Kiedy wszystko jest tak jak ma być, czyli moja samotna wyprawa do Grecji cz. 1

fot. Geo Dask

Jakiś czas temu opisywałam na blogu swoją ostatnią grecką podróż, starając się tak skonstruować ten wpis, żeby zawrzeć w nim jak najwięcej praktycznych wskazówek dla tych, którzy zechcą pójść w moje ślady i również samodzielnie przebyć w obydwie strony trasę Saloniki – Thassos. Skupiłam się więc na zagadnieniach bardzo przyziemnych, takich jak ceny biletów czy opis poszczególnych odcinków mojej podróży z uwzględnieniem przystanków wsiadania do kolejnych środków komunikacyjnych oraz innych rzeczach w podróży w moim odczuciu istotnych (zachęcam do lektury, cały wpis TUTAJ).
Wpis więc, siłą rzeczy, miał charakter dosyć obiektywny. Tymczasem dziś chciałam się  – zupełnie subiektywnie – podzielić tym, co się działo w trakcie tego niesamowitego dla mnie tygodnia. Opisać Wam go. Bo być może rzeczywiście mój mózg interpretuje pewne przypadki jak zdarzenia magiczne (więcej na ten temat dowiemy się TUTAJ), jednak najwięcej tychże przytrafia mi się zawsze w Grecji właśnie.
P.S. Wpis podzieliłam na dwie części, żeby się go łatwiej czytało.

W poniższym linku część druga:

1. Dzień pierwszy… Saloniki, przylot

fot. Geo Dask

Przede wszystkim to był  mój pierwszy od początku do końca zupełnie samotny pobyt w Grecji (wyjąwszy trzy dni, podczas których nocowałam u znajomej na Thassos, jednak nawet wtedy większość czasu spędzałam w pojedynkę). Od dawna bardzo chciałam mieć takie doświadczenie, jednak wcześniej się nie złożyło. Jeśli przyjeżdżałam sama – ktoś już na mnie czekał na miejscu, a jeśli wybierałam się na wakacje, podczas których mieszkałam w hotelu, zazwyczaj jechałam z kimś.
Tym razem czułam, że Grecja pragnie mi coś powiedzieć na ucho i rzeczywiście okazało się, że miałam rację.
Pierwszy dzień był jak zawsze ekscytujący. Umiem już sama sobie kupić bilet, używając swojej skromnej greki, więc z tymże w dłoni stanęłam w wielkim tłumie oczekującym na przylotniskowym przystanku na autobus do centrum.
Pierwszy stres był związany z tym, że nigdy dokładnie nie wiem, gdzie wysiąść, choć kierowca autobusu szybko rozwiał moje wątpliwości, a drugi z tym, że nie udało mi się tym razem zarezerwować pobytu w moim ulubionym hotelu i jechałam do jakiegoś innego miejsca, w którym znalazłam pokój w niewiarygodnie okazyjnej cenie.

fot. Marianna Patkowska

Po wejściu do hotelu Kastoria od razu zrozumiałam dlaczego. Wąski korytarz, strome, wydające się nie mieć końca schody w górę, moja dosyć ciężka walizka i kartka informująca o tym, że recepcja znajduje się na bliżej niesprecyzowanej „górze” nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Potem zresztą było już tylko gorzej.
Pan portier, który by pokazać mi jak prawidłowo zamknąć drzwi, zamknął się ze mną w pokoju obok portierni, a potem (już po wyjściu na szczęście) próbował mnie przekonać, że aj szud hew e Grik bojfrend, nie wzbudził we mnie największego zaufania. Dość długo się, już w pokoju będąc, zastanawiałam (pokoju na trzecim piętrze, żeby jeszcze trochę potaszczyć swoją walizkę), jakie jest prawdopodobieństwo, że ma zapasowe klucze i że zechce z nich zrobić użytek. Zastanawiałam się też, kto wpadł na pomysł, żeby pomalować jedną ścianę na wściekły, ostry niebieski kolor, a łóżka przykryć jaskrawoseledynowymi kocami.
To wszystko jednak nie miało większego znaczenia wobec ręczników, które z całą pewnością pamiętały wojnę… pierwszą światową. Na pewno były wyprane, jednak ich „wykończenia”, dziury i rzucająca się w oczy „nie pierwsza świeżość” no… nie zachęcały do użycia, a pech chciał, że marzyłam już o wzięciu prysznica natychmiast. Szybko zaczęłam żałować, że skusiłam się na hotel bez łazienki w pokoju, jednak prysznice na korytarzu nie były wcale aż takie złe. Podczas całego pobytu na szczęście tylko raz widziałam pośladki pana, który rzeczywiście chyba poczuł się w Kastorii jak u siebie w domu, wybierając się na wieczorną toaletę. Za to sprawiały one wrażenie równolatków moich ręczników.
Po przełamaniu się i prysznicu poczułam się zdecydowanie lepiej, gotowa pójść na podbój miasta, a przede wszystkim na obiad, bo głód dopadł mnie niemiłosierny. Nim jednak dotarłam do swojej ulubionej tawerny, nieoczekiwanie zastałam się w sklepie z butami, podczas mierzenia szpilek. Tak, szpilki to mój nałóg i mała obsesja, a Saloniki to istne zagłębie pięknych, czasem nawet wygodnych i przede wszystkim tanich szpilek. Taszcząc pudło z nowiutkimi ślicznościami, poszłam wreszcie zjeść.
Po południu, kiedy wróciłam do hotelu odstawić buty, poprosiłam o klucz do pokoju, słowami: τριάντα πέντε [triada pede] (35 – numer pokoju, którego raczej nie polecam), co skłoniło mojego ulubionego portiera do refleksji, że „teraz musi uważać na to, co przy mnie mówi”. Tak, to była bardzo dobra myśl i poczułam się wreszcie trochę pewniej.
Wieczorne wyjście zafundowało mi sinusoidę doznań. Zaczęłam od wizyty w sklepie jednej z sieci komórkowych – z różnych powodów lubię mieć grecki numer z internetem. Dotychczas ta przyjemność kosztowała mnie 10€. Po opisaniu bardzo miłemu sprzedawcy pakietu, z którego korzystałam do tej pory, dowiedziałam się, że cena tegoż wzrosła do 15€. Nie powiem, żeby mnie ta wiadomość podniosła na duchu, ale przyjęłam ją z pokorą i gotowością. Ucieszyło mnie więc niesamowicie, kiedy pan wydał mi z 50€… 40€ i na moją uwagę, że się chyba o 5€ pomylił, odpowiedział mrugnięciem (pięknego zresztą) oka 😉

fot. Geo Dask

W tym cudownym nastroju, w jaki mnie wprawił, zadzwoniłam do znajomej, doskonałej fotograficzki, z którą od miesięcy byłam umówiona na sesję zdjęciową następnego dnia. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy się dowiedziałam, że ona jutro pracuje i może pojutrze… kiedy to o 9.00 miałam wyruszać już na Thassos. Mimo że zdaję sobie sprawę z tego, że w Grecji czas jest pojęciem względnym i że wszystko naprawdę dzieje się tam po prostu w czasie właściwym, to jednak nie powiem, trochę mnie przybiło, że nie do końca miałam pomysł jak z sytuacji wybrnąć, zwłaszcza, że bałam się jechać późniejszym autobusem z omówionych TUTAJ powodów. Pomyślałam jednak to, co zawsze, czyli że stanie się i tak to, co jest mi pisane (mniej więcej to mam zresztą właśnie napisane po grecku na wewnętrznej części ramienia).
Poszłam na przepiękny spacer pod Białą Wieżę, zafundowałam sobie relaksujący rejs statkiem, a wracając, wstąpiłam do tawerny, w której dziś jadłam obiad, bo znajomy kelner gorąco mnie zapraszał na wieczór, kiedy będzie muzyka na żywo.

fot. Marianna Patkowska

Pomyślałam, że doskonałym zwieńczeniem tego dnia będzie kieliszek białego wina. Moja relacja z winem należy raczej do tych cierpkich, jednak czasami się zdarza, że mam na nie ochotę i dziwnym trafem przydarza się tak przeważnie w Grecji właśnie.
Zamówiłam więc kieliszek, który dotarł do mnie pełny po brzegi – naprawdę ktoś nalał mi tego wina, co to go raczej nie pijam, od szczerego greckiego serca. Kiedy je z pewnym trudem wysączyłam do końca i próbowałam rozpracować w głowie sekretny plan, w jaki sposób z gracją wstać i opuścić to miejsce, inny kelner przyniósł mi następny kieliszek, jeszcze bardziej pełny, „od Jorgosa” (jak się okazało, kelnera, który najczęściej mnie tu obsługuje i który mnie zaprosił na to wieczorne granie). Rozdarcie między tym, by nie urazić Jorgosa, a wielką niechęcią do spędzenia reszty nocy w toalecie hotelu Kastoria było ogromne. Jednak postanowiłam wypić trochę chociaż, ale nie za dużo. Kiedy gorąco podziękowałam za piękny gest, przeprosiłam, że część zostawiłam i chciałam zapłacić za swoją pierwotnie zamówioną lampkę, Jorgos machnął ręką, nie przyjął moich pieniędzy i zaprosił mnie na kolejną wizytę.
Wino i zmęczenie sprawiły, że nawet zaczęłam się powoli odnajdywać w swoim specyficznym pokoju.

2. Dzień drugi… Pamiętaj, nie pozwolą ci tu umrzeć z głodu

 fot. Marianna Patkowska

Pierwszym spędzającym mi sen z powiek problemem była sesja zdjęciowa, na której mi bardzo zależało i na którą się nastawiłam. Ostatecznie udało się podjąć decyzję o tym, że odbędzie się ona następnego dnia o 7.00 i że pojadę na Thassos autobusem o 11.00. W międzyczasie zawisła nad nami groźba dużych opadów deszczu i wtedy z pomocą przyszedł… hotel Kastoria, a właściwie mój pomysł, żeby ewentualnie spróbować zrobić tę sesję w hotelu, jeśli będzie padać (choć w duchu modliłam się, żeby nie było takiej potrzeby).
Jak już ten problem został zażegnany, pojawił się następny – to nie był mój pierwszy pobyt w Grecji i wiedziałam, że mam ze sobą wystarczającą ilość pieniędzy, jednak ze względu na kilka większych wydatków dnia poprzedniego bardzo mi zależało na tym, żeby tego dnia zmieścić się w dosyć skromnym budżecie. I jak tak zaczęłam zliczać i śniadanie i obiad i jakąś kawę w mieście, to trochę się zaczęłam niepokoić, czy mój plan będzie wykonalny. Jednak pomyślałam sobie wtedy: „Hej, jesteś przecież w Grecji – pamiętaj, nie pozwolą ci tu umrzeć z głodu”.
Pierwszym miłym zaskoczeniem było to, że udało mi się dostać na Placu Arystotelesa doskonałe śniadanie z kawą za 2,5€, po którym miałam energię na kilkugodzinny, piękny spacer po mieście zakończony wizytą w moim ulubionym Muzeum Fotografii. Zrobiło się naprawdę gorąco, nadeszła pora na jakiś posiłek.

fot. Marianna Patkowska

Poszłam do swojej ulubionej tawerny, zamawiając tylko pół sałatki greckiej i trochę się tłumacząc, że z pewnością przyjdę tu jeszcze wieczorem na coś większego, co rzeczywiście miałam w planach. Jorgos zapytał, czy mam ochotę na darmowy deser (na zdjęciu powyżej; to tutaj norma – w większości tawern dostaje się deser za darmo), poprosiłam, a kiedy przyszło do płacenia… Jorgos znowu machnął ręką i stwierdził: „to przecież TYLKO PÓŁ SAŁATKI, przyjdziesz wieczorem, to zjesz coś jeszcze”.
Wieczorem jednak, po kolacji, okazało się, że Jorgos sałatki doliczyć mi nie zamierza, a mój rachunek również został podejrzanie zaniżony.
Tym samym zostało mi akurat tyle pieniędzy, by sprawić sobie jeszcze kolejny rejs statkiem, tym razem w zupełnych ciemnościach, przy kieliszeczku Baileys’a, który nieodłącznie kojarzy mi się z Thassos i czasami, w których pracowałam tam jako kelnerka.
Dzień okazał się więc nadspodziewanie udany.

3. Dzień trzeci… Długo oczekiwana sesja – na szczęście nie w hotelu – i podróż na Thassos

fot. Geo Dask

Wczoraj po konsultacji ze znajomą, u której się na Thassos miałam zatrzymać, postanowiłam wyjechać z Salonik o 13.00. (Nie zdążyłam już na autobus na wyspie: Limenas – Skala Potamia, ale koleżanka na szczęście przyjechała po mnie samochodem.)
To dawało mi i mojej fotograficzce trochę większą swobodę. Wstałam o 5.00, kiedy niestety padało, ale do 7.00 się rozpogodziło. Koleżanka wywiozła mnie w jakieś zupełnie niesamowite, choć wcale nieodległe od centrum tereny i udało się nam zrobić sesję, o której od dawna marzyłam.

fot. Geo Dask

To był rzeczywiście wspaniały, inspirujący, artystyczny czas, który zawsze jest dla mnie przeżyciem mistycznym jak każde obcowanie ze sztuką i artystami, których cenię.
Tego dnia z kolei artystka zaprosiła mnie na pyszne śniadanie po sesji.
No a resztę dnia spędziłam w licznych autobusach i na promie (opis tej podróży TUTAJ), aż dotarłam wreszcie na moje ukochane, wytęsknione Thassos. Oto nastał mój dwunasty raz na wyspie! Wieczorny spacer po Skala Potamii ze znajomą, był tym, czego mi było trzeba najbardziej.

4. Dzień czwarty… Kiedy wreszcie i morze, i góry są na wyciągnięcie ręki

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Nastał dzień długo wyczekiwanego beztroskiego lenistwa, podczas którego kompletnie nic nie musiałam zrobić. Udało mi się trochę odespać nieprzespaną noc, zjeść doskonałe greckie śniadanie w pięknym angielskim domu i wybrać się na cudowny, długi spacer w upale, zakończony kąpielą w Morzu Egejskim, podczas której mogłam podziwiać tutejsze przepiękne góry. Co prawda tubylcy skwitowali wybór moich aktywności tego dnia słowami, że jestem nienormalna, bo woda przecież zimna, ale trudno wytłumaczyć czym jest zimna woda komuś, kto nigdy nie kąpał się w Bałtyku. A Morze Egejskie naprawdę nie bywa zimne.
Te cudowne chwile sam na sam z przyrodą dały mi bardzo dużo. Przede wszystkim pozwoliły mi się tak naprawdę wsłuchać w siebie. A to czasami wydaje się być niebezpieczne, bo nie zawsze przecież chcemy siebie usłyszeć…

cdn.