Fasolka po lesersku

fot. Marianna Patkowska

Czas przymusowej izolacji chyba pomoże mi nadrobić braki we wpisach z  kategorii kulinarnej. Ten przepis jest tak straszliwie banalny, że aż zastanawiałam się, czy się nim dzielić. Szybko jednak sobie przypomniałam o wszystkich tych ludziach, którzy nie lubią lub nie umieją gotować, nie mają na to czasu albo nie chcą wydawać na jedzenie zbyt dużo pieniędzy: samotnych kawalerach, zapracowanych pannach, znużonych żonach, zagubionych w kuchni mężach czy miłośnikach fasoli konserwowej. Ten wpis jest właśnie dla Was!
Danie starcza na dwie porcje i można je podać z purée ziemniaczanym. Koszt jednej porcji (wliczając ziemniaki) nie przekracza 3 zł.

SKŁADNIKI:

– puszka fasoli białej konserwowej
– obrana i posiekana w kostkę cebula*
– mielony kminek
– suszony majeranek
– suszony lubczyk
– sos sojowy
– sól (himalajska)
– masło

*Zarówno białą fasolę, jak i cebulę można zamienić na ich czerwone wersje 😉

PRZYGOTOWANIE:

Cebulę zeszklić na maśle, dodając do niej szczyptę soli (dzięki temu szybciej zmięknie). Całą zawartość puszki z fasolą (łącznie z sosem) wlać do garnka, połączyć z cebulą, suszonymi ziołami, sosem sojowym i ewentualnie jeszcze solą. Gotować niecałe 10 minut.

P.S. Skoro była mowa o kawalerach, na deser muszę załączyć piosenkę (rok tylko ode mnie młodszą) moich zdecydowanie ulubionych (muzycznie i prywatnie) Kawalerów Błotnych!

Siła sióstr

fot. Geo Dask/ Jan Lewandowski/ Valantis Nikoloudis

Ostatnio zastanawiałam się nad swoją kobiecością i tym, dlaczego jestem teraz taka szczęśliwa, a także nad tym, co dzieje się we mnie w tych nielicznych momentach, w których czuję się słabsza. Mocno wierzę, że odpowiedzialność za swoje własne szczęście leży wyłącznie w naszych rękach. Na pewno od momentu, kiedy to zrozumiałam, jest mi nieporównywalnie lepiej. Nie obarczam swoimi nastrojami innych ludzi (no dobra, czasami obarczam, ale nie oczekuję od nich, żeby mi je poprawiali – wiem, że tylko ja mogę to sobie dać). Spotkanie Drapieżnika pomogło mi odkryć w sobie niewiarygodne pokłady siły.
Wielokrotnie pisałam tu, że nie mam wrażenia, żeby określała mnie moja płeć. Na pewno definiuję się przede wszystkim jako człowiek, potem być może artysta, a dopiero na końcu kobieta. Niedużo się u mnie w tej kwestii zmieniło, dostrzegłam jednak, jak wiele radości można czerpać również z – mimo że jest u mnie na trzecim miejscu – przynależności do swojej płci. Niesamowicie mocno uderzyła mnie podczas tego odkrycia pewna refleksja – nie znam kobiety, która byłaby szczęśliwa i równocześnie odczuwała niechęć do innych kobiet; niechęć bezinteresowną, niechęć mającą swoje źródła w ogromnej niepewności siebie, niechęć wynikającą z dziwnie w nas zakorzenionej koncepcji walki o samca. Walki urojonej, bo wynikającej z założenia (seksistowskiego, jeśli dotyczy tylko jednej płci), że ludzie są bezwolni i można ich do czegokolwiek zmusić.
Nie trzeba dużej psychologicznej wiedzy, żeby dostrzec, że pod niechęcią do przedstawicielek swojej płci kryje się przede wszystkim ogromna niechęć do siebie. Kobiety szczęśliwe, to kobiety pogodzone nie tylko z własną kobiecością, ale też kobiecością w ogóle, więc z urzędu lubiące wszystkie inne kobiety.
Każdy z nas ma czasem ochotę złamać artykuł 148 § 2 pkt 2 KK. Powiedzmy to sobie otwarcie – bliźni bywają irytujący. Raz doprowadzi nas do białej gorączki mężczyzna, raz kobieta. Nie ma w tym chyba raczej nic niepokojącego. Kiedy wkurzymy się na kogoś, kto jest akurat homoseksualistą, osobą odmiennej rasy, obcokrajowcem lub muzułmaninem, a powód związany jest z konkretnym zachowaniem tego kogoś, nie robi to z nas automatycznie homofoba, rasisty, ksenofoba czy islamofoba. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy nasza niechęć (czyli maskowany agresją lęk) odnosi się do wszystkich przedstawicieli danej płci, orientacji seksualnej, rasy, narodowości czy wyznawców jakiejkolwiek religii.
Zdaję sobie sprawę, że trudno lubić wszystkich – z jednymi będzie nam bardziej po drodze, z drugimi mniej. Jednak zachwycenie się tym, co nas łączy (w tym miejscu mam na myśli przynależność do tej samej płci), buduje mosty i na pewno pomaga w pielęgnowaniu miłości własnej. Skoro udaje nam się myśleć o wszystkich innych kobietach źle (niestety też tam byłam i czasem jeszcze zdarza mi się zboczyć na tę ścieżkę – na szczęście coraz rzadziej), nie ma chyba żadnego powodu, by nie zacząć myśleć o nich dobrze.
Doskonałą książką poruszającą tematykę archetypu kobiety w kontekście antropologicznym jest „Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estés. Co prawda z oczekiwaniami literackich orgazmów możemy się spokojnie wstrzymać do lektury dzieł innych autorów, ale z jej treścią zdecydowanie warto się zapoznać. Pokazuje, że do pełnego zaakceptowania siebie jako kobiety musimy zrozumieć rolę kobiet w mitologii, kulturze, ale też zrozumieć nasze prababki, babki i matki. Zrozumieć i – jeżeli trzeba – wybaczyć.

fot. Geo Dask

Jeśli wsłuchamy się w siebie i zobaczymy, co nam służy i sprawia, że jesteśmy lepszymi ludźmi, a co jest w nas toksyczne, najczęściej dostrzeżemy, że zwłaszcza to ostatnie dostałyśmy w spadku. Niedobre schematy przechodzą z pokolenia na pokolenie, ale przerwanie złego kręgu zależy tylko od nas. Tym bardziej, że zrobienie tego polepszy standard nie tylko naszego życia (i wszystkich wokół, którzy również się z tym w nas męczą), ale też naszych przyszłych córek, wnuczek i jeszcze kolejnych pokoleń kobiet. Zaopiekowanie się sobą to nie fanaberia, ale ogromna odpowiedzialność. Stwórzmy wspólnie lepszy świat!

P.S. Na deser mogę dołączyć tylko jedną piosenkę…

Bakłażanowe pasty kanapkowe

fot. Marianna Patkowska

Czas przymusowego siedzenia w domu sprzyja wzmożonej aktywności w kuchni i przygotowywaniu mnóstwa potraw idealnych na proszone podwieczorki, które zaczynają się jawić jak odległe wspomnienie poprzedniego życia. Światełkiem w tunelu jest myśl, że pozostajemy w towarzystwie najlepszym z możliwych – swoim własnym!
Dzielę się dziś przepisami na dwie pasty kanapkowe, których bazą jest pieczony bakłażan: serowo-paprykową (która do złudzenia przypomina fantastyczną grecką τυροκαυτερή) i paprykowo-pomidorową. Są oczywiście idealne na kanapki, ale również świetnie nadają się do maczania w nich surowych warzyw czy nawet jako sos do makaronu (podawany i na ciepło, i na zimno).

Pasta serowo-paprykowa

fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:

– umyty pokrojony wzdłuż bakłażan
– umyta pokrojona papryka zielona
– opakowanie greckiej fety
– łyżeczka jogurtu greckiego
– ząbek czosnku
– sól (himalajska)
Olej Kujawski z rozmarynem, oregano i bazylią

PRZYGOTOWANIE:

Bakłażana z papryką piec w rozgrzanym piekarniku (lub – jak w mojej jednopalnikowej kuchni – garnku do pieczenia) na Oleju Kujawskim z rozmarynem, oregano i bazylią ok. 30 minut. Miękkie warzywa pokroić i zmiksować z fetą, jogurtem greckim, wyciśniętym czosnkiem i solą.

fot. Marianna Patkowska

Pasta paprykowo-pomidorowa

fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:

– umyty pokrojony wzdłuż bakłażan
– umyta pokrojona papryka żółta
– umyta pokrojona papryka czerwona
– 2 umyte i przekrojone na pół pomidory
– suszona bazylia
– suszone oregano
– suszone zioła prowansalskie
– 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego
– sól (himalajska)
Olej Kujawski z rozmarynem, oregano i bazylią

PRZYGOTOWANIE:

Bakłażana z paprykami i pomidorami piec w rozgrzanym piekarniku (lub – jak w mojej jednopalnikowej kuchni – garnku do pieczenia) na Oleju Kujawskim z rozmarynem, oregano i bazylią ok. 30 minut. Miękkie warzywa pokroić i zmiksować z ziołami, koncentratem pomidorowym i solą.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę utwór z solowej płyty najprzystojniejszego członka The Prodigy – Maxima Reality.

Nowy wspanialszy świat

fot. Marianna Patkowska

Jako osoba, która uwielbia spędzać czas sama ze sobą i nie jest raczej mistrzynią w socjalizowaniu się, znoszę koronawirusową izolację całkiem dobrze, nie wpadając w przesadny pesymizm. Czasem bywa trudniej (na przykład w święta), ale ogólnie w konieczności przymusowego niekontaktowania się z ludźmi nie bardzo umiem dostrzec duży problem. Ostatnio mój przyjaciel pożalił mi się, że przygotowywanie wykładów dla studentów online jest dla niego dziwnie nowe, bo zakłada przecież kompletnie inną wymianę energii, w czym nie bardzo umiał się jeszcze odnaleźć. Powiedziałam mu, że dla mnie osobiście największym plusem kontaktu wirtualnego jest brak konieczności kontaktu osobistego. Podziękował za wskazanie nieznanej mu dotąd perspektywy.
Ciągle jednak kołatała się po mojej głowie niesforna myśl, że głęboko tkwiące we mnie przekonanie, że to, że po chwilowym zatrzymaniu się świata nic już nie będzie jak dawniej, jest dla nas błogosławieństwem a nie przekleństwem, wynika być może jedynie z mojego hiperoptymizmu, dla którego nie każdy umie znaleźć uzasadnienie. I właśnie wtedy wspomniany wyżej przyjaciel podzielił się ze mną fantastycznym tekstem Matthiasa Horxa „Świat po koronawirusie”, którego lektura sprawiła mi ogromną przyjemność. W końcu kiedy wszystkie optymistyczne tezy, które masz w głowie – a także garść kolejnych – sformułuje znany i ceniony futurolog, możesz tylko szeroko uśmiechnąć się do swojej intuicji!
Skłamałabym, mówiąc, że od samego początku byłam nowymi realiami zachwycona. Niedługo wcześniej udało mi się wyrwać z ciężkiej depresji i zorganizować sobie wspaniałą codzienność (tak, wypełnioną – o dziwo – cudownymi, bardzo ważnymi dla mnie w procesie zdrowienia ludźmi), która pod wpływem przymusowej izolacji rozsypała się jak domek z kart. Tak jak większość bliźnich, przechodziłam przez te same etapy: niezgody, złości, zaprzeczania faktom, aż w końcu poddania się i odnalezienia w zastanej sytuacji. Tyle, że przez mój brak przesadnego zainteresowania światem zewnętrznym, były pewnie łagodniejsze i krótsze niż u innych. Stałam się znów – jak przed Bożym Narodzeniem – perfekcyjną panią domu, tylko że do sześcianu. Po obsesyjnie dokładnym wypucowaniu każdego kąta (ze ścianami włącznie), umyciu okien (również tych na klatce schodowej) i kompulsywnym kilkudniowym praniu wszelkich tekstyliów z kocami, chodnikami i firankami włącznie, poczułam się gotowa do ewentualnej popandemicznej konieczności przebranżowienia się. Zajrzałam też do swojego bardzo niestety zaniedbanego ostatnio  jednopalnikowego stanu umysłu, bawiąc się w poszukiwanie znanych smaków w swojej nowej pescowegetariańskiej rzeczywistości, część produktów spożywczo-medycznych wsmarowując przy okazji w siebie samą. (Trzy aspiryny rozpuszczone w niewielkiej ilości wody połączone z niecałą łyżką jogurtu greckiego to fantastyczna, doskonale działająca maseczka na twarz, a urokliwego koloru maziaja ze zmielonej kawy, oliwy z oliwek i ziarnistej soli to znakomity peeling, o nieocenionych właściwościach oleju kokosowego – który można wetrzeć niemal wszędzie – nie wspominając.)

fot. Marianna Patkowska

Kiedy już wygrzebałam się mentalnie z dziewiętnastego wieku i przypomniałam sobie, że właściwie zbyt długa przerwa w zgłębianiu filozofii i kryminologii nie służy mojemu mózgowi, postanowiłam stworzyć sobie idealne warunki do samorozwoju. Pomysłem absolutnie oczywistym i wręcz banalnym było odcięcie się od mediów i ograniczenie wszelkich koronawirusowych newsów do minimum. Zrobiłam bardzo ostrą – dużo ostrzejszą niż zazwyczaj – selekcję informacji, które do siebie dopuszczam. Wiedząc, że uwięzienie wyzwala w mojej prawopółkulowej głowie natłok myśli, nie chciałam wpędzać się w poczucie zagrożenia tym, na co i tak nie mam żadnego wpływu. Ważne było (i jest) dla mnie tylko to, jakie są aktualne zalecenia. Oczyściłam w ten sposób duży szum, który wiem, że wielu osobom ciągle niestety doskwiera.
Poczułam, że choć siedzenie w domu nie jest dla mnie kompletnie nowe czy dziwne, jednak zdecydowanie muszę – przez brak pewności, ile to wszystko potrwa – zmienić jego jakość. Ograniczyłam telewizję prawie do zera, a jeśli oglądam już w internecie programy niespecjalnie mądre, są po angielsku, bo wydaje mi się, że jeśli od jakichś treści można zgłupieć, ale do przyswojenia ich będę musiała stymulować swoje neurony, to summa summarum zostanę w mniej więcej wyjściowym punkcie. Dyscyplina nie udaje mi się tylko w kwestii jedzenia – zapominam jeść, co mnie martwi, bo bardzo nie chcę schudnąć. Na pewno pomoże przyłożenie się do regularnych ćwiczeń, do których ciągle jeszcze nie umiem się zmusić, ale czas najwyższy!
Zauważyłam, że kiedy zatęsknię za bliskimi, nazwanie naszej telefonicznej rozmowy, podczas której każdy z nas popija kawę, „wspólną kawą”, sprawia, że ta zyskuje inny, głębszy wymiar i nową jakość. Chyba nigdy nie czułam się aż tak zaangażowana w relacje jak teraz.
Piszę o swoich poważnych oraz kompletnie nieistotnych doświadczeniach, bo zdaję sobie sprawę, że życie w odcięciu ma jeden, ale za to spory minus – ludzie słabsi (i trochę wszystkim załamani) nie dostają wystarczającego wsparcia od tych, którzy są silniejsi, więc mają moralny obowiązek podnosić tych pierwszych na duchu. Kochani, to że świat przed pandemią był jedynym jaki znaliśmy, nie znaczy, że jego przemiana musi nas przerażać. To przemiana na lepsze. Jestem tego pewna. Dobre rzeczy już się dzieją. Wystarczy tylko otworzyć oczy i przestać się bać. Nie ma czego!

P.S. Na deser łączę moich ukochanych elektronicznych bogów.

fot. Marianna Patkowska

Jak odczuwać smutek, nie będąc smutnym

fot. Marianna Patkowska

Kobieta mojego życia, czyli – jak już wie pewnie każdy mój stały Czytelnik – cudowna, wspaniała, oszałamiająca, jedyna w swoim nNajpiękniejszym rodzaju Laurie Anderson, w jednym z wywiadów tak wyjaśniła piękną i głęboko filozoficzną, choć zagadkową, kwestię ze swojego filmu „Serce psa”:

Mój buddyjski nauczyciel powiedział mi: „powinnaś wyćwiczyć odczuwanie smutku bez bycia smutną”. Co oznacza tak naprawdę, że jest wiele smutnych rzeczy na świecie i jeśli będziesz udawać, że ich nie ma, one przyjdą i cię znajdą, a potem dorwą. Ta koncepcja zakłada więc, że trzeba je dostrzec, przyjrzeć się im i stwierdzić: „ok, smutne”, ale jeszcze ważniejsze jest to, żeby… się nimi nie zasmucić. Nie stać się smutnym. Wszystko sprowadza się do tego, po co tu jesteśmy. A jesteśmy tu po to, żeby mieć bardzo, bardzo, BARDZO dobry czas. To jest powód naszego istnienia. Spróbuj tego dokonać. Mój nauczyciel naprawdę poważnie podchodzi do tego zagadnienia.

–  Laurie Anderson, DP/30: Heart of a Dog

(Tłumaczenie moje, więc chropawe – z góry za nie przepraszam i oczywiście polecam wysłuchanie podlinkowanego oryginału.)

Te słowa dochodziły do mnie bardzo długo, zakładając, że w ogóle już do mnie doszły (być może jeszcze są w drodze). To jedno z tych niezwykle trudnych buddyjskich założeń, które sprawiają wrażenie świadomego odczłowieczania się. Mnie akurat zachwyca idea pracy nad sobą, bo w otaczającym chaosie zakłada jakąkolwiek naszą sprawczość. Jako osoba, która ma pewną potrzebę kontrolowania świata, mogę dać jej upust, skupiając się na swoich własnych emocjach. Ma to większy sens niż próba zawładnięcia rzeczywistością dlatego, że o ile ta po prostu nie daje się kontrolować, o tyle samych siebie możemy – jeśli włożymy w to wystarczająco dużo pracy – kształtować i zmieniać w swoje lepsze wersje z powodzeniem.
Czy nieprzyjmowanie smutku całkowicie do siebie nie jest rodzajem bezduszności? Część osób na pewno wybierze taką interpretację. Wszystko okaże się jednak łatwiejsze, jeśli zrozumiemy, że rzeczywiście celem naszego istnienia jest bycie szczęśliwym. I nie chodzi tu o hedonizm, tylko prawdziwą, głęboką miłość do siebie samego, która jest jedynym źródłem szczęścia i zakłada brak świadomego ranienia innych. To zresztą logiczne – najbardziej ranią osoby, które nie umieją pokochać samych siebie.
Łatwo jest wpaść w pułapkę dążenia do czystego „altruizmu”, choć ten tak naprawdę nie istnieje. Żeby została zachowana w przyrodzie równowaga, dając, oczekujemy czegoś w zamian. Nie ma w tym nic złego. To oczywiście niekoniecznie są korzyści materialne. Czasem wystarczy nam uśmiech żebraka, któremu damy jałmużnę, czasem świadomość, że spełniając dobry uczynek, możemy myśleć o sobie dobrze. Dlaczego przekonanie o braku tej wymiany uważam za pułapkę? Otóż dlatego, że „dobry” altruizm jest przeciwstawiany złemu egoizmowi, a temu najłatwiej przypisać, straszliwie zresztą niesprawiedliwie, każdy wybór siebie (czyli objaw zdrowej miłości własnej). Reasumując, często nęci nas nieistniejący altruizm, bo daje nam złudzenie bycia dobrymi ludźmi. W końcu po przeciwnej stronie barykady jest rzeczywiście naganny moralnie egoizm. Tymczasem prawda leży w ogóle gdzie indziej. W spoczywającym na każdym z nas obowiązku jak najlepszego zaopiekowania się sobą samym (co na ogół skutkuje zresztą pomnażaniem dobra we Wszechświecie).
Jeśli jednak, mimo wszelkich trudności, zrozumiemy, że źródło naszego szczęścia – które stanowi sens istnienia – tkwi w nas i tylko my, poprzez miłość, możemy je sobie dać, stanie się dla nas jasne także to, że bycie smutnym nie pomaga nam w dążeniu do szczęścia. Jak to pogodzić z empatią? Na pewno nie ucieczką przed tym, co trudne i ciężkie. Kiedy staniemy w najbardziej bolesnej prawdzie, nawet będąc chorobliwie wręcz empatycznymi prawopółkulowcami, mamy zawsze wybór sposobu, w jaki pozwolimy danej prawdzie na nas wpłynąć. Idea, o której wspomina Laurie Anderson jest taka, żeby patrzeć na świat szeroko otwartymi oczami i nazywać po imieniu rzeczy, które są przytłaczające, trudne i do cna smutne, równocześnie stawiając granice swoim galopującym emocjom. To trochę jak stanie na samym skraju przepaści, czując, że spadlibyśmy, gdyby nie niewidzialna ręka, mocno nas przytrzymująca. Możemy przyglądać się wszystkiemu, co dzieje się na dole, ale… jesteśmy bezpieczni. Ta ręka to nasza własna siła woli. Wybierzmy bycie szczęśliwym.

fot. Marianna Patkowska

„Kraina miodu”

reżyseria: Tamara Kotevska,
Ljubomir Stefanov

gatunek: dokument
produkcja: Republika Macedonii Północnej
rok powstania: 2019
oryginalny tytuł: Honeyland
pełny opis filmu wraz z obsadą

Jako Greczynka z wyboru serca i lokalna patriotka prawdziwej (czyli greckiej) Macedonii, mam – wraz z resztą Greków – ogromny żal do kraju, który bez pardonu przez wiele lat próbował zawłaszczać nie tylko grecką nazwę, ale też sporą część greckiej historii. Jednak już od ponad roku, od kiedy oba kraje podpisały porozumienie, a drugi z nich oficjalnie zmienił swoją (stanowiącą kość niezgody) nazwę, trzeba wznosić się ponad dawne konflikty. Z takim więc nastawieniem wybrałam się do kina na „Krainę miodu”, pełna nadziei na piękny, poetycki dokument zobrazowany dość dobrze znanymi, cudownymi krajobrazami. Po niecałych dwóch godzinach oglądania zjawiskowo brzydkich ludzi w brudnych ubraniach, żyjących w nędzy, niezdradzających żadnych oznak bogatego życia wewnętrznego i zajmujących się pszczelarstwem (bardzo przepraszam za spoiler filmu), poczułam jak wszystkie moje dotychczasowe oraz przyszłe grzechy zostały odpuszczone.
Pszczelarstwo, jak by nie było w swoim założeniu fascynujące, jak również mało zaskakująca konstatacja, że większe pieniądze stoją za mniej ekologicznym (a także etycznym) wydobywaniem miodu, to wciąż za mało na długometrażowy film.

ZWIASTUN:

Epidemia głupoty

fot. Marianna Patkowska

Nastał dla nas wszystkich dosyć trudny czas. Bardzo się pilnuję, żeby nie popadać z tego powodu (i innych, które mi się trochę nawarstwiły) w histerię i nie poddawać się załamaniom, do których jako osoba depresyjna i cyklotymiczna mam naturalną skłonność. Na świecie szaleje wirus – zdarzało się, choć nigdy aż tak. Nie musi zbierać śmiertelnego żniwa na ogromną skalę, jeśli zastosuje się nadzwyczajne środki ostrożności – przede wszystkim niewychodzenie z domu. Żeby to zrozumieć, wystarczy przyjrzeć się uważnie, jak z tym problemem poradziły sobie np. Chiny (gorąco polecam śledzenie videobloga i m.in. relacji z Szanghaju zamieszkałej tam Weroniki Truszczyńskiej), a jak Włochy…
Przymusowa izolacja i to, że cały świat zamarł nie są komfortowe – mimo że część z nas próbuje zaklinać rzeczywistość, nie oszukujmy się, że jest inaczej. Świadomość, że nie ma miejsca, którego ta sytuacja nie dotknęła, może przytłaczać. Niektórym z nas utrata zarobków i wizja nieprędkiego powrotu do pracy może odbierać nadzieję.
Z drugiej strony – choć naprawdę nie chcę trywializować – ostatecznie w porównaniu do innej kompletnie przerażającej i niepożądanej przez żadne społeczeństwo sytuacji, czyli znalezienia się w rzeczywistości wojny światowej, perspektywa siedzenia, nawet – jeśli będzie trzeba – kilka tygodni (miesięcy?) w domu i wreszcie porządnego mycia rąk (tragicznie zmarły Rysiek z „Klanu” lubi to!) nie jawi się przecież jako najgorszy możliwy scenariusz.
Błogosławieństwem i równocześnie przekleństwem tego, że wszyscy mamy nadmiar wolnego czasu jest to, że… za dużo myślimy. Nie boję się wirusa (i nie to, że go bagatelizuję – po prostu jeśli nie ma takiej konieczności, nie wychodzę z domu i stosuję się do wszystkich, raczej logicznych przecież, zaleceń) – boję się epidemii głupoty. Cieszy mnie, że w obliczu świata bez szczepionki zamilkli wreszcie przynajmniej antyszczepionkowcy, jednak wszelkie inne teorie spiskowe mają się niestety całkiem dobrze. Łatwiej być odpornym na głupotę innych, pracując, spotykając się z ludźmi podobnymi do nas, zmieniając krajobrazy i otoczenie, niż siedząc w czterech ścianach. Jednak mimo wszystko, pamiętając słowa księdza Hellera o „powiększaniu sumy bezsensu we Wszechświecie”, nie możemy się dawać!
Zagrożenie, z którym się stykamy, jest realne. Rząd – co nie jest zaskoczeniem – nie radzi sobie z sytuacją, skupiając się jak zwykle nie na tym, co trzeba (nie potrzebujemy dziś propagandy, tylko wnikliwego przyjrzenia się koreańskim czy chińskim rozwiązaniom i wdrożenia skutecznego działania). Oddolnie możemy sobie jedynie przekazywać, żeby wychodzić z domu tylko, kiedy to konieczne (np. na zakupy, ze spacerami też na jakiś czas rozsądnie jest się wstrzymać) i nie wpadać w panikę. Choć to łatwo powiedzieć, zachowanie zdrowego balansu między skrajnym optymizmem a defetyzmem wcale nie należy do najprostszych. Jednak… spróbujmy. Umniejszanie problemu zmniejszy naszą czujność, której bardzo teraz potrzebujemy; z kolei masowy strach, to wysyłanie w kosmos energii, która w niczym nam nie pomoże, a może… zaszkodzić. Nie w jakiś magiczny sposób – w sposób jak najbardziej dosłowny. Na ten trudny czas mogę na pewno polecić niezawodną Iyanlę Vanzant, która na każdy dzień kwarantanny przygotowuje dla nas filmik podnoszący na duchu.
Myślę też, że warto spróbować znaleźć pozytywy zaistniałej sytuacji. Ja na przykład cieszę się z tego, że skoro już muszę być uwięziona, jestem uwięziona w pojedynkę. Rodzina jest znakomitym wynalazkiem, ale tylko w rozsądnych dawkach. Nadmiar czasu pozwala nadrobić wszelkie zaległości: od porządkowych, przez kulturalne (czekające w kolejce książki i filmy) po te… w aktywnościach fizycznych(!). Najważniejsza jest chyba świadomość (po którą muszę się czasem – oczywiście elektronicznie – zgłaszać do przyjaciół), że to kiedyś w końcu minie. Na pewno, przeglądając Facebooka, nieustannie cieszy mnie, że ani poczucie humoru, ani niesamowita kreatywność w mojej ulubionej części tego narodu nie giną. Jestem zachwycona inicjatywą „Kultura w kwarantannie”, która z jednej strony spragnione sztuki w dużych dawkach jednostki skutecznie zatrzymuje w domach, a z drugiej uspokaja ich zlęknione i skołatane serca. W końcu życie pozbawione sztuki nawet bez kwarantanny nie ma sensu…

Wszystkich swoich Czytelników serdecznie pozdrawiam i życzę Wam, żebyście – siedząc w domach –  się nie dawali ani panice, ani głupocie. Swoją drogą największą, jaką do tej pory słyszałam była sugestia, że obecna sytuacja to… zmowa koncernów farmaceutycznych! …a przecież powszechnie wiadomo, że koronawirusa wymyślił i wyprodukował Zakład Ubezpieczeń Społecznych! 😉

P.S. Na deser zamieszczam jedyną piosenkę, jaka mi w tym wypadku przychodzi do głowy.

fot. Marianna Patkowska

Granice wolności

fot. Marianna Patkowska

Do napisania tego tekstu przygotowywałam się dość długo – moje przemyślenia i filozofia życiowa zostały poddane pewnej próbie. Otóż… wjechała praktyka. Musiałam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ufam bardziej swojemu mózgowi, z którym jestem w naprawdę świetnej relacji, czy jednak ego, za którym po pierwsze nie bardzo przepadam, a po drugie którego za dobrze nie znam. Wybór, na logikę, wydał mi się oczywisty. W rzeczywistości ego, nawet jeśli dopuścimy je do głosu zaledwie w pięciu procentach, jest niesamowicie krzykliwe i histeryczne. Robi hałas na ogół wtedy, kiedy ten jest najmniej potrzebny do rozwiązania danego problemu (wbrew pozorom każdy da się rozwiązać). Postanowiłam więc wybrać rozum oraz – tak, to może okazać się zaskoczeniem! – od niedawna współpracujące z nim serce.

fot. Marianna Patkowska

Mocno wierzę w to, że miłość jest dawaniem wolności. I nie mam tu na myśli banałów typu jeśli kochasz, to nie kontrolujesz – to oczywistość. Co jednak, kiedy danie wolności oznacza w danej sytuacji gotowość do rezygnacji z relacji z kimś, kto jest całym naszym światem? Odpowiedzią cisnącą mi się od razu na usta jest ta, że nikt poza nami samymi nie powinien nigdy stać się całym naszym światem. Ale jeśli poczujemy, że spotkaliśmy tę jedyną, pisaną nam osobę i jesteśmy tego absolutnie pewni? Jak pogodzić uczucia z dawaniem wolności, kiedy odczujemy między nimi konflikt? Otóż… nie poczujemy konfliktu.
Piszę to z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa. Chęć posiadania partnera na własność jest wstrętna, ale równocześnie bardzo ludzka. Bywam – jak każdy – jej ofiarą. Podobnie jednak jak z ego, nie dopuszczam jej do głosu, bo uważam, że doradza źle. Powołam się po raz kolejny na piosenkę Indii.Arie „The Truth”, która najpiękniej opisuje idealny związek oparty na prawdziwej, zdrowej miłości i fragment, który jest chyba najtrudniejszy:

If he ever left me I wouldn’t even be sad, no
‘Cause there’s a blessing in every lesson
And I’m glad that I know him at all

„The Truth” India.Arie

fot. Marianna Patkowska

Jak można „nie być nawet smutnym”, kiedy opuści nas ukochana osoba? Nie da się nie być. Da się jednak widzieć we wszystkim lekcję i podchodzić do niej z pokorą. Ludzie pojawiają się w naszych życiach z jakichś powodów i rzadko kiedy chodzi o nich samych; najczęściej chodzi o nas. Czegoś się o sobie dowiadujemy. Pytanie, co z tą wiedzą zrobimy. Może się okazać, że dowiemy się, jak bardzo zależy nam na kimś. Jeśli jednak chcemy z nim tak naprawdę cokolwiek zbudować, chciejmy przede wszystkim jego szczęścia. I wierzmy, że jeśli to my jesteśmy jego prawdziwym szczęściem, on pozostanie w naszym życiu na zawsze.
Tu nie chodzi o brak wiary w miłość, lecz – ze względu na nią – umiejętność odpuszczenia swoich korzyści w imię najlepiej pojętego dobra ukochanej osoby. Idealnym związkiem nie jest związek dwóch połówek, lecz dwóch odrębnych, niezależnych od siebie, zdrowych całości, które świadomie, niepowodowane jakimikolwiek zależnościami, poczuciem obowiązku czy winy chcą ze sobą być. Tylko wtedy ma to sens.

P.S. Na deser mogę wrzucić chyba tylko jedną piosenkę.

fot. Marianna Patkowska

10 mężczyzn na 10 marca (kwiecień 2019 – marzec 2020)

Analogicznie do tego, co stało się z umieszczanymi na blogu wpisami z okazji Dnia Kobiet, powstał tu równolegle także cykl związany z Dniem Mężczyzn – przybliżam w nim sylwetki panów, którzy najmocniej na mnie wpłynęli w tym roku.

Spis treści:

  1. Dawid Podsiadło
  2. Tomasz Sekielski
  3. Christopher Ciccone
  4. Stanisław Moniuszko
  5. Paweł Mykietyn
  6. Woody Allen
  7. Józef Patkowski
  8. Jerzy Pobocha
  9. Tymon Tymański
  10. Michał Heller

1. Dawid Podsiadło

O mojej wieloletniej fascynacji Dawidem pisałam już przy okazji recenzji jego płyty „Małomiasteczkowy”.

„I złapałam się na tym, że nie wiem właściwie do końca kiedy (choć przecież już druga płyta coś sygnalizowała, ale…) Dawid… stał się mężczyzną. Niby strasznie banalna to prawda, że „dzieci rosną”, ale uświadomiłam sobie, że już nie ma tamtego zamkniętego w sobie, nieśmiałego chłopaczka o unikalnym głosie, lecz gdzieś w międzyczasie z tego uroczego pąka rozwinął się naprawdę przepiękny wielobarwny kwiat”.

fragment wpisu  „Małomiasteczkowy” Dawid Podsiadło

Teksty (wszystkie tym razem po polsku) niesamowicie zgrały się z sytuacją, w której znalazłam się w tamtym czasie, być może dlatego tak mocno mnie poruszyły i we mnie zapadły.
Dawidzie, dzięki!

2. Tomasz Sekielski

Na samo wspomnienie filmu „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich mam łzy w oczach. Ogrom zła i ohydy w nim ukazany przeraża, ale też… oczyszcza. Nakręcenie w Polsce dokumentu obnażającego skalę problemu pedofilii w kościele katolickim to akt niezwykłej odwagi. Mnie samo jego omówienie z dziećmi w podstawówce, w której uczyłam, kosztowało utratę pracy, ale z tą wiedzą po raz drugi zrobiłabym to samo bez mrugnięcia okiem.
Rzetelne dziennikarstwo na najwyższym poziomie i uparte docieranie do prawdy, nawet tej najtrudniejszej, to powody, dla których Tomasz Sekielski zyskał mój ogromny, dozgonny szacunek.
Panie Tomaszu, dziękuję!

3. Christopher Ciccone

Cudowne i inspirujące poznanie Madonny, które opisywałam ostatnio, zawdzięczam przede wszystkim jej bratu Christopherowi Ciccone i napisanej przez niego książce.

„Chwytem marketingowym jest nazwanie dzieła nieautoryzowaną biografią Madonny, tymczasem dla mnie jest to przede wszystkim autobiografia jeszcze ciekawszej (choć nie z powodu medialnej charyzmy) osoby – wrażliwego, uroczego i delikatnego Christophera Ciccone”.

– fragment wpisu „Moje życie z Madonną” Christopher Ciccone

Niespodziewanie okazało się też, że przy okazji odkryłam kogoś, kto szybko stał mi się bardzo bliski.
Thank you, Christopher!

4. Stanisław Moniuszko

Ubiegłoroczna edycja Festiwalu Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach”, przypadająca na rok moniuszkowski, spowodowała, że po raz pierwszy w życiu ujrzałam Stanisława Moniuszkę w zupełnie innym niż do tej pory świetle. Moniuszko jaki jest, każdy słyszy. Muzyka lekka, łatwa i przyjemna, w dodatku wbita w przyciężkawe polskopatriotyczne opakowanie. Wydawałoby się, że trudno byłoby mi znaleźć coś bardziej odpychającego. Aż… dowiedziałam się o jego dążeniu do rozwiązań nietypowych, poszukiwaniu do swych pieśni prozy nowoczesnej, kreatywnym umyśle.

„Właściwie przez sposób, w jaki Snakowski mówił o Moniuszce (jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby ktoś tak go przedstawiał), a potem przez samą doskonałą reżyserię Poutney’a, po raz pierwszy w życiu dostrzegłam w Moniuszce intrygującego kompozytora, który – co było dla mnie szokiem – zwracał ogromną uwagę na to, by teksty, do których pisał swoje pieśni, były autorstwa najbardziej jemu współczesnych, dobrych, „topowych” poetów. (Oczywiście, że część z tych wierszy dziś trąci już myszką, jednak dbałość kompozytora o to wtedy niesamowicie mnie rozczuliła.)”

fragment wpisu „XI Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” (2019)”

Niezależnie od tego, jak dziś brzmią jego kompozycje (a brzmią… miło), nabrałam do niego jakiejś zaskakującej sympatii.
Panie Stanisławie, dziękuję!

5. Paweł Mykietyn

Co do tego, że mój warszawski sąsiad, Paweł Mykietyn, jest kompozytorem wybitnym, nie miałam najmniejszych wątpliwości już od momentu, kiedy usłyszałam jego muzykę po raz pierwszy. Z ogromną sympatią i rosnącym zachwytem śledziłam jego artystyczną karierę. Jednak dopiero podczas wspominanej już wyżej tegorocznej edycji Festiwalu Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach”, słuchając II Koncertu wiolonczelowego, uświadomiłam sobie w pełni… jego geniusz, bo już konstrukcja tego utworu jest arcydziełem samym w sobie… Wielkie słowa bywają nadużywane. Staram się być bardzo ostrożna w ich doborze. Tym bardziej czuję wzruszenie, kiedy uświadomię sobie, że tak wyjątkowe osoby są wśród nas (Paweł ciągle zalicza się do grona tzw. kompozytorów żyjących 😉 ) i mogą jeszcze stworzyć tak wiele dobra.
Drogi Pawle, dziękuję!

6. Woody Allen

Woody Allen jest niesamowicie ważnym mężczyzną w moim życiu, który bardzo mocno mnie ukształtował. Cudownie było się przekonać w kinie na filmie „W deszczowy dzień w Nowym Jorku”, że ciągle jest w doskonałej reżyserskiej formie.
Trudno mi się pogodzić z nagonką, której stał się – a wraz z nim także pamiętniki, których wydanie zostało wstrzymane – ofiarą. Nie napiszę, że z całą pewnością nie molestował swojej pasierbicy, o co jest dziś podejrzewany. Nie wiem tego, podobnie, jak większość łatwo oskarżających go osób. Wierzę jednak w to, że sprawiedliwości powinno się dochodzić w sądzie, a nie w prasie.
Thank you, Woody!

7. Józef Patkowski

W tym roku ukazała się książka o tacie, co było poprzedzone wejściem jej autorki w nasze życie. Efekt tej pracy jest dopiero w drodze do mnie, więc nie mogę się jeszcze o nim wypowiedzieć. Ufam opiniom znajomych, będących w trakcie lektury, że redaktorzy podołali karkołomnemu zadaniu, jakim było zapanowanie nad zatrważającym infantylnością językiem, nadal myśląc – pewnie naiwnie – że lepiej byłoby, gdyby książki po prostu pisały osoby… umiejące pisać.
Bliskość taty czuję często, czasem dużo mocniej i chyba tylko dzięki niej przetrwałam ten naprawdę trudny dla siebie czas.
Dzięki, Tato! ❤️

8. Jerzy Pobocha

Psychiatra sądowy doktor Jerzy Pobocha w pewnym wywiadzie, na który przypadkiem trafiłam, absolutnie mnie zachwycił przede wszystkim wielką kulturą osobistą, doskonałym władaniem słowem i ogromną wiedzą. Szybko weszłam w posiadanie fascynującej książki „Zrozumieć zbrodnię”, do której często zdarza mi się wracać.

„W rozmowie poruszonych zostaje wiele wątków, między innymi: realne i symulowane choroby psychiczne, tajniki i problemy psychiatrii sądowej, psychopatia czy fascynacja złem. Doktor Jerzy Pobocha przywołuje przykłady wielu głośnych spraw z różnych lat (część z nich sam konsultował). Zamieszczana co jakiś czas „prasówka” (cytaty z prasy dotyczące omawianych przypadków) oraz przytaczane fragmenty innych książek są doskonałym zabiegiem pozwalającym czytelnikowi zrozumieć szerszy (od dialogu dwojga specjalistów) kontekst”.

– fragment wpisu „Zrozumieć zbrodnię” Ewa Ornacka

Panie Jerzy, dziękuję!

9. Tymon Tymański

Bardzo niewielu rzeczy się boję. Prawdopodobnie dlatego, że rzadko kiedy wpadam na czas na to, że w ogóle w jakiejś sytuacji mogłabym, a jak to już sobie uzmysłowię, jest zazwyczaj za późno. Jeśli jednak mocniej pogrzebać, wśród swoich nielicznych powodów do strachu znalazłabym: ewentualną utratę zmysłów, wizję świata bez sztuki oraz… Tymona Tymańskiego. Ten ostatni zaskakuje w tym zestawieniu o tyle, że nigdy go osobiście nie poznałam i właściwie nie znam też całej jego twórczości. Dwie dekady temu zachwycił mnie w programie „Muzyka łączy pokolenia”, w którym wykonał jakiś koszmarek z repertuaru Jerzego Połomskiego zupełnie po swojemu. Pamiętam, że bardzo mnie to wtedy poruszyło. Na pewno jest we mnie duży szacunek do jego muzycznych dokonań (zwłaszcza uwielbiam jego magiczny cover „Space Oddity” Bowiego). Równocześnie emanująca z niego energia sprawia, że… kiedy trafię w mediach na jakikolwiek wywiad z nim, dosłownie trzęsę się ze strachu i nie umiem nad tym zapanować.
Pewnie nie urosłoby to do rangi jakiegokolwiek problemu, gdyby nie to, że od początku tego roku, niejako pośrednio, jest obecny w moim życiu dość intensywnie. Co po dwóch miesiącach takiej sytuacji mogę powiedzieć? Że na pewno łatwiej się do niego przyzwyczaić niż do świata bez sztuki…
Dosyć niepewne, ale jednak, dzięki, Tymonie!

10. Michał Heller

Ksiądz profesor Michał Heller zniszczył mój dotychczasowy świat i zbudował go na nowo swoją książką „Moralność myślenia”, a zwłaszcza słowami:

A człowiek głupi nie milczy. Mówi, zwykle mówi wiele, i powiększa sumę bezsensu we Wszechświecie. […] Mowa głupiego udaje Słowo, ale nim nie jest. Jest czymś, co… opiera się racjonalnym wyjaśnieniom. Ale głupota może wcielać się w czyn, a czyn taki nie zostaje natychmiast rozerwany wewnętrzną sprzecznością i wyłączony z istnienia, lecz trwa i produkuje skutki, które głupotę utrwalają na Ziemi.

„Moralność myślenia” Michał Heller, str. 21

Stały się one dla mnie drogowskazem na naprawdę trudnych życiowych zakrętach, wyznaczając mi zupełnie nowe drogi i pomagając w pełnym zintegrowaniu się ze sobą.
Księże Profesorze, dziękuję!

🍍🍍🍍 Wszystkim Panom z okazji Dnia Mężczyzn życzę odwagi, siły i niezachwianej wiary w siebie i swoje wybory. Nigdy i nikomu nie dajcie sobie wmówić, że nie zasługujecie na szczęście! Długo zastanawiałam się, jaką piosenkę Wam dziś zadedykować. Rozważałam moje ukochane i dziko męskie „Le sirene opisywanego tu przeze mnie boskiego  Demetria Stratosa, ale ponieważ ten utwór pojawił się już na blogu, dołączę do życzeń innego wokalnego boga… 🍍🍍🍍

🌻 Wpisy z okazji Dnia Mężczyzn
z poprzednich lat🌻

„Parasite”

scenariusz: Joon-ho Bong, Jin Won Han
reżyseria: Joon-ho Bong
gatunek: dramat
produkcja: Korea Południowa
rok powstania: 2019
oryginalny tytuł: 기생물
pełny opis filmu wraz z obsadą

Po zobaczeniu filmu „Parasite” miałam dość długo bardzo mieszane uczucia. (Nie dlatego, żebym nie lubiła dziwnych filmów, ale powiedzieć, że ten akurat jest „dziwny”, to nic nie powiedzieć.) Z całą pewnością wywarł na mnie ogromne wrażenie, nie byłam jednak pewna (nadal nie jestem), czy mnie zachwycił.
Mówiąc głośno, że nie wiem, czy „Parasite” jest arcydziełem, spotkałam się u bliźnich z dużą potrzebą przekonania mnie, że jest. Prawie doszłam już nawet do wniosku, że nie udźwignę napisania jakiegokolwiek tekstu na ten temat, aż z pomocą przyszła polecona mi video-recenzja Tomasza Raczka, która tak mocno mnie zirytowała (choć – o ironio! – z większością tez Raczka się zgadzam), że aż zmobilizowałam się do poukładania w końcu swoich wrażeń i przelania ich na wirtualny papier.

  • Co mnie w filmie urzekło?

Przede wszystkim ogromna plastyczność, artyzm kadrów (np. sceny, w których bohaterowie chodzą po schodach są zachwycające), bardzo przez większość filmu konsekwentnie prowadzona forma (choć reżyser nawarstwia różne gatunki), doskonale dobrani aktorzy i… język! Nie spotkałam się w żadnej recenzji ze zwróceniem na to uwagi, ale koreański, przez swoje niesamowite brzmienie, również tworzy nastrój filmu. Nie jest co prawda – jak mi się wydawało – językiem tonalnym (jak wietnamski czy tajski), ale posiada akcent toniczny,

czyli duże znaczenie ma to, czy wymówimy dane słowo (lub jego część) ze wznoszącą, czy opadającą intonacją. Nie oznacza to, że w języku są tony!

– blog Językowa siłka

  • Z czym mam w filmie problem?

Ze spójnością. Nie umiem go odczytać jako dzieła totalnego, a to dla mnie w sztuce niesłychanie istotne. Dostrzegam elementy, które bywają rzeczywiście powalające swoją doskonałością, dostrzegam elementy słabsze, dostrzegam konsekwencję prowadzenia narracji, ale nie umiem odebrać tego filmu całościowo. Wychowana przez Davida Lyncha, nie definiuję „spójności” jako konsekwencji w posługiwaniu się czasem, przestrzenią czy nawet losami bohaterów. W każdym jednak, nawet najbardziej odjechanym, filmie amerykańskiego reżysera uderza mnie najpierw całość, a potem niemal każda z części składowych. Podejrzewam, że w tym miejscu odzywa się we mnie potrzeba doskonale skonstruowanej (i tak ważnej również dla mojego taty) kompozycji całości. Czy drażni mnie u Joon-ho Bonga pomieszanie stylów? Nie drażni. Nie w nim widzę problem.

  • Z czym mam problem w recenzji Tomasza Raczka?

Z dosyć ryzykownym założeniem, że możliwa jest tylko jedna dobra interpretacja jakiegokolwiek dzieła i tę zna właśnie recenzent. Raczek co prawda dobrodusznie uspokaja, że mamy jako widzowie pełne prawo uznać ten film za średni, szybko jednak dodaje, że wystawiamy takimi wrażeniami świadectwo jedynie samym sobie. Stawia też (również ryzykowny) znak równości między zrozumieniem filmu a zachwytem nad nim. Tymczasem co z tymi, którzy film zrozumieli i mimo wszystko się nim nie zachwycili? Przyjęłam (i właśnie z tego powodu sięgnęłam do recenzji Tomasza Raczka), że nie interesując się kulturą azjatycką i niestety bardzo mało o niej wiedząc, nie wyłapałam niuansów. Liczyłam, że usłyszę, których. Tymczasem nie dowiedziałam się niczego nowego. Wysłuchałam niemal półgodzinnego wykładu składającego się z samych oczywistości (choć mówionych powoli), po którym rozjaśniło mi się jedynie to, że znajomość kultury azjatyckiej lub stricte koreańskiej nie niesie ze sobą klucza do zrozumienia sedna filmu (choć z pewnością wnosi nowe jakości interpretacyjne).
Dodatkowo nie mogę się pozbyć przekonania, że tłumaczenie odbiorcom, że jakiekolwiek dzieło sztuki jest doskonałe to wejście na minę. Jeśli dzieło okazuje się doskonałe faktycznie, przyznanie mu tego stawia recenzenta w nie najlepszym świetle (nie tylko z powodu wyważania otwartych drzwi, ale też pewnej, choć nie przez wszystkich wyczuwalnej, niestosowności). W odwrotnym wypadku recenzent traci czas (nie tylko swój), który mógłby spożytkować na opowiedzenie o swoich odczuciach i wrażeniach.
Dodatkowo, jeśli krytyk przyznaje sobie prawo do jedynej słusznej interpretacji filmu, dobrze byłoby, żeby tłumacząc jego tytuł, nie popełniał błędu. Zwłaszcza wielokrotnie. „Parasite” to nie „pasożyty”, lecz „pasożyt”. Jeden. W kulturach azjatyckich (i też innych filmach Joon-ho Bonga) rodzina pełni niesamowicie ważną rolę. Rodzina pojmowana jako całość, nie zaś zbieranina poszczególnych jej członków. Rozumiejąc tytuł, łatwo złożymy ze sobą te dwa elementy układanki. W przeciwieństwie do Tomasza Raczka nie wierzę jednak w jedyną słuszną interpretację; myślę jedynie, że warto też taką wziąć pod uwagę.

  • O czym jest ten film?

Fabuły bardzo nie chcę zdradzać. Mówiąc w największym skrócie, mamy do czynienia z dwiema rodzinami: jedną wywodzącą się z koreańskich slumsów i drugą niezwykle zamożną. Ich losy splatają się w dosyć nieoczekiwany sposób. Raczek zwraca uwagę na to, że reżyser ukazuje nierówności społeczne w sposób, który wcale nie jest jaskrawy – widzimy dwa światy, w których nie ma wzajemnej wrogości. Jest nawet pewna doza życzliwości i szacunku (bardziej, powiedziałabym, nawet ze strony rodziny bogatszej). A potem słyszymy:

A jednak nie da się dobrymi intencjami zasypać rowu pomiędzy ludźmi, którzy są w innej sytuacji finansowej, socjalnej, społecznej.

video recenzja Tomasza Raczka

I moje pytanie brzmi następująco: z jakiego powodu mielibyśmy zasypywać ten rów? (Zwłaszcza intencjami…) Oczywiście, że biedny bogatego nie zrozumie i na odwrót. Czy to źle? Postrzeganie nierówności społecznych w kategoriach sprawiedliwości jest w moim odczuciu ogromnym niezrozumieniem istoty życia. Każdy ma do przerobienia jakieś swoje lekcje, a zarówno sukcesy, jak i porażki mają mu pomóc stać się lepszym człowiekiem i być szczęśliwym, jeśli będzie umiał do tego mądrze podejść. Kompletnie bez względu na status społeczny. A może właśnie ma on dla naszego rozwoju znaczenie…

ZWIASTUN: