Przetworna jesień

fot. Marianna Patkowska

Kategoria „Jak w porach roku Vivaldiego” powstała nie przez przypadek. Każda pora roku inaczej we mnie rezonuje, oświetla inne części mnie, kładzie punkt ciężkości gdzie indziej. Nie ma to u mnie akurat związku ani z depresją, ani cyklotymią, ma go jednak z moją nadwydajnością mentalną. Odczuwam po prostu wszystko głębiej.
Jesień jest dla mnie szczególną porą roku pod bardzo wieloma względami. Dwa lata temu opisywałam, co mnie w niej najbardziej urzeka. Rok temu z kolei popełniłam wpis o kosmetykach Mary Kay, robiąc im uprzednio sesję fotograficzną w pięknych okolicznościach przyrody. Tegoroczna jesień niestety nie jest dla nas pod względem pogody aż tak łaskawa, jak te z poprzednich lat, co z kolei sprzyja komponowaniu… w kuchni! Po raz pierwszy wzięłam się poważniej za wytrawne przetwory na zimę i jestem z nich niesłychanie dumna! Dzisiejszy wpis będzie więc głównie kulinarny, ale podzielę się w nim też piosenkami, których lubię słuchać właśnie teraz oraz garścią jesienNych przemyśleń.

🎼 Muzyczny kącik

Ponieważ wychodzę z założenia, że najważniejszy w gotowaniu jest właściwy dobór muzyki, nie mogę naszego jesiennego kulinarno-muzycznego maratonu nie zacząć od tego cuda:

Tak się zachwyciłam tym numerem (po raz kolejny), że nagrałam swój cover:

Ze względu na długość tekstu i umożliwienie
linkowania poszczególnych przepisów,
przygotowałam klikalny
SPIS TREŚCI:

  1. o!górki – przepis na sałatkę szwedzką
  2. Kurki – przepis na marynowane kurki
  3. Marynowany afro!dyzjak – przepis na marynowany czosnek
  4. Pieprz – przepis na marynowany pieprz
  5. Addio pomidory – przepis na marynowane pomidorki koktajlowe
  6. JesienNa słota – garść jesiennych przemyśleń

🍁 O!górki

fot. Marianna Patkowska

Jako osoba, która może zjeść wszystko (od stycznia nie jem już mięsa, pod wpływem ukochanego Mężczyzny, ale dlatego, że staję się przy nim lepszą wersją siebie samej, a nie z powodu kulinarnych preferencji), nie umiem raczej wyróżnić smaków, których nie lubię. Jedyny problem stanowią dla mnie bardzo ostre przyprawy. Poza nimi jest rzeczywiście kilka potraw, powiedzmy, że nie mojego pierwszego wyboru (jak np. grochówka czy ryż z jabłkami), ale jeśli trzeba, umiem zjeść je nawet z przyjemnością. (Znaczy grochówki w nie wege wersji, z wiadomych względów już nie.) No i wśród tych, bez których wyobrażam sobie życie jest tak naprawdę większość konserwowych warzyw, a króluje wśród nich… sałatka szwedzka! Nagle jednak naszła mnie ochota na… taką własnej roboty! Intuicja mnie nie zawiodła, bo taka domowa to zupełnie inny poziom niż wszystkie kupne razem wzięte.

🍂 Sałatka szwedzka

SKŁADNIKI:

– 1,5 kg ogórków gruntowych
– 0,5 kg marchewki
– 3 średnie cebule
– szklanka octu
– szklanka oleju
– 3
łyżeczki soli
– 2 łyżeczki mielonego pieprzu
– główka czosnku

PRZYGOTOWANIE:

Umyć ogórki i marchewki. Obrać marchewki, cebule i czosnek. Ogórki i marchewkę pokroić w cienkie plastry. Doskonale do tego sprawdzi się obieraczka do warzyw. Cebule pokroić w piórka. Wszystko wymieszać ze sobą w większej misce. Dodać obrane ząbki czosnku, a potem wsypać cukier, sól, pieprz i zalać wszystko olejem i octem. Porządnie wymieszać i zostawić na dwie godziny. Po ich upływie włożyć sałatkę do uprzednio wyparzonych i suchych słoików. Zakręcić wieczka i pasteryzować, czyli włożyć słoiki do garnka z zimną wodą, otulić je szmatką lub ręcznikiem, żeby się nie potłukły i gotować od wrzenia ok. 15 minut. Wyjmując, odwrócić je do góry denkiem. Po 3 tygodniach sałatka nadaje się już do spożycia, ale czas, jak zawsze w kwestii przetworów, działa na jej korzyść.

🎼 Muzyczny kącik

Skoro jesteśmy już w Szwecji, nie sposób nie wspomnieć jednego z moich ukochanych szwedzkich zespołów z dzieciństwa, czyli Ace of Base. Warto zaznaczyć, że urzekają mnie w tym starym wydaniu, bo potem rzeczywiście mocno obniżyli loty. Jakiś taki – mimo tanecznych rytmów – przebijający przez ich piosenki smutek sprawia, że mój dom rozbrzmiewa ich muzyką (płyta „Happy Nation”) najczęściej jesienią właśnie.

🍁 Kurki

fot. Marianna Patkowska

Zdaję sobie sprawę, że najciekawiej jest marynować samodzielnie zebrane grzyby. Jednak po pierwsze, nie znając się na nich, na pewno nie polecałabym nikomu swoich znalezisk, a po drugie zbieranie grzybów jawi mi się jako rozrywka równie ekscytująca, co łowienie ryb. (Choć pasja, jaką darzył grzybiarstwo John Cage, każe mi wykrzesać z siebie resztki powagi… obecność wielkich artystów wśród grzybiarzy zdecydowanie podnosi rangę tych drugich.)

🍂 Marynowane kurki

SKŁADNIKI:

– 600 g świeżych kurek
– 3 średnie cebule
– 4 średnie marchewki

MARYNATA:

– 0,5 l wody
– 0,5 szklanki octu
łyżeczka soli
– 2,5 łyżki soli
– 3 ziarna ziela angielskiego
– liść laurowy
– szczypta cynamonu

PRZYGOTOWANIE:

Kurki porządnie kilka razy wypłukać. Cebulę i marchewkę obrać i pokroić w cienkie plastry. Sparzyć cebulę gorącą wodą i ułożyć w wyparzonych słoikach. Wymyte kurki (małe w całości, większe – pokroić) z plastrami marchewki gotować w lekko osolonej wodzie ok. 15 minut. Po ich upływie włożyć grzyby z marchewką do słoików z cebulą. Połączyć wszystkie składniki na marynatę i gotować ok. 10 – 15 minut. Zalać słoiki gorącą marynatą, a potem je zakręcić i odwrócić do góry denkiem. Zostawić do ostygnięcia, najlepiej na noc. Następnego dnia, dla pewności, włożyć słoiki do garnka z zimną wodą, otulić je szmatką lub ręcznikiem, żeby się nie potłukły i gotować od wrzenia ok. 15 minut. Wyjmując, dokręcić i znów zawekować, odwracając do góry denkiem. Po 3 tygodniach kurki nadają się już do jedzenia, ale im dłużej poleżą zawekowane w marynacie, tym będą lepsze.

🎼 Muzyczny kącik

Choć nie jest to moja ulubiona piosenka z doskonałej płyty „P.O.LO.V.I.R.U.S.”, to zarówno nazwa zespołu, jak i piosenki idealnie wpisują się w moje jesienne kurki.

🍁 Marynowany afro!dyzjak

fot. Marianna Patkowska

Czosnek podkręca smak wielu potraw i pobudza zmysły. Surowy pełni funkcję antybiotyku (przy przeziębieniach, żeby nie zwariować, polecam drobno go posiekać, ułożyć na łyżce i połknąć bez gryzienia, popijając szklanką wody – mniej go potem od siebie czuć), pieczony roznosi po kuchni szlachetny aromat, bez podsmażanego trudno sobie wyobrazić większość dań kuchni włoskiej. Ciekawym pomysłem, który po raz pierwszy postanowiłam samodzielnie wypróbować, jest marynowanie czosnku. Staje się dużo łagodniejszy. Idealnie pasuje do sałatek (np. pokrojony w plastry) i sosów – nadaje im słodkawo-kwaśny aromat. Możliwości można mnożyć, w zależności od inwencji.
Oczywiście, jeśli nie zamieszkujemy pustelni, podobnie jak cebulę obieramy go i kroimy (lub wyciskamy) w rękawiczkach: nawet najbardziej zadbane dłonie z pięknie pomalowanymi paznokciami stracą swą dobrą reputację, kiedy będą roznosić wokół charakterystyczną czosnkową woń. Czosnek jest też naturalnym afrodyzjakiem. Ostatnio krążył po mediach społecznościowych mem, w którym jeden członek afrykańskiego plemienia tłumaczy drugiemu do czego służy Viagra:

– No, żebyś mógł dwa, trzy razy w ciągu jednej nocy.
– A! Czyli to uspokajające jest?

– treść pewnego mema

I niech to posłuży za mój komentarz do zjawiska afrodyzjaków w ogóle.

🍂 Marynowany czosnek

SKŁADNIKI:

– 5 główek czosnku

MARYNATA:

– 0,5 l wody
– ¼ szklanki octu
– ¼ szklanki octu balsamicznego
łyżeczka soli
– 2,5 łyżki soli
– 3 ziarna ziela angielskiego
– liść laurowy
– kilka kropli
Oleju Kujawskiego z rozmarynem, oregano i bazylią
– kilka kropli sosu sojowego
– kilka posiekanych drobno liści świeżego lubczyku

PRZYGOTOWANIE:

Połączyć wszystkie składniki na marynatę i gotować ok. 10 – 15 minut. W międzyczasie obrać czosnek i powkładać jego ząbki do wyparzonych słoików. (Polecam użyć do tego celu kilku mniejszych.) Ząbki zalać gorącą marynatą, zakręcić słoiki i odwrócić do góry denkiem. Zostawić do ostygnięcia, najlepiej na noc. Następnego dnia, dla pewności, włożyć słoiki do garnka z zimną wodą, otulić je szmatką lub ręcznikiem, żeby się nie potłukły i gotować od wrzenia ok. 15 minut. Wyjmując, dokręcić i znów zawekować, odwracając do góry denkiem. Po 4 tygodniach czosnek nie jest jeszcze gotowy (co widać po jego kolorze na załączonym zdjęciu). Dajmy mu 3, 4 miesiące, żeby zmiękł. Oczywiście nic się nie stanie, jeśli otworzymy go wcześniej, natomiast wtedy radzę traktować go, jak by był surowy, np. wyciskając do potraw.

🎼 Muzyczny kącik

Czosnek nierozerwalnie kojarzy mi się z samotnością – niezależnie, czy jest jej przyczyną, czy skutkiem. Jeśli zaś chodzi o muzykę, której często słucham jesienią w kuchni, przygotowując posiłki, cudownie nastraja mnie niezawodna Vonda Shepard i ścieżka dźwiękowa z serialu „Ally McBeal”. Cóż więc mogłabym tu wrzucić, jeśli nie przepiękny cover piosenki Gilberta O’Sullivana „Alone again… naturally”  (w oryginale też uroczej, choć bardziej zimowo niż jesiennie) z tejże ścieżki?

🍁 Pieprz

fot. Marianna Patkowska

Marynowanego pieprzu nigdy nie jadłam, choć słyszałam o nim same dobre rzeczy. Cierpliwie czekam z nim do Świąt Bożego Narodzenia, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że idealnie dopełni smak świątecznych potraw!

🍂 Marynowany pieprz

SKŁADNIKI:

– 2 opakowania kolorowego pieprzu ziarnistego
– opakowanie czarnego pieprzu ziarnistego

MARYNATA:

– 0,5 l wody
– ¼ szklanki octu
– ¼ szklanki octu balsamicznego
– łyżeczka soli
– 2,5 łyżki soli
– 3 ziarna ziela angielskiego
– liść laurowy
– kilka kropli Oleju Kujawskiego z rozmarynem, oregano i bazylią
– kilka kropli sosu sojowego
– kilka posiekanych drobno liści świeżego lubczyku

PRZYGOTOWANIE:

Połączyć wszystkie składniki na marynatę i gotować ok. 10 – 15 minut. W międzyczasie wsypać ziarna pieprzu do wyparzonych słoików. Pieprz zalać gorącą marynatą, zakręcić słoiki i odwrócić do góry denkiem. Zostawić do ostygnięcia, najlepiej na noc. Następnego dnia, dla pewności, włożyć słoiki do garnka z zimną wodą, otulić je szmatką lub ręcznikiem, żeby się nie potłukły i gotować od wrzenia ok. 15 minut. Wyjmując, dokręcić i znów zawekować, odwracając do góry denkiem. Odczekajmy 2, 3 miesiące, aż pieprz zmięknie i nabierze odpowiedniego aromatu.

🎼 Muzyczny kącik

Jesień oprócz smutnych i ciepłych piosenek, to dla mnie też powrót do mocniejszych brzmień, które budowały kilkunastoletnią mnie. No a słowa „pieprz” nie umiem wymówić, nie słysząc w głowie refrenu tej oto piosenki:

🍁 Addio pomidory

fot. Marianna Patkowska

Mogę śmiało powiedzieć, że bez pomidorów nie wyobrażam sobie życia i jeśli kończy się na nie sezon, zawsze posiłkuję się jakimiś przetworami. W domu można je zrobić na mnóstwo sposobów, ale w tym roku wypróbowałam dosyć nietypowy, czyli marynowanie. Użyłam do tego słodszych pomidorków koktajlowych. Efekt przerósł moje oczekiwania – są naprawdę pyszne! Idealnie sprawdzą się zarówno do sałatek i na kanapki, jak i w roli dodatku do dania głównego.

🍂 Marynowane pomidory

SKŁADNIKI:

– 0,5 kg pomidorków koktajlowych

MARYNATA:

– 0,5 l wody
– ¼ szklanki octu
– ¼ szklanki octu balsamicznego
– łyżeczka soli
– 2,5 łyżki soli
– 3 ziarna ziela angielskiego
– liść laurowy
– kilka kropli Oleju Kujawskiego z rozmarynem, oregano i bazylią
– kilka kropli sosu sojowego
– kilka posiekanych drobno liści świeżego lubczyku

PRZYGOTOWANIE:

Połączyć wszystkie składniki na marynatę i gotować ok. 10 – 15 minut. W międzyczasie włożyć umyte pomidorki do wyparzonych słoików. Słoiki z pomidorkami zalać gorącą marynatą, zakręcić słoiki i odwrócić do góry denkiem. Zostawić do ostygnięcia, najlepiej na noc. Następnego dnia, dla pewności, włożyć słoiki do garnka z zimną wodą, otulić je szmatką lub ręcznikiem, żeby się nie potłukły i gotować od wrzenia ok. 15 minut. Wyjmując, dokręcić i znów zawekować, odwracając do góry denkiem. Po 3 tygodniach pomidorki nadają się już do jedzenia, ale im dłużej postoją, tym będą szlachetniejsze w smaku.

🎼 Muzyczny kącik

Pomidory zachowywane jesienią od zapomnienia na zimowe dni aż wołają ze słoików o piosenkę z Kabaretu Starszych Panów na ich temat.

🍁 JesienNa słota

fot. Marianna Patkowska

Jesień zawsze skłania mnie do refleksji. Tegoroczna uzmysłowiła mi, że już za piętnaście lat sama wejdę w… jesień życia. Zaszczycę nobliwy krąg starych kobiet. Cieszę się. Dzieciństwa i młodości nie wspominam dobrze. Przeżyłam je uwięziona w nie swoich poglądach, ulegając jednemu z najbardziej niebezpiecznych mitów tamtych czasów – że dobro innych powinno być dla mnie ważniejsze niż moje własne. Dopiero niedawno, kiedy udało mi się w końcu pozbierać porozrzucane pod różnymi obcymi stopami części siebie, urodziłam się po raz drugi; jako świadoma, dojrzała już kobieta. To doskonały pod każdym względem czas – ja czuję się w nim piękna, bo najbliższa temu, do czego zostałam powołana. Doskonały, ale przejściowy. Jak wszystko, przeminie. I dobrze! Z prawami natury walczą tylko głupcy, w dodatku przegrywając.

  • Jaka nie chciałabym się stać?

Na pewno zgorzkniała, pruderyjna i sarkastyczna.

  • Jaka chciałabym być?

Szczęśliwa, spełniona pod każdym możliwym względem, pełna blasku i jesienNego złotego słońca, wolna, w pełni ze sobą zintegrowana, doceniająca ludzi, choć nie uzależniona od ich obecności, pogodzona ze wszystkim, co we mnie trudne, rozśpiewana, rozniecająca płomienie, inspirująca, ciągle silna i nieustraszona, wdzięczna za każdą chwilę z osobami, które kocham, mądra.

🎼 Muzyczny kącik

Nie jestem fanką całej twórczości Martyny Jakubowicz, ale ta starsza ode mnie o trzy dekady artystka nagrała cztery lata temu piosenkę, którą uważam za arcydzieło.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser wrzucam dziś swój cover ważnej dla mnie piosenki „Baby can I hold you tonight” z repertuaru królowej mojej długiej jesienNej playlisty – jedynej w swoim rodzaju Tracy Chapman. W jesienne wieczory zawsze bardzo chętnie przytuliłabym słoiczek domowych przetworów! 🍁🍂🍁

P.S.2 Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie muszę się tłumaczyć, ale ponieważ meble, z którymi pozuję, gdyż pasowały mi do koncepcji zdjęć, trudno zaliczyć do gustownych, chciałabym zaznaczyć, że sesja nie odbywała się w moim mieszkaniu 😉

fot. Marianna Patkowska

XII Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” (2020)

Marianna Patkowska, Paweł Szymański – fot. Anna Szymańska

Pandemia nieźle namieszała nie tylko w naszym codziennym życiu, ale też w kalendarzu imprez kulturalnych. Część z nich nie odbyła się w tym roku w ogóle, część – jak Warszawska Jesień – tylko niektóre koncerty organizowała z udziałem publiczności, a zamkniętą dla niej resztę transmitowała online (co w przypadku tak wymagającej muzyki, jeśli nie ma się w domu fenomenalnego sprzętu nagłośnieniowego, jest rozwiązaniem dosyć średnim). Z ogromną radością przyjęłam więc informację o tym, że XII edycja zakopiańskiej „Muzyki na szczytach” w całości odbędzie się z udziałem publiczności. Niestety nie zdążyłam na jej początek (ponoć znakomity), ale trzy ostatnie dni festiwalu wywarły na mnie ogromne wrażenie!

Perły baroku i surkonwencji
17.09.2020 – czwartek

Tradycją „Muzyki na szczytach” jest Klub Rozmów na Szczytach, czyli spotkania z artystami odbywające się każdego dnia festiwalu w południe. Publiczność ma wtedy okazję dowiedzieć się trochę więcej o wykonawcach, kompozytorach oraz utworach, które usłyszy wieczorem. Fascynujące w tych rozmowach są nie tylko ciekawostki, jakich nie szczędzą zaproszeni goście, ale przede wszystkim możliwość (dla wielu nieczęsta) zetknięcia się z ich piękną wrażliwością. To świat, w którym się wychowałam i który postrzegam jako swoje środowisko naturalne, ale na przykład dla mojego towarzysza architekta bardzo zaskakującym doświadczeniem było odkrycie, jak bardzo opisywanie malarstwa i architektury przez muzyków różni się od języka architektów i malarzy.
Czwartkowe spotkanie ze znakomitymi instrumentalistami: skrzypkami Szymonem Krzeszowcem, Marcinem Markowiczem i gitarzystą Michałem Nagyem oraz wielkim polskim kompozytorem Pawłem Szymańskim prowadziła Violetta Rotter-Kozera. Dłuższa część rozmowy poświęcona była problemom wykonawczym w utworach Szymańskiego. Kompozytor wyjaśnił też stworzony przez siebie (i Stanisława Krupowicza) termin „surkonwencja” oraz okoliczności jego powstania. (Nie mogę się powstrzymać, by w tym miejscu nie wspomnieć o zażyłej znajomości łączącej moich rodziców i państwa Szymańskich oraz naszych corocznych wspólnych wyjazdach – w czasach mojego dzieciństwa – do fascynującego, opisywanego w światowej architektonicznej prasie domu w Szuminie Zofii i Oskara Hansenów.)
Koncert rozpoczęła Sonata triowa D-dur op. 2 nr 1 Arcangela Corellego i zakończyła Sonata triowa d-moll op. 2 nr 2 tego samego kompozytora. W te barokowe ramy zostały włożone trzy wspaniałe, choć zupełnie od siebie różne utwory Pawła Szymańskiego: Fughetta (dedykowana Michałowi Nagyowi kompozycja na gitarę solo), A due na dwoje skrzypiec i wstrząsający, powalający na kolana A Kaleidoscope for M.C.E. na skrzypce solo, a także Nocturnal after John Dowland op. 70 na gitarę solo Benjamina Brittena. O ile wielbię twórczość tego kompozytora, o tyle to akurat dzieło – nazwane zresztą przez prowadzącą koncert „najwybitniejszym dziełem gitarowym XX wieku” – mocno mnie rozczarowało. Nie tylko wyjątkowo długim cytatem z Dowlanda, bardzo zresztą pięknym, ale samą strukturą i rozplanowaniem czasu i przestrzeni słuchacza.
Perły baroku i surkonwencji
zostały rozsypane przed festiwalową publicznością w najstarszym zakopiańskim zabytku sakralnym – kościółku na Pęksowym Brzyzku. O tym, że trzy lata przed moim narodzeniem udzielał w nim  ślubu moim rodzicom ksiądz profesor Józef Tischner już tu wspominałam. Jakim więc zaskoczeniem było dowiedzieć się od przeuroczego Michała Nagya, że jego rodzice również pobierali się w tym samym miejscu…
Koncert w całości był duchową ucztą, jednak mam nieodparte wrażenie, że na jeszcze wyższy szczyt przeniósł nas na chwilę znakomity Szymon Krzeszowiec (pierwszy skrzypek Kwartetu Śląskiego), wykonując A Kaleidoscope for M.C.E. Szymańskiego. Utwór z 1989 roku, pierwotnie na wiolonczelę solo (kompozytor stworzył wersję na skrzypce w 1997 roku), inspirowany twórczością holenderskiego malarza i grafika Mauritsa Cornelisa Eschera, obezwładnia. Wielka Sztuka jest w moim odczuciu porównywalna jedynie z siłami natury – dopiero w zetknięciu się z nimi uświadamiamy sobie, że istnieje coś dużo większego i ważniejszego niż my sami. Nie sposób też przemilczeć samo wykonanie – Krzeszowiec w swojej grze łączy absolutny perfekcjonizm ze wzruszającą emocjonalnością w najlepszym stylu. Jest to zresztą charakterystyczne dla całego Kwartetu Śląskiego i czyni go tak wyjątkowym – ta gra chwyta za serce i porusza do żywego, ale urzeka też oczarowany nią umysł.
Dostałam tego wieczoru od Szymona piękny prezent – jego płytę „Kaleidoscope”. Oprócz tytułowego dzieła Szymańskiego znajdziemy na niej siedem doskonałych współczesnych utworów na skrzypce solo cenionych polskich kompozytorów – m.in. Krzysztofa Pendereckiego czy Witolda Szalonka, żeby wspomnieć najwybitniejszych. Wszystkim szczerze ją polecam. Jest naprawdę niesamowita.

fot. Marianna Patkowska

Współczesne (re)flexy Beethovena: między eroico
a perpetuum stabile
18.09.2020 – piątek

Piątkowe południowe spotkanie z występującym wieczorem międzynarodowym (japońsko-polsko-holendersko-niemieckim) kwartetem fortepianowym Flex Ensemble, kanadyjskim kompozytorem Gordonem Williamsonem i naszym narodowym dobrem – Pawłem Mykietynem (dyrektorem artystycznym festiwalu) było – jak każde w tym cyklu – niezwykle ciekawe i porywające, a koncert  znakomity!
Dwa utwory: Uwertura i Wariacje Eroica Gordona Williamsona, przedzielone Symfonią nr 3 Eroica Ludwiga van Beethovena, lekkie i dowcipne, równocześnie niezwykle spójne i intrygujące były jak powiew świeżego, kanadyjskiego powietrza.
Następnie usłyszeliśmy najnowsze dzieło Pawła Mykietyna Perpetuum Stabile. Pisałam już o tym kompozytorze i jego geniuszu. Jego wykonywany rok temu II Koncert wiolonczelowy tak mocno otarł się o Absolut, że dalszy kompozytorski rozwój zdawał mi się po prostu niemożliwy. Stąd być może pojawił się we mnie irracjonalny lęk, że żaden kolejny jego utwór nie poruszy mnie nie tyle nawet bardziej, co tak samo. Myliłam się. Intrygujące, kosmiczne Perpetuum Stabile wywarło na mnie wrażenie, z którego nie mogę (i nie chcę) się do tej pory otrząsnąć. W napięciu czekam na płytę…
Ostatnim utworem był piękny Kwartet fortepianowy g-moll op. 25 Johannesa Brahmsa, choć nie ukrywam, że po takiej dawce emocji i kłębiących się w głowie myśli, odebrałam jakąkolwiek muzykę jak atak na swoje prawo do ciszy.
Wyżyny wykonawcze to już od wielu lat norma na tym festiwalu, ale dla przyzwoitości warto wspomnieć, że Flex Ensemble rzeczywiście wspaniały!

Korona Beethovena
19.09.2020 – sobota

Hołd oddany Beethovenowi koncertem finałowym był pięknym i zarazem dosyć oczywistym posunięciem, biorąc pod uwagę przypadającą na ten rok 250. rocznicę urodzin kompozytora. Słynny Belcea Quartet zagrał jego Kwartet smyczkowy nr 7 F-dur op. 59, Kwartet smyczkowy nr 13 B-dur op. 130 oraz Wielką Fugę B-dur op. 133. Choć kompozycja koncertu była jak zwykle fantastyczna, zespół z najwyższej półki a utwory – wiadomo, klasa sama w sobie, miałam pewien problem. I już nawet nie ten, że festiwalowa publiczność ciągle jeszcze nie wie, że po częściach utworów się nie klaszcze. W grze kwartetu Belcea – choć przecież znakomitej – zabrakło mi tego, do czego przyzwyczaił mnie mój ukochany Kwartet Śląski, a o czym pisałam wyżej: namiętności, pasji i serca. Usłyszałam perfekcyjne wykonanie, które było mi niestety całkowicie obojętne. Dosyć zaskakującym zwrotem wydarzeń był więc dla mnie bis: 5. utwór z Pięciu utworów na kwartet smyczkowy Pawła Szymańskiego. O wielkości wykonawców świadczą nie tylko umiejętności techniczne, ale też wrażliwość i wyczucie, które dają o sobie znać właśnie przy wyborze bisu. Tak mocne i piękne zakończenie koncertu, a tym samym całego festiwalu było niesłychanie smaczne. I dopiero w tym utworze usłyszałam nerw i ogień, za którymi tęskniłam przez cały wieczór. (I za ich wcześniejszy brak na pewno nie winiłabym Beethovena, bo i w takim repertuarze znam przecież Kwartet Śląski.)

Podsumowanie

Oprócz całego miodu, jaki mam ochotę sączyć na papier na temat wszystkich tak naprawdę edycji „Muzyki na szczytach”, jest jednak i łyżka dziegciu, którą do tej pory udawało mi się dyskretnie przemilczeć, jednak w tym roku organizatorzy naprawdę przeszli samych siebie. Otóż redakcja książek programowych nigdy nie była mocną stroną tego festiwalu, ale podczas tej edycji koordynatorka wydarzeń towarzyszących swoim słowem wstępnym do oddzielnego programu tychże, wspięła się na prawdziwe szczyty grafomaństwa. Spuszczając zasłonę milczenia na wszystkie błędy logiczne, fleksyjne i składniowe, ujmę to tak: z jednostronicowego tekstu dowiedzieliśmy się trzech rzeczy: że świat niedawno pogrążył się w pandemii, jak dotkliwie nieistotna dla organizatorów festiwalu jest interpunkcja oraz że Beethoven był głuchy.
Tak czy tak, warto kolejny raz na tym blogu wspomnieć osobę, bez której zapału, determinacji i przede wszystkim serca nie byłoby tego festiwalu: prezes Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza w Zakopanem – Danutę Sztencel. „Muzyka na szczytach” to wydarzenie kulturalne na od lat naprawdę światowym poziomie. A Zakopane… no cóż, już dwunasty rok nie zdaje sobie z tego sprawy.

Marianna Patkowska, Zofia Mossakowska, Michał Nagy – fot. Anna Szymańska

P.S. A na deser łączę „A Kaleidoscope for M.C.E.” Pawła Szymańskiego w wykonaniu Szymona Krzeszowca.

Przeczytaj też recenzje dwóch poprzednich edycji:

Oczami innych

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Ostatnio ktoś podsunął mi fantastyczny pomysł na uporanie się ze swoją potrzebą uzyskania akceptacji od osoby, która nigdy mi jej nie da. Było nim opisanie siebie, używając jej języka i konfrontacja ze słowami, które wywoływały we mnie dotąd silne emocje. Zmierzenie się z niepochlebną czy nieprawdziwą opinią na swój temat uświadomiło mi jedno – to, co myślą o nas inni nie ma najmniejszego znaczenia. Ma je tylko i wyłącznie to, co myślimy o sobie sami. Im myślimy gorzej, tym większą wagę nadajemy zdaniu, jakie mają o nas inni. Zarówno temu negatywnemu, jak i pozytywnemu.
Pewnie, że większości ludzi jest miło, kiedy usłyszą jakiś komplement, a przykro, kiedy zostaną zmieszani z błotem. To chyba naturalna reakcja. Sęk w tym, żeby nie przypisywać opiniom bliźnich zbyt dużej wagi. Łatwo jest wtedy wpaść w uzależnienie od tego, co inni o nas myślą. Przez wiele lat tkwiłam w tym punkcie i bardzo przed nim przestrzegam. Miotanie się od jednych przyjaciół do drugich, by uzyskać potwierdzenie swojej wartości jest nie tylko upokarzające i poniżające, ale przede wszystkim niesamowicie niebezpieczne. Tylko my sami możemy dać sobie to, czego na ogół oczekujemy od innych. Poza tym, to zwyczajnie nie ich odpowiedzialność.
Zainspirowana swoim terapeutycznym zadaniem, postanowiłam też wypisać przymiotniki, jakimi zostałam w swoim życiu określana przez różne osoby zarówno w bezpośredniej rozmowie, jak i internecie, a także o których dowiedziałam się z drugiej ręki. Wymieszałam ze sobą oceny zarówno ludzi dla mnie ważnych, jak i nieistotnych. Z niektórymi określeniami (nie tylko pozytywnymi) się zgadzam, z innymi (nie tylko negatywnymi) nie. Jednocześnie wiele z poniższych przymiotników jest w równym stopniu trafnych, co chybionych. Mam wrażenie, że wrzucenie tu tej listy bez większego komentarza być może uświadomi tym, którzy przejmują się wszystkim za bardzo, jaką wartość mają wyobrażenia innych na nasz temat. To tylko czyjś punkt widzenia. Nic więcej.

altruistyczna
apetyczna
atrakcyjna

autystyczna
bardzo dojrzała
bezkonfliktowa
bezpruderyjna
błyskotliwa

cicha
cudowna
cyniczna
delikatna
dobra
dorodna
duża
dziecinna

dziwna
egoistyczna
egotyczna
empatyczna
energiczna
fantastycznie gotująca
flegmatyczna
gadatliwa
głupia
gościnna
histeryczna
kłótliwa

kochana
kreatywna
kręcąca
łatwa do zakochania się w niej
mała

małomówna
manipulująca
mądra
męcząca
myśląca
namolna
narzucająca się
natrętna

niebanalna
niedelikatna
niedojrzała

niedorżnięta
nieinteligentna
niemyśląca
niepokorna
nieprzeciętna
niesamowicie inteligentna
nieuporządkowana
nieuważna
obiektywna

obsesyjna
opiekuńcza
oryginalna
pedantyczna

pełna klasy
piękna
ponętna
posiadająca obłędny biust
posiadająca znakomity słuch
powolna
prawdomówna
prostolinijna
przemiła
przewrażliwiona
refleksyjna
roześmiana
seksowna
sentymentalna
silna
skromna
słaba
smutna
spokojna
sprytna

szalona
szybka
śliczna
troskliwa
uczciwa
utalentowana
uważna

uzdolniona
wesoła
wierna
wrażliwa
wredna
wulgarna
wyrachowana
wyszczekana
wyzwolona

wyzywająca
zabawna

zła
złośliwa
życzliwa

P.S. Na deser proponuję dziś jedną z najbardziej niesamowitych piosenek Kayah – „Jakajakayah”!

 

„25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”

scenariusz: Andrzej Gołda
reżyseria: Jan Holoubek
gatunek: dramat
produkcja: Polska
rok powstania: 2020

pełny opis filmu wraz z obsadą

Przedwczoraj zobaczyłam bardzo ostatnio głośny film „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”. Wyjście się do kina po raz pierwszy od czasu pandemii już samo w sobie było dla mnie wielkim wydarzeniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ostatnim dziełem, jakie widziałam na dużym ekranie była, delikatnie mówiąc, mało zachwycająca „Kraina miodu”. Bardzo się więc cieszę, że mój powrót do kina rozpoczął się tak znakomicie!
Prawdopodobnie większość zainteresowanych najnowszym filmem Jana Holoubka widzów zna fabułę, ale nie chciałabym jej zdradzać tym, którzy jej nie pamiętają. Trzeba z całą pewnością tu wspomnieć o znakomitych rolach Piotra Trojana (Tomek Komenda) i Agaty Kuleszy (Teresa Klemańska, matka Tomka) oraz doskonałej muzyce Colina Stetsona i Sary Neufeld. Film, choć miejscami bywa rzeczywiście bardzo brutalny (siedząc pod fotelem, uświadomiłam sobie, że ostatni raz zakrywałam w kinie oczy na „Pile 7” i to raczej z zażenowania, że robię to sobie już po raz siódmy), zrealizowany jest równocześnie z dużą finezją. Nic nie jest w nim przerysowane. Więzienne zwyczaje odwzorowano bardzo wiernie. Podobnie jak język przedstawianych środowisk. Reżyser opiera się pokusie szarżowania. Pokornie, z dużą wrażliwością, pochyla się nad głównym bohaterem i jego historią. A ta jest straszna. Film porusza do żywego przede wszystkim swoją przerażającą prawdziwością. Przedstawione w nim mechanizmy działania policji to nie ewenement, tylko norma. Chciałabym być dobrze zrozumiana – nie twierdzę, że w więzieniach siedzą sami niewinni ludzie (choć bardzo często siedzą nie za to, co faktycznie zrobili), tylko że system jest chory, a punkt ciężkości nie jest postawiony na zapobieganie zbrodniom, lecz na zapełnianie więzień. (Co nierzadko wiąże się też z nagrodami za – o ironio! – zwalczanie przestępczości.) Jeśli dodamy do tego funkcjonującą również w środowisku lekarskim zmowę milczenia i źle pojętą lojalność wobec kolegów po fachu,  w wielu sytuacjach policja może się wydawać bezkarna. Całkiem zresztą słusznie.
Jeśli poczujemy po seansie bezsilność i paraliżujący strach, to… dobrze. Wszelkie zmiany można rozpocząć jedynie, mając świadomość i szeroko otwarte oczy. Tylko od obywateli zależy, w którą stronę będziemy jako państwo zmierzać. Na razie obranym odgórnie kierunkiem jest dziki Wschód…

ZWIASTUN:

Złość nie jest zła!

fot. Marianna Patkowska

Żyjemy w czasach, w których na szczęście coraz więcej mówi się o emocjach. Równocześnie – choć każda z emocji jest przecież neutralna – złość ciągle nie cieszy się najlepszą sławą. Dlaczego tak się dzieje? I, przede wszystkim, jak bardzo jest to niezdrowe? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście.

Uprzejma agresja

fot. Bożena Szuj

Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu termin „pasywna agresja” nie tylko jest nadużywany, ale zaczął też funkcjonować w języku potocznym, odrobinę zmieniając swoje pierwotne znaczenie. Wiele osób nazywa w ten sposób zarówno zachowania pasywne, jak i jawnie agresywne. Tymczasem o pasywnej agresji w sensie klinicznym możemy mówić dopiero wtedy, kiedy mamy do czynienia i z pasywnością, i agresją naraz. Pasywność to brak umiejętności komunikowania swoich potrzeb wprost i robienie tego tak, by odbiorca musiał się domyślić, o co go prosimy. U jej podstaw leży zazwyczaj lęk o to, że zostaniemy odebrani jako osoby „nieuprzejme” (użyłam cudzysłowu, gdyż jest to oczywiście błędne rozumienie tego słowa). Agresją jest natomiast sarkazm, zawsze mający na celu zgnojenie interlokutora. Jest to wyjątkowo podły sposób, bo przedstawia nadawcę w pozornie lepszym świetle, odwracając skutecznie uwagę od jego tchórzostwa. Odwagą jest mówienie wprost o tym, co nam się nie podoba bez poniżania nikogo, a nie krycie się za spódnicą własnej inteligencji. Nie dajmy się zwieść uśmiechniętej twarzy naszego oprawcy oraz brakowi rękoczynów. Mogę zapewnić, że jedna porządna bójka (zwłaszcza, gdy nie zakończy się stratami w ludziach) jest zdrowsza, niż sukcesywne stosowanie wobec kogokolwiek sarkazmu.
Pasywna agresja to bardzo zakamuflowana agresja (często wręcz niezauważalna) komunikowana w sposób pasywny. Jej źródła należy się dopatrywać w tłumieniu trudnych emocji, co na ogół – zwłaszcza w przypadku złości – łączy się z kumulowaniem w sobie gniewu i nieumiejętnością znalezienia mu zdrowego ujścia. Wynikająca z tej sytuacji frustracja może przerodzić się w potrzebę ranienia drugiej osoby. Łatwiej mieć przecież pretensje do kogoś o to, że podczas naszej wizyty, podając herbatę, nie postawił na stole cukiernicy, niż do samych siebie, że nie umieliśmy go o cukier poprosić.

fot. Bożena Szuj

„Złość piękności szkodzi”

fot. Marianna Patkowska

Powyższe powiedzenie jest nie tylko głupie, ale przede wszystkim niesamowicie niebezpieczne. Na wielu zresztą poziomach. Przede wszystkim słyszą je głównie kobiety, co utrwala stereotyp, że ważniejsze od przeżywania ich własnych emocji jest źle pojęte „dobro innych” (piękny wygląd nie ma służyć kobietom, lecz umilać życie patrzącym na nie). Nikt nie uczy małych dziewczynek (ani małych chłopców!), że na nic się zda uroda zewnętrzna, choć by nie wiem jak zjawiskowa, kiedy zaczną z nas wypełzać tłumione emocje. To nie tupnięcie nogą, podniesienie głosu, czy nawet wypowiedziany pod wpływem wzburzenia wulgaryzm odejmuje nam urodę – odejmuje ją zgorzknienie, tchórzostwo i niedbanie o swoją kondycję psychiczną.
Skąd ten problem ze złością? Być może z nierozumienia jej natury. Mnie często, kiedy nie kryłam swojej złości, zdarzało się słyszeć:

No i już jesteś wściekła!

– tekst, który zdarzało mi się słyszeć

Wiele osób tak panicznie boi się konfliktów (lub krytyki), że nie dostrzega granicy między zdrową złością, a zdecydowanie naganną agresją. Złość – jak większość emocji – nie trwa długo. I musi mieć ujście. Jeśli żyjemy w środowisku, w którym jesteśmy piętnowani za coś, co jest dla nas zdrowe, zaczynamy szkodzić sobie. I w konsekwencji też oczywiście innym, bo nie żyjemy przecież na pustkowiu.
Dzieci, które się złoszczą, są nazywane „niegrzecznymi”. To proste – łatwiej jest ganić malucha za nieposłuszeństwo, niż nauczyć obchodzenia się ze swoją złością, wyposażając go tym samym w narzędzia, które pomogą mu stać się niezależnym, silnym człowiekiem, mającym w siebie głęboki wgląd. Łatwiej jest patrzeć na ładną, uśmiechniętą lalkę, niż zmierzyć się z prawdziwym pięknem prawdziwej kobiety. (Jeszcze mogłoby się okazać, że ona nas przerasta…) Z tego powodu pewnie dzieci i kobiety głosu nie mają. Albo ryby. Jak mówi inne mądre powiedzenie.

fot. Bożena Szuj

Poskromienie złośnicy

fot. Bożena Szuj

Nie wszystkich musimy lubić, nie wszystkie zachowania musimy tolerować. Mamy prawo złościć się na tych, którzy przekraczają nasze granice, zwłaszcza, kiedy je doskonale znają. I najlepiej jest mówić prosto z mostu o tym, co nas w danej sytuacji boli lub wkurza. Zaakcentowałam słowo „nas”, bo skupiając się na czyimś postępowaniu, łatwo wpaść w pułapkę zarzucania mu złych intencji. Wtedy sami zmniejszamy sobie szanse na dojście gdziekolwiek. Jeśli wyłożymy kawa na ławę, co czujemy, kiedy ktoś nas jakoś traktuje, wytrącimy mu tym samym możliwość podważenia naszych słów. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie z nami przecież dyskutował o tym, co czujemy.
Jak jednak poskramiać swój narastający gniew? Na pewno najpierw musimy dać sobie do niego prawo. Jak każda nadwydajna mentalnie osoba bardzo nie lubię nie być uprzejma. Kiedyś z tego powodu pozwalałam innym się ranić. Dziś, kiedy mam komuś do powiedzenia jedynie dwa słowa, z których tylko „się” jest cenzuralne, po prostu unikam konfrontacji. Nie dlatego, żebym miała problem z wypowiedzeniem ich, ale dla dobra sprawy. Przeczekuję moment wzburzenia, żeby potem rzeczowo nazwać swoje uczucia. Wolę nie mówić nic, niż pogorszyć sprawę (mówiąc, co w danej chwili czuję i myślę) lub powiedzieć cokolwiek wbrew sobie (mówiąc, czego w danej chwili nie czuję i nie myślę). Ostatnio poruszałyśmy ten temat z moją również nadwydajną mentalnie przyjaciółką; zastanawiałyśmy się, gdzie przebiega granica między mądrym i zdrowym odpuszczaniem a dawaniem po sobie deptać. Nie udało się nam tego ustalić. Jednak z całą pewnością inni traktują nas tylko tak, jak im na to pozwalamy. Możemy się obruszać, że jak ktoś śmiał użyć takiego słowa czy tonu w stosunku do nas, a możemy uprzejmie, acz stanowczo wyjaśnić, że nie jesteśmy zainteresowani rozmową, w której takie słowa czy ton się pojawiają. I najważniejsze: nigdy z niczego nie musimy się tłumaczyć!

fot. Bożena Szuj

Asertywność, czyli jak grzecznie
powiedzieć „nie”

fot. Bożena Szuj

Niedawno uświadomiłam sobie, że całkiem sporo ludzi nie umie zapanować nad swoją złością, w związku z czym rozmawia z bliźnimi w sposób, który może w nich wzbudzić jedynie uzasadnioną agresję. Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Jedna osoba się notorycznie spóźnia na spotkania, druga – z natury punktualna – czuje się wtedy lekceważona i nieszanowana. Jak powinna zareagować osoba punktualna? Pozwolić sobie na złość (ta jest przecież uzasadniona), a jak przejdzie, poinformować spóźnialską o tym, że czuje się lekceważona i nieszanowana, kiedy ta się spóźnia. Co zamiast tego dzieje się zazwyczaj? Nie zliczę, ile razy słyszałam niesamowicie agresywnie wypowiedziane sformułowanie: „nie podoba mi się” lub „nie życzę sobie”. Na poziomie samych słów, niby wszystko wydaje się z grubsza w porządku, jednak ton zdradza prawdziwą, choć nieumiejętnie skrywaną, wściekłość. Co z tego, że merytorycznie mamy rację, skoro drugiej traktowanej z góry stronie odechciewa się z nami rozmawiać? Zapamiętajmy, że to nie złość jest problemem, lecz tłumienie jej, które zmienia ją z krótkiego i zdrowego wybuchu w toksyczny, mocny i kompletnie niepotrzebny pocisk.

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę swój cover jednego z najbardziej nNiesamowitych… coverów lat sześćdziesiątych! Pierwotnie „Bang Bang (My Baby Shot Me Down)” – jedna z wielu prostych pioseneczek – była wykonywana przez Cher. Jeszcze w roku ukazania się singla Cher (1966), prawdziwe arcydzieło zrobiła z niego fantastyczna Nancy Sinatra, udowadniając, jak wielkie znaczenie ma instrumentacja i interpretacja tekstu. Ten z kolei idealnie uzupełnia dzisiejszy wpis.

fot. Bożena Szuj

Wege flaczki

fot. Marianna Patkowska

Postawiłam sobie niedawno za cel odtworzenie większości swoich ulubionych mięsnych smaków w wersji wegetariańskiej. Ponieważ jesień zdecydowanie sprzyja eksperymentowaniu w kuchni, w najbliższym czasie pojawi się tu prawdopodobnie więcej niż zazwyczaj kulinarnych wpisów. Na kolejny już ogień po smalcu, sosie bolońskim i bigosie, poszły flaczki. Wiem, że można je robić z boczniaków, jednak te ciężko na razie dostać. (Prawdopodobnie to jeszcze nie sezon; proszę mi wybaczyć niewiedzę – z grzybów znam się jedynie na starych grzybach.)
Potrzeba jak wiadomo matką wynalazków, więc, oglądając sklepowy asortyment, wpadłam na pomysł przygotowania flaczków z krojonych grzybów mun i granulatu sojowego. Efekt okazał się zachwycający! Zarówno, jeśli chodzi o konsystencję, jak i smak. Pamiętajmy, żeby za bardzo dania nie rozwodnić, a także nie żałować majeranku i pieprzu. Flaczki powinny być lekko pikantne.

SKŁADNIKI:

– pół paczki mrożonej włoszczyzny (lub pół tacki świeżej)
– 200 g suszonej włoszczyzny
– garść prażonej cebulki
– średnia cebula w łupince
– 3 ziarna ziela angielskiego
– 5 ziaren czarnego pieprzu
– liść laurowy
– garść świeżego lubczyku
– szczypta suszonego lubczyku
szczypta majeranku
– 2 ząbki czosnku
– 2 kostki warzywne (lub własne bulionetki)
– suszona zmielona kozieradka
– suszona papryka wędzona słodka
– sos sojowy
pieprz czarny mielony
– 30 g krojonych grzybów mun (polecam te)
– garść suszonych borowików (lub podgrzybków)
– 70 g granulatu sojowego
– kilka kropli oliwy z oliwek
– łyżeczka octu balsamicznego

PRZYGOTOWANIE:

Grzyby mun namoczyć w ciepłej wodzie, a w oddzielnej miseczce namoczyć w zimnej wodzie borowiki. Włoszczyznę mrożoną i suszoną z podpaloną wcześniej nad ogniem cebulą, prażoną cebulką, zielem angielskim, liściem laurowym, pieprzem, suszonym i świeżym lubczykiem, majerankiem i czosnkiem gotować w niewielkiej ilości wody (ma jedynie wszystko przykryć) na małym ogniu ok. 30 minut. Po ich upływie dodać kostki warzywne, kozieradkę i paprykę, sos sojowy oraz mielony pieprz (ważne, żeby potrawa była lekko pikantna). Wyłowić ząbki czosnku i cebulę. Odcedzić krojone grzyby mun i dodać do bulionu. Odcedzić borowiki, pokroić wzdłuż w paski i również dodać do gotującej się reszty. Wsypać granulat sojowy, kilka kropli oliwy z oliwek, ocet balsamiczny. Gotować jeszcze ok. 15 minut. W razie potrzeby dolać odrobinę wrzątku.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę jedną z moich ulubionych piosenkowych parodii:

Wege bigos

fot. Marianna Patkowska

W czasach jawiących się jako zamierzchłe, kiedy jeszcze jadłam mięso, jednym z moich wielu popisowych dań był sylwestrowo-noworoczny bigos, posiadający nawet całkiem pokaźne grono swoich wielbicieli. I byłabym o nim zapomniała (tak, jak zapomniałam o uwielbianym przez siebie tatarze czy o golonce), gdyby nie… Tymon Tymański i jego płyta „Bigos Heart”, którą niedawno mi ofiarował. Tytułowa fantastyczna piosenka zachęciła mnie do karkołomnego zadania odtworzenia tego samego smaku jednak w wersji wegetariańskiej. Ostateczną motywacją było kolejne spotkanie z artystą, któremu postanowiłam tenże bigos sprezentować w specjalnie zaprojektowanym przez Ukochanego słoiku. (Jak już spadać, to z wysokiego konia!)
Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania, a bigos zachwycił wszystkich, którzy go spróbowali i doczekał się jednego z najpiękniejszych komplementów – mianowicie, że do złudzenia przypomina mięsny. Jak widać, dobre moralnie wybory (jakim z pewnością było odstawienie mięsa) wcale nie muszą wiązać się z wyrzeczeniami. Przynajmniej na pewno nie bigosowymi!
Jeśli zależy nam na głębokim, szlachetnym smaku, poświęćmy tydzień na jego przygotowanie, a jak nie mamy aż tyle czasu, to przynajmniej trzy dni.

fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:

1,5 kg kapusty kiszonej
– 35 dag pieczarek
– 20 g borowików suszonych
– 20 dag śliwek suszonych bez pestek
– 2 cebule
– 180 g tofu wędzonego
– 2 tufy sojowe (kupowane na wagę lub 3 – 4 kotlety sojowe z opakowania)
– 4 kiełbaski sojowe o smaku wędzonym
– opakowanie bezmięsnej szynki czosnkowej
– 2 kostki grzybowe
– suszona zmielona kozieradka
– suszona papryka wędzona słodka
– 4 ząbki czosnku
– suszony majeranek
– suszony lubczyk
– ziele angielskie
– liść laurowy
– sos sojowy
– ocet winny lub jabłkowy
– oliwa z oliwek
– wino czerwone wytrawne (kupmy butelkę, czego nie wlejemy do bigosu, wypijemy podczas jego przygotowywania)
– sól
– pieprz

*Jeśli nasza kapusta nie będzie wystarczająco kwaśna, możemy potrzebować kilku kropli soku z cytryny.

fot. Marianna Patkowska

PRZYGOTOWANIE:

Namoczyć suszone borowiki w zimnej wodzie. Do miski wrzucić kilka liści laurowych, ziele angielskie, 3 ząbki czosnku, a potem wsypać majeranek, lubczyk, kozieradkę, paprykę wędzoną, sól i pieprz. Wszystko to zalać zimną wodą, octem, oliwą i odrobiną sosu sojowego. Do tak przygotowanej marynaty włożyć tofu oraz tufy sojowe. I zostawić na noc. W międzyczasie pieczarki i cebule zeszklić na patelni, a potem dusić w odrobinie wody z dwiema kostkami grzybowymi ok. 10 minut. Przełożyć do dużego garnka, a potem dodać: posiekaną drobno kapustę kiszoną, 2 liście laurowe i 2 ziela angielskie, pokrojone namoczone wcześniej borowiki, pokrojone śliwki, sojowe kiełbaski i szynkę. Najlepiej pogotować na wolnym ogniu ok. godziny i zostawić.

fot. Marianna Patkowska

Następnego dnia wyjąć tofu i sojowe tufy z marynaty. Tofu skroić w kostkę i dodać do bigosu, a tufy podsmażyć na dużym ogniu, soląc z każdej strony i dopiero wtedy również skroić w kostkę i dodać do bigosu. Całość posypać kozieradką i papryką. Wycisnąć ząbek czosnku, podlać winem (2, 3 szklanki – resztę wypić!) i pomieszać. Smaki zaczną się przenikać dopiero po jakimś czasie. Bardzo ważny jest balans między słodkim a kwaśnym. Jeśli mamy wrażenie, że przeważa słodki smak, możemy wcisnąć trochę świeżego soku z cytryny.
Sugeruję, żeby od czasu do czasu podgrzewać bigos po 20, 30 minut drugiego dnia, a zagotować i zawekować go w słoikach (lub podać do jedzenia) dopiero trzeciego dnia. U mnie po w sumie trzech dniach gotowania i niecałym tygodniu spędzonym w zawekowanym słoiku, był naprawdę wyśmienity!

P.S. Na deser mogę wrzucić tylko jedną piosenkę, będącą prowodyrem całego tego bigosowego zamieszania!

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Pogadajmy o seksie

fot. Marianna Patkowska

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie pewna niesamowicie inspirująca dyskusja na jednej z kobiecych facebookowych grup. Uświadomiłam sobie, że problem jest wart opisania.

Nagroda to czy kara?

fot. Marianna Patkowska

Pod tym enigmatycznym wstępem kryje się zagadnienie:

Czy sformułowanie „seks w nagrodę” nie powinno przypadkiem zapalać w nas jakiejś czerwonej lampki?

– zagadnienie kryjące się pod tym enigmatycznym wstępem

Żywą dyskusję we wspomnianej grupie zapoczątkował pewien, dosyć w moim mniemaniu niewinny, post napisany być może nawet z przymrużeniem oka. Mniejsza zresztą o samo zawarte w nim pytanie (grupa jest zamknięta), ale dało się z niego wyczytać tezę, że formą okazania wdzięczności w związku może być seks. Miodem na moje serce była niesamowicie szybka i zdecydowana reakcja większości grupowiczek, która tezę wychwyciła, uznając ją za absolutnie niedopuszczalną i niebezpieczną.
Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że to kwestia nazewnictwa i nie ma to jakiegoś większego znaczenia, czy partner inicjuje seks z wdzięczności za jakiekolwiek niematerialne dobra (jeśli chodzi o materialne, z nazewnictwem nie mamy problemu!), czy dlatego, że zwyczajnie odczuwa taką potrzebę. Różnica jest jednak ogromna. W drugiej sytuacji mówimy o dwójce równorzędnych partnerów z porównywalnymi potrzebami emocjonalnymi i seksualnymi, z których raz jeden, raz drugi inicjuje seks, bo ten jest w związku ważny. W pierwszej natomiast partner „odwdzięczający się” seksem, stawia się wyżej: ma władzę, posiadając coś, czego druga osoba potrzebuje i rozdając to dopiero, jeśli ten pierwszy zasłuży. Niestety w kulturze hołdującej nierównościom, czyli patriarchacie, ofiarami takich zachowań padają na ogół mężczyźni. Stereotyp, że większe libido przypisane jest tylko jednej płci, a druga łaskawie się zgadza na zaspokajanie potrzeb tej pierwszej jest nie tylko niepoparty naukowo, ale przede wszystkim niesłychanie szkodliwy. Wyobraźmy sobie, że pewnego wieczoru kobieta z jakiegokolwiek powodu nie ma akurat ochoty na seks, a partner nie umie tego uszanować, tylko zaczyna stosować wobec niej przemoc psychiczną, wyśmiewając ją lub robiąc jej awantury. Co pomyślimy o takim mężczyźnie? Najpewniej, że jest potworem. Odwróćmy teraz sytuację – zamieńmy partnerów rolami. Nikt raczej nie nazwie potworem kobiety wyśmiewającej, poniżającej lub obrażającej się na partnera, który z jakiegokolwiek powodu nie chce w danym momencie uprawiać z nią seksu. Mężczyzna ma być chętny i gotowy zawsze, kobieta zawsze ma prawo gotowa nie być. Z tego też powodu męskie jednonocne przygody tłumaczone są najczęściej „męską naturą”, a kobietom w identycznych sytuacjach przykleja się etykiety „puszczalskich”. Widać więc jak na dłoni, że stereotyp w zależności od sytuacji, dla każdej z płci może być tak samo krzywdzący. We wspólnym interesie leży więc zmienienie go.
Wracając do szkodliwości traktowania seksu jako nagrody, widzę ją również w tym, że skoro coś możemy nazwać nagrodą, równocześnie brak tego czegoś możemy uznać za karę. A to z kolei nosi znamiona przemocy i może prowadzić do obsesyjnej kontroli osoby „rozdysponowującej seksem”. Jeśli w związku nie mamy do czynienia z dwiema równymi sobie jednostkami, które uprawiają seks z właściwych powodów (cementowania uczucia, potrzeby bliskości, rozładowania naturalnego napięcia), to znaczy, że znaleźliśmy się w relacji toksycznej. I nie dajmy sobie wmówić, że to tylko seks i że to w żaden sposób nie łączy się z pozostałymi dziedzinami życia. Łączy się.

Związki bez sek/nsu

fot. Marianna Patkowska

O ile pozbawione seksu życie w pojedynkę, nawet całkiem długie, nie stanowi akurat dla mnie większego problemu, o tyle całkowity brak seksu w związku uważam za jego definitywny rozpad. Oczywiście warto uściślić, że nie piszę tu o parach osób aseksualnych – te stanowią jednak mniejszość. Piszę o zdarzających się, jak się okazuje, niestety nie tak rzadko sytuacjach, w których po wielu latach wspólnego życia jedna strona (najczęściej kobieta, co może się łączyć ze wspomnianym wyżej stereotypem) regularnie odmawia partnerowi nie tylko seksu, ale – co chyba dużo gorsze – szczerej rozmowy o tym, dlaczego nie ma na niego ochoty. Powody mogą być oczywiście bardzo różne i bardzo trudne do ustalenia nawet przez osobę, którą to dotknęło. Od tego właśnie są specjaliści, do których w takich sytuacjach trzeba się udać po pomoc. Konsekwencją zamknięcia się i na seks, i na rozmowę o tym, jest zamiana związku w związek biały, na który partner postawiony w nowej sytuacji wcześniej się nie pisał. I w którym ma pełne prawo nie chcieć być. Część partnerów pozbawionych seksu zagryzie zęby i będzie do końca życia po prostu nieszczęśliwa, druga zacznie szukać seksu poza związkiem (co, nawet jako wojująca przeciwniczka zdrad, jestem w stanie zrozumieć), a tylko nieliczni znajdą w sobie na tyle dużo siły i przyzwoitości, by najpierw wyjść z takiej relacji, jeśli nie są w niej szczęśliwi, a dopiero potem zacząć cokolwiek nowego.
Napisałam, że wieloletni brak seksu uważam za tożsamy z rozpadem związku i czuję, że znajdą się głosy oburzonych, że przecież seks nie jest najważniejszy. Temu zagadnieniu zdecydowałam się poświęcić kolejny rozdział. Przede wszystkim jednak spieszę wyjaśnić, że nie mam na myśli sytuacji chwilowych, jak chociażby medyczne przeciwwskazania. (Przy obustronnej dobrej woli, wszystko da się jakoś rozwiązać. Petting, seks oralny, analny, używanie zabawek erotycznych czy wspólny seans pornograficzny – możliwości jest naprawdę mnóstwo, choć najistotniejsza jest po prostu otwartość na fizyczną bliskość.) Mam na myśli jednostronną, krzywdzącą partnera decyzję o dożywotnim braku seksu. Lubimy się i szanujemy oraz nie sypiamy z bardzo wieloma osobami. Nie jest dobrze, by jedna z nich, nawet jeśli bardzo nam bliska, zamknęła nam drogę do szczęścia, na które każdy z nas zasługuje.

Seks nie jest najważniejszy

fot. Marianna Patkowska

Ten frazes, odnoszący się do związku, irytuje mnie, jak mało który. Solidnymi fundamentami dobrej relacji są na ogół: szacunek, przyjaźń, miłość, seks. Czemu nikt z takim uporem nie podkreśla, że szacunek nie jest najważniejszy? Albo przyjaźń, o miłości nie wspominając? Tymczasem są to tak samo ważne filary i brak każdego z nich może poważnie zachwiać całą konstrukcją.
Jest niestety całkiem dużo par, zwłaszcza z długim stażem, które się zwyczajnie nie lubią i nie szanują. Trudno pojąć, co takich ludzi ze sobą trzyma, bo na pewno nic zdrowego.  Być może jakąś odpowiedzią jest ułomność, o której kiedyś tu pisałam, mianowicie nieumiejętność bycia samemu. Zanik życia seksualnego jest bardziej zdradliwy, bo szacunek i przyjaźń, a przede wszystkim przywiązanie sprawiają, że wiele umiemy sobie wytłumaczyć. Łatwiej uciec z ewidentnie toksycznego związku, w którym nie jest się szanowanym, niż pozornie udanego, w którym tylko nie ma seksu.  Problem w tym, że to tak samo zła sytuacja.

Od dziecka

fot. Marianna Patkowska

Spuszczę zasłonę milczenia na chore fantazje naszej władzy i napiszę, że istnieje ogromna potrzeba wprowadzenia edukacji seksualnej nie tylko do szkół, ale do przedszkoli. W przedszkolach myślę, że dobrze postawić nacisk na znajomość granic swojego ciała i na asertywność – ta świadomość sprawi, że dziecko będzie trudniejszym celem dla pedofila. Lęk przed dziecięcą masturbacją (której wcale nie trzeba maluchów uczyć, bo większość ma takie doświadczenia) jest równie sensowny, jak strach przed dziecięcą fascynacją gilami. Rolą osoby dorosłej jest przygotowanie dziecka do życia w społeczeństwie, a więc wskazanie, czego i przede wszystkim dlaczego nie robimy publicznie.
Ponieważ, pracując w szkole, wzbudzałam zaufanie i życzliwość dzieci, szybko stałam się właśnie tą panią, której zadawano wszelkiego typu „niewygodne” pytania. Byłam szczęśliwa, że padło właśnie na mnie, bo, nie uznając tematów tabu, bardzo wierzę w siłę rozmowy. W przedziale wiekowym 9 – 12 lat, rolą odpowiedzi na pytania związane z seksem jest nie tylko zaspokojenie ciekawości, ale też eliminacja irracjonalnego niepokoju pojawiającego się w małym człowieku, kiedy myśli o czymś, czego nie rozumie i co go trochę obrzydza. Najgorsze, co można zrobić (i co w polskiej szkole robi się niestety nagminnie), to zawstydzić pytającego. Dzieci, zwłaszcza małe, potrzebują konkretów. To dorosłym się wydaje, że te wymagają od nich zreferowania „Atlasu psychofizjologii seksu” Lwa Starowicza. Nie wymagają. Chcą dostać jedynie prostą odpowiedź na proste pytanie. Jeśli jej nie znamy (a tak też może się zdarzyć), uczciwie powiedzmy, że nie wiemy. I przygotujmy się na drugi raz!
Kolejnym problemem w rozmowach z troszkę starszymi dziećmi jest fetyszyzacja dziewictwa i demonizacja jego utraty. Tymczasem nie ma znaczenia kiedy młody człowiek rozpocznie współżycie. Jeśli wcześniej nie posiądzie solidnej, rzetelnej wiedzy na temat wszystkich idących za taką decyzją konsekwencji (zarówno medycznych, jak i emocjonalnych), to kompletnie wszystko jedno, czy narazi się na niechcianą ciążę, choroby weneryczne, złamane serce, czy nawet gwałt (a tym też może się skończyć nieznajomość swoich i cudzych granic) w wieku lat piętnastu czy dwudziestu. Z badań wynika zresztą wyraźnie, że im lepiej młodzież jest uświadomiona, tym później rozpoczyna życie seksualne.

Trudne rozmowy

fot. Marianna Patkowska

Rozmowa z partnerem jest kluczem do rozwiązania każdego problemu. Co jednak zrobić, jeśli zwyczajnie nie potrafimy rozmawiać o tych sprawach? Nauczyć się tego! Na początek dobrze jest posłuchać ludzi, którzy mówią ładnie i mądrze. Bardzo gorąco polecam trzy filmiki fantastycznej Pauliny Mikuły, prowadzącej kanał „Mówiąc Inaczej”, nagrane w ramach kampanii firmy Durex „Głośni w łóżku”:

P.S. A na deser łączę smakowitą piosenkę Doji Cat „Go to town”.

NPR Music Tiny Desk Concerts

fot. Marianna Patkowska

Spośród wielu wartościowych youtube’owych zakątków, mam jeden lubiony – Tiny Desk Concerts. Pierwszy filmik został zarejestrowany w kwietniu 2008 roku i był reakcją Boba Boilena (amerykańskiego muzyka, osobowości telewizyjnej oraz pomysłodawcy i prowadzącego internetowy program All Songs Considered) na niedogodności koncertów odbywających się w barach. Kiedy wraz z Stephenem Thompsonem, redaktorem NPR Music, wyszedł z jednego sfrustrowany, że przez hałas miejsca nie słyszy muzyki, Thompson zażartował, że Boilen powinien udostępniać artystom swoje biurko, by ci mogli przy nim dawać w spokoju występy. Miesiąc później Boilen zaaranżował dokładnie taki właśnie mini koncert folkowej artystce Laurze Gibson, wrzucając nagranie do sieci. Od tej pory do dzisiaj przy biurku Boilena w siedzibie National Public Radio w Waszyngtonie, już z udziałem publiczności, odbyło się ponad tysiąc akustycznych koncertów muzyków reprezentujących najróżniejsze muzyczne style. Łączy ich wszystkich jedno – niekwestionowany talent.

Subiektywna lista
nNajlepszych
tinydeskowych koncertów
(w kolejności alfabetycznej):

  • Alicia Keys: NPR Music Tiny Desk Concert – prawdziwą przyjemnością było dla mnie wysłuchanie nie tylko czterech zaśpiewanych przez cudowną Alicię Keys w NPR piosenek, ale też słów, które skierowała do publiczności. Podzieliła się swoją życiową filozofią, niezwykle mi bliską.
  • Anderson .Paak & The Free Nationals: NPR Music Tiny Desk Concert – w całym tinydeskowym cyklu koncert Andersona Paaka cieszy się największą liczbą odsłon. Poziom wykonawczy rozkłada na łopatki, choć nie jest to akurat w przypadku tego cyklu żaden wyróżnik. Obserwowanie doskonałych perkusistów, którzy, grając, jeszcze równocześnie śpiewają (i to świetnie!), nieustająco mnie zdumiewa i zachwyca. (Jeśli granie na fortepianie rozwija mózg, bo równolegle używa się prawej i lewej ręki, co można powiedzieć o mózgu perkusisty, który do gry na swoim instrumencie angażuje obie ręce i obie nogi naraz?)
  • Anthony Hamilton: NPR Music Tiny Desk Concert – twórczości Anthony’ego Hamiltona nie znałam wcześniej. Trafiłam na ten jego występ przypadkiem i już od pierwszych dźwięków ujęła mnie jego gospelowa energia.
  • Coldplay: NPR Music Tiny Desk Concert – ponieważ nie należę do grona fanów Coldplay, ogromnym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że to właśnie ten koncert stał się jednym z moich najbardziej ulubionych w całym cyklu. Zachwycił mnie nie tylko fenomenalny towarzyszący zespołowi chór (nie sposób nie wspomnieć o piosence „Viva La Vida”, która w oryginale wypada przy koncertowej wersji blado, no i o doskonałym coverze klasyka Prince’a „1999”!), ale też sam Chris Martin, zarówno wokalnymi i pianistycznymi zdolnościami, jak i wielkim dystansem do siebie, skromnością i poczuciem humoru.
  • Erykah Badu: NPR Music Tiny Desk Concert – istnieją artyści kompletni, hipnotyzujący, stanowiący niewyczerpane źródło inspiracji, którzy na scenie nie tyle odtwarzają muzykę, co po prostu się nią stają. Z pewnością można zaliczyć do ich grona boginię soulu, Erykę Badu. Jej obecność wśród zaproszonych przez NPR Music gości to nie lada gratka dla każdego melomana.
  • H.E.R.: NPR Music Tiny Desk Concert – uzależniłam się od tego koncertu, słuchając go swego czasu na okrągło. Niski, ciepły, kojący głos H.E.R., jego przepiękna barwa  oraz intrygujące harmonie (zwłaszcza otwierającej koncert piosenki „Going”) mają właściwości terapeutyczne.
  • Jorja Smith: NPR Music Tiny Desk Concert – Jorja Smith jest jedną z tych wokalistek, które potrafią malować głosem piękne, poruszające obrazy. Jej frazowanie jest zjawiskowe!
  • Lianne LaHavas: NPR Music Tiny Desk Concert – Lianne LaHavas oczarowała mnie, kiedy po raz pierwszy natknęłam się na jej nagranie w sieci. Wykonywała wtedy przepiękny utwór „Midnight”.  Od tego czasu pozostaję pod ogromnym wrażeniem jej twórczości, artystycznego pomysłu na siebie (żeby wspomnieć choćby „No room for doubt”, czy „Forget”), cudownego, unikalnego głosu i bijącego od niej piękna.
  • Mac Miller: NPR Music Tiny Desk Concert – koncert tego dwudziestosześcioletniego artysty został zarejestrowany dokładnie miesiąc przed jego śmiercią. Zawsze ciężko mi się pogodzić ze świadomością, że odchodzą ludzie, którzy mogliby jeszcze tyle osiągnąć, tyle dać światu… Melorecytacja Millera, pozornie niedbała i wykonywana od niechcenia, zdradza niesamowite wyczucie rytmu. Bardzo ciekawe, niebanalne kompozycje i wykonujący je doskonali muzycy to przepis na znakomity koncert. Pozostaje tylko żal, że już ostatni.
  • Masego: NPR Music Tiny Desk Concert – Masego to nie tylko świetny wokalista, ale też saksofonista. Jego muzyka jest przepełniona pozytywną energią i lekkością, a ten koncert jest w stanie zmienić szary i deszczowy dzień w środek słonecznego lata!
  • Moonchild: NPR Music Tiny Desk Concert – świeży, pełen łagodności i delikatności głos Amber Navran rozluźnia i bywa lekiem na całe zło.
  • Sheryl Crow: NPR Music Tiny Desk Concert – Sheryl Crow, bez względu na to, co na ogół myślę o muzyce country, zyskała przed laty mój dozgonny szacunek brawurowym wykonaniem rewelacyjnej bondowej piosenki „Tomorrow Never Dies”. Nie wszystkie jej repertuarowe wybory rozumiem, ale koncertu wysłuchałam z prawdziwą przyjemnością.
  • Summer Walker: NPR Music Tiny Desk Concert – ta utalentowana artystka po raz pierwszy urzekła mnie, kiedy trafiłam w sieci na „Clear visual ep (live)”, gdzie wyglądała jak boska Naomi i brzmiała jak anioł. (Zainspirowana, nagrałam nawet cover jej piosenki „Grave”.) Na koncercie zobaczyłam nieśmiałą i mocno wycofaną śliczną introwertyczną dziewczynkę, która zmienia się w pewną siebie dojrzałą kobietę dopiero, kiedy zaczyna śpiewać; za każdym razem rozkwitając na naszych oczach.
  • Tank And The Bangas: NPR Music Tiny Desk Concert – występ Tank and the Bangas to doskonały przykład na to, że do stworzenia doskonałego teatru muzycznego nie potrzeba fajerwerków – wystarczy siedmioro znakomitych muzyków z wizją, kilka instrumentów… i biurko Boba Boilena!

PodsumowanNie

Refleksja, jaka mi się nasuwa po wielokrotnym wysłuchaniu koncertów z serii Tiny Desk (nie tylko tych opisanych wyżej), jest taka, że (niezależnie od popularności i sławy występujących muzyków) wykonawczo są na niewiarygodnie wysokim poziomie. Poziomie często niestety nieosiągalnym dla naszych rodzimych artystów. Na każdym tinydeskowym koncercie, bez wyjątków, występuje większa lub mniejsza grupa równorzędnych, fenomenalnych muzyków, zdających się mieć absolutną świadomość, że grają do jednej bramki. Liczy się wspólny cel, jakim jest znakomite zaprezentowanie każdego utworu. Chórki nie są przechowalnią mniej zdolnych wokalistów, tylko konkretną odpowiedzialną funkcją, tak samo ważną, jak główny wokal, gra na gitarze, basie czy perkusji. Najlepszym na to przykładem jest chór występujący z zespołem Coldplay. W coverze „1999” Prince’a słychać doskonale, że każdy z chórzystów mógłby osiągnąć solową karierę na miarę Alicii Keys, nie słychać za to kompleksów, że jej nie osiągnął. To niczego zresztą przecież nie zmienia. Wspomniana równorzędność wszystkich muzyków i emanująca z nich radość płynąca ze wspólnego grania to również coś niestety bardzo rzadko spotykanego na polskiej scenie muzycznej. Powodów dopatruję się przede wszystkim w szkole i tym, że nie jesteśmy jako naród uczeni od najmłodszych lat pracy zespołowej. Żeby zrozumieć o czym mówię, wystarczy włączyć sobie którykolwiek z powyższych tinydeskowych koncertów, a potem prześledzić piosenki nagrywane przez polskich artystów z okazji różnych akcji charytatywnych (choćby „Moja i twoja nadzieja” dla powodzian). Te ostatnie nawet, jeśli jakimś cudem nadają się do słuchania (jak podlinkowana, pochodząca oryginalnie z repertuaru zespołu Hey), są przeglądem wokalnych możliwości każdego z uczestników. Punkt ciężkości położony jest na wykonawcy, nie na utworze. A to nigdy nie służy utworowi… Całe szczęście, że mamy w internecie tak wspaniałe wzorce!

P.S. Na deser wrzucam dziś cudowną, niespełna dziewiętnastoletnią Billie Eilish, nagrywającą dla NPR Music swój występ – z wiadomych powodów – w domu, na tle kartonu imitującego (fenomenalnie!) tak dobrze znane wszystkim fanom Tiny Desk Concerts wnętrze.

Zupa bryndzowa

fot. Marianna Patkowska

Tradycyjna kuchnia podhalańska nie oferuje zbyt dużego wachlarza możliwości, jeśli idzie o zupy. Najsłynniejszą jest oczywiście kwaśnica, a po niej – bardziej kojarzona z kuchnią słowacką – czosnianka. Barszczu czerwonego zabielanego, w przeciwieństwie do każdej góralskiej gospodyni, nie zna żaden ceper (i nie jest podawana w restauracjach), a co do pochodzenia góralskiego barszczu na sałacie z wędzonką zabielanego zsiadłym mlekiem nie mam stuprocentowej pewności; odtworzyłam go, znając jego smak z jednej fantastycznej zakopiańskiej karczmy. Z tej niewielkiej liczby góralskich zup na wspomnienie zasługuje na pewno zupa bryndzowa. Jej delikatny, słodkawy i intensywny smak jest wyjątkowy i bardzo unikalny. Ponieważ raczej nie zdarza mi się korzystać z przepisów (wolę rolę twórcy niż odtwórcy), poszłam jak zwykle na żywioł, ale udało mi się znaleźć rzeczywiście to, czego szukałam!
Będąc na Podhalu, oczywiście najlepiej kupić oryginalną bryndzę w bacówce, ale i tak radzę połączyć ją z dwiema, które podałam w spisie składników. Nie mam natomiast niestety pomysłu, gdzie w pozostałych częściach Polski dostać korbacze.

🥕 Co do włoszczyzny, bardzo polecam samodzielne jej mrożenie. Zajmuje to trochę czasu, ale mamy całkowity wpływ na to, co się w naszej mrożonce znajdzie. Od samych warzyw (jedni dodają do włoszczyzny kapustę, inni nie) przez proporcje między nimi, aż po pewność, że każde było przed zamrożeniem rzeczywiście świeże. Mając kilka kilogramów marchewki, pietruszki, selera i pora, umyłam i obrałam każde z warzyw, po czym pokroiłam je wszystkie w małą kostkę, pomieszałam i włożyłam do woreczków do mrożenia. Dodałam na końcu jeszcze do każdej porcji posiekane: świeży lubczyk, natkę pietruszki i koperek. 🥕
fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:

– pół paczki mrożonej włoszczyzny (lub pół tacki świeżej)
– 200 g suszonej włoszczyzny
– średnia cebula w łupince
– ziele angielskie
– liść laurowy
– garść świeżego lubczyku
– garść świeżej natki pietruszki
– szczypta suszonego lubczyku
– 2 opakowania Bryndzy Zakopiańskiej
– 2 opakowania Bryndzy Podkarpackiej
– ok. 400 g zsiadłego mleka
– trochę mleka
– trochę zagęszczonego niesłodzonego mleczka do kawy
– 2-3 bulionetki/kostki warzywne (najlepiej domowe)
– sos sojowy
– kilka kropli cytryny
– starta skórka z ćwiartki cytryny
– sól himalajska
– pieprz
– korbacz biały (niewędzony)
– świeże liście bazylii

fot. Marianna Patkowska

PRZYGOTOWANIE:

Włoszczyznę mrożoną i suszoną z podpaloną wcześniej nad ogniem cebulą, zielem angielskim, liściem laurowym, suszonym i świeżym lubczykiem i pietruszką gotować na małym ogniu ok. 30 minut. W międzyczasie zmiksować bryndze ze zsiadłym i zwykłym mlekiem oraz mleczkiem do kawy, dodając do nich odrobinę wywaru z warzyw. Połączyć bryndzową masę z resztą zupy, wyjmując z niej uprzednio cebulę i nie miksując ugotowanych warzyw. Dodać bulionetki, sos sojowy, kilka kropli soku z cytryny oraz skórkę cytrynową, ewentualnie odrobinę soli do smaku i pieprz. Przed samym podaniem pokroić korbacza na drobne, przypominające mały makaron części i położyć je bezpośrednio na talerz. Podawać zupę z liściem bazylii.

Jeśli zupa okaże się zbyt intensywna, dobrze rozwodnić ją mlekiem.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Nad dzisiejszym deserem zastanawiałam się długo. Jestem wychowana na folklorze Skalnego Podhala i kocham tę w gruncie rzeczy trudną i niesamowicie surową muzykę całym sercem, ale wiem też, że bardzo dziś trudno ją usłyszeć w czystej postaci (najczęściej na ślubach i pogrzebach, ale ciężko przecież – zwłaszcza na te drugie – wyczekiwać). W internecie jest jeszcze trudniej o nagrania, które mogłyby nie zniechęcić. Do mieszania muzycznych stylów (zwłaszcza tak bezkompromisowych, jak podhalański folklor) mam stosunek dosyć sceptyczny, bo potrzeba do niego ogromnej wrażliwości i wyczucia. Tych na szczęście nie brak fantastycznemu muzykowi i ostoi podhalańskiej inteligencji, Krzysztofowi Trebuni-Tutce. Poniższa piosenka nagrana z jamajskim zespołem Twinkle Brothers ma już ponad ćwierć wieku, a nadal brzmi niesamowicie świeżo.