiej, piosenkę „Piękna degrengolada”.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Czterdzieści lat minęło…

fot. Agata Parulska

Równo czterdzieści lat temu przyszłam na świat. Nie umiem opisać radości, jaka mi już od dłuższego czasu towarzyszy na myśl o tych okrągłych urodzinach! Okazuje się, że wszystko, co kiedyś słyszałam na temat wieku, w jaki właśnie wchodzę, jest bzdurą. Czy ktoś nazwie mnie z racji wieku młodą, czy starą, nie ma żadnego znaczenia. Czuję całą sobą, że to doskonały czas dla mojej kobiecości, z którą wreszcie zakopałam topór wojenny. Jest cudownie!

fot. Agata Parulska

Wiek to tylko liczba?

fot. Agata Parulska

Kiedy byłam małą dziewczynką, czterdziestoletnie kobiety były już stare. Dziś widzę, że nie tylko z perspektywy dziecka, którym wtedy byłam, bo w końcu kiedy masz lat siedem, ktoś kto przeżył niemal sześć razy twoje życie, w twoim odczuciu młody już nie jest. Były stare w tzw. noszeniu się. Brązowe lub szare spódnice za kolano, garsonki, zachowawcze fryzury plus te wszystkie dziwaczne pomysły zakładające, co po czterdziestce wypada, a czego już nie, odbierały dziewczynom wkraczającym w najbardziej seksowny etap swojego życia cały wdzięk. Tak, jak by kobieta kochająca mini, obcasy i w opór długie włosy, musiała się w kwiecie swojego wieku z tym wszystkim pożegnać, dostając w zamian do dyspozycji możliwość wyglądu a là Marysia z serialu „Poszukiwany, poszukiwana” – super deal! Wystarczy pooglądać stare teledyski, żeby zobaczyć chociażby bardzo atrakcyjną ponadpięćdziesięcioletnią – w rzeczywistości dwudziestoparoletnią – Annę Jantar. Piosenkarki i aktorki, które dożyły dzisiejszych czasów, tak wspaniale młodnieją nie z powodu zabiegów medycyny estetycznej (choć czasami także), ale przede wszystkim obecnej mody oraz ogromnej w tej kwestii wolności. Niech żyją jeansy, dresy, wygodne ciuchy i szeroki wybór kolczyków! Piszę o kobietach, ale moda była równie mała łaskawa dla mężczyzn. Andrzej Kopiczyński, który grając tytułowego „Czterdziestolatka” miał trzydzieści dziewięć lat, wyglądał w serialu na sporo starszego od mojego Partnera dzisiaj, choć był wtedy od niego teraz niemal dwie dekady młodszy.
Jednak starość to nie tylko wygląd. To przede wszystkim postawa wobec świata. Jeśli jest się zamkniętym, wiecznie narzekającym, trzymającym kurczowo wszelkich konwenansów, jeśli nie weryfikuje się przekonań wyniesionych kiedyś z domu, nie zmienia poglądów pod wpływem doświadczania życia w praktyce, jeśli nosi się w sobie sztywność zmieniającą się z biegiem lat w zgorzknienie, jest się starym. I tu, wydaje mi się, przebiegają też w naszym społeczeństwie podziały polityczne. Ślepe przywiązanie do tradycji, czymkolwiek by nie była, strach przed tym, co nowe i czasem dziwne, tęsknota za dawnym stanem rzeczy i związana z nią bardzo wybiórcza pamięć, to oręże starości. Znam wielu starych ludzi, którzy nie przekroczyli trzydziestki. Znam też wielu młodych – z moim wspaniałym tatą na czele – którzy są grubo po sześćdziesiątce oraz siedemdziesiątce.
Czy wiek to tylko liczba? Nie. Wiek to wszystkie nasze doświadczenia, które albo nas czegoś nauczyły, albo nie. Kiedy przytrafia nam się ciągle ta sama życiowa lekcja (jak mnie, kiedy po raz kolejny wchodziłam w związek z alkoholikiem, pozwalając, by wszystko, co się w moim życiu działo, działo się poza mną), to znaczy, że z jakiegoś powodu nie umiemy jej odrobić. Może jest dla nas zbyt trudna, może nie jesteśmy na nią jeszcze gotowi, ale spokojnie – kiedy ją już przejdziemy, otworzą się przed nami nowe możliwości. Jak w komputerowej grze – żeby móc znaleźć się na wyższym poziomie, musimy przejść niższy. Jeśli człowiek jest mądry i ma w siebie spory wgląd – lub nauczył się go mieć przy pomocy terapii i uważnej autoterapii – lata dodają mu dojrzałości i z roku na rok staje się coraz piękniejszy. Reasumując, wiek to nie tylko liczba, ale nasza pogłębiająca się wartość (albo bezwartościowość, o czym nikt niestety nie mówi), a starość jest od wieku całkowicie niezależna. 

fot. Agata Parulska

Nigdy nie rozumiałam tego krzywdzącego wobec wszystkich po równo kultu młodości, w którym osoby przedatowane wyrzuca się na śmietnik historii. „To była taka piękna kobieta…”, „trudno w to dziś uwierzyć, ale on był w swoim czasie prawdziwym amantem…” – słyszymy.  Czemu już tacy nie są? Bo przytyli, schudli, zgarbili się, wyłysieli, posiwieli, ich twarze poorały zmarszczki, a przede wszystkim przekroczyli granicę pewnego wieku. Zakochałam się miłością żarliwą w Laurie Anderson, kiedy miała siedemdziesiąt jeden lat (co mój ówczesny partner skwitował słowami: „pary najczęściej rozstają się, bo on poznał młodszą; my mamy szansę się rozstać, bo ona poznała starszą”). Uważam ją za najpiękniejszą kobietę świata. Nie myślę, że była piękna trzydzieści lub czterdzieści lat temu, choć również taka wtedy była. Jej uroda to nie tylko te obłędne myślące oczy, ale też jej apetyt na życie, jej kreatywność, jej talent, w końcu niewiarygodny, kosmiczny mózg – z roku na rok coraz piękniejszy. Są ludzie, którym starość po prostu nie grozi.  (Na wszelki wypadek zaznaczę, że nie mam na myśli braku bólu pleców po trzydziestce, mniejszej chęci na imprezowanie do białego rana czy cieszenie się z promocji w Biedrze – każdy wiek ma swoje przywileje.)

fot. Agata Parulska

Jak jeden dzień?

fot. Agata Parulska

Znakomita, recenzowana tu kiedyś przeze mnie książka „Czas. Przewodnik użytkownika” Stefana Kleina, utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie zwariowałam, postrzegając czas nieco inaczej niż moi bliscy. Otóż odczuwanie czasu jest względne. Często, ciesząc się na wakacje lub jakiekolwiek wyjazdy, słyszałam, że jak już wyjadę, to

ten czas (tydzień lub dwa) bardzo szybko zleci,

tymczasem mi zlatywał znacznie wolniej i wcale nie dlatego, że się nie czułam w jego trakcie dobrze, ale właśnie wręcz przeciwnie. Wybywając chociażby na moją kochaną grecką wyspę Thassos, praktykowałam bycie tu i teraz w każdej sekundzie. Z różnych powodów nie lubiłam swojego życia w ciągu pierwszych dwudziestu – dwudziestu pięciu lat. Moja sprawczość wynosiła wtedy minus sto, a moja osobowość była zdecydowanie bardziej zależna niż dziś. Cały ten czas mogłabym z powodzeniem przespać. Oczywiście istniały jakieś wyjątki, do których też nie podchodziłam w specjalnie zdrowy sposób (jak np. coroczna „Warszawska Jesień”), ale z pewnością nie był to czas, za którym tęsknię. Większość zresztą została całkowicie skasowana przez mój mózg. Nieleczone ADHD nie jest jedynym powodem.
Próba życia wtedy tu i teraz wydawała mi się męką. Robiłam wszystko, by uciec w swój wewnętrzny świat jak najdalej. Miałam tam dużo wyimaginowanych znajomych, stąd kompletnie nie zabiegałam o niczyje względy. Grupy, w których musiałam przebywać (szkoły, studia) były mi niemal całkowicie obojętne. W mojej głowie było ciekawiej, a przede wszystkim znacznie bezpieczniej. Marzyłam, by komuś zlepiły się kartki i żebym mogła obudzić się kilka lat później. Jednak wyjazdy były tymi razami, w ciągu których żyłam. Tak to widziałam wtedy i dziś myślę, że to dosyć słuszna diagnoza. Żyłam raz – dwa razy do roku, wyjeżdżając w całkowicie inne okoliczności.

fot. Agata Parulska

Pewnie dlatego nie umiem zrozumieć narracji o kobietach, które z wiekiem tracą swój blask i zazdroszczą dwudziestolatkom tego, czego już nie mogą mieć. W życiu nie chciałabym cofnąć wskazówek zegara. Uwielbiam dzieciaki, uwielbiam młodzież. Na piękne młode dziewczyny patrzę z ogromną życzliwością i radością, że mogą dorastać w znacznie lepszych czasach niż ja. Jeśli chcą mojego wsparcia czy rad – służę nimi z radością (choć nigdy nie udzielam tych ostatnich nieproszona). Mimo wszystko jakiekolwiek porównywanie się do nich uważam za absurdalne. Czego mogłabym im zazdrościć? Atrakcyjnych dziadków? Trądziku? Braku doświadczenia z cwaniakami, których będą odtąd spotykać na każdym kroku? Poszukiwania swojej życiowej drogi? Pierwszych kiepskich romantycznych wyborów? I nie, nie piszę tego złośliwie. Każdy wiek jest w jakimś sensie trudny, a powrót do niego to również powrót do jego mankamentów. Mam jednak wrażenie, że im dalej, tym lepiej.
Kiedy skończyłam trzydzieści lat byłam już w całkiem akceptowalnym punkcie. Jednak nawet przeglądając ten blog (istniejący już ponad siedem lat), widać, jak inną osobą byłam tę niecałą dekadę temu. Co mnie spinało, gdzie dało się wyczuć sztywność i śmiertelną powagę. Jednak to wszystko nie wyprostowało się samo przy pomocy czasu. Czas, tak jak nie leczy ran, tak w magiczny sposób nie dodaje nam mądrości. On jest po to, żebyśmy mogli przepracować wszystko to, co w nas trudne. Jestem dziś z siebie niesamowicie dumna, a czas w mojej pracy mi tylko odrobinę pomógł.

fot. Agata Parulska

Zawstydzanie wiekiem

fot. Agata Parulska

Jakiś czas temu pod wpisem Tymona Tymańskiego zareagowałam na pewien niewłaściwy komentarz. Pewna pani, ewidentnie nie znając dokonań Tymona, napisała coś wobec niego krzywdzącego, czepiając się jeszcze – kompletnie bezzasadnie – jego władania polszczyzną. Ponieważ niewielu mamy tekściarzy Tymonowi równych, wyjaśniłam panią w kilku krótkich zdaniach. Wtedy… wyzwała mnie od „tegorocznych maturzystek”. Kiedy uświadomiłam pani, że maturzystką byłam przeszło dwie dekady temu, wyzwała mnie od „bab pod czterdziestkę”. Ta historia jest akurat zabawna, ale pokazuje też, jak łatwo nas, kobiety zawstydzać wiekiem. Mężczyźni, jeśli się z tym mierzą, to chyba w znacznie mniejszym zakresie. Sama idea, że w naszym wieku, lub inaczej – w naszym zachowaniu niedostosowanym do tego wieku (cokolwiek miałoby to znaczyć) jest coś wstydliwego, jest idiotyczna. Zawstydzanie kobiet to zresztą potężne narzędzie patriarchatu. I wiecie, co jest najgorsze? To niestety działa.

fot. Agata Parulska

Choć widzę absurdalność powodów, z jakich byłam w swoim życiu zawstydzana, gdzieś w środku mam wyryty przez kościół i patriarchat wstyd i poczucie winy. Wystarczy małe draśnięcie tego miejsca, żeby zacząć w siebie wątpić. No bo czy…. nie stanę się w czymś zwyczajnie śmieszna? Ale z drugiej strony, przecież nawet jeśli, to jakie ma to w ogóle znaczenie? Każdy będzie miał jakiś swój na mnie pomysł. Nie zawsze zgodny ze mną. I co? Powinnam przeprosić, że nie spełniam czyichś oczekiwań?
Sytuacja z randomową panią z social mediów pokazała, że nie mam się prawa wypowiedzieć na tematy językowe ani jako maturzystka, ani jako nauczycielka języka polskiego. Jak na maturzystkę jestem zbyt młoda, a jak na doświadczonego językoznawcę – za stara. Gdyby to samo, co napisałam, sklecił Jacek Wasilewski albo profesor Bralczyk, prawdopodobnie ich wiek nie miałby dla nikogo znaczenia. Na całe szczęście z wiekiem przychodzi też większy dystans.

fot. Agata Parulska

Większy dystans 

fot. Agata Parulska

Od zawsze bardzo się wszystkim przejmowałam, więc też trudno mi było odpuścić. Ma to z pewnością związek z moją wrażliwością, która bywa przekleństwem. Dziś coraz częściej łapię się na tym, że przestaję marnować energię na to, co mi nie służy. Od kiedy wiem już, że chociażby moje zapominanie o datach nie jest równoznaczne z tym, że jestem złą, egoistyczną osobą, która ma w nosie urodziny i imieniny najbliższych, tylko wynika z urody mojego ADHD-owego mózgu, zdjęłam z siebie poczucie winy. Mam inaczej. Kocham ludzi, ale nie pamiętam bez skutecznego przypomnienia o ich ważnych datach. Więcej, kiedy są daleko – nie tęsknię, bo o nich również zapominam. Myślę, że skoro wszyscy wiemy już, że mam ADHD, możemy podejść do tego z większym zrozumieniem. Ja przestałam się biczować, choć reakcje są oczywiście różne, ale na to już wpływu nie mam.
Znacznie spadła też moja tolerancja na manipulację. Jestem szalenie na nią podatna, ale z drugiej strony coraz szybciej ją wyczuwam i umiem nazwać. Nie daję się już tak łatwo wkręcać. Przeżywam, ale krócej, a potem otrzepuję się z tego, co nie moje i idę dalej.

fot. Agata Parulska

Otoczenie 

fot. Agata Parulska

Dziś otaczają mnie też wspaniali ludzie. Ewoluują przyjaźnie, formują się dobre znajomości, a wszystko dzieje się naturalnie i w swoim własnym tempie. Szybko rozpoznaję, z kim chcę być bliżej, czyja wrażliwość mnie wzbogaca, dla kogo ja mogę być naprawdę cenna, a czyje deklaracje są raczej czczym gadaniem. Nie mam żalu, nie mam oczekiwań. Każde spotkanie z drugim człowiekiem ma dla mnie wartość. Stałam się towarzyska. No i przede wszystkim jestem psią mamą, a kiedy przestaję widzieć w życiu cel, przypominam sobie o tym, który nadała mu Żuli – mam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby była najszczęśliwszym psem.

fot. Agata Parulska

P.S. A na deser łączę piosenkę okolicznościową.

fot. Agata Parulska

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Koch-A-nie” Teatr Atelier im. Agnieszki Osieckiej w Sopocie

fot. Marta Robakowska

23 paździenika 2024 roku w Teatrze Atelier im. Agnieszki Osieckiej w Sopocie odbyła się premiera spektaklu „Koch-A-nie” w reżyserii Anny Godlewskiej. Scenariusz, również, Anny Godlewskiej, opierał się na fragmentach książki Anny Niemczyk „Aseksualność – czwarta orientacja” oraz wybranych tekstach nadesłanych na zorganizowany przez Asferę – stowarzyszenie na rzecz osób spod parasola aseksualności i Federację Znaki Równości konkurs literacki. Prace konkursowe były świadectwami osób aseksualnych i dotyczyły ich doświadczeń. Spektakl, tak samo jak konkurs, odbył się z okazji Tygodnia Widoczności Osób Aseksualnych i został przygotowany przez Stowarzyszenie Lunatycy we współpracy z Teatrem Atelier oraz wspomnianą wyżej Asferą. W zamyśle miał być wystawiony tylko ten jeden raz. Choć nie mogłabym powiedzieć, że mi się nie podobał, czy że późniejszy panel dyskusyjny mnie autentycznie nie poruszył, nie czułam się jednak na siłach, żeby napisać recenzję wtedy. Czegoś mi w sztuce zabrakło. Obsada przedstawiana jako zawodowi lub też profesjonalni aktorzy jakoś mnie do siebie w całości nie przekonała. Po młodym zespole pracującym już od lat z Anną Godlewską, w części zasilającym też szeregi wspaniałej grupy Plastydy (założonej również przez Annę Godlewską), z fenomenalną wokalnie oraz aktorsko Marysią Godlewską spodziewałam się być może zbyt dużo. Choć wspomniana Marysia wypadła naprawdę świetnie, spektaklowi – przypominając go sobie z perspektywy czasu – zarzuciłabym dziś pewną „szkolność” i chyba właśnie z tego powodu nie chciałam o nim pisać.
Kiedy dowiedziałam się, że 6 kwietnia 2025 roku, z okazji Międzynarodowego Dnia Aseksualności, „Koch-A-nie” zostanie wystawione ponownie, nie planowałam wybrania się do teatru po raz drugi, choć wierzyłam, że wypadnie lepiej. Okazało się jednak, że Anna Godlewska potraktowała październikową premierę jak etiudę, po czasie nieco rozbudowując scenariusz i wprowadzając kilka znaczących zmian. Zaskoczeniem była też niemal całkowita zmiana obsady (z poprzedniej została jedynie Marysia Godlewska, co niesłychanie mnie ucieszyło). Innymi słowy, rozsadzała mnie ciekawość i nie mogłam nie przyjść.
Moje wrażenia po tym spektaklu są skrajnie inne niż za pierwszym razem. Przede wszystkim nowe sceny zdecydowanie pomogły scenariuszowi – stał się w moim odczuciu bardziej jasny i spójny. Doszło też kilka nowych piosenek, choć sztuka musicalem nie jest. Przejmujące „Kasztany” w wykonaniu fantastycznej Moniki Trawickiej, czy poruszająca „Kochana” doskonale zaśpiewana przez Mayę Patek i Marysię Godlewską nadały „Koch-A-niu” głębi, a sam spektakl odkrył w obydwu piosenkach nowe sensy.
Druga obsada sprawiała wrażenie bardziej przejętej i zaangażowanej, a odgrywane przez nią emocje dużo silniej do mnie przemawiały. Tu prawdopodobnie dochodzimy zresztą do sedna – wydaje mi się, że w każdej sztuce, choćby nie wiem jak abstrakcyjnej, istotny jest jakiś element, z którym odbiorca może się utożsamić. I choć uwielbiam dzieła odrealnione, dziwne, burzące zastaną rzeczywistość, jednak tak właśnie działa nasz umysł – łatwiej nam wykrzesać z siebie jakiekolwiek emocje, kiedy czujemy, że poznawany bohater w jakimś obszarze ma podobnie, jak my, czy też jest do nas podobny. No a poza wszystkim odrealnienie i dziwność nie wyklucza przemycenia wartości neutralnych. Wracając jednak do spektaklu, m
nie jeszcze w październiku zjawisko aseksualności było całkowicie obce. Znałam jedynie słowo i jego znaczenie, ale ponieważ aseksualność nie dotyczy ani mnie bezpośrednio, ani nikogo z moich najbliższych, nie miałam pojęcia, z czym się mierzą na co dzień asy. Ciekawa i ważna edukacyjnie dyskusja po październikowej premierze nakreśliła mi kontekst, więc z pewnością na kwietniowy spektakl wybrałam się uzbrojona w podstawową chociaż wiedzę. Jednak to nadal nie to wpłynęło na mój zgoła odmienny od pierwszego odbiór sztuki.

fot. Marianna Patkowska

Gdyby ktoś zadał mi pytanie, o czym jest „Koch-A-nie” tuż po premierze w październiku, odpowiedziałabym z lekkim zawahaniem, że

o doświadczeniach ludzi aseksualnych.

Dziś gdyby ktoś zadał mi pytanie, o czym jest „Koch-A-nie”, bez zastanowienia odpowiedziałabym, że

o wykluczaniu.

– nie „wykluczeniu”, ale „wykluczaniu” – to ważne!

I to jest właśnie największą siłą nowego „Koch-A-nia”. Postawienie punktu ciężkości na ciągłym wykluczaniu w różnych wariantach otworzyło temu spektaklowi furtkę na nowych odbiorców i prawdopodobnie też nowe interpretacje. Owszem, przyszłam z małą, ale jakąkolwiek wiedzą o aseksualności, ale równocześnie z gigantycznym wyczuleniem na problem, jakim jest wszelkiego typu dyskryminacja. Dodatkowo sama miałam niedawno pewną nieprzyjemną sytuację i doświadczyłam krzywdzącego zaszufladkowania za swoją otwartość w pisaniu. Nie uznaję tematów tabu i wiem, że dzięki temu odstraszam czytelników, na których mi tu nie zależy. Czy mi się to podoba, czy nie, żyjemy w kraju, który jest ciągle pozamykany w skostniałych, latami narzucanych (m.in. przez religię) przekonaniach, więc mówienie czy pisanie również o seksie dla wielu będzie problematyczne. Przyjmuję to ze smutkiem, rozumiejąc, że to z tą postawą jest coś nie tak, a nie z tymi, którzy próbują normalność normalizować. Równocześnie nie jestem w stanie zrozumieć, jak wewnętrznie niestabilnym i niezintegrowanym trzeba być, żeby na poruszany przez kogokolwiek temat seksu reagować histerią i wielkimi, całkowicie nieadekwatnymi gestami. Do tego dochodzi też moja ulubiona broń słabych ludzi, czyli zawstydzanie. Można wiedzieć o mechanizmach manipulacji prawie wszystko, a nadal być do zawstydzania łatwym niestety celem. Oglądając przedstawienie drugi raz, dużo silniej zrozumiałam potworny i obrzydliwy ostracyzm, z jakim mierzą się osoby aseksualne. Bo źle jest, okazuje się, nie tylko lubić  seks za bardzo. Źle jest także nie lubić go wcale. Ta mityczna „normalność” dotyczy przeciętnego środka; środka oczywiście wyłącznie osób heteroseksualnych. Kiedy kobieta otwarcie mówi, pisze i żartuje o seksie, a do tego śmie jeszcze zakładać duży dekolt (o posiadaniu dużego biustu nie wspominając), siup, ląduje w worze rozwiązłych. Porządni ludzie tak się przecież nie zachowują. No, chyba że są heteroseksualnymi mężczyznami, to wtedy mamy dla nich gotowe szablony. Są na ogół zdobywcami, ewentualnie, jeśli zdobywają zbyt długo, zostają na stare lata lovelasami lub bawidamkami. Porządność i przyzwoitość natomiast rozpatrywane są całkowicie równolegle i bez związku z powyższym. Jeśli jednak osoba stroni od tematów seksualnych, deklaruje, że nie chce mieć dzieci, szuka partnera, który byłby jej bratnią duszą, ale nie potrzebował seksu lub też nie chce wchodzić w związki w ogóle, społeczeństwo również ma w tej kwestii coś do powiedzenia, autorytatywnie rozstrzygając, że z pewnością nie jest normalna.
Przejmujące było dla mnie oglądanie na scenie ludzi bardzo młodych. Jako widzowie nie znamy wieku autorów nadesłanych tekstów. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak piekielnie trudno podczas burzy hormonów, ale też podczas walki o bycie zauważonym i uznanym w grupie, odkrywać swoją aseksualność lub aromantyczność. Jak trudno ją zrozumieć i zaakceptować. Podczas panelu dyskusyjnego, który tym razem również odbył się po spektaklu, siedziałam obok pani, która co jakiś czas wyrzucała z siebie niekontrolowane:

– To przecież nienormalne!

Widzowie próbowali się doszukać „powodu” aseksualności w traumach seksualnych z dzieciństwa. Tak, jak by chcieli usprawiedliwić to, że ktoś seksu po prostu nie potrzebuje. Znakomicie i z cierpliwością tłumaczyła to zjawisko Anna Niemczyk, różnicując chwilowy brak pociągu seksualnego czy wręcz obrzydzenie do seksu spowodowane np. doświadczeniem przemocy seksualnej, a aseksualność, która jest orientacją i z którą trudno dyskutować.
W pewnym momencie podczas panelu narodził się pomysł, by przygotować seanse „Koch-A-nia” również w godzinach przedpołudniowych, co umożliwiłoby szkołom pojawienie się z uczniami. Uważam, że to fantastyczny pomysł, bo w tych dzieciach, które czują jakąś swoją inność, można byłoby zasiać ziarenko przekonania, że wszystko z nimi w porządku, a z kolei w dzieciach, których to zagadnienie bezpośrednio nie dotyczy, rozwinąć pewną wrażliwość na otaczającą je różnorodność. Mając spore doświadczenie jako nauczyciel wyrzucany, uważam, że dla pójścia z dziećmi na tak mądry spektakl, warto byłoby stracić pracę jeszcze raz.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Zanim deser… nie przywykłam do tłumaczenia własnych mniej lub bardziej udanych żartów, ale tu jednak muszę zrobić wyjątek. Jestem absolutnie przekonana, że najstarsze klasy podstawówki (VI, VII, VIII) powinny ten spektakl zobaczyć, a mądrzy dyrektorzy szkół wychodzić z taką inicjatywą. Po prostu mieszkamy jednak w dziwnym kraju.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rok 2024 oczami nNi – podsumowanNie

fot. Bożena Szuj

Poprzedni rok upłynął mi pod znakiem notorycznego spóźniania się z blogowymi tekstami. Ten, jak widzę, nie zaczyna się dużo lepiej. Odpowiedzialności za ten stan rzeczy dopatrywałam się przede wszystkim po stronie nowych obowiązków związanych z pojawieniem się w naszym życiu psa. Z perspektywy wydaje mi się też, że zaczęłam naprawdę żyć i przestałam mieć czas na opisywanie tego. To raczej dobrze, ale ciągle do tego nie przywykłam. Poczułam apetyt na życie, a nawet z zadeklarowanej introwertyczki przeistaczać się w ekstrawertyczkę, która… lgnie do ludzi i sytuacji towarzyskich. A smutna prawda o pisaniu jest taka, że to bardzo samotnicze zajęcie, wymagające umiejętności wyciszenia i odizolowania się. Już nawet miałam ten niemal w całości napisany tekst wyrzucić na śmietnik niepoznanej przez nikogo historii, lecz z pomocą przyszła dzisiejsza data – 1 kwietnia, prima aprilis. W końcu kiedy zrobić spóźnione podsumowanie poprzedniego roku, jak nie 1 kwietnia roku następnego, skoro nie zdążyłam z tym ani na początku, ani na końcu stycznia? Co się zaś tyczy „niemal w całości napisanego tekstu”, przeczytałam dzisiaj na stronie Kur niezwykle mądre słowa:

płyta jest gotowa w 60%, co znaczy dokładnie tyle, że nie jest jeszcze gotowa,

które staną się chyba moim nowym mottem. A w każdym razie powinny się nim stać.

Mijający rok był jednym z najbardziej zaskakujących w moim życiu. Z jednej strony wszystko wydarzało się tak naturalnie i płynnie, że kiedy o nim myślę, wydaje mi się, że był całkiem nudny i zwyczajny. Z drugiej jednak strony jestem po tylu rewolucjach i radykalnych zmianach, że trudno mi sobie wyobrazić, że to wszystko wydarzyło się w ciągu zaledwie dwunastu miesięcy. Z ogromną przyjemnością postaram się go (dopiero) dzisiaj podsumować.

Stycz 2024

fot. Bożena Szuj

W styczniu straciłam przyjaciółkę. Nasze drogi się rozeszły. Mniejsza o szczegóły. Każdy ma w każdym momencie prawo opuścić relację, jeśli coś go w niej uwiera. Jeśli znajomość po pewnym czasie robi się całkowicie jednostronna, trudno mieć żal do osoby, która jako pierwsza nazwie to po imieniu. Oczywiście przykro jest być wybitym ze złudzeń co do ważności miejsca, które zajmuje się w czyimś życiu, ale jeszcze gorzej jest utknąć we własnej odrealnionej fantazji i karmić się substytutami tego, czego dla samych siebie chcemy.
Ludzie w naszym życiu pojawiają się z różnych powodów. Są dla nas lustrami. Uświadamiają nam nasze potrzeby, tęsknoty. Pokazują nam, jakie są nasze ograniczenia, ale też, jak wiele jesteśmy w stanie udźwignąć. Uskrzydlają nas lub nasze skrzydła podcinają. Nikt nie jest nam dany raz na zawsze, natomiast prawie każdy pomaga nam dowiedzieć się czegoś o sobie samym.
Utrata, którą przeżyłam, jak bolesny upadek, w rzeczywistości zrzuciła mi z oczu klapki. Dostrzegłam (trochę na zasadzie kontrastu), że mam wokół siebie osoby, które chcą i mogą dać mi dokładnie to, czego potrzebuję. Moja ukochana Iyanla Vanzant często powtarza, że nie możemy nikogo zmusić do tego, żeby nas pokochał na naszych warunkach. Możemy natomiast uważnie przyjrzeć się temu, w jaki sposób potrafią kochać inni i na tej podstawie wybrać, z kim chcemy w relację wejść. Nie tylko zresztą romantyczną – jakąkolwiek.
Uświadomienie sobie tego było dosyć przerażające. Przyjaźń, którą straciłam (choć do niedawna jeszcze uważałam ją za niemal idealną), zostawiała niesłychanie dużo miejsca dla wyobraźni. Zbyt dużo. Brak fizycznych spotkań przez dzielącą nas odległość, coraz rzadsze rozmowy telefoniczne (wiecznie obiecywane i wiecznie przesuwane na inny termin, bo „codzienne życie”, którego ja – nie mając męża, dzieci, stałej pracy i późno rozpoczętych studiów – przecież nie miałam); moje coraz bardziej obsesyjne nagrywanie się na komunikator. Z pewnością męczące. Czy to przypadkiem nie ten sam schemat, który przerabiam w przeróżnych formach już od dziecka? Pragnienie miłości z zewnątrz przesłaniające nieumiejętność kochania siebie samej. Strach przed zawalczeniem o coś lepszego dla siebie z obawy o to, że utracę dawno niedziałającą, ale jednak istniejącą atrapę. Tu nie ma winnych i ofiar. Są ludzie, ich potrzeby i możliwości, a także określony czas, który czemuś sprzyja, a czemuś innemu nie.
Niezależnie, co w tamtym momencie o sobie usłyszałam i pomyślałam, wiem dziś jedno. Ta sytuacja, podobnie jak cały ten rok, była o umiejętności stawiania swojego dobra na pierwszym miejscu. To ciągle niesłychanie dla mnie trudne ze względu na wpojone mi kiedyś przekonania, by zamiast do wewnątrz, patrzeć na zewnątrz. Zmiana tej zwrotnicy zajęła mi wiele, wiele lat, pochłaniając też sporo pieniędzy. Dziś, choć wiem już, że dobrym człowiekiem można być tylko w pełnej ze sobą integracji, nadal czuję zagubienie, kiedy muszę wybrać między swoim, a cudzym dobrem. Już uwzględniam swoje potrzeby (co jest ogromnym postępem), ale powtarzana mi w dzieciństwie, jak mantra fraza:

ale wtedy jej/jemu będzie przykro

nadal mnie prześladuje. Ten drugi odrębny byt ma we własnych rękach taki sam ster do swojego życia, jaki ja dzierżę do swojego. Ma takie samo prawo do odczuwania bólu i przykrości. Ja jednak mimo to zarzucam pelerynkę i lecę na ratunek, narcystycznie wierząc w swoją urojoną omnipotencję. Oto ja tę osobę uchronię. Ja jej pomogę. Odrobię za nią jej lekcję. Tylko że… to jej lekcja. Nauczyłam się nie odchodzić z sytuacji, w których ktoś z pewnością okaże się przegrany, z zupełnie niczym. Wyszarpywałam (staczając wcześniej walkę z samą sobą) kompromisy i wszelkie mniejsze zła. Żeby komuś nie było bardziej przykro, niż by mogło. A jeśli, do cholery, ograbiałam go w ten sposób z lekcji, którą tak czy tak będzie musiał odrobić?! Nie chodzi przecież o to, by wyzbywać się życzliwości do ludzi, ale o pokorne przyjęcie do wiadomości, że nie wszystkie nasze wybory będą się innym podobać. Niektóre, mimo naszych najlepszych intencji, chociaż nie mają z innymi ludźmi nic wspólnego, mogą ich zranić (najczęściej z powodu ich własnych nieprzepracowanych traum i ran, na które nie mamy najmniejszego wpływu). To zawsze boli, kiedy jesteśmy empatyczni. Nie chcemy przecież ranić. Dlatego tak łatwo wpaść w pułapkę umniejszania sobie, odpuszczania w ważnych dla siebie kwestiach, bo ja to przecież jakoś przeboleję, a ten ktoś – nie wiadomo. Jak można nazwać taką postawę, jak nie zwykłą pychą i paradoksalnie myśleniem o sobie z pewną wyższością?
Po trudnej, burzliwej i kilkuetapowej rozmowie z przyjaciółką, po raz pierwszy w życiu postawiłam sobie następujące pytania:

Jak od tej chwili chcę być traktowana w relacjach?
Dlaczego tak łatwo w przyjaźniach rezygnuję ze wzajemności?
Co cenię w sobie, jako przyjaciółce?
Czy chciałabym mieć przyjaciółkę, która potrafi dać mi to, co daję ja?
Czy umiałabym się przyjaźnić z osobą, której potrzeb nie zaspokoję nigdy, bo mój sposób kochania i dawania jest całkowicie odmienny od jej oczekiwań?
Czy jestem na tyle silna, żeby tym razem udźwignąć zarzuty o to, że „się obrażam”, „uciekam”, czy „postępuję wg schematu”, wg którego wiem, że nie postępuję i z podniesioną głową stanąć za sobą, nie dyskutując z tym, co prawdą nie jest?
Czy jestem na tyle silna, żeby stanąć za swoją decyzją o tym, że zasługuję na znacznie więcej niż w danej relacji dostaję i – jeśli zostanę – będę dostawać?

Dwa ostatnie były najtrudniejsze. Po raz pierwszy udźwignęłam. Opowiedziałam o bólu i przestałam go czuć. Zanurkowałam w siebie. Nie chowałam urazy czy żalu. Rozumiałam nareszcie, że moje racje mają prawo być wypaczane z pierwotnych intencji. Nie mam wpływu na ich odbiór, nie mam wpływu na czyjąś złość i smutek. Jednak ani ta złość, ani smutek nie są o mnie. Nie mogą mi nic zrobić, kiedy mocno trzymam własne plecy. Tak, mogę sięgnąć po więcej dla siebie teraz. I to wcale nie odbiera drugiej osobie jej wartości i doskonałości. Piękne i uwalniające doświadczenie, a jesteśmy dopiero w styczniu.

Luty 2024

fot. Bożena Szuj

Najcudowniejsze w moim życiu Walentynki spędziłam na wizycie w gabinecie psychiatrycznym online, podczas której dostałam w końcu opartą na długiej rozmowie i wcześniejszym teście diagnozę ADHD. W tej jednej chwili wszystkie porozrzucane elementy poskładały się nagle w czytelną całość. Byłam niewiarygodnie szczęśliwa, oszołomiona, ale też… wkurzona. Wkurzona na wszystkich, którzy moje problemy zdrowotne, kiedy można było zacząć działać, zaniedbali. Wkurzona na społeczną nieświadomość, na brak kompetencji wszystkich moich kolejnych lekarzy, a także wkurzona na to, że od samego początku miałam rację, tylko nikt nie chciał mnie słuchać. Oczywiście nie przyszło mi wcześniej do głowy, że moja inność ma związek z ADHD, ale większość wynikających z niego ograniczeń była z pogardą uznawana za lenistwo. Najwidoczniej nie starałam się wystarczająco. Owszem, starałam się ponad siły, żeby być wystarczająco dobrą dziewczynką, wystarczająco dobrą przyjaciółką, wystarczająco dobrą córką, wystarczająco mądrym człowiekiem (choć od zawsze palił mnie i pali nadal wstyd, ilu rzeczy nie wiem), wystarczająco dobrą partnerką, wystarczająco dobrą katoliczką. Kiedy nie jest się w oczach najbliższych, ale przede wszystkim swoich własnych wystarczającym, żadne ponadludzkie starania nie uczynią nas w niczyich oczach wystarczająco jakimikolwiek.

I jeśli ktoś ma teraz ochotę pouczyć mnie frazesem, że:

nie mogę się złościć za to, że nikt nie umiał tego wtedy zdiagnozować,

odpowiem krótko:

mogę!

Mam prawo do emocji, nawet skrajnych. Czy kogoś obwiniam? Nie, choć irytuje mnie zarówno poziom medycznej niewiedzy, jak i braku większej wrażliwości na osoby mające inaczej.
Po radości, oszołomieniu i wkurzeniu związanymi z diagnozą, przyszła bezsilność. Pytanie, jak odnaleźć się w świecie, który ADHD odkrywa dopiero teraz, razem ze mną. Pytanie, czy pomogą mi leki, czy pomoże mi psychoedukacja. Wielka niewiadoma, od której nie ma odwrotu. Miałam gigantyczne szczęście, trafiając na doskonałą psychiatrę. Mniejsze – w kwestii psychoedukacji, ale i to udało się po jakimś czasie wywalczyć. Bo tak, zaczęłam w końcu o siebie walczyć, sięgać wyżej, nie przyjmować ochłapów i nie przepraszać za domaganie się tego, co mi się należy. Czy po trupach do celu? Nie. Po prostu wreszcie odmówiłam bycia stratną z powodu czyichś zaniedbań. Dla osób, które znają mnie od lat i wolą mnie sprzed terapii, to rodzaj buty. Dla osób asertywnych, kibicujących mi w moim rozwoju, absolutna normalność.

📖 Nie zamierzam wymieniać tu wszystkich lektur każdego miesiąca, ale faktycznie obydwie przeczytane w lutym pozycje odcisnęły na mnie piętno. Zarówno książka „Wszyscy wiedzieli” Karoliny Korwin-Piotrowskiej, jak i „Małe końce świata” Justyny Mazur. Obie przeniosły mnie do smutnych czasów, kiedy przemoc wobec kobiet, dzieci, a także podwładnych była społecznie akceptowana. Do czasów, w których wierzyło się tzw. autorytetom, zapominając, że bycie w jakiejś dziedzinie fachowcem nie jest równoznaczne z posiadaniem monopolu na moralność. Istniało straszne powiedzenie (na szczęście niepopularne w środowisku, w którym dorastałam):

nie mów nikomu co się dzieje w domu

czy inne, może już bardziej w nim popularne:

zły to ptak, co swoje gniazdo kala,

więc gniazda nie kalano. Odnosząc się do książki Korwin-Piotrowskiej, wielkich artystów, ale chamów, nie uczono, jak chamem nie być, tylko się do nich dostosowywano. Trudno się nawet dziwić, że potem taki osiemdziesięcioletni Krystian Lupa, stykając się ze szwajcarską cywilizacją, doznaje szoku. Prawa? Pracownicze? Przecież on jest pan i władca, a nie, jakiś tam, szeregowy zwierzchnik. Śmieszne, ale nie dla aktorów zaznających przemocy.
Z kolei Mazur, opisując własne doświadczenia, przypomina, jak głuche było nasze społeczeństwo w latach dziewięćdziesiątych na głos dzieci i młodzieży. Samozwańczymi autorytetami byli rodzice, nauczyciele i księża. Szczęśliwy ten, kto trafił na autorytety sensowne.
Czytając obie książki, zwłaszcza w kontekście „Chłopek”, zrobiłam kolejny całkiem spory krok w kierunku zrozumienia siebie.

Marzec 2024

fot. Bożena Szuj

W marcu stał się cud. Po marzeniu przez całe życie o psie, a potem kilku latach snucia z Partnerem wizji powiększenia naszej rodziny o czworonoga, w końcu dojrzeliśmy do podjęcia ostatecznej decyzji i… adoptowaliśmy Żuli. Nie chcę powtarzać całej, często przytaczanej tu historii. O tym, ile ten pies dla nas obojga znaczy, ile nas uczy, w końcu jak pomógł nam zweryfikować niektóre znajomości – pisałam dużo.
W poprzednim tekście, pisałam:

I tu z pomocą przyszła psióreczka, którą przy szukaniu pracy muszę brać przecież pod uwagę, ale zrobiła to w nieco bardziej złożony sposób. Pokazała mi, że przy swojej reaktywności i poważnych traumach, jakich doświadczyła przed trafieniem do nas, potrzebuje silnych i zrównoważonych opiekunów. Nie kogoś, kto się nią zasłoni, szukając pracy, tylko kogoś, kto szukając pracy uwzględni najpierw swoje własne potrzeby. Kogoś, kto będzie wiedział, jak uszczęśliwić siebie samego, bo dopiero wtedy będzie mógł się zabrać za uszczęśliwianie jej!

– fragment wpisu „Uważaj, czego sobie życzysz, czyli październik i listopad

I tak bym też dziś podsumowała rewolucję, jaką było dla nas jej przygarnięcie. Ta niespełna siedmiokilogramowa futrzasta istotka pokazała nam kompletnie inny wymiar miłości. Pomogła nam też zredefiniować naszą relację – dziś nie mamy najmniejszych wątpliwości co do tego, że tworzymy rodzinę. Nie mamy też wątpliwości co do tego, jakie zajmuje ona miejsce w naszej hierarchii wartości. Nie oznacza to, rzecz jasna, że wcześniej nasz związek nie był dla nas istotny. Od początku był. Dziś jednak oboje staliśmy się zdecydowanie bardziej asertywni. Priorytetem jest dla nas nasza rodzina, co nie każdemu się oczywiście podoba. Na szczęście nie musi.

Kwiecień 2024

fot. Bożena Szuj

W kwietniu nie wydarzyło się specjalnie dużo, może oprócz nerwów związanych z pakowaniem, bo na początku maja wyjeżdżaliśmy do Gdańska. Wypracowaliśmy już, zwłaszcza z pieskiem, jakąś rutynę, więc nieco się obawiałam, jak to będzie nad morzem. Z drugiej strony zaczęłam z panią doktor proces dobierania odpowiednich leków na ADHD, w związku z czym znacznie lepiej niż wcześniej panowałam nad własnym życiem. Spędziliśmy cudowne święta we trójkę – bez spiny i stresów. Pozostał tylko jeden powód do zmartwień – mój brak stałej pracy. Cieszyłam się jednak, że zaczęłam psychoedukację, która ostatecznie miała mi pomóc przede wszystkim właśnie w tym. Wierzyłam, że krok po kroku zbuduję większą świadomość własnego zaburzenia i pokonam opór mózgu. Opór, którego powodu jeszcze wtedy nie rozumiałam.

Maj 2024

fot. Bożena Szuj

W maju byliśmy już w Gdańsku. Pierwszą rewolucją była moja decyzja o odejściu z Mary Kay. Opisałam ją dokładnie w majowo-czerwcowym tekście. Streszczając, czułam, że zgodna ze sobą będę dopiero wtedy, kiedy ze swoich kosmetyków do pielęgnacji twarzy wyeliminuję te, co do których składu nie mam stuprocentowej pewności, jak również te, których producenci testują swoje produkty na zwierzętach. Był to doskonały moment, bo kosmetyki zaczęły mi się kończyć, a pieniędzy na kolejne nie miałam zbyt dużo. Szukając na własną rękę, odkryłam wspaniałe polskie firmy, produkujące świetne jakościowo i zadziwiająco tanie mleczka, żele, toniki, kremy i sera. W dodatku cruelty free. Niby drobiazg, głupota, ale dla mnie ogromny krok w kierunku samodzielnego stanowienia o sobie i życiu w zgodzie z własnymi wartościami.
W Gdańsku natomiast czułam, że omija mnie większość przyjemności, takich jak np. wspólne wyjścia do Boto czy innych lokali, gdzie Partner mógł sobie pograć na perkusji, a ja z naszą przyjaciółką pogadać i pożartować. Jako świeżo upieczona adopcyjna matka, nie umiałam zostawić Żuli samej na zbyt długo. Tak, oczywiście trzeba ją było tego nauczyć, no i nie była już przecież szczeniaczkiem (trafiła do nas, mając 1,5 roku), ale też ze względu na brak jakiejkolwiek wcześniejszej socjalizacji, właściwie trzeba jej było pokazywać wszystko całkowicie od początku. W dodatku weterynarz stwierdził jej pierwszą urojoną ciążę, więc była duża szansa, że jej agresja lękowa jest tylko przejściowa i z czasem się uspokoi. Nie oczekiwałam od Partnera, że zamknie się z nami w domu. Chciałam, żeby wychodził, grał i bawił się z naszymi znajomymi, pozdrawiając ich ode mnie. Ale sama nie byłam jeszcze na taką rozłąkę gotowa.
Z jednej strony więc maj był dla mnie mniej rozrywkowy niż mógłby być, ale z drugiej, wspominam go bardzo dobrze. Chodziłyśmy z małą na długie i piękne spacery po pobliskim lesie. Jedno jedyne wspólne wyjście nad morze skończyło się zjedzeniem przez Żuli prawie całego piasku z plaży, a potem wydalaniem go przez kilka dni w postaci mokrych piaskowych klocków o przykrym zapachu psiej kupy. Na wejście do wody się jednak nie skusiła. Ograniczyłam więc nasze spacery wyłącznie do lasu.
Zaczęłam też sprzedawać na Vinted nienoszone ubrania, co mocno mnie wciągnęło. Leniwy maj był ciepły i miły.

Czerwiec 2024

fot. Bożena Szuj

Czerwiec był porównywalnie leniwy i porównywalnie ciepły, a ja całkowicie zatopiłam się w niezwykłym mózgu Tymona Tymańskiego, czytając jego fenomenalnego „Sclavusa”.

📖 „Sclavus” to jedna z najlepszych książek, jakie trafiły w moje ręce. Po więcej rozważań na jej temat odsyłam do swojej recenzji, w której zapomniałam niestety zwrócić uwagę na bardzo istotny aspekt. Tymański w „Sclavusie” nie tylko zdradza historię Totartu, czy obnaża swoją fascynującą nastoletnią głowę, ale też rozlicza się ze swoim patriotyzmem. Pisze pięknie i czule o kraju, w który – mimo rozpanoszonej strasznej komuny – wierzył. O kraju, który na jego oczach z komuny się wyzwolił. Rozkłada na czynniki pierwsze nasze narodowe traumy, porównując doświadczenia polskich chłopów do piętna niewolnictwa, z którym do dziś zmagają się czarnoskórzy. A potem z bolesną szczerością ujawnia, czemu to już nie jego kraj. Te fragmenty są dla mnie wstrząsające, bo czuję bardzo podobnie.

Lipiec 2024

fot. Bożena Szuj

W lipcu zaczęłam pracę w świetlicy Biblioteki Społecznej Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze”, kontynuując przygodę sprzed roku. W nowym letnim zespole byłam weteranką. Poznałam fantastyczne dziewczyny i trochę nowych dzieci. Zobaczyłam też wszystko… w nieco inNych barwach. Moim problemem jest zbyt szybkie idealizowanie tego, co początkowo robi na mnie dobre wrażenie. Niby wiem to o sobie, próbuję jakoś powstrzymywać ogromną emocjonalność, z jaką podchodzę do wszystkiego, co nowe, ale nie zawsze mi się to udaje. Niewątpliwie ma to nierozerwalny związek z potrzebami ADHD-owego mózgu. W końcu pociąga mnie to, co fascynujące, ekscytujące i niesamowite, a odrzuca to, co zwyczajne, nudne czy niezgodne z moimi przekonaniami.
Rok temu pracę w świetlicy postrzegałam jako kontrast do pracy w gastronomii, gdzie niechcący utknęłam. Z dziwnego, nastawionego na napiwki i jak największe zarobki (choć nasze wypłaty były naprawdę słabe) środowiska trafiłam do imponującej biblioteki prawdziwego Społecznika mającego wielkie idee i ciekawy literacki gust. Choć moja sytuacja materialna była, delikatnie mówiąc, nie do pozazdroszczenia, kiedy miałam do wyboru urabianie się po pachy jako dostająca hojne napiwki kelnerka, albo opiekę nad dziećmi ze Stogów na pół etatu przez dwa miesiące w przybibliotecznej świetlicy prowadzonej przez człowieka z wizją, nie wahałam się nawet minuty. Nie ma nic gorszego od pracy bez sensu, a ja w gastronomii nie umiałam odnaleźć dla siebie sensu (co nie oznacza rzecz jasna, że wszędzie tak jest).
W tym roku zdjęłam różowe okulary i zobaczyłam sporo niekonsekwencji, którą trudno mi było przyjąć. Moja wiedza związana zarówno z terapią własną, jak i psychologią oraz rozwojem dzieci nie pozwalała mi się zgadzać z tezami, które uważałam za szkodliwe. Oczywiście pracując w miejscu, które ma szczytne cele, a ciągle boryka się z brakiem pieniędzy, staje się przez innymi wyzwaniami niż w profesjonalnie wyposażonych świetlicach. Z jednej strony nie rozmnożymy uwielbianych przez dzieci flamastrów, z drugiej limitowanie darów, żeby „starczyły na dłużej” budzi w dzieciach zrozumiałą frustrację, bo przecież są to dary dla nich. Wolą ich nie mieć, niż mieć, ale nie móc z nich korzystać na swoich zasadach. Uczenie cierpliwości i oszczędzania ma ogromny sens (zwłaszcza, jeśli połączy się to z lekcją ekologii), ale to wszystko powinno być powiązane nie z naszym wyrobionym kiedyś – nawet jeśli na lekturach Korczaka – obrazem dzieci, ale z ich aktualną obserwacją. Duży bunt budzi we mnie sformułowanie, że dziecięce rysowanie, kolorowanie, czy układanie koralików jest „bezproduktywne”. Co to w praktyce oznacza? Wszelkie plastyczne aktywności są mózgowi potrzebne, pomagają mu się zrelaksować. Łatwo to zaobserwować na oddziałach psychiatrycznych podczas terapii zajęciowej. Czy istnieje po to, by robić potem z tych prac wystawy? Nie. Ona pomaga się mózgowi uspokoić po trudnej i wymagającej terapii. Dzieci sięgają po kolorowanki instynktownie. Nawet, jeśli dorosłym się wydaje, że powinny akurat w tym momencie jeździć na hulajnodze, bo jest ładna pogoda.
Paradoksalnie dopiero widząc sprawy jakimi są, zaczęłam tę pracę naprawdę czuć. Moje odrębne zdanie na niektóre (bo przecież nie wszystkie) tematy zaczęłam rozumieć, jako pewną wnoszoną do zespołu wartość. Różnice są dobre i mogą być niezwykle twórcze. A poza wszystkim to ważna oczywiście dla mnie i dająca sporo satysfakcji i spełnienia, ale jednak tylko praca. Byłam sumienna i oddana, ale też wracałam z niej do własnej rodziny. Do Żuli, która mnie potrzebowała, do Partnera, któremu pomagałam porządkować apartament. Odnalazłam nową, zdrowszą perspektywę.

📖 Książkę „Naku*wiam Zen” Marii Peszek wypożyczyłam właśnie z Biblioteki Społecznej Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze” i choć jej lektura wywołała u mnie bardzo mieszane uczucia, cieszę się, że ją zgłębiłam. Znakomicie wpisała się w moje lipcowe odnajdywanie siebie w kontrze do świata, która wcale nie musi być destrukcyjna dla tej mojej ze światem relacji.

Sierpień 2024

fot. Bożena Szuj

W sierpniu nadal jeszcze pracowałam w świetlicy, a co weekend jeździłam na przepiękną plażę na Stogach skorzystać ze słońca, względnie ciepłego i czystego morza, a także całkiem pustych fragmentów tej wyjątkowej plaży. Czułam się, jak na wakacjach. Dodatkowo w piątki odwiedzaliśmy obowiązkowo naszą Przyjaciółkę, a Żuli coraz bardziej się z nią oswajała, co nas niebywale cieszyło. Moje letnie życie towarzyskie powoli zaczęło wracać do normy. No spełniło się też jedno z moich większych marzeń – poszliśmy na koncert Kur! W dodatku Kury grały piosenki z „Polovirusa”, więc już w ogóle obłęd!

📖 Kiedy tylko dowiedziałam się, że Natalia Tur wydała kolejną książkę – „I po związku. Jak przeżyć i zrozumieć rozstanie”, wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Cudownie było ją zamówić, a potem zabierać ze sobą na plażę, choć obawiałam się pewnej ciężkości tematu, tym bardziej, że nie dotyczył mnie bezpośrednio. Tak mi się przynajmniej wydawało. Okazało się, że byłam w błędzie. Nie rozstawałam się co prawda z Partnerem, ale wybieranie siebie przeważnie oznacza rezygnowanie na poszczególnych etapach życia z relacji, które z różnych powodów nas już nie karmią (lub wręcz nas trują). Książka okazała się zadziwiająco  pomocna w wielu moich rozterkach. Pomagała mi też oswoić bardzo trudne w tym roku dla mnie rozstanie z latem.

Wrzesień 2024

fot. Bożena Szuj

Wrzesień nadciągnął wraz z jakąś straszliwą pustką. Niby nadal było ciepło, ale kilka chłodniejszych dni zaczęło zapowiadać niechybne nadejście jesieni, a potem zimy. Skończyłam pracę, więc znowu znalazłam się w punkcie wyjścia. Wiedziałam jedynie, że muszę szukać nowej, ale nie miałam pojęcia, gdzie. Zakopane przerabiałam już tyle razy. Gdańsk był całkowicie nowym lądem. Najbezpieczniejsza wydawała się jakaś bliżej nieokreślona praca zdalna, ale marzenia o pisaniu za pieniądze i podróżowaniu za to po świecie też już przerabiałam. Niedawna afera związana z wynagrodzeniem fenomenalnej Joanny Kuciel-Frydryszak za „Chłopki” nie napawa optymizmem…
Potykałam się o rzeczywistość, zapadając a to na covid, a to na kolejne przeziębienia, co pociągnęło za sobą przykre konsekwencje – leki na ADHD przestały działać.

📖 Jednym z nielicznych jasnych punktów września była lektura – nomen omen książki autorstwa Joanny Kuciel-Frydryszak właśnie – znakomitych „Służących do wszystkiego”. Również zresztą nienapawająca optymizmem…

Październik 2024

fot. Bożena Szuj

Początek października był zimny i ponury. Zaczęłam nałogowo gotować, a soundtrackiem mojego życia stała się najnowsza wspaniała płyta Tymańskiego „Republikacje”. Po wielu rozterkach, wspólnych rozmowach z Partnerem i pewnym nieoczekiwanym zwrocie akcji, przed jakim postawiło nas życie, podjęliśmy decyzję o tym, że zostanę w Gdańsku i tu będę szukać pracy. Decyzję trudną, ale też w pewnym sensie oczywistą. Do dzisiaj zresztą (a mamy już kwiecień), nie jestem w stanie uwierzyć w to, że tu mieszkam, choć nie wszystko układa się tak, jak bym chciała. Wracając jednak do nieco cieplejszego później października – był dla mnie w całości utkany z drżenia i niepewności.

📖 Słońce wlała w moją duszę wspaniała Pamela Anderson, swoją świetną, zabawną i wzruszającą (oraz napisaną przez siebie, a nie ghostwritera) autobiografią „Love, Pamela”. Jak już po tym wpisie widać, całkiem sporo książek czeka na zrecenzowanie ich tutaj. Z tym również jestem niestety spóźniona. Nie napiszę więc dziś za dużo, oprócz tego, że Pamela była dla mnie wspaniałą kompanką w październiku.

Listopad 2024

fot. Bożena Szuj

W listopadzie, o czym wspominałam w poprzednim wpisie, pojechaliśmy dosłownie na chwilę do Zakopanego po artykuły pierwszej potrzeby – kurtki, czapki, szaliki, fotel, lampę. Pobyt z planowanego tygodnia skróciliśmy do kilku zaledwie dni, bo zaraz po przyjeździe przypomnieliśmy sobie, czemu za Zakopanem nie tęskniliśmy. Miałam w sobie mnóstwo ekscytacji, bo od grudnia… zaczynałam pracę w szkole. Zrobiłam podejście drugie. Po latach. A ktoś chciał dać mi szansę. Choć nie miałam jeszcze podpisanej umowy i wszystko mogło się tak naprawdę wydarzyć, byłam już po słowie i wiele wskazywało na to, że od grudnia zasilę kadrę całkiem sympatycznej szkoły podstawowej Montessori.

📖 Lektura głośnej „Kobiety, którą jestem” Britney Spears (napisanej tym razem niestety przez ghostwritera) – choć nieporównywalnie gorszej od dwóch pozostałych – idealnie dopełniła wyłaniający się ze „Służących do wszystkiego” i „Love, Pamela” obraz losu kobiet. Obraz niestety wstrząsający.

Grudzień 2024

fot. Bożena Szuj

Zaczęłam pracę w pięknej, nowoczesnej szkole i w fantastycznym, zgranym teamie przemiłych, mądrych i empatycznych nauczycieli. Okazało się, że to, jak sobie wyobrażałam szkołę, kiedy w niej pracowałam te kilka lat temu, nie było wcale – jak próbował mi wmówić świat – jakąś idealistyczną i równocześnie nierealistyczną wizją. Czy to kwestia samej metody Montessori? Może, ale z pewnością nie tylko jej. Trafiłam do uśmiechniętego, zaangażowanego grona, w którym nie byłam jakimś dziwolągiem, wyróżniającym się „niekonwencjonalnym podejściem do dzieci” (czyt. zwykłą empatią i rozumieniem ich potrzeb). Stałam się częścią zespołu hołdującego tym samym co ja zasadom. Czy wszyscy mówili jednym głosem? Czy ze wszystkimi zgadzałam się w pełni? Oczywiście, że nie. Jednak patrzyliśmy w tę samą stronę, co było dla mnie cenne. Dodatkowo szkoła współpracowała z psychologiem dostępnym również dla nas, nauczycieli, w razie gdybyśmy mieli jakieś problemy związanych z pracą. Wydawało mi się, że złapałam Pana Bobra za nogi. Tylko ten niepokojący przymiotnik „katolicka” widniejący w nazwie pracodawcy na umowie…

nie ma się co czepiać i nakręcać,

– stwierdziłam

Stwierdzałam tak zresztą zawsze, doskonale pacyfikując swoją, jak się okazuje jednak słuszną, intuicję. Ale o tym kiedy indziej. Na razie cieszyłam się pracą w fantastycznym zespole autentycznie życzliwych i przyjaznych ludzi. Cieszyłam się tym, jak ta praca budziła moją kreatywność. W końcu również tym, jak przyjęły mnie dzieci, mimo że nie wyróżniałam się tu niczym szczególnym. A do tego jeszcze świetnie (jak na swoje zapotrzebowanie) zarabiałam!
W grudniu musiałam też dość wyraźnie wyznaczyć bliskim granice, co nigdy nie jest specjalnie przyjemne czy łatwe. Po pierwsze, musiałam się na rodzinnym forum… wstawić za sobą. Nie jest komfortowo być tą jedyną, której interesy są rozbieżne z interesami reszty rodziny, kiedy ma się z nią do rozwiązania wspólny problem. Czasem jednak tak bywa, że co korzystne dla jednego, jest niekorzystne dla drugiego. Dawna ja położyłaby uszy po sobie i jeszcze przeprosiła, że dla kogoś moje gorsze położenie może być niewygodne. Dzisiejsza ja zauważyła w tym wszystkim siebie. Jasne, że padłam ofiarą łatwej do przewidzenia manipulacji i presji. W dodatku dość agresywnie wypieranej przez drugą stronę. Nieprzyjemna lekcja, z której jednak wyszłam zwycięsko. To niewiarygodne, o ile łatwiej jest poświęcić siebie, żeby było dobrze czy względnie miło. O ile łatwiej być przezroczystym. Tyle, że już nie mogę taka być. I to mnie ciągle nieco przeraża.
Po drugie, wiedzieliśmy już od kwietnia, że niezależnie od tego gdzie, tegoroczne Boże Narodzenie spędzimy w swoim własnym gronie; mianowicie ja, Partner i nasz pies – były to zresztą nasze pierwsze wspólne święta z Żuli. (Ostatecznie spędziliśmy je, oboje chorując, w Gdańsku.) Zaczęliśmy dostrzegać, że to wszystko kosztuje nas emocjonalnie zbyt dużo. Nie wiem, czemu ciągle tak mało mówi się o tym, co psychiatrom i psychoterapeutom od dawna wiadomo – mianowicie, że cała ta przedświąteczna napinka jest niesamowicie obciążająca psychicznie. I bardzo chciałabym być w tym miejscu dobrze zrozumiana – uwielbiam gotować i choć nikt ode mnie tego nigdy nie wymagał, najchętniej przygotowałabym wszystko od podstaw sama. Bywało, że na przyjęciach podawałam na przystawkę chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym, a każdy z tych składników był całkowicie mojego autorstwa. Jeśli więc idzie o Święta, barszcz na własnym zakwasie, domowe pierogi i uszka czy kompot z suszu były dla mnie przez wiele lat oczywistością. Żaden z moich partnerów nigdy nie rozumiał tego ambicjonalnego podejścia pod tytułem zaharuję się, ale zrobię wszystko sama, a mnie ten brak rozumienia wyprowadzał z równowagi. Bo robiłam to wszystko z potrzeby serca (no dobra, trochę też z chorej ambicji), a że byłam tym wyczerpana i przy okazji zestresowana – to chyba normalne. Potem trochę wrzuciłam na luz. Praca wymagająca ode mnie dyspozycyjności w Święta też mnie nieco przystopowała, nad czym ubolewałam, z kolei późniejsza depresja również nie pomogła. To wszystko jednak nie ma w końcu większego znaczenia. Można się zawsze przecież złożyć na catering lub zarządzić jakiś podział obowiązków, choć zdumiewająco łatwo przyzwyczaić bliskich do brania wszystkiego na własne barki.
To, z czym większość pacjentów psychiatryków sobie nie radzi, to oczekiwania najbliższych. Wchodzimy w jakieś role – nieważne, że przyciasne, już nam niepasujące, już nie nasze. Wchodzimy w nie, bo mamy w głowie (realne lub wyobrażone) oczekiwania drugiej strony. Oczekiwania niewypowiedziane, oczekiwania wyczytywane z gestów i mimiki twarzy. Oczekiwania splecione z osobą, którą byliśmy wczoraj, ale być może nie jesteśmy już dzisiaj. I to rzadko kiedy pojawia się w relacjach przyjacielskich, a niestety jest na ogół obecne w relacjach z rodziną. Sama nie jestem istotą rodzinną. Nigdy nie byłam. Nie dostrzegam w rodzinie jako pewnym społecznym konstrukcie wartości. Być może wiąże się to z ADHD – ostatnio dowiedziałam się, że to, że kompletnie obce jest mi uczucie tęsknoty za ludźmi wynika właśnie z tego zaburzenia, więc kto wie. (Sprawa ma się też całkowicie inaczej w przypadku rodziny, którą z własnej nieprzymuszonej woli buduję dziś sama z Mężczyzną i Pieskiem mojego życia.)
Nie oznacza to jednak, że nie rozumiem wielkiej miłości i przyjaźni między członkami rodziny, czy że w nią nie wierzę. Chodzi mi raczej o to, że pokrewieństwo nie musi w ogromnej zażyłości przeszkadzać, ale wcale jej też z automatu nie generuje. Nasze uczucia do bliźnich kształtują się na podstawie tego, jak byliśmy i jesteśmy przez nich traktowani. Bardzo trudno cofnąć się do czasów, w których – z racji wieku – nie byliśmy dla nich równorzędnymi partnerami, tylko zależnymi, kochającymi bezwarunkowo bytami. Tamta relacja rozpływa się w momencie, w którym stajemy się dorośli. Jeśli chcemy ją kontynuować, trzeba ją zredefiniować i zmodyfikować. Inaczej utkniemy w cudzych oczekiwaniach niemożliwych przez nas do spełnienia, bo dotyczących dziecka, a nie niezależnego, samostanowiącego dorosłego, jakim się staliśmy.
Jako dziecko nie mogłam mieć psa z powodów, których nie musiałam rozumieć. Dziś mam psa na własnych zasadach. To moja (nasza) decyzja i moja (nasza) odpowiedzialność. Najlepsza rzecz, jaką zrobiliśmy wspólnie jako para, czyli przygarnięcie Żulinki zweryfikowało relacje nie tyle koleżeńskie, co właśnie rodzinne. Starcie starej rodziny z nową jest na ogół skazane na porażkę, bo zawsze bliższe nam będzie to, co budujemy sami, niż to, co zostało kiedyś zbudowane dokoła nas. Oczywiście mogę się mylić. Bywa różnie. Ja wolę swoją sprawczość od niemocy i pewnego rodzaju bezsilności. Co nie oznacza, że co jakiś czas nie zdarza mi się w tej drugiej brodzić po kolana.

📖 Czas wdrażania się w nową pracę, poznawania siebie cudzymi oczami i odkrywania nowych prawd o sobie i świecie wzbogaciły mi trzy wspaniałe książki: „Niewygodna. Autobiografia” Patrycji Volny oraz „A ja żem jej powiedziała” i „Nie mylić z miłością” Katarzyny Nosowskiej. Pierwsza pozycja dość dobrze korespondowała zarówno z moimi rodzinnymi przemyśleniami, jak i nakreśloną przez wyżej opisywane książki smutną konstatacją dotyczącą pozycji kobiet. Z kolei Katarzyna Nosowska – jak już kiedyś pisałam – powinna nas wszystkich zaadoptować, wtedy świat stałby się zdecydowanie lepszym miejscem. Jej wyjątkowe poczucie humoru, ogromna wrażliwość i empatia, a także zmysł obserwatorski, to przepis na świetną, mądrą i poruszającą książkę. Obie fantastyczne, choć bardzo inne.

No i tym sposobem dobrnęliśmy… do 2 kwietnia. To nie jest nawet zabawne…

P.S. A na deser oczywiście Tymański. Piosenka ze ścieżki dźwiękowej do „Polskiego gówna” stanowiła mój soundtrack nie tylko grudnia, ale też stycznia i lutego.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Uważaj, czego sobie życzysz, czyli październik i listopad

fot. Bożena Szuj

Dotychczas siedzieliśmy w Gdańsku najpóźniej do pierwszej połowy września. Potem odbywała się „Warszawską Jesień”, a w październiku rozpoczynaliśmy nasz zakopiański sezon. Niestety, ze względu na brak stałej pracy, coraz dla mnie trudniejszy. Póki odbywałam trzymiesięczną terapię w nowotarskim oddziale dziennym (koniec 2022 roku i początek roku 2023), moje życie wydawało się bardziej uporządkowane, a wytyczone cele jasne. Czułam, że choć nie pracuję (a od pewnego momentu pracowałam tylko w weekendy), wkładam teraz całą swoją uwagę i energię w przyjrzenie się sobie z wielu różnych perspektyw, co umożliwi mi poskładanie się od nowa, więc lepsze funkcjonowanie. Nie wszystkie perspektywy mi się podobały. Miałam momenty zwątpienia oraz silnych psychicznych zjazdów, jednak znałam kierunek, jaki mam po terapii obrać: uwierzyć we własne możliwości i przestać mierzyć (przede wszystkim zawodowo) niżej, niż powinnam. Oczywiście wszystko byłoby znacznie prostsze, gdyby personel tego oddziału odrobił lekcję z wiedzy na temat ADHD. Przez co nie chcę wcale powiedzieć, że mi ta terapia w ogóle nie pomogła. Dziś jednak rozumiem, czemu nie pomogła mi tak, jak w końcu odpowiednio dobrane leki i naprawdę przyzwoita psychoedukacja.
Tak czy inaczej, po każdej terapii – lepszej czy gorszej – trzeba się zmierzyć z prawdziwym życiem, a to potrafi zmieść z planszy. I mnie zmiotło. Na półtora roku. Do starych zakopiańskich prac zastępczych nie umiałam już wrócić, wiedząc, że byłby to krok w tył. Nowych szukać nie potrafiłam, bo paraliżował mnie strach i dawne schematy myślenia. A potem zaczął się sezon w Gdańsku i przyspieszony kurs utrzymywania się na powierzchni w zupełnie nowych warunkach. W czerwcu bardzo szybko udało mi się znaleźć pracę sezonową. Równie szybko zrozumiałam też, że muszę z niej uciekać. Tak – po zaliczeniu dnia próbnego w żłobku – na mojej drodze stanęła Świetlica Biblioteki Społecznej Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze” wraz ze swoim charyzmatycznym założycielem Janem Urbanikiem. Doświadczenie to przypomniało mi, że czuję – mówiąc szumnie – powołanie do pracy z dziećmi. Jednak szkoła jako instytucja całkowicie odpadała. Nie byłam w stanie narazić się na wielką pustkę po raz drugi. Praca w świetlicy otworzyła mi co prawda furtkę w postaci możliwości przepracowania lipca i sierpnia również w następnym roku, jednak nic poza tym.
Kolejny jesienno-zimowy sezon w Zakopanem miał być dla nas czasem remontowym, jednak napotkaliśmy wiele przeciwności losu (czasami myślę, że Zakopane to generalnie jedna wielka przeciwność losu) i nie udało się nam zrealizować wszystkich planów. Przełomem była dla mnie diagnoza ADHD i w końcu otrzymanie profesjonalnej pomocy.

fot. Bożena Szuj

🍁 Gdzie jest pies pogrzebany?

fot. Bożena Szuj

Oczywiście kolejnym ogromnym przełomem była przypadająca na ten sam czas adopcja Żuli. Nie mieliśmy pojęcia, że półtoraroczna sunia będzie tak długo absorbująca i wymagająca naszej uwagi. Dzięki temu, że ciągle byłam osobą bezrobotną, mogłam być cała dla niej podczas niezauważalnej w Zakopanem wiosny i na początku lata w Gdańsku. Uczyłam się o swoim ADHD, równocześnie pracując z małą nad jej reaktywnością. Udało się na tyle, że mój pracujący lipiec i sierpień przyjęła całkiem spokojnie.
Żuli nie trafiła do nas przypadkowo – co do tego nie miałam nigdy złudzeń. Oprócz pokazywania mi, czasem w dość krzywym zwierciadle, moich własnych problemów pomogła mi też odważniej stawiać granice. Bo to ja (z Partnerem) jestem jej rzecznikiem w ludzkim świecie. I jeśli ktoś ją w jakikolwiek sposób drażni lub strzela fochy, że Żuli nie zachowuje się zgodnie z jego wyobrażeniem o małym słodkim piesku (skandal!), moim obowiązkiem jest stanąć za nią i zrobić wszystko, by czuła się dobrze. Ona i tylko ona, gdyż tylko za nią jestem odpowiedzialna. Kilka takich sytuacji zdjęło ze mnie gigantyczny ciężar. Okazało się, że wcale nie muszę nosić na barkach oczekiwań innych wobec swojego psa. A skoro nie muszę nosić oczekiwań wobec swojego psa, mogę z powodzeniem nie nosić również oczekiwań wobec samej siebie. Nie chodzi o butę, czy agresję – chodzi o zrozumienie, że wcale nie trzeba brać każdej wypowiedzianej tonem wyższości nieproszonej rady do siebie. Komuś wydaje się, że na moim miejscu zrobiłby lepiej to czy tamto (w kwestii wychowania psa, ale też każdej innej)? Świetnie. Tylko, że… nikt nigdy nie będzie na moim miejscu, więc te spekulacje najzwyczajniej w świecie nie mają sensu. Dużo osób marnuje w ten sposób swój czas. Ja już nie chcę, choć byłam w to długo uwikłana. Żuli nauczyła mnie, że ani ona, ani ja, nie musimy się wszystkim podobać. Nie musimy spełniać niczyich oczekiwań. Jeśli coś warto w sobie zmieniać, to trzeba to zrobić, ale tylko po to, żeby… to nam było łatwiej z nami wytrzymać. Tak, trochę osób się poobraża, trochę pooburza, kilka domów przed nami pozamyka, ale za to jak bardzo nową jakość odnajdziemy w relacjach wspierających!
Ten wyjątkowo długi wstęp do opisu mojego nadmorskiego października i listopada miał przede wszystkim zarysować istotny dla mnie kontekst. W październiku skończyłam psychoedukację, na której dowiedziałam się wielu ważnych rzeczy, a wśród nich też czegoś szokującego. Otóż, szukając pracy, mogę wypisać sobie najpierw swoje własne wobec niej oczekiwania! Własne… oczekiwania! To był prawdziwy game changer, bo dotychczas – niezrażona przeróżnymi doświadczeniami – miałam w sobie jakąś niezrozumiałą uległość wobec ewentualnego przyszłego pracodawcy. Jak by z urzędu miał nade mną władzę. Szukałam w głowie usprawiedliwień, czemu nie chcę już pracować po dwanaście godzin dziennie. Czemu nie chcę pracować w niedziele i święta. Czemu, skoro nie mam dzieci, marzę o wolnych weekendach i pracy od poniedziałku do piątku do najwyżej 16:00. Bo dzieci to już jakiś argument, a troska o higienę psychiczną to tylko synonim lenistwa. I tu z pomocą przyszła psióreczka, którą przy szukaniu pracy muszę brać przecież pod uwagę, ale zrobiła to w nieco bardziej złożony sposób. Pokazała mi, że przy swojej reaktywności i poważnych traumach, jakich doświadczyła przed trafieniem do nas, potrzebuje silnych i zrównoważonych opiekunów. Nie kogoś, kto się nią zasłoni, szukając pracy, tylko kogoś, kto szukając pracy uwzględni najpierw swoje własne potrzeby. Kogoś, kto będzie wiedział, jak uszczęśliwić siebie samego, bo dopiero wtedy będzie mógł się zabrać za uszczęśliwianie jej!

fot. Bożena Szuj

🍁 Taka Warszawa

fot. Bożena Szuj

W październiku przyszedł trudny moment mojego psiacierzyństwa i pewien rodzaj inicjacji dla Żuli. Wyjechałam na weekend do Warszawy. Sama. Już raz jedno z nas wyjechało na dwa dni – Partner w środku sezonu. Żulinka była lekko zaniepokojona i trochę markotna, ale całkiem nieźle zniosła to krótkie rozstanie. Jednak – niczego nikomu nie ujmując – ja to ja. Mama to mama. Ja byłam zawsze. Pojawiłam się w jej życiu kilkanaście godzin po Partnerze (odbierał ją sam z Kutna), ale kiedy już się pojawiłam, byłam z nią każdej nocy. Oczywiście w trakcie mojego pobytu w Warszawie została pod najlepszą możliwą opieką, bo Partnera, ale jednak nie było mnie przy niej przez dwie noce.
Serce mi się krajało, kiedy dowiadywałam się o jej piszczeniu i zagubieniu. Albo o tym, że zaczepiała kobiety podobne do mnie z tyłu (siwe lub z włosami w kolorze platyny) i gdy orientowała się, że to nie ja, wydawała się rozczarowana. Nie mogłam znieść, że nie da się jej wytłumaczyć, że ja niedługo wrócę. Ona zresztą rozumie słowo „wracać”, ale niestety czas przyszły to dla niej abstrakcja nie do przeskoczenia. Za każdym razem, kiedy Partner gdzieś wyjdzie i tłumaczę jej, że „zaraz wróci”, zbiega sprawdzić, czy już wrócił i patrzy na mnie z wyrzutem, jak bym ją oszukała. Będąc w stolicy i rozmawiając przez komunikator z Partnerem, pokazywałam się jej w kamerce, ale nie wiem, czy to nie spotęgowało jej smutku. Krytycznym momentem był ten, w którym sobie uświadomiłam, że nie dam rady tego znieść. Byłam skłonna wsiąść w pociąg i od razu wrócić, żeby tylko nie czuła się przeze mnie opuszczona. Przecież o tym, że wrócę, dowie się dopiero wtedy, kiedy wrócę. I tu musiałam się zmierzyć nie tylko z rozpaczą własną, ale też lodowatą pustką, w którą wcisnął mnie brak wsparcia i zrozumienia. Musiałam się mierzyć z wypowiadanymi wielokrotnie, więc i po jakimś czasie niecierpliwie stwierdzeniami, że nic jej nie będzie, albo że się musi przyzwyczaić, zupełnie, jak bym sama tego nie wiedziała. Jak by racjonalność była lekiem na ból duszy.
Szybko przypomniało mi się niezrozumienie, z jakim spotykałam się u dorosłych, kiedy, pracując w szkole, przeżywałam wraz z dziećmi ich problemy.

To przecież tylko lalka

– mówili ze śmiechem

To nieprawda. To nigdy nie jest „tylko lalka”. Tak jak, nieco później, to nigdy nie jest „tylko koniec pierwszej miłości”, „tylko utrata pracy”, „tylko rozwód” czy „tylko trzydniowe rozstanie z psem”. Nie płaczemy z powodów błahych, nawet jeśli nasze łzy są następstwem wydarzenia pozornie błahego. Płaczemy najczęściej z powodu niemocy, samotności, pustki, utraty bądź braku. Dlatego płakał też mój pies, a ja – choć 345 km dalej – razem z nim. Nikt z nas nie wie, co w tak pokiereszowanym psychicznie zwierzątku wywoła kolejną traumę i kiedy jest odpowiedni czas na taki krok, jak dłuższa rozłąka. Może zrobiłam to zbyt wcześnie. Nigdy się tego nie dowiem. Wiem natomiast, że niedługo po moim przyjeździe okazało się, że przeszła kolejną urojoną ciążę.
Kiedy jednak udało mi się choć na chwilę odciąć myślami od zdezorientowanego pieska i lęku separacyjnego, który mnie złapał i nie chciał puścić, miło spędziłam czas. Odwiedziłam mamę, zobaczyłam słynną w artystycznych kręgach Kaliską (mój rodzinny dom i miejsce wielu fantastycznych przyjęć, na których tata brylował w roli kucharza) po dużym i imponującym remoncie. Spotkałam się z długo niewidzianym znajomym, a także zobaczyłam uroczą wystawę Józefa Chełmońskiego w Muzeum Narodowym. A sama Warszawa… cóż. Z pewnością jest miastem magicznym. Za każdym razem w magiczny sposób zmienia mnie z pięknej, pewnej siebie, dobrej i przebojowej dziewczyny w dziewczynę grubą, niezgrabną i wyzywającą. W złego, egoistycznego, wywyższającego się człowieka i generalnie życiowego nieudacznika. Zakładając oczywiście, że faktycznie jesteśmy tym, jak postrzegają nas inni ludzie. Jeśli są na świecie miejsca, która mogą nam podładować akumulatory, dla mnie Warszawa jest właśnie takim miejscem, tylko że na odwrót. Mam wrażenie, że nie dość, że mi za każdym razem akumulatory rozładowuje, to dodatkowo jeszcze podkrada paliwo z baku.
W jakimś sensie na pewno dobrze było wyjechać, ale jeszcze lepiej było wrócić. Żuli, widząc mnie, doznała szoku, który zmienił ją na kilka dobrych sekund w nieruchomą psią bryłę. A potem popuściła z radości. Jeszcze nigdy żaden mocz mnie tak nie wzruszył. Inna sprawa, że też nikt wcześniej nie oddał go na mój widok.

fot. Bożena Szuj

🍁 Moje miasto?

fot. Bożena Szuj

Już dawno pisałam o swoim zachwycie Trójmiastem, a w szczególności Gdańskiem. Kiedy cztery lata temu po raz pierwszy odwiedziłam swojego Partnera w jego gdańskim domu z tym słynnym garażem opisanym w „Sclavusie”, w którym rodziło się nowofalowe Sni Sredstvom Za Uklanianie, a potem kultowy zespół Miłość, pomyślałam, że chciałabym tu kiedyś zamieszkać. Nie pomieszkiwać w sezonie letnim, jak w kolejnych latach miałam w zwyczaju, ale po prostu zamieszkać. Zabezpieczyć strome schody przed ewentualnym dzieciątkiem lub/i psem i uwić tu z Partnerem rodzinne gniazdko. W tym niesamowitym domu z historią i ogrodem położonym w najpiękniejszej części świata – starym Wrzeszczu.
Marzenia to jednak marzenia. Są bezpieczne, dopóki umiejscowimy je w czasie przyszłym. W przypadku marzenia o zamieszkaniu tutaj, oddalenie jego realizacji w czasie, uczyniłoby tę realizację znacznie bardziej luksusową. W nieokreślonej przyszłości miałabym szansę zamieszkać w domu podczas późnej jesieni, a potem zimy ogrzewanym. Tymczasem przez nieoczekiwany splot wydarzeń, pewnego dnia Partner zapytał mnie wprost:

– A czy Ty widziałabyś możliwość przeprowadzenia się tutaj na zimę?

W tym miejscu warto zaznaczyć, że Partner tak czy tak w Zakopanem w zimie musi bywać, więc moja przeprowadzka do Gdańska oznaczałaby też naszą chwilową rozłąkę (lub trochę krótsze „rozłąki”).

Pytanie, którego przecież od dawna wyczekiwałam, wprawiło mnie w autentyczne przerażenie. Z jednej strony oczywiście, że chciałam. Z drugiej – przecież ten czas był czasem zakopiańskim. Tęskniłam nie tylko za przyjaciółką, ale też za przytulnym mieszkankiem, za biurkiem skrojonym na moje pisarskie potrzeby. Za fotelem, w którym lubię czytać, za lampą, przy której lubię w tym fotelu czytać. Za kuchnią z tylko jednym palnikiem, ale za to wygodną i budzącą moją kulinarną kreatywność. Nie mówiąc rzecz jasna o ciepłej kurtce, zimowych butach, czapkach, rękawiczkach i szalikach, za którymi zdecydowanie tęskniłam najbardziej już od pierwszych dni lodowatego października. No i… szukałam przecież pracy. W Zakopanem, nawet jeśli nie znalazłabym nic stałego i bardziej ambitnego, miałam przemiłe zaproszenie od koleżanki do pracy sezonowej, w której przebidowałam już kilka srogich zim.
Po przespaniu się z tym tematem i kilku rozmowach z Partnerem, strach ustąpił. Do Zakopanego można przecież wpaść po ubrania zimowe, ulubiony fotel i lampę. (Z biurkiem trudniej, ale udało się coś satysfakcjonującego zorganizować na miejscu.) Rynek pracy w Gdańsku jest większy i z pewnością łatwiej będzie mi znaleźć coś w zawodzie, a z przyjaciółką i tak mam przecież intensywny kontakt telefoniczny. Pozostała kwestia zimy w nieogrzewanym domu. Tej nie umiemy jeszcze rozwiązać, ale na horyzoncie majaczy kilka pomysłów. Mały elektryczny grzejnik na razie się sprawdza.

fot. Bożena Szuj

🍁 Marność, marność w Zakopanem

fot. Bożena Szuj

W Zakopanem mieliśmy spędzić tydzień, ale już pierwszego dnia po przyjeździe stwierdziliśmy, że chcemy jak najszybciej wracać. Choć przyłapałam siebie samą na małej tęsknocie za swoim podhalańskim światkiem, jednak wyjątkowo długi czas spędzony w cywilizacji sprawił, że trudno mi było wrócić do tego, co chyba wyłącznie z przyzwyczajenia wcześniej tolerowałam.
Jest takie powiedzenie:

W Zakopanem prawo się nie przyjęło.

I – jak już się skończymy śmiać – łatwo zaobserwujemy, że to niestety nie żart. Bogobojni górale, uwieczniani na fotografiach i filmikach na ogół w pozycji klęczącej przed figurami, obrazami bądź ludźmi, nie rozumieją na czym polega taki zwykły, prosty, codzienny i niemedialny szacunek do bliźnich. Może ewentualnie mają go odrobinę do tych kanonizowanych, ale to już po ptakach, bo tamci nie żyją. Nie możemy z Partnerem uwierzyć, że miasteczko, które żyje z turystów, może rok w rok oddawać im do użytku kompletnie nieodśnieżane, oblodzone chodniki, a raczej te ich skrawki, na których nie uformowały się śnieżne zaspy. I nie mam na myśli jakichś małych zapomnianych przez najstarszych górali dróżek. Mówię o ulicach największych, m.in. Krupówkach, po których w brzydszy, ale cieplejszy zimowy dzień nieraz brodziliśmy w brudnej śniegowej papie aż po łydki. Słyszałam różne wyjaśnienia. A to, że właściciele budynków są odpowiedzialni za odśnieżanie, a nie władze miasta. A to, że  przy tak potężnych opadach śniegu nikt ze skutecznym odśnieżaniem nie nadąży. To ostatnie byłoby usprawiedliwieniem, gdyby na ogół śnieg padał od rana do wieczora przez kilka dni z rzędu, a miasto odśnieżało chodniki i skuwało z nich lód regularnie dwa razy w ciągu doby. No nikt normalny by się nie czepiał. Natomiast jeśli tak obfite opady są od wielu lat raczej rzadkością, a od listopada do marca rokrocznie ten sam chodnik przy jednej z większych zakopiańskich ulic zmienia się w lodowisko ukryte pod mniejszą lub większą warstwą śniegu, z drobnymi przerwami na temperatury dodatnie, a przy halnym zaczyna pełnić honory ostatniej drogi, to coś tu jest zdecydowanie nie halo.
Trudno też żyć z turystów, kiedy uważa się ich za irytujące dodatki do wyczekiwanych dutków. Kilka lat temu w okresie świątecznym podczas silnego halnego wielka przystrojona choinka dekorująca Krupówki spadła na grupę Węgrów, raniąc jedną osobę, która w konsekwencji trafiła do szpitala. Na moją szczerą troskę o stan zdrowia choinkowej ofiary i zadeklarowaną nadzieję na to, że otrzyma szybko jakieś zadośćuczynienie od miasta, usłyszałam pełne wzburzenia:

Kto normalny wychodzi z domu podczas halnego i staje pod choinką?!

No, głupi turyści oczywiście! Ci sami, którzy nie wiedzą, że w góry nie idzie się w klapkach lub trampkach, albo że im wyższy szczyt, tym zimniej, więc wybierając się w góry, warto wrzucić do plecaka oprócz wody, również cieplejsze ubrania, a czasem nawet czapkę i rękawiczki, mimo że w mieście jest dwadzieścia stopni na plusie. Ci sami głupi turyści, którzy stołują się w karczmach i restauracjach na Krupówkach (bo przecież wiadomo, że tam się nie je), mylą jakikolwiek krzyż na jakiejkolwiek górze z krzyżem na Giewoncie (co bywa faktycznie zabawne), czy zadają w okienku kasy pytania, choć odpowiedzi na nie mają wydrukowane i powieszone na wysokości wzroku. Ta wyśmiewana przez górali „głupota” tak naprawdę jest:

  • brakiem wiedzy o górach, z którymi czasem stykają się po raz pierwszy w życiu
  • naiwną wiarą w to, że na ulicy, która jest wizytówką Zakopanego, restauratorzy nie planują ich pozatruwać (swoją drogą nie jest prawdą stwierdzenie, że na samych Krupówkach nie ma przynajmniej kilku przyzwoitych restauracji – nie pytajcie dlaczego, ale swojego czasu miałam przecieki z Sanepidu)
  • pewną dezorientacją i bardzo klasyczną reakcją mózgu na zbyt dużo bodźców.

Mieszkałam w Zakopanem czternaście lat. Obserwowałam to miasto również w nielicznych w roku momentach, kiedy pozostawali w nim sami mieszkańcy. Naśmiewający się z nieczytających kartek turystów zakopiańczycy do pobliskiej Biedronki regularnie wchodzą „wyjściem”, a wychodzą „wejściem”, nie mówiąc już o tym, że wchodzący pchają się na wychodzących, jak by nigdy nie słyszeli o całkowicie logicznej i obowiązującej zasadzie

najpierw wylazł, potem wlazł!

Nie zamierzam jednak też wymyślać bajek o reprezentujących szczyt kultury, klasy i obycia odwiedzających Zakopane turystach. No nie. Od lat ich kulturalny poziom drastycznie spada, dopasowując się do obecnych zakopiańskich standardów. Innymi słowy, ciągnie swój do swego. (Sytuację ratują przyjeżdżający od kilku lat turyści muzułmańscy, cieszący się tanimi połączeniami, nowymi dla siebie krajobrazami oraz… deszczem, z którym nie mają u siebie styczności.) Czasy, w których Zakopane przesiąknięte było duchem Modrzejewskiej, Witkacego, Szymanowskiego, Karłowicza, Żeromskiego czy Kasprowicza, już dawno przeminęły. Ludzie, którzy Zakopane autentycznie kochali, przyjeżdżając tam po latach, doznają szoku.

– Już nigdy więcej tu nie wrócę

– stwierdzają z wielkim smutkiem,

a potem odkrywają uroki Witowa, Kościeliska czy Murzasichla i omijają Zakopane szerokim łukiem.
Na turystów głośnych, pijanych, roszczeniowych, chamskich i nieobliczalnych Zakopane ciężko sobie zapracowało. I jest to dosyć naturalna kolej rzeczy. Wspominane z sentymentem dawne Zakopane przyciągało artystów ze względu na przepiękne położenie, magię otaczających miasteczko Tatr, ale też na pewną fascynującą surowość i autentyczność prostych górali, wyczuwalną również w ich intrygującym folklorze. Trudno jednak oczekiwać, że kolejne pokolenia górali odetną się od cywilizacji i będą za dnia tłumnie pasać owce, a wieczorami grywać dla przyjemności w góralskich kapelach. Żyją w miasteczku turystycznym, więc ich podstawowym źródłem utrzymania są turyści. Folklor jest bardzo opłacalną walutą, a jego autentyczność wymaga nakładów pracy i czasu. Czas to z kolei pieniądz, więc nikogo nie powinny dziwić wciskane turystom tanie pseudogóralskie szyte w Chinach szale (podczas gdy autentyczne części tradycyjnego góralskiego stroju są kosmicznie drogie), czy cały ten pstrokaty badziew sprzedawany na wielkim, smutnym i brzydkim jarmarku, jakim stały się Krupówki (ustawa krajobrazowa niczego niestety nie zmieniła). I tu również pojawia się kwestia szacunku. Gdyby był wbudowany w moralny góralski szkielet, uchroniłby pamięć przodków, nadwyrężoną Planetę oraz zachwyconych górskim klimatem nieco naiwnych, czy też niezorientowanych turystów przed zalewem plastikowego śmiecia sprzedawanego przymiotnikiem „góralskie”. Ale wbudowany niestety nie jest. Występuje rzadko i raczej pojedynczo. Dlatego już mnie nawet nie dziwi, że absurdalnie drogimi samochodami zakopiańczycy regularnie prawie rozjeżdżają przechodniów. To z pewnością wina tych ostatnich – w końcu kto normalny przechodzi na pasach przez ulicę, którą jedzie zakopiańczyk?
Jeśli ktoś zastanawia się, skąd niektórzy mieszkańcy niezbyt bogatego Podhala mają pieniądze na absurdalnie drogie samochody, mogę tylko podpowiedzieć, że jeszcze nigdzie w Polsce nie spotkałam się z przyzwoleniem na kantowanie na podatkach na taką skalę, jak tutaj. Jedna rzecz to powszechność pracy na czarno (którą nawet proponują prowadzonym przez siebie bezrobotnym urzędnicy z Urzędu Pracy), druga to zaniżanie zarobków na umowie, a trzecia – niewystawianie lub nieczęste wystawianie paragonów klientom. O to pracodawca, jeśli jest fajny, często prosi swojego pracownika. Jeśli jednak nie jest – nakazuje mu to. Na to wszystko jest gigantyczne przyzwolenie.
W jednej z prac, które wykonywałam, moje biuro sąsiadowało z pewną pizzerią, do której regularnie przychodziłam na przerwę. Zdążyłam poznać i polubić pracowników. Byli zobowiązani przez szefową do niewystawiania paragonów, bo w razie czego wolała zapłacić mandat. Miała zresztą z czego. Nie musiało jej dobrze iść w pizzerii, bo prowadziła równolegle dom publiczny pod szyldem masażu tajskiego. Pech chciał, że jeden z jej pracowników marzył o dostaniu się do służb mundurowych, a mandat od skarbówki (nawet jeśli nie musiał go zapłacić z własnej kieszeni) pokrzyżował mu plany. Wychwalałam w myślach swoją szefową, która bardzo nas na konieczność wydawania paragonów wyczulała. Potem dostałam od niej PIT roczny, z którego wynikało, że zarobiłam u niej tylko ⅓ tego, co faktycznie zarobiłam (mając umowę, w której podana jest stawka godzinowa i nikt do końca nie wie, ile godzin przepracuje w miesiącu, bardzo łatwo w taki sposób okraść nie tylko wszystkich podatników, ale też samego pracownika).
Pracując na Gubałówce, obserwowałam, jak pobliskie stoisko puszcza cynk pozostałym, za każdym razem, kiedy pojawia się tam kontrola ze skarbówki (maksymalnie dwa razy podczas sezonu). Wtedy inni wyjmują w popłochu kasy fiskalne, przecierają z nich kurz i uczą się ich obsługi. (No dobra, tu przesadziłam. Znają ją, na taki właśnie wypadek.) Kiedy ktoś czasem zapyta:

Gdzie są nasze podatki?

nie zważając na to, że pytanie było retoryczne, odpowiadam:

W Zakopanem!

Wisienką na torcie jest zakopiańskie podejście do ekologii, a w szczególności do problemu smogu. Wielokrotnie spotykałam się z głębokim przekonaniem, że winne są samochody, ale tylko przyjezdnych. A już najbardziej te na warszawskich rejestracjach. (Nie na przykład sąsiad palący w piecu kaloszem na zmianę z podkładem kolejowym.)
I oczywiście nie wszyscy są tacy. Strajk Kobiet Podhale pokazał, że to w młodych kobietach Podhala tkwi największa siła, jednak czy zechcą tu zostać i uwrażliwiać tę specyficzną społeczność? Czas pokaże. W tej chwili jeden wspaniały Krzysztof Trebunia-Tutka nie zdoła w pojedynkę odkręcić tego wizerunku.

fot. Bożena Szuj

🍁 Szkoła – podejście drugie

fot. Bożena Szuj

Kiedy już postanowiliśmy, że w sezonie zimowym zostanę w Gdańsku, moje szukanie pracy ograniczyło się do tego miasta. Sporządziłam, wg wytycznych pani od psychoedukacji, listę swoich własnych wobec nowej pracy wymagań. Oprócz tego zaznaczyłam sobie, gdzie mogę się ugiąć, a gdzie na pewno nie. O ile na przykład wolałabym jeździć do pracy krócej niż dłużej, ale mogę być w tym punkcie elastyczna, o tyle absolutnie nie wyobrażam już sobie pracy zmianowej, zmian nocnych, czy ponad ośmiu godzin pracy dziennie. Nie wyobrażam sobie też weekendów pracujących, ani głodowej pensji (smaczki, karma i przede wszystkim weterynarz nie opłacą się same). Umowa inna niż o pracę nie wchodzi w grę, ale już ciekawa propozycja za ½ lub ¾ etatu zostałaby wzięta przeze mnie pod uwagę, mimo że marzeniem byłby cały etat. No i – the last but not least – żadnych przewałów w umowie. Odzyskałam głos, odzyskałam sprawczość, chociaż prawdopodobniej zawsze je miałam, tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Najpierw w ogłoszeniach o pracę na stronie Trójmiasto.pl  wpisałam w wyszukiwarkę hasło „nauczyciel”. Wyskakiwały liczne oferty pracy w przedszkolu. Zaczęłam nawet rozważać studiowanie pedagogiki wczesnoszkolnej, aż nagle doznałam olśnienia.

Po co zdobywać nowy zawód, skoro mam już jeden, w którym mogłabym w tym momencie podjąć pracę?

Lęk, który mnie na tyle lat zupełnie zamroził, nagle i niespodziewanie mnie opuścił. Jestem redaktorką i pisarką, ale też… nauczycielką polskiego. I właśnie zamieszkałam w cywilizowanym mieście. Nieśmiało wpisałam w wyszukiwarkę hasło „nauczyciel języka polskiego”. Wyskoczyło kilka ciekawych ofert, ale jedna biła inne na głowę. Praca w szkole podstawowej Montessori. Potrzebny nauczyciel w klasach od czwartej do szóstej. Doświadczenie nie jest wymagane. Ogłoszenie dodane dzisiaj. Był piątek, późna godzina nocna. W sobotę aplikowałam, a w poniedziałek zanim zdążyłam zadzwonić i zapytać, czy moje CV dotarło, odebrałam telefon… z tej szkoły właśnie z zaproszeniem na rozmowę.
Już pod koniec listopada wiedziałam, że zaczynam pracę w grudniu. Miałam więc czas na przyjazd do Zakopanego i zabranie stamtąd swojego zimowego życia. Czy mocno nerwowa tam Żulinka, podczas wycierania jej łapek, wierzgnęła tak niefortunnie, że głową nabiła mi odstającego na centymetr małego siniaka pod okiem, który po okładach z lodu się rozlał, więc wracając z Podhala, wyglądałam jak typowa ofiara przemocy domowej? Tak. Czy w związku z tym mój i tak już stresujący pierwszy dzień pracy rozpoczął się przed godziną 5:00, bo zamiast lekkiego makijażu dziennego musiałam sobie zrobić całą charakteryzację? Również tak. Choć oczywiście ta, mimo że czasochłonna, niczego specjalnie nie wniosła. Siniak do dzisiaj zupełnie jeszcze nie zniknął.
Pewnym wyzwaniem jest rzeczywiście wstawanie najpóźniej o 5:30. Kiedy przed weekendem wymówiłam kompletnie absurdalną, jak na siebie frazę, mianowicie, że:

będę się mogła wyspać do 9:00,

przypomniała mi się jedna z moich ulubionych scen z „Zakonnicy w przebraniu”, w której główna bohaterka grana przez Whoopi Goldberg wierci się przez całą noc na swojej pryczy, a kiedy wreszcie udaje się jej zasnąć, wpada do niej pocieszna uśmiechnięta zakonnica i oznajmia:

– Już piąta, siostro śpioszko!

Ale da się do takiego rytmu przywyknąć. Niewiarygodna jest dla mnie natomiast panująca w tej szkole atmosfera. Mądrzy i przyjaźnie nastawieni dorośli, wyjątkowo dojrzałe dzieci. Rozmawianie z nimi o emocjach, jako norma. Nacisk na to, żeby nie pracować po godzinach. W ramach całego etatu siedmiogodzinny dzień pracy. W ciągu tygodnia pięć dni. Wreszcie praca, do której idę z prawdziwą przyjemnością. Wyjątkowo silnego przeziębienia, na które zapadłam tydzień po swoim Partnerze, nie udało się niestety wyleczyć domowymi metodami przez weekend. Z duszą na ramieniu udałam się w poniedziałek do lekarza, który wypisał mi L4 do końca tygodnia. Oczywiście czułam się z tym wyjątkowo niezręcznie i źle. Bo przecież jak to będzie wyglądało, co o mnie pomyślą, czy już teraz to na pewno nie przedłużą mi pierwszej próbnej umowy. Ale przyłapałam się na tym, że najsilniej odczuwam… smutek, że w tym przedświątecznym tygodniu nie mogę w życiu szkoły uczestniczyć. Że nie wysłuchałam świątecznego koncertu, nie było mnie na Wigiliach klasowych, opuściłam Wigilię nauczycielską, a także ominie mnie jutrzejszy tradycyjny spacer po lesie zakończony ogniskiem. Boję się zapeszyć, boję się napisać cokolwiek nie w porę, ale… chyba jestem naprawdę szczęśliwa.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser będę niestety przewidywalna. Tymon Tymański najpierw skradł moje lato książkowym arcydziełem „Sclavus”, by następnie skraść też moją jesień doskonałą płytą „Republikacje”. Obiecuję, że jej recenzja pojawi się tu niebawem.

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kapusta zasmażana z kurkumą, ciecierzycą i marynowanymi pieczarkami

fot. Marianna Patkowska

Oswajanie się z jesienią idzie mi w tym roku niezwykle opornie, ale pomagają mi w tym antydepresyjne aktywności. Jedną z większych – oprócz czytania – jest dla mnie gotowanie. Gotowanie dla bliższych i dalszych. Gotowanie dań zjadanych wspólnie, jak i tych robionych do słoiczków na wynos. W tym roku na Wszystkich Świętych w naszym domu nie zabrakło kolejnego wariantu zupy dyniowej (od wielu lat świecka tradycja) oraz… nowej odsłony kapusty zasmażanej.

fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:

– ¾ główki białej kapusty
– 4 duże marchewki
– 3 cebule
– 2 liście laurowe
– 50 dag kapusty kiszonej
– 200 g gotowanej ciecierzycy
– garść marynowanych pieczarek
– kminek suszony cały
– lubczyk suszony
– ziarna kozieradki
– papryka słodka wędzona mielona
– majeranek suszony
– kurkuma suszona
– sos sojowy
– pieprz
– pół kostki masła
– mąka

fot. Marianna Patkowska

PRZYGOTOWANIE:

Poszatkować białą kapustę i gotować w dużym garnku, dodając obrane i pokrojone w kostkę marchewki oraz cebule z liśćmi laurowymi.

fot. Marianna Patkowska

Po 20 minutach dodać pokrojoną drobno kapustę kiszoną z sokiem, gotowaną ciecierzycę (również z sokiem),

fot. Marianna Patkowska

posiekane drobno pieczarki,

fot. Marianna Patkowska

garść kminku, garść lubczyku, garść ziaren kozieradki, garść papryki słodkiej wędzonej, garść majeranku, garść kurkumy, kilka kropli sosu sojowego i odrobinę pieprzu. Gotować wszystko na wolnym ogniu ok. godziny, od czasu do czasu mieszając. W razie potrzeby dodać więcej przypraw.

fot. Marianna Patkowska

W małym rondelku rozpuścić masło i powoli dosypywać mąkę, cały czas mieszając. Do gęstej masy powoli wlewać sos z kapusty, również ciągle mieszając. Gotową zasmażkę wlać do kapusty i wszystko porządnie wymieszać. Najlepsza jest po kilku dniach gotowania. Można ją z powodzeniem mrozić.
Idealnie pasuje do ziemniaczanego purée i kotletów z sera lub panierowanych steków z kalafiora, ale jest równie wyborna z pajdą świeżego chleba z masłem!

fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser łączę piosenkę Republiki „Tak… Tak… To Ja” w instrumentalnej wersji Kwartetu Śląskiego (aranżacja Stefan Sendecki). Łączę ją, bo cała moja jesień muzycznie związana jest z Republiką, a mówiąc ściślej, znakomitymi „Republikacjami” Tymona Tymańskiego – płytą, o której napiszę niebawem i którą z każdym wysłuchaniem kocham coraz mocniej. Ona z kolei przypomina mi o wydanej w 2005 roku płycie „Republique” – wciąż upieram się, że najlepszego polskiego, ale również (wybacz, Kronosie) światowego kwartetu – Kwartetu Śląskiego. Mam do niej ogromny sentyment i sympatię.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

SyrenNi, czyli (od)blaski i (od)cienie września

fot. Bożena Szuj

Maj, czerwiec, lipiec i sierpień nad morzem były dla mnie jak bal dla Kopciuszka. Wrzesień za to nastał, jakby na zegarze wybiła północ. Zrobiło się nieprzyjemnie i zimno, a mnie pokonało wyjątkowo dokuczliwe przeziębienie. Szybko się zresztą okazało, że mimo ujemnych wyników testu, był to wlekący się za mną od połowy sierpnia Covid, wzięty przeze mnie w połowie sierpnia za krótką i niegroźną jelitówkę, a ostatniego dnia sierpnia za grypę, choć przez bity miesiąc (aż do połowy września) nie opuszczały mnie okrutne mdłości. Kiedy wreszcie ustąpiły, przypomniały o sobie dawne dobre bóle pleców. Tym razem lędźwiowe i krzyżowe naraz. Jednym słowem, niezłe kombo. Trzymały mnie do października. Wraz z ich ustąpieniem, ustąpił też niedawny entuzjazm związany z czterdziestymi urodzinami, które będę obchodzić za niecały rok.
No a tym, co trzeba o moich wspaniałych lekach na ADHD wiedzieć (oprócz tego, że są pochodną amfy i że nie mogę w trakcie ich przyjmowania spożywać ani kawy, ani alkoholu, ani żadnej innej rzeczy, która jego jest) jest to, że nie lubią się również z wszelkiego typu chorobami. I to zarówno z samymi chorobami, jak i ich leczeniem. Mówiąc najogólniej, nie są wtedy przewidywalne, więc wraz z wrześniem, nastał u mnie wielki dół.

fot. Bożena Szuj

Tęsknota za latem

fot. Bożena Szuj

Nie wiem, co się ze mną stało. Z tą melancholijną dziewczyną, która przedstawiała się napisanymi dla niej i o niej słowami Jeremiego Przybory:

[…] Wiosennych dziewcząt pełno
i letnich tyle ładnych.
JesienNą jestem jedną,
zimowych nie ma żadnych. […]

– „Jesienna dziewczyna” Jeremi Przybora

Gdzie podziała się dziewczyna gardząca wiosną, którą mogłaby w całości przespać, lubiąca odbijające się w pokrywających świeży śnieg kryształkach lodu słońce, ciesząca się na lato, z którym utożsamiała raczej greckie eskapady i kochająca złotą polską jesień; jesień, która ją odzwierciedlała. Najwyraźniej ta dziewczyna zniknęła już dwa lata temu. Dopadła ją jesienna deprecha i potrzeba ciepła oraz słońca.
To nie tak, że lata nie lubiłam, ale też nie byłam jego przesadną fanką. Kiedy mieszkałam w Warszawie, lato w mieście jawiło mi się, jak najgorsza katorga, a Zakopane – do którego zawsze w lecie jeździliśmy – również przesadnymi temperaturami nas nie rozpieszczało. Pozostawały tygodniowe lub dwutygodniowe wyjazdy nad polskie morze, kiedy byłam dzieckiem, a od wczesnej młodości ukochane greckie Thassos i życie całkiem inne od tego warszawskiego, a potem zakopiańskiego. Upały możliwe do wytrzymania przez suchość powietrza, miłość, seks, alkohol, mnóstwo śmiechu i fajnych ludzi dookoła. Ale jednak jesień zajmowała w moim sercu miejsce szczególne. Od dwóch lat jesieni się boję, bo choć, owszem, piękna, atakuje mój mózg potężnym energetycznym zjazdem, odbiera dopaminę i generalnie pogarsza samopoczucie. W tym roku było to tak trudne, bo znakomicie ustawione leki nagle… przestały działać, jak dotąd. I niemal w tym samym momencie przyszło jakieś gigantyczne ochłodzenie. Poczułam, że nie jestem gotowa na długie spodnie. To idiotyczne, ale trzymałam się tych krótkich kurczowo. Zrozumiałam nagle naszą gdańską przyjaciółkę, która, kiedy spotykaliśmy się w jej ogródku cali mokrzy od potu, mimo wziętego przed wyjściem prysznica, powtarzała, że choćby umierała z gorąca, nigdy nie powie, że tęskni za jesienią, albo że chciałaby końca lata. Jej argumentacja była bardzo logiczna:

Mamy tak mało słońca w roku, że jak w końcu jest ciepło i słonecznie, cieszmy się z tego, nawet jeśli powoduje to jakąś chwilową niewygodę.

Wtedy nie bardzo przemawiały do mnie jej słowa. Dziś podpisuję się pod każdym obiema rękami. Miesiące ofiarowujące nam więcej światła dziennego, zalewające nas upałem, zdejmujące z nas niepotrzebne warstwy ubrań, nieco nas rozleniwiają i dystansują od tego, co ważne i poważne. Od tego, co trudne i przesadnie serio. Czy jest to prawda obiektywna? Oczywiście nie. Najszczęśliwszymi ludźmi na świecie są Skandynawowie, a nie można im zarzucić pławienia się w nadmiarze słońca. Szczęście to po prostu wewnętrzna umiejętność bycia szczęśliwym. Umiejętność wrodzona, albo wypracowana. Być może to, że od dwóch lat moje jesienie stały się dla mnie bardzo psychicznie trudne do wytrzymania, a także dobranie w końcu odpowiednich leków przypadające na czerwiec sprawiło, że wiosna i lato dały mi cudowny haj, z którym wcale nie byłam gotowa się rozstawać.

fot. Bożena Szuj

Kopciuszkiem być

fot. Bożena Szuj

Moja osobista relacja z własnym ciałem, urodą i seksualnością zawsze była trudna, a w każdym razie nigdy spójna. Potrafiłam wpadać ze skrajności w skrajność, stojąc przed lustrem i widząc raz (zdecydowanie rzadziej) boginię seksu, a raz (zdecydowanie częściej) wielką grubą bukę, choć nigdy nie byłam przecież ani tym pierwszym, ani tym drugim. Nie miałam co prawda problemów z jedzeniem – jeśli brakiem problemów można nazwać jedzenie absolutnie wszystkiego, wszędzie i o każdej porze, – ale przecież nie o realną idealność czy otyłość chodziło, a o moją własną głowę. Ponieważ byłam też zahukaną panienką z domu z fortepianem, bezrefleksyjnie łykałam wszystkie te wypada, nie wypada, zupełnie jak by moda mogła być czymkolwiek więcej niż tylko doskonałą zabawą poprawiającą samopoczucie. Owszem, bywa też sztuką (za każdym razem mam łzy w oczach, przypominając sobie znakomity dokument o Alexandrze McQueenie „McQueen”). No i oczywiście też swoim wyglądem jesteśmy w stanie wyrażać samych siebie, ale jeśli tego nie czujemy, nie musimy przecież tego robić. Nadawanie wyglądowi jakiejś przedziwnej rangi, farmazonami w stylu:

kobieta w jakimś wieku nie powinna pokazywać kolan/ramion/brzucha, ani mieć zbyt długich włosów, chyba że będzie je upinać w kok
kobieta ubrana „wyzywająco” jest „rozwiązła”
kobieta upodabniająca się swoim wyglądem do Barbie z pewnością jest głupiutka

– i wiele, wiele innych

jest zadziwiające. Tym bardziej, że przez długie lata czepiano się w ten sposób wyłącznie kobiet. Z niewiarygodną łatwością przyklejano im rozmaite etykietki jedynie z powodu tych ich fatałaszków, makijażu czy fryzur, które nie mieściły się w przygotowanych dla nich przez patriarchat szufladkach. Kiedy – stosunkowo niedawno – mężczyźni zaczęli podążać za modowymi trendami, przydarzyło się im to samo. Rzadko ktoś krytykował przykrótkie i zbyt obcisłe męskie rurki słowami:

Hehe, jakie to śmieszne!

Zdecydowanie częściej słyszało się natomiast, że są one „gejowskie” lub „pedalskie”. O co więc chodzi? O prymitywne założenie, że wygląd kobiety (oraz mężczyzny, który odstaje od przyjętych wzorców męskiego wyglądu) jest związany z odbiorem mężczyzny. Kobieta, która ma „wyzywający” styl (lub od czasu do czasu będzie się tak chciała ubrać, umalować i uczesać), szuka w ten sposób atencji mężczyzny, wygląda tak dla niego, wysyłając mu wiadome sygnały. W tej retoryce nie ma miejsca na lesbijki, kobiety aseksualne lub takie, które już albo po prostu nie szukają związku. W tej retoryce nie ma miejsca na kobiety, które do tego, by podobać się komukolwiek w sposób seksualny, używają swojego wewnętrznego seksapilu i intelektu, a niekoniecznie mody, która raczej pomaga im czuć się ze sobą dobrze. Z tej retoryki wypływa przerażające i barbarzyńskie stwierdzenie, że jeśli kobieta została zgwałcona, to oczywiście przykro, ale właściwie sama jest sobie winna. Na własne uszy słyszałam zdziwienie mężczyzny niebywale kulturalnego i bardzo przeze mnie szanowanego, że:

jak to jest, że z jednej strony kobiety nie chcą, żeby im się nachalnie gapić w biust, a z drugiej, same zakładają na siebie ubrania z ogromnymi dekoltami, eksponując swoje wdzięki.

– w domyśle: trudno się nie gapić

To teraz zapnijcie pasy, bo wyjaśnię, jak to jest. Dla wielu będzie to wstrząs, ale niektóre kobiety z dużym biustem po prostu go lubią i mają ochotę go w rozsądnych dekoltowych ramach pokazywać. I już. Ot, cała historia. Absolutnie nie oznacza to jednak, że zwalnia to kogokolwiek z kulturalnego zachowania, a kulturalny człowiek (czy mężczyzna, czy kobieta), nie gapi się nachalnie w żadną część ciała swojego interlokutora, nawet jeśli widzi odrobinę więcej niż by chciał.

W tym miejscu przypomina mi się anegdota ze Zbigniewem Wodeckiem, którego dwadzieścia lat temu przedstawił mi mój wujek, a jego serdeczny kolega. Przyleciałam do Los Angeles do rodziny na wakacje. Wodecki miał koncert dla Polonii i podczas jednej z naszych licznych z wujkiem podróży po Stanach, zatrzymaliśmy się w San Diego na kawę u pana Zbigniewa. Kiedy przyszliśmy do jego apartamentu, akurat wychodził z basenu w kąpielówkach. Wytarł się ręcznikiem i zaprosił nas do ogrodowego stołu, zgarniając z krzesła swoje bieliźniane gacie, by dłuższą chwilę nimi żonglować. Owszem, był niewymowny gorąc, ale żywiłam jakąś cichą nadzieję, że jednak coś na siebie zarzuci. Nie zarzucił. I to nie byłoby najgorsze, gdyby nie późniejsze jego ustawienie się do obiecanego zdjęcia ze mną. W tym samym stroju… kąpielowym. Czy chciałam mieć zdjęcie z półnagim Wodeckim? Nie.
Po latach, kiedy poznałam Tymona Tymańskiego – a była to moja pierwsza u niego wizyta – również spytałam o możliwość wspólnego zdjęcia. Nie było problemu. Tymon zaproponował, żebyśmy z kuchni przenieśli się do ogrodu, i w tym momencie Bartek stwierdził:
– Tylko wiesz, Marianna ma zdjęcie z Wodeckim, na którym on jest w samych gaciach. Czy mógłbyś…
– Nie ma sprawy! – odpowiedział Tymon, rozumiejąc Bartka w pół słowa, a mówiąc to, już zdejmował spodnie. Tym sposobem mam zdjęcie z nim również w gaciach, ale za to w koszulce. Plus… z całym szacunkiem dla dorobku pana Zbigniewa, ale jednak Tymon to Tymon.

Wracając jednak do wątku ubioru, czy nie zauważam niestosowności niektórych strojów? Zauważam. Nigdy nie założyłam i prawdopodobnie nie założę najbardziej nawet eleganckich spodni do Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej, ani do Opery Narodowej. Nie założyłam ich też nigdy na żadną Wigilię. Kiedy pracowałam w biurze podróży i w lecie wchodzili do mnie panowie topless (nieczęsto, ale zdarzało się), grzecznie prosiłam, żeby się ubrali. Mój elegancki służbowy strój nigdy niestety sam do nich nie przemawiał. Nie przyszło mi jednak do głowy, żeby dorabiać jakąkolwiek filozofię do niestosowności czyjegoś stroju, czy niedopasowania go do sytuacji. Jedni nic o konwenansach nie wiedzą, inni mają je kompletnie w poważaniu, jeszcze inni znają je doskonale i świadomie z nimi pogrywają. Jeśli przeszkadza mi czyjś wygląd, godząc w moje poczucie estetyki, albo rozdrapując moją wewnętrzną ranę (nieustające poczucie, że ktoś mnie lekceważy – poczucie dziecka, które wierzy, że cały świat kręci się wokół niego), mam do wyboru albo:

  • przyjrzeć się z czułością samej sobie i uleczyć to, co domaga się uwagi
  • nazwać po imieniu mój prawdziwy, przykrywany troską o konwenanse problem
  • nauczyć się rozmawiać o nim z ludźmi, którzy mnie nieświadomie triggerują, a tym samym zadbać równocześnie i o moje, i o ich dobro

albo:

  • unikać tych, którzy wyglądają i myślą inaczej niż ja.

Drugie „rozwiązanie” jest nie tylko niezdrowe, ale też skazane na porażkę, bo nic absolutnie w nas nie zmienia. Tak, w nas. Inni ludzie są tylko lustrami. Jeśli coś w nich drażni nas na tyle mocno, że czujemy gniew (na ogół emocja przykrywająca tę właściwą), przeglądamy w nich swoje własne bolesne miejsca. I mamy szansę się uzdrowić, choć często zamiast tego wybieramy uznanie, że wina/odpowiedzialność leży po tej drugiej stronie.
Czy na tym opiera się patriarchalne usadzanie kobiet, od którego w tym rozdziale wyszłam? Nie. Patriarchat to system, który w centrum świata stawia konserwatywnego, średnio inteligentnego i mało wrażliwego mężczyznę. Dlatego nie ma w nim miejsca zarówno dla kobiet, które „rzucają się w oczy” wcale nie po to, żeby takiegoż zaciągnąć do łóżka, jak i nie ma go dla mężczyzn myślących i delikatnych. O przedstawicielach wszystkich płci o orientacji innej niż heteroseksualna już nawet nie wspominam. System ten skrzywił wielu całkiem rozsądnych mężczyzn nie na tyle jednak wrażliwych, żeby swoje uprzywilejowanie dostrzec. To oni mówili mi przy kawie, zgrywając mentorów i łypiąc na mój dekolt:

– Ale feministką, chłe, chłe, mam nadzieję nie jesteś.

Skrzywił też wiele myślących kobiet, które próbowały w jakikolwiek sposób zamanifestować swoją odrębność i inność od reszty kobiet. Zazwyczaj stawały się strażniczkami patriarchatu, by przypodobać się mężczyznom (pick me girls). Jak ja podczas tej kawy, kiedy odpowiadałam z dumą:

– Nieeee!

Dumą i lekkim rumieńcem, że na mój dekolt spojrzeli. A teraz to już na pewno zapunktowałam tym odcięciem się od feminizmu jeszcze bardziej.

Piszę o tym z ciarkami żenady na plecach. Udowadniałam tę idiotyczną tezę, że kobieta ubiera się dla mężczyzny. Tak, chciałam być zauważona. Chciałam być widziana. Ale czy na pewno przez mężczyzn? Czy to była potrzeba młodziutkiej, ale jednak dorosłej kobiety, którą mogliby zaspokoić jej mniejsi lub więksi adoratorzy, czy może potrzeba małego dziecka możliwa do spełnienia wyłącznie przez jego opiekunów?
Moja osobista relacja z własnym ciałem, urodą i seksualnością musiała być trudna, bo nigdy nie mogłam zostać z tym wszystkim sama. Ciągle ktoś mi się przyglądał. A to jakiś mężczyzna, a to kobieta – inna strażniczka patriarchatu, a to w końcu pan Bóg (zawsze obecny przy masturbacji dojrzewających nastolatków, za to konsekwentnie nieobecny podczas wszystkich wojen i rzezi). Tak skupiłam się na oczekiwaniach innych wobec siebie i swojego wyglądu, że nie miałam nawet możliwości zastanowić się, czego sama chcę. Jaką siebie lubię najbardziej. Co dodaje mi pewności siebie, co mnie zamyka. Co sprawia mi zwykłą przyjemność i frajdę, a co buduje między mną a światem jakiś trudny do przeskoczenia mur. Na szczęście czas, terapie, nieustająca autoterapia oraz wrodzona dociekliwość sprawiły, że zaczęłam powoli wychodzić z roli Kopciuszka i bosą stopą dotykać krainy normalności.

fot. Bożena Szuj

Kopciuszkiem nie być

fot. Bożena Szuj

Po terapii grupowej, opisywałam na blogu jedną z dwóch diagnoz, które usłyszałam: diagnozę histrionii. Dziś widzę, że o ile diagnoza obsesyjno-kompulsywnego zaburzenia osobowości w jakiś sposób wiąże się z moim ADHD, o tyle histrionia była źle postawioną diagnozą. Wielka szkoda, że całkiem niezły personel nowotarskiego szpitala nie odrobił lekcji o ADHD. Miałam okazję zasugerować jego dyrektorce, by wzięła pod uwagę takie szkolenie, również dla siebie – nie mogła mnie już dłużej leczyć właśnie ze względu na swoją niekompetencję w obszarze ADHD. Podziękowała. Liczę, że nie była to jedynie kurtuazja.
O histrionii wspominam dlatego, że cechuje ją pewna teatralność. Teatralność gestów, wypowiedzi oraz wyglądu. Dopatrywałam się jej u siebie w potrzebie stwarzania kreacji do sesji zdjęciowych przygotowywanych z myślą o kolejnych blogowych wpisach. Dziś, kiedy wiem już, że to nie histrionia, myślę, że bardzo, bardzo długo staczałam sama ze sobą walkę. Walkę opisanej wyżej zagubionej strażniczki patriarchatu z dziką kobietą, która chce być zauważona, ale na swoich własnych warunkach, nie porzucając przy okazji siebie. Trochę, jak podczas generalnych porządków na zabałaganionym strychu, każde swoje przekonanie brałam do rąk i przyglądałam się mu z każdej strony.

Czy ty jesteś moje, czy może wyuczone?
Czy już do ciebie dojrzałam, czy właśnie z ciebie wyrosłam?

Moje i te, do których dojrzałam odkładałam na jedną kupkę, wyuczone i te, z których już wyrosłam na drugą – rzeczy do natychmiastowej, choć tak naprawdę stopniowej utylizacji. Nikt już nie powinien ich mieć. Nawet ja kiedyś.
Moja rozpoczęta w czerwcu przygoda ze sprzedawaniem ubrań, których już z rozmaitych powodów nie będę nosić, zmusiła mnie do wielu zaskakujących refleksji. Na przykład o mój styl; czy go mam. A jeśli tak, to czy jest tylko jeden, no i w ogóle czy go mieć powinnam. Co lubię nosić, a w czym lubię się pokazywać, bo wbrew pozorom to dwie całkiem inne sprawy. W końcu często wyglądamy rewelacyjnie w czymś, co jest dla nas równie wygodne jak zbroja. No i też na odwrót – dosyć rzadko wyglądamy zjawiskowo w ciuchach super wygodnych. Ale właściwie czemu by nie spróbować? Wygodne są przecież nie tylko wytarte dresy. Moja tegoroczna sprzedaż fatałaszków i mocno przemyślane układanie trochę nowej garderoby (pobliska sieć lumpeksów z wyznaczonymi dniami w tygodniu, podczas których wszystko kosztuje tylko 6 zł – każdy sklep z sieci ma wyznaczony inny dzień – to coś fantastycznego!) jest ciągle znakomitą zabawą. Dotychczas wydawało mi się – o czym więcej pisałam w czerwcowym wpisie – że mogę swoją atrakcyjność zawiesić na kołku, czując się dobrze, ale niewyjściowo. Więcej, naprawdę wierzyłam w to, że bez makijażu jestem niemal niewidzialna, mimo że na co dzień naprawdę maluję się rzadko. Wierzyłam, że są jakieś dwie nNy: jedna wyszykowana, wymalowana, wystylizowana, prosto na koncert czy inNe wielkie wyjście, a druga w niemal ciągle tych samych domowych ciuchach bez makijażu, zbyt zwykła, by ją pokazywać jakoś szerzej. Z pewnością w pogodzeniu tych moich dwóch osobowości pomogła zdrowa relacja z kobietami, z którymi mogę porozmawiać o tych wszystkich niedostrzeganych często przez mężczyzn niuansach. Kobietami życzliwymi i serdecznymi. Kobietami, w których nie ma zazdrości czy zawiści. To bardzo dla mnie nowe. Nowe i piękne. Wszystkie się w końcu zmagamy z dniem złych włosów, gorszą cerą, przeróżnymi reakcjami organizmu na okres czy chorowaniem na konkretny kosmetyk lub ciuch. No powiedzcie, że nie! No i po co właściwie obarczać tym mężczyzn, którzy już są z siebie dumni, jak po kilku latach związku zapamiętają wasz kolor oczu? Odsłaniając się z tymi przyziemnymi urodowo-wyglądowymi trudami dnia codziennego, zobaczyłam, jak bardzo one nas wszystkie łączą. I jak bardzo możemy odpuścić w babskim gronie, co na dłuższą metę uczy odpuszczania w ogóle; w każdym gronie.
Podczas tego gorącego, słonecznego lata postanowiłam więc trochę poodpuszczać. Przede wszystkim samej sobie. Jeszcze rok temu nie odważyłabym się zapozować do robionych na bloga zdjęć w samym cekinowym krótkim body w dodatku bez żadnej bielizny pod spodem (w tym miejscu pozdrawiam pana, który usiadł sobie na kamieniu tuż za nami, otworzył piwo i niemal dyskretnie obserwował naszą sesję). Dziś myślę, że niezwykle smutne jest to, że wiele kobiet potrzebuje do tego „odwagi” właśnie, choć to w gruncie rzeczy przecież błahe i nieistotne. Najwyżej komuś się nasz wygląd nie spodoba, albo wyjdzie nam gdzieś jedna czy druga fałdka. Czy to koniec świata? A przede wszystkim czy to powód, żeby zabierać nam przyjemność bawienia się swoim własnym wyglądem?
Prawdopodobnie już kiedyś pisałam o tym, że do ilustrowania blogowych wpisów własnymi sesjami zainspirował mnie dawny blog Fabjulus. Pamiętam, jakiego szoku doznałam, kiedy zobaczyłam jej zdjęcia. Jaki to był dysonans, że tak piękna kobieta może… tak doskonale i inteligentnie pisać. Przerażające, prawda? To również pokłosie patriarchalnego spojrzenia na kobiety i przydzielania im ról i wyglądów. Jak inteligentna, mądra i pisząca, to musi koniecznie siedzieć nieumalowana w worku po ziemniakach i tak sobie mędrkować. Nie może być ładna, a już na pewno nie zadbana i jeszcze do tego zgrabna. No, to się zwyczajnie ze sobą nie łączy. Przykładałam więc od początku, teraz chyba jeszcze bardziej świadomie, ogromną wagę do charakteru moich sesji, którymi ozdabiałam wpisy. Nie do mnie, rzecz jasna, należy interpretacja tego bloga, ale mogę zapewnić, że nie ma na nim elementów przypadkowych. [Może oprócz omawianego już kiedyś fatalnego łamania tekstu, na co – mimo wykupienia własnej domeny – nie mam ciągle żadnego wpływu.] Makijaże, stroje, paznokcie i rzęsy, a był czas, że nawet peruki, wielokrotnie pomagały mi tu wyczarować w mniej lub bardziej udany sposób jakąś dopełniającą wpis opowieść równoległą. Realizacja konkretnego pomysłu była dla mnie dużo ważniejsza niż to, żeby „wyglądać ładnie”. Jednak, jak każdy, mam zarówno własne poczucie estetyki, jak i swoje kompleksy, co powstrzymywało mnie od umieszczania tu jednych zdjęć i przekonywało do umieszczania drugich. W pewnym momencie złapałam się na tym, że sztuczne rzęsy i paznokcie (peruki były tylko chwilową fanaberią) stały się w mojej głowie obowiązkowymi rekwizytami w sesjach. To odkrycie uświadomiło mi, że wykreowałam w swojej własnej głowie taki obraz siebie, któremu nie dorównuję w rzeczywistości. I że nie jest to przemyślane blogowe alter ego, tylko kolejna pułapka. Od maja więc pokazuję na zdjęciach tylko własne paznokcie i rzęsy, trochę też ze względów terapeutycznych.
Nie piszę tego zresztą po to, by wywołać dyskusję na temat tego, która wersja jest „lepsza”. To kompletnie nieistotne. Nadal lubię każdą. Również – coraz bardziej – tę sauté, którą tak pięknie uchwyciła w Grecji moja dobra koleżanka Georgia Dask. Dzielę się spostrzeżeniem, że jest pewna subtelna różnica między kreacją, mówiąc szumnie, artystyczną, a fałszem. A na fałsz – i pisząc, i śpiewając – nie chcę sobie pozwalać.

fot. Bożena Szuj

Kto tu kogo uratował?

fot. Bożena Szuj

Przychodzące z wiekiem doświadczenie, terapie i autoterapia to jedno, ale na pewno mój dzisiejszy spokój, samoakceptację i poczucie własnej wartości zawdzięczam przede wszystkim niecałym siedmiu kilogramom szczęścia i miłości (lub też wkurwu, jak ją przedstawia mój Partner) – naszej przysposobionej psiórce Żuli. Nie wiedziałam, że tak można kochać, a z dnia na dzień obydwoje kochamy ją jeszcze mocniej. Naszym celem było danie dobrego, kochającego domu pieskowi, który nie miał na niego szans. Wzięliśmy z interwencji przerażoną sunię. Całe swoje półtoraroczne życie była zamknięta w jakiejś śmierdzącej melinie przez zwyrola, który w końcu poszedł siedzieć, ale za rozbój. To pozostawiło w niej traumę, która nie tak rzadko daje o sobie znać. Była zaniedbana weterynaryjnie, do dziś – choć jest z nami już pół roku – nie byliśmy w stanie jej wykastrować, bo po wyleczeniu pierwszej urojonej ciąży zapadła na giardiozę, którą leczy się prawie miesiąc. A kiedy można już było wykonać badania potwierdzające, że giardioza minęła, dostała cieczkę, a po niej kolejną urojoną ciążę. Nie ma łatwego życia. Jednak mało co mnie tak podnosi, jak użalanie się nad nami (???), że „mamy problematycznego psa”. Mamy fantastycznego, mądrego i przekochanego pieska z charakterem, któremu człowiek wyrządził niewyobrażalną krzywdę. Minimum, jakie możemy zrobić dla zwierząt, to ich nie jeść, nie nosić ich futer i w miarę możliwości dać im dom.
Dzisiaj naszym najważniejszym celem jest uczynienie z Żuli najszczęśliwszego i zdrowego psa. To jednak nadal niedużo w porównaniu z tym, ile dostajemy od niej w zamian. A dostajemy codzienne treningi uważności. Te cudowne poranki we trójkę, kiedy mała na nas wskakuje i bez pardonu wypycha nam komórki z dłoni (tak, straszny zwyczaj), bo „teraz jest czas wspólnych pieszczot”. Uczy nas, czym jest bycie w tu i teraz, tak ważne dla wszystkich uciekających od niego ADHD-owców. Pokazuje, jak ogromną radość może sprawiać jedzenie (ciągle tego samego, teraz już wiem) i spacer, ale też jakim nieopisanym szczęściem jesteśmy… dla niej my. Piszę to ze łzami w oczach, bo tyle radości, ile nie jest nawet w stanie pomieścić w sobie to maleńkie ciałko na każdy nasz powrót, to coś, czego nie doświadczyłam nigdy. Nie mówiąc już o tym, że po pierwszej mojej i jej kilkudniowej rozłące (o której jeszcze napiszę), popuściła na mój widok. I dla niej to już w ogóle nie ma znaczenia, czy przytyłam, czy schudłam, czy mam umyte czy nieumyte włosy, czy jestem w makijażu czy bez niego, jak również co w ogóle na sobie mam. Ona po prostu nas oboje kocha, a my robimy codziennie wszystko, żeby na tę miłość zasłużyć. Równocześnie też dzięki niej każde z nas uczy się kochać samego siebie.

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę tylko jeden utwór, który do SyrenNi pasuje najbardziej – „Le sirene” Demetria Stratosa. Umieszczałam go już na swoim blogu nie raz, ale jako jeden z moich ulubionych utworów ma w moim sercu miejsce priorytetowe i będzie się pojawiał zawsze, kiedy poczuję, że powinien.

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wege ozorki w sosie chrzanowym

fot. Marianna Patkowska

Nadeszła jesień, a wraz z nią dużo większa niż podczas lata chęć gotowania. Od czterech już lat nie jem mięsa (w dalszym ciągu oprócz ryb), z czym bardzo mi dobrze, jednak jeśli za czymś czasem tęsknię, to za tatarem wołowym, uczciwą golonką oraz podrobami. Na początku naszego związku mój Partner był ciekaw, jakie są mankamenty mieszkania ze mną, więc postanowiłam zapytać o to partnera poprzedniego, z którym łączą mnie miłe wspomnienia i wzajemny szacunek. Ten, po niedługim namyśle, stwierdził:

Nie no, generalnie fajnie się z Tobą mieszka. Jeśli już mam coś irytującego wymienić, to może to, że ciągle te podroby gotujesz…

Bardzo nas to rozśmieszyło, bo wstąpiłam wtedy na wege drogę, ale fakt faktem, dotykanie i krojenie surowych podrobów to coś, co faktycznie większość życia sprawiało mi jakąś niemal metafizyczną rozkosz. (Mogłam do tego zresztą na chwilę wrócić, gotując psu, zanim się dowiedziałam, że różnorodność dań to zdecydowane przeciwieństwo tego, czego potrzebują psy.)
Czy wymyślając przepis na boczniaki udające ozorki chciałam oszukać samą siebie, że oto zjem znowu tę pyszną mięsną potrawę? Nie. Odtwarzanie smaków od zawsze było dla mnie tylko (albo ) ćwiczeniem kreatywności, zabawą, rodzajem łamigłówki; aktywnością, którą kocha i której potrzebuje mój ADHD-owy mózg. Nadal nie rozumiem, czemu wege wersje mięsnych potraw wzbudzają w niektórych mięsożercach tak duże emocje i rodzą niesprawiedliwe zarzuty o „hipokryzję” roślinożerców. Przecież w niejedzeniu mięsa jesteśmy konsekwentni.
Moja improwizacja na temat ozorków zaczęła się od sosu chrzanowego. Znakomicie gotująca przyjaciółka w pewnej telefonicznej rozmowie przypomniała mi o prostym i pysznym daniu, jakim są jajka w sosie chrzanowym. Po jakimś czasie sama nabrałam na nie apetytu, stwierdzając, że idealnie wpisują się w obecną aurę i poszłam czarować do kuchni. Partner był rezultatem zachwycony, niemal ze łzami w oczach wspominając bary mleczne ze słusznie skądinąd minionej epoki PRL-u. Miałam w planach przygotowanie potrawy dziękczynNej dla Tymona Tymańskiego za jego znakomite „Republikacje” (o których wkrótce napiszę), więc plany te zaczęły się nagle krystalizować. Sos dziękczynNy przygotowałam nieco inaczej niż ten, którego sukces mnie zainspirował. Po pierwsze, dlatego że gotowanie jednej potrawy dwa razy w ten sam sposób mnie nudzi, a zwłaszcza jesienią muszę walczyć z własnym życiem o dopaminę jak lwica, a po drugie… Drugiego w sumie jednak nie ma. Na horyzoncie moich wizji zaczęły majaczyć ozorki, a internet w sugerowaniu ich wegetariańskich zamienNików okazał się nad wyraz bezużyteczny. Pomyślałam więc, że dobra marynata będzie kluczem do sukcesu w kwestii smaku, a do oryginału trzeba zbliżyć konsystencję i wygląd. Boczniaki okazały się wyborem najbardziej oczywistym.
Puenta tej historii jest następująca: gotujmy wielkim artystom, nawet, gdyby miał to być nasz jedyny wkład w polską kulturę (lub zagraniczną, jeśli mieszkamy zagranicą). Oczywiście tylko, jeśli gotować umiemy, lubimy, a tym artystom nasze wypełnione po brzegi słoiczki sprawiają realną przyjemność. Kto nie zna jeszcze „Republikacji”, niech szybko biegnie je nabyć. Tak, jak wege ozorki z sosem chrzanowym, również fantastycznie komponują się z aktualną pogodą.

SKŁADNIKI:

  • WEGE OZORKI:

– 2 opakowania boczniaków
– 3 ząbki czosnku
– oliwa z oliwek
– Przyprawa do flaków biesiadnych (czymkolwiek by były) Kamisa
– mielona wędzona słodka papryka
– 4 liście laurowe
– kilka świeżych liści lubczyku
– sól
– pieprz
– kilkanaście kropli sosu sojowego
– kilka kropli octu
– cebula czosnkowa

  • SOS CHRZANOWY:

– 2 tacki świeżej włoszczyzny
– garść suszonej włoszczyzny
– cebula
– 2 ząbki czosnku
– świeży lubczyk
– 5 – 6 liści laurowych
– kilka ziaren ziela angielskiego i pieprzu czarnego (lub piramidka smaku do rosołu)
– suszony lubczyk
– 3 – 4 kostki warzywne (polecam oczywiście kostki lub bulionetki domowej roboty)
– ok. pół kostki masła
– mąka
– kilka łyżek domowego chrzanu (ja miałam jeszcze swój własny wielkanocny, utarty z jabłkiem i wymieszany z odrobiną wody, octu, soli i pieprzu)
– kilka łyżek ulubionego kupnego
chrzanu
– ok. 3 łyżki jogurtu greckiego
– kilka kropli mleczka do kawy
– kilka kropli śmietanki 30%
– kilka kropli sosu sojowego
– kilka kropli soku z cytryny
– sól
– pieprz

PRZYGOTOWANIE:

I dzień…

  • WEGE OZORKI:

Do miski wlać trochę oliwy z oliwek i wymieszać z przyprawą do flaków i mieloną wędzoną słodką papryką. Dopełnić miskę chłodną wodą. Dodać obrane i przekrojone wzdłuż ząbki czosnku, liście lubczyku i liście laurowe, a następnie wymieszać z sosem sojowym, octem, solą i pieprzem. Boczniaki umyć i odkroić kapelusze. Czyste kapelusze wrzucić w całości do naszej marynaty. Nóżki pokroić na mniejsze części i również dodać do marynaty. Wszystko raz jeszcze wymieszać i zostawić na noc pod folią. O cebuli nie zapominamy, przyda nam się następnego dnia.

fot. Marianna Patkowska

II dzień…

  • SOS CHRZANOWY:

*Swój sos chrzanowy przygotowałam od początku do końca w tym samym dniu, jednak jeśli mamy więcej czasu pierwszego dnia, a mniej drugiego, można pierwszy etap sosu chrzanowego (koniec zaznaczony gwiazdką) zrobić – razem z marynatą – dzień wcześniej.

fot. Marianna Patkowska

Pracę nad sosem chrzanowym zaczynamy od przygotowania uczciwego wywaru warzywnego. Umytą i obraną włoszczyznę kroimy (polecam kroić na duże kawałki, bo łatwiej ją potem odcedzić i wykorzystać np. jako dodatek do obiadu) i wrzucamy do gotującej się wody. Nieobraną cebulę i ząbki czosnku opalamy z każdej strony i dodajemy do reszty wraz z włoszczyzną suszoną, połową doniczki ściętego, umytego świeżego lubczyku, liśćmi laurowymi i resztą przypraw do bulionu. Kiedy nasz wywar zacznie wrzeć, zmniejszamy ogień i gotujemy 1,5 do 2 godzin. Po tym czasie dodajemy kostki i suszony lubczyk i gotujemy jeszcze 15 – 20 minut. Odcedzamy wywar. Warzywa warto zachować jako dodatek do obiadu lub na sałatkę warzywną. (Osobiście wyrzucam tylko cebulę, czosnek, liście laurowe i piramidki smaku.) Z czystego wywaru do sosu odlewamy ok. 1,5 szklanki do dzbanuszka i zachowujemy na później – przyda nam się podczas przygotowywania wege ozorków.*

fot. Marianna Patkowska

W nowym garnku rozpuszczamy na małym ogniu masło i dodajemy stopniowo mąkę, cały czas mieszając (najlepiej sprawdzi się do tego silikonowa łopatka). Kiedy nasza zasmażka zrobi się już gęsta, stopniowo dodajemy nieduże ilości przecedzonego wywaru do sosu (dzbanuszek zostawiamy na razie w spokoju), cały czas wszystko mieszając. Oddzielnie miksujemy chrzan z jogurtem greckim, mleczkiem do kawy, śmietanką, sosem sojowym i sokiem z cytryny. Kiedy rozpuścimy zasmażkę w całym wywarze, dodajemy trochę tego sosu do zmiksowanego chrzanu z wyżej opisanymi dodatkami i miksujemy wszystko razem. Potem bardzo powoli, cały czas mieszając, łączymy zmiksowane składniki z sosem. Znacznie zmniejszamy ogień, nie dopuszczając do wrzenia i chwilę grzejemy wszystko razem. Dodajemy do smaku sól i pieprz. Jeśli całość okaże się zbyt rzadka, możemy dorobić zasmażkę, ale w oddzielnym rondelku, również łącząc ją potem z niewielkimi ilościami sosu, a dopiero później przelewamy zawartość rondelka do garnka z resztą sosu.

fot. Marianna Patkowska

II dzień…

  • WEGE OZORKI:

Wyjąć boczniaki z marynaty i osuszyć na ręczniku papierowym. Kiedy wyschną, delikatnie obtoczyć tylko tyle z nich, ile wygodnie zmieści się na patelni, z jednej strony w mące.

fot. Marianna Patkowska

Pokroić cebulę w plastry i rozgrzać oliwę na dużej patelni. Wrzucić na rozgrzaną oliwę zanurzone jedną stroną w mące boczniaki i plastry cebuli, delikatnie i szybko obsmażając z każdej strony, a następnie dodać resztę wysuszonych boczniaków, podlać wszystko zachowanym do tego celu w dzbanuszku bulionem i dusić ok. 20 – 30 minut na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając.

fot. Marianna Patkowska

Wyjąć i odsączyć boczniaki z bulionu.

fot. Marianna Patkowska

Na tym etapie można oczywiście wrzucić odsączone duszone boczniaki z cebulą do przygotowanego uprzednio sosu chrzanowego. Ja jednak proponuję włożyć je do pustego garnka, w którym zalejemy je tylko połową sosu.

fot. Marianna Patkowska

Dzięki temu sos z wege ozorkami stanie się bardziej aromatyczny, a sos sauté pozwoli nam na przygotowanie alternatywnej wersji obiadu – jajek w sosie chrzanowym. Do obydwu wariantów jako dodatek wyśmienicie sprawdzą się kluski śląskie.

fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser łączę dziś przepyszną piosenkę „Odchodząc” ze wspomnianej płyty Tymona Tymańskiego „Republikacje”; płyty będącej nie tylko hołdem złożonym Republice, ale też harmonicznym arcydziełem.

fot. Marianna Patkowska

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Naku*wiam Zen” Maria Peszek

fot. Marianna Patkowska

wydawnictwo: Marginesy
rok wydania: 2022

Minęło już trochę czasu od wydania tej książki i choć od początku byłam nią zaintrygowana, nie przypuszczałam, że w końcu jednak po nią sięgnę. Nie przypuszczałam, bo mam problem z pisanymi przez Marię Peszek tekstami piosenek, co nie jest najlepszą wróżbą. Ponieważ jej teksty uchodzą za kontrowersyjne, jest całkiem sporo osób mających z nimi problem. Zanim więc ktoś odruchowo zaliczy mnie do szufladki „święcie oburzonych obrazoburczą Marią”, wyjaśnię, w czym dokładnie tkwi mój problem. Otóż, mówiąc w skrócie, w jej literackiej nierówności. Byłabym w piórze Marii zakochana po uszy od wysłuchania krążka „Jezus Maria Peszek” z 2012 roku – mojej ulubionej płyty tej artystki. Każdy tekst na tym albumie (może z wyjątkiem bardzo odstającej od reszty piosenki „Amy”) jest małym arcydziełem; przemyślanym, konsekwentnym. Nawet niezbyt oryginalna maniera posługiwania się naiwnymi, częstochowskimi rymami nie drażni – całość jest spójna. I jest o czymś. Do całkiem niezłych, choć niewybitnych tekstów z debiutanckiej „Miasto Manii” mam jeszcze pewien sentyment, ale już te z następnej „Marii Awarii” irytują mnie niesamowicie swoją pretensjonalnością. Na tamten czas (2008 rok) były być może „odważne” czy przełamujące jakieś tabu, jednak nie jest to kryterium nadrzędne, jeśli mamy oceniać literacką jakość. Mogłabym to jednak zrzucić na karb stopniowego rozwoju artystki. Obie płyty powstały przed przełomową „Jezus Maria Peszek”. Ale w 2016 roku ukazuje się „Karabin”, na którym czuć wyraźny spadek tekściarskiej formy autorki. Kilka tekstowych perełek (mowa o fragmentach, a nie całych tekstach), reszta niedbała, niedopracowana, zbyt łopatologiczna. Ważne tematy spłycane nieumiejętnością odpowiedniego ich przedstawienia. Ta dziecięca naiwność narracji, która była jakimś urokiem czy wręcz siłą płyty „Jezus Maria Peszek”, tu staje się nieznośnym grafomaństwem. I ostatnia „Ave Maria” to powtórka z rozrywki, z tym że do częstochowskich rymów wplecione są jeszcze angielskie sformułowania, co zmienia teksty w swoje własne karykatury. Nie piszę tego z przyjemnością, tym bardziej czując, że autorka podejmuje próby mówienia o tematach trudnych i bolesnych, a jej stanowisko w wielu kwestiach podobne jest do mojego. Do tego naprawdę lubię każdą z tych płyt od strony muzycznej, jednak wychowana na literackiej wrażliwości Jeremiego Przybory, którego nawet najsłabsze wydane na światło dzienne teksty były nadal wybitne, nie uważam tekściarstwa Marii Peszek za dobre, a raczej przypadkowe i chaotyczne. Każdy twórca ma prawo do gorszej formy, oczywiście. Problemu nie widzę w tym, że Maria pisze słabiej, lecz w tym, że coś, co powinno pozostać szkicem, który warto byłoby dopracować, bo tkwi w nim spory potencjał, pokazuje światu jako dzieło skończone. Więcej, uważa „Ave Marię” za „najpiękniejszą płytę, jaką nagrała”, co przyjmuję jako deklarację, że wszystkie jej elementy autorkę satysfakcjonują. Cóż więc z tego, że potrafi pisać teksty doskonałe, skoro nie umie odróżnić ich od tych niedopracowanych?

Wbrew, być może, pozorom, ten wstęp przyda nam się w późniejszej analizie książki.

„Naku*wiam Zen” Maria Peszek

fot. Marianna Patkowska

Tym razem nie używam zapałek. Nie wzniecam rewolucji. Nie krzyczę: „Róbmy dym”. Zeszłam z barykad. Chcę się podzielić opowieścią o niełatwej, ale wspaniałej relacji z ojcem, i ogrzać nią serca. Chcę zabrać was w podróż do źródła mojej siły, a przy okazji sama zrozumieć, skąd się wzięłam, taka, a nie inna. To opowieść o sensie rozmowy i szansie na szczęście w każdych okolicznościach. O afirmacji życia. Jest trochę jak kompas, dzięki któremu łatwiej nawigować przez niespokojny czas.

– wewnętrzne skrzydło okładki, „Naku*wiam Zen” Maria Peszek

Po „Naku*wiam Zen” sięgnęłam, kiedy okazało się, że mamy ją w naszej stogowej bibliotece. Po lekturze „Sclavusa” Tymona Tymańskiego nie mogłam do siebie dojść. Potrzebowałam czegoś lżejszego, ale na przyzwoitym poziomie. Pomyślałam, że rozmowy córki artystki z ojcem artystą będą odpowiednie. I po niedługiej chwili książka zaczęła mnie drażnić swoją  – a to niespodzianka! – nierównością. Odłożyłam ją więc i wróciłam do niej dopiero po jakimś czasie.
Z początku miałam wrażenie, że zderzyły się tu dwa światy: autystyczny z ADHD-owym. Maria zadając ojcu pytania, oczekuje, że odpowie jej on „konkretnie”: krótko, zwięźle i na temat. Ten jednak nie umie, bo rzeczy, o które pyta go córka, nie są czarno-białe. Odpowiada z sensem, ale nie w sposób, który sobie zażyczyła, więc – jak uparte dziecko – przerywa mu zniecierpliwiona. Wtedy z kolei ja się niecierpliwię, bo to, że ona nie rozumie jego sposobu odpowiadania, nie oznacza wcale, że ja go nie rozumiem, a Jan Peszek mówi pięknie i mądrze. Po jakimś czasie to się jednak nieco zmienia i w głowie coraz nachalniej pojawia mi się zwrot „pamiętnik starego pierdoły”. Nie chodzi o tytuł pewnego dzieła i idące za nim specyficzne poczucie humoru, wyjątkowy styl czy abstrakcyjność Rolanda Topora, lecz o nazwę coraz bardziej adekwatną dla wspominków Peszka z dzieciństwa, które są w wielu miejscach – mówiąc brutalnie – zwyczajnie nudne. (Podobnie zresztą, jak opis pochodzenia mojego taty nakreślony wątpliwej jakości piórem Agnieszki Pindery, z tym, że w przeciwieństwie do jej książki, „Naku*wiam Zen” jest przyzwoicie napisane.) Z tyłu głowy miałam wrytego w nią „Sclavusa”, ale nie tylko. Również zupełnie inne, ale doskonałe i wstrząsające „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” oraz niedawno przeczytane „Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak i w żaden sposób nie udało mi się tych przydługich opisów dzieciństwa Peszka obronić: ani wartością merytoryczną, ani historyczną, ani humorystyczną. Piękne są natomiast końce rozdziałów, w których Maria maluje słowem zdumiewające, poetyckie obrazy, uciekając w swoje własne światy. Potem znowu robi się ciekawie. Maria zaczyna nieco odpuszczać. Przestaje być natarczywa i powoli wychodzi z roli dziecka. Chce zrozumieć, czemu jest taka, jaka jest. W dodatku, przechodząc kryzys twórczy i – jak rozumiem – egzystencjalny, bardzo chce się dowiedzieć, jak jej ojcu udaje się zachowywać pogodę ducha. Skąd bierze się jego pogodzenie z życiem. Rozpaczliwie próbuje uszczknąć tego trochę dla siebie.
Zastanawiałam się, czemu ta książka wzbudza we mnie tak mieszane odczucia. W „Naku*wiam Zen” wszystko teoretycznie powinno grać. Rozmówca Marii, Jan Peszek, to wszak osobowość twórcza, mądra, intrygująca. Znakomity, ceniony aktor, który z racji wykonywanego zawodu obracał się w świecie elitarnym, interesującym, inspirującym; członek doskonałego awangardowego Zespołu MW2 (Ensemble MW 2). Do tego (wbrew tezie mojej mamy, że aktor nie powinien mówić swoim własnym tekstem, bo wtedy cały czar pryska) pięknie i ze swadą władający językiem, a na domiar dobrego ciągle młody duchem. Ciekawy świata, ale życiowo doświadczony. Idealny interlokutor! Co więc nie gra? Przecież nie kilka dłużyzn, dla mnie zbytecznych, ale dla innego czytelnika być może ważnych. Wielu recenzentów podkreśla, że siłą tej książki jest wskazanie, jak można ze sobą szczerze rozmawiać. No i tutaj właśnie czuję pewien zgrzyt. Bo, owszem, Maria rozmawia z ojcem otwarcie. Mogą przy sobie kląć (co, nota bene, w wykonaniu Jana nie brzmi naturalnie), poruszać tematy śmierci, seksu, religii czy puszczania bąków, ale co im to tak naprawdę daje? Ci, którzy takiej otwartości w rozmowach nie zaznali, mogą być zszokowani lub/i zachwyceni, ale prawda jest taka, że mamy do czynienia z dorosłą poranioną kobietą, której umiejętność prowadzenia takich rozmów z rodzicami najwyraźniej nie uchroniła przed znalezieniem się w bardzo ciemnym i trudnym miejscu. (Może nawet tkwi w nim od zawsze, bo o towarzyszącym jej od maleńkości strachu wspomina w książce wielokrotnie.) Chciałabym być dobrze zrozumiana – umiejętność prowadzenia rozmów i otwierania się w nich jest niebywale cenna. Uważam jednak, że źle pojętą „szczerością” jest debatowanie z ojcem na temat jego pożycia z własną matką i słuchanie, co ta w łóżku lubiła, a czego nie (kwestię smaku pozostawiam ocenie czytelników), podczas gdy między wierszami wyrzuca się z siebie niemy krzyk:

Czemu taka jestem?! Czemu mi to ZROBILIŚCIE?!

Wyrzuca i udaje, że się go w sobie nie nosi. Co więcej, choć pojawia się kilka słów o żalu dzieci Jana (zwłaszcza brata Marii) do ojca za pewne rzeczy z ich dzieciństwa, Maria sama w pewnym momencie stwierdza, że obwinianie rodziców o to, z czym się dziś, jako dorośli ludzie, borykamy, jest bez sensu. A jeśli nie jest? Reakcja Jana na wytknięcie mu jego zaniedbań jest poruszająca. Robi mu się autentycznie przykro. Z wielu rzeczy nie zdawał sobie sprawy. Choć nie lubię tego argumentu, to jednak czasy i świadomość społeczna były wtedy całkiem inne. Jan słucha, przyjmuje, przeprasza, przeżywa swój smutek, nie stosując wobec Marii żadnej manipulacji, ani szantażu emocjonalnego. Bierze to na klatę. Zapewnienie Marii, że obwinianie rodziców o to, z czym sobie w dorosłym życiu nie radzimy, jest bez sensu, to zamknięcie się na prawdę, która mogłaby wyzwolić. Tak, to na naszych rodzicach (lub prawnych opiekunach) spoczywa odpowiedzialność takiego ukształtowania nas, żebyśmy sobie z mnogością pojawiających się w dorosłym życiu problemów poradzić umieli. Jeśli jesteśmy pozbawieni podstawowych narzędzi do wejścia w dorosłość, to przyczyna tkwi w błędach lub zaniedbaniach rodziców. Nie chodzi o „winę”, a raczej odpowiedzialność za taki stan rzeczy. Dopiero z tego punktu można ruszyć dalej, widząc że nasi rodzice również nie byli dobrze wychowywani, ich rodzice tak samo, itd., itd. Nie ma sensu chować urazy, bo jako dorośli ludzie przejmujemy od swoich rodziców odpowiedzialność za siebie i możemy stać się dla siebie najlepszymi opiekunami. Być może nawet to właśnie Maria Peszek miała na myśli, ale to nie wybrzmiało. Zabrakło mi wiele razy – mimo bezsprzecznej otwartości całej tej rozmowy – prawdziwej szczerości; ponazywania tego, co zostawia w książce ślad w postaci jakiegoś przemilczanego napięcia. W wielu momentach podczas lektury miałam wrażenie, że jestem świadkiem rozmowy, w której jedna osoba bardzo cierpi i – nie mając w siebie do końca wglądu – nie wie, dlaczego, a druga, choć tę pierwszą niezwykle kocha, nie może nic z tym cierpieniem zrobić. I tu się w moim odczuciu kończy magiczna moc rozmowy, a zaczyna konieczność zrozumienia siebie poprzez terapię. I zanim ktoś stwierdzi, że przecież w najbardziej nawet szczerej książce nie trzeba obnażać się ze wszystkim, zaznaczę, że moim zarzutem wobec „Naku*wiam Zen” nie jest nieujawnienie wszystkich tajemnic z życia rodziny Peszków. Moim zarzutem wobec tej książki jest ukazanie tylko powierzchownego obrazu szczerości i autentyczności, którymi wcale nie jest sama swoboda w mówieniu o seksie, śmierci czy bąkach. Autentyczność to odpowiedni do niej punkt wyjścia, czyli bycie ze sobą spójnym, rozumienie, co się w nas aktualnie dzieje, co już wiemy, a czego jeszcze nie, w którą stronę zmierzamy, a która jest nam obca. Wspominałam o tym w recenzji „Sclavusa”, bo autentyczność Tymona mnie zmiażdżyła. Czy pisał o tak mi bliskim wielogodzinnym trudnym do opanowania wzruszeniu po wysłuchaniu jakiejś płyty, czy o robieniu kupy do zlewu (swoją drogą, naprawdę znakomita totartowa anegdota), czy snuł przejmujące refleksje o swoim zmieniającym się przez lata stosunku do Polski, był tak samo sobą. W przeciwieństwie do tego towarzyszącego mi podczas lektury „Naku*wiam Zen”, tu nie miałam wrażenia, że autora jest w jakimś obszarze mniej, więc ucieka w inny; taki, z którym potrafi sobie lepiej poradzić. Bardzo trudno ubrać w słowa coś tak nieuchwytnego. Całą sobą czułam – tak, to tylko, albo odczucie, – że szczerość w rozmowie Peszków jest obecna, ale równocześnie też chwiejna.
Aż dotarłam w książce do fragmentu, przy którym sobie dopiero przypomniałam medialną burzę, jaką niedługo po premierze książki wywołał. Ponieważ byłam wtedy przed lekturą, nie chciałam się ekscytować czymś, co być może wyjęte z kontekstu zabrzmiało gorzej niż mogło. Teraz jednak wszystko zaczęło mi się składać w całość, bo – uwzględniając kontekst – fragmentowi można zarzucić wiele, ale z pewnością nie brak szczerości i autentyczności. Podczas rozmowy o zawodowej i artystycznej drodze Marii, Jan stwierdza:

Przez twoje pójście w śpiewanie, komponowanie i pisanie tekstów, które stały się dla mnie zupełnie, powiedziałbym, zjawiskowe i odrębne, próbuję zrozumieć, gdzie jest ojciec, który pragnie twojego spełnienia, a gdzie artysta, który jest w stanie ocenić, jakie to robi na nim wrażenie. Każda płyta jest skrajnie inna. To jest tak oryginalne, że z niczym nieporównywalne. Człowiek mimowolnie wchłania różne interesujące zjawiska w sztuce i prędzej czy później gdzieś ma to wpływ na jego ostateczną wypowiedź, ale to, co ciebie cechuje jako artystkę, to że nigdy w twojej twórczości nie ma cechy kopistki. Czym przesiąknięte są te wszystkie cipy z naszego polskiego rynku, które po prostu nie mają nic do powiedzenia. Śpiewają o niczym, posiłkując się jakąś imitacją pseudopoetyckich albo pseudowywrotowych spraw.
Nie chcę rzucać w tej chwili nazwisk, ale te tak zwane skarby narodowe, no, dla mnie to gówno. Szalenie utalentowane, w sensie, że elastyczne, muzykalne, no ale to natura dała. Na przykład piękny głos, barwę. Tylko że to jest totalnie o niczym. Mnie o wiele bardziej stabilizuje w moim poglądzie wypowiedź Jarosława Mikołajewskiego, wybitnego poety, który twoje teksty nazywa nową poezją. I ja też tak je rozumiem. Przede wszystkim ty zawsze piszesz o czymś.

[…]

  • Jak będziesz spisywać, to chcę, żeby te „cipy” padły.

– str. 193, 194, „Naku*wiam Zen” Maria Peszek

I gdzieś się nagle rozmywa obraz dobrego, mądrego, nowoczesnego i nastawionego do świata z życzliwością feministy. Obraz, w którym od początku wyczuwałam fałsz (nawet jakoś to sobie wyrzucając), by ustąpić miejsca innemu – zbyt dobrze znanemu. Oto rozparty w swoim wygodnym, przetartym patriarchalnym fotelu dziaders autorytarnie rozdaje kobietom łatki i objaśnia nam wszystkim świat. To znaczy wyczytuję z epitetu, że rozdaje je kobietom i jeśli się w tym nie mylę, to nasuwa mi się pytanie, czemu porównuje swoją tworzącą muzykę córkę wyłącznie z kobietami z rodzimej muzycznej sceny, a nie po prostu ze wszystkimi, którzy się na niej znajdują? Ta karykaturalnie pojęta „odwaga” kończy się jednak tam, gdzie mogłoby się za swoje słowa ponieść odpowiedzialność. Chętnie dowiedziałabym się więc, czy te wszystkie „śpiewające o niczym niechcęrzucaćwtejchwilinazwisk cipy” to: Katarzyna Nosowska, Ramona Rey, Monika Brodka, Natalia Kukulska, Paulina Przybysz, Kasia Stankiewicz, Anita Lipnicka, Mery Spolsky, Anja Garbarek, Alicja Janosz, Julia Marcell (żeby wymienić tylko kilka artystek, które mają w swoim dorobku co najmniej jedną płytę, która bez problemu mogłaby ze znakomitą „Jezus Maria Peszek” konkurować i nawet wygrać)?
Ta wypowiedź jest fatalna na bardzo wielu płaszczyznach. Już nawet nie o obnażenie swojej gigantycznej ignorancji tu chodzi, bo Jan Peszek ma do niej prawo – nie musi orientować się w polskim rynku muzycznym ostatnich dwóch, trzech dekad. Ma prawo myśleć, że oprócz Marii Peszek istnieje tylko Edyta Górniak. Ma też prawo się mylić, uważając, że w rzeczywiście niezwykle oryginalnej twórczości Marii Peszek nie da się odnaleźć żadnych inspiracji muzyką i tekstami już istniejącymi. Da się i nie jest to zarzut. Chodzi o pogardę. Jeśli nosimy w sobie rzeczywistą miłość bliźniego oraz jesteśmy orędownikami równości i wolności (a taki wizerunek Jana Peszka nakreśla nam książka), nie przyjdzie nam do głowy, by obrażać kogokolwiek tylko dlatego, że irytuje nas lub boli zjawisko, w które się on swoim zachowaniem wpisuje. Tworzenie wyrobów sztukopodobnych dla mas jest rzeczywiście zatrważające. Warto o tym mówić, warto nie przebierać w słowach, jednak nazwanie chłamu chłamem jest czymś kompletnie innym od nazwania konkretnych osób (których nazwisk się jednak nie wskazuje) „cipami”.
Zrozumiałam też, dzięki temu wielce niefortunnemu fragmentowi istotę swojego problemu z tą książką. Gdyby mój tata – akurat również, co mi schlebiało, ceniący moją muzyczną twórczość – mówiąc mi szczerze, co o niej myśli, czułby się zobligowany do porównywania jej do czegokolwiek, zwłaszcza obrażając przy tej okazji innych, nasza relacja nie byłaby tak bliska i dobra, jak była. Gdyby musiał, chwaląc mnie, sięgać po zachwycone mną autorytety, żeby umocnić swoją opinię, byłoby mi przykro. W końcu jakie znaczenie ma to, że ten czy inny wybitny kompozytor był moją wczesną twórczością zainteresowany. Nasza relacja była nasza, nie musieliśmy znajdywać żadnych zewnętrznych punktów odniesienia.
Reasumując, mimo wielu pięknych i niewątpliwie cennych momentów w „Naku*wiam Zen”, nie mogę się po lekturze pozbyć wrażenia, że zostałam nabita w butelkę.

 

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to