Samochodowy Strajk Kobiet Podhale

for. Marianna Patkowska

artykuł z mojej e-gazety “Halny – wiatr zmian”

Dzisiaj, w niedzielę 22 listopada, odbył się strajk samochodowy dosyć spontanicznie zorganizowany przez Strajk Kobiet Podhale. Postulaty Ogólnopolskiego Strajku Kobiet oraz Strajku Kobiet Podhale (ze względu na to, że gmina Zakopane od dziewięciu lat nie podpisała uchwały antyprzemocowej, są tu trochę inne priorytety niż w pozostałej części kraju) opisałam TUTAJ i TUTAJ. Do tej pory główne (chociaż nie jedyne) powody do buntu stanowiły: zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, przyzwolenie na przemoc wobec słabszych, wprowadzanie dyktatury oraz represjonowanie środowisk LGBT.  Dzisiejszy strajk dodatkowo był też wyrazem solidarności wobec Warszawy i uczestników tamtejszych pokojowych manifestacji – ofiar bandyckich napaści umundurowanych i nieumundurowanych funkcjonariuszy policji. Jednak po wczorajszym wystąpieniu obecnego premiera dotyczącym zaskakującej i dramatycznej dla większości podhalańskich przedsiębiorców decyzji obecnego rządu w sprawie ferii zimowych, do Strajku Kobiet Podhale dołączyło pokaźne grono ludzi, którym z dnia na dzień w cyniczny, podły sposób zabrano jedyną możliwość zarobku w najbliższym czasie.

fot. Marianna Patkowska

Cios w budżet i strzał we własną stopę

fot. Marianna Patkowska

Jest pandemia, walczymy z koronawirusem. Zakaz większych zgromadzeń i nakaz noszenia maseczek jest, owszem, bez ogłoszenia stanu nadzwyczajnego nielegalny, ale rozsądny. Z logiki wynikałoby więc, że wszelkiego typu natężenia ruchu, na przykład ferie zimowe, dobrze jest rozciągnąć w czasie. Od wielu lat ferie w każdym województwie przypadały w innym terminie. W czasie pandemii miałoby sens rozdzielenie województw na mniejsze obszary, by zbyt dużo ludzi nie przemieszczało się w tym samym czasie. Co robi jednak obecny rząd? Ustala niecałe dwa tygodnie ferii wszystkim województwom oraz planuje uniemożliwić obywatelom wyjazdy.
Zamknięcie wyciągów narciarskich to ogromny cios dla większości podhalańskich przedsiębiorców. Ta decyzja osłabia nie tylko polską gospodarkę, która dzieli już swój los z końmi z Janowa, ale też… podhalański elektorat (całkiem spory) partii obecnie rządzącej. Trochę wydaje się więc… strzałem w stopę. Prawdopodobnie trudniejszym do zauważenia, kiedy ciągle ma się za co żyć.

fot. Marianna Patkowska

Trasa strajku

fot. Marianna Patkowska

Około godziny 15.00 z parkingu spod sklepu Leclerc w Zakopanem dziesięć samochodów oklejonych strajkowymi hasłami i symbolami wyruszyło ulicą Kościuszki, mijając Urząd Miasta Zakopane, w kierunku Nowego Targu, który był punktem docelowym. Prędkość nieprzekraczająca trzydziestu kilometrów na godzinę oraz wielokrotne objeżdżanie wszystkich możliwych rond, od ronda dra Chramca zaczynając, wygenerowały sporych rozmiarów korek. Strajk był głośny: klaksony, syrena z megafonu na zmianę z krzyczanymi przez niego hasłami:

– Weto dla zabijania gospodarki!
– Weto dla zabijania turystyki, hotelarstwa, gastronomii, sportu, kultury!
– Wydupcać mi z tym rządem!
– Wydupcać mi z Morawieckim!
– Wydupcać, dziadersi z Wiejskiej!

– wykrzykiwane hasła

budziły ciekawość. Sporo aut dołączyło do strajku po drodze. Do Nowego Targu dojechało już prawie dwadzieścia samochodów.

fot. Marianna Patkowska

Milicjanci z Kentucky*

fot. Marianna Patkowska

W Nowym Targu doszło do kilku niepotrzebnych incydentów z udziałem policji (w oznakowanym i nieoznakowanym samochodzie). Pouczenia niepokrywające się z żadnym przepisem ruchu drogowego czy grożenie odholowaniem zepsutego i zepchniętego na parking auta w odwecie za chodzenie wokół rynku z flagami nosiły znamiona próby zastraszenia strajkujących. Pech chciał, że żaden ze strajkujących się nie przestraszył.
Jeden z policjantów wręczył strajkującej mandat za… „sianie zgorszenia”. Użyła w przestrzeni publicznej słów:

Jebać PiS!

– słowa, za które można dostać mandat

Mimo że policjant ma obowiązek pokazać nam legitymację oraz podać swoje imię, nazwisko i stopień tak, żebyśmy je usłyszeli i zrozumieli, nowotarski policjant przedstawił się szybko i niedbale, ściszając głos. Na twarzy miał maseczkę, więc żaden ze strajkujących nie mógł usłyszeć jego słów. Więcej nie udało się od niego wyegzekwować, gdyż jak stwierdził:

Ma obowiązek przedstawić się raz i właśnie to zrobił.

Zajście zostało oczywiście nagrane, a mandat nieprzyjęty. Wracam jednak do tego, o czym pisałam w tekście „Rewolucja jest kobietą”, po raz drugi wklejając zalecenia Ogólnopolskiego Strajku Kobiet:

Ogólnopolski Strajk Kobiet

Policjant wywierał naciski na ukaraną mandatem strajkującą, namawiając ją do podania swojego numeru telefonu. Nie zrobiła tego. Wy też nigdy tego nie róbcie!

*Taki lokalny żart. Nowotarska rejestracja to KNT, stąd używana w Zakopanem – w odniesieniu do nowotarskich samochodów i kierowców – nazwa Kentucky.

P.S. Na deser łączę niesamowitą składankę piosenek wygranych… klaksonami! Pierwsza nie jest moją ulubioną, ale dalej zaczyna się robić naprawdę ciekawie!

Strajk Kobiet Podhale

 

Świąteczne zestawy Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

Wszystkich, którzy widząc dzisiejsze zdjęcia, wyciągnęli z nich pochopne wnioski, że oho, wpis sponsorowany! pragnę uspokoić: nadal nie zarabiam na tym blogu złamanej złotówki (choć poświęcam mu coraz więcej czasu i energii). Handlowanie pisaniem – jeśli nie trafi się na naprawdę mądrego zleceniodawcę – wydaje mi się ryzykowne, zwłaszcza przy moim uwielbieniu wolności i umiarkowanym entuzjazmie wobec kompromisów. No ale za coś trzeba żyć, a czasy trudne… Ruszam więc ze sprzedażą czegoś innego – kosmetyków Mary Kay, w które wierzę i których nieprzerwanie od dwóch lat używam. Za plecami mam fachowca (doskonałą niezależną dyrektor sprzedaży Mary Kay, która swoją wiedzą dotyczącą skóry mogłaby zawstydzić niejednego dermatologa), więc nie musicie się bać! Inna sprawa, że zaczynam od takich zestawów, w których problem indywidualnego doboru kosmetyku – w zależności od karnacji czy cery – nie istnieje. Dlatego też doskonale nadają się na prezenty, ale o tym za chwilę.
Jak kupować? Założyłam do tego specjalne facebookowe konto: oczami Mary Kay (mające docelowo być internetowym sklepem), które ułatwi ze mną kontakt potrzebny do składania zamówień. Nieposiadanie konta na Facebooku nie jest jednak problemem – możecie do mnie napisać przez formularz znajdujący się w blogowej zakładce Kontakt.

🎁 Pomysł na prezent

fot. Marianna Patkowska

Zbliżają się Święta i przedświąteczne dylematy, co komu sprawić pod choinkę (lub wcześniej, bo po drodze jeszcze przecież Mikołaj). Wybór, nawet jeśli kogoś znamy dobrze, nie zawsze jest łatwy, a zależy nam przecież, żeby obdarowany szczerze się z prezentu ucieszył. W dodatku w dobie koronawirusa zaawansowana turystyka sklepowa nie jest najlepszym pomysłem. I właśnie wtedy wchodzę ja – cała na czerwono, spowita anielskim włosem! Przychodzę Wam z pomocą: mam do zaoferowania taki towar, że Wam, drodzy Czytelnicy, kapcie pospadają (części po zobaczeniu ceny, ale tę kwestię omówię za chwilę). Kupowanie, zwłaszcza prezentów, online jest jedną z przyjemniejszych czynności, bo nie dość, że nie wymusza na nas wychodzenia z domu i spotykania tych wszystkich ludzi po drodze, to jeszcze zajmuje bardzo mało czasu. W dodatku nie jesteśmy ograniczeni żadnymi godzinami otwarcia. Siedzimy sobie wygodnie w fotelu z kubkiem herbaty z miodem, imbirem, cytryną, pomarańczą i goździkami lub aromatycznego kakao z piankami Marshmallow, wybierając interesujące produkty i składając zamówienie, a potem już tylko czekamy – i to też niedługo – na przesyłkę.
Mój blog jest wielotematyczny. Tworząc go, nie chciałam się określać, definiować, wrzucać w jakiekolwiek ramy. Osią byłam i jestem ja sama. Opisuję świat widziany moimi oczami – oczami nNi. Bardzo dużo rzeczy wokół mnie porusza, ekscytuje, pociąga, irytuje, złości, zasmuca czy cieszy i o nich wszystkich tutaj piszę. Nigdy bym nie podejrzewała, że pewnego dnia zacznę pisać też o kosmetykach, ale rzeczywiście wejście w barwny świat Mary Kay, poznanie przy tej okazji fantastycznych ludzi i naprawdę rewelacyjnych jakościowo produktów mocno na mnie wpłynęło i nie byłabym uczciwa, gdybym udawała, że kosmetyki nie są dla mnie istotne. Może nie aż tak, jak sztuka, ale są.
Przybywam więc z dzisiejszym wpisem i do Ciebie, strapiony Kolego, i do Ciebie – zabiegana Koleżanko, i do Was Wszystkich, którym błąka się po głowie jedno natrętne pytanie:

Co, do cholery, jej kupić?

– błąkające się po głowach niektórych pytanie

Otóż – kupcie jej dobry, niesamowicie wydajny kosmetyk, który przywróci jej twarzy nie tylko odpowiednie nawilżenie, złuszczenie, oczyszczenie i wygładzenie (choć to wszystko też), ale przede wszystkim duży, szczery uśmiech, ozdabiając ją niczym najwspanialszy makijaż. (A gdyby jednak mimo wszystko zechciała się umalować – mamy w Mary Kay naprawdę najlepsze tusze do rzęs i zapierający dech w piersiach wybór szminek i błyszczyków!)

Swoją historię sprzedażową zaczynam od czterech świątecznych zestawów, które za chwilę się pewnie wyczerpią, więc spieszcie się kupować kosmetyki – tak szybko schodzą!

Dla ułatwienia wprowadzam
spis treści:

  1. Zestaw Czasozamrażacz
  2. Zestaw Świąteczne OKOliczności
  3. Zestaw Gwiazda polarna
  4. Zestaw Urocza śnieżynka

🎁 Czasozamrażacz

fot. Marianna Patkowska

całkowita cena zestawu: 429 zł
cena katalogowa produktów: 674 zł
oszczędzasz: 245 zł

 W skład zestawu wchodzi:

Wykaz wszystkich kosmetyków znajdujących się w zestawie:

 Opis produktów:

  • Wszystkie powyższe kosmetyki opisałam szczegółowo TUTAJ.

Do kogo skierowany jest ten zestaw?

Tak naprawdę do każdego (a właściwie każdej, bo to akurat kosmetyki dla kobiet, choć Mary Kay posiada również ofertę dla mężczyzn). Bez względu na to, czy obdarujemy nim panią o ładnej i zadbanej cerze, czy takiej, która wymaga pewnej pomocy, zestaw z serii Age Minimize zwłaszcza połączony z zestawem do mikrodermabrazji sprawdzi się idealnie!

Do kwestii cen obiecałam wrócić. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to mały wydatek. Sama przed pierwszym zakupem miałam ogromne wątpliwości, a zanim stałam się konsultantką (nabywając zestaw startowy), zdecydowałam się właśnie na zestaw z serii Age Minimize  3D™ Time Wise®. Wątpliwości brały się z nieznajomości dobranych mi przez wspomnianą wyżej konsultantkę produktów i świadomości, że są to jednak bardzo duże pieniądze. Dziś mogę powiedzieć, że tak wydajnych kosmetyków nie miałam nigdy wcześniej. Każdego z nich należy używać, wyciskając dosłownie kroplę nie większą od ziarenka grochu. W związku z tym, mimo że z zestawu Time Wise korzysta się dwa razy dziennie (z mleczka 4w1 i przeciwzmarszczkowego kremu pod oczy dwa razy dziennie, a z rewitalizującego kremu na dzień i regenerującego kremu na noc po razie), starcza na kilka dobrych miesięcy.

  • Nadszedł czas na dobrą radę: kiedy kosmetyki zaczną się kończyć, a wyciskanie ich z tubki zrobi się problematyczne, warto przeciąć tubkę nożyczkami i dostać się tym sposobem do resztek, których nie można już wycisnąć (do zamknięcia wystarczy nałożyć na siebie dwie przecięte połowy). Tak zyskuje się jeszcze dodatkowy co najmniej tydzień używania produktu, zanim nie wygrzebie się go do końca. (Ta rada tyczy się zresztą nie tylko kosmetyków Mary Kay.)

Oprócz wydajności oczywiście największą siłą tych kosmetyków jest ich jakość. Zaczynając ich używać i rezygnując zarówno z toniku do twarzy, jak i płynu micelarnego oraz tłustych kremów, zaczęłam czuć na twarzy fantastyczną lekkość! Kondycja mojej cery (a było z nią słabo) wyraźnie się poprawiła.

🎁 Świąteczne OKOliczności

fot. Marianna Patkowska

całkowita cena zestawu: 274 zł
cena katalogowa produktów: 413 zł
oszczędzasz: 139 zł

W skład zestawu wchodzą:

Opis produktów:

Do kogo skierowany jest ten zestaw?

Również każda pani powinna być z tego zestawu zadowolona, jednak przede wszystkim zachwyci on te kobiety, które skarżą się na tzw worki pod oczami lub/i spędzają sporo czasu przed monitorami komputerów, za czym żadne oczy niestety nie przepadają.

🎁 Gwiazda polarna

fot. Marianna Patkowska

całkowita cena zestawu: 169 zł
cena katalogowa produktów: 289 zł
oszczędzasz: 120 zł

W skład zestawu wchodzi:

Opis produktów:

  • Serum wyrównujące koloryt skóry redukuje przebarwienia i ciemne plamy na skórze, delikatnie ją rozjaśniając, a także przywracając jej blask, świetlistość i młodzieńczy odcień.
  • Krem przedłużający nawilżenie skóry poprawia nawilżenie skóry poprzez wzmocnienie naturalnych procesów utrzymywania w niej wilgoci. Nie zatyka porów i jest bezzapachowy. Nadaje się również do skóry bardzo wrażliwej.

Do kogo skierowany jest ten zestaw?

Zestaw Gwiazda Polarna jest skierowany przede wszystkim do kobiet, których skóra trochę już przeszła. Wspomniane przejścia mogą być spowodowane przebytą chorobą, przemęczeniem lub zaawansowanym wiekiem.

🎁 Urocza śnieżynka

fot. Marianna Patkowska

całkowita cena zestawu: 161 zł
cena katalogowa produktów: 220 zł
oszczędzasz: 59 zł

W skład zestawu wchodzi:

Opis produktów:

  • Wszystkie powyższe kosmetyki opisałam szczegółowo TUTAJ.

Do kogo skierowany jest ten zestaw?

Absolutnie do każdej kobiety, która chce się poczuć wyjątkowo. Moje zdecydowanie ulubione kosmetyki, czyli kolorówka (te służące do wykonywania makijażu), w Mary Kay są naprawdę wyjątkowe! Nawet kiedy pomaluję się nimi mocniej (na wieczorne wyjścia lub do zdjęć), w ogóle nie czuję na swojej twarzy ciężkości. Po wielu godzinach wszystko też pozostaje na swoim miejscu (jeśli oczywiście, zapominając o makijażu, nie potrę sobie oka…). Absolutnym hitem jest dostępny w tym zestawie tusz do rzęs Lash Intensity™ – Black – rzęsy sprawiają wrażenie sztucznych, dodając oku wyrazistość. Do tego znakomity puder i najwyższej jakości pędzel ucieszą każdą zadbaną kobietę!

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę jedyną w mojej nieistniejącej karierze muzycznej piosenkę, którą nagrałam wiele lat temu do reklamy, dostając za to wynagrodzenie finansowe (może ją słyszeliście?). Była to co prawda reklama kawy, ale przecież z tego właśnie trunku kubkiem w ręku można zakupić u mnie online opisane powyżej kosmetyki!

🎁🎁🎁
Zapraszam do zakupu opisanych zestawów Mary Kay:

„Patkowski. Ambasador muzyki z Marsa” Agnieszka Pindera

fot. Marianna Patkowska

wyd.: Muzeum Sztuki w Łodzi i Fundacja Automatophone
rok wydania: 2019

Mój tata, Józef Patkowski, gdyby żył, kończyłby dzisiaj 91 lat. Był (do niedawna) nie tylko najważniejszym mężczyzną, ale też najważniejszym człowiekiem w moim życiu. Nauczył mnie, jak istotne jest postępowanie zgodne z własnym sumieniem i – co za tym idzie – mówienie głośno tego, co się myśli i czuje, bez względu, jak bardzo może się to okazać (chwilowo) niepopularne. Świat zmieniają w końcu tylko buntownicy. Wpoił we mnie niezgodę na bylejakość. Swoją dzisiejszą recenzję dedykuję więc jego pamięci. Pewnym paradoksem jest fakt, że omawiana książka została poświęcona akurat jemu… Cóż, jego rozczulająca przekora najwyraźniej jest nieśmiertelna.

Pisać każdy może

Kiedy wiele lat temu, znając moje teksty, sam Krzysztof Droba namawiał mnie, żebym napisała książkę o zawodowych dokonaniach taty, niesamowicie połechtał tym moje literackie ego, wiedziałam jednak, że pomysł nie jest dobry i to z kilku powodów. Po pierwsze nie miałam, nie mam i nigdy nie będę mieć dystansu, który do napisania rzetelnej pracy jest konieczny. Po drugie nie jestem muzykologiem. (Choć uczęszczam na Warszawską Jesień już od trzydziestu dwóch lat, nie udało mi się – jak niektórym – zostać nim przez zasiedzenie.) Miałam silne przeczucie, że skończenie filologii polskiej i kulturoznawstwa nie daje wystarczających kompetencji do napisania o ikonie polskiej muzykologii. Dziś, po przeczytaniu książki „Patkowski. Ambasador muzyki z Marsa” autorstwa Agnieszki Pindery wiem, że jeśli coś może nie dawać ich bardziej, to skończenie samego kulturoznawstwa…
Jednym z podstawowych problemów tej pracy jest to, że właściwie nie wiadomo, do kogo jest adresowana. Brak jasno sprecyzowanej grupy docelowej pogłębia i tak już obecny chaos spowodowany ogromnymi niedostatkami warsztatowymi. Autor ma prawo żywić nadzieję, że jego książkę przeczytają bliżej nieokreśleni wszyscy. W praktyce jednak Agnieszka Pindera nie wiedząc, czy pisze do muzykologów, czy do szerszego grona odbiorców, raz tłumaczy pojęcie tak dla każdego muzykologa oczywiste, jak „serializm”, a innym razem zostawia bez wytłumaczenia pojęcia – dla osób niezwiązanych zawodowo z muzyką – wyjaśnień (lub przynajmniej uporządkowania) wymagające.
Kolejnym problemem jest absolutny brak wyczucia językowego autorki i niedbałość redaktorów (aż dwóch!). Jeśli prawie wszystkie znajdujące się w książce cytaty biją na głowę swoją językową jakością tekst główny, zmusza to do pewnych refleksji. (Nie mam oczywiście na myśli źle pociętego cytatu z mojego bloga, w którym udało się redaktorom wygenerować jedną nieistniejącą w tekście oryginalnym literówkę.)
Żeby jednak zwrócić uwagę na łyżeczkę miodu w tej beczce dziegciu, warto wspomnieć o świetnym tytule oraz znakomitym i wysmakowanym projekcie graficznym książki.

 Mieszko, Mieszko!
Mój koleżko!

Tata przechodził z większością ludzi w każdym wieku dosyć szybko na „ty”. Nie wszystkim moim rówieśnikom udawało się przełamać, by mówić do niego po imieniu (różnica wieku wynosiła w końcu 56 lat), jednak znaczące było to, że propozycja zawsze wypływała od niego. Kiedy autorka, zaliczająca się zresztą do grona moich rówieśników, pisze o tacie, którego nigdy osobiście nie poznała, „Józef”, mam dyskomfort. Nie był jej kolegą. Nie był nim też serdeczny przyjaciel taty jeszcze z czasów szkolnych, ceniony profesor fizyki Ryszard Gajewski*. Choć nigdy nie słyszałam, by tata nazywał go inaczej niż pieszczotliwym zdrobnieniem „Rysiek” i choć w ten sam sposób nazywała go też cytowana w książce, ich wspólna koleżanka i równolatka, Magdalena Shummer, z pewnością nieżyjący już profesor Gajewski nigdy nie był „Ryśkiem” dla Agnieszki Pindery.

*prof. Ryszard Gajewski – pracownik Polskiej Akademii Nauk oraz Massachusetts Institute of Technology, organizator i pierwszy kierownik Pracowni Fizyki Plazmy w Zakładzie Teorii Jądra Atomowego Instytutu Problemów Jądrowych w Warszawie; na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pierwszy (i jedyny) dyrektor wydziału ds. zaawansowanych projektów Departamentu Energii Stanów Zjednoczonych

Razi mnie również wprowadzenie postaci jednego z najpoważniejszych muzykologów, przyjaciela taty, profesora Michała Bristigera*, słowami:

[…] Michał Bristiger, późniejszy badacz i popularyzator muzyki oraz wykładowca akademicki […]

– „Patkowski. Ambasador muzyki z Marsa” Agnieszka Pindera, str. 50

„Popularyzatorem muzyki” może być każdy, kto się nią interesuje, bez względu na wykształcenie (żeby niedaleko szukać, jest nim np. redaktor i pomysłodawca tej książki, Michał Mendyk). „Badacz” i „wykładowca akademicki” również są, owszem, prawdą, ale niecałą. Przedstawienie kogoś o tak wielkich osiągnięciach w sposób sugerujący czytelnikowi, że nie miał ich wcale, w złym świetle stawia jedynie autora i w najlepszym razie świadczy o jego niewiedzy. (W innym wypadku trzeba byłoby uwierzyć w celowe fałszowanie historii.)

*prof. Michał Bristiger – prof. zw. dr hab. sztuk muzycznych o specjalności muzykologia; krytyk muzyczny; naukowiec związany z Instytutem Sztuki PAN, którego głównym kierunkiem zainteresowań była problematyka teoretyczna i estetyczna; wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego i Warszawskiego; doctor honoris causa Uniwersytetu w Palermo, lekarz

Podobny bunt rodzi we mnie pierwsze wspomnienie o Stefanie Jarocińskim:

Stanowisko związane z radiowym teatrem objął po muzykologu i publicyście muzycznym Stefanie Jarocińskim.

– tamże, str. 55

„Publicystą muzycznym”, podobnie jak „popularyzatorem muzyki”, również może być każdy. Doceniam, że Stefan Jarociński* został przynajmniej określony mianem muzykologa, jednak wciąż razi mnie odczuwalny brak świadomości autorki, o kim pisze.

*dr Stefan Jarociński – muzykolog, krytyk, pisarz muzyczny; miłośnik muzyki i kultury francuskiej, którego głównym przedmiotem zainteresowań była estetyka XIX i XX wieku oraz historia krytyki muzycznej; badacz muzyki Debussy’ego

Tego typu przykładów mogę wskazać w książce jeszcze kilka. Autorka sprawia wrażenie, że nie orientuje się w ogóle w realiach ani środowiska, ani czasów, o których pisze. Nie czuje też, co wypada, a czego nie i nieustająco przekracza granice (bardzo w tym środowisku i tamtych czasach istotne).

Biografem być

Dobrze napisane biografie dzielą się na dwa rodzaje. Pierwszy, w którym piszący sam jest wielką osobowością i opisując przyjaciela albo np. grupę artystyczną, pokazuje nam swój sposób odbioru opisywanej historii (jak arcyciekawa książka o TOTARCIE, którą lada dzień wyda Tymon Tymański), to biografie o charakterze autobiograficznym nawet, jeśli autor niekoniecznie pisze wyłącznie o sobie samym. Drugi rodzaj biografii to taka, w której biograf najpierw wykonuje niezwykle ciężką i żmudną pracę, docierając do wszystkich dostępnych materiałów (książek, prasy, dokumentów, zapisków, relacji bliskich, etc.) na temat osoby, o której zamierza napisać, a potem – wyposażony w gigantyczną wiedzę – usuwa się w cień bohatera książki, najrzetelniej przedstawiając jego sylwetkę. Rola trudna, być może nawet niewdzięczna i z powodów oczywistych (co piszę naprawdę bez złośliwości) jedyna pozostająca i Agnieszce Pinderze, i tak naprawdę każdemu, kto zdecydowałby się napisać o Józefie Patkowskim, ale nie żył w jego czasach, nie należał do kręgu jego znajomych i przede wszystkim nie ma na swoim koncie dokonań tak spektakularnych, jak choćby wspomniany profesor Ryszard Gajewski czy profesor Michał Bristiger. Niespecjalnie dziwi mnie, że tak karkołomne zadanie, jakim jest napisanie dobrej biografii Patkowskiego przerosło autorkę. Dziwi mnie natomiast, że – przedstawiając go bardzo chaotycznie i niedbale – co jakiś czas wyłania się zza jego pleców i pozwala sobie na swobodną, niemającą żadnego pokrycia w rzeczywistości interpretację faktów. Oto, żeby nie być gołosłownym, kilka przykładów:

Pomijając ilustracje muzyczne do kilku filmów, zrealizowane razem z przyjacielem i współpracownikiem Krzysztofem Szlifirskim jakby dla wprawy, Józef Patkowski w zasadzie nie komponował.

– tamże, str. 9

Wyssane z palca domysły o tym, że tata napisał muzykę do filmów „dla wprawy”, nawet jeśli są poprzedzone asekuracyjnym i nic nieznaczącym „jakby”, po pierwsze nic do książki nie wnoszą, a po drugie są w biografii niedopuszczalne.

[…] odnalazłam zdjęcie profesora Patkowskiego wykonane w Wielkanoc 1935 roku. […] Może zbyt obszerny płaszcz, w który odziany jest chłopiec na fotografii [sześcioletni Józef Patkowski], został zakupiony „na wyrost”? A może to po prostu ubranie po starszym rodzeństwie?

– „tamże, str. 23

A może po prostu był… 1935 rok?

Bogusław Schaeffer w połowie maja 1968 roku przedstawił szefowi SEPR jeden z nowych pomysłów. [Tu został zacytowany list Schaeffera do taty.] Kompozytor pozwolił sobie na poufałość, gdyż dobrze się już z Józefem znali.

– tamże, str. 79

Reasumując, spoufalająca się ze wszystkimi niepoznanymi osobiście wielkimi postaciami polskiej kultury autorka tłumaczy czytelnikowi, że sam Bogusław Schaeffer* miał prawo zwrócić się w liście do taty po imieniu, „gdyż się dobrze znali”. Napiszę jedynie, że bez względu na to, jaki charakter miała ich znajomość, Bogusław Schaeffer mógł się zwrócić do taty jak chciał, ponieważ… był Bogusławem Schaefferem.

*Bogusław Schaeffer – kompozytor, muzykolog, krytyk muzyczny, dramaturg, grafik i pedagog; pionier gatunku teatru instrumentalnego; jedna z najbardziej oryginalnych postaci polskiego życia muzycznego; (poza wszystkim – rówieśnik taty)

Kaczkę w potrawce z ananasem w stylu azjatyckim wspominają wszyscy bliscy Józefa.

– tamże, str. 141

Mowa o „kaczce po chińsku”,  która nigdy nie była przez tatę nazywana inaczej. Słowa autorki to jej luźne skojarzenia. (Co innego oczywiście cytaty, np. z książki Edwarda Pałłasza „Na własną nutę”, bo on, uczestnicząc w przyjęciach taty, zapamiętał danie na własny sposób.)

Nadanie córce imienia Marianna symbolizującego wolność w momencie, gdy Józef doświadczał realnych opresji ze strony władzy było wyraźną deklaracją, że nie zamierza się on poddawać.

– tamże, str. 164

Historia związana z moim imieniem jest bardzo prosta (i celowo – by znów coś nie zostało przez nią przekształcone – nieprzekazana autorce). Tata powtarzał mamie, że „w jego rodzinie są same Marie i same Anny, więc jego córka będzie miała zupełnie inaczej na imię”. Kiedy jednak przyszło co do czego, na wybór mojego imienia złożyły się dwa czynniki: data moich urodzin wypadająca we francuskie Święto Zburzenia Bastylii oraz imię serdecznej przyjaciółki rodziców, Marianny Brün (żony kompozytora Herberta Brüna i córki aktorki teatru Bertolta Brechta), po której dostałam też cudowne zdrobnienie: manNi.
Dużo lepiej byłoby, gdyby autorka zamiast naginać rzeczywistość, po prostu podzieliła się z czytelnikiem refleksją, że zauważa zależność między represjami, jakich doświadczał tata, a moim symbolizującym wolność imieniem. (Usuwanie się w cień bohatera, o którym się pisze, nie musi oznaczać przecież niezwracania uwagi czytelnika na rzeczy, które się dostrzega.) Z pewnością miałoby to większą wartość niż uwaga, stronę wcześniej, że Agnieszka Pindera „zgadza się ze Słowińskim*”.

*Władysław Słowiński – muzykolog, kompozytor i dyrygent; dyrektor artystyczny wytwórni płytowej Polskie Nagrania; sekretarz generalny Związku Kompozytorów Polskich (1973-1985); prezes Oddziału Warszawskiego ZKP (1985-2001); pomysłodawca i twórca „Warszawskich Spotkań Muzycznych”, w latach 1986-2016 ich dyrektor artystyczny (obecnie dyrektor honorowy)

Należała ona do grona młodych osób, które zapraszał na Kaliską na dyskusje w ramach swego rodzaju „szkoły filozofów”, gdzie spotykali się wybrani przez niego muzykolodzy i muzykolożki, kompozytorzy i kompozytorki, a także historycy i historyczki sztuki.

– tamże, str. 203

Nadużywanie feminatywów omawiałam bardziej szczegółowo we wpisie „Wszyscy jesteśmy językoznawcami i językoznawczyniami”. O ile jest dla mnie oczywiste, że kobieta ma pełną dowolność w kwestii korzystania lub niekorzystania z feminatywów, kiedy mówi o sobie samej (np. jedna kobieta będzie czuła się „lekarzem”, a inna „lekarką” i są to dwie równorzędne i całkowicie poprawne językowo formy), o tyle drażni mnie zapominanie o tym, że w języku polskim rodzaj męski ma tak naprawdę podwójne znaczenie: określa nie tylko mężczyznę, ale też człowieka.
Z pewnością tata nie zapraszał do siebie muzykologów i muzykolożek, kompozytorów i kompozytorek oraz historyków i historyczek sztuki! Tata zapraszał ludzi, których cenił i podziwiał, których był ciekaw. Nie miała dla niego żadnego znaczenia ani ich płeć, ani rasa, ani narodowość. Sięganie do modnych dopiero od niedawna (w dodatku szalenie pretensjonalnych) językowych trendów przy opisywaniu czasów, w których nie miały racji bytu jest kolejną, mówiąc najdelikatniej, niefrasobliwością autorki.

Poza wszystkim, znowu daje się odczuć (jak w przypadku nieokreślenia grupy docelowej odbiorców) brak planu i pomysłu. Biografia powinna skupić się na sylwetce osoby, której jest poświęcona, pokazując ją w możliwie jak najszerszym kontekście. Tymczasem Pindera po prostu przedstawia sytuacje, których tata był bohaterem (m.in. działalność Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, którego był pomysłodawcą i twórcą). Oczywiście w sposób naturalny jest on w centrum opisywanych wydarzeń, jednak to zbyt mało. Dopatrzyłabym się jakiejś konsekwencji, gdyby autorka zrezygnowała z pisania o jego życiu osobistym i skupiła się na zawodowym, ale robiąc to przynajmniej starannie. Tymczasem wplata ona nieuzasadnione akapity o jego relacjach z bliskimi, którym brak jednak kontekstu. Na przykład kilka zdań o tym, że kiedy byłam mała, tata brał mnie na barana i doprawiał potrawy wg moich sugestii, nie ma najmniejszego związku i z wcześniejszym, i późniejszym tekstem o jego pracy zawodowej.
Nie mówiąc już o tym, że człowieka budują nie tylko relacje zawodowe i osobiste, ale też książki, jakie przeczytał, obrazy i filmy, które zmieniły jego życie, artyści, których cenił. Opisany przez Pinderę Patkowski był skupionym wyłącznie na muzyce elektroakustycznej muzykologiem i pojawiał się na nieorganizowanych przez siebie festiwalach i wydarzeniach muzycznych niemal wyłącznie po to, by móc propagować wąską specjalizację, jakiej się oddał. Tymczasem nie dowiemy się z jego biografii ani o tym, jak wiele dziedzin sztuki kochał, ani że jeździł na przeróżne festiwale nie tylko muzyki współczesnej, bo się po prostu muzyką – szeroko pojętą – żywo interesował, ani jacy malarze byli mu najbliżsi, ani jaka poezja i proza go dogłębnie poruszała (a szkoda, bo pewną ciekawostką jest to, których polskich i zagranicznych poetów i pisarzy cenił na długo przed tym, kiedy dostali nagrodę Nobla i zrobili się w Polsce modni). Przykre jest nie to, że Agnieszka Pindera nie dotarła do tych informacji, lecz to, że dysponując nimi, nie uznała ich za warte zamieszczenia w swojej książce.
Zdaję sobie sprawę, że autorka wykonała mnóstwo pracy, docierając do chyba wszystkich żyjących znajomych taty. Wiem, jak wiele czasu zajęło jej przekopanie się przez tony pism i dokumentów. Z drugiej strony, mówiąc brutalnie, przy takim efekcie końcowym, fakt, że ktoś włożył w jego osiągnięcie dużo pracy, nie przemawia niestety na jego korzyść.

Redaktorem być

fot. Marianna Patkowska

Pierwszą, największą uwagą do redakcji jest absolutna nieobecność w zespole redakcyjnym muzykologa, który mógłby pomóc gubiącej się na nieznanym polu autorce – absolwentce kulturoznawstwa. Wracam do tego, o czym pisałam na samym początku: kompetencji do napisania o ikonie polskiej muzykologii nie dają ani szczere chęci, ani nawet paranie się publicystyką muzyczną. Tu potrzebna jest rzetelna i naprawdę rozległa wiedza. (Przede wszystkim muzykologiczna, ale również – jak się okazuje – historyczna.)
Drugim problemem jest nierówność tej książki. Autorka – powiedzmy to wprost – pisze bardzo słabo. Rozumiem, że nawet najlepsza redakcja nie jest w stanie zdziałać cudów, jednak całe długie fragmenty są tu całkowicie przez redaktorów pominięte (charakteryzują je m.in. zatrzęsienia cudzysłowów używanych bez jakiejkolwiek wiedzy na ich temat). Potem redaktorzy się nagle pojawiają i tekst od razu staje się bardziej znośny. Nie na tym polega rola redaktora, żeby wykonywać swoją pracę co piątą stronę.
Poniżej podaję kilka przykładów redaktorskich zaniechań, choć jest ich w książce niestety dużo więcej.

Autorka: Agnieszka Pindera
Redakcja: Michał Mendyk, Małgorzata Poździk
Korekta: Agnieszka Hatowska
Projekt graficzny, skład i łamanie: Magda Burdzyńska

– tamże, str. 4 (karta redakcyjna)

Wg biblii redaktorskiej, czyli „Edycji tekstów” Adama Wolańskiego, w karcie redakcyjnej podaje się nazwiska autorów i współtwórców książki, „którzy nie zostali wymienieni na stronie tytułowej, ewentualnie przytytułowej”. Umieszczenie więc nazwiska autorki w tym miejscu jest zbędne. Jeśli jednak przymkniemy na to oko, z łatwością odnajdziemy kolejną nieprawidłowość. Skoro został przyjęty porządek, w którym przed nazwiskami funkcje opisane są w sposób bezosobowy, jak „redakcja” czy „korekta”, czemu przed nazwiskiem autorki widnieje słowo „autorka”, a nie „autorstwo” lub – zgrabniej – „tekst”?

Józef Patkowski z żoną Barbarą i Henrykiem Mikołajem Góreckim w kuluarach festiwalu Warszawska Jesień. Zdjęcie wykonano 23 września 1967 roku, prawdopodobnie po koncercie, podczas którego usłyszano prawykonanie utworu Góreckiego Muzyczka II.

– tamże, str. 110 (opis zdjęcia nr 8)

Czy na pewno istotne jest, co podczas koncertu „usłyszano”, czy raczej, jaki utwór znalazł się w jego programie? Usłyszano wtedy prawdopodobnie wiele rzeczy (np. kaszel, kichanie, może nawet rozmowy, czy w końcu oklaski), nie to jest jednak – biorąc pod uwagę kontekst zdania – informacją, którą próbuje nam przekazać autorka.

Patkowski zaangażował się bowiem w tworzenie trzeciego już w swojej karierze zawodowej studia – Studia Muzyki Elektronicznej i Komputerowej katowickiej Akademii Muzycznej.

– tamże, str. 195

Studio Muzyki Komputerowej i Elektroakustycznej na śląskiej uczelni oficjalnie zostało otwarte tuż po wakacjach w 1992 roku.

– tamże, str. 196

Na kolejnych stronach autorka używa drugiej nazwy, czyli Studio Muzyki Komputerowej i Elektroakustycznej. Czy nazwa Studio Muzyki Elektronicznej i Komputerowej funkcjonowała na początku, zanim wyparła ją druga, oficjalna? Zadaniem redaktora jest sprawdzenie i wyjaśnienie czytelnikowi, skąd w tekście dwie różne nazwy lub – jeśli któryś zapis jest błędny – poprawienie go.

Cytaty

Oto zaledwie kilka przykładów tego, co w poważnej pracy nigdy nie powinno się znaleźć.

Monachium przed wybuchem pierwszej wojny światowej było miejscem stworzonym dla miłośników sztuki.

– tamże, str. 16

Domyślam się, że autorce chodziło o to, że:

  • Monachium przed wybuchem pierwszej wojny światowej wydawało się miejscem stworzonym dla miłośników sztuki.
  • Monachium przed wybuchem pierwszej wojny światowej było miejscem wręcz stworzonym dla miłośników sztuki.

Po pomyślnym ukończeniu drugiego roku muzykologii Józef chciał podjąć naukę na drugim kierunku – na fizyce. Nieznana jest jego motywacja, być może chciał podążyć śladami ojca, przed wojną niezwykle szanowanego profesora fizyki? Sam pisał w podaniu na pierwszy kierunek, że poważnie rozważał zajęcie się akustyką, nie mając wszak pewności, „czy zagadnieniami tymi winna zająć się muzykologia, czy fizyka”?

– tamże, str. 54

Motywacja taty (znana wielu osobom, które można było o to zapytać) bezpośrednio wynika przecież ze zdania następnego.

Dziś z trasą takiego spaceru sąsiaduje park Pole Mokotowskie, ale w latach pięćdziesiątych Patkowscy mijali raczej znajdujące się wówczas na tym terenie domki fińskie i ogródki działkowe.

– tamże, str. 57

Trasa nie może „sąsiadować” z parkiem (i na odwrót). Może obok niego przebiegać.

Na tak sformatowane zajęcia Patkowskiego, a później Bilińskiej przychodzili studenci kierunków kompozycja, dyrygentura i teoria muzyki, zorientowani w podstawach fizyki dźwięku.

– tamże, str. 198

Jeśli już koniecznie chcemy takie zdanie, to po słowie „kierunków” powinien znaleźć się dwukropek. Jednak zgrabniej byłoby po prostu:

  • Na tak sformatowane zajęcia Patkowskiego, a później Bilińskiej przychodzili studenci kompozycji, dyrygentury i teorii muzyki, zorientowani w podstawach fizyki dźwięku.

Dowiedział się w tym czasie o problemach finansowych kompozytora Krzysztofa Knittla. Wynikały one z faktu, że młody twórca zrezygnował z pisania piosenek (w rodzaju „Koncertu jesiennego na dwa świerszcze” dla Magdy Umer) i grania w kabaretach, by zająć się gorzej opłacalną, ale bliższą swemu sercu muzyką awangardową.

– tamże, str. 140

Ktoś, kto nie ma świadomości, że (znakomitą zresztą) piosenkę „Koncert jesienny na dwa świerszcze” napisał Krzysztof Knittel, z powyższego fragmentu się tego niestety nie dowie. Piosenki Krzysztofa Knittla nie są w rodzaju (???) „Koncertu jesiennego na dwa świerszcze”! Piosenki Krzysztofa Knittla to między innymi „Koncert jesienny na dwa świerszcze”.

By odwiedzić Patkowskich, trzeba wejść bramą IV i skręcić w lewo.

– tamże, str. 203

Czy fragment opisuje wejście do naszego warszawskiego domu na ulicy Kaliskiej? Nic bardziej mylnego! Opisuje… Powązki i drogę na grób, w którym pochowany jest tata i jego matka. Już pomijam to, że po wejściu IV bramą trzeba skręcić w prawo, a nie w lewo, ale czy sformułowanie „odwiedzanie Patkowskich” jest w tym kontekście na pewno fortunne?

Podsumowanie

W pracy Agnieszki Pindery zabrakło na pewno słów Magdaleny Długosz – krakowskiej kompozytorki, byłej studentki i prawej ręki taty w studiu krakowskim – bardzo ważnym w karierze taty ośrodku, któremu notabene nie poświęcono zbyt wiele miejsca.
Choć zdaję sobie sprawę, że zbaczam na grząski grunt odkrywania przed czytelnikami kulis powstawania tej książki, czuję, że moim obowiązkiem jest sprostowanie ważnej kwestii, która być może rzuci na tę pracę nowe światło. Autorka wierzy niestety w koncepcję paramuzykologiczną (mocno forsowaną przez redaktora tej książki, Michała Mendyka), kwestionującą fakt, że Józef Patkowski był pomysłodawcą i twórcą Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Choć nadal żyją ludzie, którzy mogą potwierdzić, że inicjatywa stworzenia Studia wypłynęła od taty, Agnieszka Pindera uznaje to za „spekulacje”. Powtarzanym jak mantra argumentem ma być… brak jakichkolwiek potwierdzających to dokumentów w archiwach Polskiego Radia. Z jednej strony to budujące, że powstają amatorskie grupy zapalonych popularyzatorów muzyki. Z drugiej, kiedy silą się na kontrowersyjne (jak chcą o nich myśleć) teorie, powinni posiadać wiedzę dotyczącą podstaw metodologii badań. Nie ma przecież fizycznej możliwości, żeby w dokumentach  radiowych (zwłaszcza tamtych czasów!!!) znaleźć zapisek o intelektualnej własności czyjegoś pomysłu. Sztuką jest nie tylko postawienie dobrego pytania, ale i wiedza, gdzie szukać na nie odpowiedzi.
To, że w pracy „Patkowski. Ambasador muzyki z Marsa” pojawia się informacja, że tata SEPR założył, zostało tak naprawdę wywalczone przez wdowę po Józefie Patkowskim, Zofię Mossakowską (prywatnie moją mamę). W książce Pindery czytamy (fragment odnosi się do francuskiego studia GRM – pierwszego na świecie studia eksperymentalnego):

Pierwszym polskim kompozytorem, który odwiedził tę placówkę (w 1956 roku), był Witold Lutosławski. Czy to on przedstawił Sokorskiemu pomysł stworzenia podobnego miejsca na polskim gruncie? Współpracownicy Józefa są przekonani, że do nowej inicjatywy przekonał prezesa właśnie Patkowski.

– tamże, str. 67

Dalej pojawia się, również wywalczony, początek cytatu oddającego tacie sprawczość z książki Włodzimierza Kotońskiego „Muzyka elektroniczna” – istotną resztę cytatu przeczytamy jednak dopiero w odnośniku, dwadzieścia stron dalej.

Józef Patkowski zasłużył na rzetelną biografię opracowaną przez fachowca.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę piosenkę jednego z ulubionych zespołów taty (o czym w książce również nie przeczytamy), której tytuł znakomicie oddaje to, czym praca Pindery jest. Niestety, wyłącznie tym.

fot. Marek Suchecki

Rewolucja jest Kobietą

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

artykuł z mojej e-gazety “Halny – wiatr zmian”

Feminizm zakłada oczywiście pełną równość płci przy zrozumieniu i akceptacji różnic między nimi. Równocześnie właśnie dlatego, że kobiety mają ciągle zdecydowanie trudniej od mężczyzn, potrafią się najefektywniej zmobilizować do walki o swoje prawa. Mężczyźni niczego nikomu nie muszą już udowadniać. Nas, kobiety, cechuje niewiarygodna determinacja, bo startujemy ze słabszej pozycji. Aktywność strajkowa i obserwowanie zaangażowania przedstawicieli obydwu płci uświadomiły mi, że najlepsze wsparcie, na jakie mogą sobie pozwolić mężczyźni, to nieprzeszkadzanie kobietom, sensowne branie udziału w burzy mózgów, służenie swoją często większą fizyczną siłą (np. w noszeniu rzeczy ciężkich) i zmywanie po obradujących kobietach naczyń (tu puszczam oczko do swojego nieocenionego, cudownego życiowego partnera). Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że bunt i rewolucja nie powstają z dobrobytu, lecz… poczucia braku. Obecny rząd uderza w kobiety, których nienawidzi i których się boi. Z tego powodu jest to nasza (kobieca) wojna. Żeby wygrać, musimy rozegrać ją na swoich zasadach. Każdy mądry mężczyzna to rozumie. Właśnie dlatego jednym z moich ulubionych strajkowych haseł jest tytułowe:

Rewolucja jest Kobietą!

– jedno z haseł Ogólnopolskiego Strajku Kobiet

Próba sił i granie pandemią, czyli kilka słów o naszych prawach

fot. Maciej Jonek/Tygodnik Podhalański

Trudno mi powiedzieć choć jedno złe słowo akurat o zakopiańskiej policji i straży miejskiej. Daleka też jestem od dehumanizowania wszystkich przedstawicieli służb mundurowych. Przyszły jednak czasy, w których trzeba zdawać sobie sprawę z tego, czyje polecenia ci – często dobrzy – ludzie wykonują i że już dawno nie ma to wiele wspólnego ze staniem na straży prawa. Jak jeszcze nigdy, ważne jest dziś, byśmy znali swoje prawa, mając pełną świadomość, że są one łamane, również przez ich strażników (którymi notabene bardzo sprawnie się zastrasza społeczeństwo).
Ze względu na koronawirusa, oczywiście powinno się nosić maseczki i trzymać się od siebie w rozsądnych odległościach (to drugie byłoby wskazane nawet bez koronawirusa). Jednak, żeby wprowadzić taki nakaz i miał on podstawę prawną, rząd musiałby wcześniej ogłosić stan nadzwyczajny, którego do tej pory nie ogłosił. Podobnie jest z tzw. zgromadzeniem spontanicznym, do którego każdy obywatel ma konstytucyjne prawo. Policja będzie nas celowo wprowadzać w błąd. Pamiętajmy więc, strajkując, żeby nie wdawać się z nią w żadne rozmowy (do tego musimy dostać wezwanie pisemne). Nie przyjmujmy też mandatów. Policjant ma zawsze prawo nas wylegitymować, my natomiast mamy prawo poznać wcześniej jego nazwisko i stopień. Dobrze też nagrywać każdą interakcję z policją telefonem od razu w trybie transmisji na portalach społecznościowych (w razie próby skonfiskowania komórki, mamy w sieci dowód na to, jak zajście wyglądało w rzeczywistości).
Poniżej wklejam planszę ze strony Ogólnopolskiego Strajku Kobiet – warto, klikając, zapoznać się z wpisem.

Ogólnopolski Strajk Kobiet

Cała Polska na Podhale

fot. Maciej Jonek/Tygodnik Podhalański

W miniony piątek w Zakopanem miała miejsce kolejna duża manifestacja Strajku Kobiet Podhale i Ogólnopolskiego Strajku Kobiet pod hasłem „Cała Polska na Podhale”. Odwiedziła nas sama Marta Lempart – inicjatorka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.
Jednym z podstawowych zarzutów przeciwników zakopiańskiego strajku był ten o inicjowanie go właśnie teraz, podczas pandemii. To nie tylko nie jest zły moment – to jedyny słuszny moment, bo jeśli ogłoszą nam kolejną kwarantannę, ofiary przemocy domowej po raz kolejny zostaną zamknięte w czterech ścianach ze swoimi oprawcami. I może się to dla nich skończyć tragicznie. Wychodzenie na ulice właśnie teraz, to krzyk rozpaczy.
Charyzmatyczna Marta Lempart wlała w nas ducha walki. Mówiła o odwadze, ale też o strachu; o tym, że ten jest naturalny i że łączy nas również pokonywanie go. Jednak – co jest moim drugim ulubionym strajkowym hasłem:

Solidarność naszą siłą!

– kolejne strajkowe hasło

Mówiła o tym, jak ważne są strajki właśnie w małych miastach (np. takich, jak mimo wszystko Zakopane). W piątek przyszło ponad 500 osób – to, co w wielkich metropoliach nazwiemy „garstką”, w małych miejscowościach (nierzadko będących bastionami partii obecnie rządzącej) jest sukcesem, przełomem, rewolucją! I – na co również zwróciła uwagę Lempart – skuteczniej wysuwa władzy dywanik spod nóg. Na to przecież, w swojej arogancji, nie była przygotowana.
Dosyć interesujące było to, że zarówno podczas poprzedniej manifestacji jak i tej – choć obydwie przebiegły bardzo pokojowo – wydarzył się podobny incydent: zakłócanie protestów (w pierwszej miało miejsce wyrwanie mikrofonu prowadzącej strajk, w drugiej – krzyczenie spod podestu) przez jedną wulgarną, agresywną i pijaną osobę. W obydwu przypadkach była to kobieta (choć nie ta sama). W miniony piątek Marta Lempart w mocny sposób wytknęła fotografom, których atencja skupiła się na awanturującej się pani, że „dają się sprowokować”. Kiedy padło krzywdzące porównanie fotografów do mediów TVP, nikt się już nie odważył robić zdjęć kobiecie, która została wyprowadzona przez policję. W pewnym sensie to dobrze, że ta – tak licznie przybyła z całego chyba województwa – mogła się zająć dla odmiany też czymś innym, niż tylko straszeniem młodzieży chcącej wziąć udział w strajku „konsekwencjami karnymi”. (Strach pomyśleć, ile osób odeszło z kwitkiem, zanim nie pojawiły się przed policyjnymi grupkami strajkowe anioły, uświadamiające młodzież, że nie ma się czego bać oraz że jest dla nich w razie czego wsparcie prawne.)

Gdzie głupia Rada, tam zwada

fot. Maciej Jonek/Tygodnik Podhalański

Piątkowa manifestacja miała miejsce przed Urzędem Miasta Zakopane. Dosyć rozczulające było wcześniejsze zmobilizowanie zakopiańskiej straży miejskiej do ochrony mienia urzędu i oddzielenie się od strajkujących kobiet barierkami. (Ponoć nikt nie zarzucał Strajkowi Kobiet Podhale działań agresywnych, a jedynie bano się ewentualnej kontrmanifestacji, ale po pierwsze na Strajku Kobiet Podhale było za dużo dziewczynek, żeby chłopcy z ONR-u mogli się poczuć swobodnie, a po drugie kościoły przecież nie popilnują się same!)
Miejsce strajku nie było przypadkowe, ponieważ podpisanie uchwały antyprzemocowej przez Radę Miasta Zakopane jest jednym z najważniejszych obecnie postulatów Strajku Kobiet Podhale. Uchwała antyprzemocowa, czyli konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zwana również konwencją stambulską, to opracowana przez Radę Europy konwencja o ochronie praw człowieka. Jej głównym celem jest ochrona ofiar przemocy domowej. Została podpisana przez Polskę, co oznacza, że każda gmina jest zobligowana do jej przyjęcia. Zakopane od dziewięciu już lat systematycznie, nie podpisując jej, łamie prawo. Ani gratulacje Beaty Szydło, ani członków fundacji Ordo Iuris (nieopłacanych przez Kreml fundamentalistów) nie są w stanie tego zmienić nawet, jeśli uspokajają sumienie większości zakopiańskich radnych. Strajk Kobiet Podhale apeluje więc do tych radnych, którzy sprzeciwiają się podpisaniu uchwały antyprzemocowej, by zawrócili ze złej drogi. Na Zakopane zwrócone są oczy licznie przyjeżdżających turystów, o których miasto tak zabiega. To powinno mobilizować do pokazywania się w jak najlepszym świetle. Osobiście myślę, że przyznanie się do błędu pod względem wizerunkowym działa mocniej niż samo jego popełnienie (pierwsze na plus, drugie na minus). Wymaga jednak odwagi i zrozumienia, w czym błąd tkwił. Byłoby na pewno łatwiej, gdyby burmistrz miasta wziął w obecnych wydarzeniach bardziej aktywny udział niż w większości wydarzeń kulturalnych, jednak najwyraźniej jest jednymi i drugimi niezainteresowany w stopniu równym.
W wywiadzie, którego udzieliłam wraz z kilkoma koleżankami anonimowo (pod zmienionym imieniem) do jednej z gazet, zostałam zapytana, jaka jest moim zdaniem przyczyna tego, że dopiero po tylu latach niepodpisywania tej uchwały kobiety wyszły na ulicę. Co je wstrzymywało wcześniej, a co sprawiło, że teraz strajkują. Odpowiedziałam, że prawdopodobnie wkurzenie na zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, które jest zbrodnią i uderza w nas wszystkie. Po czasie dopiero uświadomiłam sobie jeszcze jedną rzecz – najgłośniej słychać dziś głos osób, które, kiedy uchwała nie przeszła po raz pierwszy, miały od sześciu do dziesięciu lat! Nie buntowały się wtedy, bo były jeszcze dziećmi. Dziś jako młodzi, świadomi obywatele wyrażają jasno swoje stanowisko.
Gorąco polecam lekturę całego artykułu, bo wypowiada się w nim też osoba niepełnosprawna; mówi, jak wygląda realny brak wsparcia obecnego rządu wobec znacznie mniej chorych niż ci, do których rodzenia próbuje nas zmusić.

Moje ciało – moja sprawa
Moje dziecko – nasza sprawa

fot. Maciej Jonek/Tygodnik Podhalański

Jednym z pojawiających się już podczas wcześniejszych protestów dotyczących aborcji haseł jest:

Moje ciało – moja sprawa

– jedno z haseł protestów antyaborcyjnych

Chociaż jestem za całkowitą legalizacją aborcji (również tej na życzenie), rozumiem moralne wątpliwości dotyczące konstrukcji prawnej, która decyzję utrzymania przy życiu lub pozbawienia życia zdrowego płodu powierza wyłącznie matce. Nie oznacza to, że je podzielam, ale je rozumiem. Chciałabym zaznaczyć, że nie mam na myśli wątpliwości związanych z poddaniem się lub niepoddaniem aborcji (legalny dostęp do aborcji nie oznacza jej nakazu – to indywidualna, dramatyczna, szalenie trudna i przede wszystkim bardzo intymna decyzja). Piszę wyłącznie o ustanawianiu prawa, pamiętając równocześnie o tym, że niezależnie od tego, czy płód nazwiemy człowiekiem czy nie, do momentu narodzin nie posiada praw człowieka. Hasło moje ciało – moja sprawa odbieram jako deklarację, że płód jest wyłączną własnością matki, na co dowód stanowi jego całkowita zależność od matki w czasie prenatalnym i w stu procentach z nim się zgadzam.
Przyjmuję, że można mieć różne definicje rozwijającego się w kobiecie prenatalnego życia. Niezmiennie dziwi mnie natomiast brak konsekwencji w myśleniu. Obecny rząd trąbi o „ochronie życia poczętego” i tym, że to życie „nie należy do matki” (choć poza nią nie może istnieć), jednak już od momentu narodzenia każdą ochronę dziecka jako autonomicznego organizmu nazywa „atakiem na rodzinę”. Już samo demonizowanie w Polsce norweskiego urzędu do spraw dzieci Barnevernet dobitnie pokazuje, jak długa i ciężka droga nas czeka do zrozumienia, że dziecko nie jest własnością rodzica. Nie powstawałyby pełne oburzenia artykuły o tym, jakie to bezduszne, że powołany do tego urząd zainteresował się  przypadkowym wyrwaniem przez matkę trzylatkowi ręki ze stawu. Moje koleżanki nauczycielki z wpisu „To tylko klaps” zrozumiałyby być może trochę więcej niż tylko krótki i najmniej istotny fragment o sobie, a w szkołach nauczyciele podchodzący do dzieci poważnie nie stanowiliby dziwacznych wyjątków. Jedyną nadzieją dla tego upadającego kraju jest porządna, rzetelna edukacja. Również seksualna. I to akurat obecny rząd wie, biorąc pod uwagę, jak wielkich dokłada starań, by utrzymywać ją na jak najniższym poziomie. Głupim społeczeństwem najlepiej się steruje. Nawet, czego nie doświadczamy, mądrym przywódcom.

P.S. Na deser łączę jedną ze strajkowych piosenek – polską przeróbkę „Bella ciao” (w oryginale była to pieśń włoskich partyzantów antyfaszystowskich), której wykonawczynię mieliśmy przyjemność gościć i wysłuchać w Zakopanem.

Strajk Kobiet Podhale

Tylko mówcie wszystkim!

fot. Geo Dask

Dziś publikuję tekst, który napisałam półtora roku temu i który z różnych powodów nie mógł znaleźć się na blogu wcześniej. Dziś, kiedy już bardziej zwolniona z pracy za przeprowadzenie tej lekcji nie będę i kiedy strajkujemy o lepszą rzeczywistość, myślę że warto odnieść się do jednego z postulatów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, jakim jest dostęp do rzetelnej edukacji seksualnej. Świadomość nie zawsze uchroni nas przed najgorszym, ale na pewno może nam pomóc w odróżnieniu dobra od zła.

Niedługo po emisji filmu „Tylko nie mów nikomu” miałam okazję odbyć rozmowę z dziećmi w przedziale wiekowym 9-13 lat. Nie była może w założeniu łatwa czy przyjemna, ale na pewno niesamowicie potrzebna. Wbrew temu, co można byłoby sądzić, film braci Sekielskich powinien być opowiadany (językiem do tego rzecz jasna dostosowanym!) przede wszystkim dzieciom, gdyż dotyczy zagrożenia związanego właśnie z nimi! Moim celem było nie tyle streszczenie filmu, lecz raczej skuteczne zniechęcenie ich do jego samodzielnego obejrzenia, poprzez ukazanie go jako pozbawionego drastycznych scen i składającego się głównie z rozmów, które mogą dzieci znudzić (co zresztą jest zgodne z prawdą), a także naświetlenie im jasno i wyraźnie ich praw. Dlaczego chciałam je zniechęcić? Otóż dzieci w dzisiejszych czasach często mają niestety niemal niekontrolowany dostęp do internetu i wszystkich pojawiających się w nim treści. Nieprzygotowane na pewne opisy, a równocześnie zachęcone pojawiającym się wszędzie w ostatnich dniach tytułem, mogłyby włączyć film na własną rękę i – nie rozumiejąc połowy – doznać wstrząsu i zostać z tym zupełnie same.
– Kochani, chciałabym z wami dzisiaj porozmawiać o wstrząsającym filmie, o którym jest już głośno, a będzie jeszcze głośniej, więc na pewno o nim usłyszycie lub już słyszeliście.
– O, a jakim?
„Tylko nie mów nikomu”.
– Ja słyszałem!
– Ale super tytuł, a dlaczego taki? Będziemy oglądać razem?
– Niestety nie. Macie rację, tytuł jest znakomity, ale dlaczego taki, wyjaśnię wam dopiero za chwilę. Film jest doskonale zrobiony, ale wykańczający emocjonalnie, dlatego bardzo nie chciałabym, żebyście go zobaczyli. Jest zresztą dokumentalny,  są w nim tylko rozmowy, ale ich treść jest bardzo trudna do zniesienia już dla osób dorosłych. Jednak ja go zobaczyłam też dla was i chcę dziś z wami o tym porozmawiać. Zależy mi, żebyście dziś posłuchali mnie uważnie, bo to, co chcę wam powiedzieć może być dla was trudne, niewygodne i nawet krępujące, ale jest ważne. Zanim powiem wam o samym filmie, muszę wyjaśnić kilka rzeczy. Nie lubicie słowa „seks”, wiem, że was peszy, więc postaram się używać innych sformułowań. „Współżycie”, czy też „akt miłosny”, jest legalnie możliwy tylko między dorosłymi osobami, a także między osobami, które wyrażają na to chęć i zgodę. W praktyce oznacza to, że jeśli są one dorosłe, ale jedna z nich nie wyrazi na takie rzeczy zgody, wymuszenie na niej współżycia nazywamy „gwałtem” i jest to poważne przestępstwo ścigane przez policję. Podobnie w przypadku, gdyby jakaś niepełnoletnia osoba chciała, lub gdyby wydawało jej się, że chce, współżyć z osobą dorosłą, to także w myśl prawa jest traktowane jak gwałt, ponieważ osobie dorosłej nie wolno współżyć z dzieckiem. Teraz mam do was pytanie: jak myślicie, czy jeśli z jakiegoś zachowania może powstać nowe życie, nowy człowiek, to to zachowanie jest ważne, czy nieważne?
– Ważne! – odpowiedziały wszystkie dzieci chórem, choć… po czasie ktoś przebąknął, że „przecież są Durexy”.
– Tak, kochani, bardzo dobrze, że o tym mówicie, oczywiście że są Durexy, ale one nie dają pełnej gwarancji, że kobieta nie zajdzie w ciążę. Zmierzam do tego, że choć biologicznie nie jest to konieczne, jednak składamy się nie tylko z fizyczności, ale też psychiki, nazywanej przez niektórych „duszą” i… bardzo ważne jest w moim odczuciu to, żeby kochać i szanować osobę, z którą się chce współżyć, będąc dorosłym. Naprawdę ważne. No to teraz przejdźmy do filmu. Opowiada on o bardzo trudnym i bolesnym temacie, jakim jest pedofilia. Akurat w nim dotyczy środowiska księży…
– Coś jak „Kler”?
– Tak, tylko „Kler” był wymyślony, a tu dowiadujemy się o historiach prawdziwych. Chcę też, żebyście pamiętali, że nie każdy ksiądz to pedofil. Ten film mówił akurat tylko o przypadkach pedofilii wśród księży, ale pedofila możemy spotkać w każdym miejscu, dlatego tak ważne jest dla mnie to, żebyście mieli świadomość, że żaden dorosły nie ma was prawa: głaskać, przytulać, dotykać, czy całować w sposób, jaki wam nie odpowiada. Nie ma też prawa się przed wami rozbierać, ani kazać się rozbierać wam. W filmie wystąpiły osoby, które mają teraz ok. czterdziestu lat i które kiedy były w waszym wieku, a czasem nawet młodsze, doznały tragedii, jaką było molestowanie ich przez księży. Czyli były dotykane w sposób, który im się nie podobał, wbrew swojej woli. To jest ich dramatem cały czas, choć minęło bardzo wiele lat. Bardzo długo bały się swoich oprawców, nie umiały od nich uciec, a film nazywa się właśnie tak, bo po dramacie, jaki ich spotkał, słyszały zawsze właśnie takie słowa: „tylko nie mów nikomu”. Dlatego bardzo chcę, żebyście mieli świadomość swoich praw i tego, że jeśli – oby nigdy!!! – ktokolwiek zechce zrobić wam krzywdę, macie obowiązek mówić wszystkim! Ale najpierw przede wszystkim musicie uciekać.
– A czy możemy kopnąć takiego dziada między nogi? – to pytanie sprawiło, że urosło mi serce.
– Oczywiście! Ale kolejność jest taka: najpierw staramy się uciec. Jeśli z jakiegokolwiek powodu to nie będzie możliwe, wtedy dopiero można kopnąć między nogi i wtedy uciec.
– A nie lepiej go zabić?
– Nie. Kopiemy go nie po to, by go skrzywdzić, ale po to, żeby go unieszkodliwić i umożliwić sobie ucieczkę, a to różnica. Chcę też, żebyście pamiętali, że tacy ludzie są chorzy. I jak wszystkim chorym należy się im jakiś rodzaj współczucia, choć powinni być najpierw odseparowani od reszty społeczeństwa, a przede wszystkim dzieci, by nie móc ich skrzywdzić. Dlatego takie ważne jest, żeby mówić. Mówić głośno!
– O! A ja oglądałem taki film. I tam był taki pan. Chory właśnie. Tak bardzo. Zostało mu tylko kilka miesięcy życia. I on powiedział tam, że bardzo by przed śmiercią chciał, żeby zaniepokoić? …jego potrzeby… seksualne…
– Zaspokoić jego potrzeby seksualne? – poprawiłam swojego rozmówcę z życzliwym uśmiechem, ale nie roześmiałam się. Wiedziałam, że powiedzenie tego głośno pewnie go sporo kosztowało.
– No właśnie! I przyszła taka pani i to zrobiła. I co pani o tym myśli?
– Hmm… Myślę, że to dość smutne…
– No właśnie, on też tak powiedział, że wolałby ze swoją dziewczyną, gdyby ją miał…
– Ok, powiedziałam wam, że nie składamy się tylko z biologicznej strony, ale…. jesteśmy w jakimś sensie trochę też zwierzętami, a te przecież też współżyją, żeby utrzymać gatunek. W związku z tym, oprócz miłości i szacunku są w nas też czysto biologiczne potrzeby. Pięknie jest to połączyć oczywiście, ale bywa to też trudne. Dlatego powiedziałam, że to smutne. Ale widzisz, była to jednak sytuacja, w której dwie dorosłe osoby się na coś zgodziły. Tragedia, o której był ten film, polegała na tym, że ktoś, kto taką biologiczną potrzebę odczuł, żeby ją zaspokoić, krzywdził dzieci.
Dzieci wyraźnie się ucieszyły z mojego wytłumaczenia rzeczy trudnych. I jakoś chyba uspokoiły.

P.S. Na deser łączę znakomitą szwedzką piosenkę edukacyjną, która może się wydać – ze względu na kontrastującą z tematem wpisu lekkość – nie na miejscu. Pamiętajmy jednak, że jeśli naprawdę chcemy dotrzeć do dzieci, musimy zrozumieć, że ich poczucie powagi sytuacji najczęściej ogranicza się do przerażenia, a  przecież nie chodzi nam o to, żeby je straszyć, tylko uświadomić; świadoma siebie i swojej wartości osoba na pewno nie wstydzi się swojego ciała i seksualności. Ja doszłam do tego wniosku niestety bardzo późno…

Strajk Kobiet Podhale

Strajk Kobiet Podhale: WYDUPCAĆ!

fot. Marianna Patkowska

Strajk Kobiet Podhale

Strajk Kobiet Podhale
artykuł z mojej e-gazety “Halny – wiatr zmian”

W historii toczącej się kołem, co jakiś czas przychodzi moment, w którym przyzwoity obywatel, czy  ma na to ochotę, czy nie (nawiązując do poprzedniego wpisu), musi wyjść na barykady i wywalczyć swoje prawa.  Podhale jest miejscem wyjątkowym, ale – co charakterystyczne dla małych hermetycznych społeczności – światopoglądowo uwstecznionym. Tym bardziej wzruszyła mnie godna podziwu postawa niesamowitej inicjatorki spontanicznego Strajku Kobiet Podhale, która swoją charyzmą pociągnęła za sobą tłumy nie tylko przybyłych na manifestacje, ale też chętnych do pomocy w ich przygotowywaniu. W miniony piątek (30.10) pod oczkiem wodnym na Krupówkach zebrało się ponad 400 osób zbulwersowanych barbarzyńskim orzeczeniem „trybunału konstytucyjnego” w sprawie aborcji, miernością obecnego rządu, jego absolutną indolencją w walce z koronawirusem, a także demontowaniem tego kraju od środka i powolnym wprowadzaniem dyktatury. Niesamowicie budujące było zarówno bardzo liczne przybycie młodzieży, jak i duża rozpiętość wiekowa. Manifestacja, co warto zaznaczyć, miała charakter pokojowy. Jej cudowna liderka znakomicie wyczuła, jak dobrze spożytkować silne emocje, z którymi przyszli protestujący i nieformalnie nazwała to wydarzenie Świętem Miłości i Radości. Celebrowano solidarność i chęć zmiany Polski w kraj, w którym znowu będziemy chcieli żyć. Poważne wystąpienia przeplatane były znakomitą, energetyczną muzyką, do której można się było porządnie wytańczyć.

Przemoc w rodzinie

Strajk Kobiet Podhale

Jednym z postulatów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet jest „ochrona przed przemocą domową”, co w sposób oczywisty nałożyło na Strajk Kobiet Podhale jeszcze jeden obowiązek – zareagowania na skandaliczną decyzję Rady Miasta Zakopane. W całej przywiązanej do tradycji Polsce mówi się o świętości rodziny. Zakopane poszło jednak o krok dalej, wyznając świętość przemocy w rodzinie i – co jest ewenementem na skalę kraju – nie podpisując uchwały antyprzemocowej. Można mówić o wstydzie czy obciachu (co jest jak najbardziej uzasadnione), ale jak ogromnym jest to draństwem wie tylko ten, kto tu żyje. Przemoc domowa nie jest – jak chcą wierzyć zakopiańscy radni – tematem niedotyczącym naszej gminy. To problem nie dość, że realnie istniejący, to jeszcze niestety całkiem powszechny. Alkohol i ciężka góralska ręka stanowią smutną rzeczywistość wielu podhalańskich kobiet… i dzieci. Przemoc jest też na ogół przekazywana z pokolenia na pokolenie. Jeśli ktoś ma czelność twierdzić, że uchwała antyprzemocowa jest zamachem na rodzinę, to myli rodzinę z patologią.
Sama byłam ofiarą przemocy w związku. Nie tu, ale w miejscu równie hermetycznie zamkniętym, jak Podhale. Rozmawiając przez lata z wieloma tutejszymi i tamtejszymi kobietami, i słysząc mnóstwo naprawdę strasznych historii, uderzająca była dla mnie zawsze jedna rzecz: przyzwolenie środowiska na piekło ofiary oraz przerzucanie na nią odpowiedzialności. Bo jak wytłumaczyć sytuację, w której mężczyzna skazany za gwałt na młodej kobiecie po kilku latach więzienia wraca do swojej społeczności i jest witany w niej jak król, a miejsce zamieszkania z powodu ostracyzmu społecznego musi zmienić jego ofiara? Jak wytłumaczyć sytuację, w której kobieta matka, nasyłająca na męża tyrana i pedofila policję jest przez swoich sąsiadów odsądzana od czci i wiary, i wyzywana od najgorszych?
Będę do znudzenia powtarzać, że zło nie jest jaskrawe i że oprawcy stosunkowo rzadko przypominają Josefa Fritzla – kat naprawdę nie musi być w stu procentach zdemoralizowaną bestią. Może być inteligentnym, miłym człowiekiem z rozbrajającym poczuciem humoru, ujmującymi odruchami serca, którego zwyczajnie nie da się nie lubić (psychopaci idealnie się w tych rolach odnajdują). Wiem, że bardzo trudno w takiej sytuacji dopuścić do siebie myśl, że krzywdzi swoją rodzinę, bo wtedy trzeba byłoby zareagować, czyli wyzwać na pojedynek kogoś, kogo lubimy. Jednak jeśli uświadomimy sobie, że alkoholizm czy problemy z agresją są chorobą, łatwiej oddzielimy straszliwe czyny od dopuszczającego się ich człowieka. Często pomagając ofierze, pomagamy również oprawcy. Priorytetem powinna być jednak zawsze pomoc osobie poszkodowanej. Brak reakcji obarcza nas odpowiedzialnością za zło, na które pozwalamy.

Wydupcać!

Strajk Kobiet Podhale

Hasło przewodnie Ogólnopolskiego Strajku Kobiet brzmi:

WYPIERDALAĆ!

– hasło przewodnie Ogólnopolskiego Strajku Kobiet

Zadziwia mnie (jako językoznawcę, kobietę i człowieka równocześnie), że w kimkolwiek wzbudza ono – zważywszy na kontekst i powód strajków – jeszcze jakiekolwiek kontrowersje. Że jest „brzydkie”? Naprawdę? Z językowego punktu widzenia jako hasło jest doskonałe – jedno słowo, które zawiera w sobie maksimum treści, równocześnie nawiązując formą do klasy politycznej tych, do których jest skierowane. Słowo, którego nie da się (nawet rządzącym) nie zrozumieć. Słowo, wyrażające bunt, zdecydowanie i pozycję siły. Przyjęcie gwarowej wersji tego słowa, mianowicie:

WYDUPCAĆ!

– hasło Strajku Kobiet Podhale

jako hasła Strajku Kobiet Podhale, szczerze mnie wzruszyło. Dlaczego? Ponieważ – co było niesamowicie odczuwalne też podczas manifestacji – pokazuje, że nikt ze strajkujących tutaj nie chce odcinać się od góralskiej tradycji (co widać też w pięknie zaprojektowanej grafice). Jednak, by móc być w pełni dumnym ze swojego regionu, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że zezwierzęcenie i przemoc nie są tradycją.

P.S. Na deser łączę jedną z najmocniejszych piosenek, które wybrzmiały w miniony piątek pod oczkiem wodnym na Krupówkach. Widok tańczącej do niej młodzieży mógł wzruszyć do łez. Idzie nowe. Lepsze.

Strajk Kobiet Podhale

Straszny wpis

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Ponieważ dziś jest Halloween, postanowiłam z tej okazji napisać kilka słów o tym, czego i dlaczego się boimy.

Halloween

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Przez całe dzieciństwo pod koniec października od mojej mocno już wtedy starszej cioci słyszałam wypowiadane z przekąsem uwagi na temat świętowania w polskich szkołach Halloween (najczęściej w formie długo wyczekiwanej dyskoteki), co było jej zdaniem kultywowaniem amerykańskiej kultury i w niezrozumiały dla mnie sposób kolidowało z piękną polską tradycją obchodzenia (dzień później) dnia Wszystkich Świętych. Warto więc wyjaśnić, że Halloween jest znacznie starsze od chrześcijaństwa i wywodzi się z tradycji celtyckiej, więc jest w równym stopniu niepolskie, co nieamerykańskie, chociaż w Stanach się rzeczywiście zadomowiło na dobre już od początku XX wieku. W Polsce nie  obchodzi się go bardzo hucznie, nadal jest to jednak czas, którym przede wszystkim ekscytują się dzieci. Kiedy pracowałam w szkole, miałam okazję przypomnieć sobie, jak silne emocje potrafi wzbudzić halloweenowa impreza.
Wszystkich Świętych, o czym już kiedyś pisałam, jest niewątpliwie moim ulubionym świętem w ogóle, ale chodzi w nim nie o zabawę, lecz zadumę i refleksję. Obie tradycje łączy natomiast jedna nadrzędna: kompletny brak gustu producentów wykorzystywanych doń gadżetów (zabawek i zniczy). Jedni i drudzy prześcigają się w projektowaniu coraz to brzydszych szkaradziejstw, na które – co nie przestaje mnie zdumiewać – mimo wszystko ciągle jest popyt. À propos wydaje mi się tu mój ukochany fragment recenzji pierwszej „Piły” z „Gazety Wyborczej” (cytuję z pamięci):

Krew leje się strumieniami, a tak naprawdę straszne jest tu jedynie aktorstwo.

– „Gazeta Wyborcza” recenzja filmu „Piła”

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Strach

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Są ludzie, którym odczuwanie lekkiego strachu sprawia przyjemność. Prawdopodobnie dlatego widziałam w kinie wszystkie siedem „Pił” (mimo że przytoczona recenzja jedynki była niesłychanie trafna) i – kiedy jestem sama – na ogół zasypiam na możliwie jak najbardziej wstrząsających dokumentach lub podcastach kryminalnych (o reżyserię swoich snów podejrzewając Quentina Tarantino).
Strach jest naturalną reakcją organizmu na zagrożenie z zewnątrz, więc pełni funkcję ostrzegawczą. Mam wrażenie, że u mnie jest to trochę zaburzone – niewielu rzeczy się boję, bo rzadko w realne zagrożenie wierzę. Za każdym razem muszę sprawdzić, czy ogień na pewno parzy. Zdrowy strach – ponieważ jego rolą jest poinformowanie nas o niebezpieczeństwie – ma na celu zmobilizowanie nas do konkretnego (przeciw)działania. Pławienie się w nim, do czego niektórzy ludzie mają niestety skłonności, może być bardzo destrukcyjne.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Lęk

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

O ile kwestia strachu jest dosyć prosta, o tyle sprawy się komplikują w przypadku lęku. (Strach jest mi raczej obcy – lęk znam niestety aż za dobrze.) Ten nie musi być racjonalny, bo nie wiąże się z realnym zagrożeniem, lecz zagrożeniem wyobrażonym. Nie cierpię chyba na arachnofobię, jednak na samą myśl o pająku (zwłaszcza dużym i włochatym) cała się wzdrygam. (W towarzystwie raczej już dziś zachowam przy pająku kamienną twarz, ale – mówiąc eufemistycznie –  spotkanie go nie jest sytuacją, w której lubię się znajdywać.) Jest mi całkowicie wszystko jedno, czy jego jad zagraża mojemu zdrowiu lub życiu, czy nie. Zdjęcia pięknych, puszystych lwów wzbudzają we mnie czułość, choć w bezpośrednim spotkaniu stanowiłyby przecież realne zagrożenie. To przykład, który z łatwością pewnie dotrze do większości ludzi. Nie trzeba mieć poważnych zaburzeń, by doświadczyć irracjonalnego lęku. Jednak już stany lękowe, zwłaszcza ich ostre stadia – ataki paniki, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne czy zespoły stresów (zespół ostrego stresu i zespół stresu pourazowego) to bardzo poważne dolegliwości, którymi trzeba się zająć, zgłaszając się po pomoc do specjalisty. Jeśli przestraszymy się czegoś, co jest dla nas realnie niebezpieczne, mamy poczucie adekwatności reakcji naszego organizmu. Jeśli jednak atakuje nas natrętna myśl (zaburzenia obsesyjno-kompulsywne), której nie umiemy zwalczyć na logikę, bo ta nie ma z nią niczego wspólnego, a równocześnie wpędza nas w jak najbardziej rzeczywisty stan ciężkiego roztrzęsienia, możemy odnieść wrażenie, że zwariowaliśmy. Rozdźwięk między racjonalnym odbiorem rzeczywistości a tym, co podpowiadają nam nasze emocje podczas stanów lękowych jest niesłychanie trudny i bolesny dla cierpiącego na tego typu zaburzenia.

Wszystkich, którym przydarzyło się coś takiego, zachęcam do wejścia na stronę Centrum Dobrej Terapii i przeczytania tego tekstu:

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Antidotum

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Nic oczywiście nie zastąpi terapii (i farmakologii, którą również można sobie pomóc), ale czasem zanim doczekamy się na umówioną wizytę u specjalisty, możemy potrzebować się uspokoić i wyciszyć (zwłaszcza w przypadku ostrych skurczów żołądka). Choć nigdy specjalnie nie wierzyłam w takie rzeczy, w momencie krytycznym naprawdę pomogły mi te dźwięki:

Pomogły mi też techniki medytacyjne – uświadomienie sobie, że jestem tu i teraz (siedzę, leżę, czuję pod sobą jakiś materiał, dobiegają mnie jakieś dźwięki, jakieś zapachy) i skupienie się na tym. Natrętnych myśli nie powinno się (jak zresztą żadnych myśli) blokować. Dobrze im pozwolić przepłynąć i uważnie je obserwować. One nie są nami. Niektóre myśli myślimy, natomiast wiele myśli nam się po prostu przydarza. To my dopiero nadajemy im wagę. Jeśli wzbudzają w nas paniczny lęk, warto się im przyjrzeć z zewnątrz. Bardzo polecam posłuchanie, co na ten temat ma do powiedzenia nauczyciel duchowy Eckhart Tolle.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Tchórzostwo

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Są sytuacje, za którymi, uczciwie mówiąc, nie przepadam (co trochę sobie czasem wyrzucam). Mianowicie takie, w których trzeba działać, bez względu na to, czy się boimy, czy nie. Strachy i lęki musimy sobie włożyć do worka na kapcie, bo świat nas wzywa, bo warto być przyzwoitym, itd.. Mam to prawdopodobnie po mamie; jeśli w moim otoczeniu komukolwiek dzieje się krzywda – interweniuję. Mogę w duchu kląć, że wydarza się to właśnie na moich oczach, a nie kiedy indziej, ale jeśli już jestem świadkiem czegoś złego, nie mogę nie reagować. Mam alergię na tchórzy i nigdy nie chciałabym dołączyć do ich smutnego grona. Przykre jest tylko to, że wracają czasy, w których ludzi zachowujących się w jedyny słuszny sposób znowu ktoś zaczyna straszyć więzieniem…

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę dziś wyjątkowo swoją autorską piosenkę (moje: muzyka, słowa, głos i realizacja nagrania).

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Lukrowane „nie”

fot. Marianna Patkowska

Jedną z najważniejszych życiowych prawd, którą próbowałam wpoić dzieciom przez rok pracy w szkole była ta, że

„nie” jest święte i zawsze znaczy „nie”

– jedna z najważniejszych prawd, którą próbowałam wpoić swoim uczniom

Tłumaczyłam (choć głównie raczej nauczycielom…) różnicę między koniecznością wykonywania swoich np. szkolnych obowiązków, wobec których dzieciom bardzo często włączało się „nie” a ich niezbywalnym prawem do odmowy. W pierwszym przypadku trzeba pamiętać o tym, że dzieci nie potrafią jeszcze wziąć odpowiedzialności za swoje postępowanie i nie rozumieją ciągu przyczynowo-skutkowego. Gdyby ich zapytać, czy chcą odrabiać lekcje, najpewniej odpowiedziałyby, że nie, jednak jeśli spytać, czy chciałyby zdać do następnej klasy, odpowiedź mogłaby się już różnić. Rolą dorosłego nie jest przymuszanie dziecka do wykonywania jakichkolwiek obowiązków, tylko wskazanie zależności między ich wykonaniem a upragnionym efektem oraz ich niewykonaniem i jego skutkami. I rzecz najważniejsza – bycie w tym zawsze konsekwentnym.
Okazuje się jednak, że nie tylko dzieci mają problem z uznaniem świętości cudzego i co gorsza również własnego „nie”. Mają go całe zastępy ludzi dorosłych. Jeszcze do niedawna miałam go również ja sama.

„Nie” i kropka

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Wielka filozofka Oprah Winfrey powiedziała kiedyś, że momentem przełomowym w jej życiu był ten, w którym zrozumiała nie tylko to, że zawsze ma prawo odmówić, ale też że „nie” jest pełną wypowiedzią, wystarczającym komunikatem; że może po nim nastąpić kropka, a nie – jak nam się często wydaje – cała litania usprawiedliwień. Zawsze mamy prawo powiedzieć „nie” i się nie tłumaczyć. Uświadomiłam sobie, że rzeczywiście bardzo często o tym nie wiemy. Wydaje nam się, że odmawiając czegokolwiek bliźnim, okażemy się nieuprzejmi, niegrzeczni, nieuczynni. Tymczasem, jeśli rzeczywiście tacy się okażemy, to nie z powodu odmowy i magicznego słowa „nie”, ale sposobu, w jaki to zrobimy. Jeśli nie chcemy być nieuprzejmi, po prostu… tacy nie bądźmy!
Odgrywałam z dziećmi scenki, w których mówiły „nie” na dwa sposoby: żeby nie urazić drugiej strony oraz tak, żeby sprawić jej przykrość. W trakcie tego prostego ćwiczenia szybko pojęły, że „nie” jest neutralne i ani nie wolno myśleć, że kogoś nim w jakikolwiek sposób skrzywdzimy, ani się po jego usłyszeniu obrażać. Zrozumiały też, że nierespektowanie „nie” jest czymś bardzo złym (w bardzo niewielu szkolnych sprawach byłam tak poważna, jak w tej).

„Nie wiem” i kropka

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Jednym z moich ulubionych rysunków Marka Raczkowskiego jest ten ukazujący długą kolejkę do bankomatu, przed którym stoi klient. Bankomat zadaje mu pytanie: „Czy chcesz dokonać transakcji?”, a on, by na nie odpowiedzieć, ma do wyboru ma trzy guziki: „tak”, „nie”, „nie wiem” i wyciąga palec w kierunku tego trzeciego. Rysunek mnie tak bawi chyba przede wszystkim dlatego, że doskonale rozumiem jego bohatera. Nie należę do osób niezdecydowanych. Moje zakupy nie ciągną się w nieskończoność, bo zawsze doskonale wiem zarówno czego chcę, jak i czego absolutnie nie chcę. Trudno mi wcisnąć rozwiązania, które mnie nie satysfakcjonują. Alergicznie znoszę próby decydowania w jakiejkolwiek kwestii za mnie. Nie umiem więc zrozumieć czemu ludzie, którzy mnie dobrze znają, tak często nie umieją uszanować, że na ich niektóre pytania moją pełną odpowiedzią jest właśnie „nie wiem”. „Nie wiem” nie musi wcale oznaczać wahania; stania pomiędzy „tak” lub „nie”. Człowiek myślący nie wie bardzo wielu rzeczy i to akurat, parafrazując Sokratesa, naprawdę warto, żeby wiedział. Nie mam tu na myśli wiedzy, którą nawet, jeśli się jej nie ma, łatwo przyswoić. Mam na myśli przede wszystkim metafizyczne rozważania. „Nie wiem” jest również jakimś stanowiskiem. Nie rozumiem, w czym jasno sprecyzowane przekonanie o istnieniu lub nieistnieniu Boga czy życia po śmierci jest lepsze od uczciwej konstatacji, że się nie wie, jak w rzeczywistości jest.
Mój cudowny profesor Jerzy Bralczyk w książce „Mój język prywatny”opisał „nie wiem” w następujący sposób:

Zazwyczaj: porządna, uczciwa, prawdziwa odpowiedź. Bywa bardziej uczciwa od innych. Mówię „nie wiem”, bo nie wiem, a w ogóle zawsze tak mogę powiedzieć, bo jak jest naprawdę, tego nie wie nikt. Nie wiem, może to też nie jest prawda. Myślę, że chyba trochę jest, ale nie wiem…

– prof. Jerzy Bralczyk „Mój język prywatny”

„Nie” znaczące „tak” i męskie „nie”

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Wiele lat nie umiałam uwierzyć w to, że w dzisiejszych czasach kobiety ciągle nie są traktowane na równi z mężczyznami. Słyszałam opowieści o tym, że podobno zarabiają od nich mniej, ale nie znajdywałam na to dowodów. Zostałam wychowana w profesorskim domu – oboje rodzice pracowali w kulturze, a tam dosyć trudno odróżnić płace lepsze od gorszych.
Zderzyłam się z przykrą rzeczywistością dopiero, kiedy doszło do mnie, że te same żarty czy seksualne aluzje w ustach mężczyzn pozostają po prostu żartami czy seksualnymi aluzjami (wyższych lub niższych lotów, to odłóżmy na razie na bok), natomiast kobietom z automatu nie przystoją. (Nie to, żeby mnie to jakoś specjalnie blokowało, jestem bardzo przekorna po tacie i obserwowanie zmieszania, w jakie czasami wprawiam swoich rozmówców, sprawia mi pewien rodzaj satysfakcji, choć może to niedobrze…) Sprzeciwiam się jednak zawsze nierównemu traktowaniu ludzi.
Przekonanie, że kobiece „nie” oznacza „tak”, wpisuje się w kulturę gwałtu, jest szalenie niebezpieczne i całkowicie wyklucza partnerstwo płci. Myślę, że prowadzi też do przedziwnych i niezrozumiałych dla mnie zachowań na ogół niestety kobiet, czyli grania seksem i jego brakiem w związku. (Więcej na ten temat pisałam w tekście „Pogadajmy o seksie”.) Jakiekolwiek zabawy (z dowolnie ustanowionymi przez obydwie strony zasadami) można rozpoczynać tylko z pozycji partnerstwa, a więc uznania równości nie tylko naszych „nie”, ale wszystkich naszych słów.
Z moim romantyzmem jest dosyć słabo, ale o ile jeszcze jakoś rozumiem kobiecą tęsknotę za silnym męskim ramieniem (a już zwłaszcza za członkiem z ramienia… wysuniętym na czoło), o tyle konieczność podpierania swojego „nie” męskimi plecami, by zostało wreszcie usłyszane, nieustająco mnie bulwersuje. Prawdopodobnie każda kobieta choć raz była w sytuacji, w której niechciany adorator nie dawał jej spokoju, konsekwentnie ignorując jej najpierw delikatne (żeby go nie urazić), a potem coraz mniej miłe „nie” do czasu… kiedy nie usłyszał o nowym partnerze obiektu swoich westchnień. Wtedy (jeśli nie był psychopatą) na ogół sobie odpuszczał dalsze zaloty. Co to w praktyce oznacza? Że istnieje całkiem sporo mężczyzn, którzy nie umieją przyjąć do wiadomości, że – jak by to nie było przykre – kobieta, którą są zainteresowani, nie jest zainteresowana nimi i to zamyka sprawę. Ma tę samą moc, co odmowa kobiety pragnącej pozostać singielką, mężatki czy wchodzącej dopiero w nowy związek. Zabieganie o względy ukochanej osoby nie ma nic wspólnego z nierespektowaniem jej „nie”. (Warto w tym miejscu przypomnieć, że stalking jest przestępstwem.)

„Nie” jak „niegrzeczna”

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Pisałam wyżej, że niegrzeczne nie jest samo „nie”, lecz sposób, w jaki je wypowiemy. Świadomi tego muszą być jednak nie tylko nadawcy, ale również odbiorcy takich komunikatów. Problemem większości mojego życia było nie to, że nie umiałam mówić „nie”, lecz to, że tak bardzo starałam się być grzeczna i miła, że mówiłam je tak, że stawało się dla odbiorców… wręcz niesłyszalne. Lukrowałam je tak długo, że na końcu kompletnie już siebie nie przypominało. (Gwoli ścisłości – nie uważam, że lukrowane „nie” ma mniejsze prawa od tego serwowanego na surowo, próbuję raczej zrozumieć mechanizm.) Widzieli delikatną, wrażliwą osobę, dbającą o to, by jak najlepiej znieśli odmowę i już nie rejestrowali bardzo wyraźnie i wielokrotnie powtarzanego „nie”. Co może nas wyzwolić z impasu?
Myślę, że przede wszystkim świadomość, że nie wszyscy muszą być zadowoleni z naszych decyzji i to jest w porządku (ważniejsze, żeby byli zadowoleni ze sposobu, w jaki ich traktujemy). Musimy też rozumieć swoją odrębność i być zintegrowani ze sobą. Wyznaczamy swoje granice nie tylko słowem „nie” (choć jest to doskonały początek), ale też ustalaniem sankcji za ich przekraczanie (np. „nie chcę, żebyś mnie obrażał/pouczał/poruszał jakiś konkretny temat, jeśli jeszcze raz to zrobisz, zakończę tę rozmowę”). No i najważniejsze, czyli – zupełnie jak w przypadku dzieci – konsekwencja! Czcze pogróżki, że nie pozwolimy się jakoś traktować, a potem brak umiejętności zakończenia rozmowy, kiedy ktoś po raz kolejny przekroczy nasze granice, nie jest okazaniem aktu miłosierdzia skonfundowanemu rozmówcy, tylko aktem przemocy wobec nas samych. Okazaniem nam, w dodatku przy świadkach, jak niewiele warte jest nasze słowo. Więc i… nasze „nie”.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę dziś swój cover hitu Arethy Franklin „Respect”. Wszyscy jesteśmy równi, bez względu na wiek, płeć, kolor skóry, orientację seksualną oraz rodzaj wrażliwości czy delikatności i w związku z tym każdemu z nas należy się taki sam szacunek. I od innych i od samego siebie.

P.S. 2 Piszę to w bardzo trudnym momencie w kraju, w którym frustracje garstki nieudaczników przy władzy doprowadziły do eskalacji niewiarygodnej nienawiści do kobiet i barbarzyństwa, bezczelnie usprawiedliwianego imieniem Boga, którego ci cyniczni wyznawcy złotego cielca mają za nic. Wiem jednak, że wszystko przeminie, a jedyne, co jest niezmienne, to zmiany. Choć uwstecznianie się jest dziś w modzie, trzeba pamiętać, że jutro przestanie być. Uwrażliwiajmy dzieci na świętość słowa „nie” – to jest i zawsze będzie tak samo ważne!

nNajlepsze kupne produkty wege

fot. Marianna Patkowska

Potrafię ugotować obiad składający się z pięciu dań, prawie w ogóle nie posiłkując się gotowymi składnikami (własny chleb, własne smarowidła do przystawek, dipy, zakwasy do zup, przetwory, kompoty, desery i nalewki). Potrafię – o czym pisałam jakiś czas temu – idealnie wysprzątać całe mieszkanie. Potrafię również znakomicie zająć się dziećmi, napisać i nagrać piosenkę w szafie, przeczytać i zrozumieć poważną, wymagającą filozoficzną książkę, zredagować gotowy tekst oraz napisać od początku swój własny na dowolny temat. Jednak… każda z tych aktywności z niezrozumiałych dla mnie powodów w trakcie wykonywania wyklucza pozostałe. I o ile trudno podeprzeć się półproduktami, pisząc teksty, piosenki, czytając czy nawet sprzątając, to akurat w kwestii przygotowywania posiłków (a jeść przecież trzeba!) znakomitym rozwiązaniem są kupne składniki obiadowe, oszczędzające nasz czas i energię. Sytuacja, kiedy jeszcze jadłam mięso, była niezwykle prosta, ale myślałam, że się skomplikuje, kiedy wykluczę je ze swojej diety. Nic bardziej mylnego! W tanich i popularnych supermarketach dostaniemy produkty wegetariańskie dobrej jakości, dzięki którym szybko przyrządzimy pyszny domowy posiłek za rozsądne pieniądze (choć zawsze wychodzi taniej, kiedy zrobimy to od podstaw). Postanowiłam wskazać te, które podbiły moje kubki smakowe, łącząc też kilka swoich autorskich przepisów.

To powinno już rozumieć się samo przez się, ale na wszelki wypadek podkreślę, że (znowu) nie jest to wpis sponsorowany.

Wege klopsy w sosie z brązowych pieczarek z cytrynową nutą 

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Produkty lidlowej Dobrej Kalorii są na ogół znakomite (polecam również wege gyrosa), ale niestety mają jedną wadę: niewspółmierny stosunek ceny do ilości produktu. Za pyszne jedzenie warto zapłacić czasem trochę więcej, jednak na przykład wkładanie do opakowania, które spokojnie zmieściłoby osiem klopsów tylko sześciu, jest pewnym nadużyciem.
Tak czy siak, roślinne klopsy Dobrej Kalorii są arcydziełem! Jeśli spieszy nam się bardziej, możemy dorobić do nich naprędce sos koperkowy (rozpuścić mały kawałek masła, podsypać odrobiną mąki, zalać rozpuszczoną we wrzątku kostką warzywną i cały czas mieszając, wrzucić umyty i drobno posiekany pęczek koperku, pogotować ok. 10 minut, dodając na końcu trochę jogurtu greckiego), do którego wrzucimy podgrzane w piekarniku klopsy i podać całość z ziemniakami i świeżym pomidorem. Jeśli spieszy nam się troszeczkę mniej, polecam przygotowanie mojego autorskiego sosu z brązowych pieczarek z cytrynową nutą (wszystkie składniki dostałam również w Lidlu).

  • SOS Z BRĄZOWYCH PIECZAREK
    Z CYTRYNOWĄ NUTĄ

SKŁADNIKI:

– 0,5 kg brązowych pieczarek
– 2 cebule czosnkowe
Kujawski olej rzepakowy z cytryną i bazylią
– jogurt grecki
– 2 kostki grzybowe
– sos sojowy
– masło
– mąka
– sól

PRZYGOTOWANIE:

Pieczarki umyć i pokroić w drobną kostkę. Na rozgrzanym oleju zeszklić posiekaną drobno cebulę. Dodać pieczarki i dusić razem ok. 10 minut. Dodać kostki grzybowe, odrobinę jogurtu greckiego i sosu sojowego. W małym garnuszku rozpuścić kawałek masła, podsypać go niewielką ilością mąki i energicznie zamieszać, podlewając sosem. Gotową zasmażkę połączyć z sosem, mieszając. Jeśli sos będzie zbyt gęsty, można dodać trochę mleka.

fot. Marianna Patkowska

Wege parówki w pomidorach
z groszkiem

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Mój tata był w kuchni mistrzem i artystą, mama natomiast (czasem bardzo) cichym bohaterem dnia codziennego. Wspólne posiłki stanowiły dla niej pozakulinarną wartość wyniesioną z domu, jednak nie miała obsesji na punkcie przygotowywania dań od podstaw. Udoskonalane przez nią torebkowe sosy Knorra (którymi na przykład polewała jajko na twardo) były bardzo smaczne, a przede wszystkim nieczasochłonne. Gotowanie nie było jej pasją. Łączyła etatową pracę z karmieniem rodziny domowymi obiadami, przy których opowiadaliśmy sobie o tym, jak każdemu z nas minął dzień, a domowy budżet raczej nie bywał nadszarpywany zamawianiem jedzenia z restauracji. Jednym z takich niesamowicie prostych, tanich i naprawdę pysznych dań (które mama z kolei znała jeszcze ze swojego domu) były parówki duszone w pomidorach z groszkiem konserwowym. Ponieważ parówki sojowe w niczym nie przypominają zwykłych parówek, byłam niemal pewna, że już nigdy nie będzie mi dane odtworzyć tej potrawy w wege wersji. Aż tu nagle… odkryłam w Lidlu identyczne w smaku z mięsnymi parówki wegetariańskie Veggie Day! Z ogromną przyjemnością przedstawiam więc przepis na wege parówki w pomidorach z groszkiem.

  • wege parówki w pomidorach z groszkiem

SKŁADNIKI:

– opakowanie parówek wegetariańskich Veggie Day
– 2 cebule czosnkowe
– 2 puszki pomidorów
– duża puszka groszku konserwowego
– 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
– łyżka jogurtu greckiego
– garść suszonego lubczyku
– masło
– mąka
– sól
– pieprz

PRZYGOTOWANIE:

Drobno posiekane cebule zeszklić na maśle. Wrzucić do nich pokrojone parówki na minutę, a po niej zdjąć patelnię z gazu. Wymieszać mikserem pomidory z puszki z koncentratem na gładką masę (chyba że kupiliśmy krojone, wtedy możemy ten krok pominąć) i wlać do garnka i zagotować. Dodać odcedzony groszek, parówki z podsmażoną cebulką, lubczyk, sól i pieprz. Dusić ok. 10 minut.

Kiełbaski roślinne z grilla

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Kolejnym hitem Dobrej Kalorii są roślinne kiełbaski z boczniaka (porcja to cztery sztuki). Według etykiety na opakowaniu najlepiej podgrzewać je na patelni, lecz doskonale sprawdzi się do tego również elektryczny grill. Zachwycają nie tylko smakiem, ale i konsystencją.
Możemy podać je klasycznie z ziemniakami i wszelkimi ulubionymi sosami albo włożyć do wysmarowanej tymi sosami i podgrzanej wcześniej bułki na hot-dogi. Przygotowanie zajmie nam nie więcej niż 10 minut (z ziemniakami 20). Znakomicie się komponują z domową sałatką szwedzką.

Sznycel sojowy

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Sznycel sojowy lidlowej Polsoi bardzo mnie zaskoczył. Oczywiście pozytywnie! To idealne rozwiązanie, kiedy nie mamy ani czasu, ani pomysłu na obiad. Wystarczy ugotować do niego ziemniaki, kaszę albo ryż, dorzucić na talerz kiszony ogórek lub kapustę (najlepiej się komponują) i mamy gotowe znakomite danie. Na tacce znajdują się dwa całkiem słusznych rozmiarów sznycle.

Wegańska szynka z pistacjami

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Z ostatniego produktu nie przyrządzimy co prawda obiadu, ale skoro wart jest grzechu (a jest!), to z pewnością wart jest też wspomnienia w tym wpisie. Mowa o biedronkowych plastrach wegańskich z pistacjami marki goVege, czyli artykule do złudzenia przypominającym najwspanialszą drobiową szynkę z dodatkiem pistacji. Chociaż Lidl też ma swoje wege szynki z dodatkami, całkiem nawet smaczne, nie umywają się jednak do tej!
Nie próbowałam innych wariantów smakowych, ale ten jest rzeczywiście wybitny!

P.S. Ponieważ dziś sobota, a jak sobota to tylko do Lidla (z którego pochodzi większość opisywanych produktów), do Lidla, bo promocje tam, parking rampampampam, na deser mogę załączyć tylko jeden utwór – „Rampampam” Popka.

Brzydkie słowa

fot. Marianna Patkowska

👅 OdmienNe stany
językowej świadomości

W szkole oprócz wielu innych rzeczy, których mi brakuje, brakuje mi uwrażliwiania dzieci na język i pokazywania im, że jest on fascynującym i potężnym, ale jednak tylko narzędziem w naszych rękach. To my użytkownicy go tworzymy i z biegiem lat go też zmieniamy, naginając i dostosowując do naszych potrzeb. To naturalny bieg rzeczy. Nie zdając sobie z tego sprawy, wiele osób wpada w pułapkę:

to słowo jest dla jakiegoś znaczenia zarezerwowane

– pułapka, w którą wpada większość nieświadomych użytkowników języka

Oczywiście królem przykładów jest słowo „małżeństwo”, wykorzystywane w sporze o adekwatność jego użycia wobec zalegalizowanych związków jednopłciowych. Wynikające ponoć z języka przeciwwskazania niepoparte są wypowiedzią żadnego światłego językoznawcy.
Reasumując, albo my będziemy władać językiem (zgodnie zresztą z jego przeznaczeniem), albo on będzie władać nami. W przytłaczającej większości moi rodacy mają tak niską językową świadomość, że pozwalają się językowi kompletnie zdominować. A ten, choć jest fascynujący, żeby zachwycać w pełni, potrzebuje wybornego jeźdźca. Źle ujeżdżany ogier do złudzenia przypomina niestety starą szkapę.

👅 Słowa złe

Z lenistwa lub (i) braku kompetencji nauczycieli języka polskiego, dzieci przeważnie dostają komunikat, z którego wynika, że jakieś słowa są złe i kropka. Myślałam, że padnę, kiedy dowiedziałam się od uczniów, że:

słowo „fajny” nie istnieje

– głupoty powtarzane dzieciom w szkole

Pokazałam im w słowniku (choć nie jest to jedyny wyznacznik), że poprzednia pani wprowadziła ich w błąd. Wystarczyłoby omówić na wczesnym etapie edukacji wszystkie językowe style, bo większość nauczycieli wspomniany „fajny” drażni dlatego, że należy do stylu potocznego (który z niezrozumiałych dla mnie powodów, zwłaszcza jeśli chodzi o podstawówkę,  jest podczas lekcji źle widziany). Kolejną rzadkością jest wyjaśnianie natury wulgaryzmów. Wszystkie moje szkolne dzieci wiedziały, że nie przepadam za określeniem brzydkie słowa, gdyż uważam wszystkie słowa za uniwersalne. (Kwestia ich urody jest na tyle subiektywna, że nie powinno się żadnego z nich piętnować.) Kiedy tylko usłyszałam na szkolnym korytarzu jakikolwiek wulgaryzm (żeby nie było wątpliwości, z oduczaniem maluchów od używania ich w miejscach publicznych się całkowicie zgadzam), upewniałam się najpierw, czy mały osobnik umie je poprawnie napisać. Dzięki temu wiem dziś, że ewentualne wypisywane kiedyś przez nich na murach „chuje” i „rzygi” nie przyniosą mi, jako ich polonistce, wstydu (zwłaszcza w przypadku dzieci z klas, w których nie miałam wychowawstwa). Potem stawiałam punkt ciężkości na to, że posługiwanie się stylem wulgarnym nie jest stosowne ani w instytucjach, ani w sytuacjach oficjalnych. Na ogół może też wpłynąć na negatywny obraz nas samych w oczach odbiorców naszych komunikatów. Czy jednak odpowiedzialność za to ponoszą wspomniane wulgarne słowa, czy może jakieś inNe czynNiki?

👅 Dirty Talking

Do jeszcze niedawna nie przepadałam za wulgaryzmami, a używanie ich w mojej obecności odbierałam jako przejaw przemocy. Równocześnie mnie samej zdarzało się kląć, choć najczęściej, kiedy byłam sama (w trakcie procesu twórczego), a jeśli już padały z moich ust wulgaryzmy w rozmowie z kimś, to mógł być on pewien, że jesteśmy naprawdę blisko. Na taki rodzaj ekspresji mogłam sobie pozwolić tylko, kiedy czułam ogromne zaufanie, więź i przyjaźń do swojego rozmówcy. (Kto nigdy nie słyszał mnie klnącej, najpewniej nie zalicza się do tego wąskiego grona.) Taki stosunek do wulgarnego stylu można nazwać co najmniej ambiwalentnym, przeczuwałam więc, że jeśli uważniej się temu zagadnieniu przyjrzę, z pewnością dotrę do interesujących tez.
Ponad rok temu odkryłam fantastyczny podcast (o którym pisałam też TUTAJ) „Ja i moje przyjaciółki idiotki” i zauroczyłam się prowadzącą go cudowną Asią Okuniewską. Jej językowa lekkość i ogromna wrażliwość sprawiają, że słucha się tych odcinków jak wciągającego audiobooka. Czemu żadnego z używanych przez nią wulgaryzmów – a używa ich całkiem sporo – nie utożsamiam z atakiem? Jedyne, co mi wtedy przyszło do głowy, to jej wielka językowa świadomość, która każe mi wierzyć, że autorka doskonale wie, co robi, wypowiadając każde ze słów. Zastanawiałam się, czy jej niezaprzeczalny wdzięk i kobieca delikatność też nie odegrały tu jakiejś roli. Zrozumiałam, że nie, kiedy poznałam swojego partnera. Mężczyznę, który klnie najpiękniej na świecie! Zdałam sobie więc sprawę, że skoro wulgaryzmy wypowiadane przez jednych są dla mnie nieznośne, a innych – urzekające, pies musi być pogrzebany nie w samych słowach (co podskórnie czułam), lecz gdzie indziej.
Po głębszej analizie stało się dla mnie jasne, że oprócz wspomnianej mocno rozwiniętej świadomości językowej, kluczem jest zasób słów nadawcy. Kiedy ma się mały i używa się wielu słów wulgarnych, brzmi się prymitywnie. Wulgaryzmy pełnią rolę wypełniania braków. Nie mam nic do złota, a jednak wypełnianie nim ubytków w uzębieniu daje dosyć szpetny efekt. Jeśli jednak ma się piękne, białe zęby i kilka złotych koronek w garści (hipotetycznie…), całość może wyglądać… zdecydowanie lepiej. (Najwyraźniej to nie jest mój najszczęśliwszy dzień, jeśli idzie o metafory…)
Ponieważ związałam się z mężczyzną, którego język mnie nieustająco fascynuje, traktuję wszystkie używane przezeń słowa, włączając w nie również wulgaryzmy, jak sztukę. Kiedy coś lub ktoś wymusza na nim jakąkolwiek autocenzurę (której z założenia jestem przeciwna), wiem że nie wyraża siebie w stu procentach, czuję jego niepełność, jakiś brak.
Czy zachęcam do bluzgania? Nie, ponieważ z doświadczenia wiem, że robienie tego ze smakiem, to wyższy level, na który mało kto jest się w stanie wspiąć (tu warto wspomnieć kolejnego mistrza słowa, który zdecydowanie się wspiął – Tymona Tymańskiego). Zachęcam jedynie do zrozumienia, że na prymitywność wypowiedzi wpływają przede wszystkim: mały zasób słów, miałkość treści, jaką się przekazuje (im mniej się wie, tym mniej ciekawego ma się do powiedzenia), mnogość popełnianych błędów oraz ignorancja językowa. Ponieważ wielu użytkowników języka nie zostaje w szkole wyposażonych w narzędzia pozwalające odróżnić mały zasób słów od dużego lub niepoprawne sformułowania od poprawnych, najbardziej rzucają im się w uszy wulgaryzmy. A to nie one są odpowiedzialne za ohydę wielu wypowiedzi. I tu właściwie można byłoby wrócić do samego początku i zapętlić ten wpis.

P.S. Na deser łączę utwór Maty – artysty, który kompletnie mnie urzekł pod koniec ubiegłego roku i którego przejmująca „Patointeligencja” wbiła mnie w fotel (nawet dziś nie potrafię jej wysłuchać do końca, nie roniąc łez). Jeśli mielibyśmy się z partnerem pokusić o szukanie tzw. naszej piosenki, bez wahania znaleźlibyśmy właśnie ją.
Trafiłam niedawno na kolejną perełkę, czyli znakomity „Konkubinat” wykonany z profesorem Bralczykiem (!!!). Świadomość językowa tego młodziutkiego rapera jest zdumiewająca. Zazdroszczę jego poloniście. Uczenie tak zdolnego człowieka jest zaszczytem.

fot. Marianna Patkowska