Ostatnio ktoś podsunął mi fantastyczny pomysł na uporanie się ze swoją potrzebą uzyskania akceptacji od osoby, która nigdy mi jej nie da. Było nim opisanie siebie, używając jej języka i konfrontacja ze słowami, które wywoływały we mnie dotąd silne emocje. Zmierzenie się z niepochlebną czy nieprawdziwą opinią na swój temat uświadomiło mi jedno – to, co myślą o nas inni nie ma najmniejszego znaczenia. Ma je tylko i wyłącznie to, co myślimy o sobie sami. Im myślimy gorzej, tym większą wagę nadajemy zdaniu, jakie mają o nas inni. Zarówno temu negatywnemu, jak i pozytywnemu.
Pewnie, że większości ludzi jest miło, kiedy usłyszą jakiś komplement, a przykro, kiedy zostaną zmieszani z błotem. To chyba naturalna reakcja. Sęk w tym, żeby nie przypisywać opiniom bliźnich zbyt dużej wagi. Łatwo jest wtedy wpaść w uzależnienie od tego, co inni o nas myślą. Przez wiele lat tkwiłam w tym punkcie i bardzo przed nim przestrzegam. Miotanie się od jednych przyjaciół do drugich, by uzyskać potwierdzenie swojej wartości jest nie tylko upokarzające i poniżające, ale przede wszystkim niesamowicie niebezpieczne. Tylko my sami możemy dać sobie to, czego na ogół oczekujemy od innych. Poza tym, to zwyczajnie nie ich odpowiedzialność.
Zainspirowana swoim terapeutycznym zadaniem, postanowiłam też wypisać przymiotniki, jakimi zostałam w swoim życiu określana przez różne osoby zarówno w bezpośredniej rozmowie, jak i internecie, a także o których dowiedziałam się z drugiej ręki. Wymieszałam ze sobą oceny zarówno ludzi dla mnie ważnych, jak i nieistotnych. Z niektórymi określeniami (nie tylko pozytywnymi) się zgadzam, z innymi (nie tylko negatywnymi) nie. Jednocześnie wiele z poniższych przymiotników jest w równym stopniu trafnych, co chybionych. Mam wrażenie, że wrzucenie tu tej listy bez większego komentarza być może uświadomi tym, którzy przejmują się wszystkim za bardzo, jaką wartość mają wyobrażenia innych na nasz temat. To tylko czyjś punkt widzenia. Nic więcej.
Żyjemy w czasach, w których na szczęście coraz więcej mówi się o emocjach. Równocześnie – choć każda z emocji jest przecież neutralna – złość ciągle nie cieszy się najlepszą sławą. Dlaczego tak się dzieje? I, przede wszystkim, jak bardzo jest to niezdrowe? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście.
Uprzejma agresja
fot. Bożena Szuj
Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu termin „pasywna agresja” nie tylko jest nadużywany, ale zaczął też funkcjonować w języku potocznym, odrobinę zmieniając swoje pierwotne znaczenie. Wiele osób nazywa w ten sposób zarówno zachowania pasywne, jak i jawnie agresywne. Tymczasem o pasywnej agresji w sensie klinicznym możemy mówić dopiero wtedy, kiedy mamy do czynienia i z pasywnością, i agresją naraz. Pasywność to brak umiejętności komunikowania swoich potrzeb wprost i robienie tego tak, by odbiorca musiał się domyślić, o co go prosimy. U jej podstaw leży zazwyczaj lęk o to, że zostaniemy odebrani jako osoby „nieuprzejme” (użyłam cudzysłowu, gdyż jest to oczywiście błędne rozumienie tego słowa). Agresją jest natomiast sarkazm, zawsze mający na celu zgnojenie interlokutora. Jest to wyjątkowo podły sposób, bo przedstawia nadawcę w pozornie lepszym świetle, odwracając skutecznie uwagę od jego tchórzostwa. Odwagą jest mówienie wprost o tym, co nam się nie podoba bez poniżania nikogo, a nie krycie się za spódnicą własnej inteligencji. Nie dajmy się zwieść uśmiechniętej twarzy naszego oprawcy oraz brakowi rękoczynów. Mogę zapewnić, że jedna porządna bójka (zwłaszcza, gdy nie zakończy się stratami w ludziach) jest zdrowsza, niż sukcesywne stosowanie wobec kogokolwiek sarkazmu. Pasywna agresja to bardzo zakamuflowana agresja (często wręcz niezauważalna) komunikowana w sposób pasywny. Jej źródła należy się dopatrywać w tłumieniu trudnych emocji, co na ogół – zwłaszcza w przypadku złości – łączy się z kumulowaniem w sobie gniewu i nieumiejętnością znalezienia mu zdrowego ujścia. Wynikająca z tej sytuacji frustracja może przerodzić się w potrzebę ranienia drugiej osoby. Łatwiej mieć przecież pretensje do kogoś o to, że podczas naszej wizyty, podając herbatę, nie postawił na stole cukiernicy, niż do samych siebie, że nie umieliśmy go o cukier poprosić.
fot. Bożena Szuj
„Złość piękności szkodzi”
fot. Marianna Patkowska
Powyższe powiedzenie jest nie tylko głupie, ale przede wszystkim niesamowicie niebezpieczne. Na wielu zresztą poziomach. Przede wszystkim słyszą je głównie kobiety, co utrwala stereotyp, że ważniejsze od przeżywania ich własnych emocji jest źle pojęte „dobro innych” (piękny wygląd nie ma służyć kobietom, lecz umilać życie patrzącym na nie). Nikt nie uczy małych dziewczynek (ani małych chłopców!), że na nic się zda uroda zewnętrzna, choć by nie wiem jak zjawiskowa, kiedy zaczną z nas wypełzać tłumione emocje. To nie tupnięcie nogą, podniesienie głosu, czy nawet wypowiedziany pod wpływem wzburzenia wulgaryzm odejmuje nam urodę – odejmuje ją zgorzknienie, tchórzostwo i niedbanie o swoją kondycję psychiczną.
Skąd ten problem ze złością? Być może z nierozumienia jej natury. Mnie często, kiedy nie kryłam swojej złości, zdarzało się słyszeć:
No i już jesteś wściekła!
– tekst, który zdarzało mi się słyszeć
Wiele osób tak panicznie boi się konfliktów (lub krytyki), że nie dostrzega granicy między zdrową złością, a zdecydowanie naganną agresją. Złość – jak większość emocji – nie trwa długo. I musi mieć ujście. Jeśli żyjemy w środowisku, w którym jesteśmy piętnowani za coś, co jest dla nas zdrowe, zaczynamy szkodzić sobie. I w konsekwencji też oczywiście innym, bo nie żyjemy przecież na pustkowiu.
Dzieci, które się złoszczą, są nazywane „niegrzecznymi”. To proste – łatwiej jest ganić malucha za nieposłuszeństwo, niż nauczyć obchodzenia się ze swoją złością, wyposażając go tym samym w narzędzia, które pomogą mu stać się niezależnym, silnym człowiekiem, mającym w siebie głęboki wgląd. Łatwiej jest patrzeć na ładną, uśmiechniętą lalkę, niż zmierzyć się z prawdziwym pięknem prawdziwej kobiety. (Jeszcze mogłoby się okazać, że ona nas przerasta…) Z tego powodu pewnie dzieci i kobiety głosu nie mają. Albo ryby. Jak mówi inne mądre powiedzenie.
fot. Bożena Szuj
Poskromienie złośnicy
fot. Bożena Szuj
Nie wszystkich musimy lubić, nie wszystkie zachowania musimy tolerować. Mamy prawo złościć się na tych, którzy przekraczają nasze granice, zwłaszcza, kiedy je doskonale znają. I najlepiej jest mówić prosto z mostu o tym, co nas w danej sytuacji boli lub wkurza. Zaakcentowałam słowo „nas”, bo skupiając się na czyimś postępowaniu, łatwo wpaść w pułapkę zarzucania mu złych intencji. Wtedy sami zmniejszamy sobie szanse na dojście gdziekolwiek. Jeśli wyłożymy kawa na ławę, co czujemy, kiedy ktoś nas jakoś traktuje, wytrącimy mu tym samym możliwość podważenia naszych słów. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie z nami przecież dyskutował o tym, co czujemy.
Jak jednak poskramiać swój narastający gniew? Na pewno najpierw musimy dać sobie do niego prawo. Jak każda nadwydajna mentalnie osoba bardzo nie lubię nie być uprzejma. Kiedyś z tego powodu pozwalałam innym się ranić. Dziś, kiedy mam komuś do powiedzenia jedynie dwa słowa, z których tylko „się” jest cenzuralne, po prostu unikam konfrontacji. Nie dlatego, żebym miała problem z wypowiedzeniem ich, ale dla dobra sprawy. Przeczekuję moment wzburzenia, żeby potem rzeczowo nazwać swoje uczucia. Wolę nie mówić nic, niż pogorszyć sprawę (mówiąc, co w danej chwili czuję i myślę) lub powiedzieć cokolwiek wbrew sobie (mówiąc, czego w danej chwili nie czuję i nie myślę). Ostatnio poruszałyśmy ten temat z moją również nadwydajną mentalnie przyjaciółką; zastanawiałyśmy się, gdzie przebiega granica między mądrym i zdrowym odpuszczaniem a dawaniem po sobie deptać. Nie udało się nam tego ustalić. Jednak z całą pewnością inni traktują nas tylko tak, jak im na to pozwalamy. Możemy się obruszać, że jak ktoś śmiał użyć takiego słowa czy tonu w stosunku do nas, a możemy uprzejmie, acz stanowczo wyjaśnić, że nie jesteśmy zainteresowani rozmową, w której takie słowa czy ton się pojawiają. I najważniejsze: nigdy z niczego nie musimy się tłumaczyć!
fot. Bożena Szuj
Asertywność, czyli jak grzecznie
powiedzieć „nie”
fot. Bożena Szuj
Niedawno uświadomiłam sobie, że całkiem sporo ludzi nie umie zapanować nad swoją złością, w związku z czym rozmawia z bliźnimi w sposób, który może w nich wzbudzić jedynie uzasadnioną agresję. Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Jedna osoba się notorycznie spóźnia na spotkania, druga – z natury punktualna – czuje się wtedy lekceważona i nieszanowana. Jak powinna zareagować osoba punktualna? Pozwolić sobie na złość (ta jest przecież uzasadniona), a jak przejdzie, poinformować spóźnialską o tym, że czuje się lekceważona i nieszanowana, kiedy ta się spóźnia. Co zamiast tego dzieje się zazwyczaj? Nie zliczę, ile razy słyszałam niesamowicie agresywnie wypowiedziane sformułowanie: „nie podoba mi się” lub „nie życzę sobie”. Na poziomie samych słów, niby wszystko wydaje się z grubsza w porządku, jednak ton zdradza prawdziwą, choć nieumiejętnie skrywaną, wściekłość. Co z tego, że merytorycznie mamy rację, skoro drugiej traktowanej z góry stronie odechciewa się z nami rozmawiać? Zapamiętajmy, że to nie złość jest problemem, lecz tłumienie jej, które zmienia ją z krótkiego i zdrowego wybuchu w toksyczny, mocny i kompletnie niepotrzebny pocisk.
fot. Bożena Szuj
P.S. Na deser łączę swój cover jednego z najbardziej nNiesamowitych… coverów lat sześćdziesiątych! Pierwotnie „Bang Bang (My Baby Shot Me Down)” – jedna z wielu prostych pioseneczek – była wykonywana przez Cher. Jeszcze w roku ukazania się singla Cher (1966), prawdziwe arcydzieło zrobiła z niego fantastyczna Nancy Sinatra, udowadniając, jak wielkie znaczenie ma instrumentacja i interpretacja tekstu. Ten z kolei idealnie uzupełnia dzisiejszy wpis.
Do napisania tego tekstu skłoniła mnie pewna niesamowicie inspirująca dyskusja na jednej z kobiecych facebookowych grup. Uświadomiłam sobie, że problem jest wart opisania.
Nagroda to czy kara?
fot. Marianna Patkowska
Pod tym enigmatycznym wstępem kryje się zagadnienie:
Czy sformułowanie „seks w nagrodę” nie powinno przypadkiem zapalać w nas jakiejś czerwonej lampki?
– zagadnienie kryjące się pod tym enigmatycznym wstępem
Żywą dyskusję we wspomnianej grupie zapoczątkował pewien, dosyć w moim mniemaniu niewinny, post napisany być może nawet z przymrużeniem oka. Mniejsza zresztą o samo zawarte w nim pytanie (grupa jest zamknięta), ale dało się z niego wyczytać tezę, że formą okazania wdzięczności w związku może być seks. Miodem na moje serce była niesamowicie szybka i zdecydowana reakcja większości grupowiczek, która tezę wychwyciła, uznając ją za absolutnie niedopuszczalną i niebezpieczną.
Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że to kwestia nazewnictwa i nie ma to jakiegoś większego znaczenia, czy partner inicjuje seks z wdzięczności za jakiekolwiek niematerialne dobra (jeśli chodzi o materialne, z nazewnictwem nie mamy problemu!), czy dlatego, że zwyczajnie odczuwa taką potrzebę. Różnica jest jednak ogromna. W drugiej sytuacji mówimy o dwójce równorzędnych partnerów z porównywalnymi potrzebami emocjonalnymi i seksualnymi, z których raz jeden, raz drugi inicjuje seks, bo ten jest w związku ważny. W pierwszej natomiast partner „odwdzięczający się” seksem, stawia się wyżej: ma władzę, posiadając coś, czego druga osoba potrzebuje i rozdając to dopiero, jeśli ten pierwszy zasłuży. Niestety w kulturze hołdującej nierównościom, czyli patriarchacie, ofiarami takich zachowań padają na ogół mężczyźni.Stereotyp, że większe libido przypisane jest tylko jednej płci, a druga łaskawie się zgadza na zaspokajanie potrzeb tej pierwszej jest nie tylko niepoparty naukowo, ale przede wszystkim niesłychanie szkodliwy. Wyobraźmy sobie, że pewnego wieczoru kobieta z jakiegokolwiek powodu nie ma akurat ochoty na seks, a partner nie umie tego uszanować, tylko zaczyna stosować wobec niej przemoc psychiczną, wyśmiewając ją lub robiąc jej awantury. Co pomyślimy o takim mężczyźnie? Najpewniej, że jest potworem. Odwróćmy teraz sytuację – zamieńmy partnerów rolami. Nikt raczej nie nazwie potworem kobiety wyśmiewającej, poniżającej lub obrażającej się na partnera, który z jakiegokolwiek powodu nie chce w danym momencie uprawiać z nią seksu. Mężczyzna ma być chętny i gotowy zawsze, kobieta zawsze ma prawo gotowa nie być. Z tego też powodu męskie jednonocne przygody tłumaczone są najczęściej „męską naturą”, a kobietom w identycznych sytuacjach przykleja się etykiety „puszczalskich”. Widać więc jak na dłoni, że stereotyp w zależności od sytuacji, dla każdej z płci może być tak samo krzywdzący. We wspólnym interesie leży więc zmienienie go.
Wracając do szkodliwości traktowania seksu jako nagrody, widzę ją również w tym, że skoro coś możemy nazwać nagrodą, równocześnie brak tego czegoś możemy uznać za karę. A to z kolei nosi znamiona przemocy i może prowadzić do obsesyjnej kontroli osoby „rozdysponowującej seksem”. Jeśli w związku nie mamy do czynienia z dwiema równymi sobie jednostkami, które uprawiają seks z właściwych powodów (cementowania uczucia, potrzeby bliskości, rozładowania naturalnego napięcia), to znaczy, że znaleźliśmy się w relacji toksycznej. I nie dajmy sobie wmówić, że to tylko seks i że to w żaden sposób nie łączy się z pozostałymi dziedzinami życia. Łączy się.
Związki bez sek/nsu
fot. Marianna Patkowska
O ile pozbawione seksu życie w pojedynkę, nawet całkiem długie, nie stanowi akurat dla mnie większego problemu, o tyle całkowity brak seksu w związku uważam za jego definitywny rozpad. Oczywiście warto uściślić, że nie piszę tu o parach osób aseksualnych – te stanowią jednak mniejszość. Piszę o zdarzających się, jak się okazuje, niestety nie tak rzadko sytuacjach, w których po wielu latach wspólnego życia jedna strona (najczęściej kobieta, co może się łączyć ze wspomnianym wyżej stereotypem) regularnie odmawia partnerowi nie tylko seksu, ale – co chyba dużo gorsze – szczerej rozmowy o tym, dlaczego nie ma na niego ochoty. Powody mogą być oczywiście bardzo różne i bardzo trudne do ustalenia nawet przez osobę, którą to dotknęło. Od tego właśnie są specjaliści, do których w takich sytuacjach trzeba się udać po pomoc. Konsekwencją zamknięcia się i na seks, i na rozmowę o tym, jest zamiana związku w związek biały, na który partner postawiony w nowej sytuacji wcześniej się nie pisał. I w którym ma pełne prawo nie chcieć być. Część partnerów pozbawionych seksu zagryzie zęby i będzie do końca życia po prostu nieszczęśliwa, druga zacznie szukać seksu poza związkiem (co, nawet jako wojująca przeciwniczka zdrad, jestem w stanie zrozumieć), a tylko nieliczni znajdą w sobie na tyle dużo siły i przyzwoitości, by najpierw wyjść z takiej relacji, jeśli nie są w niej szczęśliwi, a dopiero potem zacząć cokolwiek nowego.
Napisałam, że wieloletni brak seksu uważam za tożsamy z rozpadem związku i czuję, że znajdą się głosy oburzonych, że przecież seks nie jest najważniejszy. Temu zagadnieniu zdecydowałam się poświęcić kolejny rozdział. Przede wszystkim jednak spieszę wyjaśnić, że nie mam na myśli sytuacji chwilowych, jak chociażby medyczne przeciwwskazania. (Przy obustronnej dobrej woli, wszystko da się jakoś rozwiązać. Petting, seks oralny, analny, używanie zabawek erotycznych czy wspólny seans pornograficzny – możliwości jest naprawdę mnóstwo, choć najistotniejsza jest po prostu otwartość na fizyczną bliskość.) Mam na myśli jednostronną, krzywdzącą partnera decyzję o dożywotnim braku seksu. Lubimy się i szanujemy oraz nie sypiamy z bardzo wieloma osobami. Nie jest dobrze, by jedna z nich, nawet jeśli bardzo nam bliska, zamknęła nam drogę do szczęścia, na które każdy z nas zasługuje.
Seks nie jest najważniejszy
fot. Marianna Patkowska
Ten frazes, odnoszący się do związku, irytuje mnie, jak mało który. Solidnymi fundamentami dobrej relacji są na ogół: szacunek, przyjaźń, miłość, seks. Czemu nikt z takim uporem nie podkreśla, że szacunek nie jest najważniejszy? Albo przyjaźń, o miłości nie wspominając? Tymczasem są to tak samo ważne filary i brak każdego z nich może poważnie zachwiać całą konstrukcją.
Jest niestety całkiem dużo par, zwłaszcza z długim stażem, które się zwyczajnie nie lubią i nie szanują. Trudno pojąć, co takich ludzi ze sobą trzyma, bo na pewno nic zdrowego. Być może jakąś odpowiedzią jest ułomność, o której kiedyś tu pisałam, mianowicie nieumiejętność bycia samemu. Zanik życia seksualnego jest bardziej zdradliwy, bo szacunek i przyjaźń, a przede wszystkim przywiązanie sprawiają, że wiele umiemy sobie wytłumaczyć. Łatwiej uciec z ewidentnie toksycznego związku, w którym nie jest się szanowanym, niż pozornie udanego, w którym tylko nie ma seksu. Problem w tym, że to tak samo zła sytuacja.
Od dziecka
fot. Marianna Patkowska
Spuszczę zasłonę milczenia na chore fantazje naszej władzy i napiszę, że istnieje ogromna potrzeba wprowadzenia edukacji seksualnej nie tylko do szkół, ale do przedszkoli. W przedszkolach myślę, że dobrze postawić nacisk na znajomość granic swojego ciała i na asertywność – ta świadomość sprawi, że dziecko będzie trudniejszym celem dla pedofila. Lęk przed dziecięcą masturbacją (której wcale nie trzeba maluchów uczyć, bo większość ma takie doświadczenia) jest równie sensowny, jak strach przed dziecięcą fascynacją gilami. Rolą osoby dorosłej jest przygotowanie dziecka do życia w społeczeństwie, a więc wskazanie, czego i przede wszystkim dlaczego nie robimy publicznie.
Ponieważ, pracując w szkole, wzbudzałam zaufanie i życzliwość dzieci, szybko stałam się właśnie tą panią, której zadawano wszelkiego typu „niewygodne” pytania. Byłam szczęśliwa, że padło właśnie na mnie, bo, nie uznając tematów tabu, bardzo wierzę w siłę rozmowy. W przedziale wiekowym 9 – 12 lat, rolą odpowiedzi na pytania związane z seksem jest nie tylko zaspokojenie ciekawości, ale też eliminacja irracjonalnego niepokoju pojawiającego się w małym człowieku, kiedy myśli o czymś, czego nie rozumie i co go trochę obrzydza. Najgorsze, co można zrobić (i co w polskiej szkole robi się niestety nagminnie), to zawstydzić pytającego. Dzieci, zwłaszcza małe, potrzebują konkretów. To dorosłym się wydaje, że te wymagają od nich zreferowania „Atlasu psychofizjologii seksu” Lwa Starowicza. Nie wymagają. Chcą dostać jedynie prostą odpowiedź na proste pytanie. Jeśli jej nie znamy (a tak też może się zdarzyć), uczciwie powiedzmy, że nie wiemy. I przygotujmy się na drugi raz!
Kolejnym problemem w rozmowach z troszkę starszymi dziećmi jest fetyszyzacja dziewictwa i demonizacja jego utraty. Tymczasem nie ma znaczenia kiedy młody człowiek rozpocznie współżycie. Jeśli wcześniej nie posiądzie solidnej, rzetelnej wiedzy na temat wszystkich idących za taką decyzją konsekwencji (zarówno medycznych, jak i emocjonalnych), to kompletnie wszystko jedno, czy narazi się na niechcianą ciążę, choroby weneryczne, złamane serce, czy nawet gwałt (a tym też może się skończyć nieznajomość swoich i cudzych granic) w wieku lat piętnastu czy dwudziestu. Z badań wynika zresztą wyraźnie, że im lepiej młodzież jest uświadomiona, tym później rozpoczyna życie seksualne.
Trudne rozmowy
fot. Marianna Patkowska
Rozmowa z partnerem jest kluczem do rozwiązania każdego problemu. Co jednak zrobić, jeśli zwyczajnie nie potrafimy rozmawiać o tych sprawach? Nauczyć się tego! Na początek dobrze jest posłuchać ludzi, którzy mówią ładnie i mądrze. Bardzo gorąco polecam trzy filmiki fantastycznej Pauliny Mikuły, prowadzącej kanał „Mówiąc Inaczej”, nagrane w ramach kampanii firmy Durex „Głośni w łóżku”:
Spośród wielu wartościowych youtube’owych zakątków, mam jeden lubiony – Tiny Desk Concerts. Pierwszy filmik został zarejestrowany w kwietniu 2008 roku i był reakcją Boba Boilena (amerykańskiego muzyka, osobowości telewizyjnej oraz pomysłodawcy i prowadzącego internetowy program All Songs Considered) na niedogodności koncertów odbywających się w barach. Kiedy wraz z Stephenem Thompsonem, redaktorem NPR Music, wyszedł z jednego sfrustrowany, że przez hałas miejsca nie słyszy muzyki, Thompson zażartował, że Boilen powinien udostępniać artystom swoje biurko, by ci mogli przy nim dawać w spokoju występy. Miesiąc później Boilen zaaranżował dokładnie taki właśnie mini koncert folkowej artystce Laurze Gibson, wrzucając nagranie do sieci. Od tej pory do dzisiaj przy biurku Boilena w siedzibie National Public Radio w Waszyngtonie, już z udziałem publiczności, odbyło się ponad tysiąc akustycznych koncertów muzyków reprezentujących najróżniejsze muzyczne style. Łączy ich wszystkich jedno – niekwestionowany talent.
Subiektywna lista nNajlepszych tinydeskowych koncertów
(w kolejności alfabetycznej):
Alicia Keys: NPR Music Tiny Desk Concert – prawdziwą przyjemnością było dla mnie wysłuchanie nie tylko czterech zaśpiewanych przez cudowną Alicię Keys w NPR piosenek, ale też słów, które skierowała do publiczności. Podzieliła się swoją życiową filozofią, niezwykle mi bliską.
Anderson .Paak & The Free Nationals: NPR Music Tiny Desk Concert – w całym tinydeskowym cyklu koncert Andersona Paaka cieszy się największą liczbą odsłon. Poziom wykonawczy rozkłada na łopatki, choć nie jest to akurat w przypadku tego cyklu żaden wyróżnik. Obserwowanie doskonałych perkusistów, którzy, grając, jeszcze równocześnie śpiewają (i to świetnie!), nieustająco mnie zdumiewa i zachwyca. (Jeśli granie na fortepianie rozwija mózg, bo równolegle używa się prawej i lewej ręki, co można powiedzieć o mózgu perkusisty, który do gry na swoim instrumencie angażuje obie ręce i obie nogi naraz?)
Anthony Hamilton: NPR Music Tiny Desk Concert – twórczości Anthony’ego Hamiltona nie znałam wcześniej. Trafiłam na ten jego występ przypadkiem i już od pierwszych dźwięków ujęła mnie jego gospelowa energia.
Coldplay: NPR Music Tiny Desk Concert – ponieważ nie należę do grona fanów Coldplay, ogromnym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że to właśnie ten koncert stał się jednym z moich najbardziej ulubionych w całym cyklu. Zachwycił mnie nie tylko fenomenalny towarzyszący zespołowi chór (nie sposób nie wspomnieć o piosence „Viva La Vida”, która w oryginale wypada przy koncertowej wersji blado, no i o doskonałym coverze klasyka Prince’a „1999”!), ale też sam Chris Martin, zarówno wokalnymi i pianistycznymi zdolnościami, jak i wielkim dystansem do siebie, skromnością i poczuciem humoru.
Erykah Badu: NPR Music Tiny Desk Concert – istnieją artyści kompletni, hipnotyzujący, stanowiący niewyczerpane źródło inspiracji, którzy na scenie nie tyle odtwarzają muzykę, co po prostu się nią stają. Z pewnością można zaliczyć do ich grona boginię soulu, Erykę Badu. Jej obecność wśród zaproszonych przez NPR Music gości to nie lada gratka dla każdego melomana.
H.E.R.: NPR Music Tiny Desk Concert – uzależniłam się od tego koncertu, słuchając go swego czasu na okrągło. Niski, ciepły, kojący głos H.E.R., jego przepiękna barwa oraz intrygujące harmonie (zwłaszcza otwierającej koncert piosenki „Going”) mają właściwości terapeutyczne.
Jorja Smith: NPR Music Tiny Desk Concert – Jorja Smith jest jedną z tych wokalistek, które potrafią malować głosem piękne, poruszające obrazy. Jej frazowanie jest zjawiskowe!
Lianne LaHavas: NPR Music Tiny Desk Concert – Lianne LaHavas oczarowała mnie, kiedy po raz pierwszy natknęłam się na jej nagranie w sieci. Wykonywała wtedy przepiękny utwór „Midnight”. Od tego czasu pozostaję pod ogromnym wrażeniem jej twórczości, artystycznego pomysłu na siebie (żeby wspomnieć choćby „No room for doubt”, czy „Forget”), cudownego, unikalnego głosu i bijącego od niej piękna.
Mac Miller: NPR Music Tiny Desk Concert – koncert tego dwudziestosześcioletniego artysty został zarejestrowany dokładnie miesiąc przed jego śmiercią. Zawsze ciężko mi się pogodzić ze świadomością, że odchodzą ludzie, którzy mogliby jeszcze tyle osiągnąć, tyle dać światu… Melorecytacja Millera, pozornie niedbała i wykonywana od niechcenia, zdradza niesamowite wyczucie rytmu. Bardzo ciekawe, niebanalne kompozycje i wykonujący je doskonali muzycy to przepis na znakomity koncert. Pozostaje tylko żal, że już ostatni.
Masego: NPR Music Tiny Desk Concert– Masego to nie tylko świetny wokalista, ale też saksofonista. Jego muzyka jest przepełniona pozytywną energią i lekkością, a ten koncert jest w stanie zmienić szary i deszczowy dzień w środek słonecznego lata!
Sheryl Crow: NPR Music Tiny Desk Concert – Sheryl Crow, bez względu na to, co na ogół myślę o muzyce country, zyskała przed laty mój dozgonny szacunek brawurowym wykonaniem rewelacyjnej bondowej piosenki „Tomorrow Never Dies”. Nie wszystkie jej repertuarowe wybory rozumiem, ale koncertu wysłuchałam z prawdziwą przyjemnością.
Summer Walker: NPR Music Tiny Desk Concert – ta utalentowana artystka po raz pierwszy urzekła mnie, kiedy trafiłam w sieci na „Clear visual ep (live)”, gdzie wyglądała jak boska Naomi i brzmiała jak anioł. (Zainspirowana, nagrałam nawet cover jej piosenki „Grave”.) Na koncercie zobaczyłam nieśmiałą i mocno wycofaną śliczną introwertyczną dziewczynkę, która zmienia się w pewną siebie dojrzałą kobietę dopiero, kiedy zaczyna śpiewać; za każdym razem rozkwitając na naszych oczach.
Tank And The Bangas: NPR Music Tiny Desk Concert – występ Tank and the Bangas to doskonały przykład na to, że do stworzenia doskonałego teatru muzycznego nie potrzeba fajerwerków – wystarczy siedmioro znakomitych muzyków z wizją, kilka instrumentów… i biurko Boba Boilena!
PodsumowanNie
Refleksja, jaka mi się nasuwa po wielokrotnym wysłuchaniu koncertów z serii Tiny Desk (nie tylko tych opisanych wyżej), jest taka, że (niezależnie od popularności i sławy występujących muzyków) wykonawczo są na niewiarygodnie wysokim poziomie. Poziomie często niestety nieosiągalnym dla naszych rodzimych artystów. Na każdym tinydeskowym koncercie, bez wyjątków, występuje większa lub mniejsza grupa równorzędnych, fenomenalnych muzyków, zdających się mieć absolutną świadomość, że grają do jednej bramki. Liczy się wspólny cel, jakim jest znakomite zaprezentowanie każdego utworu. Chórki nie są przechowalnią mniej zdolnych wokalistów, tylko konkretną odpowiedzialną funkcją, tak samo ważną, jak główny wokal, gra na gitarze, basie czy perkusji. Najlepszym na to przykładem jest chór występujący z zespołem Coldplay. W coverze „1999” Prince’a słychać doskonale, że każdy z chórzystów mógłby osiągnąć solową karierę na miarę Alicii Keys, nie słychać za to kompleksów, że jej nie osiągnął. To niczego zresztą przecież nie zmienia. Wspomniana równorzędność wszystkich muzyków i emanująca z nich radość płynąca ze wspólnego grania to również coś niestety bardzo rzadko spotykanego na polskiej scenie muzycznej. Powodów dopatruję się przede wszystkim w szkole i tym, że nie jesteśmy jako naród uczeni od najmłodszych lat pracy zespołowej. Żeby zrozumieć o czym mówię, wystarczy włączyć sobie którykolwiek z powyższych tinydeskowych koncertów, a potem prześledzić piosenki nagrywane przez polskich artystów z okazji różnych akcji charytatywnych (choćby „Moja i twoja nadzieja” dla powodzian). Te ostatnie nawet, jeśli jakimś cudem nadają się do słuchania (jak podlinkowana, pochodząca oryginalnie z repertuaru zespołu Hey), są przeglądem wokalnych możliwości każdego z uczestników. Punkt ciężkości położony jest na wykonawcy, nie na utworze. A to nigdy nie służy utworowi… Całe szczęście, że mamy w internecie tak wspaniałe wzorce!
P.S. Na deser wrzucam dziś cudowną, niespełna dziewiętnastoletnią Billie Eilish, nagrywającą dla NPR Musicswój występ– z wiadomych powodów – w domu, na tle kartonu imitującego (fenomenalnie!) tak dobrze znane wszystkim fanom Tiny Desk Concerts wnętrze.
Często żyjemy w przeświadczeniu, że zło jest czymś tak ewidentnym, że z pewnością nie da się go nie dostrzec, tymczasem ono rzadko kiedy bywa jaskrawe. Potwory, które więżą swoje głodzone i gwałcone ofiary w piwnicach, mordują, wykorzystują seksualnie zwłoki czy zjadają denatów to tak naprawdę niewielki wycinek populacji (takie zachowania są zresztą najczęściej wynikiem poważnych uszkodzeń mózgu). Jednak rzeczywiście przy podanych wyżej przykładach kwestia tego, kto jest ofiarą, a kto katem nie budzi naszych wątpliwości. Sytuacja zaczyna się komplikować, kiedy sprawa okazuje się odrobinę bardziej złożona. Kiedy mówimy o gwałcie, stereotypowo staje nam przed oczami (mnie przynajmniej długi czas stawał) zboczeniec, czyhający w ciemnym parku na swoje potencjalne, kompletnie nieświadome zagrożenia ofiary. Zły na wskroś. Tymczasem statystycznie takie gwałty zdarzają się najrzadziej. Przeważnie ofiara zna sprawcę doskonale – jest on albo jej przyjacielem, albo partnerem, czasami nawet rodziną. Nie ma więc najmniejszych powodów, by mu nie ufać. Często go kocha. Żeby dopuścić się gwałtu nie trzeba być wcale gwałcicielem seryjnym. Wystarczy nie rozumieć, której granicy nie wolno nikomu przekraczać – wytycza ją „nie” (sformułowane, co ważne, werbalnie lub niewerbalnie). Czy można zgwałcić nieświadomie? Można. Czy to zdejmuje odpowiedzialność ze sprawcy, czy, co gorsza, przerzuca ją na ofiarę? Absolutnie nie! O kulturze gwałtu na pewno popełnię zresztą kiedyś osobny wpis, bo temat jest niezwykle ważny. Dziś niech ta – niestety wbrew pozorom nie tak rzadko przytrafiająca się bliźnim – sytuacja posłuży za przykład. Zło jest złem, nawet jeśli dopuści się go osoba, którą potrafimy lubić i szanować; której motywacje umiemy zrozumieć.
😈 Bruk piekielny
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło
– to slogan, który przez większość życia był mi całkowicie obcy, bo uczono mnie, żeby być wyrozumiałą wobec bliźnich i w każdej sytuacji podejmować próbę postawienia się na ich miejscu. (Niestety w większości przypadków kosztem siebie samej.) Intencje odgrywały więc rolę kluczową. Rosło też we mnie bolesne poczucie niesprawiedliwości, kiedy okazywało się, że mało kto traktuje mnie z tak wielkim kredytem zaufania i wiary w moje na pewno dobre intencje, jaki ja miałam w stosunku do innych.
Dziś powyższy slogan stał się dla mnie niezwykle przejrzysty – nie jesteśmy w życiu rozliczani z tego, jakie przyświecają nam intencje, ale z tego, co i w jaki sposób rzeczywiście robimy. Chcąc dobrze i będąc przekonanym o tym, że przemawia przez nas wyłącznie troska, możemy koncertowo zrujnować życie najbliższej osobie. Czy intencje mają wtedy jakieś znaczenie? Być może odrobinę skrócą ofierze proces wybaczania, ale – biorąc pod uwagę to, że tylko i wyłącznie naszym obowiązkiem jest zadbanie o swoją emocjonalną równowagę (np. poprzez terapię) – nie mamy prawa wymagać od bliskich, by płacili cenę za nasze niedopatrzenia.
Czytam książkę, którą niechętnie, ale będę musiała zrecenzować. Lektura budzi we mnie niesamowicie mieszane uczucia, bo książka posiada właściwie tylko jeden feler, ale za to spory – jej autor nie potrafi pisać. Coraz to ogarnia mnie wściekłość, a potem myślę o ogromie pracy związanej ze zbieraniem materiałów, jaką wykonał i… robi mi się go nawet (po mocnym, kojącym nerwy drinku, a zwłaszcza trzech) szkoda. Z drugiej strony, kiedy zapytam siebie samą, czy gdybym przez czyjeś niedopatrzenie dostała pracę w szkole jako nauczyciel chemii i przygotowywała się bardzo długo i solidnie do każdej przeprowadzanej lekcji, to przyjęcie jej stałoby się z automatu w porządku? Oczywiście, że nie! Byłoby to równie nieuczciwe, jak każde pobieranie wynagrodzenia za robienie czegoś, czego robić się nie umie. Dobre chęci to kategoria kompletnie nie na temat.
Warto jednak podchodzić do ludzi z pewną dozą życzliwości, empatii oraz wyrozumiałości. Czasem rzeczywiście ktoś np. nieładnie zachowa się na drodze, prowadząc pojazd, przez nieuwagę, zagapienie, zagubienie w nowym miejscu. (Najczęściej zresztą przeprasza wtedy światłami.) Nie trzeba go od razu doganiać, wyciągać za fraki z samochodu i straszyć mordobiciem (w przeciwieństwie do sytuacji, w której mamy do czynienia z cynicznym, aroganckim i niebezpiecznym piratem drogowym – wtedy trzeba). Może się okazać, że intencje zmienią kategorię czyjegoś czynu ze złośliwego na jedynie bezmyślny. Tak czy tak, nie jest dobrze myśleć o intencjach innych zbyt dużo. Ludzie mają tendencje do dopisywania swoich własnych interpretacji cudzych intencji czyimś czynom. Rzadko o nie pytają u źródła i tak rodzi się większość sporów. Opierajmy się więc na faktach. W razie wątpliwości, pytajmy.
😈 Syndrom Matki Teresy
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Matka Teresa z Kalkuty weszła do polskiej frazeologii jako uosobienie altruistycznego dobra w najczystszej postaci. Jako mała dziewczynka panicznie bałam się twarzy tego dobra, być może dlatego późniejsze odkrycia kanadyjskich naukowców i zarzuty o sadyzm niespecjalnie mnie zaskoczyły. Pisałam już tu kiedyś, co myślę na temat altruizmu – nie wierzę w niego, bo ludzka psychika skonstruowana jest w taki sposób, że za dobre uczynki potrzebujemy jakiejkolwiek nagrody. Nie muszą nią być oczywiście dobra materialne. Wystarczy czyjś uśmiech, świadomość, że postąpiło się właściwie lub obserwacja wymiernych pozytywnych rezultatów swoich zachowań. Sęk w tym, że to my sami musimy ocenić, jaki rodzaj nagrody nas usatysfakcjonuje i zadbać, by jej nie zabrakło. Nie wolno nam przerzucać odpowiedzialności na innych.
Znam niestety całkiem sporo osób, które naprawdę robią wiele dobrego, ale wierząc w mit altruizmu, nie dbają o swoją własną higienę psychiczną. Nieuniknionym staje się więc po jakimś czasie to, że się wypalają, wybuchają i zaczynają wypominać zaszokowanym dobrobiorcom swoje poświęcenie. Poświęcanie się jest chyba jedną z bardziej demonicznych rzeczy. Społeczna świadomość się już na szczęścia zmienia, ale jeszcze pokolenie naszych rodziców zostało chowane w przeświadczeniu, że nie ma w nim nic złego. Poświęcanie się dla swoich dzieci, partnerów, rodziców nie tylko nie było piętnowane, ale wręcz uznawane za normę. Tymczasem robienie tego dla kogokolwiek z jednej strony – podobnie jak każdy inny rodzaj władzy – wyzwala w poświęcającym się najgorsze i najniższe instynkty oraz obsesyjną kontrolę, a z niczego nieświadomej ofiary robi więźnia.Nigdy w życiu nie chciałabym, żeby ktokolwiek się dla mnie poświęcał, pomagał mi z poczucia obowiązku czy winy. Trudno mi sobie wyobrazić większy rodzaj upokorzenia.
Czy rozwiązaniem jest czysty żywy egoizm? Oczywiście nie, choć ten rodzaj wnioskowania jest właściwy osobom, które nie umieją się jeszcze wyzwolić z opisywanych wyżej mechanizmów. Rozwiązaniem jest zastanowienie się, jak zabezpieczyć sobie nagrodę za czynienie dobra, by nie oczekiwać niczego (lub przynajmniej zbyt dużo) w zamian od osób, którym chcemy pomagać. Jeśli liczymy na ich serdeczność i miłe słowo, a te przestaną się pojawiać, przemyślmy raz jeszcze, czy jesteśmy w stanie znaleźć swoją nagrodę być może gdzie indziej. Najlepszym rozwiązaniem jest oczywiście, jak zawsze, szczera rozmowa i powiedzenie wprost o swoich oczekiwaniach. Mamy do nich prawo. Warto też pamiętać, że ludzie, którzy zawodowo zajmują się pomaganiem, robią to na ogół tak profesjonalnie (a więc skutecznie), gdyż nie są obciążeni emocjonalnym związkiem z tymi, którym pomagają. Jeśli chcemy pomagać mądrze, skupmy się na tym w pełni, nie dopuszczając, by przeszkodziło nam w tym nasze ego. Jednak, by nie przeszkodziło, najpierw musimy się zająć właśnie nim.
😈 Zło się nie stopniuje
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Mniejsze zło i białe kłamstwa to dwa podstawowe slogany wypełniające worek z napisem „RELATYWIZM MORALNY”. Mniejsze zło (o ile nie tyczy się korzystania ze swoich praw wyborczych – dla kobiet, przywileju od zaledwie stu lat!) to usprawiedliwianie jednego złego uczynku tym, że istnieją gorsze, większego kalibru, bardziej raniące. Pytanie tylko, jak jedno ma się do drugiego. Czy jeśli ktoś nas okradnie, zdradzi lub oszuka, przejdziemy nad tym do porządku dziennego, kiedy uświadomimy sobie, że ostatecznie nas przecież nie zamordował? Raczej nie. Zło najczęściej (chociaż nie zawsze) wiąże się z zadawaniem bólu. Łatwo zabrnąć w ślepy zaułek, tłumacząc sobie, że póki ktoś o wyrządzonej mu krzywdzie nie wie, to nie jest pokrzywdzony. Jest pokrzywdzony podwójnie, bo do jednego złego uczynku dochodzi drugi – zatajenie, więc kłamstwo. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy cierpi, czy – robiony do końca życia w konia – nie. Zło pozostaje złem. Bez względu na intencje (o czym wyżej) i konsekwencje (których, przy zatuszowaniu swoich poczynań, można czasem uniknąć).Demoralizująca siła zła najczęściej zresztą uderza nie w jego ofiarę, lecz sprawcę. Warto o tym pamiętać. Białe kłamstwa z kolei są przede wszystkim kłamstwami. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że ma prawo nie odpowiadać na pytania, na które z różnych powodów odpowiadać nie chce. Od czasu, kiedy skończyłam szkołę (a więc też wagarować), staram się nie kłamać. Czy udaje mi się to zawsze? Oczywiście, że nie. (Z drugiej strony kłamię tak fatalnie, że staram się sobie tego żenującego aktu zwyczajnie oszczędzić.) Jednak to nie powód, by się wybielać. Kiedy kłamię, wiem, że robię źle. To kwestia wyboru. Znam i rozumiem swoje motywacje, ale się nimi nie usprawiedliwiam. Ostatecznie nikt przecież nie jest doskonały. Najważniejsze, żeby pokochać się na tyle, by wybaczać sobie zło, wyciągnąć z niego wnioski i zawsze umieć je nazwać po imieniu.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
P.S. Na deser łączę swój cover piosenki P!nk „My Vietnam”, która mówi o zmierzaniu się z życiem i jego przeciwnościami, a więc również złem.
Dorastałam w katolickim przekonaniu o istnieniu jakiejś obiektywnej prawdy, co w podejrzanie łatwy sposób dzieliło ludzi na tych, którzy mają rację i tych, którzy jej nie mają. Dziś myślę, że świat składa się z kilku miliardów subiektywnych, wielobarwnych odbiorów rzeczywistości, co do której obiektywnego kształtu mam coraz mniejszą pewność.
Oczywiście można wyróżnić uniwersalną zasadę współżycia, tożsamą dla wielu kultur: nie należy nikogo świadomie krzywdzić (choć, jeśli to nie jest możliwe – a często nie jest – najbardziej nie wolno nam krzywdzić siebie samych). Z niej wynika, że kiedy np. skłamiemy, zdradzimy, ukradniemy czy zabijemy, to na ogół zdajemy sobie sprawę z tego, że postąpiliśmy źle. Zło, zwłaszcza jeśli wejście z nim w przelotny romans przytrafi się osobie mądrej i pokornej, może wiele nauczyć. Sęk w tym, żeby umieć wyciągnąć z gorzkiej lekcji sensowne wnioski i starać się już więcej nie zbłądzić.
Co jednak mam na myśli, pisząc o subiektywnym i unikalnym dla każdego człowieka odbiorze rzeczywistości? Przede wszystkim to, że każdy z nas jest odrębnym, pięknym i jedynym w swoim rodzaju Wszechświatem. Skoro więc jest, to patrzy na wszystko, co mu się przydarza ze swojej perspektywy. Czy to egocentryzm? Jeśli potrzebuje się koniecznie etykietek, można też tak to nazwać. (Przez całe dzieciństwo byłam o egocentryzm oskarżana, dziś wiem, że nieudane próby tępienia go we mnie były aktem przemocy.)
👀 Właściwy człowiek
we właściwym momencie
fot. Marianna Patkowska
Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek spotkać kogoś w przedziwnych okolicznościach? Mnie najgłębsze (choć bardzo często krótkie) znajomości przydarzały się w sytuacjach niejednoznacznych. Dawno temu w nocnych klubach, kiedy jeszcze byłam miła i nie bardzo potrafiłam postawić jakąkolwiek sprawę obcesowo, obserwowałam z troską odprawiane wokół siebie męskie tańce godowe, nie wspominając niezłomnym adoratorom, że nie jestem dziewczyną, którą można ot tak wyrwać, nie tracąc dla niej uprzednio kompletnie głowy i nie zmieniając dla niej diametralnie całego swojego życia. Choć miałam (umiarkowany, ale jednak) szacunek do pań, które zadowalały się ochłapami z pa(nie)ńskich stołów, wiedziałam jednak, że się do nich nie zaliczam (nomen omen). Co jednak – oprócz chwilowego zażenowania – zyskiwałam? Niesamowite rozmowy z mężczyznami, którzy – kiedy już załapali, że kwalifikuję się bardziej na kumpla niż trofeum – otwierali się przede mną, pomagając mi zrozumieć inny punkt widzenia. W wielu sprawach. Celowo zresztą nie piszę „męski”, bo to bardzo niesprawiedliwe, a przede wszystkim głupie uproszczenie. Wielokrotnie czułam się otaczana niesamowitą, braterską wręcz troską i wpuszczana w najciemniejsze zakamarki ich dusz. Umiem słuchać. Jak jednak obiektywnie opisać taką historię? Czy ma jakieś znaczenie nieudany początek znajomości, rozbieżność intencji? Ludzie pojawiają się w naszych życiach z przeróżnych powodów w najbardziej kuriozalny czasem sposób. Liczy się tylko to, co w te życia wzajemnie wnoszą.
Wszystko tak naprawdę zależy od naszego nastawienia i tego, jak dobrze czujemy się sami ze sobą. Jeśli wypracujemy doskonałą relację własną, odpuścimyinnym. Można traktować się tak źle, by we wszystkim dookoła, nawet zachowaniu najbliższych, doszukiwać się podstępku, ale ranimy w ten sposób tylko siebie. Innych w najgorszym wypadku jedynie doprowadzamy do szału. Jeśli zaufamy sobie i swoim wyborom, będziemy doskonale wiedzieć, co jest dla nas zagrożeniem realnym, a co urojonym. Ja niedawno dzięki niezaprzeczalnemu urokowi osobistemu swojego partnera, estymie, którą darzy płeć piękną oraz jego łatwości w nawiązywaniu znajomości, poznałam przepiękną, cudowną Kobietę, z którą niemal od razu się zaprzyjaźniłam (poczułam, że tak się stanie, jak tylko mi o niej opowiedział). Jej obecność w moim życiu z pewnością nie jest przypadkowa! Ale czy nie jest przypadkowa obiektywnie? Czy ma to w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Może po prostu dobrzy ludzie przyciągają dobrych ludzi?
👀 Tak, właśnie o Tobie piszę!
fot. Marianna Patkowska
Często spotykam się z głosami blogowych Czytelników, którzy odnajdują w moich tekstach siebie samych. Jest to dla mnie na ogół niesamowicie miłe i wzruszające, bo po pierwsze umacnia mnie w przekonaniu, że skoro moje obserwacje siebie i otaczającego mnie świata coś w bliźnich potrafią otworzyć, to więcej nas – ludzi łączy, niż dzieli, a po drugie to wielki komplement dla mojego warsztatu pisarskiego. Nawet jeśli niezamierzony, szczerze go doceniam.
Druga strona medalu jest natomiast taka, że żyjąc nie na pustkowiu, codziennie słysząc różne historie, trawiąc je i filtrując przez siebie, nie mogę zupełnie uciec od zarzutu, że opisałam czyjeś zachowanie. Wrażliwość i empatia nakazują zastanowienie się, jak uniknąć niecelowego ewentualnego zrobienia komuś przykrości. Rozsądek i umowa, którą ze sobą kiedyś zawarłam, każą nigdy pod żadnym pozorem nie uciekać się do autocenzury. Gdybym, pisząc o jakichkolwiek toksycznych i złych zachowaniach, miała za każdym razem przywoływać w pamięci wszystkie bliższe i dalsze osoby, które się ich dopuściły (o czym wiem – i one, że wiem, też wiedzą), odmówiłabym być może istotnych blogowych wpisów ludziom, których nie znam, ale którzy ich potrzebują.
Dobre teksty (jakich tworzenie jest moją wielką ambicją) powinny być lustrami, w których przeglądają się ich czytelnicy. Więc, jeśli czujesz się zaniepokojony i obsesyjnie potrzebujesz deklaracji, że jakikolwiek ustęp czyjegokolwiek tekstu nie jest o Tobie, mogę Cię zapewnić: Twoja reakcja jest dowodem na to, że jest właśnie o Tobie! Intencja autora, na którego próbujesz zrzucić odpowiedzialność za swoje wybory, nie ma tu kompletnie nic do rzeczy. Podobnie, jak rzadko kiedy intencja artysty ma cokolwiek do rzeczy, jeśli jakieś dzieło mocno na nas wpłynie. Historia zna przecież przypadki interpretacji znacznie głębszych niż sam ich obiekt – tu nie może być mowy o jednej racji.
👀 Przejmowanie cudzych narracji
fot. Marianna Patkowska
Ostatnio, rozmawiając z również nadwydajną mentalnie przyjaciółką, uświadomiłam sobie, że nie tylko ja jedna z tak irytującą łatwością przejmuję nastroje i rodzaje narracji innych ludzi, zwłaszcza bliskich. Niby wiem, że istotą mojej natury jest optymizm i otwartość (które, owszem, narażane są czasem na ciężkie próby, ale jednak wychodzą z nich zazwyczaj zwycięsko), a jednak wystarczą dwa dni z kimś, kto np. nieustannie narzeka, żeby zacząć widzieć świat w czarnych barwach. Przecież wiem, że to tylko czyjś subiektywny odbiór rzeczywistości. W dodatku szkodliwy. A jednak się temu poddaję. Czemu? Może to to kołaczące się w mojej głowie od zawsze pytanie:
A jeśli się mylę?
– kołaczące się w mojej głowie od zawsze pytanie
Sęk w tym, że mylić można się niemal we wszystkim… z wyjątkiem swojego własnego, unikalnego widzenia świata. Pewnie, że to, które nam samym nie służy i przy okazji zatruwa też innych (jak wspomniane czarnowidztwo) warto trochę skorygować. Nie jest natomiast prawdą, że skoro jedna osoba jest niepoprawnym optymistą, a druga – pesymistą, to któraś z nich ma rację, a druga nie. Po prostu życie pierwszej jest na ogół przepełnione szczęściem, a drugiej – nieszczęściem. I nie chodzi tu o sytuacje, które przydarzają się każdej z nich, tylko o dokonany w pewnym momencie życia wybór.
Z przeróżnych możliwych narracji, zdecydowanie najciekawsze rodzą się w głowach artystów. To Sztuka potrafi poruszyć nas do żywego, motywować, opisywać nasze historie, dodawać skrzydeł, dotykać naszych ran, leczyć… Pamiętajmy o tym i pozwólmy się jej czasem nawet trochę zmanipulować – światów jest tyle, ile chcemy, żeby ich było. Zadbajmy, żeby przebywać tylko w tych najwspanialszych.
P.S. Na deser łączę swój cover ponadczasowego hitu Roberty Flack „Killing me softly” (z przepięknym, znalezionym w sieci akompaniamentem). Jej tekst pasuje tu idealnie.
Nadrabiając swoje kulturoznawczo-muzyczne zaległości, trafiłam na krążek, którego nie wypada nie znać, a mnie się jednak udało. Tak, wstyd mi i kajam się, ale lepiej późno, niż wcale. Mowa o Najlepszej Alternatywnej Płycie Roku (Fryderyki 1998) – „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-ie” Kur.
Powiedzieć, że to najdziwniejsza i najbardziej odjechana parodia różnych muzycznych stylów, to nic nie powiedzieć. Pierwotnym założeniem Tymona Tymańskiego było stworzenie albumu imitującego składankę piosenek różnych (nieistniejących) zespołów i to się właściwie udało, choć krążek finalnie został wydany pod szyldem Kur. Na pewno nie da się jej zarzucić spójności, choć równocześnie czuć w niej twórczą koncepcję. Usłyszymy tu właściwie większość gatunków muzycznych od disco polo przez yass, piosenkę patriotyczną, reggae, heavy metal oraz jazz po country. Wszystko z dużym przymrużeniem oka, okraszone wyczuwalną świadomością muzyczną i fantastycznymi tekstami.
Już dwie pierwsze piosenki („Śmierdzi mi z ust” i „Jesienna deprecha”) – utrzymane w podłym, kiczowatym klimacie disco polo – są dowodem na to, że dobrzy i wrażliwi muzycy nawet stylizując coś na największy chłam, przemycą (choćby niecelowo) pewną szlachetność. O „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-ie” można byłoby pisać elaboraty (wiem o co najmniej jednej pracy magisterskiej na jego temat), więc w telegraficznym skrócie skupię się tu tylko na kilku swoich ulubionych piosenkach.
🎼„Nie martw się, Janusz” to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Muzycznie znakomity, zaskakujący, świeży, inny; tekstowo fenomenalny! Z przeszywającą precyzją oddaje polskie zaściankowe umiłowanie do zabobonu przy rezygnacji z samodzielnego myślenia (wracające dziś zresztą do łask).
🎼 Drugą (chronologicznie) moją ulubioną piosenką jest „Kibolski”. (Jak typowa blondynka śmiałam się zresztą dwa razy – najpierw, kiedy po raz pierwszy usłyszałam tekst, a drugi, kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę, to Lechia Gdańsk, a Arka Gdynia. Bywa…) Podoba mi się bardzo trafność spostrzeżenia, że kibolskie oddanie dla sprawy jest przeważnie dużo większe, niż potrzeba rozumienia jej sedna.
🎼 Dosyć podobną w klimacie i zawsze wywołującą u mnie salwy śmiechu (i – co gorsza – od dłuższego czasu nieopuszczającą mojej głowy) jest „Sztany, glany”. Myślę, że pozostanie już na zawsze w pewnych środowiskach aktualna. Można by rzec, utwór ponadczasowy.
🎼 Absolutnie urzeczona jestem jednak songiem „Nie mam jaj” – to karykatura reggae doskonała na tak wielu poziomach, że jawi mi się jako utwór wręcz genialny. Nieczęsto spotyka się wysmakowane parodie samej formy. Bo śmieszy w niej najbardziej przecież nie sam absurdalny refren:
tylko połączenie najbardziej rasowego reggae grania z narracją, która do złudzenia przypomina właściwie każdą piosenkę w tym stylu, z tym że ta akurat celowo nie ma sensu. Do tego Larry Okey Ugwu, który swoim uroczym łamanym polskim śpiewa:
sprawia, że za każdym razem leżę na podłodze ze śmiechu.
🎼Tekstowego prztyczka w nos dostaje też jazz w utworze „Mój dżez”. Choć Tymański próbuje się naigrywać z wykonywania tego gatunku, to jakby się nie starał, nie jest w stanie uciec od tego, że naprawdę dobrze w nim brzmi!
To byłaby moja polovirusowa top piątka, ale bardzo mnie też urzekają „Ideały Sierpnia”, a zwłaszcza fragment:
„P.O.L.O.V.I.R.U.S.” jest z pewnością jedną z tych płyt, których trzeba wysłuchać wielokrotnie, w skupieniu i na które po ich poznaniu trudno pozostać obojętnym.
Z Tymonem Tymańskim przed wejściem do jego studia Nei Gong
Kiedy pokochasz mężczyznę, który od dzieciństwa przyjaźni się z Tymonem Tymańskim, przez pewien czas grał z nim w różnych zespołach, a w swojej wytwórni Biodro Records wydał recenzowaną tu płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” (projektował też m.in. okładkę i do niej, i do „Paszkwili”), jedną z naturalnych konsekwencji związania z nim swojego życia jest poznanie Tymona Tymańskiego osobiście.
fot. Bożena Szuj
Biorąc pod uwagę mój – opisywany już tu – paniczny lęk związany z tym artystą, wyzwanie nie lada, ale ja wyzwania lubię!
Mam przeświadczenie, (wywodzące się z przekonania, że idealny związek to dwie całości, nie połówki, a miłość jest dawaniem wolności), że przyjaźnie osób, które darzymy uczuciem, nie dotyczą nas i nie bardzo powinniśmy chcieć w nie ingerować. Oczywiście nie mam na myśli odciągania ukochanych od ich znajomych, którzy nam nie odpowiadają (to rodzaj przemocy w związku, której dopuszcza się nie partner, tylko przebrana za niego najwyższa izba kontroli), ale to, że skoro zadbanie o siebie leży w naszej gestii, to jedynie my wiemy, kim się otoczyć, żeby stawać się lepszymi ludźmi, a kogo unikać.
Może się zdarzyć, że ten sam człowiek przyczyni się do duchowego rozwoju pary, może się tak jednak nie zdarzyć. To, że nasz partner jest z kimś blisko, wcale nie znaczy, że my też musimy. Z drugiej strony, jeśli mamy świadomość, że wieloletnia przyjaźń z kimś zbudowała osobę, w którą jesteśmy wpatrzeni, narasta w nas szacunek do jej przyjaciela i potrzeba bycia przez niego zaakceptowanym.
Po przemiłym dniu spędzonym w domu Tymańskiego, mogę powiedzieć, że poznałam nie tylko fenomenalnego muzyka, ale też niesamowitego, nieprzewidywalnego, niewiarygodnie autentycznego, nietuzinkowego (jak mówi o sobie Doda), inspirującego, wzruszająco szczerego, piekielnie inteligentnego, skromnego, wrażliwego (choć się z tym nie afiszuje), a przede wszystkim naprawdę dobrego człowieka. Duchowy wymiar tego spotkania uważam za zbyt osobisty, by opisywać go szerzej, jednak rozmowa z tak pięknym wewnętrznie buddystą w wielu momentach bardzo mnie wzruszyła i z pewnością mocno wzbogaciła.
Ogromnym przeżyciem i zaszczytem było dla mnie zobaczenie prywatnego studia Nei Gong (w którym zostały nagrane „Paszkwile”) i… wspólne wykonanie jednej piosenki. W najśmielszych snach nie przypuszczałam też, że moją pierwszą jogę w życiu poprowadzi właśnie Tymon Tymański!
Jeśli miałabym jakoś podsumować to spotkanie, mogę napisać, że warto zmierzyć się ze swoimi lękami, bo te mogą się nieoczekiwanie okazać naszymi duchowymi mentorami!
Na ogół, idąc, decydowałam się na wyboistą drogę, mam jednak wrażenie, że trzy ostatnie lata mojej wędrówki przez życie zaczęły przypominać nieoczekiwany triathlon. Przez ten niespecjalnie długi czas udało mi się:
wbrew czyjemukolwiek zrozumieniu zakończyć bezpieczny związek (a właściwie rozpocząć zupełnie inny jego, równie dla mnie ważny, przyjacielski etap),
stracićdwudziestkę siódemkę ukochanych istot, co uświadomiło mi, że jednak nie tylko umiem tęsknić (o co się nigdy nie podejrzewałam), ale też że dojmujące cierpienie duszy potrafi wpędzić w całe mnóstwo psychosomatycznych dolegliwości, w które kiedyś nie bardzo wierzyłam,
zostać odtrąconą przez przyjaciółkę z powodu różnic światopoglądowych (agnostycy jednak kiepsko się wpisują w uporządkowany religijny krajobraz),
stanąć na nogi, dzięki wszechogarniającej życzliwości osób, które wyciągnęły do mnie rękę w potrzebie,
odkryć duchową jedność z przepiękną Kobietą – znajomą od lat, ale tak bliską dopiero od niedawna,
poznać kogoś, kto przewrócił moje życie do góry nogami, uświadamiając mi, jak ważne jest stanie się swoim własnym punktem odniesienia,
zacząć chcieć być do końca życia samą i w tym momencie uświadomić sobie, że przydarzyła mi się nieoczekiwanie Miłość.
Czy wybrałabym tę (lub tak naprawdę jakąkolwiek) dyscyplinę sportu samodzielnie? Oczywiście nie! Czy mam wrażenie, że dotarłam w ten sposób w najciekawsze zakamarki siebie samej? Jak najbardziej tak!
🏅 Pod wodą
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Do nie tak bardzo dawna miałam dosyć znikomą świadomość siebie. Pozwoliłam światu wmówić sobie jedną z największych i najbardziej niebezpiecznych bzdur, mianowicie że oczekiwania innych ludzi są ważniejsze od nas samych. Nie są. Byłam tak zajęta przejmowaniem się, co (jakikolwiek) ktoś sobie o mnie pomyśli i gimnastyką akrobatyczną, żeby przypadkiem nie pomyślał sobie o mnie źle, że nie starczało mi już ani czasu, ani energii na wnikliwe zastanowienie się, czego sama potrzebuję do prawidłowego rozwoju, co mi służy, a przed czym powinnam się bronić, bo jest dla mnie niebezpieczne. Straciłam niesamowicie dużo czasu na ludzi, którzy nie byli go warci. Pozwoliłam złej energii się całkowicie zdominować, co praktycznie przekreśliło moje szanse na poznawanie wartościowych osób, bo te są na ogół świadome zagrożeń i trzymają się od nich z daleka. Jak mieliby mnie niby znaleźć, skoro ja w zagrożenia wchodziłam jak ćma w ogień?
Wchodziłam jak ćma w ogień, ale równocześnie znajdowałam się głęboko pod wodą i tonęłam. Dziś już wiem, jak ważna jest umiejętność zanurzenia się w sobie. Nauczyło mnie tego chyba przede wszystkim spotkanie z Drapieżnikiem.Chaos – który ma prawo przerażać – należy do świata zewnętrznego i nad nim ani nie możemy, ani nie powinniśmy chcieć zapanować. Jedyne, nad czym mamy kontrolę, to nasze wnętrze. Kiedy doszłam do punktu, w którym poczułam to całą sobą (a, biorąc pod uwagę moją wrodzoną niechęć do sportu, było czym poczuć!), zaczęłam w coraz większej liczbie sytuacji odpuszczać światu. Oczywiście, że bywają jeszcze momenty, w których wiem, że powinnam – jak mawiał mój dziesięcioletni wychowanek – mieć wywalone, a porusza mnie do żywego coś, na co nie mam wpływu. Wiem jednak, że nie powinno i mam wrażenie, że ta wiedza przybliża mnie do kolejnego zwycięstwa nad swoimi słabościami. Jeśli nauczymy się, że jedynym obszarem, w którym nie tyle można, ale nawet trzeba wprowadzić porządek, jest nasze wnętrze, zaczniemy doceniać zewnętrzny, niedający się ogarnąć, nieład. Zwłaszcza ci z nas, którzy są artystami, cenią nieprzewidywalność tego, czego nie mogą kontrolować. Nie mogą tego kontrolować zresztą jedynie pozornie, bo filtrując przez swoją wrażliwość i umiejętność unikalnego odbioru wszystko, czego doświadczają, malują całkowicie własny obraz świata. (Tak, uważam artystów za nadludzi i myślę, że to małe zboczenie jest ciągle lepsze od nacjonalizmu.)
Tonęłam, zapominając, że dryfować w czymkolwiek obcym można bezpiecznie tylko, jeśli spuści się wcześniej kotwicę. Kotwicą w życiu jest na pewno jasno sprecyzowana moralność i świadomość, co nas rozwija, a co w rozwoju cofa. Tego nie wolno nam przerzucać na nikogo – zadbanie o siebie jest tylko i wyłącznie naszym obowiązkiem.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
🏅 Z kijem w szprychach
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Jadąc rowerem, zdecydowanie lepiej nie mieć kija w szprychach. (Z tego, co mgliście pamiętam, gdyż moja przygoda z tą dyscypliną sportową zakończyła się dwadzieścia jeden lat temu, w momencie – prawdopodobnie nadal pozostającym w żywej pamięci naocznych świadków – w którym spektakularnie przelatywałam nad swoim bicyklem na żwir). W życiu, wspomnianym kijem w szprychach są najczęściej właśnie opisywane wcześniej oczekiwania innych, nie zawsze jednak wynikające z ich wrogiego nastawienia czy złej woli. Ostatnio zrozumiałam, że życząc innym dobrze, nie mamy prawa przy okazji układać dla nich naszym zdaniem dobrych scenariuszy. Na przykład, jeśli przy najlepszych intencjach życzymy komuś: znalezienia idealnej pracy, związku, który nie okaże się niewypałem kosztującym sporo łez czy zdania jakiegoś ważnego egzaminu, próbujemy zaspokoić swoje potrzeby względem tej osoby. Brzmi to może trochę kontrowersyjnie czy przewrotnie (aka niedorzecznie), ale każdy ma do przerobienia jakieś konkretne lekcje. Dla jednego będzie to fatalna praca, która pomoże zrozumieć, jakiej powinien szukać (i z którymi prawnikami prawa pracy warto podjąć współpracę), dla innego kolejny nieudany związek, po którym łzy wreszcie w pełni go oczyszczą i pomogą mu zrozumieć popełniane latami błędy, a komuś potknięcie się na ścieżce kariery być może uzmysłowi, że kilka lat wcześniej pomylił drogi, ale ciągle nie jest za późno na radykalną zmianę (nigdy nie jest!). Można powiedzieć, że
przesadzam, bo słowa nie mają przecież aż takiej mocy, a ludzie chcą na ogół dla bliźnich tego, co ucieszyłoby ich samych.
– to, co można powiedzieć, chociaż nie mając racji
Jestem jednak absolutnie pewna, że mądre życzenie dobrze zakłada, że nie chcemy dla bliźniego jedynie chwilowej i powierzchownej przyjemności, tylko prawdziwego, bezgranicznego szczęścia. To bywa trudne, kiedy koliduje ono z naszym. Żal związany z koniecznością całkowitej lub częściowej utraty bliskiej osoby (rozstanie z partnerem, zmiana miejsca zamieszkania przyjaciela czy dorastanie i usamodzielnianie się dzieci) jest jak najbardziej naturalny. Równocześnie nie zniszczy nas tylko, jeśli przypomnimy sobie, że domeną tego, co zewnętrzne, jest zmienność i chaos. Zanurkujmy w głąb siebie. To jedyne miejsce, w którym odnajdziemy spokój i harmonię. Ludzie pojawiają się w naszym życiu z określonych powodów na określony czas. Bywa, że na wiele lat; bywa, że na zawsze. Sęk w tym, że nigdy nie wiemy, co jest nam pisane. Pewne jest jedno: im szybciej nauczymy się tego, czego jeszcze nie umiemy, tym mniej nas będzie czekało przykrych lekcji. To niestety nie historia, gdzie można z powodzeniem przespać oblężenie Malborka i nadal brylować z rozbiorów Polski. To matematyka. Jak nie ogarniemy funkcji liniowej, nie ruszymy z wykładniczą.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
🏅 Na właściwej trasie
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Bez względu na to, czy punkt ciężkości postawimy na jakimś konkretnym, zaplanowanym wcześniej celu (w sporcie będzie nim meta), czy na samym pokonywaniu do niego drogi, przede wszystkim musimy się upewnić, że jesteśmy na właściwej trasie. Nie ma nic złego w pomyleniu dróg, złe jest dopiero kurczowe trzymanie się tej nieodpowiedniej. Nie bójmy się więc wielkich życiowych rewolucji, nawet jak nikt wokół nie będzie rozumieć ich sensu. Jeśli coś w środku podpowiada nam, że musimy zawrócić – po prostu to zróbmy. Jedyną osobą, wobec której naprawdę mamy zobowiązania i której nie wolno nam zawieść, jesteśmy my sami.
P.S. A na deser łączę swój cover piosenki Boba Marleya „Turn your lights down low”. Wszystkie nasze relacje z bliźnimi są odzwierciedleniem naszej relacji z sobą. Zadbajmy więc o to, żeby dawać sobie jak najwięcej miłości! 💙
Nigdy nie miałam wątpliwości co do tego, że jesteśmy narodem posiadającym najwięcej na świecie specjalistów hobbystycznych. Na ulicy, przy świątecznym stole czy też w internetowych komentarzach nikt nie wypowie się na temat medycyny, prawa, poprawnej polszczyzny czy chowania dzieci z tak idealnie utrzymywanymi pozorami znawstwa, jak statystyczny Polak. Od niedawna nie mogę jednak wyjść z podziwu, że do dziedzin skomplikowanych, na które tenże Polak się porywa, dołączyła również… psychologia dzikich zwierząt.
Kiedy przeczytałam historię polskiego weterana wojny w Afganistanie, który kilka lat temu kupił sobie w Czechach pumę, rejestrując w tym celu działalność cyrkową (umówmy się, że raczej fikcyjną) i zaczął ją hodować zupełnie, jak by nie była dzikim, niebezpiecznym kotem, zaczęłam się zastanawiać, jak (i czy w ogóle) państwo wspiera żołnierzy, których psychika musi być tak straszliwą wojną przynajmniej w jakimś stopniu zdewastowana. Ponieważ hodowanie drapieżników przez osoby prywatne nie jest na szczęście dopuszczone przez polskie prawo, Nubia prawomocnym wyrokiem sądu została przekazana Poznańskiemu Zoo. Wydawałoby się, że to tragiczna historia z happy endem. Tragiczna z kilku powodów: wyrwane ze swojego naturalnego środowiska zwierzę potrzebuje fachowej opieki kompetentnych, stabilnych emocjonalnie, specjalnie wyszkolonych do tego osób, z kolei pomysłem na poradzenie sobie z prawdopodobnym zespołem stresu pourazowego na pewno nie jest zżywanie się z pumą. Opory żołnierza związane z oddaniem ukochanej Nubii, grożenie pracownikom Zoo nożem i odebraniem sobie życia, a finalnie ucieczka z przerażonym sytuacją kotem, wydały mi się nieuniknioną niestety konsekwencją feralnego czeskiego zakupu. Dogłębnie smutna historia, jednak świadomość, że zwierzę zostało powierzone Ewie Zgrabczyńskiej (dyrektorce Poznańskiego Zoo) napawała mnie spokojem – nie mogło trafić lepiej. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy nieopatrznie zaczęłam czytać w internecie komentarze…
Przecierałam oczy, czytając, jak bardzo krzywdzony jest właściciel Nubii oraz ona sama, a także na jak wielką traumę (rozstania) się ją skazuje. Nie zliczę, ile razy natrafiłam na sugestię, że Zoo w taki oto bezduszny, podły sposób „załatwiło sobie pumę”. Zdruzgotała mnie świadomość, jak szybko przychodzi ludziom rezygnowanie z myślenia. Kiedy jakiś pojedynczy internetowy głos rozsądku przywołał argument oczywisty, czyli że przecież mogłoby dojść do tragedii, gdyby Nubia kogoś pogryzła, ten został „zbity” pytaniem:
A po co niby miałaby kogoś pogryźć?
Zrozumiałam wtedy, że część internautów musiała w swojej głowie po prostu spersonifikować drapieżnika. Jako osoba, która nie ma pojęcia o psychologii dzikich zwierząt, nie umiem się wypowiedzieć na temat rzekomej traumy, jaka miałaby czekać Nubię po rozłące z właścicielem. (Mam jedynie pewność, że mój nieżyjący już niestety królik, gdyby go ode mnie zabrano, nawet by tego nie zauważył – cechowało go głęboko buddyjskie podejście do rzeczy, na które nie miał wpływu.) Nie mam też najmniejszych wątpliwości co do tego, że puma była przez swojego pana kochana i otaczana ogromną troską. Sęk w tym, że złe traktowanie zwierząt nie objawia się tylko poprzez znęcanie się nad nimi. Można mieć najlepsze intencje, a i tak – nieświadomie – wyrządzać zwierzęciu krzywdę, przede wszystkim traktując je niezgodnie z jego naturą. Dzikie koty nie są maskotkami i nie mogą być tak traktowane. Obrona żołnierza to upieranie się przy tym, że skoro on swoje maskotki szanuje, to wszystko jest w porządku. Niestety nie jest.
Polityczny marketing, trochę jak reklama, rządzi się swoimi prawami. Liczy się cel – dotarcie do odbiorcy i zatrzymanie go przy sobie. To, co jednak odróżnia politykę od reklamy, to pewna zależność między jakością produktu a łatwością wypromowania go. O ile nawet najpodlejsze piwo czy sieć komórkową można zareklamować w sposób mistrzowski, o tyle słabego i nieinteligentnego polityka nie da się sprzedać jako polityka pierwszej wody. Ciężko więc zrzucić winę za obecną sytuację polityczną w Polsce na czyjąkolwiek manipulację i podatność na nią.
Po silnym powiewie zachodniego wiatru nagle zatęskniliśmy za tą naszą swojską, dziwnie pojętą polskością przejawiającą się m.in. w jednoczeniu się przeciw urojonemu wrogowi, odkopywaniu z odmętów historii do niczego dziś niepasujących haseł i odbieraniu im wszelkiej czci poprzez noszenie ich dumnie na koszulkach, a także – mimo pokoju – wymachiwaniu na oślep szabelką. Do łask wróciła moda na najbardziej prymitywny nacjonalizm, a w sztuce renesans przeżywa disco-polo i coraz bardziej żenujące kabarety. Mam przykre wrażenie, że w 2015 roku większość rodaków wysłała swój rozum na (być może zasłużone) wakacje, z których ten jednak już nigdy nie powrócił, a słuch po nim bezpowrotnie zaginął. Politycy posługują się polszczyzną alternatywną, a brak językowej świadomości u większości społeczeństwa to niesłychanie podatny grunt na wszelkie manipulacje. Należy pamiętać, że największe tragedie w historii zawsze poprzedzało radykalizowanie się języka. Moje językoznawcze serce krwawi, kiedy słyszę o wrogich ideologiachgenderiLGBT+. Krwawi nie dlatego, że bolą mnie językowe błędy – miałam ogromny zaszczyt i przyjemność pracować z najwybitniejszymi językoznawcami i wiem, że ogromna wiedza wyklucza purystyczną postawę; boli świadomość, jak wielu użytkowników języka najwyraźniej nie odczuwa potrzeby sprawdzenia u źródła znaczenia słów notorycznie, celowo i cynicznie przez polityków przekręcanych. „Ciemny lud to kupi” – powiedział kiedyś Jacek Kurski. I niestety miał rację; nieustająco kupuje.
Czym jest gender?
W dosłownym tłumaczeniu to po prostu „płeć”. W języku polskim ten termin określa jednak przede wszystkim płeć kulturową, społeczną, kulturowo-społeczną oraz psychologiczną lub psychiczną. Wg Słownika Języka Polskiego PWN-u gender to:
zespół zachowań, norm i wartości przypisanych przez kulturę do każdej z płci
Światowa Organizacja Zdrowia WHO definiuje gender w następujący sposób:
gender odnosi się do społecznie skonstruowanych cech kobiet i mężczyzn – takich jak normy, role i relacje między grupami kobiet i mężczyzn oraz między nimi. Różni się w zależności od społeczeństwa i może podlegać zmianom. Chociaż większość ludzi rodzi się albo jako mężczyźni, albo jako kobiety, uczy się ich odpowiednich norm i zachowań – w tym sposobu, w jaki powinni współdziałać z innymi osobami tej samej lub przeciwnej płci w gospodarstwach domowych, społecznościach i miejscach pracy. Kiedy jednostki lub grupy nie pasują do ustalonych norm płci, często spotykają się z napiętnowaniem, praktykami dyskryminacyjnymi lub wykluczeniem społecznym.
– WHO
Słowem „płeć” określamy w języku polskim płeć biologiczną. Gender to – mówiąc w największym uproszczeniu – wszystko, co się z nią wiąże w kulturze. Role, które przypisujemy płci na ogół są kwestią umowną (w każdej kulturze się trochę różnią), niewynikającą z praw natury, wszyscy natomiast tym mechanizmom podlegamy. Widać więc jak na dłoni, że gender dotyczy każdego z nas.
Czym jest LGBT+?
Skrótowcem LGBT+ określa się osoby homoseksualne, biseksualne i transpłciowe (LGBT – Lesbian, Gay, Bisexual, Transgender) oraz pokrewne społeczności, czyli np. osoby interpłciowe lub aseksualne. Innymi słowy są to ludzie nieheteroseksualni, których orientacja seksualna jest jedną z trzech pozostałych oraz ci, których płciowość w jakikolwiek sposób odbiega od tej reprezentowanej przez większość. Upraszczając, są to ludzie.
Czym jest ideologia?
We wszystkich słownikowych definicjach hasła „ideologia” przewija się słowo „światopogląd”. Oprócz tego znajdziemy jeszcze następujące wyjaśnienia:
nauka o ideach,
system idei, wyobrażeń, poglądów, ocen, ideałów
całokształt haseł i poglądów jakiegoś kierunku
– Podręczny Słownik Języka Polskiego,
Słownik Wyrazów Obcych,
Słownik Frazeologiczny Języka Polskiego
Warto też przyjrzeć się definicji encyklopedycznej:
Pojęcie ideologii rozpowszechniło się dzięki marksizmowi, w którym ma ono kilka różnych, choć częściowo pokrewnych znaczeń: 1) ogólny system pojęć i postaw, który charakteryzuje społeczeństwo w danej epoce; do tak rozumianej ideologii należałoby wszystko, co nie jest częścią materialnej sfery życia, a więc wszelkie formy myśli: filozofia, religia, nauka, koncepcje moralne i prawne; 2) tzw. fałszywa świadomość, czyli zbiór poglądów, których funkcją jest afirmowanie aktualnego układu ekonomiczno-politycznego; poglądy te są przyjmowane za prawdziwe przez ludzi żyjących w tym układzie, choć w istocie powstały one dzięki niemu, a poza nim tracą swoją iluzję prawdziwości; 3) zbiór poglądów wyrażających interesy jakiejś klasy, mobilizujących ją do walki o władzę i uzasadniających utrzymanie władzy w celu przekształcenia rzeczywistości zgodnie z interesem tej klasy i jej widzeniem świata: np. ideologia burżuazji czy komunizm jako ideologia proletariatu. Znaczenie pierwsze przeszło do języka potocznego, w którym pojęcie ideologii odnosi się do wszelkich idei poza teoriami ściśle naukowymi.
Z przytoczonych cytatów łatwo wyczytać, że o ile nie sposób uzasadnić nazywania ani płci kulturowej, ani osób określonej orientacji „ideologią”, o tyle można tak rzeczywiście nazwać homofobię, szczucie ludzi na siebie, a także haniebny proceder manipulowania językiem w celu utrzymania władzy.
P.S. Na deser mogę zamieścić tylko jedną piosenkę…