„Uno Lovis Party” Kury

fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: S7 Records
rok wydania: 2025

Dokładnie trzydzieści lat po debiutanckiej płycie „Kablox-Niesłyna Histaria”, dwadzieścia siedem lat po kultowym „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” i dwadzieścia cztery po równie świetnych, choć pozostających w cieniu swojego starszego brata, „100 latach undergroundu”, zespół Kury powrócił w najlepszym możliwym stylu, doskonałą płytą „Uno Lovis Party” (premiera krążka miała miejsce we wrześniu 2025 i do tego roku się odnoszę).
Pomysł reaktywacji Kur narodził się wraz z reedycją „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” i trasą z piosenkami z tej płyty. Przy kreatywności i płodności Tymańskiego, rozpoczęcie pracy nad nową płytą było tylko kwestią czasu. Od momentu kurzego zmartwychwstania zespół częściej niż kiedykolwiek w swojej historii zmieniał skład, jednak jego trzon, czyli kosmiczny duet Tymański – Deriglasoff, pozostał fundamentem trwałym i przelotnymi burzami niewzruszonym (choć należy podkreślić, że wspominając o „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”, nie można nie wymienić nazwiska Piotra „Picia” Pawlaka, do czego jeszcze powrócę). Do tych dwóch dostojnych, acz pełnych energii kogutokur dołączyły kolejno dwa wspaniałe kurczaki: fenomenalny pianista, kompozytor i improwizator Szymon Burnos (młody wiekiem, stary stażem, bo grający z Tymonem już od dawna) oraz – świeży narybek, żeby nie powiedzieć „nakurek” – zjawiskowy perkusista i improwizator Alan Kapołka, którego heavy metalowy background wyostrzył Kurom pazury.

W cieniu czy blasku „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.a”?

„P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”, choć nie był ostatnią płytą trójmiejskiej formacji, pozostał w pamięci większości fanów jako jeden z ważniejszych punktów odniesienia; jako album wyjątkowy i często ulubiony. Płyta kultowa, wybitna, ważna i przełomowa doczekała się w maju tego roku również filmu na swój temat – dokumentu „Najgłupsza płyta świata” w reżyserii Konrada Kulczyńskiego i Jakuba Knery.

Dokumentu ciekawego i potrzebnego, choć nieidealnego. Twórcy mimo zapału i włożenia w jego realizację dużego nakładu pracy, nie w każdym aspekcie rozumieli zachowania i motywacje Tymona Tymańskiego, co przekładało się na sposób prowadzenia narracji nie tylko podczas dyskusji o filmie po jego projekcji, ale też narracji filmowej. Słynna przemowa Tymańskiego podczas odbierania Fryderyka (od której film się zaczyna) w żadnym momencie nie była naznaczona pogardą do swoich słuchaczy, ale do muzycznego przemysłu, co zresztą sam dość jasno wyraził. Końcowa filmowa scena zejścia do fanów i śpiewania z nimi a capella (albo z gitarą) w czasie ulewy uniemożliwiającej występ na scenie podczas festiwalu Tauron w Katowicach, nie była więc „dowodem na spokornienie Tymona po latach”. Pokazała dokładnie tego samego, choć starszego o dwie dekady, Tymona, który kocha to, co robi i robi to na sto procent. Jest, owszem, dojrzalszy, pokorniejszy, bardziej doświadczony, ale akurat stosunek do fanów nie uległ przez te lata radykalnej zmianie. To wzruszająca ciągłość, a nie magiczna przemiana.
Drugim moim zarzutem do filmu było to, że kiedy przed kamerą zasiada nie tylko wybitny muzyk, ale równocześnie też wybitny tekściarz, jakim jest Olaf Deriglasoff i w trakcie pięknej wypowiedzi przydarzy mu się błąd fleksyjny (we wszystkich częściach wywiadu wyłącznie jeden), dobry redaktor powinien go wychwycić i dograć dubla, żeby ów błąd wyeliminować. Wywiad nie był przecież emitowany na żywo. Z góry uprzedzę, że nie przekonują mnie argumenty o rzekomej „autentyczności” objawiającej się w popełnianiu błędów. Mam równocześnie dwie perspektywy. Pierwszą i w pewnym sensie główną jest perspektywa badacza języka, który nie ocenia, ale potrafi ze sposobu, w jaki nadawca komunikatu go nadaje, wyczytać o nadawcy znacznie więcej informacji niż te udostępniane przez niego świadomie. Zwłaszcza w tym kontekście ciekawe są typy błędów, jakie popełniamy. Wokół tego zagadnienia kręciły się moje obydwie prace (licencjacka i magisterska) i być może kiedyś, kto wie, zakręci się również doktorska. Drugą perspektywę daje mi niemal dwudziestoletnie doświadczenie w pracy redaktora i korektora, który również nie ocenia, ale wobec błędów musi być bezwzględny (i bezbłędny!). Równocześnie umie też oddzielić własne upodobania określonych stylów pisania (a style potrafią być czasem nieznośne lub pretensjonalne) od faktycznych błędów i nie kastruje tekstu z jego autora. (W tym miejscu, jako autor specyficzny, ślę „Ruchowi Muzycznemu” gorzkie pozdrowienia.)
Reasumując, to, że ktoś tak w słowa doskonały popełni jakiś „chlapsus językowy” bardziej mnie ciekawi niż oburza (bycie językoznawcą wyklucza puryzm językowy). Uważam jednak, że publiczne wypowiedzi ewidentnych mistrzów słowa wymagają od nas, redaktorów, szczególnie dużej czułości i uwagi. Bo, że nikt nie jest doskonały, to jedno. Ale kiedy ma prawo być przez odbiorców traktowany jak językowy autorytet, mamy obowiązek mu w tym pomóc.

Wracając jednak do nowej płyty, dwa tygodnie przed wydaniem „Uno Lovis Party” odwiedziliśmy Tymona, który zapytany przeze mnie o znaczenie tego intrygującego tytułu, odpowiedział z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku, że to anagram i spytał, czy chcę go odgadnąć sama.

Kojarzycie te filmiki z Koła Fortuny, gdzie prawie wszystkie literki są już odkryte, została jedna czy dwie do odsłonięcia, uczestnik decyduje się na odgadnięcie hasła i… mu się to nie udaje?
To niestety cała ja.

Bardzo nie chciałam sprawić Maestro przykrości, ale nie podjęłam próby z góry skazanej na porażkę. Szybko więc sam mi pokazał, że „Uno Lovis Party” jest anagramem „Anty P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”. Przez pewien czas myślałam, że to tajemnica, ale Tymański zdradził ją wkrótce potem w kilku wywiadach, więc nie będzie to raczej niestosowny spoiler.
Wątek antypolovirusowości jest dla mnie zresztą niezwykle interesujący. Przeciwieństwem miłości nie jest przecież nienawiść, lecz obojętność. Na tej też zasadzie zbuntowane dwulatki próbujące ustalić, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, nie opierają swoich obserwacji na jakiejś abstrakcyjnej wizji człowieka jako takiego, ale na swoim opiekunie, z którym do tej pory były zlane w jedno. Robią to poprzez (nad)używanie przeczenia „nie”. Płyta „Uno Lovis Party” nigdy by nie powstała, gdyby nie  „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.”. Odcięcie się na poziomie zabawy nazwą, jest na to najlepszym dowodem.
Z kolei na poziomie artystycznym, trudne położenie zespołu wobec oczekiwań fanów było niezaprzeczalnym faktem. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” jest nie tylko płytą kultową, wybitną, ważną i przełomową, ale też do tej pory świeżą i ponadczasową. Wydaje mi się, że to rodzaj presji, który dla artystów może nie być łatwy do zniesienia. Nie ma chyba nic gorszego niż próba powtórzenia wcześniejszego sukcesu. Jedyne, co zostaje, to deklaracja odżegnania się od przeszłości, żeby nie zwariować. Żeby zapewnić sobie minimalny komfort tworzenia. I tu tkwi opisywany przeze mnie wyżej paradoks. Bo przecież „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” nie powstał przypadkowo. Stworzyli go znakomici muzycy przepełnieni ogromną wrażliwością, również językową. Obdarzeni umiejętnością wnikliwej obserwacji otaczającego ich świata. Dziś (w roku wydania płyty, 2025), dwadzieścia siedem lat później, dwóch tych samych muzyków – Tymon Tymański i Olaf Deriglasoff (bo jakiś czas po reaktywacji Piotr „Piciu” Pawlak opuścił szeregi grupy), ma tylko większe doświadczenie, lepszy warsztat, więcej do powiedzenia, lepszą intuicję do ludzi, z którymi chcą grać i tworzyć. Do tego ten „otaczający nas świat” zmienił się całkowicie, więc i jego obserwowanie tymi samymi co kiedyś oczami przyniesie inne wnioski, ale też dobór sposobu tego obserwowania okaże się całkowicie inny. Być może nawet wzbudzi (w samym zespole) pewne kontrowersje.
Co więc mogło pójść nie tak? Jak zwykle w przypadku tych muzyków – nic. Powstała płyta w każdym rozumieniu tego słowa piękna, mądra, ważna, poruszająca, potrzebna. Czy okaże się kultowa? Czas pokaże. Na pewno – jak onegdaj „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” – doskonale opisuje dzisiejszy świat, który jak rzadko kiedy opisów zabawnych, ale też głębokich i czynionych umysłami artystów potrzebuje.

„Teflonowy mózg”

fot. Marianna Patkowska

Płytę zaczyna, z charakterystycznym dla siebie pesymizmem racjonalnym, Olaf Deriglasoff, słowami:

Każdy kto tu żyje
w emocjonalnym szambie
tkwi po szyję

– początek piosenki „Teflonowy mózg”.

Niby dostojny kogutokur, ale jednak trochę Kłapouchy. No i – od kiedy przyjrzałam mu się uważnie – mój wielki celebrity crush. Jeśli w rozmowie z kimkolwiek w ciągu ostatnich dwóch lat pojawiało się jego nazwisko, automatycznie wypalałam, rozmarzona:

Olaf… on jest taaaki przystojny…

To jest nie do opanowania. Olaf rozbudził we mnie to, co onegdaj (niestety tragicznie zmarły) Keith Flint.
I na ten przykład, jeśli chodzi o Tymona, niewymownie wkurza mnie zarzut, że nie jestem w rozmowach o nim obiektywna, lub że jestem wręcz stronnicza przez wzgląd na jego przyjaźń z Bartkiem, ale też to moje w niego wpatrzenie. Wkurza, bo jest nieprawdziwy. Tymona ze wszech miar uwielbiam, ale za to kim i jaki jest, mając też poczucie, że dobrze go rozumiem w wielu jego (nawet tych niby kontrowersyjnych) decyzjach. Z tego powodu wszystkich starszych panów pragnących mi w trójmiejskich lokalach w ramach zagajenia uświadomić, że wcale go nie znam, skoro tak dobrze o nim mówię i naświetlić, jaki Tymon jest naprawdę (bo w 1583 roku krzywo na kogoś spojrzał), spuszczam od razu na drzewo i szczuję swoim psem mordercą. Natomiast wobec Olafa nie jestem obiektywna ani trochę. On po prostu objawił mi się jako męski ideał piękna, w dodatku ze znakomitym słuchem, piękną barwą głosu i wspaniałym wyczuciem językowym. Tu, kiedy wypalam z tym swoim

on jest taaaki przystojny…

przy właśnie poznanych muzykach, którzy z nim grywają, ci – nieco zbici z pantałyku – zaczynają odruchowo kiwać głową, intensywnie myśląc (jakby przypominali sobie jego powierzchowność), po czym potakują z pewną wobec tego faktu bezradnością.

Kojarzycie tych wkurwiających podpitych wujków na weselu, gadających onieśmielające, nikomu niepotrzebne, wątpliwej jakości „komplementy” młódkom?
W przypadku Olafa to ja jestem tym wujkiem.

Ale wracając do otwierającego płytę „Teflonowego mózgu”, mam do niego wielki sentyment. Pewnego marcowego wieczoru natrafiłam w mediach społecznościowych na filmik z domu Tymona, na którym przy fortepianie siedzi Szymek, a obok stoi Tymon z Olafem i cała trójka przy akompaniamencie Szymka śpiewa na głosy jakąś nową, przepiękną harmonicznie i urzekającą tekstowo piosenkę. Króciutki filmik odtwarzałam niezliczoną ilość razy. Pamiętam, jak mnie to energetycznie nakręciło. Nie wiem, co dokładnie działo się wtedy w moim życiu, być może nic. Pamiętam jednak tę wzruszającą zmianę perspektywy. Uświadomienie sobie, że mimo całego zła i syfu tego świata, istnieje piękno. Że gdzieś tam w pewnym domu, trzech piekielnie utalentowanych muzyków spotkało się, żeby podszlifować nową piosenkę. Że śpiewają ze sobą na głosy, tworząc bajeczne harmonie. Że mają przy tym fun, ale też stres, bo naglą ich deadline’y; zaraz nagrają płytę, która wiadomo, że będzie świetna, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą. Mają obawy i oczekiwania. Choć mają też znakomity zarówno słuch, jak i gust, więc muszą przeczuwać, że wyjdzie wspaniale. Jakoś mnie to podniosło i wzruszyło równocześnie. Spania tej nocy było mało, ale ten zastrzyk dobra wart był nawet snu, którym dzielę się niechętnie i nieczęsto. Dwa dni później, po szalonej korespondencji z Tymonem, nagrałam to, co udało mi się wysłyszeć, a potem wysłałam Chłopakom.
Żeby wysłuchać całej piosenki w wersji studyjnej, musiałam czekać aż do premiery płyty we wrześniu. Czujecie te emocje?

No i czy to znaczy, że mam płytę już od września, a piszę o niej dopiero w marcu? Tak. Choć zaczęłam ten tekst znacznie wcześniej, to nagle z osoby mającej zero etatu i poczucie, że po prostu nie nadaję się na nauczycielkę, stałam się nauczycielką rozchwytywaną z dwoma etatami w szkołach podstawowych, a dokładnie 35 godzinami w sumie przy tablicy. (Poczucie, że się nie nadaję mnie nie opuściło, ale wreszcie zrozumiałam, że na brak mobbingu wcale nie trzeba sobie „zasłużyć”.) Wyjście z psychicznego dołka i wskoczenie do rozpędzonego pociągu, jakim była od września publiczna szkoła podstawowa, a od października jeszcze kolejna fantastyczna przyjazna Montessori, całkowicie mnie zawłaszczyło. A przynajmniej zawłaszczyło moją energię. Wielokrotnie myślałam, jak napisać tę recenzję. Ile chcę w niej zawrzeć. Nawet – z różnym skutkiem – omawiałam z dziećmi formę, jaką jest recenzja. Na co należy zwrócić, podczas jej pisania, uwagę (nota bene wiem, że na tym blogu zamieszczam recenzje nie do końca typowe). Jednak zmierzenie się tym z tekstem mnie… zwyczajnie przerosło. Oprócz braku jakiejkolwiek energii miałam jeszcze jeden problem – Kury tworzą naprawdę wybitni muzycy. W dodatku (co w przypadku pisania recenzji bardzo onieśmielające) żyjący. Zasługują na recenzję rzetelną i fachową, a o swoim pisaniu myślę, że nadaję się do niego tylko trochę bardziej niż do uczenia. Nie zamierzam się w tej swojej blogowej przestrzeni tłumaczyć czy przed nikim kajać. Jest jak jest, na blogu daję z siebie wszystko, ale czasem wszystko, to w danym momencie 0%. Mój moment się wyjątkowo wydłużył po prostu.

Reasumując, „Teflonowy mózg” okazał się kapitalnym przebojem, a fragment, jaki poznałam wiele miesięcy wcześniej, jego refrenem. Pierwszy raz słuchałam tej piosenki z Bartkiem i umarliśmy ze śmiechu w 1’28”, kiedy na pięknym melodyjnym bridge’u kompletnie bez zapowiedzi został spuszczony piszczałkowy kleks, w dodatku jakiś taki w poprzek. To było tak na wskroś tymańskie, że nie musieliśmy nawet dopytywać, kto za tym stał. Potem wielokrotnie zmartwychwstawaliśmy i umieraliśmy znowu. I tak naprawdę ten proces nigdy się nie skończył. Śmieszy nas to za każdym razem, a Bartek zobrazował mi naturę Tymona, z której wynika ów muzyczny żart, nawet memem:

Napisałam, że Olaf zaczął „Teflonowym mózgiem” płytę, bo to jego piosenka. Napisana (muzyka i słowa) i zaśpiewana przez niego. I choć na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” każda piosenka też miała podpisanych autorów (wiem, że Tymański zawsze bardzo o to dba), to jednak słuchając albumu bez okładki w ręku, można było odnieść wrażenie, że wszystko wymieszane jest w jakimś tyglu, a autorami tego wytworu są po prostu Kury. Brzmiało to z jednej strony niezwykle spójnie, ale z drugiej – wg zamierzenia Autorów – była to przedziwna wędrówka po najróżniejszych stylach muzycznych. Wykonawcy tak często zmieniali głosy (rozpoznawanie zmienionego głosu idzie mi równie świetnie, jak odgadywanie brakującej litery w słowie), że mój mózg rejestrował wszystkie piosenki jako genialną całość. W przypadku „Uno Lovis Party” autorzy piosenek są nie tylko wypisani na okładce (skądinąd przepięknej, zaprojektowanej przez Olafa i jego żonę Małgorzatę Deriglasoff). Oni również wyśpiewują swoje piosenki trochę… osobno.  W refrenach na ogół dołącza reszta plus jest też kilka smakowitych wyjątków, ale ta osobność, czy też oddzielność mocno rzuciła mi się w uszy. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut.
Z drugiej strony na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie” autorzy każdej z piosenek są wypisani na wkładce dolnej, a na „Uno Lovis Party” dopiero pod tekstami w książeczce, więc trudniej do nich dotrzeć tak szybko jak w przypadku pierwszej z płyt. Do tego „Uno Lovis Party” brzmi również niesłychanie spójnie i w żadnym wypadku – niezależnie od tego, kto jest autorem danej piosenki – nie mam wrażenia, że to składanka różnych od siebie stylów. Skąd więc to moje silne przekonanie o większej odrębności autorów kompozycji i tekstów na płycie ostatniej? Być może stąd, że kiedy zagłębiałam się w „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a”, nie znałam jeszcze Tymona. Nie rozpoznawałam zmienionych głosów. Bartek, nawet jak nie pamiętał, która piosenka jest czyja, wystarczyło, że się w nią wsłuchał i od razu rozpoznawał styl każdego z Chłopaków. Minęło już sześć lat, od kiedy w miarę regularnie odwiedzamy Tymona, rozmawiając z nim. Poznałam też Olafa

(z onieśmielenia jego urodą, ugięły się pode mną nogi i od tego momentu Awkward w naszych kontaktach to moje drugie imię; ostatni raz się tak czułam pod warszawskim Marriottem w ’96, patrząc z odległości kilku metrów w oczy Michaelowi Jacksonowi),

więc zaczęłam również nadrabiać swoje braki w znajomości jego twórczości. Dostąpiłam też niekłamanego zaszczytu przebywania ze wszystkimi Kurami w jednej przestrzeni, obserwowałam ich stosunek do siebie, cudowne, pojechane poczucie humoru, ogromny szacunek, którym – mimo różnic – się wzajemnie darzą. Do tego od dawna już słyszałam od Tymona, która piosenka jest czyja. To musiało mieć gigantyczny wpływ na mój odbiór „Uno Lovis Party”.
Czytam tę płytę, jak spotkanie po latach tych samych dwóch świetnych muzyków, którzy są dziś po prostu trochę gdzie indziej niż poprzednio. Są dojrzalsi (choć równocześnie nadal piękni trzynastoletni…), mają na swoich zawodowych kontach pokaźny dorobek. W dodatku mocno się od siebie różnią. Olaf przez lata zanurzał się w muzyce mocnej, ciężkiej, pełnej buntu, Tymański muzycznie zdążył kilka razy oblecieć dookoła Księżyc, czasami przy tym jazzując. Obydwaj pisali też muzykę filmową. W takim punkcie kariery trudno na nowej wspólnej płycie udawać no-name’y. A nawet, jeśli nie trudno, to oni już tam byli. To już mamy na „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-ie”. To wrażenie „dojrzałości” nowej płyty, ale też samych jej Autorów, uderzało mnie jeszcze w wielu momentach, a na sam koniec doprowadziło do łez wzruszenia. Muzyczne spotkanie po latach dwóch dojrzałych mężczyzn, przyjaciół. Spotkanie, podczas którego nikt nikomu już niczego nie musiał udowadniać (choć być może ktoś czasem próbował). Spotkanie, podczas którego już nie formowali się wspólnie, ale obaj przybyli na nie uformowani. Zresztą uformowani, ale równocześnie skłonni do kompromisów, z jakimi zawsze się wiąże wspólne tworzenie. No i w końcu – the last but not least – ich spotkanie z muzykami, z którymi nie grali dotąd wspólnie. W dodatku z dwóch młodszych, a więc też całkowicie innych pokoleń. W tym miejscu muszę odnotować fragment wspólnego z Kurami spotkania.

Olaf, patrząc wymownie na Szymka, stwierdził (tak, również – jak Bartek i Tymon – używając wołacza):

– Powiem teraz Twój ulubiony, Szymku, tekst. „Jako ktoś, kto gra koncerty już od czterdziestu pięciu lat”…

Mój Bartek dałby sobie doszytą rękę odciąć, że Olaf gra koncerty dopiero od czterdziestu lat. Co z kolei składałoby się w jakąś całość z zawsze rozbawiającą mnie wypowiedzią Tymona (Tymonie przepraszam, muszę to opublikować), że „Olaf nawet jak miał trzydzieści dwa lata, był stary”. Pamiętajmy też, że Olaf założył onegdaj kapelę Dzieci Kapitana Klossa, którą po latach przechrzcił na Dziady Kapitana Klossa, stając się tym samym swoim własnym pradziadkiem. To prawdopodobnie jedyny taki przypadek w historii.

Jasne, że na pierwszym miejscu są umiejętności muzyczne, zawodowstwo, ale Kury – czego nie podkreśliłam wystarczająco mocno – nigdy nie były duetem Tymański – Deriglasoff ze starannie dobranymi muzykami sesyjnymi. To zawsze była grupa indywidualnych, oryginalnych, niezwykle intrygujących jednostek (nie tylko zresztą muzycznie), które łączyła wspólna pasja, ale też kunszt. Pisząc o muzycznym powtórnym spotkaniu po latach, mam na myśli to, co z Kur do dnia dzisiejszego przetrwało.

„WiosenNy szał”

fot. Marianna Patkowska

Po „Teflonowym mózgu” – opisie marzenia pewnego bardzo wrażliwego i przebodźcowanego, a równocześnie przerażająco trzeźwo stąpającego po ziemi artysty, naszym uszom ukazuje się ogromna zielona łąka, na której kica zając. Z kadru na kadr coraz lepiej widoczny. Zaraz, zaraz. Czy to zając na pewno? Nie tygrys? Tygrysek! Skaczący na ogonie! A nie, czekajcie. To… jednak Tymon! Nie mogę się tego obrazka pozbyć i widzę go za każdym razem, słuchając piosenki „Wiosenny szał”. Pozytywnej, śmiesznej, nawiązującej muzycznym stylem do disco-polo, ale jak zwykle w przypadku Tymona (bo to nie jest pierwszy raz) w sposób na szczęście nie do końca udany.
Moi Czytelnicy dobrze wiedzą, jaki mam stosunek do wiosny. Nie rozumiem ekscytacji tym, że przyroda powoli budzi się do życia, a z hibernacji wychodzą wszystkie zimowe kupy. Nie rozumiem odżywania – ja kompletnie zdycham. Na lekkie stroje jest za zimno, ale na cieplejsze – za gorąco. Na przemian pocisz i marzniesz, ze zmęczenia ledwo trzymając się na nogach, ale musisz być ostrożny, żeby w nic nie wdepnąć. No jednym słowem pomyłka. Jednakowoż kiedy słyszę kojący głos Tymona, zapewniającego, że:

Wiosenny szał porywa nas
gdy kwitnie miesiąc maj
przez chwilę da się lubić ten
nieudany kraj
Witalny szkwał, odrywa właz
oddycha morze, szepce las
znów epifanii nadszedł czas!

– początek piosenki „Wiosenny szał”,

… to łapię się na wyczekiwaniu wiosny. Ja. Wyczekiwaniu. WIOSNY… Ten Tymon to umie w perswazję. No i już ta pierwsza piosenka zdradza nam to, co od jakiegoś czasu przeczuwałam. Mianowicie, znakomita swoją drogą, płyta „Paszkwile” bardzo mocno ukształtowała Tymona, wpłynęła na cały dalszy jego sposób pisania (mówię nie tylko o harmoniach, ale też samych brzmieniach). Jej odłamki słychać na płytach kolejnych, choćby na fantastycznych „Republikacjach”. Nawet podzieliłam się z nim tą refleksją. Przyznał, że coś może być na rzeczy. To nie jest w żadnym wypadku zarzut. Odbieram to raczej, jak znalezienie swojej drogi, swojego brzmienia. Ciekawie jest obserwować piętno, jakie na twórcy wywarł jego własny album.
Jest to też jedyna piosenka, do której Kury podczas koncertu… tańczą. Na licznych filmikach widziałam tańczącą trójcę (Alan Kapołka pozostał na stanowisku, nadając wszystkiemu rytm), a na dwóch koncertach, na których byłam, jedynie tańczącego Olafa i Tymona. I o ile Olaf – surprise, surprise – w swoich kocich ruchach jest personifikacją męskiego seksapilu, o tyle Tymona ochrzciłam mianem Johna Travolty Polskiego Yassu. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba zobaczyć! I równocześnie też nie da się tego na szczęście odzobaczyć! To zostaje w człowieku już na zawsze…

„Memento amoris”

fot. Marianna Patkowska

Kolejną piosenką jest piękna nastrojowa ballada Szymona Burnosa o przeuroczym tytule „Memento amoris”. Rozpoczyna się słowami:

Wykupiłem nam kwaterę w nekropolii
tuż pod lasem, gdzie jabłkowy szumi sad
Gdy zaśniemy obok siebie
będzie lekko nam jak w niebie
Naszych mogił nikt nie ruszy tysiąc lat

– początek piosenki „Memento amoris”

Rozłożyło mnie na łopatki, że przedstawiciel kurzej sekcji młodzików po jakimś czasie z – jak napisali kiedyś o sobie – „bardziej wytatuowaną” starszyzną, we własnej piosence od razu szykuje się na tamten świat. (Może świadomość czterdziestopięcioletniej scenicznej kariery kolegi tak na niego wpłynęła.)

Swoją drogą niedawno miałam okazję zwiedzić cmentarz na Srebrzysku (który sugeruje dalej w tekście Szymon) i w pełni zrozumiałam magię i romantyczność opisanego miejsca.

W balladzie tej wszystkie harmonizujące ze sobą w refrenie Kury brzmią naprawdę pięknie. Jednak prawdziwą wisienką na torcie jest tu żeńska wokaliza. Niebiański głos o przepięknej barwie należy do Mii Deriglasoff – córki Olafa. Na jednym z koncertów Olaf zdradził kulisy pojawienia się tej wokalizy na płycie. Otóż panowie dumni z właśnie zmontowanej piosenki, puścili ją Olafowej Latorośli. Ta jednak, wbrew oczekiwanym zachwytom, zauważyła że niby wszystko ok, ale brak tu żeńskiej wokalizy. W tym miejscu musimy pamiętać o tym, że niewiele jest na świecie rzeczy tak kruchych, jak ego artysty, który właśnie coś stworzył. Olaf miał ponoć odburknąć:

– To ją zaśpiewaj!

No to – zaśpiewała. I muszę przyznać, że ta opowieść zmieniła moją perspektywę. Bo dopiero kiedy wyobraziłam sobie ten utwór bez żeńskiej wokalizy, zrozumiałam, jak jest w nim ważna. Męski podmiot liryczny, chór męskich kur i równowaga, która nadchodzi wraz z anielskim kobiecym śpiewem. Czy to wokaliza „sproszkowanej” (nawiązując do tekstu) Ukochanej Szymka, a właściwie jego bohatera lirycznego? Śpiew jej ducha? Interpretacja leży po stronie odbiorców. Tak czy tak, skojarzenie ze znakomitą Clare Torry w piosence „The Great Gig in the Sky” Pink Floydów nasuwa się samo.

„Babilon upadł”

fot. Marianna Patkowska

Po chwilowym zwolnieniu tempa i pewnym wyciszeniu, słyszymy mocniejsze gitary, co może zwiastować tylko jedno – piosenkę Olafa.

Bezrobotni politycy
kucają na ulicy
żebrzą o pięć zyla
ale nikt im nie chce dać
Fajnie się rządziło,
ale nagle się skończyło
dziś nie mają dokąd pójść
w depeesach muszą spać

– początek piosenki „Babilon upadł”

Absolutnie cudowna, utopijna wizja upadku Babilonu, niesłychanie podnosząca na duchu. A prawdziwym mistrzostwem jest tu refren. Zarówno doskonała harmonia, przywodząca na myśl Queen (co mocno mnie poruszyło, bo Queen harmonicznie był niedościgniony), jak i tekst, przy którym za każdym razem turlamy się z Bartkiem ze śmiechu:

Babilon upadł
kto by się spodziewał

Oczywiście trudno wyjaśnić tym, których nie śmieszy, co dokładnie śmieszy nas. Mówiąc w największym skrócie, prawdopodobnie pewna nieadekwatność tekstu do melodii, na którą jest zaśpiewany.

„Kwanty”

fot. Marianna Patkowska

Jestem sceptyczna, kiedy ktoś w rozmowie ze mną wyskakuje z energią męską i żeńską, kosmiczną, czy też – największa dla mnie abstrakcja – pieniądza. Natchnione przemowy o kosmosie budzą moją podejrzliwość. Jedynym wyjątkiem jest dla mnie jednak… Tymon Tymański, który używając słowa „energia”, zdaje się za każdym razem naprawdę dobrze wiedzieć, o czym mówi. W jego przypadku za tym słowem idzie zawsze jakaś głębia, nie zaś komercyjne uduchowienie.

Skończmy pleść głupoty
bo nas podsłuchują roboty
Przejdźmy do rozmowy
w trybie meta-para-naukowym
Nie potrzeba boga
starczy kosmologia kwantowa
W dół, w górę i na skos
splątany jest nasz los
kosmopsychizm to jest sztos

– początek piosenki „Kwanty”

Powyższym cytatem zaczyna swoją piosenkę „Kwanty” Tymon Tymański i jest to utwór, który najtrudniej mi interpretacyjnie rozgryźć. Z jednej strony jest tu mowa o uwsteczniającej nas jako ludzkość pseudonauce, jak też teoriach spiskowych (oba te fenomeny często idą ze sobą w parze). Z drugiej strony zaśpiew:

Oleo!

kończący każdy wers refrenu, całą swoją formą przywodzi mi na myśl wszystko, co najgorsze w tej naszej polskiej biesiadnej plemienności.
Równocześnie… no przecież to przeurocza piosenka o seksie jest! I zanim ktokolwiek mi tu zasugeruje, że mnie to się wszystko kojarzy (z czym polemizować… niestety nie mogę), niech się przez chwilę zastanowi, czy nigdy nie chciał z nikim „złączyć atomów”, z już zwłaszcza „kwarki i leptony”. Oleo?

„Leki, leki”

fot. Marianna Patkowska

Nie ukrywam, że przed powstaniem płyty, mieliśmy pewne przecieki od samego Mistrza Tymańskiego dotyczące tematyki, nad jaką pracuje i wszelkich jego obaw z tym związanych. Okazuje się bowiem, że dziś z wielu rzeczy śmiać się – moja ulubiona fraza – „nie wypada”. Wszyscy stali się niesłychanie wrażliwi na punkcie własnych doświadczeń i zaczęli wrzucać do jednego wora rzeczywistą przemoc słowną z humorem. A ten ostatni ma to do siebie, że jego celem nie jest wyrządzanie krzywdy, ale ukazanie jakiejś grupie (np. społeczeństwu) krzywego zwierciadła, w którym może się przejrzeć. I takie krzywe zwierciadło jest niesłychanie potrzebne. Pomaga zachować równowagę.
Myślę, że ten dosyć złożony mechanizm przewrażliwienia jest ściśle związany z tym, że jako społeczeństwo dopiero zaczynamy, niezwykle powoli, proces terapeutyzacji. Ja sama, tuż po pierwszej terapii, doszłam do smutnej konstatacji, że im więcej rozumiem, tym mniej bawią mnie żarty często bazujące na stereotypach. Po pierwsze dlatego, że stereotypy nigdy nie są do końca prawdziwe, a po drugie dlatego, że pod większością zachowań, nawet tych idiotycznych, dostrzegałam człowieka z jego bagażem i problemami. Na marginesie warto dodać, że żartowanie często bywa mechanizmem obronnym. Łatwiej coś obśmiać niż się z tym zmierzyć. Jednak kiedy już to wszystko dobrze zrozumiemy, przerobimy i staniemy sami ze sobą w prawdzie, na szczęście okazuje się, że odzyskujemy zrozumienie, czym są stereotypy do czego służą i z czego się biorą. Odzyskujemy też z przestrzeni tabu wszystkie te rzeczy, które nas niegdyś uruchamiały. Innymi słowy, odzyskanie utraconego w tym procesie poczucia humoru, pojawia się na kolejnym etapie sterapeutyzowania. Czy stworzyłam teorię w oparciu o tylko i wyłącznie własne doświadczenia? Tak, ale czuję, że jest w tym pewien sens.
Myślę też, że warto odróżnić od siebie kilka rzeczy. Po pierwsze różnorodność w obszarze żartu (co bawi jednych, nie będzie bawić drugich i prawdopodobnie na odwrót, trudno jednak kategorycznie stwierdzić, że coś jest żartem dobrym, a coś innego na wskroś złym). A po drugie chamstwo, które bywa „żartem” nazywane, lecz w rzeczywistości chodzi w nim tylko i wyłącznie o czyjąś krzywdę. Żart może w najgorszym razie nas nie rozśmieszyć lub nawet przekroczyć nasze granice (moją granicą są żarty z holocaustu). Możemy się po jakimś żarcie poczuć źle, ale powodem zawsze będzie poruszenie w nas jakiejś czułej struny. Czegoś „niezaopiekowanego”. Chamstwo natomiast zawsze chamstwem pozostanie, a złe samopoczucie odbiorcy jest celem samym w sobie.
Tymon w mojej opinii już dawno temu wybrał bardzo świadomie ważną i potrzebną rolę błazna. A więc dostarcza rozrywkę, pomaga rozładować napięcia, staje się pewnego rodzaju buforem bezpieczeństwa, ale też głosi prawdę, używając żartu jako swojego narzędzia. Nie ukrywam, że kiedy usłyszałam, że ma obawy związane z tym, z czego dziś można, a z czego nie można żartować, krew mnie zalała. Dziś bardziej niż kiedykolwiek Tymańskiego potrzebujemy z jego przenikliwością, trafnością spostrzeżeń, ale też ogromnym ciepłem i życzliwością wobec świata i ludzi. No i przede wszystkim z nieszablonowym, wyjątkowym poczuciem humoru. Proszę, nie twórzmy napięć i nie róbmy problemów tam, gdzie ich nie ma. Spójrzmy w to krzywe zwierciadło z zaufaniem i wiarą, że ten widok nas o coś istotnego wzbogaci.

Dość mroczną i tajemniczą piosenkę „Leki, leki” Tymon Tymański rozpoczyna słowami refrenu:

Ref.:
Leki, leki, leki, leki
Na wszelki smutek ciągle się je
Leki leczą lęki, lęki
By miały skutek wciąż się je, je, je

– początek piosenki „Leki, leki”

Gdybym cofnęła się w czasie i nie brała co rano garści leków pomagających mi żyć w sposób kiedyś dla mnie nieosiągalny, prawdopodobnie rozśmieszyłoby mnie w tej piosence coś innego niż to, co śmieszy mnie w niej dzisiaj. W końcu jako ludzka masa łykamy w sposób niekontrolowany jakieś niebywałe ilości leków i suplementów. Teoretycznie na większość zdrowotnych problemów (realnych lub tych wykreowanych sztucznie) znajdzie się jakiś cudowny lek. Druga strona medalu jest natomiast taka, że nic, co przyjmujemy, nie pozostaje naszemu organizmowi obojętne i bardzo często naprawiając jedno, niszczymy drugie.
Przez całe dzieciństwo i wczesną młodość widziałam, jak mój tata przyjmuje lit. Teoretycznie miał on stabilizować nastrój, co jednak nie uchroniło taty od zapadania co jakiś czas w kilkumiesięczne depresje, a potem w jeszcze chyba gorsze manie. Jak by było, gdyby litu nie stosował, nigdy się nie dowiemy. Może lepiej, może gorzej. Wierzyłam od dziecka, że dużo rzeczy jest kwestią chemii w mózgu. (Stąd koncepcja wolnej woli wydawała mi się co najmniej niefortunna.) Jednak gdzie jest granica? Czy wszystko rzeczywiście leczenia wymaga?
Te pytania zaczęły mi się nasuwać po jakimś czasie słuchania tej płyty na okrągło.

Łykam Asertin i wraca mi głos
wrzucam Ozempic i chudnę o włos
Rispolept rządzi, a Zoloft to sztos
Medikinet ładuję wprost w nos

– śpiewa Tymon,

a mnie za pierwszym razem zrzedła mina. Ta najbardziej w swoim życiu sterapeutyzowana ja usłyszała nazwę leku, dzięki któremu po raz pierwszy zrozumiała jak może być, kiedy się nie ma ADHD (lub może bardziej, kiedy ma się je pod kontrolą) i poczuła się… dosyć nieswojo. Sama przecież tyle razy żartowałam, że jestem tak przykładnym obywatelem, że nawet kiedy biorę amfę, to na receptę, a tu jakiś taki niesmak. Jakaś taka potrzeba (u mnie obsesyjna) wytłumaczenia Tymonowi, żeby z Medikinetu jednak nie żartował, bo ten lek mi pomógł. Miałam w głowie cały wykład, który bym Tymonowi wygłosiła, gdyby mnie akurat dopuścił do głosu. Szach i mat! Wpadłam w pułapkę, w którą wpaść nie powinnam. A jednak. Bo to nie Tymonowi, ale sobie chciałam coś powyjaśniać. Tymczasem prawda jest taka, że każdy z tych leków może realnie uratować życie. I posiadając tę wiedzę, mamy prawo (a nawet obowiązek) wrzucić na luz i się nieco zdystansować.
W trakcie któregoś słuchania doszłam nawet do szokującej refleksji. Otóż od dłuższego czasu nie doświadczyłam pojawiających się kiedyś często stanów lękowych. Poradziłam sobie z nimi terapią, autoterapią oraz farmakologicznie. Kiedy pewnego dnia niespodziewanie powróciły, złapałam się na tym, że moją pierwszą myślą była ta, że muszę skonsultować dawkowanie leków ze swoją lekarką (po tylu latach świetną, co też w tym fachu jest niestety rzadkością). Słuchałam „Leków, leków” i nagle mnie olśniło, że weszłam bezrefleksyjnie w myślenie o lekach, jak by były jedynym rozwiązaniem, zapominając, że te koszmarne stany lękowe były dla mnie kiedyś sygnałem, by się sobą zająć i zwrócić się o pomoc do specjalisty. Dziś mam narzędzia, by z tymi lękami posiedzieć i się im poprzyglądać. Czy to będzie miłe? Nie będzie. Ale leki mają tylko wspomagać własną pracę nad sobą, a nie załatwiać nam konkretne stany. I o tym właśnie pisze Tymon.

Kolejnym wzruszającym mnie na płycie momentem jest ten, w którym w środku „Leków, leków” zaczyna rapować… Kosma Tymański – syn Tymona. Czy to nie jest ujmujące, że na płycie Kur wydanej po tylu latach ze starego składu spotyka się Olaf z Tymonem i dorosłe już dzieci każdego z nich mają na niej swój naprawdę znakomity udział? Że tworzą jakość nowego dziecka swoich ojców? Symboliczne i piękne. Kosma – będący współtwórcą tego utworu – rapuje w kompletnie swoim stylu. Tymon pozostaje w roli mędrca-błazna, a Kosma ma swój inny, ale równie niepowtarzalny styl.

Para-recepty farmasekty
parasajty przyssały dziadkom się do renty
I czek-czek o szóstej rano
kolejka do okienka
po Augumentin
Babcia łyka, łyka, łyka, łyka
aż jej w gardle stanie
Łyka dalej, łyka
– zwraca się jej śniadanie…
Za te lęki – no dzięki, dzięki!
(Wnusiu, zdrowo by było je jeeeeeeeść)
Ej, leki, leki – dla chłopca i dziewki
(Mmmmmm, oni mi je dają, a ja je jeeeeeeem)

– fragment piosenki „Leki, leki” (Kosma Tymański)

A wisienką na tym lekowym torcie jest znakomity teledysk.

„Mam Tourette’a”

fot. Marianna Patkowska

Przekreślili mnie
za niepoprawne treści
wyrokując, że
już nie jestem śmieszny

– początek piosenki „Mam Tourette’a”

Kolejna piosenka Tymona jest doskonałym podsumowaniem kilku wątków, które poruszyłam w interpretacji wcześniejszego utworu. Po pierwsze, bywając u Tymona w czasie, w którym płyta „Uno Lovis Party” powstawała, poznawałam jego rozterki związane z wymyślanym właśnie repertuarem. Pamiętam hasło „żart z Zespołu Tourette’a” i kompletnie nie wiedziałam, czemu miałby być on nie na miejscu, ale też czemu w ogóle miałby być. Każdy z nas wie, na czym ten zespół polega. Przewlekłe zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się mimowolnymi, nagłymi, powtarzalnymi tikami, czasami niekontrolowanym wykrzykiwaniem słów bardzo zawstydzające dla zaburzonych, często trudne w odbiorze np. w przestrzeni publicznej. Pytanie, dlaczego się z tego nie śmiać, ale równocześnie też, po co się z tego śmiać.
Po wysłuchaniu piosenki (oczywiście znakomitej), zachwyciłam się jej koncepcją. Po pierwsze jest to wyznanie błazna właśnie. Błazna, któremu pewien poziom sterapeutyzowania społeczeństwa i równocześnie inny jego niesterapeutyzowania, narzucił na usta kaganiec. Tymon wyśpiewuje zwrotki, używając uroczego francuskiego „r” i popełniając językowy błąd do rymu. No przesłodki jest. Ale co ma do tego Zespół Tourette’a, zapytacie. Otóż wszystko wyjaśnia się w refrenie:

A ja Tourette’a mam i chuj
już taki anty-urok mój
chcę dobrze, lecz wychodzi gnój
Mój mózg przeszywa nagły prąd
ten glicz to neuronowy błąd
koprolaliczny świąd i swąd

– fragment piosenki „Mam Tourette’a”

Zespół Tourette’a jest tu… metaforą organicznej potrzeby… odgrywania roli błazna. Czy tylko mnie przy tym odkryciu wybucha głowa?
Pojawia się tu również niezwykle ważna dziś fraza:

Kultura nie wyklucza!

Bardzo istotna w dobie wszechobecnego, bezmyślnie stosowanego cancel culture. Oczywiście w teorii rozumiem zamysł, żeby zepchnąć z cokołów skurczybyków, a zwolnione w ten sposób miejsce oddać równie utalentowanym ludziom prawym, ale sęk w tym, że ta teoria w praktyce nie ma racji bytu. Już pomijając nasze upodobanie do stawiania wyroków zanim zrobi to sąd i bez względu na to, czy w ogóle to zrobi, trzeba sobie zadać bardzo poważne pytanie o korelację dobroci lub jej braku z artyzmem. Czy w ogóle jakakolwiek istnieje. Dziś wiemy, że Picasso był niebywale przemocowy. Czy warto jego przemocowość głośno potępić? Tak. Jednak od tego, że dziś znamy ten fakt z jego życia, jego sztuka nie stała się nagle mniej wartościowa (mówię o wartości artystycznej, nie zaś tej sztucznie ustalanej w domach aukcyjnych). Jasne, że lepiej brzmi, że nie mam w domu żadnego obrazu Picassa, bo go bojkotuję niż że go nie mam, bo nigdy mnie na to nie będzie stać. Mamy prawo patrzeć dziś na jego sztukę przez pewien filtr. Ale mówienie dziś, że jednak wcale nie był taki wybitny jest dziecinne. Jakoś trudno nam w dzisiejszych czasach połączyć w głowie dwie skrajności, które mogą ze sobą współistnieć. „Kultura nie wyklucza”. I w tym sensie jest niezwykle demokratyczna. Talent nie ma nic wspólnego z moralnością czy wykształceniem. To nasze idealizowanie wartościowych twórców jest pułapką, którą sami na siebie zastawiamy.

I tym miejscu cały na biało wjeżdża współautor piosenki; nasz cudowny anestezjolog (więc jednak leki, leki?) – Przystojny Olaf, który niezwykłej urody głosem Andrzeja Dąbrowskiego koi ten cały tymański niepokój słowami:

A gdy przychodzi noc
snu szalona anestezja
Zaczyna się dziwadeł show
Chorej wyobraźni ekspresja
Oto stoję na scenie w brokatowym odzieniu
mam grać koncert z wokalistką niezwykle piękną
Publika w ekstazie gdy ja na estradzie
Nagle widzę rzecz niepojętą
O nie!

– fragment piosenki „Mam Tourette’a” (Olaf Deriglasoff)

„Maneki neko”

fot. Marianna Patkowska

I kiedy myślimy, że muzycznie smakowiciej już na tej płycie być nie może, system rozwala Olaf piosenką „Maneki neko”. Cudowny pełen niepokoju kontrabas na początku zwiastuje kolejną płytową perłę.
„Gentlemani nie rozmawiają o pieniądzach”? No to – jak mawia moja uczennica – pa tera!

Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, kaskę z daleka
Maneki neko, maneki neko
przyślij, proszę, choć parę stów

– początek piosenki „Maneki neko”

No nie oderwiemy się od ziemi za daleko, gdyż Olaf stoi na straży racjonalności.  Z charyzmą, ale też spokojem pisze o swoim szacunku do ascezy i życia bez rozrzutności, równocześnie trzeźwo zauważając, że:

Mówią: pieniądze szczęścia nie dają
(no pewnie, że nie!)
– lecz ich brak również raczej nie

– fragment piosenki „Maneki neko”

Poczucie humoru w piosenkach Olafa jest gdzie indziej niż u Tymona. Podobnie jak w utworze „Babilon upadł”, rozbawia nas do łez  kompletnie pokręcony sposób łączenia tekstu z muzyką. Olaf robi to w tak nieoczywisty sposób, że właśnie ta nieoczywistość zmiata nas z planszy.
No i z tej piosenki również dowiedziałam się, że gdybym kiedykolwiek miała Olafowi czymkolwiek ewentualnie zaimponować, z rzeczy realnych zostaje mi tylko „zdrowa wątroba”. Nikt nie pytał, ale wyzwanie przyjęte!

„Mocz”

Szukacie po omacku, w głębi wierząc, że
wasz los odmieni się któregoś dnia
Kosmiczna miłość wleje się do waszych serc
a boskie światło wzniesie was do gwiazd
Jak ślepe kury przedzieracie się przez las
w niedoli i niewiedzy płyną dni
Czekając na Godota, który w kulki gra
Modlicie się i śnicie dziwne sny

– początek piosenki „Mocz”

pisze i śpiewa Tymon. Kolejna moc(z)na rzecz na płycie o lekkiej i przyjemnej muzycznej powierzchowności. Kolejny ważny, wart odnotowania temat – zagubienie wśród natłoku samozwańczych autorytetów i coraz powszechniejszej dezinformacji jako żyzny grunt dla pseudonauki. „Trudno nie wierzyć w nic” śpiewał Adam Nowak z zespołu Raz Dwa Trzy i – choć teza ta nie jest mi bliska – obserwacja dzisiejszego świata zdaje się potwierdzać, że w przypadku większości może tak być w istocie. Zaczynamy dostrzegać przemocowość religii, odchodzimy od tego, w co wierzyli nasi przodkowie, ale jako że natura nie znosi próżni, z przyjemnością przyjmujemy najbardziej absurdalne, wymykające się logice wymysły. (Od razu zastrzegam też, że nie piszę o duchowości, lecz wierze w cokolwiek, co ukształtowany rozum powinien kwestionować.) Równocześnie lgniemy do tych, którzy ochoczo wchodzą w rolę autorytetu, z tym że zatraciliśmy gdzieś po drodze umiejętność odróżnienia prawdziwych specjalistów w swojej dziedzinie od showmanów stawiających na efektowność. (W kwestii wiary w autorytety, zawsze odsyłam do Schopenhauera.)
Oczywiście moja interpretacja porusza kilka problemów naraz. Może nie zawsze się ze sobą łączą. Może nie zawsze w taki sposób. Inną kwestią jest ta, że zazwyczaj podejmującymi się tzw. samodzielnego myślenia są ci, którym brak odpowiednich do tego kompetencji. Dodatkowo efekt Dunninga-Krugera powoduje, że po sokratejsku mówiąc, nie mają pojęcia, jak wiele nie wiedzą. Kiedy napisał o tym Umberto Eco, został oskarżony o klasizm. Spróbujmy się zastanowić przez kogo.

Zbudźcie się!
Ziemia płaska jest jak blat
Zbudźcie się!
Reptylianie kontrolują świat
Zbudźcie się!
Zdajcie się na tajną moc
Ordo Templi Orientis Santa Klotz…

– fragment piosenki „Mocz”

usłyszymy w refrenie. Ale dlaczego „mocz”? To już wynika z przeuroczej końcowej części piosenki śpiewanej wspólnie przez cały zespół:

Mam ten mocz
mam całe mnóstwo moczu
Masz ten mocz
źródło mocy bije w twoim kroczu…
Mamy mocz, mamy całe mnóstwo moczu
Macie mocz – źródło mocy bije
w waszym kroczu

– końcowa część piosenki „Mocz”

Znowu przypomnijmy sobie o roli błazna. Zwraca uwagę na rzeczy ważne, ale jego rolą jest rozśmieszanie. Kiedy robi się zbyt poważnie czy mocno, on rozładowuje napięcie. Fizjologiczne żarty są zresztą do tego najlepsze. Czy wszyscy rzeczywiście, jak chcą nam wmówić wszelkiej maści coache, mamy moc? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest natomiast, że wszyscy mamy mocz, jak również (moja ulubiona fraza), że źródło mocy bije w naszym kroczu. Choć niestety kiedy ja to mówię, zaczynam się ocierać o wulgarność.

„Dziękuję Wam, Przyjaciele”

fot. Marianna Patkowska

Spokojne morze nie uczyni cię
wprawnym żeglarzem
By zdobyć doświadczenie
musisz przeżyć niejeden sztorm
Ludzie, którzy nauczyli mnie najwięcej
znali tę prostą zasadę
by zdobyć mądrość, musisz stracić coś…

– początek piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

Okłamywanie i zdradzanie własnego przyjaciela? Okradanie go i zniesławianie? Ale tak, to nie do Olafa. Nie do Olafa tak! No chyba, że chcecie zostać czarnymi bohaterami jego kurzej piosenki. Piosenki co prawda świetnej, ale czy na pewno warto?
Prawdą jest, że najlepiej szlifują nas trudne doświadczenia. Dobrze więc mieć wobec nich pokorę, a nawet znaleźć w sobie za nie pewną wdzięczność. To wiele ułatwia. Jednak wdzięczność wobec naszych oprawców za to, że przez nasz autonomiczny wybór reakcji na zło, jakiego od nich doświadczyliśmy, staliśmy się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi, to nawet dla mnie zbyt wysoki poziom abstrakcji.

Pamiętam, jak ktoś kiedyś, chcąc mnie pocieszyć, stwierdził, że powinnam być wdzięczna swojemu byłemu przemocowemu anglojęzycznemu partnerowi, bo związek z nim okazał się przełomowy w mojej nauce angielskiego. Może istotnie powinnam, ale nie jestem. Staromodnie preferuję naukę języka bez duszenia, wyzwisk, uciekania nocą w piżamie z przemocowego domu, nieustającego strachu i konieczności lądowania po niej na pięcioletniej terapii.

Biorąc pod uwagę ironiczny wydźwięk refrenu, Olaf zdaje się wychodzić z podobnego założenia:

Oszuści i złodzieje
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Fałszywi przyjaciele
dziękuję Wam, dziękuję Wam
Zdrajcy i oszczercy
dziękuję – moja wdzięczność nie ma granic!
Bezcenni nauczyciele
Dziękuję Wam!

– refren piosenki „Dziękuję Wam, Przyjaciele”

I na tej bardzo bliskiej mi ironii chciałabym się na chwilę zatrzymać. Tu zauważam coś ciekawego. Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnianej wcześniej płyty „Paszkwile” Tymona. Choć promująca album nieco mroczna piosenka „Pislam” może zwiastować co innego, jednak wydźwiękiem płyty jest apel, by tych naszych mniej lub bardziej pokracznych politycznych siewców zła… utulić. Utulić, rozpoznając, że istotą ich zła, jest ich własna krzywda. Że pomóc na to może tylko miłość. Nasza miłość. I w żadnym wypadku nie ma w tym ironii, choć może brzmieć to… tak dziwnie, że aż niedorzecznie. I w tym miejscu anegdota. Odwiedziliśmy Tymona albo tuż po nagraniu „Paszkwili”, albo nawet w trakcie ich nagrywania. Rozmawialiśmy o polityce i Tymon, sięgając po mleko, stwierdził:

W każdym trzeba widzieć Buddę. Nawet w jebanym pisowcu… niestety.

Ostatnie „niestety” zostało wypowiedziane z autentycznym zawodem. Tymon wyglądał jak mały skrzat, który chciałby sobie trochę poskrzacić, ale mu zabronili. Kompletnie mnie to uderzyło, bo nigdy wcześniej nie słyszałam równie autentycznego, ludzkiego wyznania, z którym tak łatwo można się utożsamić. Uduchowione osoby wyzbywające się niechęci do innych wydają mi się odczłowieczone czy odwrotnie – nadludzkie; pozbawione zmagania się ze swoją naturą (z moją naturą). W grymasie Tymona natomiast była wypisana cała ta nasza ludzka trudność w znajdywaniu w sobie serdeczności i ciepła wobec tych, którzy popierają zło i pchają nas wszystkich ku destrukcji. Nigdy nie słyszałam czegoś podobnego w swoim w połowie katolickim domu. Już prędzej, że nie wolno używać epitetu „jebany”, czy że każdy ma prawo wierzyć w to, co chce, z tym, że tak się akurat składa, że tylko katolicy mają w tej kwestii rację.

Odniosłam się do „Paszkwili”, dlatego że na „Uno Lovis Party” mamy do czynienia z Tymonem popaszkwilowym nie tylko, jeśli chodzi o stronę muzyczną, ale również tekstową. 

Olaf na płycie „Uno Lovis Party” w piosence „Dziękuję Wam, Przyjaciele”, rozlicza się z siewcami zła z życiu jednostki (swojego podmiotu lirycznego), żegnając ich jednak ozięble. Bez utulania i sentymentów, choć z wyczuwalną satysfakcją, że opisywanej jednostce udało się po tym wszystkim podnieść. Wypłynąć na powierzchnię. To słowa zwycięzcy, który swoją siłę dopiero odkrywa. To słowa zwycięzcy, do którego właśnie doszło, że jest nadal żywy, choć ciągle jeszcze obolały i ranny. Tak przynajmniej czytam użytą tu ironię (nieraz przybierającą postać sarkazmu), zdając sobie równocześnie sprawę z tego, że ironia jest środkiem stylistycznym często przez Olafa używanym. Że stanowi część jego stylu.
Ale piosenka szybko się kompletnie zmienia. Olaf staje się dziennikarzem radiowym, zachęcającym swoich słuchaczy do wzięcia udziału w pewnej akcji. Niebanalna akcja, ciekawi dodzwaniający się do radia słuchacze (zwłaszcza mój ukochany paraolimpijczyk Antek z Sopotu). Nic więcej nie zdradzę.

„Uno Lovis Party”

fot. Marianna Patkowska

Kiedy Kury uchylały rąbka tajemnicy, ilustrując fragmentami swoich piosenek rolki promujące płytę, moją uwagę przykuły pewne tajemnicze, intrygujące dźwięki. Byłam niemal pewna, że to intro albumu. Otóż nie. Okazało się, że to początek jednego z najdziwniejszych utworów na płycie – tytułowego „Uno Lovis Party”. Utworu dwóch twórców – Tymona i Olafa.

Żarty się skończyły
Ejaj kradnie mi prąd
Żarty się skończyły
system czyha na mój błąd
Żarty się skończyły
drony szyją mi dres
roboty grają jazz
szczeka wirtualny pies
Teksty cenzoruje mi
elektroniczny cieć
oplata mnie sieć
czuję się jak bio-śmieć
Oszukam algorytmy
i pójdę na plażę
Będę lizał tam bursztynki
i piachu się nażrę

– początek piosenki „Uno Lovis Party”

– melorecytuje dziwny, hipnotyzujący głos.

Swoją drogą obawa przed sztuczną inteligencją – jak najbardziej zrozumiała i wcale nie bezpodstawna – jest mi obca. Właśnie dlatego, że ludzkie mózgi, a już zwłaszcza ludzko-Kurze, są w wielu aspektach nie do podrobienia. Artyści przez wielkie A, myślący nieszablonowo, zainfekowani patologiczną wrażliwością chyba zawsze będą się wymykać wszelkim algorytmom. Oczywiście to, że AI dopiero raczkuje, nie oznacza, że całkiem niedługo nie stanie się perfekcyjna w obszarach, w których nie powinna być nawet używana. Trzeba patrzeć perspektywicznie i dostrzegać zagrożenia. Z drugiej strony kiedy widzę te filmiki z roznegliżowanymi kobietami-zombie lub zdjęcia z dodatkową trzecią ręką lub stopą zamiast dłoni, myślę, że jeśli chodzi o szeroko pojętą sztukę, możemy na razie spać spokojnie.

Potem zaczyna się pierwsza zwrotka piosenki, zaśpiewana głosem starca. (Udawanie głosów, aaaaa, ratujcie! Czy to Olaf? Olaf z Tymonem? Tymon?)

Byłem podłym drapieżnikiem
łowcą głów, hodowcą krów
lekkomyślnym lajkonikiem
psem na antylopy gnu
Nędzną resztką wyobraźni
wbrew genetycznemu złu
dałem ponieść się fantazji
woke wybudził mnie ze snu

– pierwsza zwrotka piosenki „Uno Lovis Party”

a potem już wszyscy razem zaczynają imprezowy refren:

Byliśmy przemocowi
ach, przepraszamy Was
nie chcemy być marsowi,
permutacji nadszedł czas

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten starczy głos to jakieś takie nawiązanie formą do piosenki Olafa „Emeryten party”, co niesłychanie mnie bawi. Prawdopodobnie zupełnie nieintencjonalne, ale nadal śmieszne.
Obserwowałam na koncertach Kur publiczność. Byłam jej ciekawa. Zauważyłam, że kiedy Tymon  używa na scenie epitetu „przemocowy”, rozbawia tym ludzi do łez. I choć na koncertach oczywiście dużo żartuje, to wydaje mi się, że jednak poczucie, że dawne żarty są dziś nie na miejscu tkwi w nim całkiem na serio. Być może w formie wewnętrznej toczonej z samym sobą dyskusji. To z kolei uruchamia mnie, bo uważam, że podważanie dziś „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S-a” nie ma sensu. Lata 90. pod milionem względów były beznadziejne, ale powstawało wtedy równocześnie bardzo dużo ciekawej i wartościowej sztuki. „P.O.L.O.V.O.I.R.U.S.” to zapis tamtych czasów tamtym językiem. Wspomniane wcześniej krzywe zwierciadło trzymane przez błazna, a nawet w tym wypadku kilku błaznów. Dzisiejsze „przepraszanie” jest całkowicie nie na miejscu, bo nie jest winą kronikarza, że opisuje zastaną rzeczywistość. A Kury opisały ją w jeden z najlepszych możliwych sposobów. W moim subiektywnym przekonaniu nie tylko jak na tamte czasy, ale w ogóle. Tak po prostu.
Oczywiście, że mogę też nie wyczuwać do końca ironii. Przyjmuję jeszcze trzecie wyjście, że ironia Tymona (czy on w ogóle pisał ten akurat fragment?) może współistnieć z jego realną potrzebą przeprosin.
Przywołanie w zwrotce ruchu „woke” też jest tu istotne. Choć początkowo chodziło w nim tylko o uwrażliwienie społeczeństwa na przejawy dyskryminacji, dziś z tą samą nazwą kojarzona jest tendencja, żeby odpowiedzialność za uczucia odbiorcy komunikatu ponosił jego nadawca. I tu pojawia się podstawowy problem, gdyż odpowiadać możemy tylko za swoje intencje, czyny oraz emocje. Choć komunikat rzeczywiście mówi najwięcej o nadawcy, jednak jego odbiór jest już po stronie nomen omen odbiorcy właśnie. Myślę, że zwalnianie ludzi z przeżywania trudnych emocji, radzenia sobie z nimi, ale też asertywnego komunikowania swoich granic, osłabia ich. Równocześnie zwalnianie nadawców komunikatów z prawdziwej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa poprzez odgórne ustalenie, co powiedzieć można, a czego nie, osłabia zarówno nadawców, jak i sam język.
A wracając jeszcze do samej piosenki, zwróćcie uwagę, jak pięknie brzmi w niej głos Tymona. Przefajny numer.

„Pieśń o pleśni”

Albin mógł być bogiem
choćby wziętym proktologiem
koniec końców został pedagogiem
pół-człowiekiem, pół-hot dogiem

– początek piosenki „Pieśń o pleśni”

Płytę kończy urocza ballada Tymona pod tytułem „Pieśń o pleśni”. Jej zaśpiewany przez Maestro początek rozkłada mnie na łopatki zbitką „wzięty proktolog”, ale też budzi we mnie ciepłe skojarzenia z poezją mojego taty tworzoną na poczekaniu i opartą na starych dobrych częstochowskich rymach.

Kiedyś tata oświadczył nam, że rozważa przerzucenie się na pisanie wierszy białych, na co mama bez krztyny delikatności wyparowała, że „wtedy to już nie będą miały ani sensu, ani rymu”. A tata, choć faktycznie miał nieortodoksyjne podejście do roli sensu w wierszu, mocno się w tamtym momencie zasmucił. Kocham więc wszelką poezję absurdalną i jej wrażliwych twórców!

Druga zwrotka zaśpiewana przez Olafa obfituje za to w niezwykle trzeźwą i trafną obserwację świata i gdyby nie to, że w sekcji sł. figuruje Tymon, mogłabym przysiąc, że napisał ją Olaf.

Bobby zadał bobu
zlikwidować chciał pół globu
A dlatego taki popis dał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał,
bo małego siura miał…

– fragment piosenki „Pieśń o pleśni”

Czy to nie opis genezy większości bitew i wojen? Mały siur, po prostu. Niekoniecznie literalnie. To może być też niski wzrost. W każdym razie męski kompleks, na który cudownym lekarstwem okazuje się najczęściej globalne zniszczenie. Historycznie była to na ogół skala makro, ale w codziennym życiu to się dzieje nadal, tylko w skali – nomen omen zresztą – mikro. Nie trzeba najeżdżać sąsiedniego mocarstwa. Wystarczy zrujnować komuś życie, stać się wrzodem na czyjejś historii. Zbyt proste? Wręcz prostackie? Być może. Jako kobieta, blondynka i jedynaczka, która zdecydowaną większość swojego życia słyszała wypowiadane bez krępacji i przy całkowitym społecznym przyzwoleniu przez dorosłych samców żarty na temat korelacji:

  • emocjonalnej niestabilności kobiet z ich okresem,
  • głupoty ze swoim naturalnym kolorem włosów, czy
  • egoizmu i rozpieszczenia z nieposiadaniem rodzeństwa,

śmieję się dziś z tej oczywistej, wypływającej ze wspaniałych Kurzych gardeł tezy dotyczącej stereotypowego męskiego sposobu radzenia sobie z deficytami. Nawet jeśli to czyimś zdaniem słabe, #MnieŚmieszy.
W refrenie robi się jednak bardzo po tymańsku. Nie to, żeby wcześniejszy żart w jego stylu nie był, ale tu wjeżdża cała paszkwilowa filozofia. Jeśli ktoś nadal nie rozumie, czemu odbieram odwiedziny u Tymańskiego jak pouczającą podróż do Mędrca, którą potem za każdym razem muszę sobie ułożyć w głowie, spacerując plażą i patrząc na bezkres morza, niech wczyta się w te słowa i przestanie gwiazdorzyć:

Ciemność jest w nas
tulmy diabła, póki czas
Światło jest w nas
choć leżymy raz po raz
Bóg, bies i ta pieśń
wszystko w naszych głowach trwa
Gdzie byt – tam i pleśń
Miłość, zgniłość, Ty i ja…

– refren piosenki „Pieśń o pleśni”

Piękne zakończenie pięknego krążka.

Po którymś wspólnym wysłuchaniu zapytałam Bartka, czy nie ma wrażenia, że nawet te piosenki, które nie są Tymona, mają w sobie wyraźnie odciśnięte jego piętno. Przecież zarówno najstarszy w Polsce (po Maryli, rzecz jasna) koncertujący muzyk – Przystojny Olaf, jak i w samym kwiecie wieku Szymon Burnos są artystami z ogromnym własnym dorobkiem. Artystami określonymi, wyraźnymi. Jednak… obojętnie jak dużo wolności i przestrzeni nie dałby im na płycie Tymon, to właśnie on sam w jakiś przedziwny sposób jest tych wszystkich wspaniałych piosenek wspólnym mianownikiem.

– Wiesz, Tymon, spotykając się z ludźmi, zwłaszcza w przestrzeni artystycznej – stwierdził poważnie Bartek, – zostawia w nich taki wyryty napis „tu byłem”.
– To piękne – odparłam.
– Oplata cię jak bluszcz i rozrasta się w środku jak grzyb… – kontynuuje Bartek.
– Hmmm…
– Jak taka pleśń stopniowo pokrywająca każdy najmniejszy zakamarek… – rozpędza się.
– Dżizas, dobra, zrozumiałam za pierwszą metaforą!

Matko! Dziś myślę, że to ciekawy dobór słów; Bartek co prawda poznał płytę bardzo dokładnie, ale nie pamięta wszystkich tytułów piosenek.

– A to pożegnalne szeptanie na samym końcu? – dopytuję Bartka. – Czy to… Szymon?
Zaskoczyłam sama siebie tę znikąd niewynikającą konkluzją, no ale… szeptanie to też rodzaj zmienionego głosu.
– No co Ty? To Tymon przecież!
– A skąd jesteś tego taki pewien? – brnę bezsensownie w tezę o głosie Burnosa.
– Wiesz, ile razy Tymon szeptał mi do ucha? – wyznał, z pewnym niezrozumiałym dla mnie niesmakiem Bartek.

I tym sposobem niestety wygrał, bo mnie do ucha Tymon nie szepnął ani razu. Ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś się w tej kwestii zmieni.

Dotarłam już do końca swojej długiej i zawiłej opowieści o tej doskonałej płycie. Od napisania pierwszego zdania do postawienia ostatniej kropki minęło dokładnie pół roku. Nie ukrywam, że… trochę się do tego rozgrzebanego, pełnego wątpliwości i własnego autosabotażu tekstu przyzwyczaiłam i jest mi się z nim trudniej rozstać niż początkowo myślałam, że będzie. Jednak równocześnie zupełnie nieoczekiwanie przytrafiła się do opublikowania tego wpisu doskonała okazja, a nawet dwie.

No bo kto dziś w tym nieudanym (jak słusznie opisuje go Tymon) kraju świętuje swój dzień?
Otóż MĘŻCZYŹNI!

A kto właśnie dziś też… POSTARZAŁ SIĘ O ROK?
Nie może być inaczej – Olaf!

Przypadek? Tak sądzę. Jednak ciekawy, nieprawdaż?

nNajlepszości, Męskie Kury!

nNajlepszości, Przystojny Olafie!

Wasza płyta z każdym przesłuchaniem daje mi coś nowego, a z rzeczy starych i niezmienNychdaje nieustająco nieprawdopodobną radość! Dziękuję Wam!

P.S. A na deser moja rzeczona próba zmierzenia się z odtworzeniem harmonii z filmiku, na którym po raz pierwszy usłyszałam refren „Teflonowego mózgu”, ale najpierw kurzy oryginał.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Leave a comment