Wino, Kobieta i śpiew

fot. Bożena Szuj

Dzisiejszy tekst jest opisem moich cudownych prawie trzytygodniowych wakacji w Gdańsku. Podzieliłam go na trzy części główne. Zaczynam – jak to na wakacjach – od wina.

1. Wino
Wakacje
Morze czy góry?
Magia Bałtyku
Praktyczno-sentymentalny przewodnik po Gdańsku
2. Kobieta
Gdynia
Duchowość
Przemoc
Kontrola, ale wyłącznie nad sobą
3. Śpiew
No to Boto!

🍷 Wino

fot. Bożena Szuj

Wino, o czym już tu wielokrotnie wspominałam, nie należy do trunków mojego pierwszego wyboru. Jestem prostą warszawianką i ćwierć góralką – moim alkoholem jest czysta nierozcieńczona w szklance. Piję rzadko, ale jeśli już, to z ogromną przyjemnością. Jest jednak jeden moment w roku, w którym rzeczywiście pragnę wina i są nim letnie wyjazdy, szczególnie do Grecji. Nie ma chyba nic przyjemniejszego niż patrzenie na morze i popijanie w tym czasie smażonych kalmarów kieliszkiem zimnego białego wina w samo południe. Okazało się, że nawet jeśli odrobinę zmieni się pewne stałe (zamiast Morza Egejskiego – Bałtyk, zamiast Thassos – Gdańsk Brzeźno, zamiast kalmarów – flądra), magia nadal działa! Kolejną różnicą było przeproszenie się z czerwonym winem, którego kiedyś nie lubiłam, a po które w te wakacje sięgałam często i chętnie. Może to kwestia większej dojrzałości, a może po prostu zbyt małej ilości miejsca w lodówce. (Ciepłe białe wino pijam tylko raz w roku – na bankiecie po Warszawskiej Jesieni.) Jak zwał, tak zwał. Zaczęłam wreszcie doceniać czerwone wino.

⚓ Wakacje

fot. Bożena Szuj

Od dziecka rodzice wpajali we mnie, jak ważne jest spędzanie wakacji z dala od miejsca zamieszkania. Jestem im za to bardzo wdzięczna. Wypoczynek w domu nie jest pełnowartościowym wypoczynkiem, a zmiana otoczenia, zwłaszcza prawopółkulowcom, pomaga nabrać nowej perspektywy, spojrzeć na siebie i swoje problemy z dystansu oraz podładować akumulatory. Tu nie chodzi wcale o drogie wyjazdy w najdalsze zakątki globu. W sprawach istotnych w ogóle bardzo rzadko chodzi o pieniądze. Moja mama, jako dziecko, mieszkając w Zakopanem, na wakacje jeździła do przepięknego pienińskiego Krościenka. To wystarczyło – oderwanie od codzienności, rozłąka z jedną grupą ludzi, spędzanie czasu z inną, możliwość – w perspektywie – zatęsknienia za jedną i drugą.
Zrozumiałam też, że zupełnie tak samo jest w związku. Rozłąki są dla niego bardzo dobre, bo pomagają nam monitorować z różnych stron to, co się w związku dzieje: jak związek na nas wpływa, co nam daje, ile nam zabiera i czy w ogóle zabiera. Mamy szansę za sobą zatęsknić, ale też uświadomić sobie, że związek nas nie definiuje, że mamy poza nim samych siebie.

⚓ Morze czy góry?

fot. Bożena Szuj

Spośród wielu głupich pytań (bo – zaskoczę Was – one istnieją!) od lat moim faworytem jest:

Wolisz góry czy morze?

– mój faworyt wśród głupich pytań

Żeby w pełni docenić jego idiotyczność, wystarczy je zadać na przykład mieszkańcowi greckiej wyspy Thassos. Czemu nasze odmienne geograficzne położenie miałoby postawienie kogokolwiek przed takim wyborem usprawiedliwiać? Tematowi widzenia świata z perspektywy albo…, albo… poświęciłam wpis „Zajmij się jedną rzeczą, a dobrze, czyli humanizm naszych czasów”, więc nie chcę się tu zbyt mocno rozpisywać. Jestem po prostu wielką przeciwniczką robienia ludziom testów jednokrotnego wyboru.
Jako dziecko niemal każde wakacje spędzałam i w górach, i nad morzem. Wyprowadzając się z rodzinnego domu wiedziałam tylko, gdzie nie chcę mieszkać. Po górach właściwie nie chodzę, ale ich widok jest mi potrzebny do życia. Zwłaszcza widok Tatr, których surowość mnie całkowicie uwiodła już dawno dawno temu. Czuję przed nimi respekt. Podobnie jak przed halnym (zwłaszcza odczułam go wtedy, kiedy wyrwał nam starą limbę z korzeniami z ogródka oraz zerwał nam dach z garażu). Przyroda jest potężną siłą i jak byśmy się nie starali oszukiwać sami siebie, że jest inaczej, budując śmieszne betonowe miasta, nie zmienimy tego. 
Ta sama część mnie jest absolutnie zakochana w magii morza. Obserwowanie jego barw o różnych porach dnia przynosi mi ukojenie. Kiedy się morzu oddaję, uzyskuję niewyobrażalny spokój. To nie ono mi go daje, wiem. Ono go tylko wyzwala we mnie; ale jestem na to niesłychanie wrażliwa i otwarta. To zresztą jedna z wielu zalet bycia prawopółkulowcem – czuję wszystko dużo mocniej niż inni, więc moje cowieczorne spacery brzegiem morza były doświadczeniem mistycznym, którego byłam nieprawdopodobnie spragniona. Mimo że mieszkam przecież w górach.

⚓ Magia Bałtyku

fot. Bożena Szuj

Przez wiele, wiele lat morzem, nad które udawałam się najczęściej, było Morze Egejskie. Z prostej przyczyny – moje życie zarówno prywatne, jak i zawodowe, było związane z grecką wyspą Thassos.  Morze Egejskie jest ciepłe, krystalicznie czyste i niewyobrażalnie wręcz piękne. Wydałam na Thassos fortunę na biżuterię z niebieskim opalem, który najbardziej przypominał obłędne egejskie barwy, by mieć choć złudzenie bliskości tego cudu.
Rok temu przez pandemię część wakacji spędzałam również w Gdańsku i dopiero wtedy przypomniałam sobie o obezwładniającej magii naszego zimnego, brudnego, pokrytego sinicami i innymi glonami Bałtyku. (Inna sprawa, że wtedy akurat miałam wielkie szczęście, bo nie dość, że woda była naprawdę ciepła, to jeszcze całkiem, jak na Bałtyk, czysta.)
Tegoroczne wakacje uświadomiły mi, jak bardzo potrzebowałam zarówno odpoczynku i zresetowania się, jak i właśnie Bałtyku. To niepokojące, ale zupełnie przegapiłam ten moment. Aż tu nagle przyszło przemiłe zaproszenie dla mnie i mojego partnera od samego Tymona Tymańskiego na pyszną domową pizzę vel staropolski podpłomyk. Jako że na jedzenie dwa razy mnie namawiać nie trzeba, już następnego dnia, dzierżąc w ręce bilet, zaczęłam się pakować.

⚓ Praktyczno-sentymentalny
przewodnik po Gdańsku

fot. Bożena Szuj

Oczywiście, wbrew tytułowi, nawet się nie pokuszę o próbę obiektywnego opisania Gdańska – moja wiedza jest zbyt mała. Opiszę natomiast szlaki, jakie sobie wytyczyłam i za którymi tak bardzo dziś tęsknię.
Trójmiasto, jak sama nazwa wskazuje łączy trzy zróżnicowane, ale sąsiadujące ze sobą miasta. Tymczasem odnalazłam w sobie automatyczną niechęć do Gdyni (której, nota bene, dobrze nie znałam) na zasadzie kontrastu z miłością od pierwszego wejrzenia do cudownego Wrzeszcza. Co prawda mój partner, będąc chłopakiem z Wrzeszcza, uważa że mądrzy ludzie nie zachłystują się plemiennością, w czym ma oczywiście sporo racji, jednak do Śledzi (jak mówią tu o mieszkańcach Gdyni) pałam, eufemistycznie mówiąc, pewną rezerwą. Jest to prawdopodobnie równie udolne, jak sytuacja opisana w piosence autora najlepszego staropolskiego podpłomyka, jakiego jadłam:

Lechia, Lechia Gdynia!
(oż kurde mole, łeb mi spuchł jak dynia)
Lechia, Lechia Gdynia!
(nawiasem mówiąc, Areczka Gdańsk to kurwa, pizda, świnia)
Lechia, Lechia pany!
to nic, że mózg wstrząśnięty i zęby wyłamane!
Lechia, Lechia pany!
ja leję na trepanację i żuchwę zgruchotaną!

 

Ale trudno. Muszę z tym żyć. Wracając do jednego z najpiękniejszych Polskich miast, jakim bez wątpienia jest Gdańsk, jestem absolutnie oczarowana i ujęta jego magią. Trochę mi co prawda zajęło zrozumienie lokalnego sposobu myślenia i dziś już wiem, że jeśli ktoś, będąc w Gdańsku powie nam, że jedzie do Gdańska, to wcale nie postradał zmysłów, lecz ma na myśli wycieczkę do ścisłego centrum. Wrzeszcz to Wrzeszcz, Oliwa to Oliwa, Brzeźno to Brzeźno, a Gdańsk to Gdańsk (mimo że administracyjnie wszystkie te miejsca znajdują się w Gdańsku). Trzeba też uważać, żeby nie nazwać przez przypadek centrum Gdańska rynkiem, starówka też się niestety, z tego, co mi się udało ustalić, nie obroni. „Moją dzielnią” stał się charyzmatyczny stary Wrzeszcz sąsiadujący z przepiękną historyczną Oliwą. Ta cudownie zielona dzielnica  jest doskonałym miejscem dla każdego, kto lubi spokój i ciszę, a równocześnie chce mieć łatwy i szybki dojazd zarówno do centrum, jak i na plażę. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Trójmiasto położone jest na terenach górzystych, więc w całości obfituje w przeurocze uliczki wijące się w dół i w górę, co przywodzi mi na myśl Thassos, Los Angeles i San Francisco równocześnie.

  • GDAŃSK: GDZIE SPAĆ?

Kiedy pytają mnie, który apartament w Gdańsku wynająć, odpowiadam: Zamenhofa 17 we Wrzeszczu. Nieprzyzwoicie wręcz tani, urządzony ze smakiem, doskonale zaopatrzony. Warto w tym miejscu wspomnieć o pięknej, wygodnej łazience z dużą, wysoko zamontowaną umywalką. (Sama nie jestem wysoką kobietą, bo mierzę tylko 169 cm, ale łazienkowym przekleństwem są wszelkie umywalki, sięgające mi zazwyczaj do kolan.) Dzięki maleńkiemu, ale jednak aneksowi kuchennemu, można być przez cały pobyt całkowicie niezależnym kulinarnie od wszelkich restauracji. Kolejnym z jego plusów jest omówiona wcześniej doskonała lokalizacja: mamy blisko i do przystanków (tramwajowych i autobusowych), z których w 20 minut dostaniemy się do ścisłego centrum, i do pięknego, nowoczesnego osiedla Garnizon, gdzie oprócz szerokiego wachlarza przeróżnych restauracji i kawiarni – gdybyśmy jednak zechcieli z nich skorzystać – znajdziemy też pokaźną liczbę Żabek, Biedronkę oraz aptekę.
Dla miłośników polskiej sceny alternatywnej ciekawostką będzie fakt, że w garażu domu, w którym mieści się polecany przeze mnie apartament, rozpoczynał swoją działalność najpierw zespół Sni Sredstvom Za Uklanianie, a potem słynna Miłość.

  • GDAŃSK: GDZIE ZJEŚĆ?

Czasy nie sprzyjają codziennemu stołowaniu się podczas wakacji w restauracjach. Tym lepiej wiedzieć zawczasu, gdzie warto zjeść, żeby po tym długo wyczekiwanym wydarzeniu, jakim jest wyjście na obiad na miasto nie pozostał niesmak. Moim zdecydowanym faworytem jest Zagroda Rybacka w Brzeźnie. Udało mi się (podczas obydwu pobytów) spróbować wszystkich dostępnych w karcie dań rybnych i mogę je śmiało polecić. Co więcej, nawet wegetarianin znajdzie tam coś dla siebie: penne wegetariańskie z rukolą, pomidorem, cukinią, papryką i tłoczoną na zimno oliwą warte jest grzechu! Wszystkie serwowane potrawy są świeże i pyszne. Na wspomnienie zasługują też znakomite desery i kawa mrożona oraz najlepsza jaką w życiu piłam domowa lemoniada.
Dania, w których cena jednego składnika zależy od jego wagi, mogą nastręczać pewnych problemów, kiedy przychodzi do płacenia. Przemiła i fachowa obsługa Zagrody Rybackiej tak precyzyjnie podaje dostępne w danym dniu wagi ryb, że jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zapłacić więcej niż wyliczyłam.

  • GDAŃSK: KOMUNIKACJA MIEJSKA

Moją codzienną trasą była Zamenhofa – Brzeźno i Jelitkowo – Zamenhofa. Do plaży w Brzeźnie mam dużą słabość, mimo że nie jest z pewnością najpiękniejszą z polskich plaż. Ma jednak coś, co mnie urzeka. Na ogół rano jeździłam się opalać i czytać na plaży,  a wieczorem przyjeżdżałam znowu do Brzeźna i szłam brzegiem morza ok. 3 km do Jelitkowa, którego – muszę przyznać – nie lubię. Spacer brzegiem morza o zachodzie słońca jest naprawdę piękny (kilka razy zdarzyło mi się nawet popływać), ale już cała ta smutna, odpustowa część promenady Jelitkowa z dyskoteką dla seniorów mnie dołuje, więc starałam się zawsze tak zaplanować swój spacer, żeby wracać nią prosto na pętlę tramwajową już po ciemku, kiedy jest mało ludzi i czuję się najbezpieczniej.
Jeśli chodzi o bilety komunikacji miejskiej, najlepiej ściągnąć sobie na telefon aplikację Jak dojadę i przez nią kupować bilety jednorazowe  lub – zwłaszcza jeśli mamy w planie przemieszczanie się po całym Trójmieście – trzydobowe. Jest wtedy taniej. Jednak jeśli interesuje nas bilet dobowy wyłącznie na autobusy i tramwaje w Gdańsku, lepiej go kupić w automacie lub kiosku, bo dobowy kupowany przez aplikację jest droższy.

Wrażliwych na sytuacje finansowe u bliźnich uspokajam, że tradycyjnie nie jest to wpis sponsorowany i z żadnej z powyższych reklam nie czerpię profitów.

💋 Kobieta

fot. Bożena Szuj

Jak niedawno pisałam, zaczęłam wreszcie odkrywać i doceniać w sobie kobietę. To pomogło mi też lepiej zrozumieć siebie samą. Tegoroczne wakacje były dla mnie nie tylko wyjazdem do partnera i nad Bałtyk. Były też, a może nawet przede wszystkim, fascynującą podróżą w głąb siebie. Aspektu kobiecości w moich rozważaniach nie mogło więc zabraknąć…

⚓ Gdynia

fot. Bożena Szuj

Przy nobliwym Gdańsku i rozrywkowym Sopocie Gdynia jest jedyną posiadaczką rodzaju żeńskiego. Postanowiłam ją więc trochę odczarować i w końcu zwiedzić. Trafił mi się najlepszy z możliwych przewodników – mój prywatny partner, który nie dość że sam ma w życiorysie gdyński epizod, to jeszcze jest kopalnią architektonicznej wiedzy. Po zobaczeniu urokliwych, przywodzących mi na myśl ukochany Wrzeszcz Działek Leśnych, dość podłych zaułków ulicy Morskiej (zwiedzanych za to ślicznym zabytkowym trolejbusem), oszałamiającej Alei Piłsudskiego, iście zachodniego Bulwaru Nadmorskiego, przeuroczej Kamiennej Góry i robiącego wrażenie (zwłaszcza szerokością ulic) centrum, a także po zjedzeniu doskonałej pizzy w godnym polecenia Ankerze i wypiciu wyśmienitej mrożonej kawy w kultowej kawiarni Mariola, mogę z czystym sumieniem napisać, że choć nie chciałabym się do Gdyni przeprowadzić, jest ona z pewnością ciekawym, różnorodnym miastem, które od czasu do czasu lubiłabym odwiedzić.
Myślę, że z Gdańskiem i Gdynią jest trochę jak z Europą i Ameryką Północną. Ameryka urzeka nas swoją świeżością, bardzo w gruncie rzeczy krótką historią, więc też brakiem uwikłania w śmiertelnie poważne konwenanse (oczywiście piszę to trochę z przymrużeniem oka nNi i w dużym bardzo uproszczeniu). Z drugiej strony nie ma i długo mieć nie będzie dostojeństwa Starego Kontynentu, które nabywa się z wiekiem. Odcięcie się od tradycji jest zawsze niezwykle nęcące, ale potrafi też pozostawić dziwny rodzaj niedosytu.
Wycieczka po Gdyni mnie zachwyciła, ale też zmęczyła. Jednak nie na tyle, by wieczorem nie odkryć nowych zakamarków Wrzeszcza, a w tym obłędnej ulicy Ojcowskiej i Krętej. Dobrze było znaleźć się po wszystkim w domu…

fot. Bożena Szuj

⚓ Duchowość

fot. Bożena Szuj

Samotne leżenie na plaży w ciągu dnia, wchodzenie do morza (kilka razy udało mi się popływać, choć woda była chłodniejsza niż rok temu) i czytanie FabJulus podczas opalania pleców przynosiło mi przyjemne odprężenie. Kanapki, a zwłaszcza ugotowane młode ziemniaczki z ziołami i własnym sosem serowym nigdzie nie smakują lepiej niż na plaży. Chyba. Jeśli chodzi o nagromadzenie ludzi, nie było aż tak źle, ale nie odważyłabym się też wyjąć z uszu słuchawek. Niesłyszenie bliźnich jest swego rodzaju błogosławieństwem. Jednak dopiero moje niemal codzienne samotne wieczorne spacery plażą były dla mnie najistotniejsze. Przede wszystkim – w niezrozumiałym przeciwieństwie do innych wyjść w pojedynkę – czułam, że to czas, który rezerwuję tylko i wyłącznie dla siebie. Czas, w którym kieruję całą swoją uwagę w głąb siebie, nie rozpraszając się niczym. Na uszach miałam, tradycyjnie, słuchawki, ale na czas spaceru włączałam do znudzenia (od lat nad Bałtykiem tę samą) debiutancką płytę Tracy Chapman. Jej dźwięki z delikatnym akompaniamentem fal po pierwsze skutecznie zagłuszały wszelkie odgłosy z zewnątrz, a po drugie pomagały mi się wyciszyć. Ktoś mógłby spytać, czy nie byłoby romantyczniej, chodzić na spacery brzegiem morza z ukochanym. Być może byłoby, ale na pewno nie z moim! Jakiekolwiek wyjście na brzeg morza z tym moim Męskim Darem Niebios jest jak wybór na towarzysza spaceru Adasia Miauczyńskiego z „Dnia Świra”:

Nie dość, że wszędzie piach i woda, to jeszcze ten je…ny spadek, że nie idziesz prostopadle do ziemi, tylko pod kątem, jedna noga niżej, druga wyżej, k…, ja pier…lę!

– mój Ukochany, spacerując ze mną brzegiem morza pierwszy i równocześnie ostatni raz

Tym bardziej doceniam, że poświęcił się, robiąc mi naprawdę piękną sesję zdjęciową, którą zilustrowałam dzisiejszy wpis, jak również, że któregoś pięknego wieczoru podjechał do mnie na rowerze, żebym, zostawiając mu swoje rzeczy, mogła spokojnie popływać, a potem się przebrać i ruszyć dalej. Obserwowanie niesamowitego zachodu słońca z wody było dla mnie kolejnym przeżyciem mistycznym. Na ogół zresztą po powrocie z mojej morskiej wyprawy, wybierałam się, nocą, na kolejny, krótszy spacer po Wrzeszczu, już z partnerem. Jednak te plażowe pomagały mi się odciąć od niezdrowego definiowania się poprzez swój związek (do czego mam niestety skłonności) i odzyskać łączność z rdzeniem siebie samej. To wbrew pozorom nie zawsze musi być przyjemne. Nasz umysł, kiedy się czegoś boimy lub z czymś sobie nie radzimy, robi dużo, żeby odwrócić od tego naszą uwagę (na ogół naskakujemy wtedy na innych). Przez 3 kilometry z Brzeźna do Jelitkowa co wieczór postanawiałam się mierzyć ze wszystkim, co się we mnie kłębiło. Oswoić to i – nie oceniając się – pozwolić sobie na wszystkie emocje, które w sobie zaobserwowałam. Gdybym nie była zrażona do tego słowa, nazwałabym to modlitwą. Gdyby nie to, że nie umiem, nazwałabym to medytacją. Tak czy siak, moje wieczorne wędrówki brzegiem morza miały głębszy, duchowy wymiar.

⚓ Przemoc

fot. Bożena Szuj

Jeszcze kilka lat temu, gdybym, klasyfikując podrozdział „Przemoc”, miała do wyboru rozdziały: „Wino”, „Kobieta” i „Śpiew”, umieściłabym go bez mrugnięcia okiem w „Winie”. Moje długoletnie współuzależnienie sprawiło, że zaczęłam doszukiwać się w alkoholu odpowiedzialności za całe zło uzależnienia. Co jest oczywiście bardzo niedojrzałe. Ani alkohol (w kontrolowanej ilości), ani jedzenie, ani seks, ani nawet niektóre narkotyki (również w kontrolowanej ilości i oczywiście nie wszystkie, więc tu lepiej jednak uważać) nie są problemem. Problemem jest pustka, którą ludzie próbują zapełnić przy ich użyciu. Jeśli nie umiesz żyć sam ze sobą i przechodzisz z rąk do rąk, z jednego związku w drugi, to masz taki sam problem, jak każda inna uzależniona osoba, nawet jeśli czujesz się od niej lepszy, bo nie sięgasz po żadne używki.
Dziś umieszczam podrozdział „Przemoc” w rozdziale „Kobieta”, po pierwsze, dlatego że jak wszystkie pozostałe podrozdziały ma rodzaj żeński, a po drugie, dlatego że pojawiła się w moich rozważaniach wcale nie – jak bywało kiedyś – za sprawą alkoholu, lecz mojej wnikliwej obserwacji już z tej drugiej, bezpiecznej strony. Konfrontacja była mi potrzebna.
Pewnego dnia nawarstwiło się kilka niezależnych od siebie czynników, które obudziły we mnie przykre wspomnienia. Rano czytałam książkę o przemocy, potem ktoś próbował użyć wobec mnie manipulacji, co przypomniało mi, że kiedyś tkwiłam w relacjach opierających się właśnie na niej, jeszcze potem czyjś niewinny żart poruszył moją czułą strunę, a do tego doszło kilka tragicznych historii opowiedzianych mi w ostatnim czasie. Przy typowej, książkowej wręcz zagrywce psychopaty, złapałam się na automatycznym wejściu w rolę, której już dawno nie odgrywałam. Przywdziałam pancerz, całkowicie ukrywając swoją prawdę i dokonując postanowień dotyczących relacji z osobą krzywdzącą (na żarty? dla zbadania moich granic? z głupoty? z powodu używek?), kompletnie skreślając ją z roli jakiegokolwiek partnera. Nie omawiając z nią już niczego.
Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że ludzie rzadko kiedy nawet przewyższający mnie inteligencją, potrafią tak skutecznie mnie zamknąć. Sprawić, że zastygam, nie pokazując im żadnej z przeżywanych emocji, bo podskórnie czuję, że to będzie dla nich pożywką. Wiem, że czuję dobrze, jednak czy to powód, by postępować wbrew sobie i uśmiechać się, kiedy chce mi się płakać, a potem stosować pasywną agresję wymierzaną na zimno? A tak właśnie zawsze, kiedy ktoś zaczyna ze mną swoje gry, robię. Nie lubię siebie takiej i nie lubię dawać innym władzy nad sobą (a postępowanie wbrew sobie – nawet, jeśli to jedyne, co nas może w danym momencie uchronić – jest rodzajem oddawania innym władzy). I na to jeszcze nie umiem znaleźć rozwiązania. Mój partner i prywatny rycerz w jednej osobie, jak ktoś mnie skrzywdzi, zadaje mi cudowne, podnoszące na duchu i wskrzeszające we mnie resztki romantyzmu pytanie:

Czy mam mu spuścić wpierdol?

– pytanie, jakie mi zadaje partner, kiedy ktoś mnie skrzywdzi

Na ogół nie korzystam jedynie z powodu własnego ego, które podpowiada mi, że nie jestem małą dziewczynką, żeby się wyręczać kimkolwiek w załatwianiu swoich własnych spraw. Ale… dając się w sobie zamknąć, zachowuję się dokładnie jak mała dziewczynka właśnie. I można powtarzać frazę, w jaką do niedawna sama jeszcze wierzyłam, że przemoc nie jest rozwiązaniem, ale prawda jest taka, że w niektórych wypadkach szybka i zdecydowana reakcja na przemoc w postaci załatwienia czegoś pięścią (lub skuteczne postraszenie, że jest się na to gotowym) kończy sprawę definitywnie. Czy jest to prymitywne? Jak najbardziej! Czy jest to zdrowe? W niektórych wypadkach tak. W przemocy (każdej) najgorsze są nie same przemocowe incydenty (choć te są oczywiście straszne), lecz wytwarzanie się bardzo skomplikowanego mechanizmu ofiara – kat, do którego można nie dopuścić tylko, nie dając się wepchnąć w rolę ofiary. Zapewniam, że wychodzenie zarówno z roli ofiary jak i kata jest długotrwałym i bolesnym procesem.
Nie umiem jeszcze w pięści, ale za to umiem w słowa. I to ja sama muszę stać się swoim rycerzem.

⚓ Kontrola, ale wyłącznie nad sobą

fot. Bożena Szuj

Spośród wielu strasznych historii o przemocy, które słyszałam niedawno, chyba mimo wszystko najgorsze (choć nie tak „efektowne” jak podnoszenie ręki na ciężarną kobietę czy szarpanie jej na oczach dziecka) dotyczyły przemocy w białych rękawiczkach, dokonywanej na ogół przez kobiety i na mężczyznach, czyli obsesyjnej kontroli partnera. Kontroli w majestacie chorej definicji prawa żony. Kontroli usprawiedliwianej „troską”, „pomocą” oraz – moje ulubione! –  „miłością”. Nie ma nic bardziej toksycznego od pomysłu, że można jakiegokolwiek człowieka (nie tylko partnera) kontrolować i pilnować. Pomysłu, że można mu czegokolwiek zakazać lub cokolwiek nakazać, że można go szpiegować oraz tresować, jak zwierzę, przy pomocy seksu. Mrożą mi krew w żyłach podwójne standardy, które – jako społeczeństwo – wyznajemy. Mężczyzna traktujący w ten sposób kobietę jest, słusznie, uznawany za tyrana. Kobieta traktująca w ten sposób mężczyznę jest uznawana za mądrą, przebiegłą, „potrafiącą sobie chłopa ustawić”. Bo powszechnie wiadomo przecież, że „żeby chłop nie zdradził – trzeba go pilnować”, a co za tym idzie, „jeśli zdradza, to wina baby, bo nie upilnowała”. I naprawdę pokaźna liczba kobiet woli się poniżać tkwieniem w relacji z kimś, kogo traktuje jak upośledzonego Neandertalczyka, któremu trzeba założyć smycz i kaganiec, zamiast szukać partnera, który będzie dla niej dobry z własnej i nieprzymuszonej woli; ale obsesyjny lęk przed zdradą czy opuszczeniem najczęściej wiąże się właśnie paradoksalnie ze skłonnością do zdrady i opuszczenia.

🎤 Śpiew

fot. Bożena Szuj

Przez wiele lat miałam sporą trudność ze zdefiniowaniem swojej relacji z muzyką i śpiewem. Nigdy nie czułam się sprawną wokalistką, nie miałam też specjalnych ambicji, by się taką stać. Śpiewanie tych samych piosenek mnie nudzi. Fascynuje mnie natomiast stwarzanie nowych brzmień, budowanie głosem przestrzeni, opowiadanie harmoniami historii – głos jest jedynie narzędziem. Śpiewanie ze sobą samą na głosy, które lubię najbardziej, jest dla mnie głębokim, duchowym przeżyciem. Kiedyś łatwo mnie było wpędzić w poczucie beznadziejności, krytykując – czasem nawet słusznie – moje wokalne błędy. Dziś wreszcie zrozumiałam, że moim największym atutem nie jest wcale głos, tylko słuch. Czułam się więc niezwykle zaszczycona, kiedy docenił go mój harmoniczny Guru, Tymon Tymański.

⚓ No to Boto!

fot. Bożena Szuj

Czuję się zwierzęciem studyjnym, natomiast scena nigdy mnie specjalnie nie pociągała. Nie, żeby mnie onieśmielała czy stresowała. Miałam kilka zespołów, śpiewałam w chórze gospel, lubię, kiedy ludzie na mnie patrzą (wolę, kiedy patrzą niż kiedy próbują ze mną rozmawiać). Jednak – jak w przypadku śpiewania wciąż tych samych piosenek – występowanie wydawało mi się zawsze trochę nudne.
Rok temu mój partner pokazał mi Boto – sopocki teatr, w którym od kilku już lat raz w tygodniu odbywają się Bluesowe Poniedziałki – teatr udostępnia scenę, mikrofony, wzmacniacze i instrumenty, żeby każdy z zainteresowanych mógł sobie poimprowizować. Partner, będący perkusistą, gra tam od dawna. Jestem mu niezwykle wdzięczna, że wprowadził mnie w ten cudowny świat – od razu zawiązałam sporo znajomości, a nawet przyjaźni z jego koleżankami i kolegami. Muzyka naprawdę łączy. Rok temu odważyłam się tylko dwa razy wyjść na scenę, prosząc muzyków o zagranie konkretnej piosenki, którą mogłabym zaśpiewać. Improwizacja jest dla mnie nowym, nieznanym lądem. Jeśli lubię mieć nad czymś obsesyjną kontrolę, to są tym dźwięki wydobywające się z moich ust. W Boto (gdzie mam niestety sporo zastrzeżeń do realizacji dźwięku podczas jamów) nie ma o tym nawet mowy. Połowy, stojąc przed mikrofonem, nie słyszę, a przez drugą połowę nie jestem się w stanie przekrzyczeć. Jednym słowem, idealne (bo trudne) warunki do tego, żeby nauczyć się kontroli nad swoim głosem. W tym roku bardziej otworzyłam się na występowanie, bo to mnie uczy, gdzie dokładnie i z czym mam jeszcze problem. Okazuje się więc, że moje piękne nadmorskie wakacje służyły mojemu samorozwojowi w każdym aspekcie!

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę swoją wersję najbardziej wstrząsającej piosenki Tracy Chapman z jej debiutanckiej płyty, czyli „Behind the wall”. Tekst, którego tłumaczenie zamieszczam poniżej, dotyka tematu, który poruszyłam też w dzisiejszym wpisie. Tracy opowiada historię w ascetyczny, surowy sposób. Ja… słyszę głosy…

Za ścianą
Ostatniej nocy słyszałam krzyki
I podniesione głosy zza ściany
To kolejna bezsenna noc dla mnie
Nie będzie dobrze dzwonić
Policja zawsze jest  za późno,
Jeśli w ogóle
A kiedy przyjechała
Stwierdziła, że nie może interweniować
w rodzinne spory
między mężczyzną a jego żoną
Kiedy wychodziła,
Łzy napłynęły jej do oczu
Ostatniej nocy słyszałam krzyki
Aż cisza zmroziła moją duszę
Modliłam się, żeby to był zły sen,
Kiedy zobaczyłam na ulicy karetkę
Policjant powiedział:
„Jestem tu, żeby pilnować porządku
Kiedy tłum się rozejdzie,
Myślę, że możemy wszyscy pójść spać”

„Każdego szkoda” Julia Oleś

fot. Bożena Szuj

wydawnictwo: FabJULUS
rok wydania: 2020

Na blog FabJulus natrafiłam w sieci zupełnym przypadkiem parę dobrych lat temu i… wpadłam po same uszy. Prowadząca go Julia Oleś zachwyciła mnie wszystkim, a ja w ciągu kilku zaledwie dni przeczytałam blog w całości od deski do deski, czekając już później regularnie na kolejne wpisy. Po pierwsze ujęła mnie lekkością swojego pióra, wyczuwalnym spójnym stylem i ogromnym poczuciem humoru. Po drugie nie mogłam się napatrzeć na zdjęcia z nią samą w roli głównej, które zdobiły jej wpisy. Dotarło do mnie, że niesłychanie inteligentna i doskonale pisząca kobieta wcale nie musi chodzić odziana w worki po kartoflach i patrzeć na świat przez denka od słoików, z bardzo tylko rzadka uśmiechając się pod wąsem (ten styl przejęły zresztą, zdaje się, młode muzykolożki). Doskonale pisząca kobieta może być równie dobrze przepięknym fotogenicznym zjawiskiem zadziwiającym swoim znakomitym modowym wyczuciem i gustem, na dokładkę czarującym swoim hollywoodzkim uśmiechem. I to – ciekawostka! – zupełnie nie odejmuje jej ani talentu, ani intelektu!
Tak, blog FabJulus był dla mnie swoistym objawieniem. A już wpisem o plebejskim zwyczaju nakazywania gościom zdejmowania butów podbiła moje serce do reszty. Zapamiętałam ją jako młodą mamę, szczęśliwą narzeczoną, a niedługo później żonę, kobietę pracującą, wegetariankę. Po jakimś czasie publikowała już coraz mniej, aż w końcu zniknęła z dostępnego mi horyzontu.
Jakim więc było dla mnie zaskoczeniem, kiedy po nie tak długim czasie najgorszej maści „media” plotkarskie wzięły na tapet temat jej romansu (okazało się, że się w międzyczasie rozwiodła) ze skompromitowanym podstarzałym dziennikarzem ceniącym czyste stoły (swoją drogą, akurat w tym go, Rurku, rozumiem). Byłam przekonana, że to jakiś niesmaczny fake news, potem – kiedy okazało się, że jednak nie – zdegustowana tym, że wiem, bo przecież naprawdę mogłabym nie wiedzieć, a na końcu poirytowana, że z miliona otwartych przed nią dróg autopromocji Fab wybrała akurat taką. Na szczęście dosyć szybko zrozumiałam, jak niesprawiedliwie ją oceniłam, zakładając, że na swój wizerunek w mediach w tamtym czasie miała jakikolwiek wpływ. Nie miała żadnego. Trafiłam wtedy też na jej Instagrama, uzależniając się od jej InstaStories prowadzonych z ogromnym wdziękiem. Do teraz jestem zresztą ich wierną fanką.
Podczas, również rozgrzebywanego w mediach, rozstania z tym dziennikarzem podziwiałam jej stalowe nerwy i opanowane do perfekcji zbywanie wszelkich pytań pojawiających się podczas transmisji na żywo o jej byłego już partnera. Myślę, że to wymagało od niej nieprawdopodobnej siły.
Bardzo się ucieszyłam, kiedy Julia ogłosiła w mediach społecznościowych, że wydała swoją pierwszą książkę. Wiedziałam, że chcę ją przeczytać i z niezrozumiałych przyczyn założyłam, że będzie to zbiór felietonów. Zaskoczyło mnie więc InstaStories autorki, w którym zdradziła, że „Każdego szkoda” jest… powieścią. I tu właśnie, jeszcze przed lekturą, podskórnie wyczułam problem. Intuicja mnie niestety nie zawiodła. Ale zacznijmy od początku.
Książka opowiada historię toksycznego związku Halinki i Andrzeja widzianą głównie oczami jej najbliższych przyjaciółek. Andrzej jest skompromitowanym, podstarzałym, momentami czarującym oraz nieprzyzwoicie bogatym politykiem, a Halinka młodą, inteligentną, przebojową, prześliczną kobietą (czy coś nam to przypomina?). Ich relacja nie opiera się na zachłyśnięciu się Halinki przebrzmiałą sławą Andrzeja ani też jego fortuną. Ona – będąc może nie bogata, ale z pewnością niezależna finansowo – rzeczywiście się w nim zakochuje, doceniając ich wyjątkowe porozumienie dusz. Wzmiankowane porozumienie dusz jest jednak z biegiem czasu coraz częściej wystawiane przez Andrzeja na próbę spożywaniem wysokoprocentowych trunków. Życie Halinki zamienia się w piekło, choć wydawać by się z zewnątrz mogło, że wystarczyłaby tylko jedna jej decyzja, żeby wszystko odkręcić. Przyjaciółki najpierw z dochodzących do nich skrawków informacji, a potem z coraz trudniejszych do ukrycia przez Halinkę połaci wywnioskowują, że ich przyjaciółka tonie, ale – co jest największą tragedią takiego położenia – nie mogą zrobić nic oprócz wspierania jej i otoczenia życzliwością. Temat poruszony przez Julię Oleś jest bardzo, bardzo ważny. Każda kobieta, która zaznała przemocy w związku (w tym ja) zrozumie, że opisane w książce sytuacje, nawet jeśli wydają się kompletnie absurdalne i przerysowane, są jak najbardziej prawdopodobne. Do niedawna wydawało mi się, że nie trzeba być w związku bitą, żeby przy użyciu empatii i inteligencji zrozumieć mechanizmy, które zachodzą zarówno w toksycznych relacjach, jak i ofiarach, które w nich tak długo tkwią. Tymczasem jakiś czas temu, kiedy opowiadałam o przyczynach rozwodu jednej bardzo bliskiej mi osoby innej bardzo bliskiej mi osobie, usłyszałam w odpowiedzi beztroskie: „ale to ona, wychodząc za mąż, nie wiedziała z kim się wiąże? Przecież ludzie się aż tak nie zmieniają!” i opadły mi witki. Oczywiście mogłam przecenić zarówno empatię, jak inteligencję mojego rozmówcy, jednak przeraża mnie tak dogłębna nieznajomość podstaw psychologii. Piszę o tym w tym miejscu dlatego, że część mnie jest wdzięczna Julii Oleś za takie właśnie opisanie dynamiki związku Halinki i Andrzeja, bo czuje w tym i fikcję, i prawdę równocześnie. Jednak druga z kolei obawia się, czy do szczęściarzy, którzy nie zaznali toksycznych związków dotrze, że takie rzeczy się dzieją naprawdę. Bo dla większości czytelników pewnie fikcyjne będą luksusy, w które opływa Andrzej, ale tło nie ma znaczenia. Halinka została zrównana przez Andrzeja z ziemią, bo w pięciogwiazdkowym zagranicznym hotelu w spa, na które sam ją wysłał, masował ją mężczyzna a nie kobieta – ja za zwrócenie uwagi ówczesnemu partnerowi, że strącił z blatu mój naszyjnik, który się, spadając, stłukł, byłam duszona w tanim hoteliku. Okoliczności nie mają znaczenia. Status majątkowy również. Mechanizm jest zawsze ten sam.
Wspomniałam wcześniej o problemie z gatunkiem, który wybrała Julia Oleś. Wbrew pozorom powieść to naprawdę ciężki kaliber i niewielu daje sobie z nim radę. „Każdego szkoda” porusza bardzo ważny temat i jest rzeczywiście świetnie i lekko napisana, do tego autorka w wielu miejscach przemyca swoje znakomite poczucie humoru. Czyta się to może nie z zapartym tchem, ale na pewno z ciekawością i sympatią do książki. Jednak… to wciąż za mało. Garść zabawnych gagów czy nawiązań do popkultury (przynajmniej w tak dużej liczbie) znakomicie sprawdza się w tekstach blogowych czy nawet felietonach, ale nie wystarcza do stworzenia powieści, która jest niesłychanie wymagającym gatunkiem. Przede wszystkim, jeśli wprowadza się większą liczbę bohaterów oraz dialogi między nimi, trzeba mieć doskonałe wyczucie językowe. Nie mam przez to na myśli tylko posiadania własnego literackiego stylu, ale raczej posiadanie ucha i wrażliwości na przeróżne style. (Jedyną przychodzącą mi do głowy osobą, która rzeczywiście umie wychwycić wszelkie niuanse językowe i jeszcze cudownie się nimi zabawić jest Tymon Tymański – warto wnikliwie wsłuchać się w teksty na znakomitej, kultowej już płycie „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”). Jeśli każda występująca w powieści osoba mówi dokładnie tym samym językiem, co opisujący wszystko narrator, powieść siłą rzeczy staje się płaska i jednowymiarowa. Dobrze sięgnąć np. po „Auto da fé” Eliasa Canettiego i zobaczyć, co się dzieje z językiem poszczególnych bohaterów, a potem zastanowić się, czego zabrakło debiutowi Julii Oleś.
Zdaję sobie sprawę z tego, że spora grupa osób może nie mieć pojęcia, o czym mówię, bo biorąc po uwagę rosnącą w naszym kraju popularność książek fatalnie napisanych, książka napisana dobrze jawi się jako ideał. Jednak właśnie dlatego, że naprawdę cenię pióro Julii – jak również dlatego, że jestem zimnego chowu cudownego, ale bardzo wymagającego Jerzego Sosnowskiego – muszę zauważyć, że „Każdego szkoda” nie jest dobrą powieścią. Jest jednak bardzo sympatycznym książkowym debiutem i mam ogromną nadzieję, że już za jakiś czas autorka mnie pozytywnie zaskoczy.

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę wywiad z Julią Oleś dotyczący nie książki, ale sporo miejsca poświęcono w nim przemocy – warto zobaczyć całość.

Józef Patkowski. Od „maszyn piekielnych” do Studia Eksperymentalnego PR

Kilka dni temu skontaktowała się ze mną Radiowa Dwójka, proponując udział w programie „Dwie do setki” poświęconym mojemu tacie, Józefowi Patkowskiemu. Byłam początkowo trochę sceptycznie nastawiona, mając w pamięci jego niedawno powstałą biografię, do której mam sporo zastrzeżeń (opisanych szczegółowo TUTAJ). Autorzy audycji szybko mnie jednak ujęli ogromną kulturą osobistą oraz rzeczową odpowiedzią na moje liczne pytania o konkrety. Powstała piękna, ciekawa audycja przybliżająca postać Józefa Patkowskiego. Miałam zaszczyt w niej wystąpić podczas piętnastominutowej telefonicznej rozmowy na żywo. Myślę, że Dzień Ojca jest znakomitym momentem na zachęcenie do posłuchania programu, którego emisja miała miejsce w sobotę 19.06.2021 na antenie Radiowej Dwójki.

P.S. Na deser łączę jedną z ulubionych piosenek Taty z repertuaru Elektrycznych Gitar, do których oboje mieliśmy dużą słabość.

Kim jestem

fot. Marianna Patkowska

Postanowiłam sobie dziś zrobić imieninowy prezent w postaci wpisu, który długo we mnie dojrzewał. Jakiś czas temu polecałam filmik mojej duchowej mentorki Iyanli Vanzant „Acts of Faith Spiritual Spa: Relationship with Self”. Nie należy do najkrótszych, ale jest zdecydowanie wart zobaczenia i przemyślenia. Iyanla prawie zawsze powtarza, że do pełnej integracji z samym sobą, która przynosi szczęście i poczucie, że jesteśmy w odpowiednim miejscu, potrzebna jest jasność, co do tego, kim jesteśmy. Łatwo powiedzieć, że trzeba taką jasność posiąść, ale dużo trudniej spróbować się do niej dogrzebać.
Ten filmik jest dla mnie tak ważny właśnie dlatego, że po raz pierwszy usłyszałam od Iyanli praktyczne wskazówki, z których skorzystałam, a doświadczenie, jakie przy tej okazji zdobyłam, okazało się bardzo oczyszczające i uwalniające.

Kim jestem – ćwiczenia praktyczne

fot. Marianna Patkowska

Rada okazała się banalnie prosta – nabyć zeszyt i przez dwadzieścia jeden dni codziennie odpowiadać w nim na jedno pytanie:

Kim jestem?

Najistotniejsza była systematyczność i regularność, które sprawiły, że udało mi się każdego dnia zagospodarować wartościowy, intymnie spędzony z samą sobą czas (czasem było to tylko kilka minut, liczyła się jednak jego jakość). Drugim istotnym elementem było pisanie ręczne, które pobudza trochę inne rejony mózgu – dlatego w niektórych rodzajach terapii tak często się je zaleca.
Jako człowiek słowa pisanego mam naturalną łatwość pisania, która w połączeniu z moim wrodzonym ekshibicjonizmem napędza mnie do tworzenia tekstów, które będą czytane przez innych (i nieważne, czy chodzi o blogowy wpis, list do kogoś, czy facebook’owy post). Robię to chętnie, żeby nie powiedzieć, że wręcz obsesyjnie. Jednak zmierzenie się z kartką papieru (co – ponieważ nie mówimy o notatkach lub listach zakupowych – już jest dla mnie dyskomfortem), która po zapisaniu ma pozostać między mną a mną było… lekko przerażające. Z góry uprzedzając ewentualne pytanie, tak, pisałam kiedyś pamiętniki. Miałam ich całkiem sporo. Jednak pamiętnik szybko stał się dla mnie jednym z rozlicznych wyimaginowanych przyjaciół, więc pisząc go, doświadczałam podniecającego uczucia bycia podglądaną (to też jeden z powodów, dla których nie używałam zasłon, mieszkając naprzeciwko męskiego poprawczaka, więc to prawdopodobnie głębszy problem). Tu okazało się, że częścią zadania jest nawiązanie relacji z sobą, więc postanowiłam treścią swojego zeszytu nie dzielić się z nikim, nawet z Partnerem, z którym do tej pory dzieliłam się wszystkim.
Po trzech pełnych tygodniach mogę powiedzieć, że to jedno z najtrudniejszych zadań i że nie mam absolutnie żadnej pewności, czy wykonałam je dobrze.

fot. Marianna Patkowska

Rozkładać się na części… mowy

fot. Marianna Patkowska

Siedząc, czasami kompletnie bezradna, nad swoim zeszytem szybko zaobserwowałam zdumiewającą zależność – w mojej głowie wzbierała lawina przymiotników na swój własny temat. Wśród nich były i te zasłyszane (zarówno miłe, niemiłe, prawdziwe czy krzywdzące), i te które określają mnie chyba wiernie, a także te, do których miana aspiruję. Nieraz czułam, że mogłabym zapisać nimi cały zeszyt, tylko… przecież nie o przymiotniki chodziło, lecz o rzeczowniki. Pytanie nie brzmiało przecież:

Jaka jestem?

– jak pytanie nie brzmiało,

lecz:

Kim jestem?

– jak pytanie brzmiało

Znalezienie określającego mnie rzeczownika okazało się dla mnie szalenie trudne. Zmierzyłam się na przykład z tematem mojej płci i tym, jak właściwie ją postrzegam. Dopiero wtedy zrozumiałam, że choć jest kilka rzeczowników, które określają mnie lepiej niż akurat „kobieta”, to ten jest całkiem adekwatny (i wcale nie dlatego, że nie daję sobie przyzwolenia na bycie np. osobą niebinarną – daję, tylko nią po prostu nie jestem).
Nie było żadnych sztywnych zasad co do tego, jak mam prowadzić swój zeszyt. Niektóre odpowiedzi więc zaczęły się powtarzać. Szybko zauważyłam też, że różne czynniki zewnętrzne mocno wpływają na to, jak się postrzegam i jak o sobie w danym momencie myślę. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale to też przecież jakaś prawda o mnie, którą musiałam poznać.

fot. Marianna Patkowska

Trochę brudu

fot. Marianna Patkowska

Jednym z głównych powodów, przez które tak surowo oceniłam na samym początku naszej znajomości Drapieżnika (który niespodziewanie okazał się Mężczyzną Mojego Życia, docelowo stając się moim życiowym Partnerem) był jego – dość kontrowersyjny, jak na to, że Partner jest specjalistą od reklamy – sposób zaprezentowania się z możliwie jak najgorszej strony. Wylał na mnie cały swój nagromadzony latami brud, z którym zdążył się już pogodzić, a ja byłam na to wtedy kompletnie niegotowa. Koncepcja ryzykowna, biorąc pod uwagę moją nadwydajność mentalną i umiejętność dopisywania najgorszych scenariuszy do wszystkiego. Na ten przykład, jak ktoś mi mówi, że zrobił coś, z czego po latach nie jest dumny, moją pierwszą myślą nigdy nie jest ta, że może był dla kogoś zbyt obcesowy, ale że zamordował z zimną krwią, a potem rozczłonkował zwłoki, z którymi wcześniej jeszcze zdążył odbyć stosunek. Wydaje mi się to całkiem prawdopodobne i wręcz uważam go za dobrego człowieka, bo nie każdego po takich doświadczeniach stać na krytyczną autorefleksję. Tak więc, kiedy on z perspektywy czasu już widział, że jakieś jego zachowania w przeszłości mogły być nieodpowiednie, ja – kompletnie pomijając dzielące go od tych wydarzeń dekady i jego wiedzę na tamten moment – automatycznie rejestrowałam informację, że postępował kiedyś cynicznie, choć było to bardzo dalekie od prawdy i dla niego krzywdzące. Jednak czemu dziś o tym wspominam? Nie do końca się z nim co prawda zgadzam w tym, że wywalenie wszystkich swoich brudów na dzień dobry każdemu, z kim chce się być szczerym jest słuszne, jednak urzekła mnie (jak się już otrząsnęłam) jego gigantyczna świadomość siebie. Pomyślałam, że chciałabym umieć być tak bezwzględnie szczera z samą sobą, bo to może być właśnie odpowiednia droga do mojej upragnionej wewnętrznej integracji.
Jako mała dziewczynka wierzyłam w to, że można być ideałem, a każdego, kto pokazywał mi, że jednak nim nie jestem – ludzie są dla nas zawsze lustrami – traktowałam jak wroga. Tymczasem wiara w to, że można osiągnąć nieosiągalne (ludzie z natury po prostu nie są idealni) to tkwienie w kłamstwie. Na kłamstwie nie da się zbudować dobrej wartościowej relacji z samym sobą, a co za tym idzie, nie da się jej również zbudować z nikim innym.
Zaakceptujmy więc, że w każdym z nas jest trochę brudu. Czasem może nam nawet być z nim wygodnie. Najważniejsze jednak, żeby co jakiś czas robić większe porządki. Sama przez trzydzieści cztery lata swojego życia jadłam mięso, a teraz ciągle jeszcze od czasu do czasu zdarza mi się jeść ryby – nie można nazwać tego postawą moralną i doskonale zdaję sobie już z tego sprawę. Jednak im szybciej sobie uświadomimy, że jesteśmy ułomni, tym bardziej czuli i wyrozumiali dla siebie będziemy, powoli idąc w kierunku lepszej, bo prawdziwszej wersji siebie. Czy akceptacja swoich wad oznacza odpuszczanie sobie? W pewnym sensie tak. Odpuszczamy sobie jednak nie pracę nad sobą (która jest niesłychanie ważna), lecz sztucznie stwarzaną presję. Przykład, który podam nie jest najbardziej trafny, bo wygląd zewnętrzny nie jest wadą, ale zaryzykuję: jeśli np. chcielibyśmy schudnąć kilka lub kilkanaście kilogramów, musimy sobie uświadomić, że decydujemy się na trudny, żmudny i przede wszystkim długotrwały proces. Czy pomoże nam, jeśli w jego trakcie będziemy o swoim ciele mówić źle, bez przerwy wytykając mu, że nie wygląda tak, jak chcielibyśmy, żeby wyglądało? Skoro już weszliśmy na tę wyboistą drogę ćwiczeń sportowych i wprowadzania w życie nowych nawyków żywieniowych, dopieszczajmy się, chwaląc samych siebie za wytrwałość i dyscyplinę. Polubmy to, z czym się będziemy musieli przez jakiś czas zmierzać. Nie dokładajmy sobie dodatkowych obciążeń w postaci wrogiego nastawienia do naszego ciała. Jest wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju!
Podobnie jest z ułomnościami naszego charakteru. Nie biczujmy się za to, że mamy jakoś. Bądźmy dumni, kiedy to wreszcie odkryjemy i poczynimy kroki, by wyeliminować z naszego postępowania to, co nas nie rozwija i stawia na pozycji, na której nie chcemy już stać.

fot. Marianna Patkowska

Dążenie do równowagi

fot. Marianna Patkowska

Jednym z najciekawszych moich doświadczeń podczas początkowej fazy relacji z Drapieżnikiem było najpierw odróżnienie tego, co moje i wewnętrzne od tego, co czyjeś i zewnętrzne, a potem zbudowanie w sobie umiejętności balansowania między tymi dwiema płaszczyznami. Jestem osobą łatwo popadającą w skrajności, więc zdarzało mi się wcześniej albo bezgranicznie wierzyć w głos zewnętrznego świata (najczęściej w postaci jakiejś osoby) i odrzucać własne przekonania, albo wierzyć tylko w to, co wewnątrz mnie i odrzucać wszystko, co zewnętrzne. Tymczasem te dwie płaszczyzny są tak samo prawdziwe, jak i fałszywe, a prawdę przynosi dobre ich rozpoznanie i umiejętność czerpania z każdej tego, co dla nas najlepsze.
Jako gatunek stadny potrzebujemy, chciał nie chciał, innych ludzi. Jednak bezrefleksyjność i nieumiejętność życia samemu paradoksalnie bardzo obniża naszą atrakcyjność dla innych. W końcu skoro nie jesteśmy na tyle ciekawym partnerem dla nas samych, by chcieć ze sobą przebywać, to tym bardziej nie staniemy się w magiczny sposób ekscytującym partnerem dla drugiej osoby. Chociaż robimy oczywiście wszystko, żeby tę prawdę zagłuszyć, a powyższa teza zwyczajnie nas złości.
Z moich osobistych doświadczeń wynika, że regularny detoks od czynników zewnętrznych potrafi zdziałać cuda. Z drugiej strony zbyt długie stronienie od ludzi, choć w założeniu ekscytujące, również potrafi wyrządzić nam samym krzywdę. Plusem stykania się z innymi punktami widzenia jest rozszerzanie horyzontów, weryfikacja swoich przekonań i poczucie wspólnoty. Plusem zanurzenia się w sobie jest zakotwiczenie się w tym, co jest naszą esencją oraz zrozumienie, w którym kierunku musimy podążać, a do obu tych prawd mamy dostęp tylko my sami i nikt – mimo największej mądrości i najszczerszych intencji – nie wie tego lepiej od nas. Bez zakotwiczenia w sobie kontakty z innymi mogą stać się niebezpieczne, powodując, że zaczniemy dryfować (a warto pamiętać, że ile ludzi, tyle pomysłów… również na nasze życie). Z kolei bez weryfikacji naszych przekonań poprzez kontakt z innymi, nasza własna głowa może nas sprowadzić na manowce. Moja wyobraźnia, ale też niepewność siebie, jak również od jakiegoś czasu depresja i ciężkie stany lękowe powodują, że czasem mój własny mózg mnie okłamuje. Podpowiada mi rzeczy nie tylko nieprawdziwe, ale też takie, w które wiara mocno mnie krzywdzi. Mimo, że na poziomie intelektualnym rozumiem, co się ze mną dzieje, nie zawsze mi to pomaga, a czasem wręcz potęguje poczucie popadania w obłęd. To moment, w którym dobrze zmienić płaszczyznę i rozmawiać z ludźmi. Na ogół okazuje się, że dzielimy ze sobą bardzo podobne doświadczenia, różni nas jednak podejście do nich. Jeśli wysłuchamy kilku odmiennych punktów widzenia, zrozumiemy, że nasze demony to tylko jedna z perspektyw, której wcale nie musimy, a wręcz nie powinniśmy wybierać. Może tu tkwi w ogóle sedno – żeby dobrze rozpoznać demony, bo one na ogół są w nas, ale czasem też na zewnątrz, w toksycznych ludziach. Warto więc pamiętać, że i na tej, i na tej płaszczyźnie czają się niebezpieczeństwa, ale też i tu, i tu czeka na nas coś bardzo wartościowego.

fot. Marianna Patkowska

Nie wszystko każdemu

fot. Marianna Patkowska

Po lekturze swojego prowadzonego przez trzy tygodnie dziennika doszło do mnie, że jestem przede wszystkim artystką (choć mam problem z tym słowem, bo wydaje mi się, że jest nacechowane pozytywnie i nie wypada tak o sobie napisać, choć wiem, że jest absolutnie neutralne i określa zarówno wykonywaną pracę, jak i pewne do niej skłonności determinujące sposób myślenia) oraz WWO, czyli osobą wysoko wrażliwą, inaczej nadwydajną mentalnie lub prawopółkulowcem. Sporo pisałam o tym na blogu, recenzując książki Christel Petitcollin, ale – w największym skrócie – należę do 15% populacji, która ma „inne okablowanie mózgu”. Nie jest to ani choroba, ani zaburzenie – ot, anomalia neurologiczna. Potrafi być cudowna, ale niedawno przekonałam się, dosyć dotkliwie, że istnieją warunki, które uniemożliwiają mi sprawne funkcjonowanie i to moją rolą jest się na nie nie godzić.
Bardzo długo pozostawałam pod ogromnym wrażeniem słów Iyanli Vanzant o tym, że wewnętrzna integracja oznacza bycie zawsze sobą, w każdej sytuacji. Dostrzegałam w tym pewien rodzaj upragnionej spójności. Tymczasem zrozumiałam, że moją urodą jest specyficzny rodzaj wrażliwości, który sprawia, że czynniki zewnętrzne mają na mnie i moje myślenie ogromny wpływ. Najprostszym z brzegu przykładem są pory roku, czy nawet pogoda – każda generuje trochę inne moje myślenie i nastawienie. Podobnie jest też z miejscami i ludźmi. Ryzyko dryfowania, o którym wielokrotnie wspominałam, jest duże, próbuję więc wypracować w sobie taki obszar, który zawsze bez względu na wszystko będzie taki sam, stanowiąc mój azyl. Nie zmienia to jednak faktu, że z niektórymi ludźmi chcę przebywać, bo mam przeświadczenie, że czas spędzany z nimi mnie wewnętrznie wzbogaca, a z innymi nie, bo wyczuwam w nich inwazyjność i starając się do nich dostosować, zaczynam postępować wbrew sobie. „Przemęczenie się”, czy „niezwracanie uwagi na to, co jest dla mnie trudne” nie jest w moim przypadku żadnym rozwiązaniem.
I dziś już chyba nie wywieram na sobie presji, że muszę każdemu pokazywać wszystkie swoje barwy. Nie muszę. Choć oczywiście najlepiej otoczyć się tylko tymi, przed którymi warto się odsłonić; zwłaszcza, jeśli ma się tak dużo do zaoferowania.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę z dumą cover jednej z moich ulubionych piosenek Nirvany, której tekst jest mi niesłychanie bliski, bo idealnie opisuje mój sposób postrzegania świata.

Głupi

Nie jestem jak oni,
ale mogę poudawać
Słońce się schowało,
ale ja mam światło
Dzień się skończył,
ale bawię się świetnie
Myślę, że jestem głupi,
a może po prostu szczęśliwy…
Myślę, że jestem szczęśliwy…

Moje serce jest złamane,
ale mam trochę kleju
Pomóż mi
i powdychajmy go razem
Będziemy krążyć,
wzbijając się do chmur,
Potem zejdziemy na ziemię
i będziemy mieć kaca

Oskalpuj słońce
i zaśnij
Zanurz się w marzeniach,
dusza jest tania
Odrobiłem lekcję,
życz mi szczęścia
Zgaś pożar
Obudź mnie

fot. Marianna Patkowska

„The Two of Us” Chloe x Halle

Z siostrami Chloe i Halle Bailey zetknęłam się po raz pierwszy w sieci parę lat temu – udostępniały na swoim youtube’owym kanale covery różnych przebojów, najczęściej swojej idolki Beyoncé. Do śpiewających dzieci mam podejście dosyć, mówiąc delikatnie, sceptyczne.  Tak, jak nie zgadzam się z odważną tezą, że śpiewać każdy może, tak nie umiem być bardziej wyrozumiała dla poważniejszych wpadek intonacyjnych ludzi, którzy dopiero zaczynają, w jakim nie byliby wieku. Może dlatego, że nie specjalnie wierzę w to, że słuch da się wyćwiczyć (choć wiem, że są na ten temat różne teorie), może dlatego, że skończyłam podstawówkę muzyczną, gdzie na wstępie robiono odsiew dzieciom muzycznie nierokującym. Stąd też rzadko kiedy klikam na yt na filmiki przedstawiające śpiewające dzieci, ale z jakiegoś powodu dla Chloe i Halle zrobiłam wyjątek. I to było objawienie! Nieprawdopodobna muzykalność tych dwóch małych istot, zdumiewająca muzyczna dojrzałość, powalająca uroda obydwu głosów (tak od siebie różnych, a tak znakomicie się uzupełniających), poczucie rytmu i frazowanie, którego mogliby się od nich uczyć zawodowi muzycy, wywołały na mojej skórze ciarki.

Żeby nie być gołosłowną, podaję jeden z moich ulubionych przykładów (Halle ma tu 11 lat, a Chloe 13):

Dopiero niedawno natrafiłam na ich koncert z cyklu NPR Music Tiny Desk Home, uświadamiając sobie, że są już obie młodziutkimi, ale dorosłymi kobietami, tworzącymi własną muzykę. Na powrót zaczęłam surfować w sieci, natrafiając na całe zatrzęsienie coraz dojrzalszych coverów. Najbardziej chyba ujął mnie ten (Halle ma tu 16 lat, a Chloe 18):

Piosenki w oryginale nie znałam, ale wystarczyło mi kilkadziesiąt sekund nadrobienia tej straty, żeby wiedzieć, jak bardzo nie była wielka. Podróż po domowych filmikach sióstr prezentujących swoje własne wersje cudzych piosenek wzruszyła mnie nie tylko z powodu ich niewiarygodnego talentu, ale też dlatego, że przypomniała mi, co mnie samą najbardziej pociąga w opracowywaniu piosenek. Z zachowaniem proporcji oczywiście, bo wyłącznie na miarę swoich skromnych umiejętności, ale największy fun miałam wtedy, kiedy udało mi się przy pomocy mojego ukochanego fortepianu harmonicznie zmasakrować jakiegoś gniota pierwszej wody (np. „Opowiadaj mi tak” Wodeckiego) lub stworzyć najsmutniejszą na świecie wersję innego (np. „I just call to say I love you” Wondera). Harmoniczne łamigłówki, jakich dostarcza opracowywanie dość mocno różniących się od oryginału coverów, sprawiały mi zawsze największą radość, bo były znakomitym wyzwaniem. Nie tylko muzycznym, ale również intelektualnym. Mogę więc tylko spróbować sobie wyobrazić, co czuły Chloe i Halle, mając do dyspozycji nie tylko doskonały słuch i wyobraźnię muzyczną, ale jeszcze wokal, jakiego niejedna diva mogłaby im pozazdrościć!
Ogromne wrażenie zrobiła też na mnie łatwość poruszania się przez nie w obrębie różnych stylów i sposobów śpiewania. Na wskroś klasyczną „Moon River” zaproponowały w wersji, która przy każdym słuchaniu wzrusza mnie do łez, mimo że rzadko płaczę przy utworach, które nie są elektroniczne (tu anielska Halle ma 20 lat, natomiast Chloe 22 lata):

Nie trzeba było długo czekać, żeby talent sióstr Bailey został rozpoznany i doceniony przez samą Beyoncé, która wzięła dziewczynki pod swoje skrzydła, stając się ich mentorką i umożliwiając im nagrywanie płyt (dzisiaj w dorobku mają już trzy albumy i jedną EP-kę). Miały jednak już od samego początku ogromną przewagę nad swoją nauczycielką – nieprawdopodobny muzyczny smak. Beyoncé, którą naprawdę cenię (od jakiegoś momentu jej kariery również muzycznie) potrzebowała dekady, żeby z doskonałej wokalistki awansować do miana interesującej artystki, która wie, co i po co śpiewa. Siostry Bailey są natomiast artystkami urodzonymi. Czego się nie tkną (najlepszym przykładem na to jest powyższy cover „Down In The DM”), zamieniają w intrygującą artystyczną pełnię. Ich fenomenalny wokalny warsztat to tylko przemiły dla ucha dodatek.
Płyta „The Two of Us”, którą chcę dziś przedstawić, jest ich debiutanckim albumem wydanym w 2017 (Halle miała podczas jej nagrywania 17, a Chloe 19 lat), tuż po wypuszczonej rok wcześniej EP-ce „Sugar Symphony”. Piosenki znajdujące się na „The Two of Us” w znakomitej większości zostały nie tylko napisane, ale także wyprodukowane przez siostry Bailey. Po pierwszych dźwiękach zamarłam i w tym bezruchu, i skupieniu wysłuchałam całości. Ich poczucie przestrzeni, intuicja związana z brzmieniami i rytmami, fascynujące i niebanalne harmonie oraz świadomość konieczności dostosowania formy do treści, a równocześnie niczym nieskrępowana muzyczna wolność i wyobraźnia (bijąca też ze wszystkich albumów Björk) były tym wszystkim, czego od dobrego albumu oczekuję. W dodatku świetne teksty i urzekająca, cudowna spójność – każda piosenka wynika z poprzedniej, a tytuł po wysłuchaniu całości staje się absolutnie oczywisty sprawiły, że wpadłam po uszy. Dawno nie słyszałam tak dobrej i przemyślanej w każdym calu płyty! Choć ich kolejna, wydana rok później, niezwykle oryginalna „The Kids Are Alright”, jak i najnowsza, najbardziej może popowa, „Ungodly Hour” są również znakomite, jednak „The Two of Us” jest w moim odczuciu absolutnie wyjątkowa.

Spis utworów:

 
  1. Used to love
  2. Too much sauce
  3. Future
  4. Poppy flower
  5. Chase
  6. Partna
  7. Worries
  8. Upset stomach
  9. Simple
  10. Mistake
  11. All i ever wanted
  12. Tra ta ta
  13. Up all night
  14. Lucky leaf
  15. Lulla-bye

 

P.S. Na deser mogę dziś wrzucić tylko i wyłącznie tę przepyszną muzyczną ucztę, jaką jest album „The Two of Us” w całości!

Zaszczepiłam się!

fot. Marianna Patkowska

Niespodziewanie szybko nadszedł zarówno termin zapisów mojego rocznika na szczepienie przeciw Covid-19, jak i – od momentu zapisu – termin szczepienia. Właśnie dostałam pierwszą dawkę AstryZeneki. Czy miałam jakiekolwiek wątpliwości, czy się zaszczepić na koronawirusa? Żadnych. Czy miałam jakiekolwiek wątpliwości dotyczące tempa, w jakim powstały szczepionki i, co za tym idzie, ich skuteczności i jakości? Miałam, ponieważ – jak większości ludzi – nie posiadałam wystarczającej ani wiedzy, ani narzędzi do jej weryfikacji. Dodatkowo jesteśmy zasypywani zewsząd bardzo rozbieżnymi informacjami. Łatwo się pogubić. Łatwo przestraszyć. Warto też zdać sobie sprawę z tego, że fake newsy nie zawsze brzmią tak absurdalnie, jak koncepcja o wszczepianiu chipów przez Billa Gates’a czy pomyśle, że Ziemia jest płaska. Czasem zawierają jakieś cząstki prawdy, nieudolnie posklejane i bardzo grubymi nićmi szyte, jak np. ten o wytwarzaniu AstryZeneki z abortowanych płodów. Jednak najwięcej fake newsów jest groźnych właśnie dlatego, że brzmi prawdopodobnie i działa na zasadzie plotki powtarzanej przez wiele osób na zasadzie głuchego telefonu, co ją zniekształca – czasem wręcz nie do poznania. Strach i przed groźną chorobą, jaką jest koronawirus, i przed nieznaną szczepionką, o której krążą przedziwne legendy jest naturalny. Bardzo trudno w momencie, w którym dowiemy się, że np. znajomy znajomego zmarł po szczepionce myśleć racjonalnie i pamiętać, że poznając historię z drugiej, trzeciej czy piątej ręki, nie dysponujemy wszystkimi potrzebnymi nam do wyciągnięcia wniosków faktami (jak np. taki drobiazg, że znajomego znajomego po szczepieniu potrącił też samochód). Dobrze wziąć głęboki oddech i przyjąć z pokorą, że nawet suche fakty bez wiedzy, jak się z nimi obchodzić (lub z wiedzą niewystarczającą), na niewiele się zdadzą. Dla przykładu nic nam po wiadomości, jakie mamy ciśnienie lub jakie kraj ma PKB, jeśli nie wiemy, jakie są przyjęte normy, nawet jeśli znamy liczby i umiemy rozpoznać, która jest wyższa, a która niższa. Różnica między podanymi przykładami a kwestią szczepionek jest jednak taka, że o ile w pierwszym przypadku jest to wiedza łatwo dostępna, o tyle w drugim trzeba się zdać na specjalistów. I to niestety dla wielu jest nie do przekroczenia, bo poczucie urojonego wroga (koncernów chcących nas kupić czy Billa Gates’a czyhającego z chipami i podsłuchującego nasze rozmowy) doskonale rezonuje z naszym ego. Niby boimy się zagrożenia, ale nam to jednak schlebia, że Bill tam gdzieś siedzi i podsłuchuje, jak rozmawiamy z koleżanką o praniu firanek… po polsku. Nie jesteśmy już tylko małym, szarym zakompleksionym człowiekiem, wstydzącym się swoich braków w edukacji, który – wpatrując się z zazdrością w kolorowe magazyny – warszawskich celebrytów utożsamia z tzw. górną półką. Jesteśmy kimś, skoro biją się o nas właśnie wielkie farmaceutyczne koncerny. To jest naprawdę bardzo przykre, bo obnaża, ilu obywateli nie umie znaleźć swojej wartości w sobie. Znaleźć! Nie umie jej tam nawet poszukać.

💉 Samodzielne niemyślenie

fot. Marianna Patkowska

Żyjemy do tego w przedziwnych czasach, w których nawet człowiek bez matury może się publicznie wypowiadać na tematy epidemiologiczne. Jednak chyba jeszcze gorsze jest to, że trafia na podatny grunt – wspomnianych wyżej przestraszonych, skołowanych słuchaczy, którzy są skłonni uwierzyć w to, że jego wiedza z zakresu tej skomplikowanej i trudnej dziedziny nauki ma jakąkolwiek szanse dorównywać tej, którą specjaliści zdobywali latami na studiach (podkreślam, studiach). Czy specjaliści nigdy się nie mylą? Oczywiście, że czasem się mylą, ale to tylko dowód na to, że laicy mylą się tym bardziej i to zdecydowanie częściej (choć zaryzykowałabym w tym przypadku tezę, że zawsze).
Argumentem, który słyszę często jest ten, że trzeba myśleć samodzielnie – to niestety nie w każdym przypadku jest dobry pomysł, a w każdym razie nie na każdym polu. Najczęściej się o tym przekonywałam w gabinecie u prawnika i u lekarza. W przeważającej większości przypadków coś, coś mi się na logikę wydawało jakieś, okazywało się w świetle wiedzy prawnej i medycznej zupełnie inne. A mogła to zweryfikować jedynie osoba, która poświęciła kilka lat swojego życia na zgłębianie swojej dziedziny, w wyniku czego posiada narzędzia – rzetelną wiedzę. Myślenie samodzielne, jeśli ma dotyczyć nauki, na niewiele się zda, jeśli nie posiadamy wiedzy. Mogę zagwarantować, że choć myśleć umiem i lubię, moje samodzielne przemyślenia dotyczące któregokolwiek zagadnienia chemicznego mogłyby stanowić realne niebezpieczeństwo, gdyby ktokolwiek był na tyle szalony, żeby potraktować je poważnie. Nie posiadając wiedzy, potrzebujemy sięgnąć do źródeł oraz znaleźć autorytety, którym zaufamy. I tu niestety pojawia się kolejny problem… w pewnym sensie jest to zamknięte koło, bo wiedza również, choćby podstawowa, przydaje się do tego, żeby oddzielić źródła bezwartościowe od źródeł kompetentnych. A tu wracamy z kolei do punktu wyjścia, czyli poziomu edukacji. Sama dostawałam najwyższe oceny na swoim nauczycielskim stażu oraz byłam chwalona najbardziej za to, że uczę dzieci, jak szukać przydatnych informacji językowych w internecie na stronach, co do których rzetelności możemy mieć pewność, co uświadomiło mi, że nie jest to – jak myślałam – normą. Dorosły człowiek, nawet bez matury, powinien wiedzieć, kiedy i z jakich źródeł należy korzystać. Okazuje się niestety, że ciągle, od trzydziestu lat, nie wie.
Skąd w ludziach tak zaskakująca łatwość wierzenia w teorie nie tyle niepoparte nauką, co wręcz przez naukę już dawno temu obalone? Pierwszą oczywistą odpowiedzią wydaje się niski poziom wykształcenia i wiedzy, a co za tym idzie sięganie do nieodpowiednich źródeł. Drugą – gigantyczna, ciągle rosnąca nieufność do obcych. Wpadamy w pułapkę sprawdzania, dociekania samemu, zapominając, że nie we wszystkich dziedzinach mamy do tego kompetencje. To wszystko otoczone jest sosem małej świadomości językowej (a od języka wszystko się tak naprawdę zaczyna) i niemal zerowej znajomości logiki. Rodzą się więc nowe, koślawe redefinicje np. „opinii” czy „wolności”. Zacznijmy się od „opinii”. Często spotykam się z zarzutem, że nie szanuję opinii ludzi, którzy myślą o szczepieniach inaczej niż ja. Co do tego, że nie szanuję – pełna zgoda, ale powtarzania pseudonaukowych wyssanych z palca kocopołów, zwłaszcza kiedy są tak niebezpieczne, bo wywołują w ludziach uzasadniony lęk przed szczepieniami. Ani fakty, ani pseudofakty nie są opinią. Poza tym są przede wszystkim na ogół weryfikowalne. Wyobraźmy sobie, że ktoś nam wyznaje, że „wg jego opinii 2+2=9 i że należy tę jego opinię uszanować”. Co pomyślimy? Najpewniej, że postradał zmysły oraz że trudno oczekiwać od rozsądnego człowieka, żeby szanował nieprawdę.
Co zaś się tyczy redefinicji „wolności”… Wolność dla mnie jest wartością nadrzędną, jednak żyjąc w społeczeństwie, jednostka nigdy nie jest w pełni wolna. Nie może być. Większość z nas (taką przynajmniej, może naiwnie, mam nadzieję) nie ma problemu z tym, że zakłócanie komukolwiek zarówno ciszy nocnej, jak i spokoju w porze dziennej jest niezgodne z prawem. Nie wychodzimy na ulice pikietować w obronie swoich udręczonych sąsiadów, którym ktoś odebrał tę wolność, a raczej się cieszymy, kiedy trafimy na kulturalnych. (To też jeden z dobrych powodów, żeby nie mieszkać w zbyt dużej odległości od ludzi.) Życie pośród innych wymaga od nas zawsze pewnego dostosowania się. To, co dotyczy nas samych jest nasze, dopóki swoimi decyzjami nie zaczniemy stanowić realnego zagrożenia dla drugiego człowieka. Tupanie nóżką, wykrzywianie ust w podkówkę i pokrzykiwanie „a ja się nie zaszczepię!” jest wytłumaczalne do dwunastego, trzynastego roku życia. W dorosłym wieku to już niestety skrajna nieodpowiedzialność, której nie da się usprawiedliwić zrozumiałym strachem. Warto też pamiętać, że szczepienia zapewniają wzrost odporności w całym społeczeństwie, co jest niezwykle ważne, bo są wśród nas też osoby, które ze względów zdrowotnych nie mogą się zaszczepić – szczepiąc siebie, chronimy nie tylko siebie, ale też je.
Ale jeśli już się zaprzemy i odmówimy szczepień – bądźmy uczciwi (przynajmniej wobec samych siebie). Bądźmy też odważni. Ponieśmy wszystkie konsekwencje tej decyzji – zrezygnujmy z godnością z wszelkich przywilejów, jakie zaszczepienie się daje (nie zniżajmy się do buszowania na czarnym rynku w poszukiwaniu lewych zaświadczeń) i w razie zachorowania na Covid-19 – czego nikomu nie życzę – odmówmy leczenia. Wolność warta jest wszak najwyższej ceny, czyż nie?

fot. Marianna Patkowska

Poniżej zamieszczam swój tekst informacyjny dotyczący szczepień w Zakopanem.

💉 Zakopiańskie szczepienia w pigułce

Gdzie, kiedy i jak się szczepić w Zakopanem?

Pod koniec grudnia 2020 roku Powiat Tatrzański rozpoczął przygotowania do szczepień na koronawirusa. Wbrew pierwotnym obawom zainteresowanie szczepieniami w Zakopanem jest bardzo duże i już na początku lutego w samym tylko Zakopiańskim Szpitalu podano ponad tysiąc dawek szczepionki.

Zewsząd docierają do nas różne, często sprzeczne ze sobą informacje. Niektóre, zwłaszcza nieprawdziwe, mogą budzić zrozumiały niepokój. Dr Jerzy Toczek (pediatra, neurolog, lekarz medycyny pracy oraz koordynator ds. szczepień w Szpitalu Powiatowym im. dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem) wyjaśnia:

Jako specjaliści, ludzie odpowiedzialni, rozważaliśmy już wszystkie za i przeciw – większość argumentów przemawia na korzyść szczepionek. Powszechnie uważa się, że szczepionka na koronawirusa jest dużo bardziej oczyszczona niż standardowa szczepionka przeciw grypie, co oznacza, że jest o wiele bezpieczniejsza, nie ma w niej stabilizatorów, nie jest hodowana na zarodkach jaja kurzego, w związku z czym nie ma tu przeciwwskazań jeśli chodzi o alergie. Wszyscy chcemy przerwać transmisję wirusa i zakończyć łańcuch epidemiologiczny, każdy z nas chce żyć i tworzyć swój świat na własnych warunkach […], chcemy wrócić do normalności – szczepionka daje nam taką możliwość. […] Z danych czasopiśmiennictwa światowego wiemy, że w kontekście przeciwciał samo przejście koronawirusa jest mniej skuteczne niż zaszczepienie się – mówiąc wprost oznacza to, że jakość przeciwciał ze szczepień jest lepsza, a szybkość ich opadania zdecydowanie wolniejsza.

dr Jerzy Toczek

W Zakopanem zostały uruchomione dwa punkty szczepień: w Szpitalu Powiatowym (ul. Kamieniec 10) oraz Klinice Medycznej Allmedica (ul. Chyców Potok 26). Miejsce szczepienia zależy od dostępności szczepionki. Istnieje co prawda możliwość wyboru konkretnej placówki, może się to jednak wiązać z uzyskaniem odleglejszego terminu. W obu punktach podawane są szczepionki firm Pfizer, Moderna oraz AstraZeneca. Obecnie trwa rejestracja dla osób powyżej 28. roku życia. Warto pamiętać, że choć osoby najstarsze mają pierwszeństwo, mogą się też zapisać w późniejszym terminie (wyznaczonym dla kolejnych roczników).
Jak się zarejestrować? Można to zrobić albo poprzez e-formularz na stronie internetowej, albo bezpłatną całodobową infolinię 989. Nie potrzebujemy skierowania od lekarza pierwszego kontaktu (zostanie ono wygenerowane automatycznie w momencie rejestracji).
Lekarze gorąco apelują do mieszkańców Zakopanego o to, by stawiali się na szczepieniu w wyznaczonym terminie, a w razie niemożliwości przyjścia uprzedzali o swojej nieobecności.

Kiedy zadzwoniłam na infolinię, wyznaczono mi termin w Zakopanem na 19 maja. Okazało się jednak, że jeśli zależy mi na wcześniejszym, mogę się też zaszczepić w Nowym Targu, co właśnie zrobiłam. Warto więc o wszystko zapytać, bo dla jednego priorytetem będzie termin, dla drugiego miejsce szczepienia, a jeszcze trzeciego – rodzaj szczepionki.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę piosenkę, której tytuł wydaje mi się idealnie współgrać z moim dzisiejszym wpisem – pamiętajmy o konsekwencjach swoich wyborów, zwłaszcza, jeśli te konsekwencje dotyczą – jak w przypadku szczepień – nie tylko nas.

fot. Marianna Patkowska

Nazywam się Niebo

fot. Marianna Patkowska

Posłużyłam się tytułem piosenki Natalii Przybysz, bo to właśnie ona jako pierwsza przychodzi mi do głowy, ilekroć poruszam temat miłości własnej oraz zwracania się ku sobie. Niech więc, ze swoim fantastycznym tekstem, stanowi pewne wprowadzenie do dzisiejszego wpisu.

Nie krytykuj masturbacji. To seks z kimś, kogo naprawdę kochasz.

– „Annie Hall”  Woody Allen

Tę piękną kwestię wypowiedział w filmie „Annie Hall” do tytułowej bohaterki Alvy Singer grany przez Woody’ego Allena. Ten tekst śmieszy (tych, których śmieszy) na wielu różnych poziomach, jednak nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak jest głęboki i mądry. „Pokochaj siebie” to przecież fraza płaska jak naleśnik. Dodatkowo ostatnio dosyć modna, więc jeśli się ma alergię zarówno na pretensjonalne, jak i modne slogany, to trudno wyobrazić sobie gorszą formułę do brania na warsztat i przyswajania z mozołem jej prawdziwego znaczenia. Cóż, jak śpiewał Zenon Martyniuk, los bywa przekorny.
Przed koniecznością rozpoczęcia wnikliwych studiów nad zjawiskiem miłości własnej stanęłam już kilka lat temu. Byłam nieszczęśliwa i zagubiona; nie pamiętam nawet dokładnie od kiedy. Odpowiedzi na wszystko szukałam zawsze poza sobą. Tak byłam nauczona, z takiej kultury się wywiodłam, nie miałam świadomości, że można inaczej. Szukanie potwierdzenia swojej wartości w opiniach innych ludzi (choćby najbardziej nam życzliwych) sprawia, że zaczynamy dryfować i uzależniać się od tych, których pochwały pomagają nam stworzyć pozytywny obraz samych siebie, a stronić od tych, których krytyka (rzadko kiedy, notabene, konstruktywna) odbiera nam wiarę w siebie. Czasem zresztą uzależniamy się właśnie od tych drugich, jeśli mamy autodestrukcyjne skłonności, co niestety znam z autopsji. Kontakty z bliźnimi przestają być wielką szansą na wzrastanie i rozwój poprzez poznawanie całkiem nieraz odmiennych od naszego światopoglądów. Przestają nią być, dlatego że zamiast poświęcić całą swoją energię i uwagę drugiemu człowiekowi (co jest konieczne, by móc w pełni jego filozofię zarówno przyjąć, jak i odrzucić), skupiamy się w znacznej mierze na sobie, obarczając go naszymi obowiązkami względem siebie, powierzając mu odpowiedzialność za nasze samopoczucie. Uszczęśliwianie siebie jest tylko i wyłącznie naszą rolą, nikt – nawet gdyby chciał – jej za nas nie wypełni, bo nie ma do tego narzędzi. Druga strona medalu jest natomiast taka, że pozwalając komukolwiek wpływać na to, co sami o sobie myślimy, oddajemy mu władzę nas sobą, co jest toksyczne, a może się też okazać niesamowicie niebezpieczne. Dla obu zresztą stron…

Ale siebie bardziej

fot. Marianna Patkowska

Kobieta, którą uważam za swoją mentorkę duchową, czyli wspaniała i niewiarygodnie mądra Iyanla Vanzant często powtarza, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem jest odbiciem relacji, jaką mamy sami ze sobą. Jasno stąd wynika, że im lepiej poznamy siebie, im bardziej się ze sobą zintegrujemy, tym lepszą i zdrowszą relację mamy szansę zbudować z właściwą osobą (bo warto pamiętać, że nie musimy jej budować z każdym). Ogromny bunt budzą we mnie bajki dla dzieci zasiewające w małych dziewczynkach pomysł, że jakiś książę na białym koniu przyjedzie i odwali za nie całą robotę – to nie jest prawda. Prawdą jest to, że każdy swojego księcia czy swojej księżniczki powinien szukać w sobie – mamy w środku wszystko, co jest nam potrzebne do bycia szczęśliwym. Brak nam jednak tego, co mogłoby uszczęśliwić kogokolwiek innego. Działa to rzecz jasna w obydwie strony. Wiem, że ta prawda w wielu budzi sprzeciw i niezgodę. Przecież każdy z nas jest w stanie wymienić co najmniej kilka osób, które są dla niego niesłychanie ważne, cenne i na których mu zależy. Oczywiście, ale są one jedynie lustrami dla nas samych.
Kiedy mój partner pół żartem pół serio wyznał, że na pierwszym miejscu stawia siebie, a dopiero na drugim mnie, doświadczyłam dojmującego poczucia ulgi i radości. Dotarło do mnie, że spadł ze mnie (narzucany przez siebie samą) ciężar zadbania o jego szczęście, co z opisanych wyżej powodów jest od początku skazane na niepowodzenie. Odetchnęłam, bo poczułam, że jest w najlepszych z możliwych rękach – swoich własnych. Nie muszę ani rozumieć jego metod radzenia sobie z przeciwnościami, ani też się z nimi zgadzać. Ufam natomiast, że ma większą od mojej wiedzę o sobie, więc wybierze zawsze to, co będzie mu najlepiej służyć. Czyż to nie wspaniałe, że zamiast tracić energię na podejmowanie zakończonych fiaskiem prób uszczęśliwiania ukochanej osoby, mogę spożytkować ją na skazane na sukces uszczęśliwienie siebie samej? Po co obarczać drugą stronę czymś, czemu nie sprosta, przy okazji hodując w sobie gorycz i frustrację? Być może paradoksalnie, ale skupiając swoją uwagę na sobie (a drugą stronę przyjmując taką, jaka jest) możemy być dla siebie nawzajem najlepszymi partnerami. Im mocniej kochamy samych siebie, tym więcej w nas łagodności i akceptacji dla wszelkiej inności, bo tylko naprawdę przyjmując i rozumiejąc siebie, możemy zrozumieć innych.
Oczywiście relacje międzyludzkie mają to do siebie, że nie sposób uniknąć nieporozumień czy konfliktów. Jednak ich rozwiązywanie jest znacznie łatwiejsze, jeśli na samym początku uda się nam ustalić, co jest czyje. W przytłaczającej większości przypadków to, co nas w kimś drażni, to odbicie nas samych: naszych lęków, traum, wszystkiego, czego w sobie nie akceptujemy. Nauczyłam się wdzięczności za wszystko, co wywołuje moje niezadowolenie – rozumiem, że to informacja zwrotna dla mnie, nad czym powinnam w sobie popracować. Dlatego tak ważne jest w rozmowach posługiwanie się komunikatem ja – nie wyrzuty, broń Boże nie zakazy (będące zresztą formą przemocy), nie kontrola cudzych zachowań, z którymi mamy problem, lecz czułe przyjrzenie się sobie i opowiedzenie swojej prawdy: kiedy mówisz to i to (lub w taki i taki sposób), czuję się smutny/przerażony/niepewny/rozdrażniony – postaram się temu uważnie przyjrzeć, jednak póki jestem w procesie, wypracujmy, proszę, inny rodzaj komunikacji. Im większą świadomość siebie ma każdy z partnerów (uważam, że każdy dorosły człowiek powinien przejść przynajmniej jedną terapię w życiu), tym piękniejszą i zdrowszą relację mogą ze sobą nawzajem zbudować. Prawdziwym cudem jest natomiast to, że piękna, zdrowa relacja między ludźmi może też wzmacniać naszą własną relację z sobą samym.

Zaopiekuj się… sobą

fot. Marianna Patkowska

Jakie mamy pierwsze skojarzenie, kiedy usłyszymy frazę „miłość rodzicielska”? Czy wyobrażamy sobie pozwalanie dziecku na jedzenie słodyczy od rana do wieczora i całkowite zniesienie limitów na czas spędzany przed ekranem telewizora/komputera/komórki czy może raczej zadbanie o jego poczucie bezpieczeństwa, zapewnienie mu stabilizacji i bezwarunkowej miłości oraz zaopatrzenie go w narzędzia, które pomogą mu poradzić sobie w każdej sytuacji? Prawdopodobnie przytłaczająca większość wybierze odpowiedź drugą. Dlaczego więc tylu osobom sformułowanie „miłość własna” ciągle przywodzi na myśl folgowanie sobie, skupienie na przyziemnych przyjemnościach, egoizm, hedonizm? To dla mnie jedna z większych zagadek. Mądra miłość zakłada troskę i skupienie się nie tyle na tym, czego w danym momencie chcemy, ale czego faktycznie potrzebujemy, co nas rozwija. Jeśli nie jesteśmy ze sobą zintegrowani, nie mamy do tej podstawowej o sobie wiedzy dostępu.
Wyobraźmy sobie taką abstrakcyjną sytuację, choć wbrew pozorom uważam, że to naprawdę świetny przykład. Dwie kobiety – siostry lub przyjaciółki, w dodatku sąsiadki – łączy niezwykle silna więź. Spędzają ze sobą dużo czasu, a każda z nich ma maleńkie dziecko. Załóżmy na potrzeby przykładu, że są samotnymi matkami. Wspólnie wychodzą na spacery z wózkami, dzielą się doświadczeniami, wspierają w trudnych chwilach. Niekiedy jedna podrzuca swojego maluszka drugiej, by móc przez chwilę odetchnąć. Druga też może zawsze liczyć na rewanż. I teraz pytanie, które zapewne większości wyda się (mam nadzieję) niedorzeczne:

  • Skoro są ze sobą tak blisko, a czasem nawet wymieniają się opieką nad niemowlakami, to właściwie czemu się nie zamienią dziećmi na stałe? W sumie niewiele się zmieni, nadal będą mieć dużo kontaktu z własnym dzieckiem; właściwie wyjdzie prawie na to samo.

Chyba nikomu taki pomysł nie przyszedłby do głowy. Nawet nie będziemy się trudzić, by znaleźć logiczne argumenty przemawiające na jego niekorzyść. Nasze dziecko to tylko i wyłącznie nasza (i jego drugiego rodzica) odpowiedzialność. Czemu więc tak szybko i łatwo oddajemy samych siebie innej osobie w relacjach romantycznych? Osobie, która mimo najszczerszych chęci nie ma ani kompetencji, ani wiedzy, by wykonywać za nas naszą pracę. Czemu też tak ochoczo wchodzimy w role, które nie są nasze? Partnerstwo to nie matkowanie, kontrolowanie i zmienianie drugiej osoby na własną modłę – partnerstwo to zaufanie i dawanie wolności. A – jak powtarzam i będę powtarzać do znudzenia – zdrowy związek to dwie całości.

fot. Marianna Patkowska

Stawanie się lepszym sobą

fot. Marianna Patkowska

Pewnym paradoksem jest to, że na ogół obserwując ludzi, za punkt wyjścia bierzemy to, kim człowiek do tej pory był, a kiedy pod wpływem jego pracy nad sobą dostrzeżemy w nim pozytywne zmiany, na ogół myślimy: „zmienił się na lepsze”. Tymczasem jest na odwrót – im więcej dobra w sobie odkrywamy, tym bardziej się nie tyle zmieniamy, co przybliżamy do najprawdziwszej esencji siebie samych. Esencja każdego z nas jest inna, ale im bardziej ją odkryjemy, tym bardziej będziemy szczęśliwi zarówno my sami, jak i całe nasze otoczenie. Jednak wybór należy tylko i wyłącznie do nas.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser zaserwuję dziś właśnie wcale nie piosenkę tytułową, ale „I Am Light” Indii.Arie. To pozornie bardzo prosty utwór, będący rodzajem modlitwy i afirmacji (poniżej zamieszczam swoje tłumaczenie tekstu).

Jestem światłością
Jestem światłością, jestem światłością [x4]
Nie jestem tym, co zrobiła moja rodzina
Nie jestem głosami w swojej głowie
Nie jestem kawałkami, na które się rozpadam
Jestem światłością
Jestem światłością, jestem światłością [x4]
Nie jestem błędami, które popełniłam,
ani niczym, co sprawiło mi ból
Nie jestem cząstkami snu, który zostawiłam za sobą
Jestem światłością
Jestem światłością, jestem światłością [x4]
Nie jestem kolorem swoich oczu
Nie jestem swoją skórą
Nie jestem swoim wiekiem,
nie jestem swoją rasą
Moja dusza w środku

jest wypełniona światłem
Jestem światłością, jestem światłością [x4]
Jestem zdefiniowanym bóstwem
Jestem mieszkającym we mnie Bogiem
Jestem gwiazdą,
częścią tego wszystkiego
Jestem światłością

fot. Marianna Patkowska

P.S.2 Wszystkich żywo zainteresowanych tym tematem odsyłam do zobaczenia przynajmniej tych trzech filmów:

Work work work

fot. Marianna Patkowska

Mój dzisiejszy wpis początkowo miał nosić tytuł „Rzecz o mych smutnych pracodawcach”, ale obawiałam się, że jedna część czytelników go nie zrozumie, a druga… zrozumie. Zdecydowałam się więc finalnie na nawiązanie do hymnu wszystkich osób pracujących z repertuaru czarnoskórej królowej seksapilu – Rihanny.
Doświadczenie pracownicze mam dość bogate, a ponieważ nie uczę się wystarczająco szybko na błędach i wciąż popełniam zarówno te same, jak i nowe, postanowiłam zebrać tu garść swoich spostrzeżeń, które być może uchronią kogoś przed znalezieniem się w sytuacji niekomfortowej.

📌 Prawo pracy w małym palcu

Jedną ze najważniejszych konstatacji jest dla mnie ta, że decydując się na podpisanie umowy o pracę, warto wcześniej dogłębnie poznać podstawy prawa pracy. Wiedza daje nam zarówno pewność, że w porę wyłapiemy wszelkie nieprawidłowości i nie damy się zmanipulować, jak i jasność, na co, jako pracownicy, nie możemy sobie pozwolić.
Warto też pamiętać, że choć umowa ustna jest w myśl prawa obowiązująca, to jednak w praktyce niezwykle trudno ją obronić (mnie jeden z byłych zwierzchników obiecał przedłużenie umowy przy świadkach, wiedząc, że ma już na moje miejsce innego pracownika). Dlatego dobrze wszelkie istotne sprawy ustalać w formie pisemnej. I znowu jest to korzystne dla obydwu stron. Obie chroni. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że najlepsi pracodawcy, z jakimi miałam kontakt, prosili mnie, bym wszystkie swoje prośby do nich i nasze ustalenia ustne wysyłała im również mailem, by pozostał po nich ślad.
Co jednak, jeśli nie wiemy, czy pracodawca przypadkiem nie łamie naszych praw? Najprostszym i darmowym rozwiązaniem jest skontaktowanie się z Inspekcją Pracy, która udziela telefonicznych porad prawnych. W ten sposób np. dowiedziałam się, że kontaktowanie się z pracownikiem przebywającym na L4 w sprawach służbowych jest niezgodne z prawem, a pracownik nie tyle nie musi, co nie wolno mu w tym czasie podejmować żadnych związanych z pracą czynności. Wiem, że często powoływanie się na prawo wydaje się wielu osobom niezręczne, ale ta niezręczność wynika właśnie na ogół z braku znajomości prawa, które bardzo jasno określa relację pracodawca-pracownik.

📌 Pracodawca nie jest naszym kumplem

Ta teza może wywoływać sprzeciw, bo przecież dobre relacje w pracy przekładają się na ogół na dobrą atmosferę i są ważne, a szefów się czasem po prostu niesamowicie lubi i nie ma w tym nic złego. Jednak jeśli pracodawca akurat prywatnie jest również naszym kumplem (np. znaliśmy się z nim dobrze przed podjęciem pracy), wymaga to od obu stron pamiętania o rolach, jakie narzuca na nas pozostawanie w stosunku pracy. Od kumpla za pomoc nie przyjmiemy pieniędzy – pracodawca za naszą już nie „pomoc”, lecz wykonywaną pracę, zobligowany jest nam zapłacić. Pomieszanie tych porządków może prowadzić do nadużyć. Z dwóch stron zresztą, choć większe pole manewru ma jednak pracodawca. Moją złotą zasadą, o której pisałam już kiedyś, jest blokowanie na Facebooku swoich potencjalnych pracodawców. Nie dlatego, żebym miała coś przed nimi do ukrycia lub bym darzyła ich antypatią. Po prostu na ogół nie mam potrzeby wpuszczania ich w swoją prywatną przestrzeń (nawet tak bardzo kontrolowaną i wcale nie do końca prywatną). Niemal za każdym razem, kiedy złamałam tę zasadę, żałowałam. (Wyjątek jest tylko jeden, ale myślę, że na to złożyło się kilka różnych czynników.)
Sama w długiej historii swoich zatrudnień mogę wyróżnić dwóch pracodawców wyjątkowych. Każdy z nich reprezentuje zupełnie inny styl. Łączy ich ogromna pracowitość, uczciwość, hojność i profesjonalizm. Z jednym się przyjaźnię (co nigdy nie doprowadziło do najmniejszych nawet niezręczności), drugiego nie mogę powiedzieć nawet, że lubię. Na pewno ogromnie szanuję, a gigantyczny dystans, jaki stwarza, zawsze mi odpowiadał. Każdy z nich znakomicie dba o swoich pracowników.

📌 Za pracę się płaci

Ta, wydawałoby się, oczywista zasada jest dla zdumiewająco dużej części pracodawców ciągle dyskusyjna. Wśród perełek, jakie udało mi się od swoich szefów usłyszeć, była m.in. sugestia, żebym większość swojej pracy wykonywała po koleżeńsku (w domyśle – jak się okazało – nieodpłatnie) oraz – hit hitów! – zaskoczenie moją niezgodą na niewypłacenie mi ujętego w podpisanej umowie wynagrodzenia i użycie jako argumentu wykonywania wiele lat wcześniej przez mojego tatę prac społecznych (nota bene miał w tym czasie jeszcze dwie prace etatowe, ale nie ma to oczywiście absolutnie żadnego znaczenia w kontekście moich życiowych wyborów). Warto w tym miejscu zaznaczyć coś, co nie było wtedy dla mnie przejrzyste: absolutnie nikomu nie musimy się tłumaczyć z naszych finansowych potrzeb i poczynań. Pracodawca jest do wypłacania nam wynagrodzenia za pracę (lub gotowość do niej, ale o tym za chwilę) zobowiązany umową. Nasze kredyty, brak kredytów, rodzina na utrzymaniu, brak rodziny na utrzymaniu, drogie lub tanie pasje, rozrzutność czy oszczędność nie podlegają dyskusji z osobą wypłacającą nam pensję. Próba wykorzystywania wiedzy o naszej sytuacji (np. niższe potrzeby finansowe, drugie źródło dochodów itd.), by uchylić się od płacenia za wykonaną przez nas pracę (w tym również nadgodziny), jest perfidną manipulacją, na którą niestety czasami się nabieramy. Ja przynajmniej nabierałam się często, czując się wielokrotnie w obowiązku wytłumaczenia, że te pieniądze potrzebne mi są tylko do przeżycia. Zupełnie, jak by zarobienie większej kwoty, którą można odłożyć (albo wydać na głupoty) miało mi ujmować, jak by świadczyło o mnie źle. Absurd, prawda? Mówiąc najkrócej, nasze finansowe potrzeby nie są sprawą pracodawcy. I to również działa w dwie strony. Nie możemy więc faktu, że np. wysokość naszej pensji (na którą się, podpisując umowę, zgodziliśmy) nie wystarcza nam na utrzymanie, wykorzystywać przeciw pracodawcy. To nie jego problem.
Choć długi czas żyłam mitem, że można posiadać znakomitą, być może średnio płatną, ale zwyczajnie fajną pracę, z której nie chce się odejść, udało mi się przez lata poczynić dość ciekawą obserwację. Mianowicie najlepsza atmosfera pracy panowała zawsze w tych miejscach, w których zarabiałam najwięcej (albo, inaczej mówiąc, po prostu godnie). Kiedy prześledzę w pamięci doświadczenia związane z miejscami pracy proponującymi wynagrodzenia żenujące, to właściwie schemat zawsze wyglądał tak samo: za każdym razem byłam przekonywana, że pensja jest aż tak niska „na początek”. Zależało mi na zdobyciu doświadczenia, na jakimkolwiek zarobku, zahaczeniu się w branży, więc chętnie wierzyłam w obietnice, które oczywiście nie miały żadnego pokrycia w rzeczywistości. Jaki widzę związek między marną płacą a atmosferą pracy? Otóż taki, że od początku panuje pewnego rodzaju nierówność. Pracodawca oferuje gorsze warunki „na początek” (czasem trwający nawet dwa lata), bo jesteśmy nowi, jednak my nie mamy możliwości zaoferowania mu pracy na pół gwizdka, dlatego że nie mamy pewności, czy się sprawdzi jako szef. I oczywiście nie mam tu na myśli klasycznej ścieżki kariery i możliwości awansu dopiero po jakimś czasie pracy, lecz udawanie przed potencjalnym pracownikiem, że już za chwilę będzie się interesującym finansowo miejscem pracy, podczas kiedy w rzeczywistości nie będzie się nim nigdy. To marnotrawienie czasu kogoś, kto mógłby w jego trakcie znaleźć znacznie ciekawszą ofertę. Ze wspomnianej nierówności rodzi się frustracja, co przekłada się na brak motywacji do pracy, ale też spełnienia.
Tam, gdzie zarobek budził moje zadowolenie, czułam się doceniania za swoje działania, co mobilizowało mnie do nieustannego udoskonalania swoich umiejętności. Bo – jak bardzo byśmy się z nim nie kolegowali – pracodawca okazuje podwładnym szacunek przede wszystkim adekwatnością zarobków do wykonywanej przez nich pracy.

Oczywiście, jest pandemia, rynek pracy stał się trudny, a firmy, które jeszcze do niedawna proponowały przyzwoite wynagrodzenia, dziś nie mogą sobie na ich wypłacanie pozwolić. Często stajemy przed wyborem podjęcia czegokolwiek za jakiekolwiek pieniądze. Postarajmy się w tym wszystkim jednak – przy wyrozumiałości dla trudnej pozycji pracodawców – ponosić pełną odpowiedzialność za nasze decyzje i ustalać wszystko w formie pisemnej.

📌 Elastyczność i dysponowanie czasem
pracownika

Elastyczność jest cechą bardzo pożądaną zarówno u pracownika, jak i pracodawcy, pod warunkiem że mieści się w ramach podpisanej przez obie strony umowy. Dla przykładu, jeśli umawiamy się z na jakąś liczbę godzin pracy w miesiącu za konkretną kwotę, wymaganie od pracownika, żeby przepracował dużo więcej w ramach tego samego wynagrodzenia nie jest oczekiwaniem elastyczności, lecz próbą wyzysku.
Jeśli możemy, warto czasem się nagiąć – np. posiedzieć w pracy dłużej lub wziąć za kogoś zastępstwo, ale dobrze wiedzieć od razu, co dostaniemy w zamian. Przy stawkach godzinowych sprawa jest przejrzysta – pracując więcej, zarabiamy więcej, ale przy innym systemie płatności czasem jedyne, na co możemy liczyć, to odjęcie nadprogramowych godzin pracy z pierwotnego grafiku.  Niejednokrotnie spotykałam się z przekonaniem, że pracownik zawsze ma ochotę wyjść z pracy wcześniej, więc danie mu tej możliwości powinno go ucieszyć. Jednak wypuszczenie pracownika do domu wcześniej (np. dlatego, że „się nic nie dzieje”) i niezapłacenie mu za czas, który już sobie na tę pracę zarezerwował, nie jest zgodne z prawem (mówię tu o umowach o pracę). To, czy w danym miejscu pracy są klienci czy nie, nie jest zmartwieniem pracownika, a pracodawcy, który płaci swoim podwładnym nie tylko za intensywną pracę (w przypadku dużej liczby klientów w ciągu dnia), ale też za tzw. gotowość do pracy oraz jego czas (w którym mógłby hipotetycznie zarobić gdzie indziej).

📌 Pracodawca psycholog

Jeśli na rozmowie kwalifikacyjnej nasz ewentualny przyszły pracodawca wyciągnie szklaną kulę i zacznie z niej wyczytywać nasz psychologiczny portret lub chwalić się swoją nadzwyczajną umiejętnością rozszyfrowywania ludzi poprzedzonego jedynie krótką ich obserwacją, mam jedną radę (z której niestety już kilka razy udało mi się nie skorzystać) – UCIEKAĆ JAK NAJDALEJ! Jako absolwentka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, studiująca na tej uczelni mimowolnie – oprócz filologii polskiej i kulturoznawstwa – również psychologię, mogę napisać jedynie, że im się głębiej psychologię poznaje, tym bardziej się jest sceptycznym wobec wszelkich teorii prosto (żeby nie powiedzieć prostacko) kategoryzujących i diagnozujących ludzi. Czy nie wierzę w to, że niektórzy mają dar wyczuwania innych? Wierzę, ale wiem też, że nie mają potrzeby, by ogłaszać to światu. A poza wszystkim, dobry pracodawca ma tak dużo na głowie, że nie powinien już znaleźć czasu na odciążanie naszego psychoterapeuty.

P.S. Na deser mogę podać tylko jeden utwór.

His name is Szmit. Bartek Szmit.

fot. Bartosz Wołk-Karaczewski

Z okazji dzisiejszego Dnia Mężczyzn, analogicznie do wpisu sprzed dwóch dni,  zdecydowałam się również nie wyłaniać swojej subiektywnej dziesiątki mężczyzn roku – jak robiłam to do tej pory, – lecz napisać o jednym. Wybór, tak jak w przypadku Marty, był dla mnie oczywisty.

***

Z Tymonem Tymańskim oprócz bijatyk połączyła go muzyka. W ostatniej klasie podstawówki dołączył do zespołu The Howling Dogs, który w drodze ewolucji przekształcił się w Sni Sredstvom Za Uklanianie. Wersja Bartka jest taka, że jako instrument docelowy wybrał gitarę, żeby wyrywać laski, ale kiedy Tymon wysłuchał jego gry, dobrodusznie doradził mu jednak perkusję. Świat zawdzięcza więc Tymonowi po pierwsze naprawdę znakomitego perkusistę, a po drugie odrobinę lepsze jakościowo podrywy w wykonaniu tegoż (choć kronikarski obowiązek nakazuje mi wyjaśnić, że to akurat świat zawdzięcza Tymonowi jedynie w stopniu umiarkowanym). Sni Sredstvom Za Uklanianie było czymś niesamowicie świeżym wtedy, ale nawet dziś, po latach, wczesne teksty Tymańskiego (wtedy przecież jeszcze chłopca) wzruszają, niebanalne harmonie intrygują, a werwa i poziom wykonawczy budzą uznanie. Sni Sredstvom Za Uklanianie po jakimś czasie przerodziło się w słynną Miłość, w której grali m.in. Mikołaj Trzaska, Mazzol czy – po odejściu Mazzola – Leszek Możdżer.
Bartek, w którym drzemie również literacki talent (którego czuję się głównym odkrywcą), opisał mi początki Miłości w następujący sposób:

Dawno, dawno temu, jak byłem młodym muzykiem, jednemu z kolegów wpadło do głowy, żeby zmienić nazwę zespołu na „Miłość”. Bardzo się z tym czułem niekomfortowo. „Miłość” to słowo grubego kalibru. Dla mnie ma w sobie tak potężny ładunek, że nie występowało w moim użyciu. Jak czterech dwudziestolatków może mieć prawo do używania słów takiego formatu? Co oni mogą na ten temat wiedzieć? Zrozumiałbym, gdyby nazwa stawała się prowadzącą nas ideą, a nie jedynie reklamowym szyldem.
Udało się nam zorganizować imponujący koncert w wielkiej sali w starym Żaku. Był koniec lat osiemdziesiątych. Lejtmotywem tamtych czasów była zagłada nuklearna. Mówiło się o tym tak, jak dziś o ociepleniu klimatu. Koncert nosił tytuł „Modlitwa o pokój”. Dzieło konceptualne. Partytura czasowa. Skład poszerzony o przynajmniej dwudziestu innych (dość przypadkowych) muzyków. Jedna próba. Katastrofa. Porażka. Wstyd. Kilkaset osób skanduje. Owulacje na stojąco. Ludożerka nic nie czai. Jak przed koncertem ludziom powiesz, że będzie super, to ci uwierzą. Jedynie Maciek Sikała, późniejszy saksofonista Miłości, wychodząc rzucił: „To żadna Miłość, to zwykłe pierdolenie”. Puchar zdobywców pucharów za najinteligentniejszą recenzję jaką słyszałem. Jej krótka forma tylko podkreśliła wartość recenzowanego zjawiska.

– Bartek Szmit, fragment listu do mnie

Cała ta niezwykła muzyczna podróż miała w tle kultowy TOTART, który zrzeszał wiele artystycznych przedsięwzięć, odciskając na nich swoje piętno. Sni Sredstvom Za Uklanianie od początku istnienia TOTARTU stanowił jeden ze stałych elementów totartowych występów.
Bartek był perkusistą Miłości do ’89 roku. W tym trudnym dla kraju czasie zaangażował się też politycznie, biorąc udział w organizacji strajków na Politechnice Gdańskiej oraz reaktywując NZS, czego skutkiem było skreślenie go z listy studentów architektury, a także  uhonorowanie (prawdopodobnie w 2009 roku) medalem Solidarności. Stosunek Bartka do tego odznaczenia jest na tyle ambiwalentny, że pytany o jego nazwę, odpowiada: „nie wiem, coś tam z niepokornym chyba”.
To, co budzi mój ogromny szacunek do tego człowieka, to jego odwaga, siła i determinacja. On zawsze walczy niestrudzenie do końca, nie uznając poddawania się. (Jednym z przykładów wyznaczania sobie ścieżek krętych, jest to, że przed dwudziestym rokiem życia zupełnie zrezygnował z jedzenia mięsa, co na tamte czasy nie było ani wyborem łatwym, ani przede wszystkim popularnym.) Dostanie się na architekturę bez wcześniejszej nauki rysunku graniczyło z cudem. Udało mu się jednak w niespełna dwa tygodnie (między maturą a egzaminem wstępnym) nadrobić wszystkie zaległości i nie tylko zdać na studia, ale też się na nich utrzymać (do wzmiankowanego narażenia się władzy).
W pierwszej połowie lat 90. założył z kolegami agencję reklamową BTL, co postawiło przed nim kolejne wyzwanie: zgłębienie tajników obcej sobie do tej pory poligrafii. Dzięki pracowitości i wytrwałości stał się ekspertem w dziedzinie opakowań, łącząc (co jest rzadkością na skalę kraju) zarówno umiejętność wykonania projektu, jak i nadzoru technologicznego nad produkcją. Firma w krótkim czasie stała się drugą co do wielkości agencją BTL w Polsce, zdobywając wiele nagród.
Siłą rzeczy muzyka zeszła na dalszy plan, jednak w 1995 roku Tymański zaprosił Szmita do powtórnego nagrania płyty „1983-1986” (dekadę od jej pierwotnego powstania) Sni Sredstvom Za Uklanianie. Dwa lata później Bartek zaprojektował też okładkę albumu ze ścieżką dźwiękową Miłości do filmu „Sztos”. Na fali nieporozumień z wytwórnią zrodził się pomysł założenia własnej. W ten sposób powstało Biodro Records. Podczas pierwszego roku, w którym Bartek zaangażował się w jego działalność, wydało cztery doskonałe płyty, z czego dwie („P.O.L.O.V.I.R.U.S.” Kur i debiut Ścianki „Statek kosmiczny Ścianka”) dostały Fryderyka.
Oprócz muzyki, wielką pasją Bartka były rajdy samochodowe (warto w tym miejscu zaznaczyć różnicę między rajdem a wyścigiem). Z różnych względów zarzucił amatorskie uprawianie tego sportu, jednak nadal chętnie jeździł kibicować na rajdy i wyścigi. Przełomowym wydarzeniem w jego życiu były wyścigi górskie w Sopocie w 2006 roku, podczas których doszło do wypadku. Samochód wypadł z trasy i z prędkością 130 km/h… wjechał prosto w niego. Kierowca nie przeżył. Bartek w wyniku wypadku niemal stracił lewą rękę (którą udało mu się lekarzom… przyszyć, w co dziś, patrząc na nią, nie sposób uwierzyć) i śledzionę (tę niestety już bezpowrotnie), a jedynymi częściami ciała, które zostały nienaruszone, była lewa noga i miednica. Największym dramatem był dla niego jednak bardzo poważny uraz mózgu. Wszystko to, co opowiadał mi o tamtym czasie, przywodzi mi na myśl frustrację mojego dziadka, który po wylewie był w stanie pokazać w słowniku niemieckim, angielskim czy rosyjskim słowo, o które mu chodzi, ale nie umiał go wypowiedzieć w języku ojczystym. Myślę, że mężczyzna, który jest u szczytu kariery, ma poukładane życie zarówno zawodowe, jak i prywatne, kiedy dostaje tak ciężkim obuchem w głowę, ma prawo się kompletnie załamać i nigdy już z tego nie podnieść. Jednak nie Bartek. On ma duszę wojownika, więc nawet z tego dramatu udało mu się powstać. Zaczął niemal wyłącznie jeździć rowerem, wrócił do grania na perkusji (znakomite ćwiczenie dla mózgu i ręki). Gdyby mieszkał w Stanach (miejscu, w którym bohaterów się lubi), myślę, że z powodzeniem mógłby jeździć po kraju z mowami motywacyjnymi. Bo… nie wiem, czy o tym wspominałam, ale oprócz talentu literackiego ma też dar posługiwania się słowem jak szpadą.

P.S. Na deser łączę swój nagrany rok temu cover piosenki „Thank you” Alanis Morissette, którą zadedykowałam kiedyś Drapieżnikowi, myśląc, że to już koniec naszej przygody. Dziś chciałabym mu podziękować za to, że… nie jest wcale żadnym drapieżnikiem (jak myślałam) i że zagościł w moim życiu na dobre, codzienNie mnie inspirując do stawania się lepszą wersją siebie.
Bartku, dziękuję!

Dzień Kobiet oczami Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

Z okazji Dnia Kobiet wygłosiłam orędzie i postanowiłam zamieścić je na fanpage’u oczami Mary Kay. Niestety pokonały mnie nawarstwiające się problemy techniczne. Pożar już jednak ugaszony, więc mogę w końcu serdecznie zaprosić do wysłuchania.