OdmienNe poglądy?

fot. Bożena Szuj

Już od dawna miałam zacząć pisać zupełnie inny tekst. Tekst, który od niemal dwóch lat dojrzewa we mnie, krystalizuje się, przybiera nowe formy; ukazuje mi się w sprecyzowanych myślach i gotowych fragmentach zdań. Dziś jednak muszę się od tego wszystkiego oderwać i poruszyć temat, który zawsze, kiedy pojawi się w moim życiu, dotyka mnie do żywego. Temat przemycania przez bliskich i rzucania tuż pod nasze nogi zła nazywanego dla niepoznaki swoimi poglądami, do których każdy ma przecież prawo. Doskonała i jakże efektywna manipulacja! Czujesz się – będąc we własnej przestrzeni, własnym azylu, do którego zapraszasz osobę ci bliską – obrzygany przez nią jakąś odrażającą substancją, a równocześnie nie możesz zareagować adekwatnie, bo z jednej strony domownicy, czytając w twoich myślach, kopią cię pod stołem w łydkę, z drugiej to w końcu gość, a z trzeciej zaczyna ci się odtwarzać w głowie dobrze znane pytanie:

Znowu nie możesz znieść, że ktoś ma inne poglądy niż Ty?

Pytanie ciągnące się za mną od bardzo dawna. Każdy mój przejaw buntu i niezgody na jakąś formę wypowiedzi, był sprytnie przekształcany w broń używaną przeciwko mnie samej.

Świat nie będzie ci tylko przytakiwał. Ludzie mają prawo myśleć inaczej.

Tak. Dlatego z ciekawością, a czasem nawet zdumieniem, słucham, że ktoś w ogóle nie jada zup i nie lubi łączyć surówki z ciepłym daniem, ktoś inny nie wyobraża sobie życia bez biegania i okazjonalnego grzybobrania, a jeszcze inny do osiągnięcia satysfakcji seksualnej musi znaleźć się w trójkącie. Przyjmuję z pokorą, że istnieją na tym świecie fani Guns N’ Roses. Z trudem, ale zaczynam akceptować tych, którzy doceniają tekściarstwo Agnieszki Osieckiej. Są wśród nas i tacy, którzy panicznie boją się chodzić do teatru, bo kiedy raz do niego poszli, aktor dostał na scenie zawału serca (anegdota opowiadana przez profesora Krzysztofa Kłosińskiego). Inni nienawidzą muzyki poważnej i nigdy nie byli na żadnym „poważnym” koncercie. Mam w pamięci fascynujące rozmowy z czytelnikami Danielle Steel na tematy inne niż pretensjonalna literatura. Lubię kilku wyborców partii tak światopoglądowo mi obcych, że aż sama się czasem dziwię temu, jak mimo wszystko trwałe są fundamenty naszych relacji.

fot. Bożena Szuj

Otaczają mnie mięsożercy, których nie próbuję nawracać na niejedzenie mięsa, choć w mojej opinii dokonują wyboru złego i wynikającego z egoistycznych pobudek. (Na wszelki wypadek nie pytają.) Od lat – przejęta troską o Planetę – nie kupuję ubrań w sklepach innych niż te oferujące kolejny ich obieg, co nie znaczy, że prawię komukolwiek kazania na temat kupowania ciuchów w sieciówkach. Nikt mnie też nie zaprasza na wspólne łażenie po sklepach, bo i tak bym odmówiła.
Mam sprecyzowany pogląd na temat wszelkiego rodzaju hodowli psów i wspierania ich poprzez kupowanie rasowych szczeniaków. Nie oznacza to jednak, że obrażam się na bliskich, którzy z własnych powodów decydują się na taki zakup. Jest mi też autentycznie przykro, kiedy takie pieski zaczynają chorować na schorzenia związane z ich rasą i nie miałabym czelności powiedzieć komukolwiek „a nie mówiłam?”.

fot. Bożena Szuj

Znam nawet miłych ludzi zajmujących się w ramach hobby myślistwem. To już rzeczywiście kładzie pewien cień na moją do nich sympatię, ale nie zmienia też obserwacji, że można być dobrym częściowo. Lub też w danych obszarach. Czyjeś odmienne preferencje lub pasje mogą fascynować właśnie dlatego, że tak różnią się od naszych. Kiedy lata temu koleżanka ze studiów w Warszawie opowiadała mi, że lubi wynajmować mieszkania w głośnych miejscach, bo nie może zasnąć, kiedy jest zbyt cicho, byłam zadziwiona. Dopiero wtedy zrozumiałam, że hałas wcale nie musi być oczywistym minusem. W każdym razie nie dla każdego.

Gust muzyczno-literacki z kolei zdradza nasz rodzaj wrażliwości i o ile rzeczywiście bez sensu jest dyskutować o tym, dlaczego coś kogoś porusza, a coś innego nie, uważam że zdecydowanie ci, którzy posiadają takie kompetencje, powinni rozmawiać o tym, co jest jakościowo złe i nazywać to po imieniu. Nie po to, żeby odbiorcom zrobić przykrość (bo w końcu każdy chłam znajdzie swoje docelowe ucho czy oko), ale po to, by monitorować ogłupianie społeczeństwa, z którym już od dawna mamy w mainstreamie do czynienia.

fot. Bożena Szuj

Co zresztą tak naprawdę można nazwać „poglądami”? Styl życia? Codzienne wybory? Przekonania polityczne? Religijne? Ogólne spojrzenie na świat? Wg Słownika Języka Polskiego PWN pogląd, to:

sąd o czymś oparty na przeświadczeniu o prawdziwości lub fałszywości czegoś

Słownik Języka Polskiego PWN

I największym problemem jest dla mnie właśnie ów „sąd”. Sądzimy, a więc wydaje nam się, że… To stwarza przestrzeń do powątpiewania, do zmiany swojego stanowiska w zetknięciu z nowymi danymi, z faktami, o których wcześniej nie wiedzieliśmy. My jednak częściej chyba zamiast sądzić, osądzamy. I tu zaczyna robić się niebezpiecznie. Jeszcze pal sześć, jeśli podzielimy się gdzieś osądem, że oto popularny serial jest jednak do bani, a grające w nim gwiazdy posługują się mniejszą liczbą środków wyrazu niż drewniaki naszego dziadka. Co jednak, kiedy osądzimy, że Hitler miał w swoim chorym założeniu trochę racji? Łatwo ten akurat argument zbić regulacjami prawnymi. Bo takie są. Co jednak w przypadkach, w których takich regulacji jeszcze nie ma? Co, kiedy ktokolwiek w dzisiejszym świecie, mając dostęp do najnowszej wiedzy, osądzi, że zbrodniarz Putin postępuje właściwie?

fot. Bożena Szuj

Tutaj odzywa się we mnie szacunek do starej szkoły niepodawania ręki za poglądy, które urągają ludzkiej przyzwoitości. Ale czy w takiej sytuacji zamiast unoszenia się honorem ważniejsza nie jest właśnie rozmowa i uświadomienie drugiej stronie ewidentnego błędu poznawczego w jej myśleniu? Niektóre poglądy wynikają z błędnego wnioskowania. Tylko ilekroć zwrócę na to uwagę, jestem zakrzykiwana. Jestem zakrzykiwana zresztą od kiedy pamiętam. Zakrzykiwana przez narrację bardziej napastliwą, agresywną, czasem podkręconą alkoholem. Zakrzykiwana z pozycji pozornej siły przez narrację taranującą swoim mam prawo i zdania nie zmienię. Zanim się kompletnie rozsypię (a rozsypuję się niestety zawsze), uśmiecham się do tych deklaracji o swoim prawie, bo deklarować mogą to jedynie ci, którzy jeszcze nie rozumieją, że cały czas są wolni. Mogą myśleć i robić, co im tylko przyjdzie do głowy. Nawet to, do czego nie mają prawa. Jedyne, czego nie mogą, to oczekiwać poklasku od wszystkich wokół oraz nie liczyć się z konsekwencjami swoich wyborów. I tyle. Problemem, który dostrzegam, jest deficyt odwagi. Do całkowitego skorzystania ze swojej wolności, a przede wszystkim wzięcia za swoje słowa i czyny odpowiedzialności, jest ona nieodzowna. Odważni ludzie robią to, co czują, że zrobić muszą (stąd mój dozgonny szacunek m.in. do Jacka Kuronia czy Władysława Frasyniuka). Tchórze (przepraszam, ale w tym wypadku nie potrafię się bawić w eufemizmy), żeby w swojej wygodnej dla siebie opinii poczuć się pewniej, rozglądają się dookoła, szukając poparcia, a kiedy go nie dostaną, próbują je wymusić krzykiem, pozornie logicznymi argumentami i zasiewaniem strachu. Dlaczego chcą się w swojej wygodnej dla siebie opinii poczuć lepiej? Bo gdzieś w środku na ogół czują, że ta opinia nie jest dobra i słuszna. Dobre wybory rzadko kiedy są wygodne.

fot. Bożena Szuj

W taki sposób działają zresztą nie tylko ludzie mało odważni, ale również populistyczni politycy. Jednak nie przeceniałabym ich wpływu na masy. Dostają żyzny grunt. Niezwykle łatwo zawiadywać zbiorowym strachem. Niech ktoś spróbuje pozawiadywać zbiorową odwagą!

W tle leci oczywiście „Babilon upadł”, który dosłownie ratował moje życie za każdym razem, kiedy przez ostatnich kilka miesięcy waliłam głową w mur zwany polską szkołą publiczną. (W drugim tle leci „Another brick in the wall”.)

I tu pojawia się pytanie najważniejsze: na ile możemy oddzielić człowieka od jego poglądów, by szanując tego pierwszego, móc zgodnie z własnym sumieniem nie szanować tych ostatnich? I czemu silna potrzeba nieszanowania poglądów, które uważa się za wielce niebezpieczne jest tak demonizowana? Czemu ląduje się za nią na banicji wraz ze wszystkimi ciasnymi umysłami, które nie tolerują żadnej wokół siebie inności?

fot. Bożena Szuj

Wszystko, co nas i indywidualnie, i zbiorowo, triggeruje, jest dla nas lustrem. Prawda wyświechtana i stara jak świat.

I o ile część moich Czytelników mogła być ze mną raczej zgodna, teraz pojawi się słowo, które może nas poróżnić. Ale wytrzymajcie. Najważniejsze, co wyciągnęłam z trzymiesięcznej terapii grupowej to właśnie umiejętność wytrzymania najtrudniejszych emocji.

Od dłuższego czasu lustrem dla Polaków są przebywający w Polsce Ukraińcy. Wszystko, co jesteśmy w stanie z siebie wraz z jadem o Ukraińcach wyrzucić, przedstawia smutną prawdę o nas samych. Oczywiście dziś są to Ukraińcy, wczoraj byli Afgańczycy. Do tego w zanadrzu zawsze mamy dobrych wypróbowanych Żydów, społeczność LGBTQ+ i niezawodnych lewaków. Rodzaj inności nie jest tu istotny. Uwierzcie mi.

fot. Bożena Szuj

Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie pomyślał o przebywających w Polsce Ukraińcach z nutą zniecierpliwienia. Kto nie wywrócił oczami, słysząc z ust ekspedientki w polskim sklepie wschodni akcent, kto nie wkurzył się, idąc polską ulicą, na zbyt głośno rozmawiającego przez telefon Ukraińca bardziej niż na zbyt głośno rozmawiającego przez telefon Polaka. Choć wszyscy wiemy przecież, z jakiego koszmaru ci ludzie uciekli. Rozumiemy chyba, że gdyby ich wnuki, dzieci, bracia, partnerzy nie walczyli dziś na froncie, walczyć musielibyśmy my. Przecież zdajemy sobie z tego sprawę.
Podobnie, jak mimo całego mojego rozumienia dzieci, mojego pedagogiczno-psychologicznego zaplecza, mojej nieziemskiej wobec dzieci cierpliwości (wprost proporcjonalnie odwrotnej do tej wobec dorosłych) i sporej empatii, czasem mam niektórych dziecięcych zachowań zwyczajnie po dziurki w nosie. I tym bardziej jest mi przykro, bo znam orzeczenia każdego tzw. trudniejszego dziecka w obydwu szkołach na pamięć, rozumiem mechanizmy, a jednak… czasami mimo wszystko po prostu mam dość.

fot. Bożena Szuj

I teraz pytanie, co z tym mam dość zrobić? Mamy wybór. Możemy zachować je w formie myśli niewypowiedzianej lub też wypowiedzianej, ale mądrze. (Mądrze, czyli z perspektywy ja: co mnie boli, z czym ja mam problem.) Ja się swojego mam dość wstydzę. Nic w nim dobrego czy szlachetnego. Ot, zwykła oznaka mojej słabości. Czasem zmęczenia. Kolejny drogowskaz, dzięki któremu wiem, nad czym jeszcze muszę popracować. Czemu się w sobie przyjrzeć, co wyplenić. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy z jakiegoś powodu zdecydujemy się z haniebnej, choć ludzkiej myśli, która przemknęła przez naszą głowę, uczynić własny pogląd i wypowiadać go tak, jak by miał jakąkolwiek wartość. Kiedy zaczynamy się do niego przywiązywać i kurczowo się go trzymać. Kiedy zaczynamy go w rozpaczliwy sposób bronić. Kogo krzywdzimy? Przecież nie Ukraińców. Przecież nie te rozbrykane dzieci. Nie uciążliwego sąsiada czy zbyt atrakcyjną sekretarkę męża. Krzywdzimy tylko siebie, pozwalając na to, żeby myśl, której poświęcamy zbyt dużo uwagi, zaczęła nas zatruwać, zmieniając nas powoli i sukcesywnie w złego człowieka. Naprawdę wiem, o czym mówię.

fot. Bożena Szuj

Jest we mnie niewyobrażalna dla wielu niezgoda na folgowanie sobie w prostych generalizacjach. Naprawdę rozumiem lęk, rozumiem obawy, rozumiem rozgoryczenie płynące często z niewiedzy lub dezinformacji. Coraz częściej też posługujemy się skrótami. To generuje całą masę nieporozumień. Mamy prawo być zagubieni. Mamy prawo pytać:

  • Jakie są granice pomocy?
  • Czy istnieją?
  • Jak pomagać mądrze?
  • Jak się zachowywać w trudnych sytuacjach, żeby nie czuć się wykorzystywanym?

Wracając do starej dobrej szkoły niepodawania ręki za poglądy barbarzyńskie i do złego zagospodarowywania myśli wstydliwych, myślę, że różnica między otwartością a brakiem otwartości na odmienność poglądów to po prostu granice, jakie powinniśmy sobie ustalić. Chwilę temu dałam sobie po raz kolejny wmówić, że nie można się ze mną nie zgadzać. Po raz kolejny uległam manipulacji, przenosząc się w czasie do momentu, kiedy byłam małą, zależną od dorosłych dziewczynką. Kiedy łatwo było mi zamknąć usta i trzymać całą wieczność w szachu zawstydzenia. Ale otrzepałam się i wróciłam. I powinnam to wreszcie powiedzieć wprost, ale zdecydowanie łatwiej mi napisać.

Jestem ciekawa Twoich obaw, może pokrywają się z moimi. Jestem ciekawa Twoich obserwacji – widzisz inny wycinek rzeczywistości niż ja, może razem uda się nam je połączyć i odkryjemy jakąś nową, większą całość. Może wyciągniemy nowe, sensowniejsze wnioski. Jednak po naszym wspólnym – ludzkim – doświadczeniu obydwu wojen światowych nie ma we mnie zgody na nadawanie swoim lękom formy poglądów o treściach:

jestem ksenofobem/rasistą/homofobem/antysemitą itd.

Docenię szczerość, że może Ci czasem przejść po głowie tak straszna myśl. Że jesteś nią przerażony, że Ci za nią wstyd. Nigdy jednak nie uszanuję wyboru, by zrobić z niej własny pogląd.

Zresztą dawno temu, kiedy na mediach społecznościowych pisałam ostrzej i bardziej lakonicznie, podzieliłam się spostrzeżeniem, że „homofobia to nie pogląd, tylko skurwysyństwo”. Nie sądziłam, że stracę przez to kilku znajomych, zwłaszcza tych, z którymi planowałam kontynuację artystycznych projektów. Jednak nie żałuję, bo nadal się z tym stwierdzeniem zgadzam. W tej ksenofobii, błędnie nazywanej przez niektórych „rasizmem” najgroźniejsza jest sama generalizacja, łatwo prowadząca do dehumanizacji jednostek. Masa nigdy nie jest jednolita.

fot. Bożena Szuj

Z innej zaś strony patrząc, myślę, że ze stosunkiem do całej nacji w jej kulturowym przekroju jest trochę jak z zauroczeniem. A jak najłatwiej się oduroczyć? Poznając kogoś lepiej! Póki jest w sferze niedopowiedzeń, zanurzony w naszych własnych na jego temat wyobrażeniach, jest ideałem. Ale im lepiej pozwalamy mu się przed nami odsłonić, tym zazwyczaj większe rozczarowanie. (Choć nie ma, oczywiście, reguły.) Ja też im dłużej żyję w Polsce, tym mam gorsze o Polakach zdanie. Czy jest to jednak jakkolwiek obiektywne? Oczywiście nie. Bo każdy człowiek jest inny bez względu na swoje pochodzenie, kulturę czy orientację. Tak samo Ukraińcy.

fot. Bożena Szuj

Wyobraziliśmy sobie swoje polskie nieograniczone dobro spływające na biednych, uciekających przed wojną sąsiadów. Biednych, więc z przerażenia niemych i wydalających każdym porem swojego ciała nieskończoną wdzięczność dla naszej polskiej dobroci. Wspaniałomyślnie zapomnieliśmy Wołyń. Znaczy przypominając najpierw, żeby wszyscy wiedzieli o czym dokładnie zapominamy. Żeby nikomu nic nie umknęło. I nagle te biedne ukraińskie owieczki… przestały pasować do naszej wizji odbiorców polskiej dobroczynności. Zaczęły się odzywać. Nawet całkiem głośno. I to z akcentem.

fot. Bożena Szuj

Przyjechały autami, czasem bardzo drogimi. W dodatku rzadko kiedy utrzymują należny nam, dobrodziejom, pokłon. A, co już chyba najgorsze, wcale nie tak znowu często dają się lubić. Ktoś, kto ucieka przed wojną powinien samym swoim wyglądem wyciskać nam z oczu łzy. Powinien być jak bezbronny, przerażony piesek w schronisku. Jakaś duma? Odmieniana przez wszystkie przypadki roszczeniowość? Wkurw wypisany na wysoko uniesionych twarzach? Coś nam się tu nie spina. I spinać się, Kochani, nie będzie nigdy! Witajcie w dorosłym świecie! W świecie, w którym dziecko, dla którego flaki sobie wypruwaliśmy, dziś ma w nosie obraz Świętej Matki Polki i rozlicza nas nie z fikcyjnych poświęceń, o które nigdy nie prosiło, ale naszych realnych zaniedbań. Witajcie w świecie, w którym bycie zarówno dobrym, jak i złym człowiekiem to suma codziennych wyborów dokonywanych w oparciu nie o czyjąkolwiek wdzięczność, ale własne sumienie.

fot. Bożena Szuj

Witajcie w świecie, w którym tuż za granicą naszego państwa toczy się wojna nieprzypominająca wojny, którą znamy z książek czy filmów. W świecie, w którym nie musi się nam mieścić czy nie mieścić w głowie, że do kraju zaatakowanego można – mimo statusu uchodźcy – wracać do pozostających tam bliskich, do złudzenia normalności z miliona różnych powodów, których nie musimy rozumieć. Witajcie w świecie, w którym wasze wypowiadane z ciepłej kanapy sądy na temat tego, „co wy byście zrobili na ich miejscu” nie mają najmniejszego znaczenia, gdyż nie jesteście na ich miejscu.
I w końcu witajcie w świecie, w którym wasze zakrzykiwanie moich słów (tak, mówcą jestem fatalnym, zwłaszcza, kiedy jakiś temat mnie podnosi, więc macie swoje pięć minut triumfu) nie zmienia absolutnie nic. Będę je pisać, bo widząc wasze rozpaczliwe reakcje wiem, że próbujecie znaleźć w innych rozgrzeszenie. Nie dam się już wciągnąć w dyskusje o wszystkich Ukraińcach, Polakach, Żydach, czarnoskórych, gejach itp., jeśli powodem użycia takich uogólnień nie będą rzetelne dane statystyczne.

fot. Bożena Szuj

A w całej Polsce żyje ok, 1,5 miliona Ukraińców, czyli zaledwie ok. 4% całego narodu ukraińskiego. Nie znamy wszystkich tych ludzi, choć nawet gdybyśmy znali i na podstawie wnikliwej obserwacji ich zachowań wyrobili sobie na ich temat jakąś opinię, nadal będzie ona jedynie dowodem anegdotycznym. Jednak my swoje opinie czerpiemy znając nie 1,5 miliona Ukraińców, nie 500 czy nawet 200 tysięcy. My zobaczyliśmy przez te cztery lata może pięćdziesięciu, może stu pracowników w sektorach usługowych. Poznaliśmy kilku do kilkunastu Ukraińców w pracy, czasem z kilkoma sąsiadujemy. I to jest ta solidna wiedza, na podstawie której umiemy bez wstydu wygłosić przerażające, pogrążające nas zdanie:

Jestem ksenofobem.

I nie. Nikogo nie „bronię”. Sama mam tylko garstkę dowodów anegdotycznych. Są to przeważnie miłe i wartościowe doświadczenia, które jednak nie mówią mi absolutnie nic o narodzie, ale bardzo dużo o konkretnych ludziach.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser serwuję dziś przejmujący utwór ukraińskiej kompozytorki Ałły Zahajkewycz „To Escape”.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

10 mężczyzn na 10 marca

[Tak, jak w poprzednich wpisach, dzisiejszy również zawiera spis treści, który ułatwi szybkie poruszanie się po tekście, gdyby ktoś chciał do któregoś fragmentu po przeczytaniu całości wrócić.]

    Spis treści:

  1. Wstęp
  2. Keith Flint
  3. Michael Jackson
  4. Kurt Cobain
  5. Władysław Hasior
  6. Vladimir Nabokov
  7. David Lynch
  8. Jeremi Przybora
  9. Demetrio Stratos
  10. Stanisław Dróżdż
  11. Jeffrey Dahmer

1. Wstęp

Wspaniale się składa, że właśnie dziś wypada Dzień Mężczyzn, bo mam szansę przedstawić – dla równowagi po ostatnim wpisie z okazji Dnia Kobiet – sylwetki wspaniałych, inspirujących mężczyzn, którzy istotnie wpłynęli na moje życie i myślenie. Tak jak poprzednio, nazwiska uporządkowane są w kolejności chronologicznej.

2. Keith Flint

Muzyka zespołu The Prodigy towarzyszyła mi od najmłodszych lat, kiedy tata po raz pierwszy przywiózł mi z zagranicy ich płytę (w tamtych czasach jeszcze na kasecie). Co ciekawe, ćwierć wieku później muszę przyznać, że ta muzyka ani trochę się nie zestarzała, no ale tata zawsze miał bardzo wysmakowany muzyczny gust.
Zawsze szanowałam Liama Howletta – mózg zespołu, byłam onieśmielona urodą Maxima Reality, ceniłam Leeroy’a Thornhilla, choć „znałam” go właściwie najmniej, jednak tylko jeden członek zespołu stał się od razu moim pierwszym poważnym ideałem mężczyzny – był nim Keith Flint. Szalony, inteligentny, utalentowany, przystojny (ten dziwny przypadek mężczyzny, którego osobiście wolę w makijażu), dowcipny, pełen pasji, mający pomysł na siebie i równocześnie wielki dystans do siebie. Jedną z moich ulubionych anegdot z nim związanych jest ta opisana przez Martina Roacha w książce „The Prodigy. Elektroniczny Punk”. Na jednym z lotnisk u Keitha znaleziono narkotyki. Po raz kolejny… Znudzony celnik spytał:

– Musisz brać narkotyki, żeby wykonywać swoją pracę?
– Nie, ale musiałbym je brać, gdybym wykonywał twoją – odparł Keith.

– Martin Roach „The Prodigy. Elektroniczny Punk”

Keithowi Flintowi zawdzięczam to, że stał się dla mnie na dosyć wczesnym etapie mojego rozwoju pierwszym modelem mężczyzny kompletnie różnego od mojego taty (choć równocześnie bardzo przez niego cenionego), z którym jednocześnie się utożsamiałam i który mnie fascynował, ciągle zapewniając o tym, że inność jest naprawdę fajna i porywająca.
Thank you, Keith!

3. Michael Jackson

Michael był moim jedynym idolem w prawdziwym tego słowa znaczeniu, co jest o tyle może dziwne, że akurat pop nigdy nie był gatunkiem mojego pierwszego wyboru. Oprócz tego, że wzruszał mnie niewiarygodny talent tego człowieka i uwielbiałam jego płyty (zwłaszcza „Dangerous”), fascynował mnie również tym, że był niesamowitą mieszanką wszystkiego, co najbardziej pociągające w: mężczyźnie, kobiecie, dziecku, osobie białej i czarnoskórej. To było aż niebywałe, ile mieścił w sobie barw i piękna.
Momentem przełomowym było dla mnie pójście na jego koncert w Warszawie w 1996 roku (ten jeden pamiętny raz, kiedy nie pojawiłam się na inauguracji Warszawskiej Jesieni), a potem przejechanie pod hotel, w którym się zatrzymał i… zobaczenie go na wyciągnięcie dłoni. Co prawda Warszawy nie spowijał jeszcze aż taki smog, a on przybył pod hotel w masce, ale widok nawet samych jego (naprawdę wyjątkowej urody) oczu z bliska był czymś, czego nie zapomnę do końca życia.
Mimo że wychowałam się w artystycznym domu i stykałam się z najwybitniejszymi tego świata osobiście już od najmłodszych lat (Iannis Xenakis ofiarował mi japońską laleczkę i przedziwne anyżowe czekoladki, siedząc na kolanach Tadeusza Łomnickiego, zadałam mu intrygujące mnie bardzo pytanie: „jak dokładnie wszedł do telewizora”, bo go tam parę dni wcześniej widziałam, państwo Lutosławscy zaopatrzyli w meble cały mój domek dla lalek, a od Władysława Hasiora dostałam całe mnóstwo zdekompletowanych zabawek i koralików), więc byłam do tego w pewnym sensie przyzwyczajona, zobaczenie Michaela Jacksona z bliska wpędziło mnie w dwutygodniowy stupor dysocjacyjny.
Zawdzięczam Michaelowi przede wszystkim niesamowite emocje i pokazanie mi, jak piękną można mieć więź z osobą, której się osobiście nie zna, dzięki jej talentowi i naszej na niego wrażliwości.
Thank you, Michael!

4. Kurt Cobain

Do Nirvany i Kurta Cobaina musiałam dojrzeć. Nadal nie uważam, że jest to zespół muzycznie doskonały, ale nie do końca o doskonałość w nim chodzi. Piękne, głębokie, mądre i przepełnione bólem teksty Cobaina bardzo mnie do niego przekonały, a potem zaczęło mnie coraz bardziej intrygować, co się kryje za tymi inteligentnymi, smutnymi oczami.
Kurtowi Cobainowi zawdzięczam przede wszystkim piosenkę „Dumb” i jej poruszające słowa, które raz na zawsze zmieniły coś w moim postrzeganiu świata i poezji.
Thank you, Kurt!

5. Władysław Hasior

O czym już tu wielokrotnie wspominałam, Władysław Hasior plasował się w czołówce moich ulubionych dorosłych. Dorastałam w domu, w którym były jego prace, w tym moja ukochana – prezent ślubny moich rodziców od Hasiora – przedstawiająca dwa kopulujące robaki. Mama niestety nigdy nie podzieliła mojego entuzjazmu dla tego akurat dzieła oraz jego kontekstu.
Prawie każdy mój przyjazd do Zakopanego w dzieciństwie (mieszkam tu na stałe dopiero od ośmiu lat), był związany z odwiedzeniem z tatą Galerii Hasiora, a potem samego Hasiora w jego mieszkaniu nad Galerią. Warto przypomnieć układ samej galerii: jej przestrzeń jest otwarta na wysokość parteru oraz pierwszego piętra. Na dole mieści się sala główna, w której jest ekspozycja stała (tylko dzieła Hasiora), a na górze, gdzie wystawiane są ekspozycje czasowe prac różnych twórców, wąski korytarz z balustradą prowadzi do drzwi lokalu, który zamieszkiwał Władysław Hasior. Nigdy nie był oczywiście dostępny dla zwiedzających, a dziś już pewnie ma nowe przeznaczenie. Mistrz czasem oglądał zwiedzających z góry, zza balustrady.
Był niesłychanie ciepłym, serdecznym i fajnym człowiekiem. Pamiętam, że zawsze sączył góralską herbatkę z prądem (nie mam stuprocentowej pewności co do herbatki, ale na pewno zawsze był tam prąd) i dużo się uśmiechał. Do mojej ulubionej części takiej wizyty należał zawsze moment, w którym Hasior otwierał małe drzwiczki na środku mieszkania, prowadzące w dół (układ tego miejsca był naprawdę przedziwny) do krainy skarbów, czyli czegoś w rodzaju piwnicy, gdzie składowane były zdekompletowane zabawki. Mogłam oglądać wszystko, natomiast to, co pan Władysław pozwalał mi sobie wziąć do domu, znajdywało się tylko na jednym stole. Zasady były bardzo proste i przejrzyste i niezwykle mi się podobały.
Do tego, choć byłam dosyć mała (miałam pewnie nie więcej, niż dziesięć lat), zakochałam się w jego pracach od pierwszego wejrzenia. Uwielbiałam ducha tej galerii, przejmującą twórczość Hasiora (od zawsze moją ulubioną jego pracą był Sztandar Niobe), idealnie dobraną do ekspozycji muzykę, która również się do dziś nie zmieniła.
Władysławowi Hasiorowi zawdzięczam ogromny wkład w budowanie mojej wrażliwości i poczucia piękna.
Panie Władysławie, dziękuję!

P.S. Mistrz zmarł dokładnie w dniu moich czternastych urodzin…

6. Vladimir Nabokov

Każdy z nas ma na pewno z okresu dzieciństwa niechlubny epizod myszkowania po „zakazanych”, mniej lub bardziej medycznych, książkach z kolekcji rodziców lub wujków, schowanych na teoretycznie niedostępnych dla nas półkach. Mój skończył się odkryciem jednej z największych miłości życia – Vladimira Nabokova, ale po kolei.
Moja „zakazana” pozycja składała się z części ilustracyjnej, której z powodzeniem można by nadać tytuł „Praktyczny przewodnik poruszania się po buszu” oraz tekstowej. Pierwszą odrzuciłam na wstępie z przyczyn estetycznych, natomiast druga zaintrygowała mnie przepięknym cytatem. Można się było domyślić, że cytat dotyczy intymnego zbliżenia dwóch osób, ale był tak niewiarygodnie subtelny, idealny językowo i działający na zmysły samą formą, że kwestia tego, co dokładnie opisywał, pozostawała w sferze wyobrażeń. Pod cytatem był podpis, który brzmiał mniej więcej tak (cytuję oczywiście z pamięci): „można by ten fragment uznać za przepiękną romantyczną literacką wizję stosunku seksualnego, gdyby nie fakt, że Vladimir Nabokov opisał w ten sposób w Lolicie akt samogwałtu czterdziestoletniego mężczyzny, dokonanego przy pomocy skarpetki należącej do dwunastolatki, o której fantazjował”. I wtedy właśnie nastąpił strzał Amora. Niemal na własne oczy zobaczyłam Kupidyna z łukiem! ❤
Wiedziałam, że muszę przeczytać „Lolitę” i lepiej poznać kogoś, kto pisze nie tylko TAKIE rzeczy, ale jeszcze kto TAK je pisze!
Jak wspominałam wcześniej, „Lolita” bardzo mocno namieszała w moim życiu i na pewno byłabym bez niej zupełnie inną osobą. Długi czas bałam się sięgnąć po inne książki Nabokova, mając poczucie, że nie da się już napisać nic lepszego, a ja go wolę zapamiętać właśnie takiego. Na szczęście w jakimś emitowanym dawno temu programie o książkach Wojciech Waglewski namówił mnie do sięgnięcia po rewelacyjne „Zaproszenie na egzekucję” i od tamtej pory przeczytałam większość dostępnych w języku polskim książek tego autora. Myślę, że to najlepszy pisarz w historii literatury w ogóle!
Vladimirovi Nabokovovi zawdzięczam zrozumienie, że plastycznie, pięknie i z klasą można pisać absolutnie na każdy temat, a najwięcej opowiedzieć można samą formą.
Спасибо, Владимир!

7. David Lynch

David Lynch jest królem nieoczywistości, więc nie mogło go zabraknąć na mojej dzisiejszej liście. Niebanalność (choć to raczej eufemizm) jego filmów oraz ogromne pole do interpretacji, jakie zostawia swoim odbiorcom, to rzeczy, za które cenię go najmocniej.
Davidowi Lynchowi zawdzięczam przede wszystkim jeden z najbardziej przełomowych filmów w moim życiu, czyli „Zagubioną autostradę”. Wyjątkowo urzekły mnie „Mulholland Drive” i „Dzikość serca”, jednak „Zagubiona autostrada” ukształtowała moje postrzeganie kobiecości i siebie samej.
Thank you, David!

8. Jeremi Przybora

Rzadko kiedy miewam do losu o cokolwiek pretensje, ale jak pewnego pięknego dnia usłyszałam od swojego taty:

Gdybym wiedział, że tak pokochasz twórczość Jeremiego Przybory,
poznałbym was ze sobą

– słowa, które powiedział mi tata pewnego pięknego dnia

to się odrobinę załamałam… (Nawiasem mówiąc, smutne jest też sobie uzmysłowić, że z opisywanej przeze mnie dziesiątki panów, żyje tylko dwóch.)
Choć w pamięci tzw. przeciętnego odbiorcy rolę „świetnego tekściarza” odgrywa po dziś dzień Agnieszka Osiecka (czego nigdy nie rozumiałam i już pewnie nie zrozumiem), mamy w historii tekstów polskiej muzyki rozrywkowej prawdziwą perłę w postaci twórczości Jeremiego Przybory. To, w jaki sposób Przybora władał piórem, jego niewymuszona elegancja, ale i przecież spora szczypta pikanterii, porywający dowcip, niesłychany urok i niewiarygodna wręcz świadomość językowa, to ewenement na skalę wszystkich polskich tekstów rozrywkowych w ogóle!
Jeremiemu Przyborze zawdzięczam przepiękną przygodę z Kabaretem Starszych Panów (był taki czas, kiedy nie dało się mnie zagiąć na żadnej piosence Kabaretu – znałam je wszystkie, wraz ze wszystkimi zwrotkami i wersjami, na pamięć) i rozsadzającą mnie dumę, że to właśnie w Polsce urodził się Nabokov tekstów piosenek rozrywkowych.
Panie Jeremi, dziękuję!

9. Demetrio Stratos

Ten niezwykle intrygujący niespotykanej urody multiinstrumentalista, badacz muzyki, wokalista i tekściarz grecko-włoskiego pochodzenia (urodzony w Egipcie) trafił do mojego serca jednym, zupełnie niesamowitym utworem – „Le sirene”.

Choć słyszałam w życiu mnóstwo utworów kwadrofonicznych, to, co Stratos zrobił w „Le sirene” z przestrzenią i relacją dźwięku do (uszu) słuchacza, przerosło moje najśmielsze oczekiwania i raz na zawsze zmieniło moją wizję zagospodarowania przestrzeni słuchacza w mojej własnej muzyce.
Demetriosowi Stratosowi zawdzięczam pokazanie mi kompletnie nowej i fascynującej perspektywy, a także opowiadanie „W rybich łuskach”, które napisałam zainspirowana tym jego utworem.
Σας ευχαριστώ, Δημήτριο!

10. Stanisław Dróżdż

Jak już pisałam w tekście „Językowe obserwacje”, twórczość Stanisława Dróżdża i poezję konkretną w ogóle odkryłam stosunkowo późno i od razu się w nich zakochałam. Dokładnie dwa miesiące przed terminem oddania pracy magisterskiej na studiach (a wbrew obowiązującym dziś trendom oddawałam ją pod koniec piątego roku studiów), kiedy utknęłam w ślepym zaułku w analizie tekstów Jeremiego Przybory, która miała być pierwotnym moim tematem, znakomita polska malarka, Zofia Broniek, pokazała mi twórczość Dróżdża, dla której zupełnie straciłam głowę. Z duszą na ramieniu przyszłam na seminarium magisterskie do mojego promotora, profesora Krzysztofa Kłosińskiego, i powiedziałam:

– Panie profesorze, mam dla pana wstrząsającą wiadomość.
– Napisała już pani całą pracę?!
– Gorzej – zmieniłam jej temat i zaczynam od początku, ale muszę
ją złożyć w pierwotnie wyznaczonym terminie… Za dwa miesiące.
– W takim razie proszę nie marnować czasu i zdążyć!

– rozmowa z promotorem idealnym, profesorem Krzysztofem Kłosińskim

Stanisławowi Dróżdżowi zawdzięczam te dwa najpiękniejsze miesiące mojego życia, przez które pisałam swoją pracę (i zdążyłam, dodatkowo zostając za nią wyróżniona!). Odkrywałam tę nową dla siebie, wciągającą, świeżą, poruszającą, głęboką, doskonałą Sztukę, równocześnie pisząc własną jej interpretację. Bardzo intensywny czas, który mnie ukształtował i przekonał, że wszystko naprawdę jest w języku. Że to nie moje przypuszczenie, tylko najprawdziwsza prawda. Zrozumiałam, że jestem wyznawcą języka, a Stanisław Dróżdż stał się moim doskonałym nauczycielem.
Panie Stanisławie, dziękuję!

P.S. Fragmenty mojej magisterki będę zamieszczać sukcesywnie na blogu – będą dostępne w kategorii Recenzje sztuk plastycznych oraz pod tagiem: Stanisław Dróżdż.

11. Jeffrey Dahmer

Ponieważ od zawsze temat samotności, poczucia odrzucenia i tęsknoty za bliskością nie był mi obcy, ogromnie poruszyła mnie historia zagubionego mężczyzny, który z tych właśnie powodów zdecydował się zamordować siedemnastu mężczyzn w różnym wieku (najmłodsza ofiara była niepełnoletnia), dopuścić się aktu nekrofilii na zwłokach i następnie je spożyć.
Ta strona mnie, w której już dawno temu rozgościł się na stałe Michał Fajbusiewicz, była zupełnie zafascynowana historią Dahmera (choć fascynacja ta oczywiście oscylowała na granicy przerażenia i współczucia). Tym bardziej, kiedy zaczęłam oglądać wywiady z nim i zrozumiałam, że choć był psychopatą i jak każdy psychopata miał ogromny talent manipulatorski, to jednak był też w pełni świadomy tego, czego się dopuścił, i potrafił z honorem ponieść konsekwencje swoich działań, nie zrzucając winy na innych (jak np. wręcz karykaturalny pod tym względem Ted Bundy). Dosyć mocno mnie co prawda rozczarował przyznaniem, że przeszedł na kreacjonizm, ale więzienie na pewno nie oddziałuje dobrze na żadną psychikę, a zwłaszcza tak zwichrowaną, jak jego.
Jeffrey’owi Dahmerowi zawdzięczam utwierdzenie mnie w przekonaniu, że nic nie jest do końca takie, na jakie wygląda, a w najstraszniejszych i najtrudniejszych do zrozumienia zbrodniach nigdy tak naprawdę – wbrew powszechnej opinii – nie mamy do czynienia z tylko jedną ofiarą.
Thank you, Jeffrey!

🌻🌻🌻 Wszystkim Panom w dniu ich święta składam najserdecznNiejsze życzenia, do których również dołączam piosenkę. Długo zastanawiałam się, którą wybrać, aż sobie uzmysłowiłam, że skoro Paniom wpis wcześniej zadedykowałam „Queen” Jessie J, to – żeby pozostać w klimatach królewskich – Panom podaruję dziś „Princes Of The Universe” wspaniałego i niepowtarzalnego zespołu Queen. I wy nućcie sobie codziennie – na przykład przy goleniu – te słowa, bo przecież są prawdziwe: 🌻🌻🌻

Here we are, born to be kings
We’re the princes of the universe

– Freddie Mercury