OdmienNe poglądy?

fot. Bożena Szuj

Już od dawna miałam zacząć pisać zupełnie inny tekst. Tekst, który od niemal dwóch lat dojrzewa we mnie, krystalizuje się, przybiera nowe formy; ukazuje mi się w sprecyzowanych myślach i gotowych fragmentach zdań. Dziś jednak muszę się od tego wszystkiego oderwać i poruszyć temat, który zawsze, kiedy pojawi się w moim życiu, dotyka mnie do żywego. Temat przemycania przez bliskich i rzucania tuż pod nasze nogi zła nazywanego dla niepoznaki swoimi poglądami, do których każdy ma przecież prawo. Doskonała i jakże efektywna manipulacja! Czujesz się – będąc we własnej przestrzeni, własnym azylu, do którego zapraszasz osobę ci bliską – obrzygany przez nią jakąś odrażającą substancją, a równocześnie nie możesz zareagować adekwatnie, bo z jednej strony domownicy, czytając w twoich myślach, kopią cię pod stołem w łydkę, z drugiej to w końcu gość, a z trzeciej zaczyna ci się odtwarzać w głowie dobrze znane pytanie:

Znowu nie możesz znieść, że ktoś ma inne poglądy niż Ty?

Pytanie ciągnące się za mną od bardzo dawna. Każdy mój przejaw buntu i niezgody na jakąś formę wypowiedzi, był sprytnie przekształcany w broń używaną przeciwko mnie samej.

Świat nie będzie ci tylko przytakiwał. Ludzie mają prawo myśleć inaczej.

Tak. Dlatego z ciekawością, a czasem nawet zdumieniem, słucham, że ktoś w ogóle nie jada zup i nie lubi łączyć surówki z ciepłym daniem, ktoś inny nie wyobraża sobie życia bez biegania i okazjonalnego grzybobrania, a jeszcze inny do osiągnięcia satysfakcji seksualnej musi znaleźć się w trójkącie. Przyjmuję z pokorą, że istnieją na tym świecie fani Guns N’ Roses. Z trudem, ale zaczynam akceptować tych, którzy doceniają tekściarstwo Agnieszki Osieckiej. Są wśród nas i tacy, którzy panicznie boją się chodzić do teatru, bo kiedy raz do niego poszli, aktor dostał na scenie zawału serca (anegdota opowiadana przez profesora Krzysztofa Kłosińskiego). Inni nienawidzą muzyki poważnej i nigdy nie byli na żadnym „poważnym” koncercie. Mam w pamięci fascynujące rozmowy z czytelnikami Danielle Steel na tematy inne niż pretensjonalna literatura. Lubię kilku wyborców partii tak światopoglądowo mi obcych, że aż sama się czasem dziwię temu, jak mimo wszystko trwałe są fundamenty naszych relacji.

fot. Bożena Szuj

Otaczają mnie mięsożercy, których nie próbuję nawracać na niejedzenie mięsa, choć w mojej opinii dokonują wyboru złego i wynikającego z egoistycznych pobudek. (Na wszelki wypadek nie pytają.) Od lat – przejęta troską o Planetę – nie kupuję ubrań w sklepach innych niż te oferujące kolejny ich obieg, co nie znaczy, że prawię komukolwiek kazania na temat kupowania ciuchów w sieciówkach. Nikt mnie też nie zaprasza na wspólne łażenie po sklepach, bo i tak bym odmówiła.
Mam sprecyzowany pogląd na temat wszelkiego rodzaju hodowli psów i wspierania ich poprzez kupowanie rasowych szczeniaków. Nie oznacza to jednak, że obrażam się na bliskich, którzy z własnych powodów decydują się na taki zakup. Jest mi też autentycznie przykro, kiedy takie pieski zaczynają chorować na schorzenia związane z ich rasą i nie miałabym czelności powiedzieć komukolwiek „a nie mówiłam?”.

fot. Bożena Szuj

Znam nawet miłych ludzi zajmujących się w ramach hobby myślistwem. To już rzeczywiście kładzie pewien cień na moją do nich sympatię, ale nie zmienia też obserwacji, że można być dobrym częściowo. Lub też w danych obszarach. Czyjeś odmienne preferencje lub pasje mogą fascynować właśnie dlatego, że tak różnią się od naszych. Kiedy lata temu koleżanka ze studiów w Warszawie opowiadała mi, że lubi wynajmować mieszkania w głośnych miejscach, bo nie może zasnąć, kiedy jest zbyt cicho, byłam zadziwiona. Dopiero wtedy zrozumiałam, że hałas wcale nie musi być oczywistym minusem. W każdym razie nie dla każdego.

Gust muzyczno-literacki z kolei zdradza nasz rodzaj wrażliwości i o ile rzeczywiście bez sensu jest dyskutować o tym, dlaczego coś kogoś porusza, a coś innego nie, uważam że zdecydowanie ci, którzy posiadają takie kompetencje, powinni rozmawiać o tym, co jest jakościowo złe i nazywać to po imieniu. Nie po to, żeby odbiorcom zrobić przykrość (bo w końcu każdy chłam znajdzie swoje docelowe ucho czy oko), ale po to, by monitorować ogłupianie społeczeństwa, z którym już od dawna mamy w mainstreamie do czynienia.

fot. Bożena Szuj

Co zresztą tak naprawdę można nazwać „poglądami”? Styl życia? Codzienne wybory? Przekonania polityczne? Religijne? Ogólne spojrzenie na świat? Wg Słownika Języka Polskiego PWN pogląd, to:

sąd o czymś oparty na przeświadczeniu o prawdziwości lub fałszywości czegoś

Słownik Języka Polskiego PWN

I największym problemem jest dla mnie właśnie ów „sąd”. Sądzimy, a więc wydaje nam się, że… To stwarza przestrzeń do powątpiewania, do zmiany swojego stanowiska w zetknięciu z nowymi danymi, z faktami, o których wcześniej nie wiedzieliśmy. My jednak częściej chyba zamiast sądzić, osądzamy. I tu zaczyna robić się niebezpiecznie. Jeszcze pal sześć, jeśli podzielimy się gdzieś osądem, że oto popularny serial jest jednak do bani, a grające w nim gwiazdy posługują się mniejszą liczbą środków wyrazu niż drewniaki naszego dziadka. Co jednak, kiedy osądzimy, że Hitler miał w swoim chorym założeniu trochę racji? Łatwo ten akurat argument zbić regulacjami prawnymi. Bo takie są. Co jednak w przypadkach, w których takich regulacji jeszcze nie ma? Co, kiedy ktokolwiek w dzisiejszym świecie, mając dostęp do najnowszej wiedzy, osądzi, że zbrodniarz Putin postępuje właściwie?

fot. Bożena Szuj

Tutaj odzywa się we mnie szacunek do starej szkoły niepodawania ręki za poglądy, które urągają ludzkiej przyzwoitości. Ale czy w takiej sytuacji zamiast unoszenia się honorem ważniejsza nie jest właśnie rozmowa i uświadomienie drugiej stronie ewidentnego błędu poznawczego w jej myśleniu? Niektóre poglądy wynikają z błędnego wnioskowania. Tylko ilekroć zwrócę na to uwagę, jestem zakrzykiwana. Jestem zakrzykiwana zresztą od kiedy pamiętam. Zakrzykiwana przez narrację bardziej napastliwą, agresywną, czasem podkręconą alkoholem. Zakrzykiwana z pozycji pozornej siły przez narrację taranującą swoim mam prawo i zdania nie zmienię. Zanim się kompletnie rozsypię (a rozsypuję się niestety zawsze), uśmiecham się do tych deklaracji o swoim prawie, bo deklarować mogą to jedynie ci, którzy jeszcze nie rozumieją, że cały czas są wolni. Mogą myśleć i robić, co im tylko przyjdzie do głowy. Nawet to, do czego nie mają prawa. Jedyne, czego nie mogą, to oczekiwać poklasku od wszystkich wokół oraz nie liczyć się z konsekwencjami swoich wyborów. I tyle. Problemem, który dostrzegam, jest deficyt odwagi. Do całkowitego skorzystania ze swojej wolności, a przede wszystkim wzięcia za swoje słowa i czyny odpowiedzialności, jest ona nieodzowna. Odważni ludzie robią to, co czują, że zrobić muszą (stąd mój dozgonny szacunek m.in. do Jacka Kuronia czy Władysława Frasyniuka). Tchórze (przepraszam, ale w tym wypadku nie potrafię się bawić w eufemizmy), żeby w swojej wygodnej dla siebie opinii poczuć się pewniej, rozglądają się dookoła, szukając poparcia, a kiedy go nie dostaną, próbują je wymusić krzykiem, pozornie logicznymi argumentami i zasiewaniem strachu. Dlaczego chcą się w swojej wygodnej dla siebie opinii poczuć lepiej? Bo gdzieś w środku na ogół czują, że ta opinia nie jest dobra i słuszna. Dobre wybory rzadko kiedy są wygodne.

fot. Bożena Szuj

W taki sposób działają zresztą nie tylko ludzie mało odważni, ale również populistyczni politycy. Jednak nie przeceniałabym ich wpływu na masy. Dostają żyzny grunt. Niezwykle łatwo zawiadywać zbiorowym strachem. Niech ktoś spróbuje pozawiadywać zbiorową odwagą!

W tle leci oczywiście „Babilon upadł”, który dosłownie ratował moje życie za każdym razem, kiedy przez ostatnich kilka miesięcy waliłam głową w mur zwany polską szkołą publiczną. (W drugim tle leci „Another brick in the wall”.)

I tu pojawia się pytanie najważniejsze: na ile możemy oddzielić człowieka od jego poglądów, by szanując tego pierwszego, móc zgodnie z własnym sumieniem nie szanować tych ostatnich? I czemu silna potrzeba nieszanowania poglądów, które uważa się za wielce niebezpieczne jest tak demonizowana? Czemu ląduje się za nią na banicji wraz ze wszystkimi ciasnymi umysłami, które nie tolerują żadnej wokół siebie inności?

fot. Bożena Szuj

Wszystko, co nas i indywidualnie, i zbiorowo, triggeruje, jest dla nas lustrem. Prawda wyświechtana i stara jak świat.

I o ile część moich Czytelników mogła być ze mną raczej zgodna, teraz pojawi się słowo, które może nas poróżnić. Ale wytrzymajcie. Najważniejsze, co wyciągnęłam z trzymiesięcznej terapii grupowej to właśnie umiejętność wytrzymania najtrudniejszych emocji.

Od dłuższego czasu lustrem dla Polaków są przebywający w Polsce Ukraińcy. Wszystko, co jesteśmy w stanie z siebie wraz z jadem o Ukraińcach wyrzucić, przedstawia smutną prawdę o nas samych. Oczywiście dziś są to Ukraińcy, wczoraj byli Afgańczycy. Do tego w zanadrzu zawsze mamy dobrych wypróbowanych Żydów, społeczność LGBTQ+ i niezawodnych lewaków. Rodzaj inności nie jest tu istotny. Uwierzcie mi.

fot. Bożena Szuj

Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie pomyślał o przebywających w Polsce Ukraińcach z nutą zniecierpliwienia. Kto nie wywrócił oczami, słysząc z ust ekspedientki w polskim sklepie wschodni akcent, kto nie wkurzył się, idąc polską ulicą, na zbyt głośno rozmawiającego przez telefon Ukraińca bardziej niż na zbyt głośno rozmawiającego przez telefon Polaka. Choć wszyscy wiemy przecież, z jakiego koszmaru ci ludzie uciekli. Rozumiemy chyba, że gdyby ich wnuki, dzieci, bracia, partnerzy nie walczyli dziś na froncie, walczyć musielibyśmy my. Przecież zdajemy sobie z tego sprawę.
Podobnie, jak mimo całego mojego rozumienia dzieci, mojego pedagogiczno-psychologicznego zaplecza, mojej nieziemskiej wobec dzieci cierpliwości (wprost proporcjonalnie odwrotnej do tej wobec dorosłych) i sporej empatii, czasem mam niektórych dziecięcych zachowań zwyczajnie po dziurki w nosie. I tym bardziej jest mi przykro, bo znam orzeczenia każdego tzw. trudniejszego dziecka w obydwu szkołach na pamięć, rozumiem mechanizmy, a jednak… czasami mimo wszystko po prostu mam dość.

fot. Bożena Szuj

I teraz pytanie, co z tym mam dość zrobić? Mamy wybór. Możemy zachować je w formie myśli niewypowiedzianej lub też wypowiedzianej, ale mądrze. (Mądrze, czyli z perspektywy ja: co mnie boli, z czym ja mam problem.) Ja się swojego mam dość wstydzę. Nic w nim dobrego czy szlachetnego. Ot, zwykła oznaka mojej słabości. Czasem zmęczenia. Kolejny drogowskaz, dzięki któremu wiem, nad czym jeszcze muszę popracować. Czemu się w sobie przyjrzeć, co wyplenić. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy z jakiegoś powodu zdecydujemy się z haniebnej, choć ludzkiej myśli, która przemknęła przez naszą głowę, uczynić własny pogląd i wypowiadać go tak, jak by miał jakąkolwiek wartość. Kiedy zaczynamy się do niego przywiązywać i kurczowo się go trzymać. Kiedy zaczynamy go w rozpaczliwy sposób bronić. Kogo krzywdzimy? Przecież nie Ukraińców. Przecież nie te rozbrykane dzieci. Nie uciążliwego sąsiada czy zbyt atrakcyjną sekretarkę męża. Krzywdzimy tylko siebie, pozwalając na to, żeby myśl, której poświęcamy zbyt dużo uwagi, zaczęła nas zatruwać, zmieniając nas powoli i sukcesywnie w złego człowieka. Naprawdę wiem, o czym mówię.

fot. Bożena Szuj

Jest we mnie niewyobrażalna dla wielu niezgoda na folgowanie sobie w prostych generalizacjach. Naprawdę rozumiem lęk, rozumiem obawy, rozumiem rozgoryczenie płynące często z niewiedzy lub dezinformacji. Coraz częściej też posługujemy się skrótami. To generuje całą masę nieporozumień. Mamy prawo być zagubieni. Mamy prawo pytać:

  • Jakie są granice pomocy?
  • Czy istnieją?
  • Jak pomagać mądrze?
  • Jak się zachowywać w trudnych sytuacjach, żeby nie czuć się wykorzystywanym?

Wracając do starej dobrej szkoły niepodawania ręki za poglądy barbarzyńskie i do złego zagospodarowywania myśli wstydliwych, myślę, że różnica między otwartością a brakiem otwartości na odmienność poglądów to po prostu granice, jakie powinniśmy sobie ustalić. Chwilę temu dałam sobie po raz kolejny wmówić, że nie można się ze mną nie zgadzać. Po raz kolejny uległam manipulacji, przenosząc się w czasie do momentu, kiedy byłam małą, zależną od dorosłych dziewczynką. Kiedy łatwo było mi zamknąć usta i trzymać całą wieczność w szachu zawstydzenia. Ale otrzepałam się i wróciłam. I powinnam to wreszcie powiedzieć wprost, ale zdecydowanie łatwiej mi napisać.

Jestem ciekawa Twoich obaw, może pokrywają się z moimi. Jestem ciekawa Twoich obserwacji – widzisz inny wycinek rzeczywistości niż ja, może razem uda się nam je połączyć i odkryjemy jakąś nową, większą całość. Może wyciągniemy nowe, sensowniejsze wnioski. Jednak po naszym wspólnym – ludzkim – doświadczeniu obydwu wojen światowych nie ma we mnie zgody na nadawanie swoim lękom formy poglądów o treściach:

jestem ksenofobem/rasistą/homofobem/antysemitą itd.

Docenię szczerość, że może Ci czasem przejść po głowie tak straszna myśl. Że jesteś nią przerażony, że Ci za nią wstyd. Nigdy jednak nie uszanuję wyboru, by zrobić z niej własny pogląd.

Zresztą dawno temu, kiedy na mediach społecznościowych pisałam ostrzej i bardziej lakonicznie, podzieliłam się spostrzeżeniem, że „homofobia to nie pogląd, tylko skurwysyństwo”. Nie sądziłam, że stracę przez to kilku znajomych, zwłaszcza tych, z którymi planowałam kontynuację artystycznych projektów. Jednak nie żałuję, bo nadal się z tym stwierdzeniem zgadzam. W tej ksenofobii, błędnie nazywanej przez niektórych „rasizmem” najgroźniejsza jest sama generalizacja, łatwo prowadząca do dehumanizacji jednostek. Masa nigdy nie jest jednolita.

fot. Bożena Szuj

Z innej zaś strony patrząc, myślę, że ze stosunkiem do całej nacji w jej kulturowym przekroju jest trochę jak z zauroczeniem. A jak najłatwiej się oduroczyć? Poznając kogoś lepiej! Póki jest w sferze niedopowiedzeń, zanurzony w naszych własnych na jego temat wyobrażeniach, jest ideałem. Ale im lepiej pozwalamy mu się przed nami odsłonić, tym zazwyczaj większe rozczarowanie. (Choć nie ma, oczywiście, reguły.) Ja też im dłużej żyję w Polsce, tym mam gorsze o Polakach zdanie. Czy jest to jednak jakkolwiek obiektywne? Oczywiście nie. Bo każdy człowiek jest inny bez względu na swoje pochodzenie, kulturę czy orientację. Tak samo Ukraińcy.

fot. Bożena Szuj

Wyobraziliśmy sobie swoje polskie nieograniczone dobro spływające na biednych, uciekających przed wojną sąsiadów. Biednych, więc z przerażenia niemych i wydalających każdym porem swojego ciała nieskończoną wdzięczność dla naszej polskiej dobroci. Wspaniałomyślnie zapomnieliśmy Wołyń. Znaczy przypominając najpierw, żeby wszyscy wiedzieli o czym dokładnie zapominamy. Żeby nikomu nic nie umknęło. I nagle te biedne ukraińskie owieczki… przestały pasować do naszej wizji odbiorców polskiej dobroczynności. Zaczęły się odzywać. Nawet całkiem głośno. I to z akcentem.

fot. Bożena Szuj

Przyjechały autami, czasem bardzo drogimi. W dodatku rzadko kiedy utrzymują należny nam, dobrodziejom, pokłon. A, co już chyba najgorsze, wcale nie tak znowu często dają się lubić. Ktoś, kto ucieka przed wojną powinien samym swoim wyglądem wyciskać nam z oczu łzy. Powinien być jak bezbronny, przerażony piesek w schronisku. Jakaś duma? Odmieniana przez wszystkie przypadki roszczeniowość? Wkurw wypisany na wysoko uniesionych twarzach? Coś nam się tu nie spina. I spinać się, Kochani, nie będzie nigdy! Witajcie w dorosłym świecie! W świecie, w którym dziecko, dla którego flaki sobie wypruwaliśmy, dziś ma w nosie obraz Świętej Matki Polki i rozlicza nas nie z fikcyjnych poświęceń, o które nigdy nie prosiło, ale naszych realnych zaniedbań. Witajcie w świecie, w którym bycie zarówno dobrym, jak i złym człowiekiem to suma codziennych wyborów dokonywanych w oparciu nie o czyjąkolwiek wdzięczność, ale własne sumienie.

fot. Bożena Szuj

Witajcie w świecie, w którym tuż za granicą naszego państwa toczy się wojna nieprzypominająca wojny, którą znamy z książek czy filmów. W świecie, w którym nie musi się nam mieścić czy nie mieścić w głowie, że do kraju zaatakowanego można – mimo statusu uchodźcy – wracać do pozostających tam bliskich, do złudzenia normalności z miliona różnych powodów, których nie musimy rozumieć. Witajcie w świecie, w którym wasze wypowiadane z ciepłej kanapy sądy na temat tego, „co wy byście zrobili na ich miejscu” nie mają najmniejszego znaczenia, gdyż nie jesteście na ich miejscu.
I w końcu witajcie w świecie, w którym wasze zakrzykiwanie moich słów (tak, mówcą jestem fatalnym, zwłaszcza, kiedy jakiś temat mnie podnosi, więc macie swoje pięć minut triumfu) nie zmienia absolutnie nic. Będę je pisać, bo widząc wasze rozpaczliwe reakcje wiem, że próbujecie znaleźć w innych rozgrzeszenie. Nie dam się już wciągnąć w dyskusje o wszystkich Ukraińcach, Polakach, Żydach, czarnoskórych, gejach itp., jeśli powodem użycia takich uogólnień nie będą rzetelne dane statystyczne.

fot. Bożena Szuj

A w całej Polsce żyje ok, 1,5 miliona Ukraińców, czyli zaledwie ok. 4% całego narodu ukraińskiego. Nie znamy wszystkich tych ludzi, choć nawet gdybyśmy znali i na podstawie wnikliwej obserwacji ich zachowań wyrobili sobie na ich temat jakąś opinię, nadal będzie ona jedynie dowodem anegdotycznym. Jednak my swoje opinie czerpiemy znając nie 1,5 miliona Ukraińców, nie 500 czy nawet 200 tysięcy. My zobaczyliśmy przez te cztery lata może pięćdziesięciu, może stu pracowników w sektorach usługowych. Poznaliśmy kilku do kilkunastu Ukraińców w pracy, czasem z kilkoma sąsiadujemy. I to jest ta solidna wiedza, na podstawie której umiemy bez wstydu wygłosić przerażające, pogrążające nas zdanie:

Jestem ksenofobem.

I nie. Nikogo nie „bronię”. Sama mam tylko garstkę dowodów anegdotycznych. Są to przeważnie miłe i wartościowe doświadczenia, które jednak nie mówią mi absolutnie nic o narodzie, ale bardzo dużo o konkretnych ludziach.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser serwuję dziś przejmujący utwór ukraińskiej kompozytorki Ałły Zahajkewycz „To Escape”.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Leave a comment