Zło nNie jest jaskrawe

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Często żyjemy w przeświadczeniu, że zło jest czymś tak ewidentnym, że z pewnością nie da się go nie dostrzec, tymczasem ono rzadko kiedy bywa jaskrawe. Potwory, które więżą swoje głodzone i gwałcone ofiary w piwnicach, mordują, wykorzystują seksualnie zwłoki czy zjadają denatów to tak naprawdę niewielki wycinek populacji (takie zachowania są zresztą najczęściej wynikiem poważnych uszkodzeń mózgu). Jednak rzeczywiście przy podanych wyżej przykładach kwestia tego, kto jest ofiarą, a kto katem nie budzi naszych wątpliwości. Sytuacja zaczyna się komplikować, kiedy sprawa okazuje się odrobinę bardziej złożona. Kiedy mówimy o gwałcie, stereotypowo staje nam przed oczami (mnie przynajmniej długi czas stawał) zboczeniec, czyhający w ciemnym parku na swoje potencjalne, kompletnie nieświadome zagrożenia ofiary. Zły na wskroś. Tymczasem statystycznie takie gwałty zdarzają się najrzadziej. Przeważnie ofiara zna sprawcę doskonale – jest on albo jej przyjacielem, albo partnerem, czasami nawet rodziną. Nie ma więc najmniejszych powodów, by mu nie ufać. Często go kocha. Żeby dopuścić się gwałtu nie trzeba być wcale gwałcicielem seryjnym. Wystarczy nie rozumieć, której granicy nie wolno nikomu przekraczać – wytycza ją „nie” (sformułowane, co ważne, werbalnie lub niewerbalnie). Czy można zgwałcić nieświadomie? Można. Czy to zdejmuje odpowiedzialność ze sprawcy, czy, co gorsza, przerzuca ją na ofiarę? Absolutnie nie! O kulturze gwałtu na pewno popełnię zresztą kiedyś osobny wpis, bo temat jest niezwykle ważny. Dziś niech ta – niestety wbrew pozorom nie tak rzadko przytrafiająca się bliźnim – sytuacja posłuży za przykład. Zło jest złem, nawet jeśli dopuści się go osoba, którą potrafimy lubić i szanować; której motywacje umiemy zrozumieć.

😈 Bruk piekielny

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło

– to slogan, który przez większość życia był mi całkowicie obcy, bo uczono mnie, żeby być wyrozumiałą wobec bliźnich i w każdej sytuacji podejmować próbę postawienia się na ich miejscu. (Niestety w większości przypadków kosztem siebie samej.) Intencje odgrywały więc rolę kluczową. Rosło też we mnie bolesne poczucie niesprawiedliwości, kiedy okazywało się, że mało kto traktuje mnie z tak wielkim kredytem zaufania i wiary w moje na pewno dobre intencje, jaki ja miałam w stosunku do innych.
Dziś powyższy slogan stał się dla mnie niezwykle przejrzysty – nie jesteśmy w życiu rozliczani z tego, jakie przyświecają nam intencje, ale z tego, co i w jaki sposób rzeczywiście robimy. Chcąc dobrze i będąc przekonanym o tym, że przemawia przez nas wyłącznie troska, możemy koncertowo zrujnować życie najbliższej osobie. Czy intencje mają wtedy jakieś znaczenie? Być może odrobinę skrócą ofierze proces wybaczania, ale – biorąc pod uwagę to, że tylko i wyłącznie naszym obowiązkiem jest zadbanie o swoją emocjonalną równowagę (np. poprzez terapię) – nie mamy prawa wymagać od bliskich, by płacili cenę za nasze niedopatrzenia.
Czytam książkę, którą niechętnie, ale będę musiała zrecenzować. Lektura budzi we mnie niesamowicie mieszane uczucia, bo książka posiada właściwie tylko jeden feler, ale za to spory – jej autor nie potrafi pisać. Coraz to ogarnia mnie wściekłość, a potem myślę o ogromie pracy związanej ze zbieraniem materiałów, jaką wykonał i… robi mi się go nawet (po mocnym, kojącym nerwy drinku, a zwłaszcza trzech) szkoda. Z drugiej strony, kiedy zapytam siebie samą, czy gdybym przez czyjeś niedopatrzenie dostała pracę w szkole jako nauczyciel chemii i przygotowywała się bardzo długo i solidnie do każdej przeprowadzanej lekcji, to przyjęcie jej stałoby się z automatu w porządku? Oczywiście, że nie! Byłoby to równie nieuczciwe, jak każde pobieranie wynagrodzenia za robienie czegoś, czego robić się nie umie. Dobre chęci to kategoria kompletnie nie na temat.
Warto jednak podchodzić do ludzi z pewną dozą życzliwości, empatii oraz wyrozumiałości. Czasem rzeczywiście ktoś np. nieładnie zachowa się na drodze, prowadząc pojazd, przez nieuwagę, zagapienie, zagubienie w nowym miejscu. (Najczęściej zresztą przeprasza wtedy światłami.) Nie trzeba go od razu doganiać, wyciągać za fraki z samochodu i straszyć mordobiciem (w przeciwieństwie do sytuacji, w której mamy do czynienia z cynicznym, aroganckim i niebezpiecznym piratem drogowym – wtedy trzeba).  Może się okazać, że intencje zmienią kategorię czyjegoś czynu ze złośliwego na jedynie bezmyślny. Tak czy tak, nie jest dobrze myśleć o intencjach innych zbyt dużo. Ludzie mają tendencje do dopisywania swoich własnych interpretacji cudzych intencji czyimś czynom. Rzadko o nie pytają u źródła i tak rodzi się większość sporów. Opierajmy się więc na faktach. W razie wątpliwości, pytajmy.

😈 Syndrom Matki Teresy

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Matka Teresa z Kalkuty weszła do polskiej frazeologii jako uosobienie altruistycznego dobra w najczystszej postaci. Jako mała dziewczynka panicznie bałam się twarzy tego dobra, być może dlatego późniejsze odkrycia kanadyjskich naukowców i zarzuty o sadyzm niespecjalnie mnie zaskoczyły. Pisałam już tu kiedyś, co myślę na temat altruizmu – nie wierzę w niego, bo ludzka psychika skonstruowana jest w taki sposób, że za dobre uczynki potrzebujemy jakiejkolwiek nagrody. Nie muszą nią być oczywiście dobra materialne. Wystarczy czyjś uśmiech, świadomość, że postąpiło się właściwie lub obserwacja wymiernych pozytywnych rezultatów swoich zachowań. Sęk w tym, że to my sami musimy ocenić, jaki rodzaj nagrody nas usatysfakcjonuje i zadbać, by jej nie zabrakło. Nie wolno nam przerzucać odpowiedzialności na innych.
Znam niestety całkiem sporo osób, które naprawdę robią wiele dobrego, ale wierząc w mit altruizmu, nie dbają o swoją własną higienę psychiczną. Nieuniknionym staje się więc po jakimś czasie to, że się wypalają, wybuchają i zaczynają wypominać zaszokowanym dobrobiorcom swoje poświęcenie. Poświęcanie się jest chyba jedną z bardziej demonicznych rzeczy. Społeczna świadomość się już na szczęścia zmienia, ale jeszcze pokolenie naszych rodziców zostało chowane w przeświadczeniu, że nie ma w nim nic złego. Poświęcanie się dla swoich dzieci, partnerów, rodziców nie tylko nie było piętnowane, ale wręcz uznawane za normę. Tymczasem robienie tego dla kogokolwiek z jednej strony – podobnie jak każdy inny rodzaj władzy – wyzwala w poświęcającym się najgorsze i najniższe instynkty oraz obsesyjną kontrolę, a z niczego nieświadomej ofiary robi więźnia. Nigdy w życiu nie chciałabym, żeby ktokolwiek się dla mnie poświęcał, pomagał mi z poczucia obowiązku czy winy. Trudno mi sobie wyobrazić większy rodzaj upokorzenia.
Czy rozwiązaniem jest czysty żywy egoizm? Oczywiście nie, choć ten rodzaj wnioskowania jest właściwy osobom, które nie umieją się jeszcze wyzwolić z opisywanych wyżej mechanizmów. Rozwiązaniem jest zastanowienie się, jak zabezpieczyć sobie nagrodę za czynienie dobra, by nie oczekiwać niczego (lub przynajmniej zbyt dużo) w zamian od osób, którym chcemy pomagać. Jeśli liczymy na ich serdeczność i miłe słowo, a te przestaną się pojawiać, przemyślmy raz jeszcze, czy jesteśmy w stanie znaleźć swoją nagrodę być może gdzie indziej. Najlepszym rozwiązaniem jest oczywiście, jak zawsze, szczera rozmowa i powiedzenie wprost o swoich oczekiwaniach. Mamy do nich prawo. Warto też pamiętać, że ludzie, którzy zawodowo zajmują się pomaganiem, robią to na ogół tak profesjonalnie (a więc skutecznie), gdyż nie są obciążeni emocjonalnym związkiem z tymi, którym pomagają. Jeśli chcemy pomagać mądrze, skupmy się na tym w pełni, nie dopuszczając, by przeszkodziło nam w tym nasze ego. Jednak, by nie przeszkodziło, najpierw musimy się zająć właśnie nim.

😈 Zło się nie stopniuje

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Mniejsze zło i białe kłamstwa to dwa podstawowe slogany wypełniające worek z napisem „RELATYWIZM MORALNY”. Mniejsze zło (o ile nie tyczy się korzystania ze swoich praw wyborczych – dla kobiet, przywileju od zaledwie stu lat!) to usprawiedliwianie jednego złego uczynku tym, że istnieją gorsze, większego kalibru, bardziej raniące. Pytanie tylko, jak jedno ma się do drugiego. Czy jeśli ktoś nas okradnie, zdradzi lub oszuka, przejdziemy nad tym do porządku dziennego, kiedy uświadomimy sobie, że ostatecznie nas przecież nie zamordował? Raczej nie. Zło najczęściej (chociaż nie zawsze) wiąże się z zadawaniem bólu. Łatwo zabrnąć w ślepy zaułek, tłumacząc sobie, że póki ktoś o wyrządzonej mu krzywdzie nie wie, to nie jest pokrzywdzony. Jest pokrzywdzony podwójnie, bo do jednego złego uczynku dochodzi drugi – zatajenie, więc kłamstwo. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy cierpi, czy – robiony do końca życia w konia – nie. Zło pozostaje złem. Bez względu na intencje (o czym wyżej) i konsekwencje (których, przy zatuszowaniu swoich poczynań, można czasem uniknąć). Demoralizująca siła zła najczęściej zresztą uderza nie w jego ofiarę, lecz sprawcę. Warto o tym pamiętać.
Białe kłamstwa z kolei są przede wszystkim kłamstwami. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że ma prawo nie odpowiadać na pytania, na które z różnych powodów odpowiadać nie chce. Od czasu, kiedy skończyłam szkołę (a więc też wagarować), staram się nie kłamać. Czy udaje mi się to zawsze? Oczywiście, że nie. (Z drugiej strony kłamię tak fatalnie, że staram się sobie tego żenującego aktu zwyczajnie oszczędzić.) Jednak to nie powód, by się wybielać. Kiedy kłamię, wiem, że robię źle. To kwestia wyboru. Znam i rozumiem swoje motywacje, ale się nimi nie usprawiedliwiam. Ostatecznie nikt przecież nie jest doskonały. Najważniejsze, żeby pokochać się na tyle, by wybaczać sobie zło, wyciągnąć z niego wnioski i zawsze umieć je nazwać po imieniu.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę swój cover piosenki P!nk „My Vietnam”, która mówi o zmierzaniu się z życiem i jego przeciwnościami, a więc również złem.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Subiektywny odbiór rzeczywistości

fot. Marianna Patkowska

Dorastałam w katolickim przekonaniu o istnieniu jakiejś obiektywnej prawdy, co w podejrzanie łatwy sposób dzieliło ludzi na tych, którzy mają rację i tych, którzy jej nie mają. Dziś myślę, że świat składa się z kilku miliardów subiektywnych, wielobarwnych odbiorów rzeczywistości, co do której obiektywnego kształtu mam coraz mniejszą pewność.
Oczywiście można wyróżnić uniwersalną zasadę współżycia, tożsamą dla wielu kultur: nie należy nikogo świadomie krzywdzić (choć, jeśli to nie jest możliwe – a często nie jest – najbardziej nie wolno nam krzywdzić siebie samych). Z niej wynika, że kiedy np. skłamiemy, zdradzimy, ukradniemy czy zabijemy, to na ogół zdajemy sobie sprawę z tego, że postąpiliśmy źle. Zło, zwłaszcza jeśli wejście z nim w przelotny romans przytrafi się osobie mądrej i pokornej, może wiele nauczyć. Sęk w tym, żeby umieć wyciągnąć z gorzkiej lekcji sensowne wnioski i starać się już więcej nie zbłądzić.
Co jednak mam na myśli, pisząc o subiektywnym i unikalnym dla każdego człowieka odbiorze rzeczywistości? Przede wszystkim to, że każdy z nas jest odrębnym, pięknym i jedynym w swoim rodzaju Wszechświatem. Skoro więc jest, to patrzy na wszystko, co mu się przydarza ze swojej perspektywy. Czy to egocentryzm? Jeśli potrzebuje się koniecznie etykietek, można też tak to nazwać. (Przez całe dzieciństwo byłam o egocentryzm oskarżana, dziś wiem, że nieudane próby tępienia go we mnie były aktem przemocy.)

👀 Właściwy człowiek
we właściwym momencie

fot. Marianna Patkowska

Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek spotkać kogoś w przedziwnych okolicznościach? Mnie najgłębsze (choć bardzo często krótkie) znajomości przydarzały się w sytuacjach niejednoznacznych. Dawno temu w nocnych klubach, kiedy jeszcze byłam miła i nie bardzo potrafiłam postawić jakąkolwiek sprawę obcesowo, obserwowałam z troską odprawiane wokół siebie męskie tańce godowe, nie wspominając niezłomnym adoratorom, że nie jestem dziewczyną, którą można ot tak wyrwać, nie tracąc dla niej uprzednio kompletnie głowy i nie zmieniając dla niej diametralnie całego swojego życia. Choć miałam (umiarkowany, ale jednak) szacunek do pań, które zadowalały się ochłapami z pa(nie)ńskich stołów, wiedziałam jednak, że się do nich nie zaliczam (nomen omen). Co jednak – oprócz chwilowego zażenowania – zyskiwałam? Niesamowite rozmowy z mężczyznami, którzy – kiedy już załapali, że kwalifikuję się bardziej na kumpla niż trofeum – otwierali się przede mną, pomagając mi zrozumieć inny punkt widzenia. W wielu sprawach. Celowo zresztą nie piszę „męski”, bo to bardzo niesprawiedliwe, a przede wszystkim głupie uproszczenie. Wielokrotnie czułam się otaczana niesamowitą, braterską wręcz troską i wpuszczana w najciemniejsze zakamarki ich dusz. Umiem słuchać. Jak jednak obiektywnie opisać taką historię? Czy ma jakieś znaczenie nieudany początek znajomości, rozbieżność intencji? Ludzie pojawiają się w naszych życiach z przeróżnych powodów w najbardziej kuriozalny czasem sposób. Liczy się tylko to, co w te życia wzajemnie wnoszą.
Wszystko tak naprawdę zależy od naszego nastawienia i tego, jak dobrze czujemy się sami ze sobą. Jeśli wypracujemy doskonałą relację własną, odpuścimy innym. Można traktować się tak źle, by we wszystkim dookoła, nawet zachowaniu najbliższych, doszukiwać się podstępku, ale ranimy w ten sposób tylko siebie. Innych w najgorszym wypadku jedynie doprowadzamy do szału. Jeśli zaufamy sobie i swoim wyborom, będziemy doskonale wiedzieć, co jest dla nas zagrożeniem realnym, a co urojonym. Ja niedawno dzięki niezaprzeczalnemu urokowi osobistemu swojego partnera, estymie, którą darzy płeć piękną oraz jego łatwości w nawiązywaniu znajomości, poznałam przepiękną, cudowną Kobietę, z którą niemal od razu się zaprzyjaźniłam (poczułam, że tak się stanie, jak tylko mi o niej opowiedział). Jej obecność w moim życiu z pewnością nie jest przypadkowa! Ale czy nie jest przypadkowa obiektywnie? Czy ma to w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Może po prostu dobrzy ludzie przyciągają dobrych ludzi?

👀 Tak, właśnie o Tobie piszę!

fot. Marianna Patkowska

Często spotykam się z głosami blogowych Czytelników, którzy odnajdują w moich tekstach siebie samych. Jest to dla mnie na ogół niesamowicie miłe i wzruszające, bo po pierwsze umacnia mnie w przekonaniu, że skoro moje obserwacje siebie i otaczającego mnie świata coś w bliźnich potrafią otworzyć, to więcej nas – ludzi łączy, niż dzieli, a po drugie to wielki komplement dla mojego warsztatu pisarskiego. Nawet jeśli niezamierzony, szczerze go doceniam.
Druga strona medalu jest natomiast taka, że żyjąc nie na pustkowiu, codziennie słysząc różne historie,  trawiąc je i filtrując przez siebie, nie mogę zupełnie uciec od zarzutu, że opisałam czyjeś zachowanie. Wrażliwość i empatia nakazują zastanowienie się, jak uniknąć niecelowego ewentualnego zrobienia komuś przykrości. Rozsądek i umowa, którą ze sobą kiedyś zawarłam, każą nigdy pod żadnym pozorem nie uciekać się do autocenzury. Gdybym, pisząc o jakichkolwiek toksycznych i złych zachowaniach, miała za każdym razem przywoływać w pamięci wszystkie bliższe i dalsze osoby, które się ich dopuściły (o czym wiem – i one, że wiem, też wiedzą), odmówiłabym być może istotnych blogowych wpisów ludziom, których nie znam, ale którzy ich potrzebują.
Dobre teksty (jakich tworzenie jest moją wielką ambicją) powinny być lustrami, w których przeglądają się ich czytelnicy. Więc, jeśli czujesz się zaniepokojony i obsesyjnie potrzebujesz deklaracji, że jakikolwiek ustęp czyjegokolwiek tekstu nie jest o Tobie, mogę Cię zapewnić: Twoja reakcja jest dowodem na to, że jest właśnie o Tobie! Intencja autora, na którego próbujesz zrzucić odpowiedzialność za swoje wybory, nie ma tu kompletnie nic do rzeczy. Podobnie, jak rzadko kiedy intencja artysty ma cokolwiek do rzeczy, jeśli jakieś dzieło mocno na nas wpłynie. Historia zna przecież przypadki interpretacji znacznie głębszych niż sam ich obiekt – tu nie może być mowy o jednej racji.

👀 Przejmowanie cudzych narracji

fot. Marianna Patkowska

Ostatnio, rozmawiając z również nadwydajną mentalnie przyjaciółką, uświadomiłam sobie, że nie tylko ja jedna z tak irytującą łatwością przejmuję nastroje i rodzaje narracji innych ludzi, zwłaszcza bliskich. Niby wiem, że istotą mojej natury jest optymizm i otwartość (które, owszem, narażane są czasem na ciężkie próby, ale jednak wychodzą z nich zazwyczaj zwycięsko), a jednak wystarczą dwa dni z kimś, kto np. nieustannie narzeka, żeby zacząć widzieć świat w czarnych barwach. Przecież wiem, że to tylko czyjś subiektywny odbiór rzeczywistości. W dodatku szkodliwy. A jednak się temu poddaję. Czemu? Może to to kołaczące się w mojej głowie od zawsze pytanie:

A jeśli się mylę?

– kołaczące się w mojej głowie od zawsze pytanie

Sęk w tym, że mylić można się niemal we wszystkim… z wyjątkiem swojego własnego, unikalnego widzenia świata. Pewnie, że to, które nam samym nie służy i przy okazji zatruwa też innych (jak wspomniane czarnowidztwo) warto trochę skorygować. Nie jest natomiast prawdą, że skoro jedna osoba jest niepoprawnym optymistą, a druga – pesymistą, to któraś z nich ma rację, a druga nie. Po prostu życie pierwszej jest na ogół przepełnione szczęściem, a drugiej – nieszczęściem. I nie chodzi tu o sytuacje, które przydarzają się każdej z nich, tylko o dokonany w pewnym momencie życia wybór.
Z przeróżnych możliwych narracji, zdecydowanie najciekawsze rodzą się w głowach artystów. To Sztuka potrafi poruszyć nas do żywego, motywować, opisywać nasze historie, dodawać skrzydeł, dotykać naszych ran, leczyć… Pamiętajmy o tym i pozwólmy się jej czasem nawet trochę zmanipulowaćświatów jest tyle, ile chcemy, żeby ich było. Zadbajmy, żeby przebywać tylko w tych najwspanialszych.

P.S. Na deser łączę swój cover ponadczasowego hitu Roberty Flack „Killing me softly” (z przepięknym, znalezionym w sieci akompaniamentem). Jej tekst pasuje tu idealnie.

fot. Marianna Patkowska

„P.O.L.O.V.I.R.U.S.” Kury

fot. Bożena Szuj

 
fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: Biodro Records
rok wydania: 1997

Nadrabiając swoje kulturoznawczo-muzyczne zaległości, trafiłam na krążek, którego nie wypada nie znać, a mnie się jednak udało. Tak, wstyd mi i kajam się, ale lepiej późno, niż wcale. Mowa o Najlepszej Alternatywnej Płycie Roku (Fryderyki 1998) – „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-ie” Kur.
Powiedzieć, że to najdziwniejsza i najbardziej odjechana parodia różnych muzycznych stylów, to nic nie powiedzieć. Pierwotnym założeniem Tymona Tymańskiego było stworzenie albumu imitującego składankę piosenek różnych (nieistniejących) zespołów i to się właściwie udało, choć krążek finalnie został wydany pod szyldem Kur. Na pewno nie da się jej zarzucić spójności, choć równocześnie czuć w niej twórczą koncepcję. Usłyszymy tu właściwie większość gatunków muzycznych od disco polo przez yass, piosenkę patriotyczną, reggae, heavy metal oraz jazz po country. Wszystko z dużym przymrużeniem oka, okraszone wyczuwalną świadomością muzyczną i fantastycznymi tekstami.
Już dwie pierwsze piosenki („Śmierdzi mi z ust”  i  „Jesienna deprecha”) – utrzymane w podłym, kiczowatym klimacie disco polo – są dowodem na to, że dobrzy i wrażliwi muzycy nawet stylizując coś na największy chłam, przemycą (choćby niecelowo) pewną szlachetność. O „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-ie” można byłoby pisać elaboraty (wiem o co najmniej jednej pracy magisterskiej na jego temat), więc w telegraficznym skrócie skupię się tu tylko na kilku swoich ulubionych piosenkach.

🎼 „Nie martw się, Janusz” to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Muzycznie znakomity, zaskakujący, świeży, inny; tekstowo fenomenalny! Z przeszywającą precyzją oddaje polskie zaściankowe umiłowanie do zabobonu przy rezygnacji z samodzielnego myślenia (wracające dziś zresztą do łask).

🎼 Drugą (chronologicznie) moją ulubioną piosenką jest „Kibolski”. (Jak typowa blondynka śmiałam się zresztą dwa razy – najpierw, kiedy po raz pierwszy usłyszałam tekst, a drugi, kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę, to Lechia Gdańsk, a Arka Gdynia. Bywa…) Podoba mi się bardzo trafność spostrzeżenia, że kibolskie oddanie dla sprawy jest przeważnie dużo większe, niż potrzeba rozumienia jej sedna.

🎼 Dosyć podobną w klimacie i zawsze wywołującą u mnie salwy śmiechu (i – co gorsza – od dłuższego czasu nieopuszczającą mojej głowy) jest „Sztany, glany”. Myślę, że pozostanie już na zawsze w pewnych środowiskach aktualna. Można by rzec, utwór ponadczasowy.

🎼 Absolutnie urzeczona jestem jednak songiem „Nie mam jaj” – to karykatura reggae doskonała na tak wielu poziomach, że jawi mi się jako utwór wręcz genialny. Nieczęsto spotyka się wysmakowane parodie samej formy. Bo śmieszy w niej najbardziej przecież nie sam absurdalny refren:

Ajajaj, nie mam jaj,

– refren piosenki „Nie mam jaj”

tylko połączenie najbardziej rasowego reggae grania z narracją, która do złudzenia przypomina właściwie każdą piosenkę w tym stylu, z tym że ta akurat celowo nie ma sensu. Do tego Larry Okey Ugwu, który swoim uroczym łamanym polskim śpiewa:

W Babilonie zdrada, każą nosić jaja
i wąsy

„Nie mam jaj”

sprawia, że za każdym razem leżę na podłodze ze śmiechu.

🎼 Tekstowego prztyczka w nos dostaje też jazz w utworze „Mój dżez”. Choć Tymański próbuje się naigrywać z wykonywania tego gatunku, to jakby się nie starał, nie jest w stanie uciec od tego, że naprawdę dobrze w nim brzmi!

To byłaby moja polovirusowa top piątka, ale bardzo mnie też urzekają „Ideały Sierpnia”, a zwłaszcza fragment:

Solidarność, Solidarmość, Solimarność – solej

„Ideały Sierpnia”

i absolutnie odjechany „Lemur”.

„P.O.L.O.V.I.R.U.S.” jest z pewnością jedną z tych płyt, których trzeba wysłuchać wielokrotnie, w skupieniu i na które po ich poznaniu trudno pozostać obojętnym.

Spis utworów:

fot. Marianna Patkowska
  1. Śmierdzi mi z ust
  2. Jesienna deprecha
  3. Nie martw się, Janusz
  4. Dlaczego
  5. gadka I
  6. Kibolski
  7. gadka II
  8. Sztany, glany
  9. Ideały Sierpnia
  10. Trygław cz. I
  11. Nie mam jaj
  12. Trygław cz. II
  13. Szatan
  14. gadka III
  15. Mój dżez
  16. Adam ma dobry Humer
  17. O psie
  18. Lemur
fot. Marianna Patkowska

SpotkanNie z Tymonem Tymańskim

Z Tymonem Tymańskim przed wejściem do jego studia Nei Gong

Kiedy pokochasz mężczyznę, który od dzieciństwa przyjaźni się z Tymonem Tymańskim, przez pewien czas grał z nim w różnych zespołach, a w swojej wytwórni Biodro Records wydał recenzowaną tu płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” (projektował też m.in. okładkę i do niej, i do „Paszkwili”), jedną z naturalnych konsekwencji związania z nim swojego życia jest poznanie Tymona Tymańskiego osobiście.

fot. Bożena Szuj

Biorąc pod uwagę mój – opisywany już tu – paniczny lęk związany z tym artystą, wyzwanie nie lada, ale ja wyzwania lubię!
Mam przeświadczenie, (wywodzące się z przekonania, że idealny związek to dwie całości, nie połówki, a miłość jest dawaniem wolności), że przyjaźnie osób, które darzymy uczuciem, nie dotyczą nas i nie bardzo powinniśmy chcieć w nie ingerować. Oczywiście nie mam na myśli odciągania ukochanych od ich znajomych, którzy nam nie odpowiadają (to rodzaj przemocy w związku, której dopuszcza się nie partner, tylko przebrana za niego najwyższa izba kontroli), ale to, że skoro zadbanie o siebie leży w naszej gestii, to jedynie my wiemy, kim się otoczyć, żeby stawać się lepszymi ludźmi, a kogo unikać.
Może się zdarzyć, że ten sam człowiek przyczyni się do duchowego rozwoju pary, może się tak jednak nie zdarzyć. To, że nasz partner jest z kimś blisko, wcale nie znaczy, że my też musimy. Z drugiej strony, jeśli mamy świadomość, że wieloletnia przyjaźń z kimś zbudowała osobę, w którą jesteśmy wpatrzeni, narasta w nas szacunek do jej przyjaciela i potrzeba bycia przez niego zaakceptowanym.
Po przemiłym dniu spędzonym w domu Tymańskiego, mogę powiedzieć, że poznałam nie tylko fenomenalnego muzyka, ale też niesamowitego, nieprzewidywalnego, niewiarygodnie autentycznego, nietuzinkowego (jak mówi o sobie Doda), inspirującego, wzruszająco szczerego, piekielnie inteligentnego, skromnego, wrażliwego (choć się z tym nie afiszuje), a przede wszystkim naprawdę dobrego człowieka. Duchowy wymiar tego spotkania uważam za zbyt osobisty, by opisywać go szerzej, jednak rozmowa z tak pięknym wewnętrznie buddystą w wielu momentach bardzo mnie wzruszyła i z pewnością mocno wzbogaciła.
Ogromnym przeżyciem i zaszczytem było dla mnie zobaczenie prywatnego studia Nei Gong (w którym zostały nagrane „Paszkwile”) i… wspólne wykonanie jednej piosenki. W najśmielszych snach nie przypuszczałam też, że moją pierwszą jogę w życiu poprowadzi właśnie Tymon Tymański!
Jeśli miałabym jakoś podsumować to spotkanie, mogę napisać, że warto zmierzyć się ze swoimi lękami, bo te mogą się nieoczekiwanie okazać naszymi duchowymi mentorami!

fot. Bożena Szuj

Duchowy triathlon

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Na ogół, idąc, decydowałam się na wyboistą drogę, mam jednak wrażenie, że trzy ostatnie lata mojej wędrówki przez życie zaczęły przypominać nieoczekiwany triathlon. Przez ten niespecjalnie długi czas udało mi się:

  • wbrew czyjemukolwiek zrozumieniu zakończyć bezpieczny związek (a właściwie rozpocząć zupełnie inny jego, równie dla mnie ważny, przyjacielski etap),
  • zachorować na depresję,
  • odkryć w sobie powołanie, jakim jest praca z dziećmi,
  • poznać z bliska wyrachowanych manipulatorów, padając ofiarą mobbingu z ich strony,
  • zrozumieć dwa terminy definiujące moją inNość: cyklotymia oraz nadwydajność mentalna,
  • stracić dwudziestkę siódemkę ukochanych istot, co uświadomiło mi, że jednak nie tylko umiem tęsknić (o co się nigdy nie podejrzewałam), ale też że dojmujące cierpienie duszy potrafi wpędzić w całe mnóstwo psychosomatycznych dolegliwości, w które kiedyś nie bardzo wierzyłam,
  • zostać odtrąconą przez przyjaciółkę z powodu różnic światopoglądowych (agnostycy jednak kiepsko się wpisują w uporządkowany religijny krajobraz),
  • stanąć na nogi, dzięki wszechogarniającej życzliwości osób, które wyciągnęły do mnie rękę w potrzebie,
  • odkryć duchową jedność z przepiękną Kobietą – znajomą od lat, ale tak bliską dopiero od niedawna,
  • poznać kogoś, kto przewrócił moje życie do góry nogami, uświadamiając mi, jak ważne jest stanie się swoim własnym punktem odniesienia,
  • zacząć chcieć być do końca życia samą i w tym momencie uświadomić sobie, że przydarzyła mi się nieoczekiwanie Miłość.

Czy wybrałabym tę (lub tak naprawdę jakąkolwiek) dyscyplinę sportu samodzielnie? Oczywiście nie! Czy mam wrażenie, że dotarłam w ten sposób w najciekawsze zakamarki siebie samej? Jak najbardziej tak!

🏅 Pod wodą

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Do nie tak bardzo dawna miałam dosyć znikomą świadomość siebie. Pozwoliłam światu wmówić sobie jedną z największych i najbardziej niebezpiecznych bzdur, mianowicie że oczekiwania innych ludzi są ważniejsze od nas samych. Nie są. Byłam tak zajęta przejmowaniem się, co (jakikolwiek) ktoś sobie o mnie pomyśli i gimnastyką akrobatyczną, żeby przypadkiem nie pomyślał sobie o mnie źle, że nie starczało mi już ani czasu, ani energii na wnikliwe zastanowienie się, czego sama potrzebuję do prawidłowego rozwoju, co mi służy, a przed czym powinnam się bronić, bo jest dla mnie niebezpieczne. Straciłam niesamowicie dużo czasu na ludzi, którzy nie byli go warci. Pozwoliłam złej energii się całkowicie zdominować, co praktycznie przekreśliło moje szanse na poznawanie wartościowych osób, bo te są na ogół świadome zagrożeń i trzymają się od nich  z daleka. Jak mieliby mnie niby znaleźć, skoro ja w zagrożenia wchodziłam jak ćma w ogień?
Wchodziłam jak ćma w ogień, ale równocześnie znajdowałam się głęboko pod wodą i tonęłam. Dziś już wiem, jak ważna jest umiejętność zanurzenia się w sobie. Nauczyło mnie tego chyba przede wszystkim spotkanie z Drapieżnikiem. Chaos – który ma prawo przerażać – należy do świata zewnętrznego i nad nim ani nie możemy, ani nie powinniśmy chcieć zapanować. Jedyne, nad czym mamy kontrolę, to nasze wnętrze. Kiedy doszłam do punktu, w którym poczułam to całą sobą (a, biorąc pod uwagę moją wrodzoną niechęć do sportu, było czym poczuć!), zaczęłam w coraz większej liczbie sytuacji odpuszczać światu. Oczywiście, że bywają jeszcze momenty, w których wiem, że powinnam – jak mawiał mój dziesięcioletni wychowanek – mieć wywalone, a porusza mnie do żywego coś, na co nie mam wpływu. Wiem jednak, że nie powinno i mam wrażenie, że ta wiedza przybliża mnie do kolejnego zwycięstwa nad swoimi słabościami.
Jeśli nauczymy się, że jedynym obszarem, w którym nie tyle można, ale nawet trzeba wprowadzić porządek, jest nasze wnętrze, zaczniemy doceniać zewnętrzny, niedający się ogarnąć, nieład. Zwłaszcza ci z nas, którzy są artystami, cenią nieprzewidywalność tego, czego nie mogą kontrolować. Nie mogą tego kontrolować zresztą jedynie pozornie, bo filtrując przez swoją wrażliwość i umiejętność unikalnego odbioru wszystko, czego doświadczają, malują całkowicie własny obraz świata. (Tak, uważam artystów za nadludzi i myślę, że to małe zboczenie jest ciągle lepsze od nacjonalizmu.)
Tonęłam, zapominając, że dryfować w czymkolwiek obcym można bezpiecznie tylko, jeśli spuści się wcześniej kotwicę. Kotwicą w życiu jest na pewno jasno sprecyzowana moralność i świadomość, co nas rozwija, a co w rozwoju cofa. Tego nie wolno nam przerzucać na nikogo – zadbanie o siebie jest tylko i wyłącznie naszym obowiązkiem.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

🏅 Z kijem w szprychach

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Jadąc rowerem, zdecydowanie lepiej nie mieć kija w szprychach. (Z tego, co mgliście pamiętam, gdyż moja przygoda z tą dyscypliną sportową zakończyła się dwadzieścia jeden lat temu, w momencie – prawdopodobnie nadal pozostającym w żywej pamięci naocznych świadków – w którym spektakularnie przelatywałam nad swoim bicyklem na żwir). W życiu, wspomnianym kijem w szprychach są najczęściej właśnie opisywane wcześniej oczekiwania innych, nie zawsze jednak wynikające z ich wrogiego nastawienia czy złej woli. Ostatnio zrozumiałam, że życząc innym dobrze, nie mamy prawa przy okazji układać dla nich naszym zdaniem dobrych scenariuszy. Na przykład, jeśli przy najlepszych intencjach życzymy komuś: znalezienia idealnej pracy, związku, który nie okaże się niewypałem kosztującym sporo łez czy zdania jakiegoś ważnego egzaminu, próbujemy zaspokoić swoje potrzeby względem tej osoby. Brzmi to może trochę kontrowersyjnie czy przewrotnie (aka niedorzecznie), ale każdy ma do przerobienia jakieś konkretne lekcje. Dla jednego będzie to fatalna praca, która pomoże zrozumieć, jakiej powinien szukać (i z którymi prawnikami prawa pracy warto podjąć współpracę), dla innego kolejny nieudany związek, po którym łzy wreszcie w pełni go oczyszczą i pomogą mu zrozumieć popełniane latami błędy, a komuś potknięcie się na ścieżce kariery być może uzmysłowi, że kilka lat wcześniej pomylił drogi, ale ciągle nie jest za późno na radykalną zmianę (nigdy nie jest!). Można powiedzieć, że

przesadzam, bo słowa nie mają przecież aż takiej mocy, a ludzie chcą na ogół dla bliźnich tego, co ucieszyłoby ich samych.

– to, co można powiedzieć, chociaż nie mając racji

Jestem jednak absolutnie pewna, że mądre życzenie dobrze zakłada, że nie chcemy dla bliźniego jedynie chwilowej i powierzchownej przyjemności, tylko prawdziwego, bezgranicznego szczęścia. To bywa trudne, kiedy koliduje ono z naszym. Żal związany z koniecznością całkowitej lub częściowej utraty bliskiej osoby (rozstanie z partnerem, zmiana miejsca zamieszkania przyjaciela czy dorastanie i usamodzielnianie się dzieci) jest jak najbardziej naturalny. Równocześnie nie zniszczy nas tylko, jeśli przypomnimy sobie, że domeną tego, co zewnętrzne, jest zmienność i chaos. Zanurkujmy w głąb siebie. To jedyne miejsce, w którym odnajdziemy spokój i harmonię. Ludzie pojawiają się w naszym życiu z określonych powodów na określony czas. Bywa, że na wiele lat; bywa, że na zawsze. Sęk w tym, że nigdy nie wiemy, co jest nam pisane. Pewne jest jedno: im szybciej nauczymy się tego, czego jeszcze nie umiemy, tym mniej nas będzie czekało przykrych lekcji. To niestety nie historia, gdzie można z powodzeniem przespać oblężenie Malborka i nadal brylować z rozbiorów Polski. To matematyka. Jak nie ogarniemy funkcji liniowej, nie ruszymy z wykładniczą.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

🏅 Na właściwej trasie

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Bez względu na to, czy punkt ciężkości postawimy na jakimś konkretnym, zaplanowanym wcześniej celu (w sporcie będzie nim meta), czy na samym pokonywaniu do niego drogi, przede wszystkim musimy się upewnić, że jesteśmy na właściwej trasie. Nie ma nic złego w pomyleniu dróg, złe jest dopiero kurczowe trzymanie się tej nieodpowiedniej. Nie bójmy się więc wielkich życiowych rewolucji, nawet jak nikt wokół nie będzie rozumieć ich sensu. Jeśli coś w środku podpowiada nam, że musimy zawrócić – po prostu to zróbmy. Jedyną osobą, wobec której naprawdę mamy zobowiązania i której nie wolno nam zawieść, jesteśmy my sami.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. A na deser łączę swój cover piosenki Boba Marleya „Turn your lights down low”. Wszystkie nasze relacje z bliźnimi są odzwierciedleniem naszej relacji z sobą. Zadbajmy więc o to, żeby dawać sobie jak najwięcej miłości! 💙

Dzikość serca

fot. Valantis Nikoloudis/ Marianna Patkowska

Nigdy nie miałam wątpliwości co do tego, że jesteśmy narodem posiadającym najwięcej na świecie specjalistów hobbystycznych. Na ulicy, przy świątecznym stole czy też w internetowych komentarzach nikt nie wypowie się na temat medycyny, prawa, poprawnej polszczyzny czy chowania dzieci z tak idealnie utrzymywanymi pozorami znawstwa, jak statystyczny Polak. Od niedawna nie mogę jednak wyjść z podziwu, że do dziedzin skomplikowanych, na które tenże Polak się porywa, dołączyła również… psychologia dzikich zwierząt.
Kiedy przeczytałam historię polskiego weterana wojny w Afganistanie, który kilka lat temu kupił sobie w Czechach pumę, rejestrując w tym celu działalność cyrkową (umówmy się, że raczej fikcyjną) i zaczął ją hodować zupełnie, jak by nie była dzikim, niebezpiecznym kotem, zaczęłam się zastanawiać, jak (i czy w ogóle) państwo wspiera żołnierzy, których psychika musi być tak straszliwą wojną przynajmniej w jakimś stopniu zdewastowana. Ponieważ hodowanie drapieżników przez osoby prywatne nie jest na szczęście dopuszczone przez polskie prawo, Nubia prawomocnym wyrokiem sądu została przekazana Poznańskiemu Zoo. Wydawałoby się, że to tragiczna historia z happy endem. Tragiczna z kilku powodów: wyrwane ze swojego naturalnego środowiska zwierzę potrzebuje fachowej opieki kompetentnych, stabilnych emocjonalnie, specjalnie wyszkolonych do tego osób, z kolei pomysłem na poradzenie sobie z prawdopodobnym zespołem stresu pourazowego na pewno nie jest zżywanie się z pumą. Opory żołnierza związane z oddaniem ukochanej Nubii, grożenie pracownikom Zoo nożem i odebraniem sobie życia, a finalnie ucieczka z przerażonym sytuacją kotem, wydały mi się nieuniknioną niestety konsekwencją feralnego czeskiego zakupu. Dogłębnie smutna historia, jednak świadomość, że zwierzę zostało powierzone Ewie Zgrabczyńskiej (dyrektorce Poznańskiego Zoo) napawała mnie spokojem – nie mogło trafić lepiej. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy nieopatrznie zaczęłam czytać w internecie komentarze…
Przecierałam oczy, czytając, jak bardzo krzywdzony jest właściciel Nubii oraz ona sama, a także na jak wielką traumę (rozstania) się ją skazuje. Nie zliczę, ile razy natrafiłam na sugestię, że Zoo w taki oto bezduszny, podły sposób „załatwiło sobie pumę”. Zdruzgotała mnie świadomość, jak szybko przychodzi ludziom rezygnowanie z myślenia. Kiedy jakiś pojedynczy internetowy głos rozsądku przywołał argument oczywisty, czyli że przecież mogłoby dojść do tragedii, gdyby Nubia kogoś pogryzła, ten został „zbity” pytaniem:

A po co niby miałaby kogoś pogryźć?

Zrozumiałam wtedy, że część internautów musiała w swojej głowie po prostu spersonifikować drapieżnika. Jako osoba, która nie ma pojęcia o psychologii dzikich zwierząt, nie umiem się wypowiedzieć na temat rzekomej traumy, jaka miałaby czekać Nubię po rozłące z właścicielem. (Mam jedynie pewność, że mój nieżyjący już niestety królik, gdyby go ode mnie zabrano, nawet by tego nie zauważył – cechowało go głęboko buddyjskie podejście do rzeczy, na które nie miał wpływu.) Nie mam też najmniejszych wątpliwości co do tego, że puma była przez swojego pana kochana i otaczana ogromną troską. Sęk w tym, że złe traktowanie zwierząt nie objawia się tylko poprzez znęcanie się nad nimi. Można mieć najlepsze intencje, a i tak – nieświadomie – wyrządzać zwierzęciu krzywdę, przede wszystkim traktując je niezgodnie z jego naturą. Dzikie koty nie są maskotkami i nie mogą być tak traktowane. Obrona żołnierza to upieranie się przy tym, że skoro on swoje maskotki szanuje, to wszystko jest w porządku. Niestety nie jest.

P.S. Łączę jeden z najlepszych i najbardziej merytorycznych tekstów na ten temat, jakie – już po opublikowaniu swojego wpisu – przeczytałam. Gorąco polecam go uwadze:

P.S.2 Na deser łączę moje ulubione akustyczne koncertowe wykonanie piosenki „Wild” Jessie J.

Kilka słów o „ideologii”

fot. Marianna Patkowska

Polityczny marketing, trochę jak reklama, rządzi się swoimi prawami. Liczy się cel – dotarcie do odbiorcy i zatrzymanie go przy sobie. To, co jednak odróżnia politykę od reklamy, to pewna zależność między jakością produktu a łatwością wypromowania go. O ile nawet najpodlejsze piwo czy sieć komórkową można zareklamować w sposób mistrzowski, o tyle słabego i nieinteligentnego polityka nie da się sprzedać jako polityka pierwszej wody. Ciężko więc zrzucić winę za obecną sytuację polityczną w Polsce na czyjąkolwiek manipulację i podatność na nią.
Po silnym powiewie zachodniego wiatru nagle zatęskniliśmy za tą naszą swojską, dziwnie pojętą polskością przejawiającą się m.in. w jednoczeniu się przeciw urojonemu wrogowi, odkopywaniu z odmętów historii do niczego dziś niepasujących haseł i odbieraniu im wszelkiej czci poprzez noszenie ich dumnie na koszulkach, a także – mimo pokoju – wymachiwaniu na oślep szabelką. Do łask wróciła moda na najbardziej prymitywny nacjonalizm, a w sztuce renesans przeżywa disco-polo i coraz bardziej żenujące kabarety. Mam przykre wrażenie, że w 2015 roku większość rodaków wysłała swój rozum na (być może zasłużone) wakacje, z których ten jednak już nigdy nie powrócił, a słuch po nim bezpowrotnie zaginął. Politycy posługują się polszczyzną alternatywną, a brak językowej świadomości u większości społeczeństwa to niesłychanie podatny grunt na wszelkie manipulacje. Należy pamiętać, że największe tragedie w historii zawsze poprzedzało radykalizowanie się języka. Moje językoznawcze serce krwawi, kiedy słyszę o wrogich ideologiach gender i LGBT+. Krwawi nie dlatego, że bolą mnie językowe błędy – miałam ogromny zaszczyt i przyjemność pracować z najwybitniejszymi językoznawcami i wiem, że ogromna wiedza wyklucza purystyczną postawę; boli świadomość, jak wielu użytkowników języka najwyraźniej nie odczuwa potrzeby sprawdzenia u źródła znaczenia słów notorycznie, celowo i cynicznie przez polityków  przekręcanych. „Ciemny lud to kupi” – powiedział kiedyś Jacek Kurski. I niestety miał rację; nieustająco kupuje.

☯️ Czym jest gender?

W dosłownym tłumaczeniu to po prostu „płeć”. W języku polskim ten termin określa jednak przede wszystkim płeć kulturową, społeczną, kulturowo-społeczną oraz psychologiczną lub psychiczną.  Wg Słownika Języka Polskiego PWN-u gender to:

zespół zachowań, norm i wartości przypisanych przez kulturę do każdej z płci

Słownik Języka Polskiego PWN

Światowa Organizacja Zdrowia WHO definiuje gender w następujący sposób:

gender odnosi się do społecznie skonstruowanych cech kobiet i mężczyzn – takich jak normy, role i relacje między grupami kobiet i mężczyzn oraz między nimi. Różni się w zależności od społeczeństwa i może podlegać zmianom. Chociaż większość ludzi rodzi się albo jako mężczyźni, albo jako kobiety, uczy się ich odpowiednich norm i zachowań – w tym sposobu, w jaki powinni współdziałać z innymi osobami tej samej lub przeciwnej płci w gospodarstwach domowych, społecznościach i miejscach pracy. Kiedy jednostki lub grupy nie pasują do ustalonych norm płci, często spotykają się z napiętnowaniem, praktykami dyskryminacyjnymi lub wykluczeniem społecznym.

– WHO

Słowem „płeć” określamy w języku polskim płeć biologiczną. Gender to – mówiąc w największym uproszczeniu – wszystko, co się z nią wiąże w kulturze. Role, które przypisujemy płci na ogół są kwestią umowną (w każdej kulturze się trochę różnią), niewynikającą z praw natury, wszyscy natomiast tym mechanizmom podlegamy. Widać więc jak na dłoni, że gender dotyczy każdego z nas.

☯️ Czym jest LGBT+?

Skrótowcem LGBT+ określa się osoby homoseksualne, biseksualne i transpłciowe (LGBT – Lesbian, Gay, Bisexual, Transgender) oraz pokrewne społeczności, czyli np. osoby interpłciowe lub aseksualne. Innymi słowy są to ludzie nieheteroseksualni, których orientacja seksualna jest jedną z trzech pozostałych oraz ci, których płciowość w jakikolwiek sposób odbiega od tej reprezentowanej przez większość. Upraszczając, są to ludzie.

☯️ Czym jest ideologia?

We wszystkich słownikowych definicjach hasła „ideologia” przewija się słowo „światopogląd”. Oprócz tego znajdziemy jeszcze następujące wyjaśnienia:

nauka o ideach,
system idei, wyobrażeń, poglądów, ocen, ideałów
całokształt haseł i poglądów jakiegoś kierunku

– Podręczny Słownik Języka Polskiego,
Słownik Wyrazów Obcych,
Słownik Frazeologiczny Języka Polskiego

Warto też przyjrzeć się definicji encyklopedycznej:

Pojęcie ideologii rozpowszechniło się dzięki marksizmowi, w którym ma ono kilka różnych, choć częściowo pokrewnych znaczeń: 1) ogólny system pojęć i postaw, który charakteryzuje społeczeństwo w danej epoce; do tak rozumianej ideologii należałoby wszystko, co nie jest częścią materialnej sfery życia, a więc wszelkie formy myśli: filozofia, religia, nauka, koncepcje moralne i prawne; 2) tzw. fałszywa świadomość, czyli zbiór poglądów, których funkcją jest afirmowanie aktualnego układu ekonomiczno-politycznego; poglądy te są przyjmowane za prawdziwe przez ludzi żyjących w tym układzie, choć w istocie powstały one dzięki niemu, a poza nim tracą swoją iluzję prawdziwości; 3) zbiór poglądów wyrażających interesy jakiejś klasy, mobilizujących ją do walki o władzę i uzasadniających utrzymanie władzy w celu przekształcenia rzeczywistości zgodnie z interesem tej klasy i jej widzeniem świata: np. ideologia burżuazji czy komunizm jako ideologia proletariatu. Znaczenie pierwsze przeszło do języka potocznego, w którym pojęcie ideologii odnosi się do wszelkich idei poza teoriami ściśle naukowymi.

Encyklopedia PWN

Z przytoczonych cytatów łatwo wyczytać, że o ile nie sposób uzasadnić nazywania ani płci kulturowej, ani osób określonej orientacji „ideologią”, o tyle można tak rzeczywiście nazwać homofobię, szczucie ludzi na siebie, a także haniebny proceder manipulowania językiem w celu utrzymania władzy.

P.S. Na deser mogę zamieścić tylko jedną piosenkę…

Wegetariański sos do spaghetti bolognese

fot. Marianna Patkowska

Kiedy ponad pół roku temu rzuciłam z dnia na dzień mięso (pozostając jedynie przy rybach i owocach morza), nie miałam wątpliwości, czy w tym wytrwam. Jestem zawzięta, zdeterminowana i silna. Myślałam jednak, że to wszystko będzie trochę trudniejsze. Tymczasem okazało się, że zmiany diety prawie w ogóle nie odczułam. Wczoraj jednak po raz pierwszy zatęskniłam za… mięsem mielonym. Zaczęłam się intensywnie zastanawiać, czym je zastąpić, bo soja nie rozwiązuje jednak wszystkich problemów. Jak już wspominałam, przygotowywanie wegetariańskich wersji dań pobudza kreatywność, więc i tym razem doznałam olśnienia – kasza jęczmienna! W konsystencji przypomina grudki usmażonego mielonego mięsa, więc pozostawało ją tylko mądrze przyprawić. Intuicja mnie nie myliła, a danie przerosło moje najśmielsze oczekiwania! 🍝

SKŁADNIKI:

– torebka kaszy jęczmiennej
– zmielona suszona kozieradka
– zmielona wędzona papryka
– suszony lubczyk
– suszony majeranek
– zioła prowansalskie
– ząbek czosnku
Olej Kujawski z rozmarynem, oregano i bazylią
– 3 obrane i pokrojone w kostkę cebule
– puszka krojonych pomidorów
– łyżka koncentratu pomidorowego
– 2 łyżki przecieru pomidorowego
– suszone oregano
– suszona bazylia
– sól himalajska
– olej rzepakowy

PRZYGOTOWANIE:

Ugotować kaszę w osolonej wodzie zgodnie z instrukcjami na opakowaniu. Odcedzić i połączyć z kozieradką, wędzoną papryką, lubczykiem, majerankiem i solą do smaku. Wycisnąć czosnek i wlać kilka kropli Oleju Kujawskiego z rozmarynem, oregano i bazylią, a potem wszystko dobrze wymieszać. Na końcu podsmażyć na patelni na tym samym oleju.

fot. Marianna Patkowska

Cebulę zeszklić na oleju rzepakowym, dodając do niej w trakcie smażenia odrobinę soli. Połączyć zeszkloną cebulę z naszym wege-mielonym, smażąc wszystko razem na wolnym ogniu przez maksymalnie 3 minuty.

fot. Marianna Patkowska

Do garnka wlać zawartość puszki pomidorów, połączyć z koncentratem i przecierem, posolić, zagotować, zmiksować na jednolitą masę, a potem połączyć z przygotowanym wcześniej farszem. Wszystko razem wymieszać, dodać suszoną bazylię i oregano i dusić na wolnym ogniu ok. 5 minut.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę przeuroczą, pozostającą w pewnym związku z mięsem mielonym, kultową scenę z filmu „Zakochany kundel”.

Kwestia zaufania

fot. Bożena Szuj

Zaufanie z jednej strony jest fundamentem każdego związku, a z drugiej, pracuje się na nie latami. Jak więc pogodzić jedno z drugim? Wchodzić w relację z kimś, komu się nie ufa? Oczywiście nie. Rozwiązaniem może być pewien kredyt zaufania, którym obdarzymy ukochaną osobę na początku. Nie ma co się bać, bo z takim kredytem jest podobnie, jak z samym zaufaniem – druga strona w każdej chwili może nas zawieść. Nie mamy na to żadnego wpływu. Nikt nie da nam gwarancji, że nigdy nas nie skrzywdzi. Cały trik polega na tym, że inni mogą nas skrzywdzić tylko na tyle, na ile im na to pozwolimy. Co to oznacza w praktyce? Paradoksalnie właśnie to, że im więcej wolności dajemy drugiej osobie, tym mniejsze są szanse, że będziemy cierpieć. Po pierwsze dlatego, że człowiek obdarzony zaufaniem odczuwa zazwyczaj wielką odpowiedzialność z tym związaną i dokłada wszelkich starań, żeby go nie zawieść, a po drugie dlatego, że jeśli jednak zbłądzi, nie będziemy mieć sobie nic do zarzucenia. Teoretycznie w większości sporów wina rozkłada się na obydwie strony, jednak jeśli otwieramy przed kimś swoje serce i obdarzamy go zaufaniem oraz wolnością, a on… wykorzysta to do skrzywdzenia nas, to wychodzimy z tego obronną ręką. O winie czy ewentualnej głupocie można mówić dopiero, kiedy dajemy komuś drugą, trzecią czy jeszcze kolejną szansę, a on ciągle nas zawodzi. Wierzmy ludziom, kiedy pokazują nam swoje prawdziwe barwy. Jeśli twierdzą, że są źli, przyjmijmy, że widocznie tacy właśnie w tym momencie życia są – ostatecznie to oni sami znają się najlepiej. Wierzmy im, nie oceniajmy i absolutnie nie chciejmy tego zmieniać. Nie mamy do tego prawa. Człowiek będący z natury flirciarzem i erotomanem gawędziarzem będzie zawsze wzbudzał poczucie zagrożenia w drugim, który jest zasadniczy i niepewny siebie. Czy jedna ze stron powinna zmieniać drugą (lub się do niej naginać), jeśli ten sam rubaszny figlarz będzie idealnym partnerem dla kogoś silnego i otwartego, a z kolei zasadniczość tej drugiej osoby spełni marzenia kogoś bardziej obyczajowo konserwatywnego? Nie zmieniajmy ani siebie, ani nikogo innego „dla dobra związku”. Związek będzie udany tylko, kiedy od początku partner spełni nasze oczekiwania, będąc takim, jakim jest.

Najlepiej podsumowała to moja mentorka, nieoceniona Iyanla Vanzant:

Pisałam już kiedyś, co myślę o tezie: „nie ma miłości bez zazdrości” – to niezwykle niebezpieczna mądrość, sankcjonująca coś, co jest naprawdę złe. Czy część mnie nie czuje się połechtana, kiedy Ukochany jest o mnie odrobinę zazdrosny? Oczywiście, czuje się. Czy nie zdarza mi się odczuwać lekkich ukłuć zazdrości, nawet kiedy wiem, jak bardzo jest to irracjonalne? Oczywiście, zdarza mi się. Sęk w tym, że w momencie złapania się na tym trzeba się zatrzymać i nie dać się ponieść za daleko. Zazdrość jest potężną i niewyobrażalnie destrukcyjną siłą. Zaczyna zbierać żniwa, zanim w ogóle zdamy sobie z tego sprawę.

fot. Bożena Szuj

Istnieje ogromna nierówność w podejściu do zazdrości kobiecej i męskiej. Mężczyzna obsesyjnie zazdrosny i kontrolujący swoją partnerkę jest na ogół odbierany – nota bene całkiem słusznie! –  jako niebezpieczny tyran. Tymczasem obsesyjnie zazdrosna i kontrolująca partnera kobieta ma na zachowania niedopuszczalne absolutne społeczne przyzwolenie. „On i tak pewnie coś przeskrobał”, no a „skoro nie ma nic na sumieniu, to w czym problem”.
Zachowania, o których samo wspominanie budzi moją odrazę, czyli przeglądanie czyjegoś komputera, telefonu, rzeczy osobistych w celu przyłapania go na zdradzie, jest zawsze bezsprzecznie złe i nie można znaleźć na nie żadnego usprawiedliwienia. Wiele rzeczy umiałabym w związku wybaczyć. Myślę, że nawet zdradę, gdybym rozumiała jej przyczynę i widziała możliwość wzajemnej pracy nad tej przyczyny likwidacją. Nie wyobrażam sobie jednak kontynuacji relacji, w której już nigdy nie mogłabym zostawić przy partnerze otwartego komputera, komórki czy prywatnych zapisków i wiedzieć, że nawet nie przyjdzie mu do głowy zajrzenie do nich bez zapytania. To zaufanie, którego myślę, że nie da się odbudować. Co do przyczyn takiego zachowania – pojawia się ono tylko, kiedy zdrada miała już miejsce, ale niekoniecznie w sposób oczywisty. Na ogół to osoby szpiegujące dopuszczają albo dopuściły się kiedyś zdrady. Przeważnie względem samych siebie. Opuściły siebie wtedy, kiedy były sobie potrzebne. Nie mogły na sobie polegać. Z pomocą przyjdzie wtedy odpuszczenie sobie, wybaczenie i stanie się dla siebie prawdziwym oparciem. Zdarza się też oczywiście, że to osoba szpiegowana przekroczyła kiedyś granice i dziś mamy podejrzenia, że sytuacja się powtarza. Warto się wtedy zastanowić, czy przyznana jej wtedy druga szansa nie została właśnie przez nią zmarnowana. Ostatecznie nie ma znaczenia, czego się dogrzebiemy w czyichś rzeczach osobistych – jeśli ktoś, kto miał za zadanie upewnić nas w tym, że już nigdy więcej nie postąpi źle, sprawił, że znowu pojawiają się w nas poważne wątpliwości, to to samo w sobie jest nie w porządku. Umowa była inna. Jeśli ktoś nie umie się z niej wywiązać, odpowiedzialność za to, czy będziemy skrzywdzeni (podpisując umowy kolejne) czy nie, leży – jak pisałam na początku – tylko i wyłącznie po naszej stronie.

P.S. Na deser łączę fantastyczny cover (rozbrajający mnie kwintą w chórkach w refrenie) obłędnej Róisín Murphy. To cover utworu z repertuaru Miny. Jego tekst wydaje mi się dobrym dopełnieniem dzisiejszego wpisu.

fot. Bożena Szuj

Chipsy z obierków ziemniaczanych z dipem czosnkowym

fot. Marianna Patkowska

Jestem wielkim przeciwnikiem wyrzucania jedzenia. Jest to nieekologiczne i nieekonomiczne, ale przede wszystkim nieetyczne. Gospodarstwo jedno oraz dwuosobowe wcale nie jest trudne do prowadzenia przy takiej zdobyczy techniki, jaką jest zamrażarka. Niezmiernie cieszy mnie w kuchni świadomość, że nic mi się nie zmarnowało. Włoszczyzna, którą gotuję na zupę, a niemająca się w niej docelowo znaleźć, ląduje zazwyczaj w sałatce jarzynowej, farszu do naleśników czy staje się drugą zupą kremem. Zwyżkom ugotowanych ziemniaków w formie purée możemy nadać drugie życie, przygotowując z nich moskole, a w formie gruli z wody – krojąc je w plastry i zapiekając z warzywami i serem. Niedawno jednak usłyszałam, że wyrzucane przeze mnie do tej pory obierki z ziemniaków można smażyć na głębokim tłuszczu. Podchodząc do tej rewelacji raczej sceptycznie, postanowiłam spróbować. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że stają się po odpowiedniej obróbce znakomitą przekąską (kaloryczną, ale z pewnością zdrowszą od zła, jakim są kupowane w sklepach chipsy)! Dzielę się więc przepisem, polecając podawanie ich z błyskawicznym w przygotowaniu dipem czosnkowym.

fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:

CHIPSY
– obierki z porządnie umytych wcześniej ziemniaków
– zioła prowansalskie
– sól (himalajska)
– olej rzepakowy

DIP CZOSNKOWY
– 2 łyżki majonezu
– 2 łyżki jogurtu greckiego
– mały ząbek czosnku (albo nawet pół)

fot. Marianna Patkowska

PRZYGOTOWANIE:

CHIPSY
Na głęboką patelnię wlewamy grubą warstwę oleju i smażymy na dużym ogniu. Kiedy tłuszcz się rozgrzeje, wrzucamy nasze obierki, zmniejszając ogień. W trakcie smażenia posypujemy chipsy ziołami prowansalskimi i solą. Wyławiamy łyżką cedzakową, kiedy przybiorą złocisty kolor.

DIP CZOSNKOWY
Łączymy majonez z jogurtem greckim, wyciskamy czosnek i mieszamy wszystko na jednolitą masę. Nie solimy.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę piosenkę co prawda niezupełnie o ziemniakach, ale równie smakowitą!

fot. Marianna Patkowska

Wirtualne pożycie

fot. Marianna Patkowska/Valantis Nikoloudis

Od kiedy zlikwidowałam konto na Instagramie, nie mając już czasu i energii na kasowanie kilkudziesięciu prywatnych wiadomości tygodniowo od obcych mężczyzn z całego globu (zaczęłam się tam czuć, jak na Tinderze, na którego – z powodu swojego stosunku do szukania miłości, opisanego wyczerpująco TUTAJ – nigdy się nie zapisywałam), jedynym medium społecznościowym, z jakiego korzystam, jest Facebook. Widząc pewne rozbieżności między moim do niego podejściem a podejściem innych użytkowników, postawiłam przyjrzeć się dziś temu tematowi.

Środki bezpieczeństwa

Oczywiście, że publikowanie czegokolwiek w sieci niesie za sobą ryzyko, że treść dostanie się w niepowołane ręce; zhakowanie konta jest przykładem ekstremalnym, ale wystarczy, że ktoś z naszych znajomych zrobi screenshota (zdjęcie ekranu) i post, który udostępniliśmy węższej grupie ludzi, przekaże szerszej. Środki ostrożności są dwa: bardzo uważna selekcja wirtualnych znajomych oraz branie pełnej odpowiedzialności za każde opublikowane słowo. W jednym i drugim jestem całkiem niezła, więc nie boję się tego medium.
Skąd bierze się strach przed Facebookiem? Jak zwykle, z niewiedzy i nieumiejętności korzystania ze wszystkich jego funkcji. Często spotykam się z przekonaniem (na ogół osób starszych, ale nie tylko), że obnażanie się ze swoimi myślami i odczuciami w sieci jest niewiarygodnie niebezpieczne i może być przez kogoś wykorzystane. Z całym szacunkiem, ale nie przeceniając wartości publikowanych przez większość użytkowników Facebooka myśli, nie bardzo rozumiem, kto i do czego miałby je wykorzystywać.
Warto na pewno pamiętać, że każdemu, kogo przyjmujemy do grona wirtualnych znajomych, możemy ograniczyć dostęp – osoba z ograniczeniem dostępu widzi  jedynie te nasze posty, którym ustawimy status publiczny, a tych ze statusem prywatnym już nie. Do tego jeszcze dla każdej jednorazowej publikacji da się wybrać status niestandardowy określający, dla których osób nie będzie ona widoczna. Taka funkcja jest szczególnie przydatna, jeśli mamy wśród znajomych ludzi o odmiennym światopoglądzie i kiedy wiemy, że udostępniana przez nas treść ich urazi.

Dzieci w sieci

Choć powstanie nowego życia jest niekwestionowanym cudem i umiem zrozumieć, że zakochani w maluszku rodzice czują wewnętrzną potrzebę zalewania mediów społecznościowych zdjęciami swojej opuchniętej pociechy, jednak… zdecydowanie nie powinni jej realizować. Przede wszystkim dlatego, że nie mamy prawa zamieszczać w internecie zdjęć osób, które nie wyraziły na to zgody, a w przypadku niemowlaka jej uzyskanie nie jest możliwe. Trzeba pamiętać, że w sieci właściwie nic nie ginie i nie tak łatwo usunąć z niej na zawsze coś, co się raz do niej wrzuciło. O tym, czy chcą czy nie, żeby ich zdjęcia z dzieciństwa krążyły po mediach społecznościowych, niech zadecydują główni zainteresowani. Najlepiej jako świadomi i pełnoprawni użytkownicy Facebooka (profil można założyć, mając skończone trzynaście lat). Powinien nam wystarczyć facebookowy wysyp fotografii znajomych z ich wczesnego dzieciństwa, atakujący nas rokrocznie w Dniu Dziecka. To już naprawdę całkiem sporo tego dobrego.

Zbawienna funkcja blokowania

Jako użytkowniczka, której liczba zablokowanych osób aż sześciokrotnie przewyższa liczbę znajomych, o blokowaniu wiem sporo. Co zyskujemy, blokując? Absolutny brak możliwości kontaktowania się. Od momentu blokady stajemy się dla siebie nawzajem niewidzialni. Nasze profile znikają w niebycie, nie możemy do siebie pisać ani dzwonić przez Messengera. Brzmi fantastycznie, prawda?

  • Kogo i dlaczego blokuję? 
  1. Pierwszą grupę stanowią ludzie, których nie chciałabym w swoim otoczeniu również w realnym życiu. Na ogół, widząc ich komentarze albo u wspólnych znajomych, albo na stronach publicznych, mam silną potrzebę odseparowania ich od siebie i nie dopuszczenia nigdy do wejścia z nimi w żaden rodzaj interakcji. Zaliczają się do nich: osoby niezrównoważone i emanujące złą energią, antysemici, homofobi, rasiści, narodowcy, ludzie agresywni i niekulturalni.
  2. Druga grupa to obecni oraz przyszli pracodawcy, nierzadko też współpracownicy. Mam głębokie przekonanie, że relacje w pracy, zwłaszcza z szefem, powinny pozostawać formalne. Przyjaciół dobieram sobie sama, wg sobie tylko znanego klucza, uważnie i z rozwagą. W pracy jednak ludzie mają być przede wszystkim profesjonalni i skuteczni. Natrafimy tam więc na pewną zbieraninę ludzi, którzy mogą, ale wcale nie muszą, okazać się nam bliscy. Ponieważ Facebook jest moją oazą, a krępowanie się i spinanie na nim to ostatnia rzecz, której potrzebuję, poprzez blokady oczyszczam sobie tę przestrzeń. (Oczywiście zdarzają się też fantastyczni szefowie, którzy potrafią dobrać rewelacyjny, zgrany, uwielbiający się również prywatnie team – mnie się taka sytuacja zdarzyła raz i wspominam ją wspaniale – jednak to na ogół niestety rzadkość.)
  3. Do trzeciej grupy zaliczają się uciążliwi znajomi. Na ogół takie blokady poprzedzam grzecznym, acz stanowczym ostrzeżeniem. Powody pokrywają się z punktem pierwszym. Średnio też toleruję brak umiejętności czytania z tzw. zrozumieniem. Jeśli proszę o cokolwiek na, jakby nie było, mojej ścianie, to wychodzę z założenia, że nie jest to zaproszenie do wzięcia udziału w gorącej dyskusji na temat sensu lub zasadności mojej prośby. Jeśli apeluję o nieporuszanie pewnych kwestii czy zrezygnowanie ze słów, które uważam za agresywne, to od znajomych oczekuję uszanowania tego. Blokuję również w sytuacjach, w których uznam, że wirtualne odseparowanie się od kogoś sprawi, że odzyskam równowagę, jaka została przez ten kontakt na jakimkolwiek poziomie zachwiana. Jest to oczywiście na ogół trudne do zaakceptowania dla drugiej strony, jednak trzeba pamiętać, że tylko my sami wiemy, co jest dla nas najlepsze i to na nas spoczywa odpowiedzialność zadbania o siebie. Bolesne informacje można zawsze przekazać w sposób możliwie jak najmniej przykry, a ustalanie swoich granic ma to do siebie, że nie jesteśmy zobligowani do tłumaczenia się z nich komukolwiek.

Prywatne wirtualne poletko

Dlaczego przywiązuję tak dużą wagę do tego, kim się otaczam na Facebooku? Prawdopodobnie dlatego, że oprócz bycia narzędziem do komunikacji z bliskimi, jest on dla mnie też rodzajem oazy i odskoczni od zewnętrznego chaosu. Świadomość posiadania kontroli nad swoim wycinkiem wirtualnej rzeczywistości w postaci prywatnego profilu, jak by nie była złudna, daje mi jednak ukojenie. Czy więzi z ludźmi w sieci są mniej prawdziwe niż te rzeczywiste? Są na pewno inne, ale tylko od nas zależy ich jakość. Mam w realnym świecie znajomych, których uwielbiam, a z którymi mimo wszystko nie chcę się mieć na Facebooku,  bo nasze skrajnie różne podejścia do tego serwisu sprawiają, że krępowałoby mnie to.  Drzemie we mnie ekshibicjonistka potrzebująca atencji i uwagi ludzi, których nie przeraża pisemna część mnie – którzy lubią mnie czytać i są mi życzliwi. Jeśli gdziekolwiek można podjąć próbę wykreowania idealnego świata, to właśnie tu!

Wpis tyczył się oczywiście profili prywatnych, ale wszystkich swoich Czytelników zachęcam do polubienia i śledzenia fanpage’a oczami nNi 👀 👀 👀

P.S. Na deser łączę jak zawsze wspaniałą Laurie Anderson.

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj