Idziemy po wolność

fot. Marianna Patkowska

artykuł z mojej e-gazety “Halny – wiatr zmian”

Wczoraj (13 grudnia), z okazji 39. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego,   w Zakopanem przy oczku wodnym na Krupówkach  miało miejsce wydarzenie „Idziemy po wolność/Idziemy po wszystko”. Spotkaliśmy się porozmawiać oraz złożyć obecnemu rządowi życzenia z okazji nadchodzących świąt. Niezwykle cennym doświadczeniem, zwłaszcza dla młodszych pokoleń, było wysłuchanie wspomnień ludzi, którzy doskonale pamiętali 13 grudnia 1981. To były historie młodych wtedy osób, przerażonych nową, niezrozumiałą rzeczywistością. Rzeczywistością z jednej strony dużo straszniejszą od tej, z którą przyszło się nam dziś mierzyć, a z drugiej strony… straszniejszą tylko trochę.

Historia pisana od nowa

fot. Marianna Patkowska

Strajkowi Kobiet Podhale towarzyszył Komitet Obrony Demokracji na Podhalu. Przemówienia jego członków za każdym razem odbudowują moją nadwątloną wiarę w istnienie tzw. kultury słowa w debacie publicznej. Przewodniczący podhalańskiego KOD-u mówił m.in. o zakłamywaniu historii poprzez powolne wymazywanie z jej kart m.in. Tadeusza Mazowieckiego, Jacka Kuronia, Bronisława Geremka czy Lecha Wałęsy i doklejanie w ich miejsce ludzi, którzy się na tych kartach nigdy nie zapisali. Mówił również o odpowiedzialności każdego, kto nie przeciwstawia się nieprawdzie.

Dziś słyszymy, jak Mateuszek Morawiecki walczył w Powstaniu Warszawskim, ale nikt nie ma odwagi powiedzieć głośno: „chłopie, kłamiesz”!

– cytat z pamięci

Przypomniało mi to sytuację z mojego podwórka: tata stworzył pierwszy i jeden z ważniejszych ośrodków muzyki elektroakustycznej w Polsce – Studio Eksperymentalne Polskiego Radia. Zatrudnił w nim – „do noszenia kabli”, jak to nie bez życzliwości opisywał – młodego chłopaka, Eugeniusza Rudnika. Rudnik okazał się niezwykle zdolnym i ambitnym człowiekiem. Pod wpływem taty (i z pewną jego pomocą) poszedł na studia i profesjonalnie zajął się reżyserią dźwięku, a po jakimś czasie zaczął nawet sam komponować. Piękna historia – można powiedzieć amerykański sen (przy zachowaniu geograficznych proporcji). Z jakim więc zdziwieniem tata kilka tygodni po wyrzuceniu z Polskiego Radia przeczytał w wywiadzie z Rudnikiem, że ten był w swoim mniemaniu „współzałożycielem Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia”.
Megalomania i bajkopisarstwo – raz tylko groteskowe, innym razem niebezpieczne – po prostu wpisane są w naturę niektórych ludzi. Trzeba to przyjąć. Jednak przeciwstawianie się kłamstwom historycznym jest obowiązkiem każdego, kto je zdemaskuje. Największym grzechem jest grzech zaniedbania. Dlatego, zwłaszcza dziś, lekturą obowiązkową dla każdego Polaka powinna być „Uległość” Houellebecqa – to literackie arcydzieło przerażająco wręcz trafnie opisuje skutki bierności wobec zła.

Idziemy po wszystko

fot. Marianna Patkowska

Nazwa „Idziemy po wolność/Idziemy po wszystko” znakomicie oddaje nastroje i potrzeby manifestujących. Punktem zapalnym i powodem do wyjścia na ulice było zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, ale dziś chodzi już o znacznie, znacznie więcej. Nie o wyszarpywanie skrawków kolejno nam zabieranych podstawowych praw (wszystkim zdziwionym „czy prawo do aborcji jest prawem podstawowym” spieszę wyjaśnić, że jednym z podstawowych praw człowieka jest prawo do decydowania o swoim ciele), ale o – mówiąc dosadnie – odpierdolenie się od naszej wolności raz na zawsze.
Jedna z uczestniczek wczorajszego spotkania przypomniała bardzo ważną rzecz, o której cała partia obecnie rządząca, a także niestety część społeczeństwa najwyraźniej zapomniała:

rząd ma społeczeństwu służyć, bo składa się z zatrudnionych przez nie urzędników.

Tym samym, jeśli ten przekracza swoje (nomen omen) kompetencje, notorycznie łamiąc najważniejszy dokument w państwie, czyli konstytucję, mamy prawo, a nawet obowiązek go zwolnić. Po prostu. (To, że od jakiegoś czasu rządzi nami z tylnego siedzenia Władimir Putin, nie oznacza, że mamy się zgadzać na carat.)
Ktoś zauważył też, że powodem strajków wielu grup zawodowych często są dopiero cięcia budżetowe – ludziom drastycznie zmienia się sytuacja finansowa i dlatego wychodzą na ulice. Tymczasem stopniowe odbieranie wolności trudniej zauważyć, jednak ono zawsze dzieje się najpierw. Jesteśmy przez obecny rząd okradani nie tylko z pieniędzy, ale przede wszystkim z wolności, która jest wartością nadrzędną.
Nie chcę przez to powiedzieć, że osoby protestujące z powodów ekonomicznych nie powinny manifestować swojego niezadowolenia – powinny. Każdy z nas jest inny, ma inne potrzeby, często też inne poglądy, a łączy nas wspólna niechęć do obecnego rządu, który próbujemy obalić. Razem jesteśmy ogromną siłą i to jest piękne. Zależy mi jednak na uświadomieniu wszystkim, że – jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie zabrzmiało – brak pieniędzy, jeśli obudzimy się w państwie totalitarnym, naprawdę będzie naszym najmniejszym zmartwieniem.

Zakończę dzisiejszy wpis wierszem Kornela Filipowicza „Niewola” wielokrotnie cytowanym  przez inicjatorkę Strajku Kobiet Podhale na manifestacjach.

W państwie totalitarnym
Wolność
Nie będzie nam odebrana
Nagle
Z dnia na dzień
Z wtorku na środę
Będą nam jej skąpić powoli
Zabierać po kawałku
(Czasem nawet oddawać
Ale zawsze mniej, niż zabrano)
Codziennie po trochę
W ilościach niezauważalnych
Aż pewnego dnia
Po kilku lub kilkunastu latach
Zbudzimy się w niewoli

Ale nie będziemy o tym wiedzieli
Będziemy przekonani
Że tak być powinno
Bo tak było zawsze.

– „Niewola” Kornel Filipowicz

P.S. Na deser łączę równie poruszającą piosenkę Tymona Tymańskiego „Wolność” z płyty „Paszkwile” – jednego z moich ulubionych krążków ostatniego czasu.

Strajk Kobiet Podhale

Weto dla zabijania gospodarki

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

artykuł z mojej e-gazety “Halny – wiatr zmian”

Od poniedziałku 23.11 do poniedziałku 30.11 na Podhalu codziennie odbywały się manifestacje Strajku Kobiet Podhale. Pierwotnie miały być cyklem milczących protestów pod  nazwą „Solidarni z Warszawą”, będących reakcją na bandyckie zachowania policji używającej przemocy wobec pokojowo manifestujących (głównie kobiet) w Warszawie. Nie trzeba było jednak długo czekać na kolejny powód do wyjścia na ulice – dramatyczna decyzja obecnego rządu dotycząca skrócenia ferii i zamknięcia wielu miejsc pracy ogłoszona przez obecnego premiera w sobotę 21.11 pchnęła Strajk Kobiet Podhale do zainicjowania spontanicznego strajku samochodowego już w niedzielę 22.11 i wzbogacenia nazwy protestów nadchodzącego tygodnia o jeszcze jedno hasło: „Weto dla zabijania gospodarki”.

Biały jest Biały, a
Czarny jest Czarny… Dunajec

Strajk Kobiet Podhale

Milczące protesty zaczęły się w poniedziałek 23.11 w Białym Dunajcu. Następnie odbywały się każdego następnego dnia kolejno w: Nowym Targu, Rabce Zdroju, Mszanie Dolnej, Kościelisku, Zakopanem, Szczawnicy i Czarnym Dunajcu. Pisałam już kiedyś, że manifestacje w małych miastach mają odmienny charakter od tych w wielkich metropoliach. (Uczestnicy wykazują się innego typu odwagą, bo narażeni są niekoniecznie na pobicia czy szarpaninę z policją, ale np. na ostracyzm społeczny.) Jednak jeszcze czym innym od zgromadzenia pięciuset osób w Zakopanem (czy prawie tysiąca w Nowym Targu) są kameralne kilkudziesięcio, kilkunasto, a czasem nawet i kilkuosobowe spotkania w jeszcze mniejszych miejscowościach. Dobrze przemyślany Strajk Kobiet, jeśli nie ma być atrakcyjną pokazówką, to przede wszystkim nastawiona na długofalowe efekty praca u podstaw. Jesteśmy jako społeczeństwo bardzo podzieleni i zmanipulowani przez media. Jedyną możliwością zmiany  tego stanu rzeczy jest rzetelna edukacja. Kameralne manifestacje dają możliwość porozmawiania z każdym – wytłumaczenia mu naszych argumentów, ale też wysłuchania go. W jednej z podhalańskich wsi, słuchając dramatycznej historii kobiety przerażonej wizją pozostania bez środków do życia (będącego bezpośrednią konsekwencją niefrasobliwych poczynań obecnego rządu), zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś z obecnej władzy weźmie na siebie odpowiedzialność za samobójstwa popełniane z powodu sytuacji ekonomicznej, w jakiej zostaliśmy jako społeczeństwo postawieni. (Bo co do tego, że będą popełniane, nie mam niestety wątpliwości.)
Po raz pierwszy odkleiłam od ludzi etykiety, które mi wcześniej – co przyznaję nie bez wstydu – uniemożliwiały spokojną komunikację. Okazało się, że w zadziwiająco wielu kwestiach zgadzam się zarówno z proliferem jak i korwinistą, o co bym siebie nigdy nie podejrzewała. (Nie były to rzecz jasna kwestie obyczajowe, ale na przykład gospodarcze i ekonomiczne.) Przede wszystkim stali przede mną ludzie, a nie zdehumanizowani nosiciele poglądów. Ludzie pragnący wolności i szacunku, ludzie zmęczeni niekompetencją partii obecnie rządzącej – ludzie tacy jak ja. To jedna z najpiękniejszych lekcji, jakie ostatnio dostałam.

102. rocznica wywalczenia
przez Polki praw wyborczych

Strajk Kobiet Podhale

W sobotę 28.11 obchodziliśmy datę szczególną – 102. rocznicę wywalczenia przez Polki praw wyborczych. Historia lubi zataczać koło, więc nie powinno mnie dziwić (chociaż dziwi), że kobiety walczące ponad wiek temu o swoje prawa spotykały się z niemal tymi samymi zarzutami, z którymi spotykają się dziś Strajki Kobiet. Że niby sprawa jest słuszna, ale dlaczego taka forma? Czy nie da się jakoś tak… grzeczniej, ciszej, spokojniej? Otóż, odpowiedź jest bardzo prosta: nie da się (choć jeśli ktoś chętnie dołączyłby do Strajku Kobiet, ale drażni go wulgarny język, mogę zaprosić do śledzenia bardzo pod tym względem wyważonego Strajku Kobiet Podhale). O tzw. brzydkich słowach pisałam już TUTAJ, poruszając aspekt językowy, natomiast niezwykle interesujące ujęcie filozoficzne zastosowała Magdalena Mateja-Furmanik w swoim doskonałym tekście „Nie musimy tłumaczyć się z tego, że każemy wam wypierdalać”, do którego lektury gorąco wszystkich zachęcam.
Dziś prawa wyborcze kobiet wydają się chyba każdemu oczywistością. Być może kiedyś wreszcie dla wszystkich stanie się taką samą oczywistością, że tylko i wyłącznie kobieta może decydować o swoim własnym ciele.

Dziel i rządź

Strajk Kobiet Podhale

Właśnie w opisaną wyżej 102. rocznicę wywalczenia przez Polki praw wyborczych spotkaliśmy się w centrum Zakopanego przy oczku wodnym nie tylko po to, by ją uczcić, ale przede wszystkim, żeby porozmawiać – tak, jak w innych miejscowościach – o tym, co nas boli, na co nie ma naszej zgody (a nie ma jej ani na brutalność policji, ani na zabijanie gospodarki) oraz jakiej Polski wszyscy – uwzględniając wszelkie różnice między nami – chcemy. Niesłychanie ważne jest uświadamianie obywateli, czym jest budżet państwa oraz że żaden rząd nie ma „własnych pieniędzy”, a jeśli jakieś komukolwiek ochoczo rozdaje, to wcześniej nam je odbiera w horrendalnych podatkach. Mamy więc nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek buntować się przeciw bezsensownemu rozdawnictwu wspólnie składanych do budżetu państwa pieniędzy na konkretne cele, na które nie są odpowiednio wykorzystywane (żeby niedaleko szukać, wystarczy spojrzeć chociażby na stan służby zdrowia czy kultury).
Charyzmatyczna, niesamowita inicjatorka Strajku Kobiet Podhale mówiła też o tym, o czym pisałam wyżej, czyli jak bardzo spolaryzowanym społeczeństwem się staliśmy. Jak łatwo – i tu wina rozkłada się po równo – szufladkujemy innych, słysząc konkretne hasła (np. nazwę partii politycznej, z którą ktoś sympatyzuje). Lewak, prawak, katolik, płaskoziemca, prolifer, antyszczepionkowiec, elgiebet (nazwa mnie, jako językoznawcę, urzekła) – przyznajmy uczciwie, że jeśli nie podzielamy niektórych określanych przez powyższe słowa postaw/poglądów, to już same te etykiety nas odrzucają od opisywanej nimi osoby i zamykają na racjonalną z nią rozmowę. Oczywiście, że z takiej rozmowy nie musi wyniknąć nic sensownego, ale warto próbować się na siebie otworzyć. Wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi, a to już niesamowicie wiele wspólnego.

P.S. Na deser łączę cover klasyka Sam Brown w wykonaniu cudownej Jamelii – piosenkę dedykuję obecnemu rządowi.

Strajk Kobiet Podhale

oczami Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

Od kiedy uruchomiłam na Facebooku fanpage oczami Mary Kay, a uruchomiłam go niedawno, stała się rzecz niesłychana – dokonałam dwóch sprzedaży! (Chętnych do wysłuchania filmiku, który nagrałam na ten właśnie temat, odsyłam na rzeczoną stronę, zapraszając równocześnie do jej polubienia i obserwowania.)
Ciągle mamy przedświąteczny czas, być może niektórzy z moich Czytelników zastanawiają się nad prezentami dla bliskich kobiet – zawsze w takich sytuacjach polecam kosmetyki Mary Kay. Po pierwsze są znakomite jakościowo, po drugie niezwykle wydajne, a po trzecie – naprawdę skuteczne!
Oprócz sezonowo sprzedawanych jeszcze świątecznych zestawów, które opisywałam jakiś czas temu, mam do zaoferowania również całą gamę klasyków, które zadowolą zarówno panie uwielbiające się malować, jak i te, które chcą tylko zadbać o swoją cerę, usta czy dłonie.
Nastały trudne czasy – wywołane do tablicy kobiety zajmują się właśnie walką o normalność. Panowie (głównie do Was ten apel, ale oczywiście nie tylko), kiedy będzie lepszy czas na rozpieszczenie ich niż teraz?

Chłopcy narodowcy stworzyli „czarną listę” sklepów popierających Ogólnopolski Strajk Kobiet, ułatwiając nam wszystkim zrobienie świątecznych zakupów. Proszę mój internetowy sklepik też do niej dopisać!

– Marianna, Strajk Kobiet Podhale

👁️ Moja pierwsza sprzedaż

fot. Marianna Patkowska

Świąteczne zestawy Mary Kay nie doczekały się niestety jeszcze pierwszego klienta, ale ponieważ na Podhalu zima już w pełnej krasie, zainteresowanie wzbudził zarówno doskonale nawilżający, natłuszczający i złuszczający zestaw do rąk Satin Hands, jak i odżywiająco-regenerujący zestaw do ust Satin Lips.

fot. Marianna Patkowska

Z kosmetyków kolorowych sprzedałam tusz do rzęs Lash Intensity™ – Black, który pozostaje moim numerem jeden od momentu, kiedy go po raz pierwszy, bez przekonania zresztą, użyłam

fot. Marianna Patkowska

oraz żelową szminkę Semi Shine w przepięknym amarantowym kolorze, kryjącym się pod nazwą Haute Pink. Przykra wiadomość jest taka, że produkt się właśnie wyczerpał i prawdopodobnie nie będzie go już w sprzedaży.

fot. Marianna Patkowska

👁️ nNieoczekiwane gratisy

fot. Marianna Patkowska

Pisałam już, że za plecami mam niezależną dyrektor sprzedaży – doskonałą specjalistkę i fantastyczną osobę! Służy mi nie tylko swoją niesamowitą wiedzą i doświadczeniem, ale też w razie potrzeby szybkim dostępem do kosmetyków. Tym razem zaskoczyła nie tylko moje dwie pierwsze Klientki, ale też mnie samą, proponując mały gratis do każdej transakcji. Tym sposobem jedna Klientka, zamawiając zestaw Satin Hands oraz tusz do rzęs Lash Intensity dostała małą buteleczkę fantastycznego beztłuszczowego płynu do demakijażu oczu, a druga, kupując zestaw Satin Lips i żelową szminkę Semi Shine – mini tusz Lash Intensity właśnie!

fot. Marianna Patkowska

👁️ Zestaw Time Wise

fot. Marianna Patkowska

Zestaw z serii Age Minimize  3D™ Time Wise® to dla mnie już od dwóch lat absolutna podstawa codziennej pielęgnacji twarzy. Ponieważ jest to jeden ze sztandarowych produktów Mary Kay, od którego klientki na ogół zaczynają przygodę z tą marką, postanowiłam go raz jeszcze opisać, gorąco polecając. Pamiętajcie też, że tylko teraz w świątecznym zestawie Czasozamrażacz w cenie samego zestawu Time Wise dostaniecie jeszcze rewelacyjny zestaw do mikrodermabrazji! Gra warta świeczki!

W skład zestawu Age Minimize  3D™ Time Wise® wchodzą cztery kosmetyki:

Sposób użycia:

  1. zwilżamy twarz
  2. wcieramy w nią niewielką ilość mleczka, chwilę ją masując, a następnie zmywamy mleczko wodą i wycieramy twarz ręcznikiem
  3. delikatnie wklepujemy pod oczami maleńką kroplę kremu pod oczy
  4. rano: rozprowadzamy po całej twarzy niedużą ilość kremu na dzień/
    wieczorem: rozprowadzamy po całej twarzy niedużą ilość kremu na noc
fot. Marianna Patkowska

👁️ Zestaw Satin Lips

fot. Marianna Patkowska

Zestaw Satin Lips to dla mnie – wraz z zestawem Satin Hands – zdecydowany must have każdej zimy. Złuszczanie, natłuszczanie i nawilżanie ust zdecydowanie poprawia ich kondycję i wygląd. Wystarczy użyć obydwu kosmetyków raz – dwa razy w tygodniu. Codziennie natomiast warto korzystać z samego balsamu do ust.

W skład zestawu Satin Lips wchodzą dwa kosmetyki:

Sposób użycia (jeden do dwóch razy w tygodniu):

  1. zwilżamy usta
  2. wcieramy w nie niewielką ilość peelingu, chwilę pocierając usta (albo o siebie, albo palcem)
  3. zmywamy peeling ciepłą wodą i wycieramy usta ręcznikiem
  4. nakładamy na całe usta niewielką ilość balsamu
fot. Marianna Patkowska

👁️ Zestaw Satin Hands

fot. Marianna Patkowska

Zestaw Satin Hands, podobnie jak Satin Lips, jest przeznaczony do stosowania raz – maksymalnie dwa razy w ciągu tygodnia. Dwa razy dziennie używamy wyłącznie kremu do rąk. Warto też wspomnieć o leczniczych właściwościach fantastycznego kremu zmiękczającego skórę – doskonale pomoże nam również na popękane pięty, łokcie czy męczone infekcją okolice nosa!

W skład zestawu Satin Hands wchodzą trzy kosmetyki:

Sposób użycia (jeden do dwóch razy w tygodniu):

  1. rozsmarowujemy po dłoniach tłusty krem zmiękczający skórę
  2. wcieramy w natłuszczone dłonie peeling
  3. myjemy dłonie ciepłą wodą (bez mydła) i wycieramy je ręcznikiem
  4. nakładamy na nie krem do rąk
fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę krótki filmik instruktażowy uzupełniający dzisiejszy wpis. W tle mój cover piosenki „New soul” z repertuaru Yael Naïm (całość usłyszymy TUTAJ).

Zapraszam do zakupu opisanych produktów Mary Kay:

nNajlepsze kupne produkty wege 2

fot. Marianna Patkowska

Jakiś czas temu opisywałam swoje ulubione produkty wegetariańskie, z których można w miarę szybko przygotować wspaniały obiad. Dziś uzupełniam swój poprzedni wpis o kolejne dwa (które dostaniemy w Lidlu), wraz z moimi autorskimi przepisami, w których je wykorzystuję. Smacznego!

Potrawka warzywno-roślinNa

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Dobrą Kalorię cenię przede wszystkim za klopsy klasyczne, które już szczegółowo opisywałam i gyrosa, któremu poświęcę trochę blogowego miejsca za chwilę. Jeśli chodzi o roślinne mielone, nie polecam go do wszystkiego. Na przykład wegetariańskie spaghetti bolognese,  mówiąc nieskromnie, wyszło mi znacznie lepiej (i zdecydowanie taniej – przepis TUTAJ) niż z użyciem tego gotowego zamiennika mięsa. Fantastycznie jednak się sprawdziło w potrawce, którą spontanicznie jakiś czas temu przygotowałam. Oczywiście wszelkie modyfikacje mile widziane!

  • potrawka warzywno-roślinna

SKŁADNIKI:

– tacka roślinnego mielonego Dobrej Kalorii
– 25 dag brązowych pieczarek
– cebula czosnkowa
– cukinia
– bakłażan
– 35 g granulatu sojowego
– 2 kostki grzybowe
– sos sojowy
– sól himalajska
Kujawski olej rzepakowy z rozmarynem, oregano i bazylią
– masło
– mąka
– 50 g sera gorgonzola
– 25 g sera pleśniowego (np. Lazur)
– 25 g tartego sera grana padano (lub parmezanu)

PRZYGOTOWANIE:

Pieczarki (które trzeba wcześniej umyć) i cebulę obrać oraz drobno posiekać, a potem wrzucić na rozgrzany na patelni olej z ziołami do momentu, kiedy cebula się zeszkli, a pieczarki będą podsmażone. Najlepiej, w trakcie smażenia, odrobinę posolić. Na końcu wrzucić roślinne mielone oraz granulat sojowy. Wszystko podlać niedużą ilością wrzątku, w którym rozpuścimy wcześniej 2 kostki grzybowe i dusić na wolnym ogniu ok. 10 minut. Bakłażana i cukinię pokroić w kostkę i piec z odrobiną soli w piekarniku (lub garnku do pieczenia) również na oleju ok. 20 – 30 minut. Wszystko razem – i duszone na patelni, i pieczone w piekarniku składniki – przełożyć do garnka. W rondelku rozpuścić niewielki kawałek masła, dodać do niego trochę mąki, wymieszać, a potem systematycznie dodawać sos z garnka, mieszając z serami. W razie potrzeby, dodać trochę wody. Jak uzyskamy gęsty, jednolity serowy sos bez grudek, dodać kilka kropli sosu sojowego i wlać całość do naszego garnka z resztą.

Wege gyros w greckim stylu

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Roślinny gyros Dobrej Kalorii jest mistrzostwem świata, zarówno jeśli chodzi o smak, jak i konsystencję! Idealnie sprawdzi się, kiedy nie będziemy mieć ani pomysłu, ani czasu na wyszukany obiad. Zawartość tacki wystarczy wrzucić na rozgrzany olej na kilka minut i gotowe!
Moja propozycja jest bardzo prosta w przygotowaniu, a efekt zachwyca nawet najbardziej wymagające podniebienia! Mianowicie stawiam na zimne dodatki w greckim stylu: tzatziki oraz sałatkę pełną greckich smaków (choć nie grecką). Lubię podawać to danie z ziemniakami, lecz idealnie sprawdzą się też frytki oraz ryż. Ciekawostką jest to, że w wielu greckich tawernach podaje się i frytki, i ryż równocześnie!

  • wege gyros w greckim stylu

SKŁADNIKI:

– tacki roślinnego gyrosa
– ogórek zielony
– ząbek czosnku
– 2 łyżki jogurtu greckiego
– świeża rukola
– zielone oliwki
– czarne oliwki
– pomidor
– sól himalajska
– pieprz
olej

PRZYGOTOWANIE:

W zależności od tego, jaki ciepły dodatek dobierzemy do dania (ziemniaki, frytki czy ryż), przygotujmy je na początku. Na samym końcu na rozgrzany olej wrzucamy gyrosa i smażymy go ok. 5 minut.
A w międzyczasie przyrządzamy tzatziki: trzemy na tarce umyty i obrany ogórek, odlewamy nadmiar wody, posypujemy solą i pieprzem, a potem dodajemy jogurt grecki i wyciśnięty czosnek, wszystko razem dokładnie mieszając.
Została jeszcze tylko sałatka w greckim stylu: do miski wrzucamy umytą rukolę, odcedzone oliwki i umyty, pokrojony w kostkę pomidor, całość delikatnie soląc.

P.S. Ponieważ gyros mięsny można przyrządzić również z wołowiny, nie będzie nadużyciem, kiedy na deser dołączę tę właśnie piosenkę 😉

Samochodowy Strajk Kobiet Podhale

for. Marianna Patkowska

artykuł z mojej e-gazety “Halny – wiatr zmian”

Dzisiaj, w niedzielę 22 listopada, odbył się strajk samochodowy dosyć spontanicznie zorganizowany przez Strajk Kobiet Podhale. Postulaty Ogólnopolskiego Strajku Kobiet oraz Strajku Kobiet Podhale (ze względu na to, że gmina Zakopane od dziewięciu lat nie podpisała uchwały antyprzemocowej, są tu trochę inne priorytety niż w pozostałej części kraju) opisałam TUTAJ i TUTAJ. Do tej pory główne (chociaż nie jedyne) powody do buntu stanowiły: zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, przyzwolenie na przemoc wobec słabszych, wprowadzanie dyktatury oraz represjonowanie środowisk LGBT.  Dzisiejszy strajk dodatkowo był też wyrazem solidarności wobec Warszawy i uczestników tamtejszych pokojowych manifestacji – ofiar bandyckich napaści umundurowanych i nieumundurowanych funkcjonariuszy policji. Jednak po wczorajszym wystąpieniu obecnego premiera dotyczącym zaskakującej i dramatycznej dla większości podhalańskich przedsiębiorców decyzji obecnego rządu w sprawie ferii zimowych, do Strajku Kobiet Podhale dołączyło pokaźne grono ludzi, którym z dnia na dzień w cyniczny, podły sposób zabrano jedyną możliwość zarobku w najbliższym czasie.

fot. Marianna Patkowska

Cios w budżet i strzał we własną stopę

fot. Marianna Patkowska

Jest pandemia, walczymy z koronawirusem. Zakaz większych zgromadzeń i nakaz noszenia maseczek jest, owszem, bez ogłoszenia stanu nadzwyczajnego nielegalny, ale rozsądny. Z logiki wynikałoby więc, że wszelkiego typu natężenia ruchu, na przykład ferie zimowe, dobrze jest rozciągnąć w czasie. Od wielu lat ferie w każdym województwie przypadały w innym terminie. W czasie pandemii miałoby sens rozdzielenie województw na mniejsze obszary, by zbyt dużo ludzi nie przemieszczało się w tym samym czasie. Co robi jednak obecny rząd? Ustala niecałe dwa tygodnie ferii wszystkim województwom oraz planuje uniemożliwić obywatelom wyjazdy.
Zamknięcie wyciągów narciarskich to ogromny cios dla większości podhalańskich przedsiębiorców. Ta decyzja osłabia nie tylko polską gospodarkę, która dzieli już swój los z końmi z Janowa, ale też… podhalański elektorat (całkiem spory) partii obecnie rządzącej. Trochę wydaje się więc… strzałem w stopę. Prawdopodobnie trudniejszym do zauważenia, kiedy ciągle ma się za co żyć.

fot. Marianna Patkowska

Trasa strajku

fot. Marianna Patkowska

Około godziny 15.00 z parkingu spod sklepu Leclerc w Zakopanem dziesięć samochodów oklejonych strajkowymi hasłami i symbolami wyruszyło ulicą Kościuszki, mijając Urząd Miasta Zakopane, w kierunku Nowego Targu, który był punktem docelowym. Prędkość nieprzekraczająca trzydziestu kilometrów na godzinę oraz wielokrotne objeżdżanie wszystkich możliwych rond, od ronda dra Chramca zaczynając, wygenerowały sporych rozmiarów korek. Strajk był głośny: klaksony, syrena z megafonu na zmianę z krzyczanymi przez niego hasłami:

– Weto dla zabijania gospodarki!
– Weto dla zabijania turystyki, hotelarstwa, gastronomii, sportu, kultury!
– Wydupcać mi z tym rządem!
– Wydupcać mi z Morawieckim!
– Wydupcać, dziadersi z Wiejskiej!

– wykrzykiwane hasła

budziły ciekawość. Sporo aut dołączyło do strajku po drodze. Do Nowego Targu dojechało już prawie dwadzieścia samochodów.

fot. Marianna Patkowska

Milicjanci z Kentucky*

fot. Marianna Patkowska

W Nowym Targu doszło do kilku niepotrzebnych incydentów z udziałem policji (w oznakowanym i nieoznakowanym samochodzie). Pouczenia niepokrywające się z żadnym przepisem ruchu drogowego czy grożenie odholowaniem zepsutego i zepchniętego na parking auta w odwecie za chodzenie wokół rynku z flagami nosiły znamiona próby zastraszenia strajkujących. Pech chciał, że żaden ze strajkujących się nie przestraszył.
Jeden z policjantów wręczył strajkującej mandat za… „sianie zgorszenia”. Użyła w przestrzeni publicznej słów:

Jebać PiS!

– słowa, za które można dostać mandat

Mimo że policjant ma obowiązek pokazać nam legitymację oraz podać swoje imię, nazwisko i stopień tak, żebyśmy je usłyszeli i zrozumieli, nowotarski policjant przedstawił się szybko i niedbale, ściszając głos. Na twarzy miał maseczkę, więc żaden ze strajkujących nie mógł usłyszeć jego słów. Więcej nie udało się od niego wyegzekwować, gdyż jak stwierdził:

Ma obowiązek przedstawić się raz i właśnie to zrobił.

Zajście zostało oczywiście nagrane, a mandat nieprzyjęty. Wracam jednak do tego, o czym pisałam w tekście „Rewolucja jest kobietą”, po raz drugi wklejając zalecenia Ogólnopolskiego Strajku Kobiet:

Ogólnopolski Strajk Kobiet

Policjant wywierał naciski na ukaraną mandatem strajkującą, namawiając ją do podania swojego numeru telefonu. Nie zrobiła tego. Wy też nigdy tego nie róbcie!

*Taki lokalny żart. Nowotarska rejestracja to KNT, stąd używana w Zakopanem – w odniesieniu do nowotarskich samochodów i kierowców – nazwa Kentucky.

P.S. Na deser łączę niesamowitą składankę piosenek wygranych… klaksonami! Pierwsza nie jest moją ulubioną, ale dalej zaczyna się robić naprawdę ciekawie!

Strajk Kobiet Podhale

 

Świąteczne zestawy Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

Wszystkich, którzy widząc dzisiejsze zdjęcia, wyciągnęli z nich pochopne wnioski, że oho, wpis sponsorowany! pragnę uspokoić: nadal nie zarabiam na tym blogu złamanej złotówki (choć poświęcam mu coraz więcej czasu i energii). Handlowanie pisaniem – jeśli nie trafi się na naprawdę mądrego zleceniodawcę – wydaje mi się ryzykowne, zwłaszcza przy moim uwielbieniu wolności i umiarkowanym entuzjazmie wobec kompromisów. No ale za coś trzeba żyć, a czasy trudne… Ruszam więc ze sprzedażą czegoś innego – kosmetyków Mary Kay, w które wierzę i których nieprzerwanie od dwóch lat używam. Za plecami mam fachowca (doskonałą niezależną dyrektor sprzedaży Mary Kay, która swoją wiedzą dotyczącą skóry mogłaby zawstydzić niejednego dermatologa), więc nie musicie się bać! Inna sprawa, że zaczynam od takich zestawów, w których problem indywidualnego doboru kosmetyku – w zależności od karnacji czy cery – nie istnieje. Dlatego też doskonale nadają się na prezenty, ale o tym za chwilę.
Jak kupować? Założyłam do tego specjalne facebookowe konto: oczami Mary Kay (mające docelowo być internetowym sklepem), które ułatwi ze mną kontakt potrzebny do składania zamówień. Nieposiadanie konta na Facebooku nie jest jednak problemem – możecie do mnie napisać przez formularz znajdujący się w blogowej zakładce Kontakt.

🎁 Pomysł na prezent

fot. Marianna Patkowska

Zbliżają się Święta i przedświąteczne dylematy, co komu sprawić pod choinkę (lub wcześniej, bo po drodze jeszcze przecież Mikołaj). Wybór, nawet jeśli kogoś znamy dobrze, nie zawsze jest łatwy, a zależy nam przecież, żeby obdarowany szczerze się z prezentu ucieszył. W dodatku w dobie koronawirusa zaawansowana turystyka sklepowa nie jest najlepszym pomysłem. I właśnie wtedy wchodzę ja – cała na czerwono, spowita anielskim włosem! Przychodzę Wam z pomocą: mam do zaoferowania taki towar, że Wam, drodzy Czytelnicy, kapcie pospadają (części po zobaczeniu ceny, ale tę kwestię omówię za chwilę). Kupowanie, zwłaszcza prezentów, online jest jedną z przyjemniejszych czynności, bo nie dość, że nie wymusza na nas wychodzenia z domu i spotykania tych wszystkich ludzi po drodze, to jeszcze zajmuje bardzo mało czasu. W dodatku nie jesteśmy ograniczeni żadnymi godzinami otwarcia. Siedzimy sobie wygodnie w fotelu z kubkiem herbaty z miodem, imbirem, cytryną, pomarańczą i goździkami lub aromatycznego kakao z piankami Marshmallow, wybierając interesujące produkty i składając zamówienie, a potem już tylko czekamy – i to też niedługo – na przesyłkę.
Mój blog jest wielotematyczny. Tworząc go, nie chciałam się określać, definiować, wrzucać w jakiekolwiek ramy. Osią byłam i jestem ja sama. Opisuję świat widziany moimi oczami – oczami nNi. Bardzo dużo rzeczy wokół mnie porusza, ekscytuje, pociąga, irytuje, złości, zasmuca czy cieszy i o nich wszystkich tutaj piszę. Nigdy bym nie podejrzewała, że pewnego dnia zacznę pisać też o kosmetykach, ale rzeczywiście wejście w barwny świat Mary Kay, poznanie przy tej okazji fantastycznych ludzi i naprawdę rewelacyjnych jakościowo produktów mocno na mnie wpłynęło i nie byłabym uczciwa, gdybym udawała, że kosmetyki nie są dla mnie istotne. Może nie aż tak, jak sztuka, ale są.
Przybywam więc z dzisiejszym wpisem i do Ciebie, strapiony Kolego, i do Ciebie – zabiegana Koleżanko, i do Was Wszystkich, którym błąka się po głowie jedno natrętne pytanie:

Co, do cholery, jej kupić?

– błąkające się po głowach niektórych pytanie

Otóż – kupcie jej dobry, niesamowicie wydajny kosmetyk, który przywróci jej twarzy nie tylko odpowiednie nawilżenie, złuszczenie, oczyszczenie i wygładzenie (choć to wszystko też), ale przede wszystkim duży, szczery uśmiech, ozdabiając ją niczym najwspanialszy makijaż. (A gdyby jednak mimo wszystko zechciała się umalować – mamy w Mary Kay naprawdę najlepsze tusze do rzęs i zapierający dech w piersiach wybór szminek i błyszczyków!)

Swoją historię sprzedażową zaczynam od czterech świątecznych zestawów, które za chwilę się pewnie wyczerpią, więc spieszcie się kupować kosmetyki – tak szybko schodzą!

Dla ułatwienia wprowadzam
spis treści:

  1. Zestaw Czasozamrażacz
  2. Zestaw Świąteczne OKOliczności
  3. Zestaw Gwiazda polarna
  4. Zestaw Urocza śnieżynka

🎁 Czasozamrażacz

fot. Marianna Patkowska

całkowita cena zestawu: 429 zł
cena katalogowa produktów: 674 zł
oszczędzasz: 245 zł

 W skład zestawu wchodzi:

Wykaz wszystkich kosmetyków znajdujących się w zestawie:

 Opis produktów:

  • Wszystkie powyższe kosmetyki opisałam szczegółowo TUTAJ.

Do kogo skierowany jest ten zestaw?

Tak naprawdę do każdego (a właściwie każdej, bo to akurat kosmetyki dla kobiet, choć Mary Kay posiada również ofertę dla mężczyzn). Bez względu na to, czy obdarujemy nim panią o ładnej i zadbanej cerze, czy takiej, która wymaga pewnej pomocy, zestaw z serii Age Minimize zwłaszcza połączony z zestawem do mikrodermabrazji sprawdzi się idealnie!

Do kwestii cen obiecałam wrócić. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to mały wydatek. Sama przed pierwszym zakupem miałam ogromne wątpliwości, a zanim stałam się konsultantką (nabywając zestaw startowy), zdecydowałam się właśnie na zestaw z serii Age Minimize  3D™ Time Wise®. Wątpliwości brały się z nieznajomości dobranych mi przez wspomnianą wyżej konsultantkę produktów i świadomości, że są to jednak bardzo duże pieniądze. Dziś mogę powiedzieć, że tak wydajnych kosmetyków nie miałam nigdy wcześniej. Każdego z nich należy używać, wyciskając dosłownie kroplę nie większą od ziarenka grochu. W związku z tym, mimo że z zestawu Time Wise korzysta się dwa razy dziennie (z mleczka 4w1 i przeciwzmarszczkowego kremu pod oczy dwa razy dziennie, a z rewitalizującego kremu na dzień i regenerującego kremu na noc po razie), starcza na kilka dobrych miesięcy.

  • Nadszedł czas na dobrą radę: kiedy kosmetyki zaczną się kończyć, a wyciskanie ich z tubki zrobi się problematyczne, warto przeciąć tubkę nożyczkami i dostać się tym sposobem do resztek, których nie można już wycisnąć (do zamknięcia wystarczy nałożyć na siebie dwie przecięte połowy). Tak zyskuje się jeszcze dodatkowy co najmniej tydzień używania produktu, zanim nie wygrzebie się go do końca. (Ta rada tyczy się zresztą nie tylko kosmetyków Mary Kay.)

Oprócz wydajności oczywiście największą siłą tych kosmetyków jest ich jakość. Zaczynając ich używać i rezygnując zarówno z toniku do twarzy, jak i płynu micelarnego oraz tłustych kremów, zaczęłam czuć na twarzy fantastyczną lekkość! Kondycja mojej cery (a było z nią słabo) wyraźnie się poprawiła.

🎁 Świąteczne OKOliczności

fot. Marianna Patkowska

całkowita cena zestawu: 274 zł
cena katalogowa produktów: 413 zł
oszczędzasz: 139 zł

W skład zestawu wchodzą:

Opis produktów:

Do kogo skierowany jest ten zestaw?

Również każda pani powinna być z tego zestawu zadowolona, jednak przede wszystkim zachwyci on te kobiety, które skarżą się na tzw worki pod oczami lub/i spędzają sporo czasu przed monitorami komputerów, za czym żadne oczy niestety nie przepadają.

🎁 Gwiazda polarna

fot. Marianna Patkowska

całkowita cena zestawu: 169 zł
cena katalogowa produktów: 289 zł
oszczędzasz: 120 zł

W skład zestawu wchodzi:

Opis produktów:

  • Serum wyrównujące koloryt skóry redukuje przebarwienia i ciemne plamy na skórze, delikatnie ją rozjaśniając, a także przywracając jej blask, świetlistość i młodzieńczy odcień.
  • Krem przedłużający nawilżenie skóry poprawia nawilżenie skóry poprzez wzmocnienie naturalnych procesów utrzymywania w niej wilgoci. Nie zatyka porów i jest bezzapachowy. Nadaje się również do skóry bardzo wrażliwej.

Do kogo skierowany jest ten zestaw?

Zestaw Gwiazda Polarna jest skierowany przede wszystkim do kobiet, których skóra trochę już przeszła. Wspomniane przejścia mogą być spowodowane przebytą chorobą, przemęczeniem lub zaawansowanym wiekiem.

🎁 Urocza śnieżynka

fot. Marianna Patkowska

całkowita cena zestawu: 161 zł
cena katalogowa produktów: 220 zł
oszczędzasz: 59 zł

W skład zestawu wchodzi:

Opis produktów:

  • Wszystkie powyższe kosmetyki opisałam szczegółowo TUTAJ.

Do kogo skierowany jest ten zestaw?

Absolutnie do każdej kobiety, która chce się poczuć wyjątkowo. Moje zdecydowanie ulubione kosmetyki, czyli kolorówka (te służące do wykonywania makijażu), w Mary Kay są naprawdę wyjątkowe! Nawet kiedy pomaluję się nimi mocniej (na wieczorne wyjścia lub do zdjęć), w ogóle nie czuję na swojej twarzy ciężkości. Po wielu godzinach wszystko też pozostaje na swoim miejscu (jeśli oczywiście, zapominając o makijażu, nie potrę sobie oka…). Absolutnym hitem jest dostępny w tym zestawie tusz do rzęs Lash Intensity™ – Black – rzęsy sprawiają wrażenie sztucznych, dodając oku wyrazistość. Do tego znakomity puder i najwyższej jakości pędzel ucieszą każdą zadbaną kobietę!

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę jedyną w mojej nieistniejącej karierze muzycznej piosenkę, którą nagrałam wiele lat temu do reklamy, dostając za to wynagrodzenie finansowe (może ją słyszeliście?). Była to co prawda reklama kawy, ale przecież z tego właśnie trunku kubkiem w ręku można zakupić u mnie online opisane powyżej kosmetyki!

🎁🎁🎁
Zapraszam do zakupu opisanych zestawów Mary Kay:

Tylko mówcie wszystkim!

fot. Geo Dask

Dziś publikuję tekst, który napisałam półtora roku temu i który z różnych powodów nie mógł znaleźć się na blogu wcześniej. Dziś, kiedy już bardziej zwolniona z pracy za przeprowadzenie tej lekcji nie będę i kiedy strajkujemy o lepszą rzeczywistość, myślę że warto odnieść się do jednego z postulatów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, jakim jest dostęp do rzetelnej edukacji seksualnej. Świadomość nie zawsze uchroni nas przed najgorszym, ale na pewno może nam pomóc w odróżnieniu dobra od zła.

Niedługo po emisji filmu „Tylko nie mów nikomu” miałam okazję odbyć rozmowę z dziećmi w przedziale wiekowym 9-13 lat. Nie była może w założeniu łatwa czy przyjemna, ale na pewno niesamowicie potrzebna. Wbrew temu, co można byłoby sądzić, film braci Sekielskich powinien być opowiadany (językiem do tego rzecz jasna dostosowanym!) przede wszystkim dzieciom, gdyż dotyczy zagrożenia związanego właśnie z nimi! Moim celem było nie tyle streszczenie filmu, lecz raczej skuteczne zniechęcenie ich do jego samodzielnego obejrzenia, poprzez ukazanie go jako pozbawionego drastycznych scen i składającego się głównie z rozmów, które mogą dzieci znudzić (co zresztą jest zgodne z prawdą), a także naświetlenie im jasno i wyraźnie ich praw. Dlaczego chciałam je zniechęcić? Otóż dzieci w dzisiejszych czasach często mają niestety niemal niekontrolowany dostęp do internetu i wszystkich pojawiających się w nim treści. Nieprzygotowane na pewne opisy, a równocześnie zachęcone pojawiającym się wszędzie w ostatnich dniach tytułem, mogłyby włączyć film na własną rękę i – nie rozumiejąc połowy – doznać wstrząsu i zostać z tym zupełnie same.
– Kochani, chciałabym z wami dzisiaj porozmawiać o wstrząsającym filmie, o którym jest już głośno, a będzie jeszcze głośniej, więc na pewno o nim usłyszycie lub już słyszeliście.
– O, a jakim?
„Tylko nie mów nikomu”.
– Ja słyszałem!
– Ale super tytuł, a dlaczego taki? Będziemy oglądać razem?
– Niestety nie. Macie rację, tytuł jest znakomity, ale dlaczego taki, wyjaśnię wam dopiero za chwilę. Film jest doskonale zrobiony, ale wykańczający emocjonalnie, dlatego bardzo nie chciałabym, żebyście go zobaczyli. Jest zresztą dokumentalny,  są w nim tylko rozmowy, ale ich treść jest bardzo trudna do zniesienia już dla osób dorosłych. Jednak ja go zobaczyłam też dla was i chcę dziś z wami o tym porozmawiać. Zależy mi, żebyście dziś posłuchali mnie uważnie, bo to, co chcę wam powiedzieć może być dla was trudne, niewygodne i nawet krępujące, ale jest ważne. Zanim powiem wam o samym filmie, muszę wyjaśnić kilka rzeczy. Nie lubicie słowa „seks”, wiem, że was peszy, więc postaram się używać innych sformułowań. „Współżycie”, czy też „akt miłosny”, jest legalnie możliwy tylko między dorosłymi osobami, a także między osobami, które wyrażają na to chęć i zgodę. W praktyce oznacza to, że jeśli są one dorosłe, ale jedna z nich nie wyrazi na takie rzeczy zgody, wymuszenie na niej współżycia nazywamy „gwałtem” i jest to poważne przestępstwo ścigane przez policję. Podobnie w przypadku, gdyby jakaś niepełnoletnia osoba chciała, lub gdyby wydawało jej się, że chce, współżyć z osobą dorosłą, to także w myśl prawa jest traktowane jak gwałt, ponieważ osobie dorosłej nie wolno współżyć z dzieckiem. Teraz mam do was pytanie: jak myślicie, czy jeśli z jakiegoś zachowania może powstać nowe życie, nowy człowiek, to to zachowanie jest ważne, czy nieważne?
– Ważne! – odpowiedziały wszystkie dzieci chórem, choć… po czasie ktoś przebąknął, że „przecież są Durexy”.
– Tak, kochani, bardzo dobrze, że o tym mówicie, oczywiście że są Durexy, ale one nie dają pełnej gwarancji, że kobieta nie zajdzie w ciążę. Zmierzam do tego, że choć biologicznie nie jest to konieczne, jednak składamy się nie tylko z fizyczności, ale też psychiki, nazywanej przez niektórych „duszą” i… bardzo ważne jest w moim odczuciu to, żeby kochać i szanować osobę, z którą się chce współżyć, będąc dorosłym. Naprawdę ważne. No to teraz przejdźmy do filmu. Opowiada on o bardzo trudnym i bolesnym temacie, jakim jest pedofilia. Akurat w nim dotyczy środowiska księży…
– Coś jak „Kler”?
– Tak, tylko „Kler” był wymyślony, a tu dowiadujemy się o historiach prawdziwych. Chcę też, żebyście pamiętali, że nie każdy ksiądz to pedofil. Ten film mówił akurat tylko o przypadkach pedofilii wśród księży, ale pedofila możemy spotkać w każdym miejscu, dlatego tak ważne jest dla mnie to, żebyście mieli świadomość, że żaden dorosły nie ma was prawa: głaskać, przytulać, dotykać, czy całować w sposób, jaki wam nie odpowiada. Nie ma też prawa się przed wami rozbierać, ani kazać się rozbierać wam. W filmie wystąpiły osoby, które mają teraz ok. czterdziestu lat i które kiedy były w waszym wieku, a czasem nawet młodsze, doznały tragedii, jaką było molestowanie ich przez księży. Czyli były dotykane w sposób, który im się nie podobał, wbrew swojej woli. To jest ich dramatem cały czas, choć minęło bardzo wiele lat. Bardzo długo bały się swoich oprawców, nie umiały od nich uciec, a film nazywa się właśnie tak, bo po dramacie, jaki ich spotkał, słyszały zawsze właśnie takie słowa: „tylko nie mów nikomu”. Dlatego bardzo chcę, żebyście mieli świadomość swoich praw i tego, że jeśli – oby nigdy!!! – ktokolwiek zechce zrobić wam krzywdę, macie obowiązek mówić wszystkim! Ale najpierw przede wszystkim musicie uciekać.
– A czy możemy kopnąć takiego dziada między nogi? – to pytanie sprawiło, że urosło mi serce.
– Oczywiście! Ale kolejność jest taka: najpierw staramy się uciec. Jeśli z jakiegokolwiek powodu to nie będzie możliwe, wtedy dopiero można kopnąć między nogi i wtedy uciec.
– A nie lepiej go zabić?
– Nie. Kopiemy go nie po to, by go skrzywdzić, ale po to, żeby go unieszkodliwić i umożliwić sobie ucieczkę, a to różnica. Chcę też, żebyście pamiętali, że tacy ludzie są chorzy. I jak wszystkim chorym należy się im jakiś rodzaj współczucia, choć powinni być najpierw odseparowani od reszty społeczeństwa, a przede wszystkim dzieci, by nie móc ich skrzywdzić. Dlatego takie ważne jest, żeby mówić. Mówić głośno!
– O! A ja oglądałem taki film. I tam był taki pan. Chory właśnie. Tak bardzo. Zostało mu tylko kilka miesięcy życia. I on powiedział tam, że bardzo by przed śmiercią chciał, żeby zaniepokoić? …jego potrzeby… seksualne…
– Zaspokoić jego potrzeby seksualne? – poprawiłam swojego rozmówcę z życzliwym uśmiechem, ale nie roześmiałam się. Wiedziałam, że powiedzenie tego głośno pewnie go sporo kosztowało.
– No właśnie! I przyszła taka pani i to zrobiła. I co pani o tym myśli?
– Hmm… Myślę, że to dość smutne…
– No właśnie, on też tak powiedział, że wolałby ze swoją dziewczyną, gdyby ją miał…
– Ok, powiedziałam wam, że nie składamy się tylko z biologicznej strony, ale…. jesteśmy w jakimś sensie trochę też zwierzętami, a te przecież też współżyją, żeby utrzymać gatunek. W związku z tym, oprócz miłości i szacunku są w nas też czysto biologiczne potrzeby. Pięknie jest to połączyć oczywiście, ale bywa to też trudne. Dlatego powiedziałam, że to smutne. Ale widzisz, była to jednak sytuacja, w której dwie dorosłe osoby się na coś zgodziły. Tragedia, o której był ten film, polegała na tym, że ktoś, kto taką biologiczną potrzebę odczuł, żeby ją zaspokoić, krzywdził dzieci.
Dzieci wyraźnie się ucieszyły z mojego wytłumaczenia rzeczy trudnych. I jakoś chyba uspokoiły.

P.S. Na deser łączę znakomitą szwedzką piosenkę edukacyjną, która może się wydać – ze względu na kontrastującą z tematem wpisu lekkość – nie na miejscu. Pamiętajmy jednak, że jeśli naprawdę chcemy dotrzeć do dzieci, musimy zrozumieć, że ich poczucie powagi sytuacji najczęściej ogranicza się do przerażenia, a  przecież nie chodzi nam o to, żeby je straszyć, tylko uświadomić; świadoma siebie i swojej wartości osoba na pewno nie wstydzi się swojego ciała i seksualności. Ja doszłam do tego wniosku niestety bardzo późno…

Strajk Kobiet Podhale

Lukrowane „nie”

fot. Marianna Patkowska

Jedną z najważniejszych życiowych prawd, którą próbowałam wpoić dzieciom przez rok pracy w szkole była ta, że

„nie” jest święte i zawsze znaczy „nie”

– jedna z najważniejszych prawd, którą próbowałam wpoić swoim uczniom

Tłumaczyłam (choć głównie raczej nauczycielom…) różnicę między koniecznością wykonywania swoich np. szkolnych obowiązków, wobec których dzieciom bardzo często włączało się „nie” a ich niezbywalnym prawem do odmowy. W pierwszym przypadku trzeba pamiętać o tym, że dzieci nie potrafią jeszcze wziąć odpowiedzialności za swoje postępowanie i nie rozumieją ciągu przyczynowo-skutkowego. Gdyby ich zapytać, czy chcą odrabiać lekcje, najpewniej odpowiedziałyby, że nie, jednak jeśli spytać, czy chciałyby zdać do następnej klasy, odpowiedź mogłaby się już różnić. Rolą dorosłego nie jest przymuszanie dziecka do wykonywania jakichkolwiek obowiązków, tylko wskazanie zależności między ich wykonaniem a upragnionym efektem oraz ich niewykonaniem i jego skutkami. I rzecz najważniejsza – bycie w tym zawsze konsekwentnym.
Okazuje się jednak, że nie tylko dzieci mają problem z uznaniem świętości cudzego i co gorsza również własnego „nie”. Mają go całe zastępy ludzi dorosłych. Jeszcze do niedawna miałam go również ja sama.

„Nie” i kropka

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Wielka filozofka Oprah Winfrey powiedziała kiedyś, że momentem przełomowym w jej życiu był ten, w którym zrozumiała nie tylko to, że zawsze ma prawo odmówić, ale też że „nie” jest pełną wypowiedzią, wystarczającym komunikatem; że może po nim nastąpić kropka, a nie – jak nam się często wydaje – cała litania usprawiedliwień. Zawsze mamy prawo powiedzieć „nie” i się nie tłumaczyć. Uświadomiłam sobie, że rzeczywiście bardzo często o tym nie wiemy. Wydaje nam się, że odmawiając czegokolwiek bliźnim, okażemy się nieuprzejmi, niegrzeczni, nieuczynni. Tymczasem, jeśli rzeczywiście tacy się okażemy, to nie z powodu odmowy i magicznego słowa „nie”, ale sposobu, w jaki to zrobimy. Jeśli nie chcemy być nieuprzejmi, po prostu… tacy nie bądźmy!
Odgrywałam z dziećmi scenki, w których mówiły „nie” na dwa sposoby: żeby nie urazić drugiej strony oraz tak, żeby sprawić jej przykrość. W trakcie tego prostego ćwiczenia szybko pojęły, że „nie” jest neutralne i ani nie wolno myśleć, że kogoś nim w jakikolwiek sposób skrzywdzimy, ani się po jego usłyszeniu obrażać. Zrozumiały też, że nierespektowanie „nie” jest czymś bardzo złym (w bardzo niewielu szkolnych sprawach byłam tak poważna, jak w tej).

„Nie wiem” i kropka

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Jednym z moich ulubionych rysunków Marka Raczkowskiego jest ten ukazujący długą kolejkę do bankomatu, przed którym stoi klient. Bankomat zadaje mu pytanie: „Czy chcesz dokonać transakcji?”, a on, by na nie odpowiedzieć, ma do wyboru ma trzy guziki: „tak”, „nie”, „nie wiem” i wyciąga palec w kierunku tego trzeciego. Rysunek mnie tak bawi chyba przede wszystkim dlatego, że doskonale rozumiem jego bohatera. Nie należę do osób niezdecydowanych. Moje zakupy nie ciągną się w nieskończoność, bo zawsze doskonale wiem zarówno czego chcę, jak i czego absolutnie nie chcę. Trudno mi wcisnąć rozwiązania, które mnie nie satysfakcjonują. Alergicznie znoszę próby decydowania w jakiejkolwiek kwestii za mnie. Nie umiem więc zrozumieć czemu ludzie, którzy mnie dobrze znają, tak często nie umieją uszanować, że na ich niektóre pytania moją pełną odpowiedzią jest właśnie „nie wiem”. „Nie wiem” nie musi wcale oznaczać wahania; stania pomiędzy „tak” lub „nie”. Człowiek myślący nie wie bardzo wielu rzeczy i to akurat, parafrazując Sokratesa, naprawdę warto, żeby wiedział. Nie mam tu na myśli wiedzy, którą nawet, jeśli się jej nie ma, łatwo przyswoić. Mam na myśli przede wszystkim metafizyczne rozważania. „Nie wiem” jest również jakimś stanowiskiem. Nie rozumiem, w czym jasno sprecyzowane przekonanie o istnieniu lub nieistnieniu Boga czy życia po śmierci jest lepsze od uczciwej konstatacji, że się nie wie, jak w rzeczywistości jest.
Mój cudowny profesor Jerzy Bralczyk w książce „Mój język prywatny”opisał „nie wiem” w następujący sposób:

Zazwyczaj: porządna, uczciwa, prawdziwa odpowiedź. Bywa bardziej uczciwa od innych. Mówię „nie wiem”, bo nie wiem, a w ogóle zawsze tak mogę powiedzieć, bo jak jest naprawdę, tego nie wie nikt. Nie wiem, może to też nie jest prawda. Myślę, że chyba trochę jest, ale nie wiem…

– prof. Jerzy Bralczyk „Mój język prywatny”

„Nie” znaczące „tak” i męskie „nie”

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Wiele lat nie umiałam uwierzyć w to, że w dzisiejszych czasach kobiety ciągle nie są traktowane na równi z mężczyznami. Słyszałam opowieści o tym, że podobno zarabiają od nich mniej, ale nie znajdywałam na to dowodów. Zostałam wychowana w profesorskim domu – oboje rodzice pracowali w kulturze, a tam dosyć trudno odróżnić płace lepsze od gorszych.
Zderzyłam się z przykrą rzeczywistością dopiero, kiedy doszło do mnie, że te same żarty czy seksualne aluzje w ustach mężczyzn pozostają po prostu żartami czy seksualnymi aluzjami (wyższych lub niższych lotów, to odłóżmy na razie na bok), natomiast kobietom z automatu nie przystoją. (Nie to, żeby mnie to jakoś specjalnie blokowało, jestem bardzo przekorna po tacie i obserwowanie zmieszania, w jakie czasami wprawiam swoich rozmówców, sprawia mi pewien rodzaj satysfakcji, choć może to niedobrze…) Sprzeciwiam się jednak zawsze nierównemu traktowaniu ludzi.
Przekonanie, że kobiece „nie” oznacza „tak”, wpisuje się w kulturę gwałtu, jest szalenie niebezpieczne i całkowicie wyklucza partnerstwo płci. Myślę, że prowadzi też do przedziwnych i niezrozumiałych dla mnie zachowań na ogół niestety kobiet, czyli grania seksem i jego brakiem w związku. (Więcej na ten temat pisałam w tekście „Pogadajmy o seksie”.) Jakiekolwiek zabawy (z dowolnie ustanowionymi przez obydwie strony zasadami) można rozpoczynać tylko z pozycji partnerstwa, a więc uznania równości nie tylko naszych „nie”, ale wszystkich naszych słów.
Z moim romantyzmem jest dosyć słabo, ale o ile jeszcze jakoś rozumiem kobiecą tęsknotę za silnym męskim ramieniem (a już zwłaszcza za członkiem z ramienia… wysuniętym na czoło), o tyle konieczność podpierania swojego „nie” męskimi plecami, by zostało wreszcie usłyszane, nieustająco mnie bulwersuje. Prawdopodobnie każda kobieta choć raz była w sytuacji, w której niechciany adorator nie dawał jej spokoju, konsekwentnie ignorując jej najpierw delikatne (żeby go nie urazić), a potem coraz mniej miłe „nie” do czasu… kiedy nie usłyszał o nowym partnerze obiektu swoich westchnień. Wtedy (jeśli nie był psychopatą) na ogół sobie odpuszczał dalsze zaloty. Co to w praktyce oznacza? Że istnieje całkiem sporo mężczyzn, którzy nie umieją przyjąć do wiadomości, że – jak by to nie było przykre – kobieta, którą są zainteresowani, nie jest zainteresowana nimi i to zamyka sprawę. Ma tę samą moc, co odmowa kobiety pragnącej pozostać singielką, mężatki czy wchodzącej dopiero w nowy związek. Zabieganie o względy ukochanej osoby nie ma nic wspólnego z nierespektowaniem jej „nie”. (Warto w tym miejscu przypomnieć, że stalking jest przestępstwem.)

„Nie” jak „niegrzeczna”

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Pisałam wyżej, że niegrzeczne nie jest samo „nie”, lecz sposób, w jaki je wypowiemy. Świadomi tego muszą być jednak nie tylko nadawcy, ale również odbiorcy takich komunikatów. Problemem większości mojego życia było nie to, że nie umiałam mówić „nie”, lecz to, że tak bardzo starałam się być grzeczna i miła, że mówiłam je tak, że stawało się dla odbiorców… wręcz niesłyszalne. Lukrowałam je tak długo, że na końcu kompletnie już siebie nie przypominało. (Gwoli ścisłości – nie uważam, że lukrowane „nie” ma mniejsze prawa od tego serwowanego na surowo, próbuję raczej zrozumieć mechanizm.) Widzieli delikatną, wrażliwą osobę, dbającą o to, by jak najlepiej znieśli odmowę i już nie rejestrowali bardzo wyraźnie i wielokrotnie powtarzanego „nie”. Co może nas wyzwolić z impasu?
Myślę, że przede wszystkim świadomość, że nie wszyscy muszą być zadowoleni z naszych decyzji i to jest w porządku (ważniejsze, żeby byli zadowoleni ze sposobu, w jaki ich traktujemy). Musimy też rozumieć swoją odrębność i być zintegrowani ze sobą. Wyznaczamy swoje granice nie tylko słowem „nie” (choć jest to doskonały początek), ale też ustalaniem sankcji za ich przekraczanie (np. „nie chcę, żebyś mnie obrażał/pouczał/poruszał jakiś konkretny temat, jeśli jeszcze raz to zrobisz, zakończę tę rozmowę”). No i najważniejsze, czyli – zupełnie jak w przypadku dzieci – konsekwencja! Czcze pogróżki, że nie pozwolimy się jakoś traktować, a potem brak umiejętności zakończenia rozmowy, kiedy ktoś po raz kolejny przekroczy nasze granice, nie jest okazaniem aktu miłosierdzia skonfundowanemu rozmówcy, tylko aktem przemocy wobec nas samych. Okazaniem nam, w dodatku przy świadkach, jak niewiele warte jest nasze słowo. Więc i… nasze „nie”.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę dziś swój cover hitu Arethy Franklin „Respect”. Wszyscy jesteśmy równi, bez względu na wiek, płeć, kolor skóry, orientację seksualną oraz rodzaj wrażliwości czy delikatności i w związku z tym każdemu z nas należy się taki sam szacunek. I od innych i od samego siebie.

P.S. 2 Piszę to w bardzo trudnym momencie w kraju, w którym frustracje garstki nieudaczników przy władzy doprowadziły do eskalacji niewiarygodnej nienawiści do kobiet i barbarzyństwa, bezczelnie usprawiedliwianego imieniem Boga, którego ci cyniczni wyznawcy złotego cielca mają za nic. Wiem jednak, że wszystko przeminie, a jedyne, co jest niezmienne, to zmiany. Choć uwstecznianie się jest dziś w modzie, trzeba pamiętać, że jutro przestanie być. Uwrażliwiajmy dzieci na świętość słowa „nie” – to jest i zawsze będzie tak samo ważne!

nNajlepsze kupne produkty wege

fot. Marianna Patkowska

Potrafię ugotować obiad składający się z pięciu dań, prawie w ogóle nie posiłkując się gotowymi składnikami (własny chleb, własne smarowidła do przystawek, dipy, zakwasy do zup, przetwory, kompoty, desery i nalewki). Potrafię – o czym pisałam jakiś czas temu – idealnie wysprzątać całe mieszkanie. Potrafię również znakomicie zająć się dziećmi, napisać i nagrać piosenkę w szafie, przeczytać i zrozumieć poważną, wymagającą filozoficzną książkę, zredagować gotowy tekst oraz napisać od początku swój własny na dowolny temat. Jednak… każda z tych aktywności z niezrozumiałych dla mnie powodów w trakcie wykonywania wyklucza pozostałe. I o ile trudno podeprzeć się półproduktami, pisząc teksty, piosenki, czytając czy nawet sprzątając, to akurat w kwestii przygotowywania posiłków (a jeść przecież trzeba!) znakomitym rozwiązaniem są kupne składniki obiadowe, oszczędzające nasz czas i energię. Sytuacja, kiedy jeszcze jadłam mięso, była niezwykle prosta, ale myślałam, że się skomplikuje, kiedy wykluczę je ze swojej diety. Nic bardziej mylnego! W tanich i popularnych supermarketach dostaniemy produkty wegetariańskie dobrej jakości, dzięki którym szybko przyrządzimy pyszny domowy posiłek za rozsądne pieniądze (choć zawsze wychodzi taniej, kiedy zrobimy to od podstaw). Postanowiłam wskazać te, które podbiły moje kubki smakowe, łącząc też kilka swoich autorskich przepisów.

To powinno już rozumieć się samo przez się, ale na wszelki wypadek podkreślę, że (znowu) nie jest to wpis sponsorowany.

Wege klopsy w sosie z brązowych pieczarek z cytrynową nutą 

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Produkty lidlowej Dobrej Kalorii są na ogół znakomite (polecam również wege gyrosa), ale niestety mają jedną wadę: niewspółmierny stosunek ceny do ilości produktu. Za pyszne jedzenie warto zapłacić czasem trochę więcej, jednak na przykład wkładanie do opakowania, które spokojnie zmieściłoby osiem klopsów tylko sześciu, jest pewnym nadużyciem.
Tak czy siak, roślinne klopsy Dobrej Kalorii są arcydziełem! Jeśli spieszy nam się bardziej, możemy dorobić do nich naprędce sos koperkowy (rozpuścić mały kawałek masła, podsypać odrobiną mąki, zalać rozpuszczoną we wrzątku kostką warzywną i cały czas mieszając, wrzucić umyty i drobno posiekany pęczek koperku, pogotować ok. 10 minut, dodając na końcu trochę jogurtu greckiego), do którego wrzucimy podgrzane w piekarniku klopsy i podać całość z ziemniakami i świeżym pomidorem. Jeśli spieszy nam się troszeczkę mniej, polecam przygotowanie mojego autorskiego sosu z brązowych pieczarek z cytrynową nutą (wszystkie składniki dostałam również w Lidlu).

  • SOS Z BRĄZOWYCH PIECZAREK
    Z CYTRYNOWĄ NUTĄ

SKŁADNIKI:

– 0,5 kg brązowych pieczarek
– 2 cebule czosnkowe
Kujawski olej rzepakowy z cytryną i bazylią
– jogurt grecki
– 2 kostki grzybowe
– sos sojowy
– masło
– mąka
– sól

PRZYGOTOWANIE:

Pieczarki umyć i pokroić w drobną kostkę. Na rozgrzanym oleju zeszklić posiekaną drobno cebulę. Dodać pieczarki i dusić razem ok. 10 minut. Dodać kostki grzybowe, odrobinę jogurtu greckiego i sosu sojowego. W małym garnuszku rozpuścić kawałek masła, podsypać go niewielką ilością mąki i energicznie zamieszać, podlewając sosem. Gotową zasmażkę połączyć z sosem, mieszając. Jeśli sos będzie zbyt gęsty, można dodać trochę mleka.

fot. Marianna Patkowska

Wege parówki w pomidorach
z groszkiem

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Mój tata był w kuchni mistrzem i artystą, mama natomiast (czasem bardzo) cichym bohaterem dnia codziennego. Wspólne posiłki stanowiły dla niej pozakulinarną wartość wyniesioną z domu, jednak nie miała obsesji na punkcie przygotowywania dań od podstaw. Udoskonalane przez nią torebkowe sosy Knorra (którymi na przykład polewała jajko na twardo) były bardzo smaczne, a przede wszystkim nieczasochłonne. Gotowanie nie było jej pasją. Łączyła etatową pracę z karmieniem rodziny domowymi obiadami, przy których opowiadaliśmy sobie o tym, jak każdemu z nas minął dzień, a domowy budżet raczej nie bywał nadszarpywany zamawianiem jedzenia z restauracji. Jednym z takich niesamowicie prostych, tanich i naprawdę pysznych dań (które mama z kolei znała jeszcze ze swojego domu) były parówki duszone w pomidorach z groszkiem konserwowym. Ponieważ parówki sojowe w niczym nie przypominają zwykłych parówek, byłam niemal pewna, że już nigdy nie będzie mi dane odtworzyć tej potrawy w wege wersji. Aż tu nagle… odkryłam w Lidlu identyczne w smaku z mięsnymi parówki wegetariańskie Veggie Day! Z ogromną przyjemnością przedstawiam więc przepis na wege parówki w pomidorach z groszkiem.

  • wege parówki w pomidorach z groszkiem

SKŁADNIKI:

– opakowanie parówek wegetariańskich Veggie Day
– 2 cebule czosnkowe
– 2 puszki pomidorów
– duża puszka groszku konserwowego
– 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
– łyżka jogurtu greckiego
– garść suszonego lubczyku
– masło
– mąka
– sól
– pieprz

PRZYGOTOWANIE:

Drobno posiekane cebule zeszklić na maśle. Wrzucić do nich pokrojone parówki na minutę, a po niej zdjąć patelnię z gazu. Wymieszać mikserem pomidory z puszki z koncentratem na gładką masę (chyba że kupiliśmy krojone, wtedy możemy ten krok pominąć) i wlać do garnka i zagotować. Dodać odcedzony groszek, parówki z podsmażoną cebulką, lubczyk, sól i pieprz. Dusić ok. 10 minut.

Kiełbaski roślinne z grilla

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Kolejnym hitem Dobrej Kalorii są roślinne kiełbaski z boczniaka (porcja to cztery sztuki). Według etykiety na opakowaniu najlepiej podgrzewać je na patelni, lecz doskonale sprawdzi się do tego również elektryczny grill. Zachwycają nie tylko smakiem, ale i konsystencją.
Możemy podać je klasycznie z ziemniakami i wszelkimi ulubionymi sosami albo włożyć do wysmarowanej tymi sosami i podgrzanej wcześniej bułki na hot-dogi. Przygotowanie zajmie nam nie więcej niż 10 minut (z ziemniakami 20). Znakomicie się komponują z domową sałatką szwedzką.

Sznycel sojowy

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Sznycel sojowy lidlowej Polsoi bardzo mnie zaskoczył. Oczywiście pozytywnie! To idealne rozwiązanie, kiedy nie mamy ani czasu, ani pomysłu na obiad. Wystarczy ugotować do niego ziemniaki, kaszę albo ryż, dorzucić na talerz kiszony ogórek lub kapustę (najlepiej się komponują) i mamy gotowe znakomite danie. Na tacce znajdują się dwa całkiem słusznych rozmiarów sznycle.

Wegańska szynka z pistacjami

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Z ostatniego produktu nie przyrządzimy co prawda obiadu, ale skoro wart jest grzechu (a jest!), to z pewnością wart jest też wspomnienia w tym wpisie. Mowa o biedronkowych plastrach wegańskich z pistacjami marki goVege, czyli artykule do złudzenia przypominającym najwspanialszą drobiową szynkę z dodatkiem pistacji. Chociaż Lidl też ma swoje wege szynki z dodatkami, całkiem nawet smaczne, nie umywają się jednak do tej!
Nie próbowałam innych wariantów smakowych, ale ten jest rzeczywiście wybitny!

P.S. Ponieważ dziś sobota, a jak sobota to tylko do Lidla (z którego pochodzi większość opisywanych produktów), do Lidla, bo promocje tam, parking rampampampam, na deser mogę załączyć tylko jeden utwór – „Rampampam” Popka.

Brzydkie słowa

fot. Marianna Patkowska

👅 OdmienNe stany
językowej świadomości

W szkole oprócz wielu innych rzeczy, których mi brakuje, brakuje mi uwrażliwiania dzieci na język i pokazywania im, że jest on fascynującym i potężnym, ale jednak tylko narzędziem w naszych rękach. To my użytkownicy go tworzymy i z biegiem lat go też zmieniamy, naginając i dostosowując do naszych potrzeb. To naturalny bieg rzeczy. Nie zdając sobie z tego sprawy, wiele osób wpada w pułapkę:

to słowo jest dla jakiegoś znaczenia zarezerwowane

– pułapka, w którą wpada większość nieświadomych użytkowników języka

Oczywiście królem przykładów jest słowo „małżeństwo”, wykorzystywane w sporze o adekwatność jego użycia wobec zalegalizowanych związków jednopłciowych. Wynikające ponoć z języka przeciwwskazania niepoparte są wypowiedzią żadnego światłego językoznawcy.
Reasumując, albo my będziemy władać językiem (zgodnie zresztą z jego przeznaczeniem), albo on będzie władać nami. W przytłaczającej większości moi rodacy mają tak niską językową świadomość, że pozwalają się językowi kompletnie zdominować. A ten, choć jest fascynujący, żeby zachwycać w pełni, potrzebuje wybornego jeźdźca. Źle ujeżdżany ogier do złudzenia przypomina niestety starą szkapę.

👅 Słowa złe

Z lenistwa lub (i) braku kompetencji nauczycieli języka polskiego, dzieci przeważnie dostają komunikat, z którego wynika, że jakieś słowa są złe i kropka. Myślałam, że padnę, kiedy dowiedziałam się od uczniów, że:

słowo „fajny” nie istnieje

– głupoty powtarzane dzieciom w szkole

Pokazałam im w słowniku (choć nie jest to jedyny wyznacznik), że poprzednia pani wprowadziła ich w błąd. Wystarczyłoby omówić na wczesnym etapie edukacji wszystkie językowe style, bo większość nauczycieli wspomniany „fajny” drażni dlatego, że należy do stylu potocznego (który z niezrozumiałych dla mnie powodów, zwłaszcza jeśli chodzi o podstawówkę,  jest podczas lekcji źle widziany). Kolejną rzadkością jest wyjaśnianie natury wulgaryzmów. Wszystkie moje szkolne dzieci wiedziały, że nie przepadam za określeniem brzydkie słowa, gdyż uważam wszystkie słowa za uniwersalne. (Kwestia ich urody jest na tyle subiektywna, że nie powinno się żadnego z nich piętnować.) Kiedy tylko usłyszałam na szkolnym korytarzu jakikolwiek wulgaryzm (żeby nie było wątpliwości, z oduczaniem maluchów od używania ich w miejscach publicznych się całkowicie zgadzam), upewniałam się najpierw, czy mały osobnik umie je poprawnie napisać. Dzięki temu wiem dziś, że ewentualne wypisywane kiedyś przez nich na murach „chuje” i „rzygi” nie przyniosą mi, jako ich polonistce, wstydu (zwłaszcza w przypadku dzieci z klas, w których nie miałam wychowawstwa). Potem stawiałam punkt ciężkości na to, że posługiwanie się stylem wulgarnym nie jest stosowne ani w instytucjach, ani w sytuacjach oficjalnych. Na ogół może też wpłynąć na negatywny obraz nas samych w oczach odbiorców naszych komunikatów. Czy jednak odpowiedzialność za to ponoszą wspomniane wulgarne słowa, czy może jakieś inNe czynNiki?

👅 Dirty Talking

Do jeszcze niedawna nie przepadałam za wulgaryzmami, a używanie ich w mojej obecności odbierałam jako przejaw przemocy. Równocześnie mnie samej zdarzało się kląć, choć najczęściej, kiedy byłam sama (w trakcie procesu twórczego), a jeśli już padały z moich ust wulgaryzmy w rozmowie z kimś, to mógł być on pewien, że jesteśmy naprawdę blisko. Na taki rodzaj ekspresji mogłam sobie pozwolić tylko, kiedy czułam ogromne zaufanie, więź i przyjaźń do swojego rozmówcy. (Kto nigdy nie słyszał mnie klnącej, najpewniej nie zalicza się do tego wąskiego grona.) Taki stosunek do wulgarnego stylu można nazwać co najmniej ambiwalentnym, przeczuwałam więc, że jeśli uważniej się temu zagadnieniu przyjrzę, z pewnością dotrę do interesujących tez.
Ponad rok temu odkryłam fantastyczny podcast (o którym pisałam też TUTAJ) „Ja i moje przyjaciółki idiotki” i zauroczyłam się prowadzącą go cudowną Asią Okuniewską. Jej językowa lekkość i ogromna wrażliwość sprawiają, że słucha się tych odcinków jak wciągającego audiobooka. Czemu żadnego z używanych przez nią wulgaryzmów – a używa ich całkiem sporo – nie utożsamiam z atakiem? Jedyne, co mi wtedy przyszło do głowy, to jej wielka językowa świadomość, która każe mi wierzyć, że autorka doskonale wie, co robi, wypowiadając każde ze słów. Zastanawiałam się, czy jej niezaprzeczalny wdzięk i kobieca delikatność też nie odegrały tu jakiejś roli. Zrozumiałam, że nie, kiedy poznałam swojego partnera. Mężczyznę, który klnie najpiękniej na świecie! Zdałam sobie więc sprawę, że skoro wulgaryzmy wypowiadane przez jednych są dla mnie nieznośne, a innych – urzekające, pies musi być pogrzebany nie w samych słowach (co podskórnie czułam), lecz gdzie indziej.
Po głębszej analizie stało się dla mnie jasne, że oprócz wspomnianej mocno rozwiniętej świadomości językowej, kluczem jest zasób słów nadawcy. Kiedy ma się mały i używa się wielu słów wulgarnych, brzmi się prymitywnie. Wulgaryzmy pełnią rolę wypełniania braków. Nie mam nic do złota, a jednak wypełnianie nim ubytków w uzębieniu daje dosyć szpetny efekt. Jeśli jednak ma się piękne, białe zęby i kilka złotych koronek w garści (hipotetycznie…), całość może wyglądać… zdecydowanie lepiej. (Najwyraźniej to nie jest mój najszczęśliwszy dzień, jeśli idzie o metafory…)
Ponieważ związałam się z mężczyzną, którego język mnie nieustająco fascynuje, traktuję wszystkie używane przezeń słowa, włączając w nie również wulgaryzmy, jak sztukę. Kiedy coś lub ktoś wymusza na nim jakąkolwiek autocenzurę (której z założenia jestem przeciwna), wiem że nie wyraża siebie w stu procentach, czuję jego niepełność, jakiś brak.
Czy zachęcam do bluzgania? Nie, ponieważ z doświadczenia wiem, że robienie tego ze smakiem, to wyższy level, na który mało kto jest się w stanie wspiąć (tu warto wspomnieć kolejnego mistrza słowa, który zdecydowanie się wspiął – Tymona Tymańskiego). Zachęcam jedynie do zrozumienia, że na prymitywność wypowiedzi wpływają przede wszystkim: mały zasób słów, miałkość treści, jaką się przekazuje (im mniej się wie, tym mniej ciekawego ma się do powiedzenia), mnogość popełnianych błędów oraz ignorancja językowa. Ponieważ wielu użytkowników języka nie zostaje w szkole wyposażonych w narzędzia pozwalające odróżnić mały zasób słów od dużego lub niepoprawne sformułowania od poprawnych, najbardziej rzucają im się w uszy wulgaryzmy. A to nie one są odpowiedzialne za ohydę wielu wypowiedzi. I tu właściwie można byłoby wrócić do samego początku i zapętlić ten wpis.

P.S. Na deser łączę utwór Maty – artysty, który kompletnie mnie urzekł pod koniec ubiegłego roku i którego przejmująca „Patointeligencja” wbiła mnie w fotel (nawet dziś nie potrafię jej wysłuchać do końca, nie roniąc łez). Jeśli mielibyśmy się z partnerem pokusić o szukanie tzw. naszej piosenki, bez wahania znaleźlibyśmy właśnie ją.
Trafiłam niedawno na kolejną perełkę, czyli znakomity „Konkubinat” wykonany z profesorem Bralczykiem (!!!). Świadomość językowa tego młodziutkiego rapera jest zdumiewająca. Zazdroszczę jego poloniście. Uczenie tak zdolnego człowieka jest zaszczytem.

fot. Marianna Patkowska