Najważniejsze jest tu i teraz, jak również tam i wtedy

fot. Geo Dask

Zauważyłam pewną niepokojącą tendencję zarówno w świecie wykreowanym przez media, jak i wśród niektórych moich znajomych i chciałabym się jej dzisiaj przyjrzeć. Chodzi mianowicie o fetyszyzację teraźniejszości. Znamy pewnie wszyscy sformułowania:

Żyj tu i teraz!
Nie oglądaj się za siebie!
Przeszłość to przeszłość!
Nie myśl o tym, co będzie!

– sformułowania, które wszyscy znamy

Nasuwa mi się pytanie, skąd nagle ta moda na teraźniejszość i czemu właściwie przeszłość i przyszłość stały się passé.

1. Przeszłość to przeszłość

Fetyszyzację któregokolwiek z czasów uważam za błędną, ponieważ każdy czas ma swoje miejsce i funkcję. Człowiek nie jest w stanie się, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zupełnie oderwać od swojej przeszłości, czego dowodem jest wniosek, do którego każdy prędzej czy później podczas psychoterapii dochodzi, mianowicie, że większość naszych problemów ze sobą ma źródło w naszym dzieciństwie – nawet jeśli je wyprzemy w mroki podświadomości.
Równocześnie to kim jesteśmy dzisiaj ma nierozerwalny związek z tym, co przeżyliśmy, czego doświadczyliśmy, jakie decyzje podjęliśmy (a jakich nie). Wpływają na nas nie tylko traumatyczne wydarzenia, ale przecież też te wspaniałe (moje przytulenie Laurie Anderson, czy cały jej niezwykły występ, niezaprzeczalnie na mnie wpłynęły, zmieniły mnie choć odrobinę w lepszego człowieka). Tak więc przeszłość nas tworzy, kształtuje, lepi nas jak z gliny. Czy to, że się już zdarzyła i nie ma do niej powrotu oznacza automatycznie, że nie możemy jej odtwarzać w myślach, że nie możemy się nią cieszyć, lub też – jeśli jest bolesna – spróbować wyciągnąć z niej wniosków?
W ten sposób myśląc, nie mogłabym wrócić do swojego wczesnego dzieciństwa i popełnić na Dzień Dziecka wpisu „Oczami dziecka”, bo przecież to już było i nie będę się oglądać wstecz. Kuriozalne, prawda? W myśl tej filozofii nie powinnam również rozpisywać się o moim cudownym tacie, bo już nie żyje, bo ten rozdział w moim życiu już się zakończył. Sęk w tym, że on bardzo namacalnie wpłynął na moją teraźniejszość. Zresztą nie tylko moją – wpłynął na teraźniejszość wielu osób, no i przede wszystkim także na teraźniejszość polskiej muzyki elektroakustycznej, co odbije się również na jej przyszłości.

2. Teraźniejszość to teraźniejszość

Z teraźniejszością jest najtrudniej – najtrudniej ją zidentyfikować i być w pełni świadomym, że oto trwa, gdyż chcąc być precyzyjnym, to, co zdarzyło się ułamek sekundy temu, należy już – chciał nie chciał – do przeszłości. Jak zatem można gloryfikować coś tak niejasnego?
Całą sobą natomiast zgadzam się z teorią, wg której trzeba próbować przeżywać każdą chwilę swojego życia jak najpiękniej, z wdzięcznością za to, co mamy i bez żalu, że nie mamy więcej. Wierzę, że jeśli czegoś pragniemy, powinniśmy nie tylko marzyć o osiągnięciu celu, ale także działać w kierunku jego realizacji i to, rzeczywiście, możliwe jest w teraźniejszości, jak również najbliższej przeszłości (vide to, co zdarzyło się ułamek sekundy temu). Jednak ciągle warto nie zapominać, że nasze działanie tu i teraz jest ściśle powiązane po pierwsze z bardziej odległą przeszłością, czyli naszym doświadczeniem (bazując na nim, możemy albo mniej bać się działania, jeśli kiedyś coś nam już w ten sposób wyszło, albo wręcz przeciwnie – bardziej się go obawiać, znając swoje wcześniejsze porażki na tym polu) oraz z przyszłością. Cel, zanim go osiągniemy, musimy sobie przecież najpierw wyobrazić. A wszelkie wyobrażenia tkwią w przyszłości właśnie.

3. Przyszłość to przyszłość

Największym chyba dla mnie zaskoczeniem było zorientowanie się, że istnieją ludzie, którzy się panicznie przyszłości boją. Usłyszałam kiedyś od jednego z nich:

Przyszłość to nieprawda, więc w pewnym sensie kłamstwo.

a od innego:

Przyszłość to strach.

zasłyszane

Mój szok wynikał chyba głównie stąd, że coś, co ja sama postrzegam za największy atut przyszłości (czyli jej nieoczywistość i ogromne pole, które nam zostawia do jej kreowania w naszych umysłach), kogoś innego może autentycznie przerażać.
Dobrze jednak zdać sobie sprawę z tego, że przyszłość zawsze jest niewiadomą i choć na coś mamy wpływ i coś możemy zaplanować czy przewidzieć (np. jeśli wykupimy wczasy w Grecji na jakiś termin, to możemy mieć 99% pewności, że w tym terminie będziemy wypoczywać w Grecji), jednak życie pełne jest zaskoczeń i nieprzewidzianych zwrotów akcji (możemy na przykład przed wyjazdem mieć poważny wypadek, uniemożliwiający nam spędzenie wakacji tak jak je zaplanowaliśmy). Nie twierdzę oczywiście, że słusznie jest nie planować zupełnie niczego, zakładając, że zawsze może się coś nieoczekiwanego wydarzyć, bo również może się przecież nie wydarzyć (a wczasy dobrze zaplanować wcześniej). Jednak myślę, że wskazana jest pewna doza elastyczności w życiu i zaufanie, że to, co się dzieje, ma jakiś głębszy sens.
Osobiście uwielbiam przyszłość właśnie za to, że jej zdecydowana większość rozgrywa się w naszych głowach i rzadko kiedy ma jakieś pokrycie w późniejszej rzeczywistości. Lubię to, bo mam większe zaufanie do swojej głowy (w której na ogół jest ciekawie i na którą przede wszystkim mam jakiś wpływ), niż do realnego biegu wydarzeń.
Mój znajomy Grek – cudowny intelektualny skarb Thassos, wybitny matematyk i fizyk z wykształcenia, a także filozof samouk, stwierdził kiedyś:

Przyszłość to sen, więc boją się jej ci, którym śnią się koszmary.

– słowa tasyjskiego mędrca

Myślę, że to idealne podsumowanie tego zagadnienia.

4. Carpe diem – chwytaj dzień

Jak napisał Horacy:

Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie,
jaką nam przyszłość zgotują bogowie…

– Horacy

Również jestem zdania, że skoro przyszłość jest pewnego rodzaju zagadką, warto żyć tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. Czyli na przykład nie zwlekać zbytnio z tym, co czujemy, że chcemy lub powinniśmy zrobić, bo chęć, zdrowe ręce, nogi i umysły mamy dzisiaj, a jutro wszystko się może diametralnie zmienić. Jednak nadal działanie tu i teraz nie stoi przecież w sprzeczności z uskutecznianiem marzeń i wyobrażeń o tym, co będzie, jak i wspominaniem tego, co było. To wszystko (i przeszłość i fantazje związane z przyszłością) jest naszym bogactwem. Teraźniejszość oderwana od tego nie jest zbyt dużo warta. Czasem musimy odwrócić się za siebie i pochylić z większą uwagą nad tym, co za nami. Czasem, żeby nie zwariować (teraźniejszość nie zawsze przecież bywa kolorowa i nie zawsze mamy na to całkowity wpływ), musimy oddać się marzeniom o lepszym jutrze. To wszystko nie wchodzi w najmniejszy nawet konflikt z naszym działaniem i dźwiganiem każdego dnia tak, jakby był już ostatnim.
Promowane odcinanie się od przeszłości uważam za głęboko niesłuszne i przyczyniające się do jakiegoś duchowego okaleczania nas samych. Nie chcę przez to powiedzieć, że szczelne zamknięcie się w swojej przeszłości czy życie jedynie przyszłością jest modelem, który mi odpowiada (jak wiele razy pisałam, każda skrajność jest w moim odczuciu zła). Chcę powiedzieć, że twierdzenie, że czasy, które ze sobą w naturalny sposób współgrają, można sobie pociąć na kawałki i gloryfikować jeden z nich (zresztą najbardziej złudny), a inne świadomie ignorować, nosi znamiona niedojrzałego i dziecinnego podejścia do świata, który jest znacznie od tego myślenia bardziej złożony i ciekawy.

Skromność kocham i rozumiem, skromności oddać nie umiem

fot. Jan Lewandowski

Od dłuższego czasu z pewnym zdziwieniem obserwuję coraz bardziej czarny PR robiony skromności. I mówiąc o skromności, nie mam na myśli zachowawczości w stroju czy wyglądzie, lecz

brak wygórowanego mniemania o sobie.

–  definicja skromności

W tym kontekście zastanawia mnie też (jako językowca), czym spowodowana jest z kolei rosnąca popularność „pokory” (lub też jej deklarowania), mnie z kolei raczej obcej.
Ponieważ w procesie wychowania wpojono we mnie, że skromność jest jednak pozytywnym przymiotem (a moje spotkania z Witoldem Lutosławskim, Jerzym Stajudą czy Władysławem Hasiorem zdawały się to potwierdzać), pomyślałam, że warto napisać o tym kilka słów.

1. Brak wygórowanego mniemania o sobie to nie brak całkiem dobrego mniemania

Myślę, że jakaś taka ogólna niechęć do skromności jest – jak w większości przypadków – podyktowana błędnym rozumieniem tejże. Wychodzę z założenia, że każda przesada jest z zasady niewłaściwa i nie bardzo widzę, co miałoby wykluczać z grona przesad wygórowane mniemanie o sobie.
Całą sobą zgadzam się natomiast z tym, że zaniżone poczucie własnej wartości i niewiara w siebie, swoje umiejętności i możliwości są destrukcyjne i warto je eliminować. Jednak od zupełnie mizernego mniemania o sobie do mniemania wygórowanego naprawdę całkiem daleka droga, a jej najciekawszy punkt wypada mniej więcej pośrodku. Oba ekstrema zamykają nas na rozwój, ponieważ:

1) jeśli paraliżuje nas wrażenie, że jesteśmy głupsi czy mniej intelektualnie sprawni od reszty, prawdopodobnie trudno będzie nam nawet spróbować zrobić coś, co mogłoby nam udowodnić, że się mylimy lub pokazać nam, że mamy za to jakieś zupełnie inne unikalne walory, które stanowią o naszej wyjątkowości;

2) jeśli z kolei uważamy, że wiemy wszystko najlepiej sami, a bliźni mogą się tylko od nas uczyć, to – pomijając, że się narażamy na śmieszność – dajemy sobie całkiem niezłą wymówkę, by nie musieć się uczyć od innych, czyli, reasumując, intelektualnie stajemy w miejscu (być może jest to też wyraźny sygnał do tego, żeby zmienić środowisko na takie, w którym znajdzie się jednak ktoś mądrzejszy od nas).

Natomiast świadomość, gdzie faktycznie tkwi nasza siła i co opanowaliśmy całkiem sprawnie oraz tego, że zawsze ktoś może wiedzieć coś, czego nie wiemy my sami (zarówno w dziedzinie, z której jesteśmy nogą – u mnie chemia – jak i tej, w której brylujemy w życiu zawodowym), sprawia, że nasza postawa jest otwarta. Mamy więc szansę skorzystać podczas rozmowy, której nie zakłóca ani nasza chorobliwa niepewność, ani karykaturalne ego – to miejsce może z powodzeniem zająć po prostu nasz rozmówca. Gwarantuję, że będzie wygodniej.
Sama mam raczej skłonności do pierwszego ekstremum, nad czym jednak udało mi się trochę przez te lata popracować. Jednak ważne, żeby przy pracy nad jednym ekstremum nie popaść automatycznie w drugie.

2. Jak skromny ze skromnym, czyli
partnerstwo w rozmowie

Dodatkowo jeśli nasz rozmówca jest również po prostu skromny (czyli jego mniemanie o sobie samym nie jest ani zaniżone, ani wygórowane), powstaje spora szansa na rozmowę utrzymaną w duchu partnerstwa. Mnie osobiście najbardziej intelektualnie stymulują jedynie takie sytuacje, kiedy mogę być partnerem (który ma prawo w jakimś momencie konwersacji wiedzieć więcej, a w innym mniej, ale jednak jest partnerem), bo kiedy ktoś daje mi odczuć, że jestem głupsza – szybko budzi moją frustrację i poczucie krzywdy, a z kolei kiedy pokazuje mi, że ma mnie za osobę od siebie mądrzejszą, sprawia, że czuję się zażenowana i zakłopotana i nie bardzo chcę w to dalej brnąć.

Dodatkowo zdefiniowałabym skromność również jako gotowość do uznania,
że możemy się mylić lub nie mieć pełnej wiedzy

– moja definicja skromności

tym bardziej, że bardzo wiele – żeby nie powiedzieć, że niemal wszystko! – zależy przecież od kontekstu. Porównując swoją wiedzę z zakresu językoznawstwa do wiedzy osób, które nie studiowały filologii polskiej, i którym zupełnie obca jest ta dziedzina, mogłabym dojść do wniosku, że jest ona (ta moja wiedza) niebywale rozległa. Porównując ją jednak do wiedzy profesora Bralczyka, przypomina ona kroplę przyrównywaną do morza. Gdzie jest jednak (i czy jest) obiektywna prawda? I czy porównywanie się do umysłów niedoścignionych jest faktycznie „obniżaniem poczucia swojej wartości”, czy może realnym spojrzeniem na rzeczywistość (która w tym wypadku jest taka, że coś tam umiem z tej dziedziny), tylko w szerszej perspektywie? Czy to znowu nie jest przypadkiem wpadanie w szpony tego pozornego wyboru „albo…, albo”, o którym kiedyś już tu pisałam? Bo przecież prawdą na ogół jest i to, że coś od kogoś wiemy więcej, jak i to, że coś od kogoś wiemy mniej. Jedno drugiego nie wyklucza. I nie sprawia automatycznie, że jesteśmy albo kompletnymi nieudacznikami, albo alfą i omegą w jakiejś dziedzinie.

Matematyka nigdy nie była moją alfą i omegą.

– jak stwierdził kiedyś Peja

Może mam inny punkt widzenia, niż ten uporczywie serwowany przez celebrycki światek, bo choć wypracowałam już bezpieczną pewność siebie, jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by przeszło mi przez usta zdanie:

Ach, jestem w tym świetna!
Tu to nikt mnie nie zagnie!
Jestem niezwykle mądra i inteligentna

– groteskowe zdania, które nie przechodzą mi na szczęście przez usta

skierowane do kogoś, kto  poświęcił 40 – 50 lat swojego zawodowego życia zgłębianiu jakiegoś naukowego czy artystycznego zagadnienia, z którego zdążył zrobić profesurę, a na taką przypadłość cierpi większość moich znajomych. I nie ma to wiele wspólnego z tym, bym czuła się gorsza. Raczej czuję, jak wiele mogę skorzystać, skupiając się po prostu na słuchaniu. No i z doświadczenia wiem też, że im bardziej imponująca wiedza naszego interlokutora, tym większa jego skromność i równocześnie luz podczas rozmowy z nim.

3. Fałszywa skromność

Fałsz to fałsz. Czy w muzyce, czy w życiu – jest brzydki, zgrzyta i sprawia, że więdną uszy i opadają ręce. Ale kto z nas choć raz nie słyszał takiego dialogu:

– Jaka piękna sukienka!
– Ach, to taka stara szmata, normalnie wycierałabym nią podłogi, ale akurat nie doschło mi pranie, więc ją na siebie zarzuciłam.

– dialog, który pewnie każdy z nas choć raz słyszał

Prawdopodobnie nie jestem jedyną kobietą na świecie, która nie zakłada na siebie szmat do podłogi, i która ma w szafie raczej to, co uważa za fajne, estetyczne i w czym się dobrze czuje. W związku z tym, kiedy ktoś daje mi odczuć, że on też myśli, że jestem ładnie ubrana, jest mi po prostu miło. Niekoniecznie muszę mu zaraz mówić, że uważam się za najlepiej ubraną kobietę na tej imprezie (nawet jeśli tak faktycznie jest), jednak zasada jest dosyć prosta – jeśli nie uważam, że wyglądam źle, nie mówię, że wyglądam źle.
Przyjmowanie komplementów jest jednak tematem na oddzielną książkę. Mój tata całe dzieciństwo wpajał mi, że:

mam nigdy nie dziękować za komplementy, tylko odpowiadać „wiem”,
bo one są po prostu prawdą.

– złota rada Józefa Patkowskiego

Zawsze wydawało mi się to jednak dosyć aroganckie, ale postanowiłam to wypróbować na pewnym średnio mnie interesującym absztyfikancie. Zdecydowałam się na wersję ostrożną, czyli w odpowiedzi na komplement uśmiechnęłam się i nie odpowiedziałam nic.

– Rozumiem, że nie dziękujesz, bo to wiesz? – dopytał zalotnie on.
– Tak! – odparłam radośnie, ciesząc się, że sam do tego doszedł.

złota rada Józefa Patkowskiego w praktyce

Do drugiego spotkania już nie doszło. Nie to, żebym żałowała, ale od tego czasu podchodziłam do porad taty w sprawach damsko-męskich ze sporą rezerwą.
Być może problem ze skromnością wynika z mylenia jej z fałszywą skromnością.

4. Życie w zgodzie ze sobą nie wymaga dzielenia się ze światem każdym szczegółem z tegoż

Inna rzecz to ta, czy faktycznie wszystkim musimy się z bliźnimi dzielić, żeby być w zgodzie ze sobą, harmonii i prawdzie? Nauczenie się asertywności i niedopuszczanie do tego, by ktokolwiek (włączając w to nas samych) zmuszał nas do czegoś, do czego nie jesteśmy w pełni przekonani, wydaje mi się niesłychanie ważne. Jednak nawet jeśli wydaje nam się, że jesteśmy w czymś naprawdę dobrzy (co może być bardzo pozytywne i motywować nas do dalszego rozwoju), to niekoniecznie oznacza to, że musimy to od razu ochoczo obwieszczać całemu światu. I brak tego obwieszczania nie ma nic wspólnego z zakłamaniem.
Choć sama należę do (wąskiego) grona ludzi, którzy raczej cenią moją muzykę i mają świadomość jakiejś jej wartości, nie bardzo widzę powód, by o tym wspominać np. w rozmowie z Krzysztofem Pendereckim czy Pawłem Szymańskim. Nie dlatego, żebym na czas rozmowy z nimi czuła się nagle fatalną autorką piosenek, ale dlatego, że po pierwsze mam świadomość jak wiele, w porównaniu z nimi, nie wiem, jak i też tego, że podzielenie się swoim dosyć nawet na tym polu dobrym samopoczuciem nie wnosi nic konstruktywnego do rozmowy, która bez tego ma szansę być naprawdę niesłychanie stymulująca i ważna dla mnie samej (a docelowo, także mojej muzyki).
Czyli, jak pisałam wcześniej, skromność jest punktem wyjścia do otwartości na świat i ludzi. Złotym środkiem na oba ekstrema – chorobliwe wątpienie w siebie i przesadną pewność siebie – które są w rzeczywistości tym samym problemem, tylko z przesuniętym gdzie indziej punktem ciężkości. A kiedy uda się nam już uporać z całkowitym zanikiem ego lub jego rozbuchaniem, może się okazać, że ten przysłonięty przez nie rozmówca jest całkiem fajny i ma do wniesienia w nasze życie zupełnie nową jakość.

Ile jest światów?

fot. Geo Dask

Z natury staram się raczej szukać tego, co łączy, niż tego, co dzieli. Mam jednak nieodparte wrażenie, że moje wyobcowanie i poczucie bycia w niektórych okolicznościach zupełnie niezrozumianą, za to w innych – zrozumianą idealnie, wynika z tego, że musi istnieć po prostu więcej światów. Co prawda mój znajomy, światowej sławy muzyk zresztą, strasznie się kiedyś zbulwersował tą tezą, twierdząc uparcie, że

świat jest jeden

– teza znajomego apodyktycznego muzyka

jednak odmówiłam uznania jego racji.

1. Świat kreowany przez media

Nie od dziś wiadomo, że telewizja kłamie. Nie od dziś też wiadomo, że media kreują taką rzeczywistość, jaka jest im w danym momencie potrzebna. Głównym czynnikiem jest oczywiście ten związany ze sprzedażą. Kiedy moja ręka zabłądzi na telewizyjnym pilocie i trafię na którykolwiek serial paradokumentalny, to jestem zawsze w takim samym szoku, wynikającym nie tylko z brawurowego aktorstwa, z którym można się tam zetknąć i które wymyka się jakimkolwiek formom oceny, ale też z tego, że nie rozumiem, czyją rzeczywistość ma odzwierciedlać. Niby mamy jakąś różnorodność w dziedzinie owych paradokumentów, zobaczymy więc i takie poświęcone poszczególnym grupom społecznym (oraz zawodom), i takie, w których ukazane jest życie biednych, i takie, w których ukazane jest życie bogatych, i zaniedbanych, i zadbanych, i wykształconych, i niewykształconych. Jednak w każdym przypadku – tylko w odrobinę innym kontekście – pokazywani są ci sami ludzie: prymitywni półanalfabeci o przeciętnym ilorazie inteligencji i zerowej wrażliwości na sztukę, którzy nie czytają książek i przez cały czas komunikują się z bliźnimi podniesionym głosem polszczyzną na poziomie ostatniej klasy szkoły podstawowej. To oczywiście smutne, że istnieją pojedyncze jednostki, które posiadają pewne ułomności i deficyty, jednak czy na pewno odzwierciedlają one ogół naszej populacji, jak chcą nam wmówić media? Jak to w ogóle sprawdzić?
Bo ufając mediom i wierząc np. paradokumentom, trzeba byłoby założyć, że artyści nie istnieją, a te nieliczne wyjątki (czyli malarze, fotograficy, pisarze i muzycy rozrywkowi – bo to reprezentanci jedynych pokazywanych tam z rzadka dziedzin) to świry i alkoholicy. (Co może nawet nie zawsze jest aż tak odległe od prawdy, ale nie o tym dziś mowa.) A co z kompozytorami muzyki poważnej? Co z performerami? Co z instrumentalistami? Krótko mówiąc, gdybym uwierzyła mediom, musiałabym przyznać, że całe środowisko, w którym dorastałam, którym się otaczam i które bardzo cenię… nie istnieje.
Skoro więc media sprzedają nam fikcję jako odwzorowanie rzeczywistości, biorąc za przykład jedynie patologiczne przypadki (przez patologię rozumiem nie tylko fatalne warunki materialne połączone z przemocą i wulgarnością, ale też nieumiejętność posługiwania się przez rodaków polszczyzną w stopniu zaawansowanym), czemu nie sprzedadzą nam innej fikcji – resztek polskiej inteligencji, naukowców, artystów, erudytów, będących niejako odbiciem nas wszystkich? Nadal nie będzie w tym nic z prawdy, ale przynajmniej można byłoby, oglądając, spróbować równać w górę.
Nie znam się na ekonomii, ale widać równanie w górę nie sprzedaje się dobrze. Jednak ciągle gdzieś w głębi mam nadzieję, że skoro można nas masowo ogłupiać, to pewnie można byłoby też nas masowo edukować.

2. Świat naszych znajomych

Innym zagadnieniem są zetknięcia z innymi światami w postaci środowiska naturalnego kogoś, kogo znamy i lubimy i z kim dogadujemy się świetnie na jednym polu, zapominając, że nasze światy nie są tożsame, a tylko na siebie zachodzą w niedużym, ale z jakichś powodów ważnym dla nas obszarze.
Tak oto przez całą swoją szkołę średnią byłam przekonana, że nie wypada nie wiedzieć, czym jest „Warszawska Jesień”, bo 99% otaczających mnie ludzi uważało ten festiwal za jedno z ważniejszych wydarzeń w świecie muzyki współczesnej. Z kolei moja koleżanka, wywodząca się z innego kręgu, znała tę nazwę tylko ode mnie, nie uważając, że obciachem jest jej nie znać wcale, a za koronny na to dowód przytaczała fakt, że 100% jej bliskich i krewnych nigdy o czymś takim nie słyszało.
W tamtych czasach wierzyłam w jeden świat i – może wstyd przyznać, ale niech usprawiedliwieniem będzie ten czas przeszły – ich pewnego rodzaju zacofanie. Dziś rozumiem, że są różne potrzeby i że nieznajomość elitarnych imprez z jakiejś dziedziny nie musi wcale jednoznacznie oznaczać braków w tzw. wiedzy ogólnej. Innymi słowy, nadal jest mi wstyd, kiedy okaże się, że nazwa jakiegoś ważnego wydarzenia w świecie którejkolwiek dziedziny artystycznej bądź naukowej nie jest mi jeszcze znana. Jednak to, że wybrałam dla siebie taką reakcję jako właściwą i że motywuje mnie ona do podnoszenia swojej poprzeczki, nie oznacza wcale, że uważam, że to jedyna słuszna reakcja dla wszystkich innych ludzi.
W ogóle trochę ostatnio rozmazała się definicja wiedzy ogólnej. Z wielu powodów nie uważam tego za dobre zjawisko. Jednak myślę, że wymagać wolno nam jedynie od nas samych (i – do pewnego tylko momentu – od naszych dzieci). A inne światy – dopóki nie wylądujemy w tym niewłaściwym – zostawmy w należytym spokoju.

3. Świat bogatych i świat biednych

Kiedyś, troszkę przez przypadek wynikający z pokrewieństwa z kimś, wylądowałam na proszonym obiedzie wśród bardzo zamożnych ludzi, których w większości nie znałam. Na pierwszy rzut oka nie różniliśmy się od siebie jakoś znacznie – każdy z nas wyglądał elegancko i szykownie, każdy z nas miał coś do powiedzenia na przynajmniej kilka tematów. Sama poczułam się od razu przyjęta „jak swoja”. Właściwie do momentu, kiedy nie usłyszałam z jednych ust, że

ludzie bez pieniędzy to hołota.

– słowa pewnej bogatej osoby

Pomyślałam, że to ciekawe, bo w myśl tej koncepcji właściwie ja też jestem hołotą, a – chociaż pieniądze się mnie jakoś specjalnie nie trzymają – jednak do przynależności do tej akurat grupy społecznej się jakoś, mimo wszystko, nie poczuwam.
Dziś wiem już, że – uogólniając – bogaci i biedni to po prostu dwa różne światy. Żaden z nich nie jest ani lepszy, ani gorszy. Są inne i zawsze przedstawicielom jednego będzie trudno się odnaleźć wśród przedstawicieli drugiego. Co nie jest niczym złym.
Jednak pamiętając o tym, że mamy prawo się różnić i że żaden z tych światów nie jest bardziej wartościowy od drugiego, mamy szansę koegzystować, nie raniąc się wzajemnie.

4. Inne wszechświaty

Laurie Anderson w jednym z wywiadów opowiadała, że spytała swojego buddyjskiego nauczyciela duchowego co się stanie z karmą, kiedy skończy się świat i zabraknie ludzi – gdzie powędruje ta energia, kto ją po nas przejmie. Na to nauczyciel duchowy Laurie odpowiedział, że

właśnie dlatego Budda mówi o istnieniu innych wszechświatów.

– nauczyciel duchowy Laurie Anderson

Jest to niesłychanie ciekawa koncepcja, która właściwie zmienia wszystko.

Wydaje mi się, że mniej więcej o tym samym właśnie – choć nie na poziomie globalnym – próbowałam pisać wyżej. Świadomość tylko jednego świata (na ogół naszego własnego, choć czasem też takiego, do którego dopiero aspirujemy) musi siłą rzeczy zakładać negację wszystkiego, co się w ten konkretny świat nie wpisuje. A jeśli zanegujemy wszystko, co różni się od naszego pomysłu na (nasze!) życie, stracimy coś bardzo cennego – możliwość poznania zupełnie odmiennych punktów widzenia, które nas albo umocnią w naszych przekonaniach, albo nam uświadomią, że nasze przekonania są czasem błędne. Jeden i drugi przypadek jest niesłychanie ważny dla naszego rozwoju.
Mnie osobiście zrozumienie mnogości światów bardzo uspokoiło. Za każdym razem, kiedy się muszę zetknąć z czymś, co jest mi zupełnie obce (np. jednostkami przypominającymi te z paradokumentów, posiadaczami niewiarygodnej fortuny czy ludźmi reprezentującymi coś mi bardzo odległego), tłumaczę sobie, że to trochę jak podróżowanie po świecie. Jeśli uwielbiamy skandynawską czystość, kulturę i krajobraz, prawdopodobnie nie odnajdziemy się z miejsca w zatłoczonych brudnych Indiach, jednak liczy się to, że podróżujemy!

Dlaczego warto sobie zaufać

fot. Valantis Nikoloudis

Z zamiarem popełnienia tego wpisu nosiłam się  już długo, ale bezpośrednią przyczyną jego napisania była pewna nieprzyjemna sytuacja. Nieprzyjemna, ale potrzebna, bo otwierająca oczy. I z tymi otwartymi oczami nNi zamierzam dziś rozłożyć kilka kwestii na czynniki pierwsze.

1. Tylko ja mogę wyznaczyć swoje granice

Sytuacja była z pozoru błaha i taka, jakich wiele – niejeden na moim miejscu machnąłby ręką. W wirtualnej rzeczywistości, w mediach społecznościowych ktoś wyraził swoją opinię, nie do końca pochlebną, na temat jednego z moich blogowych wpisów. Jego prawo do opinii, moja odpowiedzialność za własne słowa, którą zawsze z godnością ponoszę. Nie ma we mnie najmniejszego żalu o treść komentarza niepochlebnego – pojawił się natomiast we mnie żal o jego formę.
Tekst, na który poświęciłam sporo czasu i energii, w którym nie siliłam się ani na odkrywanie nowych nieznanych lądów, ani na ekspercki ton, tekst, w którym opierałam się na swoich prywatnych doświadczeniach, przemyśleniach oraz czytanych przeze mnie książkach, z różnych zresztą dziedzin (taką również formę ma cały mój blog), został odebrany jako „wyważanie otwartych drzwi”, co – choć jako opinia, może by i było ciekawym głosem w ewentualnej dyskusji – zostało mi niestety wytknięte w sposób nie tylko zaczepny i napastliwy, ale również agresywny. Ponieważ delikatne przypomnienie, że to jedynie wpis, a nie naukowa zgłębiająca temat rozprawa, nie zdjęły z odpowiedzi „oponenta” ciężaru ataku, odruchowo odcięłam możliwość naszego dalszego kontaktu (zwłaszcza, że w świecie realnym jesteśmy dla siebie całkowicie obcymi ludźmi).
Nie uznałabym tej historii za wartą opisania, gdybym nie uzmysłowiła sobie tego, co zadziało się po wszystkim we mnie środku. Zaczęłam zadawać sobie pytania:

Jak moje stanowcze odcięcie się zostanie zinterpretowane przez innych?
Czy teraz ludzie pomyślą, że na każdą krytykę reaguję blokadą, jak jakieś małe dziecko?
Czy przylgnie do mnie łatka dzikuski, z którą nie można się nie zgodzić?

– pytania, które zaczęłam sobie zadawać

Robiąc jednak coś, co od dłuższego czasu staram się uskuteczniać, czyli krok w tył, do miejsca, z którego jest szersza perspektywa, z którego wyraźniej wszystko widać, z którego zwiększa się dystans, uświadomiłam sobie dość szybko, że jakiekolwiek odpowiedzi na powyższe pytania nie mogą mieć dla mnie żadnego znaczenia. Nikt przecież nie zna mnie tak dobrze jak ja i nikt nie może wiedzieć co będzie dla mnie w danej sytuacji najlepsze. I nie mam na myśli znania siebie dłużej, mam na myśli dążenie do pełnej jedności i łączności ze sobą. Do poczucia, że jesteśmy dla siebie wystarczający, że w każdym z nas mieści się Wszechświat, że jesteśmy całością (o tym też pisałam w tekście Czy bycie połową jest jednostką chorobową?). Osoby wierzące w Boga nazwą to kontaktem z nim (bo wg ich wiary Bóg jest w każdym z nas). Jeśli głęboko zastanowimy się nad tą łącznością ze sobą, nad samowystarczalnością w metafizycznym sensie i nad tym, że jesteśmy odrębną i absolutną całością, łatwo zrozumiemy, jak ogromną mamy siłę, jak wielką moc.
Ja w opisanej wyżej sytuacji chciałam oddać tę moc innym, w dodatku obcym sobie ludziom. Chciałam im pozwolić zadecydować, czy mogę, czy też nie mogę postąpić tak, jak czułam, że powinnam. Nie robiąc tym zachowaniem przecież nikomu krzywdy, jednak narażając się na niezrozumienie (siebie i swoich intencji).
A prawda jest bardzo prosta – moje granice przebiegają dokładnie w tym miejscu, w którym zaczyna się czyjaś nieuzasadniona, bezinteresowna agresja. I przynajmniej w życiu wirtualnym, którego zasady są znacznie prostsze, niż w tym realnym, mogę o nieprzekraczanie tych granic zadbać zdecydowanym chirurgicznym cięciem, manifestując swoją niezgodę na atak (nie tylko zresztą wobec mnie samej).
Jakież może więc mieć w tej sytuacji znaczenie, że jakaś zupełnie inna jednostka, o innej historii i wrażliwości, jakaś inna całość, trzy minuty po zajściu już go nie pamięta lub że nie dostrzega agresji tam, gdzie ja widzę ją wyraźnie? Czy oznacza to, że tej agresji nie ma? Lub że nie powinnam sobie ufać? Przecież skoro tę agresję czuję, a dam się przekonać, że to mi się tylko wydaje, będzie to znaczyło, że ufam innym ludziom bardziej, niż sobie. Ale oni – nie będąc moim Wszechświatem – nie wiedzą przecież co jest dla mnie najlepsze. I tu jest chyba właśnie sedno sprawy.

2. Pułapka bycia miłym

Nie bardzo wiem, czy to rzeczywiście różnica między wychowywaniem dziewczynek, a chłopców, bo nigdy nie byłam chłopcem, ale nie jestem jedyną kobietą na świecie, której od najmłodszych lat wpajano, że trzeba być grzeczną i miłą, i która w dorosłym życiu widzi w tym wpajaniu pewien problem. Z pozoru lepiej być miłym, niż niemiłym. Na pewno też – co już ustaliłam wyżej – nie jest dobrze być agresywnym.
Jednak pewne społeczne (!) oczekiwanie wobec kobiet, by były zawsze miłe i grzeczne, tłumi nasze (kobiece) bardzo pierwotne i zdrowe odruchy i niestety zaburza naszą łączność z samymi sobą. Bo co wtedy, kiedy gdzieś w środku czujemy, że mamy tylko dwa wyjścia (a czasem tak właśnie czujemy):

1) zrobić coś, co w swojej głowie interpretujemy jako zachowanie niegrzeczne czy niemiłe (choć często to tylko nasza interpretacja) wobec drugiej osoby, ale za to się obronić

2) być do końca miłym i grzecznym dla bliźnich, nikogo nie urazić, ale zawieść siebie samego, zawieść swoje zaufanie?

Myślę, że największy problem polega na tym, że potrafimy bardzo długo nie widzieć krzywdy, jaką sobie wyrządzamy poprzez wybranie wariantu drugiego. Pomijam oczywiście, że rzadko kiedy rozwiązania są tylko dwa, ale na pewno to, co może sprawić, że w każdej sytuacji będziemy czuć ze sobą jedność, to obdarzenie się pełnym zaufaniem. Pełnym zaufaniem co do swojej intuicji, pełnym zaufaniem co do swojej odpowiedzialności za siebie i pełnym zaufaniem co do swojej trzeźwej oceny rzeczywistości (choćby takiej oceny, że w jakiejś dziedzinie nie wiemy nic i szukamy takich osób, które staną się naszymi w niej mentorami – to także mam na myśli, pisząc o zaufaniu do siebie samego).
Nie uważam też, że bycie nieuprzejmym, chamowatym, czy opryskliwym to jakaś wartość sama w sobie. Choć jest to ostatnio modne, osobiście tego nie cenię. Piszę raczej o gotowości bycia uznanym nawet za osobę niegrzeczną, by bronić siebie wtedy, kiedy poczujemy się zagrożeni. A to jednak różnica. Ta gotowość nas jakoś dystansuje i wyznacza kierunek (zwrócenie się ku sobie, a nie ku drugiemu człowiekowi). A mogę zapewnić z własnego doświadczenia, że „niemiłym” można być w na tyle kulturalny sposób, by inni nas za to jeszcze potem szczerze szanowali i cenili.

3. Dogmat o nieomylności własnej

No tak, powiedzą sceptycy, więc teraz nie będzie można ci już nic powiedzieć, bo sama wszystko wiesz najlepiej. Otóż, nie. Nie chodzi mi o dogmat o nieomylności własnej. Potrzebujemy innych ludzi, innych światów, konstruktywnych dyskusji, innych zdań i innych punktów widzenia. Potrzebujemy ich do wymiany energii, do sprawdzania, czy nasz mózg funkcjonuje prawidłowo, czy nie nakręcamy się na coś, co nie jest być może tego warte, wreszcie potrzebujemy też stymulacji. Równocześnie potrzebujemy też – oprócz brania – dawać innym ludziom te wszystkie cenne rzeczy, które mamy im do zaoferowania. Jednak zmierzam do tego, że zarówno dawać, jak i – może nawet zwłaszcza – brać możemy naprawdę mądrze wtedy, kiedy będziemy całością, Wszechświatem, a nie niepewną częścią. Jest w tym pewien paradoks, że dopiero pełni możemy być naprawdę otwarci.
Wracając do mojego nieszczęsnego przykładu, wcale nie twierdzę, że nikomu nie udałoby się mnie przekonać, że komentarz, który poprzez swoją formę zrobił mi przykrość, agresywny jednak nie był. Podejrzewam, że gdyby jakiś językoznawca przedstawił mi rozsądne argumenty za tym, że ten konkretny dobór słów nie musiał się z agresją wiązać jednoznacznie, umiałabym mu nawet przyznać rację, a nawet przemyśleć swoją reakcję. Różnica jednak – dla mnie zasadnicza – między:

1) opisaną tutaj sytuacją, a

2) pierwszym, co mi przyszło wtedy do głowy, czyli strachem, jak inni odbiorą moje odruchowe zachowanie

polega na tym, że:

Ad. 1) mam pełne zaufanie do siebie, i wiem, że posiadając w danym momencie daną wiedzę, zachowałam się najlepiej jak tylko mogłam, by siebie ochronić, a to zaufanie z kolei daje mi spokój i otwartość, z jakimi chętnie posłucham argumentów, które być może mnie przekonają, że zagrożenie jednak nie było aż tak duże; i że być może mogłam się zachować jednak inaczej

Ad. 2) nie mam żadnego zaufania do siebie i wierzę w to, że inne jednostki mają prawo zadecydować za mnie, a tym samym odbieram to prawo sobie.

Głęboko wierzę w to, że ta druga postawa jest niehumanitarna, niemoralna i bardzo, bardzo niebezpieczna.

P.S. Na deser proponuję kilka inspirujących filmików na opisywany przez mnie temat (niektóre pojawiają się na tym blogu już drugi raz):

P.S.2 W pewnym sensie zostając w tematyce bycia wierną sobie całością, załączam swoją wersję piosenki „I like that” Janelle Monáe, która ostatnio bardzo mnie rozbujała i której tekst jest dość mocno spójny z powyższym wpisem. Dodatkowo nagrywałam ją tylko na głosy, a dla mnie taki moment spotkania moich wszystkich głosów w jednym czasie i miejscu to bardzo metafizyczne przeżycie, przybliżające mnie na pewno do bycia swoim własnym Wszechświatem 😉

Kiedy odkryjesz w sobie dzikie zwierzę

fot. Mariusz Stępień

Większość swojego życia udało mi się wytrwać w przekonaniu, że ludzie są, przez swoje człowieczeństwo, zupełnie różni od zwierząt; i chociaż nie uważałam tego za coś specjalnie pozytywnego, to wydawało mi się, że tak po prostu jest. Byłam ułożoną dziewczynką z tzw. dobrego domu, dla której ludzka zwierzęcość była czymś być może intrygującym, ale jednak obcym.
Zawsze jednakowoż interesowali mnie psychopaci, co wytworzyło w mojej głowie obraz jednej określonej grupy (głównie seryjnych morderców), której zwierzęcość wydała się być dość jaskrawa i przesłaniająca to, co nazywamy ludzkim bądź człowieczym. Po prostu wysunęła się na prowadzenie. To mnie chyba w nich (a raczej w budowie ich mózgów) fascynowało najbardziej.
Potem zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy aby na pewno zezwierzęcenie jest aż tak jednowymiarowe i dotyczy faktycznie tylko jednej grupy ludzi…

1. Animalistyczna strona w ekstremach

Szokującą była dla mnie na przykład informacja zawarta w książce „Bestia. Dlaczego zło nas fascynuje?” Borwina Bandelowa, dotycząca ofiar przetrzymywanych przez swoich oprawców w piwnicach. Okazało się, że przy pewnym stopniu wycieńczenia organizmu i nieustającego zagrożenia życia, ludzie samoistnie „przechodzą” na kierowanie się najsilniejszym instynktem, czyli instynktem przetrwania, zupełnie tak samo, jak zwierzęta. W związku z tym ofiara, która będzie codziennie gwałcona, ale równocześnie karmiona, zaczyna się powoli odklejać od wymyślonych przez człowieka kategorii, takich jak moralność, etyka czy nawet upokorzenie. Zaczyna rozumieć (choć bardziej chyba czuć, bo od intelektualizowania też się odkleja), że gwałt nie pozbawi jej życia, a jedzenie jej życie podtrzymuje. Stąd, kompletnie niezrozumiały dla osób, które się w takiej sytuacji nie znalazły, pewien rodzaj przywiązania, czasem nawet wdzięczności, a po latach też chronienia swojego oprawcy. On nie zabił. W sytuacji ekstremalnej wszystko właściwie sprowadza się właśnie do tego – do ochrony swojego życia.
Kolejnym, znanym w historii, bardzo drastycznym przykładem jest katastrofa lotu Fuerza Aérea Uruguaya 571 i podjęcie przez ocalałą, ale uwięzioną wysoko w górach głodującą załogę, decyzji o spożyciu zwłok swoich zmarłych towarzyszy podróży. Człowiek namalował sobie obraz samego siebie, w którym podjęcie takiej decyzji się po prostu nie mieści. Nikt z nas nie chciałby tak o sobie myśleć – nie chcielibyśmy uwierzyć, że gdybyśmy byli na miejscu wspomnianej załogi, postąpilibyśmy dokładnie tak samo. Jednak instynkt przetrwania jest silniejszy, niż jakiekolwiek zasady czy kodeksy.

2. Animalistyczna strona w życiu
codziennym

Na szczęście opisane wyżej sytuacje nie należą do tych najbardziej typowych i codziennych w  naszym życiu. Czy oznacza to jednak, że nie stykamy się i w nim ze swoją zwierzęcością?
Pierwszym  z brzegu przykładem na to, że kierujemy się bardzo pierwotnymi i głęboko w nas zakorzenionymi instynktami, są oczywiście wszelkie rytuały godowe. Bez względu na to, jaki mamy stosunek do posiadania potomstwa, kiedy zabiegamy o względy kogoś, kto nas pociąga, automatycznie uruchamiają się w nas instynkty związane z przetrwaniem gatunku, czyli również – choć w szerszej perspektywie – przeżyciem.
Innym przykładem jest, bardzo indywidualne i przez każdego inaczej trochę interpretowane, poczucie własnej przestrzeni. Od dziecka jesteśmy uczeni, by nie podchodzić do dużych zwierząt (np. koni czy krów) od tyłu, bo nas kopną. Przyznam szczerze, że w czasach już na szczęście dla mnie minionych, kiedy mieszkałam w dużym mieście i poruszanie się środkami komunikacji miejskiej było moją codziennością, też miałam odruch kopania, jeśli ktoś stanął za mną w odległości niemożliwej dla mnie do przyjęcia. Oczywiście niby to „przypadkiem” postawiłam zdecydowanie stopę na bucie irytującego intruza, czy też zamaszyście zaczynałam grzebać w torebce, przybliżając stanowczo swój łokieć do jego nosa. To nie był jeszcze atak – to były wyraźne ostrzeżenia. Nie zawsze do końca świadome czy przemyślane. Przemawiało przeze mnie moje własne prywatne dzikie zwierzę i odruch bronienia własnego terytorium, nazywanego przez psychologów także „bańką prywatności”. Jeśli się głębiej zastanowić, to naruszenie naszej fizycznej przestrzeni ogranicza nam możliwość ucieczki, osłabia szanse wygranej w ewentualnej walce i ma prawo wywołać poczucie bliżej niesprecyzowanego zagrożenia. A jeśli poczujemy się zagrożeni, naturalną reakcją jest obrona… być może właśnie naszego życia. Przecież tego, czego konkretnie bronimy, nie rozumiejąc, co nam zagraża, w chwili bronienia się, jeszcze nie znamy.

3. Dualizm duszy i ciała

Już od czasów Kartezjusza, filozofia interesuje się problemem tzw. dualizmu duszy i ciała. Najkrócej mówiąc, Kartezjusz twierdził, że fizyczność i umysłowość, to dwie odrębne substancje. Jedną z nich (fizyczność) można badać przy pomocy nauk przyrodniczych, a z kolei druga (umysłowość) składa się z myśli i świadomości i jest obszarem wolności. Zauważał jednak, że te dwie odrębne substancje się w człowieku łączą. Na przestrzeni lat, pogląd o dualizmie ciała i ducha podlegał przekształceniom (np. że substancja jest jedna, natomiast ma dwojakie rodzaje własności), jednak utrzymał się po dziś dzień, np. wśród kognitywistów (zwłaszcza katolickich).
Ta teoria pięknie wpasowuje się w inną – tę o wyższości i przede wszystkim odmienności ludzi od zwierząt. Dusza (choć to termin niesłychanie szeroki i niejasny) jest przecież czymś wzniosłym i pięknym, a ciało… no trudno, skoro już jest, to niech będzie.
No i tu pojawia się mój sprzeciw. Sprzeciw wobec bardzo wielu elementów składowych opisanego wyżej myślenia, ale może zacznę od początku i posłużę się swoimi, wspomnianymi już kiedyś, nNotatkami i wymyślonym przez siebie kiedyś schematem.

nNotatki, mój autorski schemat

Teorie mówiące o dualizmie ciała i ducha oraz tym, że zwierzęcość człowiekowi „nie przystoi” zakładają, że lepszą stroną człowieka jest ta „duchowa”. Problem tkwi jednak w tym, że nikt z nas nigdy nie poznał (i prawdopodobnie nie pozna) czystej duchowości, która nie byłaby ograniczona ciałem. Skąd więc pewność, że gdyby faktycznie istniała, byłaby lepsza?
Ciało bez nie-ciała rzeczywiście może istnieć. Przykładami są wszelkie zaburzenia emocji, niskie IQ, czy brak umiejętności odróżnienia dobra od zła. Nie znamy jednak żadnych przykładów na potwierdzenie tezy, że nie-ciało może funkcjonować bez ciała! (W końcu nawet pełny paraliż nie neguje istnienia ciała.)
A to, co każe nam myśleć, że czysto cielesne popędy są gorsze od duchowych (wierzę, że błąd tkwi w ogóle w jakimkolwiek wartościowaniu ich), to nasze myśli i przekonania, czyli innymi słowy projekcje naszych mózgów. Mózg natomiast jest jak najbardziej namacalnym, fizycznym organem, z całą pewnością należącym do naszego ciała, choć wytwarzającym przestrzeń, którą interpretujemy jako duchową.

4. Co autor chciał powiedzieć?

Podsumowując ten tekst, chciałabym zaznaczyć, że nie zależy mi na tym, by kogokolwiek do czegokolwiek przekonać. Rzadko zresztą kiedy mi na tym zależy. Celem było podzielenie się swoim sceptycznym podejściem do wielkich słów, takich jak:

  • moralność
  • sumienie
  • człowieczeństwo (w znaczeniu, jakie temu słowu nadaliśmy)

Zawsze i w każdej sytuacji oczywiście warto być przyzwoitym, zawsze trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny i w razie możliwości jak najlepiej przewidywać skutki swoich działań. Jednak – jako zwierzęta – posiadamy też instynkty, które w sytuacjach ekstremalnych zawsze będą odgrywały najważniejszą rolę, nieważne jak byśmy chcieli wierzyć, że jednak odegra ją moralność czy nasz honorowy kodeks. A te instynkty – jeśli się uprzeć, że zwierzęta nie mają duszy – przypominają nam o naszej przynależności do świata zwierząt i świata fizyczności (cielesności). I jeśli możemy naprawdę mądrze wykorzystać swoją większą od innych gatunków samoświadomość, pamiętajmy, że naprawdę niemoralne jest ocenianie zachowań wynikających z najbardziej pierwotnej, zapisanej w nas potrzeby ochrony swojego życia.

To, że jesteś paranoikiem, nie znaczy, że nie chcą cię dorwać

fot. Nika Zamięcka

To cudowne zdanie miał ponoć powiedzieć nieodżałowany Kurt Cobain.

To, że jesteś paranoikiem,
nie znaczy, że nie chcą cię dorwać.

– Kurt Cobain

W momencie, w którym je usłyszałam – a byłam wtedy nastolatką – spodobało mi się tak bardzo, że stało się od razu moim mottem (i zawisło na drzwiach mojego pokoju). Rozumiałam je chyba odrobinę inaczej, niż dziś, jednak nadal uważam, że jest fenomenalne na bardzo wielu płaszczyznach.
Kiedyś bardzo mocno odczuwałam kontrę ja-reszta świata. Bardzo też było dla mnie ważne dowiedzenie, że to ja mam rację, bo zakładałam, że w każdym sporze ktoś musi mieć rację, by nie mieć jej mógł ktoś. Zacytowane więc powiedzenie Cobaina uznawałam za przyznanie mi racji. Gdy świat próbuje mi wmówić, że jestem wariatką, obiektywna prawda okazuje się taka, że jacyś oni naprawdę chcą mnie dorwać. Oczywiście cały czas traktowałam i traktuję to powiedzenie czysto metaforycznie. W każdym przejawie swojej inności pocieszałam się tym, że to nie ze mną coś jest nie tak, tylko z resztą świata.
Dziś rozumiem może więcej, a może tylko inaczej. Czuję, że w kontrze ja-reszta świata jedynym czynnikiem, na który mam wpływ, i na którym się powinnam skupić, jestem ja sama. Świat zostawiam w spokoju, choć nie wykluczam, że szaleństwo może być po jego stronie.
Wierzę, że te dwie przestrzenie – ja i świat – istnieją równolegle obok siebie i choć czasem się przenikają i na siebie wpływają (tak, to działa w dwie strony oczywiście), są jednak odrębne. Tak więc nie ma znaczenia, czy chcą, czy nie chcą nas dorwać, ma znaczenie, czy faktycznie jesteśmy paranoikami. I – jeśli tak – co z tym zrobimy, by nie przysparzać cierpienia ani sobie, ani innym. Moja parafraza słów Cobaina brzmiałaby więc tak:

To, że jesteś paranoikiem, nie znaczy ani że nie chcą cię dorwać, ani że chcą to zrobić. To, że jesteś paranoikiem, znaczy tylko tyle, że nim jesteś, a świat bez względu na twoją paranoję zawsze będzie dosyć przerażający,  choć w tej sytuacji to naprawdę nie jest twój największy problem.

P.S. A na deser moja ulubiona piosenka Nirvany z cudownym tekstem Kurta Cobaina.

My kobiety powinnyśmy się wspierać

fot. Valantis Nikoloudis

1. Ofiara = człowiek

W kilku ostatnich wpisach („Wszyscy jesteśmy językoznawcami i językoznawczyniami” oraz „8 kobiet na 8 marca”) wspominałam, że nie przepadam za epatowaniem płcią i że nie uważam, że moja płeć mnie definiuje (co nie znaczy oczywiście, że mam z nią problem). Kiedy po raz kolejny usłyszałam w kontekście, który mnie zaniepokoił, że „my kobiety powinnyśmy się wspierać”, postanowiłam rozwinąć swoje stanowisko w tej sprawie i przede wszystkim zwrócić uwagę na zagrożenia, jakie w nadmiernym identyfikowaniu się z płcią widzę.
Skandale, które w ostatnim czasie wyszły na światło dzienne w Hollywood i związana z nimi akcja hasztagowa, która ujawniła wstrząsającą skalę problemu molestowania seksualnego nie tylko w tym środowisku, ale na całym świecie, sprawiły, że w powszechnej świadomości pojawił się jakiś niepokojący znak równości między „ofiarą” a „kobietą”. (Swoją drogą, musiałam przegapić moment, w którym media tradycyjne oraz społecznościowe przejęły kompetencje policji i prokuratury.) Tymczasem w moim głębokim przekonaniu ofiara nie powinna mieć ani płci, ani rasy. Jest człowiekiem, który w jakiejś sytuacji przegrał nierówną walkę ze zniewagą, przemocą i złem, jest zaatakowaną stroną słabszą, więc naszym ludzkim obowiązkiem jest stanąć w jego obronie. Po prostu.
Zupełnie niezależnym ode mnie zrządzeniem losu urodziłam się kobietą. Jednak jak ktoś mnie namawia – w związku z debatą publiczną na temat formy przemocy, jaką jest molestowanie – by

wspierać inne kobiety,

to mam ochotę nim potrząsnąć i spytać, czy w ogóle słyszy to, co mówi. Nie widzę żadnego racjonalnego powodu, by w przypadku konfrontacji z jakimkolwiek złem, nagle zacząć wspierać tylko jedną płeć. Co więcej, uważam, że to niemoralne, bo wsparcie należy się przede wszystkim ofiarom. To zupełnie tak samo, jakby spośród ofiar każdej przemocy zasugerować mi wspieranie jedynie białych heteroseksualnych kobiet o niebieskich oczach i blond włosach, bo sama jestem jedną z nich. Obrzydliwy pomysł, który w samej swojej esencji niewiele się różni od przemocy, z którą deklarujemy walkę. Ofiarami przemocy (w tym wypadku molestowania) nie padają przecież jedynie kobiety – są to również dzieci oraz mężczyźni, choć ci ostatni trochę rzadziej. Teraz warto się przez chwilę zastanowić, czy pominięcie tej grupy dlatego, że jest mniejszością, nie nosi znamion dyskryminacji właśnie.

2. Oprawca = człowiek

Choć możemy się zarzekać, że to tylko taki „skrót myślowy”, że umiemy przecież odróżnić zwyrodnialca od przyzwoitego przedstawiciela tej samej płci, co ten pierwszy, jednak, chciał nie chciał, trochę poza naszą wolą, jeśli zaczniemy zamiast słowa „ofiara” używać słowa „kobieta”, automatycznie po drugiej stronie barykady pojawi się w naszej podświadomości słowo „mężczyzna” i tutaj widzę duże niebezpieczeństwo. Oprawca również nie powinien mieć ani płci, ani rasy. Jest człowiekiem, który dopuścił się haniebnego nadużycia siły i władzy wobec osoby od siebie słabszej, i wszelkie takie nadużycie powinno być napiętnowane. Oprawca, który jest kobietą, osobą duchowną czy dzieckiem, nadal jest oprawcą.
Dodatkowo statystyki kryminalistyczne jasno wskazują, że około 60% sprawców molestowania i gwałtów, to mężowie lub partnerzy oraz członkowie najbliższej rodziny ofiary. Czy jednak komukolwiek z nas przyszłoby do głowy, że dorzeczne jest użycie „skrótu myślowego” typu używanie wymiennie ze słowem „oprawca” słów: „mąż”, „partner”, „wujek”? Choć statystyki mogłyby to z powodzeniem uzasadnić, to przecież próżno szukać przyczyny przemocy w instytucji małżeństwa, miłości (!) czy więzach krwi! Tak samo jak próżno jej szukać w płci.

3. My ofiary

Niebezpieczeństwo, o którym piszę wyżej, widzę też w użyciu słowa „my”, bo jego funkcją jest z jednej strony zbudowanie wspólnoty („my kobiety”), a z drugiej, o czym już wspominałam, przeciwstawienie tej wspólnocie innej grupy („jacyś oni”). W tej sytuacji będą to automatycznie „oni mężczyźni”, co jest bardzo krzywdzące, bo przecież nie każdy mężczyzna jest gwałcicielem czy molestatorem.
Użyte w tytule sformułowanie byłoby więc akceptowalne dla mnie w formie: „my ofiary powinnyśmy się wspierać”, bo:

a) choć oczywiście nie każdy z nas był na szczęście w swoim życiu ofiarą, jednak ci, którzy byli, mają w moim odczuciu jeszcze większy moralny obowiązek wspierać osoby, z którymi łączą ich podobne traumatyczne doświadczenia;

b) każdy zdrowy emocjonalnie człowiek, niezależnie od swoich własnych doświadczeń, powinien solidaryzować się przez współczucie z ofiarami („my ofiary”);

c) naturalna kontra dla „my ofiary” to „oni oprawcy” i dopiero takie słowa w pełni poświadczają prawdę.

4. My ludzie

Choć temat przemocy domowej jest mi niestety nieobcy (doświadczyłam jej już w dorosłym i samodzielnym, oczywiście, życiu) i z pełnym przekonaniem mogłabym się podpisać pod sformułowaniem:

my ofiary powinnyśmy się wspierać,

to jednak jeszcze mocniej przekonują mnie słowa:

my ludzie powinniśmy się wspierać.

Przede wszystkim dlatego, że dopiero w nich widzę wystarczającą dozę miłosierdzia. I ofiara, i oprawca należą do tego samego gatunku ludzkiego, który z założenia nie powinien być nam obojętny. Bycie oprawcą wymaga wyraźnego napiętnowania – bycie człowiekiem zakłada możliwość zmiany jakiegoś swojego niekwestionowanie haniebnego zachowania. Nie zapominajmy też o tym, że w większości przypadków oprawca występuje w podwójnej roli – i oprawcy, i ofiary. Prawdopodobnie właśnie dlatego, że – o czym wyżej:

ofiara = człowiek

oprawca = człowiek

Naprawdę nie muszę być ani kobietą, ani mężczyzną, ani dziewczynką, ani chłopcem, ani w swoim własnym życiu ofiarą, ani osobą białą, ani czarnoskórą, ani wyznawcą konkretnej religii, ani osobą konkretnej narodowości czy orientacji seksualnej, by głęboko współczuć wszystkim ofiarom każdej przemocy. Mocno wierzę, że skoro ja nie muszę, to również nikt inny także nie musi.
Wspierajmy się, bo wszyscy jesteśmy ludźmi.

5. Źle użyta metonimia

P.S. Chciałabym być dobrze zrozumiana – są oczywiście tragedie, w których wspieramy te konkretne ofiary (a nie wszystkie ofiary podobnej tragedii), bo to, co się stało, nie mieści się nam w głowie. Łączymy się w bólu z konkretnymi rodzinami – przykładem był zamach na redakcję tygodnika „Charlie Hebdo” w Paryżu i slogan Je suis Charlie. Nikt nie przywoływał wtedy wszystkich rodzin wszystkich ofiar zamachów terrorystycznych – skupiliśmy się w swoim wsparciu i szoku tylko na tym wydarzeniu. Sęk w tym, że analogiczna sytuacja byłaby wtedy, gdyby jedna pani lub kilka pań wyznało, że było molestowanych, a reszta świata odpowiedziałaby „jesteśmy z wami, drogie [konkretne] panie” (no i „jesteśmy” = oczywiście „my ludzie”). Tu jednak dzieje się coś innego – tragedia kilku pań uruchomiła wśród ludzi potrzebę użycia metonimii, czyli w tym wypadku zastąpienia części całością. Problem w tym, że za całość została tu wzięta po prostu nieco większa część. Molestowane kobiety, choć mogły zostać głosem wszystkich molestowanych ludzi, zostały głosem tylko ich części – pozostałych molestowanych kobiet. I to właśnie uważam za największe nieporozumienie.

10 mężczyzn na 10 marca

[Tak, jak w poprzednich wpisach, dzisiejszy również zawiera spis treści, który ułatwi szybkie poruszanie się po tekście, gdyby ktoś chciał do któregoś fragmentu po przeczytaniu całości wrócić.]

    Spis treści:

  1. Wstęp
  2. Keith Flint
  3. Michael Jackson
  4. Kurt Cobain
  5. Władysław Hasior
  6. Vladimir Nabokov
  7. David Lynch
  8. Jeremi Przybora
  9. Demetrio Stratos
  10. Stanisław Dróżdż
  11. Jeffrey Dahmer

1. Wstęp

Wspaniale się składa, że właśnie dziś wypada Dzień Mężczyzn, bo mam szansę przedstawić – dla równowagi po ostatnim wpisie z okazji Dnia Kobiet – sylwetki wspaniałych, inspirujących mężczyzn, którzy istotnie wpłynęli na moje życie i myślenie. Tak jak poprzednio, nazwiska uporządkowane są w kolejności chronologicznej.

2. Keith Flint

Muzyka zespołu The Prodigy towarzyszyła mi od najmłodszych lat, kiedy tata po raz pierwszy przywiózł mi z zagranicy ich płytę (w tamtych czasach jeszcze na kasecie). Co ciekawe, ćwierć wieku później muszę przyznać, że ta muzyka ani trochę się nie zestarzała, no ale tata zawsze miał bardzo wysmakowany muzyczny gust.
Zawsze szanowałam Liama Howletta – mózg zespołu, byłam onieśmielona urodą Maxima Reality, ceniłam Leeroy’a Thornhilla, choć „znałam” go właściwie najmniej, jednak tylko jeden członek zespołu stał się od razu moim pierwszym poważnym ideałem mężczyzny – był nim Keith Flint. Szalony, inteligentny, utalentowany, przystojny (ten dziwny przypadek mężczyzny, którego osobiście wolę w makijażu), dowcipny, pełen pasji, mający pomysł na siebie i równocześnie wielki dystans do siebie. Jedną z moich ulubionych anegdot z nim związanych jest ta opisana przez Martina Roacha w książce „The Prodigy. Elektroniczny Punk”. Na jednym z lotnisk u Keitha znaleziono narkotyki. Po raz kolejny… Znudzony celnik spytał:

– Musisz brać narkotyki, żeby wykonywać swoją pracę?
– Nie, ale musiałbym je brać, gdybym wykonywał twoją – odparł Keith.

– Martin Roach „The Prodigy. Elektroniczny Punk”

Keithowi Flintowi zawdzięczam to, że stał się dla mnie na dosyć wczesnym etapie mojego rozwoju pierwszym modelem mężczyzny kompletnie różnego od mojego taty (choć równocześnie bardzo przez niego cenionego), z którym jednocześnie się utożsamiałam i który mnie fascynował, ciągle zapewniając o tym, że inność jest naprawdę fajna i porywająca.
Thank you, Keith!

3. Michael Jackson

Michael był moim jedynym idolem w prawdziwym tego słowa znaczeniu, co jest o tyle może dziwne, że akurat pop nigdy nie był gatunkiem mojego pierwszego wyboru. Oprócz tego, że wzruszał mnie niewiarygodny talent tego człowieka i uwielbiałam jego płyty (zwłaszcza „Dangerous”), fascynował mnie również tym, że był niesamowitą mieszanką wszystkiego, co najbardziej pociągające w: mężczyźnie, kobiecie, dziecku, osobie białej i czarnoskórej. To było aż niebywałe, ile mieścił w sobie barw i piękna.
Momentem przełomowym było dla mnie pójście na jego koncert w Warszawie w 1996 roku (ten jeden pamiętny raz, kiedy nie pojawiłam się na inauguracji Warszawskiej Jesieni), a potem przejechanie pod hotel, w którym się zatrzymał i… zobaczenie go na wyciągnięcie dłoni. Co prawda Warszawy nie spowijał jeszcze aż taki smog, a on przybył pod hotel w masce, ale widok nawet samych jego (naprawdę wyjątkowej urody) oczu z bliska był czymś, czego nie zapomnę do końca życia.
Mimo że wychowałam się w artystycznym domu i stykałam się z najwybitniejszymi tego świata osobiście już od najmłodszych lat (Iannis Xenakis ofiarował mi japońską laleczkę i przedziwne anyżowe czekoladki, siedząc na kolanach Tadeusza Łomnickiego, zadałam mu intrygujące mnie bardzo pytanie: „jak dokładnie wszedł do telewizora”, bo go tam parę dni wcześniej widziałam, państwo Lutosławscy zaopatrzyli w meble cały mój domek dla lalek, a od Władysława Hasiora dostałam całe mnóstwo zdekompletowanych zabawek i koralików), więc byłam do tego w pewnym sensie przyzwyczajona, zobaczenie Michaela Jacksona z bliska wpędziło mnie w dwutygodniowy stupor dysocjacyjny.
Zawdzięczam Michaelowi przede wszystkim niesamowite emocje i pokazanie mi, jak piękną można mieć więź z osobą, której się osobiście nie zna, dzięki jej talentowi i naszej na niego wrażliwości.
Thank you, Michael!

4. Kurt Cobain

Do Nirvany i Kurta Cobaina musiałam dojrzeć. Nadal nie uważam, że jest to zespół muzycznie doskonały, ale nie do końca o doskonałość w nim chodzi. Piękne, głębokie, mądre i przepełnione bólem teksty Cobaina bardzo mnie do niego przekonały, a potem zaczęło mnie coraz bardziej intrygować, co się kryje za tymi inteligentnymi, smutnymi oczami.
Kurtowi Cobainowi zawdzięczam przede wszystkim piosenkę „Dumb” i jej poruszające słowa, które raz na zawsze zmieniły coś w moim postrzeganiu świata i poezji.
Thank you, Kurt!

5. Władysław Hasior

O czym już tu wielokrotnie wspominałam, Władysław Hasior plasował się w czołówce moich ulubionych dorosłych. Dorastałam w domu, w którym były jego prace, w tym moja ukochana – prezent ślubny moich rodziców od Hasiora – przedstawiająca dwa kopulujące robaki. Mama niestety nigdy nie podzieliła mojego entuzjazmu dla tego akurat dzieła oraz jego kontekstu.
Prawie każdy mój przyjazd do Zakopanego w dzieciństwie (mieszkam tu na stałe dopiero od ośmiu lat), był związany z odwiedzeniem z tatą Galerii Hasiora, a potem samego Hasiora w jego mieszkaniu nad Galerią. Warto przypomnieć układ samej galerii: jej przestrzeń jest otwarta na wysokość parteru oraz pierwszego piętra. Na dole mieści się sala główna, w której jest ekspozycja stała (tylko dzieła Hasiora), a na górze, gdzie wystawiane są ekspozycje czasowe prac różnych twórców, wąski korytarz z balustradą prowadzi do drzwi lokalu, który zamieszkiwał Władysław Hasior. Nigdy nie był oczywiście dostępny dla zwiedzających, a dziś już pewnie ma nowe przeznaczenie. Mistrz czasem oglądał zwiedzających z góry, zza balustrady.
Był niesłychanie ciepłym, serdecznym i fajnym człowiekiem. Pamiętam, że zawsze sączył góralską herbatkę z prądem (nie mam stuprocentowej pewności co do herbatki, ale na pewno zawsze był tam prąd) i dużo się uśmiechał. Do mojej ulubionej części takiej wizyty należał zawsze moment, w którym Hasior otwierał małe drzwiczki na środku mieszkania, prowadzące w dół (układ tego miejsca był naprawdę przedziwny) do krainy skarbów, czyli czegoś w rodzaju piwnicy, gdzie składowane były zdekompletowane zabawki. Mogłam oglądać wszystko, natomiast to, co pan Władysław pozwalał mi sobie wziąć do domu, znajdywało się tylko na jednym stole. Zasady były bardzo proste i przejrzyste i niezwykle mi się podobały.
Do tego, choć byłam dosyć mała (miałam pewnie nie więcej, niż dziesięć lat), zakochałam się w jego pracach od pierwszego wejrzenia. Uwielbiałam ducha tej galerii, przejmującą twórczość Hasiora (od zawsze moją ulubioną jego pracą był Sztandar Niobe), idealnie dobraną do ekspozycji muzykę, która również się do dziś nie zmieniła.
Władysławowi Hasiorowi zawdzięczam ogromny wkład w budowanie mojej wrażliwości i poczucia piękna.
Panie Władysławie, dziękuję!

P.S. Mistrz zmarł dokładnie w dniu moich czternastych urodzin…

6. Vladimir Nabokov

Każdy z nas ma na pewno z okresu dzieciństwa niechlubny epizod myszkowania po „zakazanych”, mniej lub bardziej medycznych, książkach z kolekcji rodziców lub wujków, schowanych na teoretycznie niedostępnych dla nas półkach. Mój skończył się odkryciem jednej z największych miłości życia – Vladimira Nabokova, ale po kolei.
Moja „zakazana” pozycja składała się z części ilustracyjnej, której z powodzeniem można by nadać tytuł „Praktyczny przewodnik poruszania się po buszu” oraz tekstowej. Pierwszą odrzuciłam na wstępie z przyczyn estetycznych, natomiast druga zaintrygowała mnie przepięknym cytatem. Można się było domyślić, że cytat dotyczy intymnego zbliżenia dwóch osób, ale był tak niewiarygodnie subtelny, idealny językowo i działający na zmysły samą formą, że kwestia tego, co dokładnie opisywał, pozostawała w sferze wyobrażeń. Pod cytatem był podpis, który brzmiał mniej więcej tak (cytuję oczywiście z pamięci): „można by ten fragment uznać za przepiękną romantyczną literacką wizję stosunku seksualnego, gdyby nie fakt, że Vladimir Nabokov opisał w ten sposób w Lolicie akt samogwałtu czterdziestoletniego mężczyzny, dokonanego przy pomocy skarpetki należącej do dwunastolatki, o której fantazjował”. I wtedy właśnie nastąpił strzał Amora. Niemal na własne oczy zobaczyłam Kupidyna z łukiem! ❤
Wiedziałam, że muszę przeczytać „Lolitę” i lepiej poznać kogoś, kto pisze nie tylko TAKIE rzeczy, ale jeszcze kto TAK je pisze!
Jak wspominałam wcześniej, „Lolita” bardzo mocno namieszała w moim życiu i na pewno byłabym bez niej zupełnie inną osobą. Długi czas bałam się sięgnąć po inne książki Nabokova, mając poczucie, że nie da się już napisać nic lepszego, a ja go wolę zapamiętać właśnie takiego. Na szczęście w jakimś emitowanym dawno temu programie o książkach Wojciech Waglewski namówił mnie do sięgnięcia po rewelacyjne „Zaproszenie na egzekucję” i od tamtej pory przeczytałam większość dostępnych w języku polskim książek tego autora. Myślę, że to najlepszy pisarz w historii literatury w ogóle!
Vladimirovi Nabokovovi zawdzięczam zrozumienie, że plastycznie, pięknie i z klasą można pisać absolutnie na każdy temat, a najwięcej opowiedzieć można samą formą.
Спасибо, Владимир!

7. David Lynch

David Lynch jest królem nieoczywistości, więc nie mogło go zabraknąć na mojej dzisiejszej liście. Niebanalność (choć to raczej eufemizm) jego filmów oraz ogromne pole do interpretacji, jakie zostawia swoim odbiorcom, to rzeczy, za które cenię go najmocniej.
Davidowi Lynchowi zawdzięczam przede wszystkim jeden z najbardziej przełomowych filmów w moim życiu, czyli „Zagubioną autostradę”. Wyjątkowo urzekły mnie „Mulholland Drive” i „Dzikość serca”, jednak „Zagubiona autostrada” ukształtowała moje postrzeganie kobiecości i siebie samej.
Thank you, David!

8. Jeremi Przybora

Rzadko kiedy miewam do losu o cokolwiek pretensje, ale jak pewnego pięknego dnia usłyszałam od swojego taty:

Gdybym wiedział, że tak pokochasz twórczość Jeremiego Przybory,
poznałbym was ze sobą

– słowa, które powiedział mi tata pewnego pięknego dnia

to się odrobinę załamałam… (Nawiasem mówiąc, smutne jest też sobie uzmysłowić, że z opisywanej przeze mnie dziesiątki panów, żyje tylko dwóch.)
Choć w pamięci tzw. przeciętnego odbiorcy rolę „świetnego tekściarza” odgrywa po dziś dzień Agnieszka Osiecka (czego nigdy nie rozumiałam i już pewnie nie zrozumiem), mamy w historii tekstów polskiej muzyki rozrywkowej prawdziwą perłę w postaci twórczości Jeremiego Przybory. To, w jaki sposób Przybora władał piórem, jego niewymuszona elegancja, ale i przecież spora szczypta pikanterii, porywający dowcip, niesłychany urok i niewiarygodna wręcz świadomość językowa, to ewenement na skalę wszystkich polskich tekstów rozrywkowych w ogóle!
Jeremiemu Przyborze zawdzięczam przepiękną przygodę z Kabaretem Starszych Panów (był taki czas, kiedy nie dało się mnie zagiąć na żadnej piosence Kabaretu – znałam je wszystkie, wraz ze wszystkimi zwrotkami i wersjami, na pamięć) i rozsadzającą mnie dumę, że to właśnie w Polsce urodził się Nabokov tekstów piosenek rozrywkowych.
Panie Jeremi, dziękuję!

9. Demetrio Stratos

Ten niezwykle intrygujący niespotykanej urody multiinstrumentalista, badacz muzyki, wokalista i tekściarz grecko-włoskiego pochodzenia (urodzony w Egipcie) trafił do mojego serca jednym, zupełnie niesamowitym utworem – „Le sirene”.

Choć słyszałam w życiu mnóstwo utworów kwadrofonicznych, to, co Stratos zrobił w „Le sirene” z przestrzenią i relacją dźwięku do (uszu) słuchacza, przerosło moje najśmielsze oczekiwania i raz na zawsze zmieniło moją wizję zagospodarowania przestrzeni słuchacza w mojej własnej muzyce.
Demetriosowi Stratosowi zawdzięczam pokazanie mi kompletnie nowej i fascynującej perspektywy, a także opowiadanie „W rybich łuskach”, które napisałam zainspirowana tym jego utworem.
Σας ευχαριστώ, Δημήτριο!

10. Stanisław Dróżdż

Jak już pisałam w tekście „Językowe obserwacje”, twórczość Stanisława Dróżdża i poezję konkretną w ogóle odkryłam stosunkowo późno i od razu się w nich zakochałam. Dokładnie dwa miesiące przed terminem oddania pracy magisterskiej na studiach (a wbrew obowiązującym dziś trendom oddawałam ją pod koniec piątego roku studiów), kiedy utknęłam w ślepym zaułku w analizie tekstów Jeremiego Przybory, która miała być pierwotnym moim tematem, znakomita polska malarka, Zofia Broniek, pokazała mi twórczość Dróżdża, dla której zupełnie straciłam głowę. Z duszą na ramieniu przyszłam na seminarium magisterskie do mojego promotora, profesora Krzysztofa Kłosińskiego, i powiedziałam:

– Panie profesorze, mam dla pana wstrząsającą wiadomość.
– Napisała już pani całą pracę?!
– Gorzej – zmieniłam jej temat i zaczynam od początku, ale muszę
ją złożyć w pierwotnie wyznaczonym terminie… Za dwa miesiące.
– W takim razie proszę nie marnować czasu i zdążyć!

– rozmowa z promotorem idealnym, profesorem Krzysztofem Kłosińskim

Stanisławowi Dróżdżowi zawdzięczam te dwa najpiękniejsze miesiące mojego życia, przez które pisałam swoją pracę (i zdążyłam, dodatkowo zostając za nią wyróżniona!). Odkrywałam tę nową dla siebie, wciągającą, świeżą, poruszającą, głęboką, doskonałą Sztukę, równocześnie pisząc własną jej interpretację. Bardzo intensywny czas, który mnie ukształtował i przekonał, że wszystko naprawdę jest w języku. Że to nie moje przypuszczenie, tylko najprawdziwsza prawda. Zrozumiałam, że jestem wyznawcą języka, a Stanisław Dróżdż stał się moim doskonałym nauczycielem.
Panie Stanisławie, dziękuję!

P.S. Fragmenty mojej magisterki będę zamieszczać sukcesywnie na blogu – będą dostępne w kategorii Recenzje sztuk plastycznych oraz pod tagiem: Stanisław Dróżdż.

11. Jeffrey Dahmer

Ponieważ od zawsze temat samotności, poczucia odrzucenia i tęsknoty za bliskością nie był mi obcy, ogromnie poruszyła mnie historia zagubionego mężczyzny, który z tych właśnie powodów zdecydował się zamordować siedemnastu mężczyzn w różnym wieku (najmłodsza ofiara była niepełnoletnia), dopuścić się aktu nekrofilii na zwłokach i następnie je spożyć.
Ta strona mnie, w której już dawno temu rozgościł się na stałe Michał Fajbusiewicz, była zupełnie zafascynowana historią Dahmera (choć fascynacja ta oczywiście oscylowała na granicy przerażenia i współczucia). Tym bardziej, kiedy zaczęłam oglądać wywiady z nim i zrozumiałam, że choć był psychopatą i jak każdy psychopata miał ogromny talent manipulatorski, to jednak był też w pełni świadomy tego, czego się dopuścił, i potrafił z honorem ponieść konsekwencje swoich działań, nie zrzucając winy na innych (jak np. wręcz karykaturalny pod tym względem Ted Bundy). Dosyć mocno mnie co prawda rozczarował przyznaniem, że przeszedł na kreacjonizm, ale więzienie na pewno nie oddziałuje dobrze na żadną psychikę, a zwłaszcza tak zwichrowaną, jak jego.
Jeffrey’owi Dahmerowi zawdzięczam utwierdzenie mnie w przekonaniu, że nic nie jest do końca takie, na jakie wygląda, a w najstraszniejszych i najtrudniejszych do zrozumienia zbrodniach nigdy tak naprawdę – wbrew powszechnej opinii – nie mamy do czynienia z tylko jedną ofiarą.
Thank you, Jeffrey!

🌻🌻🌻 Wszystkim Panom w dniu ich święta składam najserdecznNiejsze życzenia, do których również dołączam piosenkę. Długo zastanawiałam się, którą wybrać, aż sobie uzmysłowiłam, że skoro Paniom wpis wcześniej zadedykowałam „Queen” Jessie J, to – żeby pozostać w klimatach królewskich – Panom podaruję dziś „Princes Of The Universe” wspaniałego i niepowtarzalnego zespołu Queen. I wy nućcie sobie codziennie – na przykład przy goleniu – te słowa, bo przecież są prawdziwe: 🌻🌻🌻

Here we are, born to be kings
We’re the princes of the universe

– Freddie Mercury

8 kobiet na 8 marca

[Ponieważ dzisiejszy wpis znów jest dość długi, postanowiłam zrobić mu mały spis treści, który ułatwi szybkie poruszanie się po tekście, gdyby ktoś chciał do któregoś fragmentu po przeczytaniu całości wrócić.]

    Spis treści:

  1. Wstęp
  2. Astrid Lindgren
  3. Lolita
  4. Björk
  5. Naomi Campbell
  6. Anohni
  7. Melody Beattie
  8. Laurie Anderson
  9. Iyanla Vanzant

    • 1. Wstęp

    • Muszę zacząć od tego, że nie jestem zbytnią entuzjastką nadmiernego epatowania swoją płcią. Wierzę, że w pierwszej kolejności wszyscy jesteśmy ludźmi, a płcie – choć w sytuacjach prywatnych niezwykle istotne – nie powinny mieć żadnego znaczenia ani w debacie publicznej, ani sytuacjach oficjalnych. Dziś jednak zrobię mały wyjątek i skupię się tylko na paniach. Z uwagi na dzisiejszą datę i obchodzone święto – 8 marca, Dzień Kobiet – postanowiłam wytypować osiem kobiet ze świata szeroko pojętej popkultury, które mnie ukształtowały i poświęcić im ten wpis. Osiem kobiet, które swoją twórczością, działalnością czy osobowością wpłynęły na mnie na tyle mocno, że mogę z czystym sumieniem powierzyć im część odpowiedzialności za to, kim w tej chwili jestem.
      Rzecz jasna, jest dużo więcej kobiet, które podziwiam, choćby Maria Skłodowska-Curie (nie tylko za to, że była dwukrotną laureatką nagrody Nobla, co oczywiste, ale też za niewiarygodną siłę, determinację i osiąganie swoich pięknych celów, mimo wielkich życiowych tragedii, które się jej przytrafiły) czy Pamela Anderson (wobec której stwierdzenie, że mnie „ukształtowała” byłoby jawnym nadużyciem, ale na pewno na jej ukształtowanie nie pozostałam nigdy obojętna). Jednak skoro sama postanowiłam dziś ograniczyć swoją listę ważnych kobiet do ośmiu punktów, zdecydowanie będzie ona wyglądać tak jak poniżej. (Nazwiska uporządkowane są w kolejności chronologicznej.)

      2. Astrid Lindgren

      Mimo ogromnego zabiegania mojego taty i tego, że prawie ciągle był w rozjazdach (pracował etatowo w trzech miastach), we wczesnej fazie mojego dzieciństwa spędzał ze mną naprawdę dużo czasu, regularnie mi czytając. Jednymi z pierwszych „poważniejszych” książek tego okresu były dla mnie cudowne powieści Astrid Lindgren, takie jak: przeurocze „Dzieci z Bullerbyn”, wszystkie szalone przygody Pippi Långstrump, „Emil ze Smalandii”, „Braciszek i Karlsson z dachu”, „Lotta z ulicy Awanturników” czy chyba najbardziej przełomowa powieść mojego dzieciństwa – „Ronja, córka zbójnika”. Większość z tych książek przeczytał mi tata, zanim sama opanowałam tę umiejętność, a potem – już samodzielnie – czytałam je po raz drugi, a czasem i trzeci.
      Astrid Lindgren zawdzięczam rozsmakowanie w inteligentnym, niesamowicie plastycznym pisaniu, rozbudzenie mojej wyobraźni, no i stworzenie mi fantastycznego towarzystwa w najmłodszych latach. Nigdy nie przepadałam za rówieśnikami i traktowałam ich trochę jak zło konieczne, więc fajnie było wracać po szkole do lektury, w której czekała na mnie zawsze wesoła i niebanalna gromadka szwedzkich urwisów.
      Tack, Astrid!

      3. Lolita

      Lolita, choć jest postacią fikcyjną, stworzoną przez mężczyznę, namieszała w moim życiu nie mniej, niż niejedna kobieta z krwi i kości, wywracając do góry nogami na wiele lat moje poczucie wartości oraz myślenie o relacjach damsko-męskich. Ta bezczelna, rozkapryszona, zepsuta do cna, bezwzględna i brutalna dwunastoletnia nimfetka wodząca za nos i owijająca sobie wokół palca biednego Humberta Humberta, z którym się od zawsze utożsamiam, chciał nie chciał, odcisnęła ogromne piętno na całym moim życiu. Nigdy jej nie lubiłam, choć zawsze rozumiałam pożądanie, które może wzbudzać. Nigdy jej nie szanowałam, choć zawsze doceniałam magnetyzm, jaki w sobie miała.
      Zawdzięczam jej opaczną interpretację zagadnienia kobiecości w ogóle i kobiecości w sobie. Choć z drugiej strony, gdyby nie to, być może, nie mając czego w późniejszym życiu zanegować, docelowo nie umiałabym – choć drogą krętą i wyboistą – dojść w końcu do zrozumienia siebie jako kobiety…
      Thank you, Lo!

      4. Björk

      Mniej więcej równolegle z Lolitą, z impetem weszła do mojego życia Björk. Poznałam ją być może jeszcze zanim przeczytałam „Lolitę”, przy okazji jednego z albumów, który do tej pory jest w czołówce moich ulubionych w ogóle, czyli płyty „Debut”. Zachwyciła mnie świeżością, bezkompromisowością i kompletnym wymknięciem się jakiemukolwiek łatwemu zaszufladkowaniu (choć po latach okazało się, że „Debut” był najbardziej popową płytą w jej karierze). Wtedy jednak nie wiedziałam, że znajdzie w moim sercu specjalne miejsce, w którym się rozgości na dobre i że ukierunkuje moje myślenie o tworzeniu własnej muzyki. Jej „Biophilię” uważam za jedno z największych arcydzieł w historii popkultury.
      Zawdzięczam Björk mnóstwo wzruszeń, z którymi zawsze był dla mnie związany odbiór jej niesamowitej muzyki. Nie wszystko było mi jednakowo bliskie, ale zawsze szanowałam to, że jest jej i że jest w tym niewyobrażalnie uczciwa i bezkompromisowa. Zawdzięczam jej również wyhodowanie w sobie niezachwianej wiary w to, że trzeba muzycznie robić swoje w pełnym tego słowa znaczeniu, patrząc zawsze w przód, czyli na artystyczną jakość i wyższy wymiar, jakim jest Sztuka, a nie wstecz, czyli na szeroko rozumianą popularność, odbiorców czy sprzedaż. Niech liczby pozostaną tam, gdzie ich miejsce, czyli np. w metrum.
      Þakka þér, Björk!

      P.S. A tu Björk, która mówi dokładnie to, co myślę na temat dzielenia ludzi na płcie („kobietą jestem dopiero na jakimś dziesiątym miejscu”):

5. Naomi Campbell

Naomi Campbell po raz pierwszy zobaczyłam w teledysku Michaela Jacksona „In The Closet” i ją z miejsca oczywiście znienawidziłam – wiła się za blisko Michaela. (To było tuż po tym, jak rodzice mi uświadomili, że Michael Jackson nie jest kobietą, bo przez rok żyłam w mylnym przekonaniu co do jego płci, co nie zmieniało faktu, że go uwielbiałam.) Jednak równocześnie mam – jak nazwa bloga wskazuje – zarówno oczy, jak i wrażliwość na piękno, więc oczywiście zachwyciła mnie jej niezwykła uroda.
Wiele, wiele lat później trafiłam w internecie na jakiś wywiad z nią i na pewien czas uzależniłam się od oglądania jej wypowiedzi (zarówno to co mówi, jak i to, jak mówi – ten głos… – na dłuższy czas przykuło moją uwagę). Okazała się tym typem kobiety, z którym może niekoniecznie chciałabym mieć do czynienia w życiu codziennym (za bardzo bym się chyba bała czymkolwiek jej narazić), ale którą cudownie obserwować z bezpiecznej odległości. Ostra, zdecydowana, inteligentna, silna, z dużą wiedzą z zakresu swojej dziedziny, może odrobinę butna, wyraźna, charakterna, jakaś.
Naomi Campbell zawdzięczam poznanie typu kobiecości, z którym się jeszcze nigdy wcześniej nie zetknęłam: to nowoczesna i niezależna, mimo swoich niekontrolowanych wybuchów agresji – ciągle jednak dama.
Thank you, Naomi!

P.S. Poniżej fragment wywiadu, w którym mimo takiego a nie innego dziennikarza, udało jej się przekazać swoją prawdę, równocześnie nie przekraczając granic braku uprzejmości:

6. Anohni

Z Anohni zetknęłam się po raz pierwszy jeszcze kiedy nazywała się Antony Hegarty (jest kobietą transpłciową) i była wokalistką zespołu Antony and the Johnsons. Ujęła mnie swoją niesłychaną wrażliwością i delikatnością, głębią, anielskim głosem, poruszającymi tekstami i kompozycjami, a także wyjątkowym darem przekazywania w śpiewie całej gamy emocji.
Uwielbiam wszystkie jej autorskie piosenki, ale to jeden cover w jej wykonaniu zasługuje na szczególną uwagę – piosenka „Crazy in love”. Wszyscy oczywiście kochamy wykonawczynię oryginału – Beyoncé. Jest piękna, miła, dobra, sympatyczna i ma doskonały warsztat wokalny. Jednak, umówmy się, „Crazy in love” nie jest utworem wybitnym. Choć Beyoncé w teledysku dokłada starań, jest wyjątkowo zdeterminowana gimnastycznie, bardzo kuso ubrana, nawet udaje jej się założyć prawe kolano za lewe ucho (co bardzo podziwiam), to i tak całe show kradnie podczas wykonania tej piosenki Antony, pojawiając się w niedbałej fryzurze, odziana w coś między obszerną koszulą nocną a prześcieradłem, z dosyć przypadkową synchronizacją ruchów ciała i wyciskając z tej komercyjnej kompozycji muzyczne wyżyny, a z moich oczu łzy.

Anohni zawdzięczam utwierdzenie w przekonaniu, że inność jest piękna.
Thank you, Anohni!

W pewnym krytycznym momencie swojego życia (który z grubsza opisałam TUTAJ), w mojej głowie pojawiło się nagle i niespodziewanie słowo: „współuzależnienie”. Słyszałam je wcześniej może dwa razy w życiu i tak naprawdę nigdy nie rozumiałam do końca jego znaczenia. Z samej budowy słowa wyciągnęłam oczywiście narzucające się logiczne wnioski, ale nagle cały mój organizm zaczął się domagać ode mnie sięgnięcia po jakąś lekturę i zgłębienia tematu. Weszłam do pierwszej lepszej księgarni i wyszłam z niej z książką „Koniec współuzależnienia” Melody Beattie pod pachą. Lektura okazała się jednym z momentów przełomowych w moim życiu i pchnęła mnie do poczynienia kroków, bez których dziś nie byłabym w tym punkcie, w którym jestem, a to jest naprawdę bardzo dobry i przede wszystkim zdrowy punkt!
Melody Beattie zawdzięczam świadomość, że czasem to, co wydaje się nam być naszymi dziwactwami czy wstydliwymi problemami, które trzeba po prostu zaakceptować i się z nimi zbytnio nie afiszować, może być po prostu zaburzeniem, które da się przy pomocy terapii wyleczyć i wyeliminować ze swojego życia. To jedna z cenniejszych lekcji.
Thank you, Melody!

8. Laurie Anderson

Gdyby ktoś kazał mi wskazać jedną personifikację artyzmu, błyskotliwości i piękna, bez zastanowienia odpowiedziałabym: Laurie Anderson. Ta amerykańska malarka, rzeźbiarka, kompozytorka, wokalistka, skrzypaczka, pianistka, pisarka, reżyserka i performerka skradła moje serce już dawno temu płytą „Big Science”. I choć dość często do tego albumu wracałam, minęło dość sporo czasu, zanim zakochałam się w niej na nowo – po lekturze jej magicznej książki „Język przyszłości”. I od tej pory liczba wywiadów, jakie z nią widziałam, zaczęła już być chyba niepoliczalna, a moja fascynacja Laurie niezmiennie rośnie. Fascynacja jej głosem, osobowością, niewiarygodnym pięknem, którym jest przepełniona, mądrością, inteligencją i niebanalnym sposobem myślenia, charakterystycznym tylko dla tych, którzy mają naprawdę otwarte umysły.
Wzruszający, doskonały film „Serce psa” czy moja ukochana jej płyta „Homeland” to dzieła sztuki, które bardzo mocno ukształtowały moją wrażliwość i wpłynęły na moje postrzeganie piękna.
Ktoś kiedyś stwierdził:

Zazwyczaj związki rozpadają się, bo on odszedł do młodszej.
Twój ma szansę się zakończyć, bo ona odeszła do starszej.

– coś, co ktoś kiedyś stwierdził

Mocno mnie to rozbawiło.
Laurie Anderson zawdzięczam nieustającą inspirację do tworzenia swojej muzyki i tekstów bez oglądania się na innych, bez szufladkowania się w jakiejkolwiek kategorii.
Thank you, Laurie!

❤ Spełnienie jednego z największych marzeń, czyli spotkanie z tą cudowną Artystką twarzą w twarz opisuję TUTAJ,
a wrażenia z jej doskonałego występu – TUTAJ!

Gorąco zachęcam do lektury obydwu wpisów ❤

9. Iyanla Vanzant

Z wykształcenia obrońca karny, zawodowo autorka wielu książek z zakresu rozwoju duchowego, nauczyciel i trener duchowy, mówca oraz osobowość telewizyjna – Iyanla Vanzant. Odkryłam ją stosunkowo niedawno i właściwie przez przypadek. Z miejsca zaskarbiła sobie moją ogromną sympatię i podziw. Za każdym razem, kiedy ją widzę, wzbiera we mnie potrzeba bycia przez nią mocno przytuloną. Jest piękną, mądrą, głęboką, pełną prawdziwej miłości bliźniego kobietą, która pomaga wielu ludziom zmienić swoje myślenie i spojrzeć szerzej, by zobaczyć więcej. Gdybym wiele, wiele lat temu usłyszała słowa, które powtarza zawsze:

When you see crazy coming,
cross the street

– Iyanla Vanzant

i je w pełni zrozumiała, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ale lepiej późno, niż później.
Iyanli Vanzant zawdzięczam uświadomienie sobie, że idealną relację możemy mieć jedynie sami ze sobą, a im jej poświęcimy więcej uwagi i troski, tym lepiej będą wyglądać nasze relacje  z otoczeniem, bo to, jakich przyciągamy do siebie ludzi, to jedynie lustrzane odbicie tego, jak traktujemy siebie i co tak naprawdę o sobie myślimy.
Thank you, Iyanla!

🌹🌹🌹 Wszystkim Paniom w dniu naszego święta składam najserdecznNiejsze życzenia, do których dołączam cudowną piosenkę w zupełnie magicznej, akustycznej wersji. „Queen” pochodzi z repertuaru jeszcze jednej przepięknej (na zewnątrz i wewnątrz) i piekielnie utalentowanej kobiety – niepowtarzalnej Jessie J.  Nućcie codziennie ten refren, naprawdę wierząc w jego sens: 🌹🌹🌹

I love my body, I love my skin
I am a goddess, I am a queen

– Jessie J

Brak reakcji jest reakcją… niegrzeczną

fot. Valantis Nikoloudis

1. Brak reakcji

Każdy z nas pewnie przynajmniej raz w życiu czekał na jakąś reakcję (jaka by miała nie być, choć z nadzieją, że będzie pozytywna): wysłaliśmy komuś piękny, długi list, otwierając swoje serce i duszę lub wręczyliśmy płytę z naszą muzyką, własny wiersz, obraz, artykuł na nasz temat, nasze zdjęcia, czy nawet podzieliśmy się piosenką, która nas bardzo poruszyła – podstawmy sobie cokolwiek, co będzie nam bliskie – i nie doczekaliśmy się, kolokwialnie mówiąc, ani me, ani be ze strony adresata.
Co wrażliwsi z nas się tym przejęli bardziej, co mniej wrażliwi uznali to za pewną normę, a ja dziś chciałabym udowodnić, że ani jedna z tych reakcji nie jest reakcją dobrą dla nas samych.
Po pierwsze, zastanówmy się, czym tak naprawdę jest brak reakcji. Wielu osobom wydaje się, że jest po prostu żadną reakcją, więc nie ma też żadnego znaczenia. I tu jest właśnie pies pogrzebany, gdyż brak reakcji jest reakcją i to jedną z tych najbardziej plugawych, bo jest zignorowaniem drugiej osoby i okazaniem jej braku szacunku. I nie mają tu znaczenia ani intencje, ani „co się miało na myśli” – każda dobrze wychowana osoba wie, że brak odzewu, kiedy druga strona ma prawo na niego liczyć, jest niegrzeczny.
W myśl zasady, by traktować innych tak, jak siebie samych, uważam że trzeba również od innych wymagać tak samo, jak wymagamy od siebie (co się bardziej tyczy najbliższych, niż tych, z którymi stykamy się z przymusu jedynie na niwie np. zawodowej – w drugim wypadku sugerowałabym skupienie się na oczekiwaniach jedynie od siebie).
Pewnie jest już jasne, czemu uważam, że uznanie takiego zachowania za „normę” jest kiepskim pomysłem – jeśli zależy nam na tym, żeby świat wokół nas był piękny i wartościowy, naszą normą powinny być zachowania związane z szacunkiem, a nie jego brakiem. Czemu jednak napisałam, że zbyt duże przejmowanie się tym również nie jest dla nas dobre? Dlatego, że tracimy energię, która jest cenna i którą moglibyśmy spożytkować na milion innych pięknych i ważnych rzeczy. Nie unikniemy w życiu oczywiście smutków i przykrości, a osoby wrażliwe cierpią podwójnie. Nie da się też na zawołanie przejść do porządku dziennego nad czyjąś ordynarnością, jaką jest w tym wypadku brak odzewu. Można jednak próbować wypracować w sobie dystans, dzięki któremu oprzemy się na faktach, odrzucając nasze ich interpretacje. Jeśli ktoś milczy, to faktem jest tylko to, że milczy, a także to, że jeśli nie utknął na środku pustyni lub w Alcatraz i nie jest odcięty od świata oraz zdobyczy technologii, takich jak: telefon, faks, internet czy kartka papieru i dostęp do urzędu pocztowego, to może nie milczeć. Interpretacje typu: „pewnie jest zbyt zajęty” lub „pewnie jest na mnie o coś zły” są nie fair wobec nas samych. Czemu decydujemy się poświęcać komuś, kto nas nie szanuje jeszcze więcej czasu i energii, niż te, które już mu daliśmy i które on bezczelnie zignorował? Czemu to sobie robimy?
Oczywiście różne są sytuacje, różne są relacje. Jeśli zależy nam na jakiejś  bardziej, warto uświadomić drugą stronę (choć wychowywanie osoby dorosłej to dość karkołomny pomysł), które jej zachowanie nie jest dla nas akceptowalne. Liczmy się jednak z tym, że wszystko się zmienia (o czym też pisałam w tekście „Przyjaźń bez zobowiązań”), a nasze relacje mają nam pomagać w stawaniu się lepszym człowiekiem, a nie to utrudniać. Konieczność zaakceptowania czyjegoś permanentnego lekceważenia nas, oddala nas od stawania się lepszym człowiekiem, a nie do niego przybliża.

2. Uczciwość przede wszystkim

A jeśli to my jesteśmy w sytuacji, w której ktoś obdarował nas czymś dla siebie cennym (listem, swoją twórczością, cudzą ważną dla niego twórczością, etc.), a my:

a) nie mamy w danym momencie (i do końca np. najbliższego maja) czasu i energii, by zapoznać się z tym z należytą uwagą,

b) zapoznaliśmy się z tym od razu, ale z jakiegoś powodu to nam się nie podoba albo wręcz budzi nasz sprzeciw, a nie za bardzo umiemy i chcemy powiedzieć o tym wprost?

Myślę, że kluczem jest tu, jak zawsze, uczciwość względem zarówno nas samych, jak i drugiego człowieka. Jeśli nie masz czasu – powiedz, że nie masz czasu i jak już go będziesz mieć, wtedy się odezwiesz, a potem dotrzymaj słowa. Tym samym druga osoba nie poczuje się zignorowana, a ty się wywiążesz ze swoich zobowiązań.
Jeśli okazało się, że wobec czegoś ważnego dla bliskiej ci osoby jesteś obojętny lub nastawiony negatywnie, to naprawdę znalezienie w tym chociaż trzech pozytywów lub neutralnych wartościująco cech nie jest niemożliwe. Nie trzeba wcale kłamać, by powiedzieć coś dość miłego lub neutralnego na temat czegoś, do czego jesteśmy sceptycznie nastawieni. Czy irytująca nas, a bliska sercu naszego przyjaciela, piosenka nie może być oryginalna, dobrze zrealizowana czy fajnie zaśpiewana? A książka, która nas znużyła i której w ogóle nie zrozumieliśmy nie może mieć ładnej szaty graficznej, wysmakowanego fontu lub nie może imponować swoją grubością?
A jeśli druga osoba jest nam bardzo bliska i czeka na rzeczową, konstruktywną krytykę na przykład własnej twórczości, a my nie możemy, pozostając w zgodzie z sobą, powiedzieć jej w tym wypadku niczego miłego, bądźmy merytoryczni i delikatnie wyjaśnijmy dlaczego to do nas nie trafia (oczywiście zawsze zaczynając od trzech pozytywów).

3. Dwustronność

No i ostatnia sprawa, czyli fakt, że to działa w obie strony. Jeśli ktoś nas regularnie ignoruje, warto się zastanowić, czy przypadkiem każda ze stron nie ma zupełnie innej wizji waszej relacji lub wręcz czy ta relacja w ogóle istnieje poza naszą głową. Być może nie i wtedy naprawdę nie warto zbyt dużo dawać. Czasem brak reakcji jest reakcją bardzo celową, mającą dać nam do zrozumienia, że ktoś nie chce od nas przyjąć tego wszystkiego, co chcemy mu dać. Trzeba to uszanować.

Na deser gorąco polecam obejrzenie podlinkowanego poniżej filmiku, w którym Iyanla Vanzant mówi o czerwonych lampkach, które powinny się nam zapalić w większości relacji międzyludzkich, a które często ignorujemy. Dodałabym od siebie do tej listy właśnie brak reakcji, kiedy na nią czekamy –
ding, ding, ding, ding – red flag!!!