Kwestia zaufania

fot. Bożena Szuj

Zaufanie z jednej strony jest fundamentem każdego związku, a z drugiej, pracuje się na nie latami. Jak więc pogodzić jedno z drugim? Wchodzić w relację z kimś, komu się nie ufa? Oczywiście nie. Rozwiązaniem może być pewien kredyt zaufania, którym obdarzymy ukochaną osobę na początku. Nie ma co się bać, bo z takim kredytem jest podobnie, jak z samym zaufaniem – druga strona w każdej chwili może nas zawieść. Nie mamy na to żadnego wpływu. Nikt nie da nam gwarancji, że nigdy nas nie skrzywdzi. Cały trik polega na tym, że inni mogą nas skrzywdzić tylko na tyle, na ile im na to pozwolimy. Co to oznacza w praktyce? Paradoksalnie właśnie to, że im więcej wolności dajemy drugiej osobie, tym mniejsze są szanse, że będziemy cierpieć. Po pierwsze dlatego, że człowiek obdarzony zaufaniem odczuwa zazwyczaj wielką odpowiedzialność z tym związaną i dokłada wszelkich starań, żeby go nie zawieść, a po drugie dlatego, że jeśli jednak zbłądzi, nie będziemy mieć sobie nic do zarzucenia. Teoretycznie w większości sporów wina rozkłada się na obydwie strony, jednak jeśli otwieramy przed kimś swoje serce i obdarzamy go zaufaniem oraz wolnością, a on… wykorzysta to do skrzywdzenia nas, to wychodzimy z tego obronną ręką. O winie czy ewentualnej głupocie można mówić dopiero, kiedy dajemy komuś drugą, trzecią czy jeszcze kolejną szansę, a on ciągle nas zawodzi. Wierzmy ludziom, kiedy pokazują nam swoje prawdziwe barwy. Jeśli twierdzą, że są źli, przyjmijmy, że widocznie tacy właśnie w tym momencie życia są – ostatecznie to oni sami znają się najlepiej. Wierzmy im, nie oceniajmy i absolutnie nie chciejmy tego zmieniać. Nie mamy do tego prawa. Człowiek będący z natury flirciarzem i erotomanem gawędziarzem będzie zawsze wzbudzał poczucie zagrożenia w drugim, który jest zasadniczy i niepewny siebie. Czy jedna ze stron powinna zmieniać drugą (lub się do niej naginać), jeśli ten sam rubaszny figlarz będzie idealnym partnerem dla kogoś silnego i otwartego, a z kolei zasadniczość tej drugiej osoby spełni marzenia kogoś bardziej obyczajowo konserwatywnego? Nie zmieniajmy ani siebie, ani nikogo innego „dla dobra związku”. Związek będzie udany tylko, kiedy od początku partner spełni nasze oczekiwania, będąc takim, jakim jest.

Najlepiej podsumowała to moja mentorka, nieoceniona Iyanla Vanzant:

Pisałam już kiedyś, co myślę o tezie: „nie ma miłości bez zazdrości” – to niezwykle niebezpieczna mądrość, sankcjonująca coś, co jest naprawdę złe. Czy część mnie nie czuje się połechtana, kiedy Ukochany jest o mnie odrobinę zazdrosny? Oczywiście, czuje się. Czy nie zdarza mi się odczuwać lekkich ukłuć zazdrości, nawet kiedy wiem, jak bardzo jest to irracjonalne? Oczywiście, zdarza mi się. Sęk w tym, że w momencie złapania się na tym trzeba się zatrzymać i nie dać się ponieść za daleko. Zazdrość jest potężną i niewyobrażalnie destrukcyjną siłą. Zaczyna zbierać żniwa, zanim w ogóle zdamy sobie z tego sprawę.

fot. Bożena Szuj

Istnieje ogromna nierówność w podejściu do zazdrości kobiecej i męskiej. Mężczyzna obsesyjnie zazdrosny i kontrolujący swoją partnerkę jest na ogół odbierany – nota bene całkiem słusznie! –  jako niebezpieczny tyran. Tymczasem obsesyjnie zazdrosna i kontrolująca partnera kobieta ma na zachowania niedopuszczalne absolutne społeczne przyzwolenie. „On i tak pewnie coś przeskrobał”, no a „skoro nie ma nic na sumieniu, to w czym problem”.
Zachowania, o których samo wspominanie budzi moją odrazę, czyli przeglądanie czyjegoś komputera, telefonu, rzeczy osobistych w celu przyłapania go na zdradzie, jest zawsze bezsprzecznie złe i nie można znaleźć na nie żadnego usprawiedliwienia. Wiele rzeczy umiałabym w związku wybaczyć. Myślę, że nawet zdradę, gdybym rozumiała jej przyczynę i widziała możliwość wzajemnej pracy nad tej przyczyny likwidacją. Nie wyobrażam sobie jednak kontynuacji relacji, w której już nigdy nie mogłabym zostawić przy partnerze otwartego komputera, komórki czy prywatnych zapisków i wiedzieć, że nawet nie przyjdzie mu do głowy zajrzenie do nich bez zapytania. To zaufanie, którego myślę, że nie da się odbudować. Co do przyczyn takiego zachowania – pojawia się ono tylko, kiedy zdrada miała już miejsce, ale niekoniecznie w sposób oczywisty. Na ogół to osoby szpiegujące dopuszczają albo dopuściły się kiedyś zdrady. Przeważnie względem samych siebie. Opuściły siebie wtedy, kiedy były sobie potrzebne. Nie mogły na sobie polegać. Z pomocą przyjdzie wtedy odpuszczenie sobie, wybaczenie i stanie się dla siebie prawdziwym oparciem. Zdarza się też oczywiście, że to osoba szpiegowana przekroczyła kiedyś granice i dziś mamy podejrzenia, że sytuacja się powtarza. Warto się wtedy zastanowić, czy przyznana jej wtedy druga szansa nie została właśnie przez nią zmarnowana. Ostatecznie nie ma znaczenia, czego się dogrzebiemy w czyichś rzeczach osobistych – jeśli ktoś, kto miał za zadanie upewnić nas w tym, że już nigdy więcej nie postąpi źle, sprawił, że znowu pojawiają się w nas poważne wątpliwości, to to samo w sobie jest nie w porządku. Umowa była inna. Jeśli ktoś nie umie się z niej wywiązać, odpowiedzialność za to, czy będziemy skrzywdzeni (podpisując umowy kolejne) czy nie, leży – jak pisałam na początku – tylko i wyłącznie po naszej stronie.

P.S. Na deser łączę fantastyczny cover (rozbrajający mnie kwintą w chórkach w refrenie) obłędnej Róisín Murphy. To cover utworu z repertuaru Miny. Jego tekst wydaje mi się dobrym dopełnieniem dzisiejszego wpisu.

fot. Bożena Szuj

Granice wolności

fot. Marianna Patkowska

Do napisania tego tekstu przygotowywałam się dość długo – moje przemyślenia i filozofia życiowa zostały poddane pewnej próbie. Otóż… wjechała praktyka. Musiałam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ufam bardziej swojemu mózgowi, z którym jestem w naprawdę świetnej relacji, czy jednak ego, za którym po pierwsze nie bardzo przepadam, a po drugie którego za dobrze nie znam. Wybór, na logikę, wydał mi się oczywisty. W rzeczywistości ego, nawet jeśli dopuścimy je do głosu zaledwie w pięciu procentach, jest niesamowicie krzykliwe i histeryczne. Robi hałas na ogół wtedy, kiedy ten jest najmniej potrzebny do rozwiązania danego problemu (wbrew pozorom każdy da się rozwiązać). Postanowiłam więc wybrać rozum oraz – tak, to może okazać się zaskoczeniem! – od niedawna współpracujące z nim serce.

fot. Marianna Patkowska

Mocno wierzę w to, że miłość jest dawaniem wolności. I nie mam tu na myśli banałów typu jeśli kochasz, to nie kontrolujesz – to oczywistość. Co jednak, kiedy danie wolności oznacza w danej sytuacji gotowość do rezygnacji z relacji z kimś, kto jest całym naszym światem? Odpowiedzią cisnącą mi się od razu na usta jest ta, że nikt poza nami samymi nie powinien nigdy stać się całym naszym światem. Ale jeśli poczujemy, że spotkaliśmy tę jedyną, pisaną nam osobę i jesteśmy tego absolutnie pewni? Jak pogodzić uczucia z dawaniem wolności, kiedy odczujemy między nimi konflikt? Otóż… nie poczujemy konfliktu.
Piszę to z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa. Chęć posiadania partnera na własność jest wstrętna, ale równocześnie bardzo ludzka. Bywam – jak każdy – jej ofiarą. Podobnie jednak jak z ego, nie dopuszczam jej do głosu, bo uważam, że doradza źle. Powołam się po raz kolejny na piosenkę Indii.Arie „The Truth”, która najpiękniej opisuje idealny związek oparty na prawdziwej, zdrowej miłości i fragment, który jest chyba najtrudniejszy:

If he ever left me I wouldn’t even be sad, no
‘Cause there’s a blessing in every lesson
And I’m glad that I know him at all

„The Truth” India.Arie

fot. Marianna Patkowska

Jak można „nie być nawet smutnym”, kiedy opuści nas ukochana osoba? Nie da się nie być. Da się jednak widzieć we wszystkim lekcję i podchodzić do niej z pokorą. Ludzie pojawiają się w naszych życiach z jakichś powodów i rzadko kiedy chodzi o nich samych; najczęściej chodzi o nas. Czegoś się o sobie dowiadujemy. Pytanie, co z tą wiedzą zrobimy. Może się okazać, że dowiemy się, jak bardzo zależy nam na kimś. Jeśli jednak chcemy z nim tak naprawdę cokolwiek zbudować, chciejmy przede wszystkim jego szczęścia. I wierzmy, że jeśli to my jesteśmy jego prawdziwym szczęściem, on pozostanie w naszym życiu na zawsze.
Tu nie chodzi o brak wiary w miłość, lecz – ze względu na nią – umiejętność odpuszczenia swoich korzyści w imię najlepiej pojętego dobra ukochanej osoby. Idealnym związkiem nie jest związek dwóch połówek, lecz dwóch odrębnych, niezależnych od siebie, zdrowych całości, które świadomie, niepowodowane jakimikolwiek zależnościami, poczuciem obowiązku czy winy chcą ze sobą być. Tylko wtedy ma to sens.

P.S. Na deser mogę wrzucić chyba tylko jedną piosenkę.

fot. Marianna Patkowska

Szukajcie, a nie znajdziecie

fot. Marianna Patkowska

Nie jestem pewna, czy to kwestia wieku, w jaki weszłam, ale ostatnimi czasy czuję się zewsząd atakowana pytaniem, jakie chyba najładniej zadał mi pewien góral:

– A cemu ześ ty tako fajno jest, a chłopa nie mos? Urodę mos, kształty gdzie trza mos, w głowie mos. To cemu ze tak? Wybredna zes jest?

– najładniejsza wersja pytania, jakim jestem zewsząd ostatnio atakowana

Litościwie spuszczę zasłonę milczenia na to ciągle niestety pokutujące ludowe przekonanie, że babie do szczęścia akurat chłop jest potrzebny, ale kwestia mojego singielstwa trapi wielu ludzi do tego stopnia, że zostałam jakiś czas temu zapytana przez swojego psychiatrę (ginekologa, od dawna załamującego nad moim losem ręce, pominę), czy nie jestem przypadkiem lesbijką. (Przypadkiem niestety nie jestem.)

💗  Szukanie, nieszukanie

fot. Marianna Patkowska

Z zadawanego mi pytania wyłania się bardzo jasno sprecyzowana wizja decyzyjności w tym zakresie, bo to – w jakiej formie nie byłoby zadane – na ogół prowadzi do niezwykle śmiałej tezy, że „powinnam” oraz drugiej, równie śmiałej: „kogoś sobie poszukać”. Niedawno, bez głębszego zastanowienia odparowałam:

– Czemu ja mam szukać? Niech on poszuka mnie (i znajdzie)!

– to, co w odpowiedzi odparowałam

Jednak po przemyśleniu widzę, że moja reakcja była bezsensowna. Przede wszystkim dlatego, że wynika z niej, że w ogóle zgadzam się z koncepcją szukania sobie partnera, a to nie jest prawda. Skoro więc sama się z nią nie zgadzam, nie bardzo wyobrażam sobie też dzielenia życia z kimś, kto się nią kieruje.
Cóż jest złego w szukaniu? Otóż, wszystko. Szukanie miłości, to przyspieszanie tego, co powinno się wydarzyć w określonym czasie, kiedy będziemy na to gotowi, starannie odrabiając kolejne życiowe lekcje. Jedni naczekają się dłużej, drudzy krócej, trzecim pisany będzie jeszcze inny scenariusz. (Na jakimś etapie na ogół zresztą czeka się… w nieudanych związkach właśnie, ale nie ma na to reguły.) Głęboko wierzę, że powinniśmy nasz cenny czas poświęcać na zmienianie na lepsze siebie, a nie losu, na który mamy jednak dosyć umiarkowany wpływ.
Mało co przeraża mnie bardziej niż Tinder oraz wszelkie portale randkowe. Być może dlatego, że ja już przez używane przez siebie do całkowicie innych celów media społecznościowe, jak magnes przyciągam na ogół najtrudniejsze ludzkie przypadki, zaocznie – jak na autorkę tego bloga przystało – zaliczając w ten sposób kolejne semestry psychologii klinicznej. I od razu zaznaczę, że oczywiście mam świadomość, że są pary, które się w ten sposób poznały i wiodą szczęśliwe życie.  Teoretycznie każde miejsce jest tak samo dobre na znalezienie miłości – uczelniany korytarz, warzywniak, teatr czy internet. Sęk tkwi bardziej w natężeniu desperacji. Raczej rzadko chodzimy do warzywniaka, żeby kogoś poznać, a jeśli tak się zdarza, to jest to raczej niepokojące (i od razu przywodzi mi na myśl okoliczności pierwszego morderstwa i aktu nekrofilskiego Wampira z Bytowa).
Jeśli upatrujemy w wejściu w relację romantyczną swojego celu (co też może się okazać niepokojące), wychodząc do ludzi, nastawmy się pozytywnie, ubierzmy fajnie. Jeśli jesteśmy kobietami, zróbmy ładną fryzurę, makijaż, wydepilujmy co potrzeba – to pomoże nam się poczuć z samymi sobą dobrze i sexy; wytworzy sprzyjającą energię. Zrezygnujmy jednak z szukania. A tym bardziej szukania na siłę. Zadbajmy przede wszystkim o siebie – ta umiejętność w ewentualnej przyszłej relacji z pewnością zaprocentuje! No i błagam, nie bierzmy czegokolwiek, co się nam akurat napatoczy. Jak mawia moja koleżanka, „chemia, zwłaszcza połączona z alkoholem, nie wybrzydza” – to bardzo mądre słowa!

💗  Jednak potrzebowanie

fot. Marianna Patkowska

Pewnym problemem jest to, że bycie w związku zaspokaja wiele naszych potrzeb dosyć kompleksowo i kiedy jesteśmy poza nim, nie zawsze pamiętamy, że każdą (lub prawie każdą) z nich możemy zaspokoić sobie sami, choć w odrobinę inny sposób. Czasem poprzez spotkania z bliskimi, a czasem poprzez spędzenie czasu ze sobą, obcowanie ze sztuką, czytanie, sport, spacery czy medytacje. Najtrafniej ten temat jednak podsumował mój kochany dziesięcioletni wychowanek, kiedy jego kolega zapytał mnie, „czy mam męża”:

– Nie, pani nie ma męża, nie ma nawet chłopaka! – wykrzyknął, poirytowany. – Pani jest singielką… niestety…
– Gratuluję doskonałej pamięci! Ostatni raz mówiłam wam o tym aż wczoraj, ale Skarbie, dlaczego „niestety”?
– Bo pani… nie współżyje się!

– z cyklu dziesięciolatek prawdę ci powie

Jakich by nie tworzyć logicznie brzmiących epopei na temat plusów bycia singlem, ta wypowiedź dogłębnie i równocześnie niezwykle precyzyjnie wyczerpuje kwestię minusów.
Myślę, że w momentach największej frustracji – spowodowanej brakiem czegokolwiek – warto zadać sobie pytanie, czym relacja, której tak chcemy, ma dla nas być. Jeśli wypełnieniem jakiejkolwiek pustki, to znaczy, że nie jesteśmy jeszcze na nią gotowi. Drugi człowiek nie może nam dać tego, co możemy dać tylko i wyłącznie sobie sami, a samotność w związku jest dużo gorsza niż ta przeżywana w pojedynkę (nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej). Czy zachęcam właśnie wszystkich do niełączenia się w pary? Wręcz przeciwnie! Zachęcam do mądrego i przemyślanego wchodzenia w relacje, które nie będą ani ucieczką od staropanieństwa, ani ostatnią szansą na rodzicielstwo, ani w końcu realizacją snu o mitycznej szklance herbaty na starość (jeśli ta osoba w ogóle dożyje z nami starości, to na bank któreś z nas o tej szklance zapomni). Wywieranie na sobie presji odwraca naszą uwagę od najważniejszej sprawy: czujności, czy osoba z którą jesteśmy skłonni wejść w związek, pomaga nam stać się lepszym człowiekiem. To jest sedno relacji romantycznej, swoją wagą przesłaniające wszystko inne. Ostatnio obserwuję wiele nieudanych lub wręcz rozpadających się małżeństw, w których ludzie pytani przeze mnie, czemu się kiedyś w ogóle pobrali… wymieniają wiele racjonalnych powodów (ciąża, chęć ustatkowania się, przekonanie, że przyszedł odpowiedni czas na ślub), jednak nie mówią ani o miłości (choć wyraźnie mylą z nią późniejsze przywiązanie), ani o dobru, jakie współmałżonek pomógł im w nich samych odkryć.
Moja ukochana Iyanla Vanzant porównała kiedyś przypisanych nam ludzi do numerów, przestrzegając: „jeśli dla ciebie jest 56, to zostaw to 71! Czekaj na 56!”. (Coś w środku mówi mi, że przypisano mi pana z numerem 69.)

💗  Cierpliwe poczekanie

fot. Marianna Patkowska

Nie tatuowałabym sobie na wewnętrznej części ramienia słów Ήταν γραφτό να γίνει (gr. „było zapisane/tak miało być”), gdybym w nie mocno nie wierzyła. Kiedyś bardzo się bałam samotności. Ten lęk podszywał każdą moją złą decyzję – dziś to widzę. Nie żałuję, bo to były moje lekcje. Bez nich nie byłabym teraz tym, kim jestem. Czy mogłabym stać się nim szybciej? Może nie stałabym się nim właśnie wcale. Spekulowanie nie ma najmniejszego sensu.
Moja nNiezwykła przygoda z początku roku i dogłębne zderzenie z sobą samą uświadomiły mi, że wreszcie opuścił mnie strach. Całkowicie odpuściłam sobie martwienie się własną przyszłością (przynajmniej tą uczuciową). Czuję, że jestem w doskonałym momencie – wyszumiałam się już całkiem intensywnie, dogłębnie się poznałam, zaakceptowałam i nawet polubiłam. Oczywiście, jeśli na horyzoncie pojawi się jakiś niezaburzony, bezpruderyjny, namiętny, błyskotliwy, monogamiczny, wrażliwy, inteligentny, umiejący mnie rozbawić, zadbany, uduchowiony, ładnie pachnący, oczytany, małomówny matematyk lub architekt, brzydzący się homofobią i obecną sytuacją polityczną w Polsce, będący równocześnie urodzonym artystą, hobbystycznie zajmującym się językoznawstwem, filozofią, psychiatrią sądową, fizyką kwantową oraz fotografią artystyczną (oczywiście agnostyk lub buddysta; oczywiście słuchanie disco-polo i posiadanie meblościanki w dalszym ciągu go dyskwalifikują), nie pogardziłabym dobrą kolacją, którą by mi postawił. (Prawda o mnie w ogóle jest taka, że rzadko kiedy gardzę jakimkolwiek jedzeniem, które ktokolwiek chce mi postawić.) Pamiętać jednak muszę wtedy (i wszystkim też to radzę) o kilku rzeczach. Po pierwsze zwróćmy szczególną uwagę na to, czy i jak osoba, z którą się spotkamy, wyraża się o swoich rodzicach oraz byłych partnerach (tam znajdziemy odpowiedź na kluczowe pytanie: czy w ogóle warto nią sobie zawracać głowę). Po drugie zaburzone osoby prawie zawsze mają się za niezaburzone, natomiast te niezaburzone niemal nigdy nie są swojego niezaburzenia jednoznacznie pewne.
Niedawno trafiłam przypadkiem na fantastyczny odcinek vloga Nishki, pod tytułem „Jak się (nie) zakochać”, w którym autorka dowodzi, że tezy, które wysnułam pod wpływem swojej nNiezwykłej przygody, wcale nie są wyssane z palca. One mi się nie przywidziały. Psychologowie rzeczywiście do nich już kiedyś doszli – mianowicie mamy wpływ na to, w kim się zakochujemy. Do tego potrzebujemy jedynie samoświadomości i racjonalnego myślenia. Kontrolowanie tego – czasem niezwykle łatwego, to fakt – procederu, leży w naszych rękach. (Stąd dalej będę uparcie twierdzić, że żadna zdrada nie jest niepoprzedzona świadomym wyborem.)
Reasumując, zamiast podczas randki tracić niepotrzebnie energię na kokietowanie, ukazywanie się z najlepszej strony (pomijając uprzednie zrobienie fryzury, makijażu i depilacji oczywiście) i wpatrywanie w drugą osobę jak w obrazek, bądźmy jak ten wrzód na czterech literach. Zadawajmy trudne pytania, wyciągnijmy drugą osobę poza strefę jej komfortu, sami też się udajmy poza naszą. Nie jest to może przepis na najbardziej romantyczne spotkanie, ale jeśli osoba okaże się nie nam pisana, to po co właściwie mielibyśmy spędzać z nią czas romantycznie? Lepiej spożytkować go na lekcję, która przyda się każdej ze stron.
A jeśli już koniecznie uparliśmy się na szukanie idealnego partnera, pamiętajmy, że jest tylko jedna możliwość żeby go odnaleźć: on jest… w nas samych!

💗 💗 💗 Wszystkim Singlom oraz Zakochanym Parom składam nNajlepsze życzenia z okazji dzisiejszych Walentynek 💗 💗 💗
P.S. Na deser łączę przesłodką landrynkową piosenkę The Cardigans „Lovefool” wykorzystaną w znakomitym soundtracku do filmu „Romeo i Julia”, której tekst wyraża wszystko to, z czym się nie zgadzam, więc lubię wierzyć, że jest ironiczny.
(Swoją drogą to bardzo rzadki przypadek ścieżki dźwiękowej, która jest milion razy lepsza od filmu, do którego została stworzona.)

fot. Marianna Patkowska

💗  Wpisy walentynkowe
z poprzednich lat: 💗 

Jak nie podrywać kobiet

fot. Marianna Patkowska

Wielkimi krokami zbliżają się Walentynki. Postanowiłam z tej okazji wygrzebać ze swojej przepastnej kolekcji doświadczeń damsko-męskich najsmakowitsze kąski i ocalić je od zapomnienia, nadając im formę wpisu ku przestrodze, ale i – jeśli mnie posłuchacie, drodzy Panowie – docelowo również pokrzepieniu serc. Myślę, że Święto Zakochanych to jedna z lepszych okazji do niezrobienia z siebie idioty przed kobietą, która się Wam podoba.

1. Nieogary poszły w las

Wszyscy śmiejemy się z robotników na rusztowaniach, okazujących płci przeciwnej swoją aprobatę gwizdaniem. Osobiście, choć uważam gwizdanie za disco-polo podrywu, umiem dostrzec w nim pewną uczciwość, którą z założenia szanuję. Komunikat jest jasny i prosty. Próżno tu szukać silenia się na poziom, który wyraźnie nie jest nadawcy bliski. Istota najsłabszego podrywu, jakiego byłam adresatką, leżała właśnie w sileniu się na poczucie humoru, którego panu wyraźnie brakowało. Sytuacja miała miejsce na przystanku autobusowym w środku lata. Stałam, mdlejąc z gorąca w koszulce, a pan odważnie wystartował z tekstem:

– Przepraszam, ale… tatuaż pani wystaje!

– najsłabszy podryw, jakiego byłam adresatką

Spojrzałam na niego, nabrałam nawet powietrza, żeby coś odpowiedzieć, ale w trakcie tej czynności uzmysłowiłam sobie, że chyba nie mam jednak siły sformułować żadnej reakcji słownej. Wyszło mi więc coś w stylu niemego:

– Yyyyyyy… albo jednak nie.

– moja niema odpowiedź

Nieustająco fascynuje mnie też ten typ mężczyzn, którzy zerkają w biust kompletnie niedyskretnie. To, że mężczyźni w przeważającej większości zerkają tam względnie dyskretnie i myślą, że nie są na tym przyłapywani, jest faktem. Jako wnikliwy obserwator, wiem doskonale kto i kiedy patrzy w mój dekolt (tak, odwracam głowę całkiem świadomie, żeby Was, drodzy Panowie nie krępować). Istnieje jednak różnica między spoglądaniem ukradkiem (nawet odrobinę nieudolnym) a nachalnym gapieniem się.
Plot twist jest jednak taki, że gdybym tych spojrzeń wcale sobie nie życzyła, chodziłabym w golfach, co zdarza mi się niezmiernie rzadko. Sedno tkwi w dyskrecji.

2. Na chama

Choć trudno w to dziś uwierzyć (zwłaszcza mojej mamie), większość życia miałam niedowagę. Aż tu nagle pewnego lata na Thassos mój metabolizm dostosował się do greckiego tempa, wyraźnie zwalniając. Przybrałam wreszcie te kilka kilogramów, osiągając samiusieńki środek wskaźnika BMI. Nigdy wcześniej nie czułam się tak kobieco, jak wtedy, słysząc zewsząd mnóstwo podbudowujących komplementów.
Pracowałam w tamtym czasie w barze, do którego przychodził pewien Serb. Często mi się przyglądał, uśmiechając się do mnie, ale długo nie zagadywał. (Dziś doceniam sensowność tej decyzji.) Niestety pewnego dnia postanowił się przełamać i zagaił w następujący sposób:

– Hej śliczna, wyglądasz, jakbyś… miała skłonności do tycia.

– zagajenie pewnego Serba

Wznosząc się na wyżyny swojego najbardziej nieskazitelnego brytyjskiego akcentu, odparłam:

– Fuck you.

– moja zwięzła odpowiedź

Dopiero potem dowiedziałam się o istnieniu „techniki” „uwodzenia” zwanej negowaniem. Niedawno przeczytałam, że wyciąganie jej z kontekstu jest niewłaściwe, ale w skrócie chodzi o to, żeby podkopać poczucie własnej wartości u kobiety, a potem je z powrotem odbudować w ten sposób, by ona… łączyła je z tym samym mężczyzną, który niedługo wcześniej je podkopał. Nie dostrzegam tu jakiegoś głębszego sensu (prawdopodobnie byłoby mi łatwiej, gdybym dostrzegała przynajmniej ten płytszy), natomiast kiedy zadaję sobie pytanie inspirowane cytatem z książki księdza Hellera, mianowicie:

Czy to powiększa sumę bezsensu we Wszechświecie?

– pytanie inspirowane „Moralnością myślenia” Michała Hellera

z pobieżnej analizy danych wychodzi mi odpowiedź twierdząca.

3. Opowieści dziwnej treści

Przedziwnym samczym zachowaniem w niektórych środowiskach jest coś, co mój tata określił kiedyś jako „traktowanie kobiety jak spluwaczki”, mianowicie zdradzanie z najbardziej drastycznymi szczegółami tajemnic alkowy ze swojej przeszłości, nie będąc o nie pytanym, w celu… No właśnie, tego do tej pory nie umiem rozgryźć. Zauważyłam tylko, że im bardziej zamierzchła przeszłość, tym chętniej jest przywoływana. Na szczęście na tę przypadłość cierpi tylko garstka wybrańców. Mój przyjaciel niedawno wytłumaczył mi, że właśnie tym różnią się faceci od mężczyzn. (Dla ułatwienia podpowiem, że zarówno mój przyjaciel, jak i tata zaliczali się do tej drugiej grupy.)
Znakomitym przykładem będzie tu ktoś, kto był łaskaw raczyć mnie historiami o prehistorycznych czasach swojej seksualnej, jak twierdził, świetności. Moment przełomowy nastąpił po opowieści o jakimś rzekomo rozpowszechnionym wśród ludów prymitywnych zwyczaju uwodzenia żon kolegów w ramach „odwetu” na tychże (kolegach, nie żonach… chociaż…) – po raz pierwszy w życiu w takich okolicznościach… zwymiotowałam. (Aż chciałoby się rzec: „fizjologiczne oddziaływanie na kobietę – you’re doing it wrong!”)
Warto jednak bacznie i krytycznie się przysłuchiwać, uruchamiając swój wewnętrzny detektor ściemy. Na ogół prędzej czy później fakty z takich historii zaczną się wzajemnie ze sobą wykluczać – dobrze to zrozumieć, bo kobiety mają niestety tendencje do zadręczania się zwykłym pajacowaniem i nadawania mu wagi, jakiej nigdy nie miało. Najr
ozsądniejszym rozwiązaniem jest po prostu odpuszczenie sobie facetów i rozsmakowanie się w mężczyznach.

4. Męskie przeczucia

Choć, jak wielokrotnie już tu podkreślałam, nie jestem zwolenniczką piętnowania różnic między płciami, kiedy słyszę od mężczyzn, że cokolwiek podpowiada im ich intuicja, wiem że podpowiada im źle. Co gorsza, nigdy się jeszcze w tej kwestii nie pomyliłam. Powiedzmy to sobie więc szczerze i otwarcie: mężczyźni w przeważającej większości nie posiadają intuicji, a jeśli wydaje im się, że jest inaczej, zdecydowanie nie powinni jej słuchać! (Pomocne może się okazać też ograniczenie spożywania alkoholu.)
Wiele lat temu na jednej z licznych, znowuż tasyjskich, imprez tańczyłam z pewnym Grekiem, który w pewnym momencie bardzo chciał mnie pocałować. Byłam go w stanie doskonale zrozumieć, jednak – ponieważ akurat nie podzielałam tej samej chęci – odmówiłam. Wydawałoby się, że nic prostszego do zrozumienia. Grecka interpretacja sytuacji mnie jednak przerosła. Dowiedziałam się, że on:

nie będzie się narzucać, bo rozumie, że bardzo tego chcę, ale… nie jestem na to po prostu jeszcze gotowa. I… on to szanuje!

– to, czego się dowiedziałam

Próba wytłumaczenia, że ja nie z tych, co i chciałyby i boją się, więc „skoro do pocałunku jeszcze nie doszło, to najprawdopodobniej go po prostu nie chcę i już”, spełzła na niczym. On… rozumiał… Że chcę… Ale nie jestem gotowa
Niedawno znalazłam się w niemal identycznej sytuacji. Spędzałam z kimś dość miło czas, aż nagle… wyczytał w moich oczach, że chciałabym dać mu tę noc. Zapytałam więc:

– Ale na pewno w MOICH oczach to wyczytałeś? Naprawdę? Może pomyliłeś z jakimś paprochem?

– to, o co zapytałam

Uparcie twierdził, że nie pomylił. Jak do tego doszło? Nie wiem. Zwłaszcza zważywszy na to, że tramwaj zwany pożądaniem miał stację końcową tuż przed naszym poznaniem, jak również na to, że kto kiedykolwiek zaznał mojego „tak”, ten nigdy nie pomyli go z moim kurtuazyjnym „raczej nie, ale dzięki”.

No dobrze, już słyszę uszami wyobraźni pytanie o to, jak w takim razie podrywać kobiety. Moja odpowiedź może się wydać kontrowersyjna, ale zaryzykowałabym tezę, żeby ich nie podrywać. Bycie niezaburzonym i zintegrowanym ze sobą człowiekiem powinno przyciągnąć do nas inne niezaburzone i zintegrowane ze sobą osoby. Rozmawiajmy z nimi, poznawajmy się. Wszystko, co piękne, przyjdzie do nas samo, jeśli nie będziemy o to zabiegać w sztuczny sposób.

P.S. Na deser łączę piosenkę, która całkowicie skradła moje serce: hipnotyczną „I Want You” niekwestionowanej królowej i bogini międzygalaktycznego soulu – Eryki Badu. Panowie, jeśli ktoś ma za Wami oszaleć tak, jak podmiot liryczny tego utworu, zrezygnujcie z wyżej opisanych praktyk, dobrze Wam radzę.

fot. Marianna Patkowska

Jakiego (nie) chłopaka

fot. Jan Lewandowski/Marianna Patkowska

Ostatnio dużo myślałam o tym, czemu tak często wszystkie jaskrawe sygnały, że relacja, w którą wchodzimy nie ma najmniejszych szans na powodzenie są przeważnie zupełnie poza polem naszego widzenia. Można oczywiście stwierdzić, że miłość jest ślepa, ale to mi nie wystarcza. Nie wystarcza przede wszystkim dlatego, że nie bardzo umiem w ogóle zdefiniować to uczucie, nie bardzo wiem, co się za słowem „miłość” kryje. Bardziej przemawiają do mnie udowodnione procesy chemiczne zachodzące w mózgu – zarówno te, które nas ku sobie popychają, jak i te powstające pod wpływem fizycznego zbliżenia (zabawne, że to niemal te same procesy, stąd dość śmiała, ale bardzo prawdopodobnie brzmiąca teza niektórych seksuologów, że seks bez zobowiązań nie istnieje).
Mój wniosek jest taki, że niezauważanie sygnałów ostrzegawczych ma ogromny związek z brakiem umiejętności wytyczania swoich własnych granic i wskazywania ich bliźnim. Na etapie poznawania nowej osoby, w której coś nam się podoba, zazwyczaj po prostu chcemy być mili, próbujemy się jakoś dostosować czy – żeby nie wystraszyć drugiej strony – decydujemy się na kompromisy, które tak naprawdę wcale nie są prawdziwymi kompromisami, lecz działaniem, które obnaża naszą uległość i na dłuższą metę krzywdzi nas samych, no a potem – jak to zwykle w sytuacjach zmierzających ku romantycznym bywa – jest już za późno. Kiedy się wpadnie jak śliwka w kompot, to już nie czas na rozważanie, czy do kompotu z agrestu śliwka na pewno pasuje…
Jakimś rozwiązaniem jest więc myśleć logicznie zawczasu oraz zebrać i przetworzyć wszystkie potrzebne nam informacje, nie dając się zwieść stwierdzeniu, które zaprowadziło już niejednego na manowce, mianowicie, że:

jakoś to będzie.

– uwaga, nie będzie!

Jedynie w romantycznych książkach i filmach możliwe jest stworzenie szczęśliwego, nietoksycznego związku między dwiema osobami z kompletnie różnych światów, środowisk, w dodatku umiejscowionych światopoglądowo na przeciwległych biegunach. Jedynie w romantycznych książkach i filmach miłość (niczym dobro) zawsze zwycięża nad takimi drobiazgami jak inny background. Tylko że to wcale nie są małe, przyziemne sprawy. To samo sedno jakichkolwiek relacji międzyludzkich, które w przypadku mniejszych lub większych różnic mogą być oczywiście poprawne, jednak jeśli zadamy sobie pytanie, czy chcemy wychowywać dziecko z osobą reprezentującą kompletnie odmienny od naszego system wartości (nawet jeśli się wzajemnie kochamy, co jest możliwe), może się okazać, że wcale sobie tego nie wyobrażamy. I przed wylądowaniem w takiej sytuacji może nas uchronić krytyczne przyglądanie się (na chłodno) wszelkim znakom, które pojawiają się oczywiście już na samym początku, ale przeważnie mniej lub bardziej świadomie są przez nas ignorowane. Warto więc przyjrzeć się aspektom, które zamierzam omówić. (To, że nie należy się umawiać osobami ciężko zaburzonymi i uzależnionymi dopóki są w fazie wyparcia i nie idą po profesjonalną pomoc, uznałam za oczywistość.)

1. Duchowość/religijność

Obojętne, czy jesteśmy wyznawcami jakiejś konkretnej religii lub filozofii, ateistami, czy może agnostykami, dla których duchowość odgrywa niesłychanie ważną rolę w życiu (jednak zamknięcie jej w jakiejkolwiek zinstytucjonalizowanej formie budzi sprzeciw), musimy pamiętać, że to jedna z tych dziedzin życia, w której słabo sprawdzają się kompromisy. Czy nie istnieją szczęśliwe związki np. dwuwyznaniowe? Albo takie, w których kwestie religijne są ważne tylko dla jednej strony? Oczywiście istnieją, nie jest jednak dobrze traktować tego jako argumentu do nieprzejmowania się różnicami na tle duchowym czy religijnym. Te różnice w bardzo wielu wypadkach są nie do przeskoczenia, więc jeśli chcemy mimo wszystko spróbować, musimy zrobić to z otwartymi oczami, nie bagatelizując wagi problemu i nie zaklinając rzeczywistości na siłę.
W ustaleniu, czy taka relacja ma sens, na pewno pomoże nam odpowiedź na pytanie, jak widzimy w tym wszystkim wspólne wychowywanie dziecka. I nie, choć to „dopiero pierwsza randka”, wcale nie jest „za wcześnie” na myślenie o tych sprawach. (Plus nie, żadna antykoncepcja nie daje stuprocentowej pewności.)

2. Poglądy polityczne

Żyjemy dziś – nie tylko zresztą w Polsce niestety – w bardzo specyficznym politycznym napięciu. Można oczywiście powiedzieć, że podział społeczeństwa jest cyniczną grą włodarzy i trzeba być ponad nim; rzeczywiście w codziennych koleżeńskich relacjach z ludźmi dobrze się tej filozofii trzymać. Jednak jeśli chcemy wpuścić kogoś do swojej przestrzeni (żeby nie powiedzieć, górnolotnie, serca), naprawdę niesamowicie ważne jest zastanowienie się przez chwilę, czy jego – odmienne od naszych – preferencje polityczne nie budzą naszego wstrętu lub jakiegoś, przykrywanego chęcią bycia wyrozumiałym, żalu o sympatyzowanie z czymś tak bardzo nam światopoglądowo obcym.
W ustaleniu, czy taka relacja ma sens, na pewno pomoże nam odpowiedź na pytanie, jak widzimy w tym wszystkim wspólne wychowywanie dziecka. I nie, choć to „dopiero pierwsza randka”, wcale nie jest „za wcześnie” na myślenie o tych sprawach. (Plus nie, żadna antykoncepcja nie daje stuprocentowej pewności.)

3. Wychowanie

Przez różnicę światów czy środowisk rozumiem przede wszystkim kompletnie inne wychowanie i bezpośrednio łączące się z nim różne standardy. Kobiety oczekują zazwyczaj, że ich partner się domyśli. Pomijam już, że kiedy jest mężczyzną, to można spokojnie założyć, że sam się jednak nie domyśli, ale jeśli jego background jest całkowicie odmienny od naszego, szybko okaże się, że to, co jest oczywiste dla nas, wcale nie będzie oczywiste dla niego (i na odwrót). Z jednej strony oczywiście nigdy nie spotkamy nikogo, kto byłby wychowany tak samo jak my, jednak nie jest to powód, by nie zauważać różnic diametralnych, które prędzej czy później zaczną nas drażnić. Pytanie tylko jak bardzo. Może nie bardzo, jednak lepiej ustalić to zanim zaangażujemy się zbyt mocno. Jak? Nie udając, że problem nie istnieje.
W ustaleniu, czy taka relacja ma sens, na pewno pomoże nam odpowiedź na pytanie, jak widzimy w tym wszystkim wspólne wychowywanie dziecka. I nie, choć to „dopiero pierwsza randka”, wcale nie jest „za wcześnie” na myślenie o tych sprawach. (Plus nie, żadna antykoncepcja nie daje stuprocentowej pewności.)

4. Posiadanie dzieci

Niektórzy ludzie chcą, a niektórzy nie chcą mieć dzieci. Do tego w każdej z tych grup zdarzają się zarówno osoby płodne, jak i bezpłodne (lub które z przyczyn medycznych nie powinny się rozmnażać). To wszystko plus możliwość poddania się zabiegowi (teraz lub w przeszłości), który uniemożliwi spłodzenie dziecka powinno nas skłonić do bardzo jasnego sprecyzowania czy nasze potrzeby i możliwości pokrywają się (nomen omen) z  potrzebami i możliwościami drugiej strony. Rozbieżność w tej kwestii uniemożliwia wejście w związek! Nie ma co się łudzić i marnować swojego i cudzego czasu. Brzmi to może bezdusznie, ale naprawdę wiem, co mówię.
W ustaleniu, czy taka relacja ma sens, na pewno pomoże nam odpowiedź na pytanie… no właśnie! Przede wszystkim jakie jest nasze podejście do rozmnażania i jakie są też nasze biologiczne możliwości. Brak niechęci do bycia rodzicem nie musi jednoznacznie oznaczać jej chęci – w takiej sytuacji prawdopodobnie można stworzyć udany związek z kimś, kto nie chce lub nie może posiadać potomstwa. Kluczem jest jednak rozmowa. I nie, pierwsza randka to nie jest „za wcześnie”! (Chyba że mamy po czternaście lat.)

5. A oczami nNi…

Myślę, że każdy do powyższych punktów doda pewnie jeszcze coś od siebie. Osobiście nie widzę swojej przyszłości u boku kogoś, kto słucha disco-polo, nie ma w domu ani jednej książki czy posiada meblościankę. Czy to rodzaj dyskryminacji? Może, choć jeśli chcemy być w jednym związku z jedną osobą i zakładamy na to jakiś dłuższy przedział czasowy (typu reszta naszego życia np.), to i tak przecież odrzucimy całkiem sporą liczbę adoratorów. Czemu by więc nie z powodu meblościanki, skoro nie potrafimy jej zdzierżyć?
Jest we mnie rozdźwięk między romantyczną a racjonalną częścią mojej natury. Romantyczna uwielbia kolacje i kąpiele przy świecach, nastrojową muzykę, pobudzające zmysły zapachy i smaki, wierzy w absolutne dopasowanie i jedność ciał, bezgraniczne zaufanie i pełną lojalność oraz magię połączenia psychicznej, duchowej i fizycznej strony dwóch bliskich sobie osób. Racjonalna z kolei jest przekonana, że ludzie na pierwszej randce powinni pokazywać sobie dowody tożsamości oraz ważne badania lekarskie w kierunku chorób wenerycznych, a potem dopiero przejść do omówienia wszystkich powyższych punktów. Na drugą randkę sugerowałabym zaopatrzenie się w informacje, które zdobędzie dla nas zatrudniony uprzednio wysokiej klasy detektyw (tu bym akurat nie oszczędzała). Jeśli oczywiście druga randka będzie w ogóle miała się wydarzyć. Wbrew pozorom piszę śmiertelnie poważnie. Wielu bolesnych, a czasem nawet drastycznych sytuacji dałoby by się z powodzeniem uniknąć, gdyby ludzie przed wejściem w związek coś o sobie wiedzieli. Nie na wszystko mamy oczywiście wpływ, ale uważajmy na to, kogo dopuszczamy do siebie bliżej. To naprawdę ma ogromne znaczenie, bo każdy z nas zasługuje na to, żeby traktować się jak najlepiej!

P.S. A na deser mogę wrzucić tylko jedną piosenkę – w pewnym sensie muzyczną inspirację do tego wpisu 🎼🎼🎼

Porozmawiajmy o małżeństwie…

fot. Nika Zamięcka

Z okazji dzisiejszych Walentynek postanowiłam zrobić wpis językowy, w którym dogłębnie przyjrzę się słowu „małżeństwo”.

1. Jaka jest etymologia słowa „małżeństwo”

Cytując za Poradnią Językową Uniwersytetu Śląskiego:

Wyraz „małżeństwo” nie należy do polskiego słownictwa rodzimego. Jedna z hipotez omawiających etymologię tego słowa, podkreślająca złożony charakter wyrazu, wskazuje, że ów leksem wywodzi się od słowa „małżonka” – a ściślej – od wcześniej już używanego wyrazu „małżona” o znaczeniu ‘żona pojęta „na mal”, uroczyście’. Człon „mal-” wywodzi się od starogermańskiego „māl” lub „mahal” oznaczającego ‘umowę, kontrakt’ (w omawianym przykładzie byłby to kontrakt ślubny). Związek „māl” ‘umowy’ z uroczystościami weselnymi potwierdzają następujące germańskie słowa: „mahlschatz” ‘posag’, „mahlring” ‘pierścień ślubny’. Drugi człon złożenia – „žona” – ma już charakter słowiański.
Zauważyć ponadto należy, iż polszczyzna przejęła wyraz „małżonka” najprawdopodobniej w drugiej połowie XIV wieku z języka staroczeskiego – „malženka”. Było to zdrobnienie od „malžena” – ‘ślubna żona’.
Pierwsza połowa XVI wieku przynosi teksty dokumentujące użycie słowa „małżonek” (sporadycznie: „małżon”) utworzonego od leksemu „małżonka”. Natomiast słowo „małżeństwo” pojawia się wcześniej, bo już w pierwszej połowie XV wieku, prawdopodobnie też na wzór staroczeskiego „malženstvo”.
W XV wieku odnotowujemy również obecność wyrazu „niemałżeństwo” w znaczeniu ‘związek z żoną „niemałżeńską”, konkubinat’ (por. Aleksander Brückner „Słownik etymologiczny języka polskiego”, Andrzej Bańkowski „Etymologiczny słownik języka polskiego”).
Z kolei druga hipoteza zakłada, iż podstawą etymologiczną omawianego słowa był staroniemiecki leksem „gemahelo” (obecnie „gemahl”) – ‘małżonek’, przejęty przez Słowian bez nagłosowego „ge-” (Krystyna Dłogosz-Kurczabowa „Nowy słownik etymologiczny języka polskiego”).
Warto również przypomnieć dziś już zapomniane staropolskie wyrazy: „żeństwo” ‘małżeństwo’, „bezżeństwo”, rzadsze ‘bezmałżeństwo” czy wreszcie czasowniki „małżonkować”, „małżonkować się” w znaczeniu ‘zawierać związek małżeński’.

– Joanna Przyklenk, Poradnia Językowa UŚ

Łatwo więc zauważyć, że o ile da się w wyrazie „małżeństwo” doszukać „żony” i „umowy”, na próżno w nim jednak szukać „męża”, z którą to wiedzą przejdźmy do punktu drugiego.

2. Ze słowa „małżeństwo” wynika, że jest to „związek kobiety i mężczyzny”

Owszem, jest to definicja prawna (choć wbrew pozorom nie aż taka oczywista jak się zdaje, co wyjaśni się za chwilę), a także – jak na razie – słownikowa, jednak, o czym wyżej, w etymologii tego wyrazu bardzo trudno doszukać się „kobiety i mężczyzny”. Innymi słowy definicja ta wynika z pewnej umowy między użytkownikami języka, że wyraz „małżeństwo” oznaczać będzie formalnie zawarty związek między kobietą a mężczyzną (działają więc tu względy kulturowe), nie zaś z budowy samego słowa. Jest to niesamowicie istotna różnica, ponieważ język jest żywy i ewoluuje w zależności od potrzeb użytkowników (to on służy przecież nam, a nie na odwrót), w związku z czym niektóre słowa mogą zmieniać na przestrzeni lat swoje znaczenia; równocześnie jednak te wyrazy, których znaczenia bezpośrednio wynikają z ich budowy (np. „podnóżek” czy „podgłówek” to coś, co mamy „pod” „nogą” lub „głową”) nie mają wielkiego pola manewru i ich szansa na radykalną zmianę znaczenia jest niemal równa zeru. (W przypadku „podnóżka” i „podgłówka” obstawiałabym raczej stwarzanie nowych wyrazów na nich wzorowanych, jak np. „podnadgarstek”, „podplecek” czy „podrączek”, nie zaś zmienienie ich znaczenia na jakiekolwiek inne.)
Oczywiście można byłoby tu podać jako kontrargument np. kolory – znaczenie słów ich określających też wynika przecież z pewnej umowy, jednak punkt ciężkości stawiałabym na powyższe „w zależności od potrzeb użytkowników” (przez co rozumiem całe społeczeństwo na przestrzeni lat, nie zaś pojedyncze jednostki). Trudno mi wyobrazić sobie społeczną potrzebę zmiany znaczenia słowa „czarny”, tym bardziej, że weszło już do frazeologii („praca na czarno”, „nadciągają czarne chmury” czy „czarno na białym”); jednak ta najczęściej pojawiała się w przypadku słów określających sprawy dla nas od kolorów istotniejsze.
Jeśli więc zrozumiemy, że budowa słowa „małżeństwo” nie wskazuje wcale na „kobietę i mężczyznę”, szybko uświadomimy sobie, że znaczenie tegoż – gdyby prawna interpretacja konstytucyjnych zapisów uległa w naszym kraju zmianie – bez najmniejszego językowego problemu także może się zmienić, a ściślej mówiąc, rozszerzyć.

4. Krzesło to krzesło (a jak nie, to świat się rozsypie)

Znam bardzo wiele osób stojących na stanowisku, że

choć nie mają nic przeciwko homoseksualnym bliźnim, jednak nazwanie (ciągle jeszcze hipotetycznego w Polsce) usankcjonowanego prawem związku między dwoma osobami tej samej płci „małżeństwem” jest językowym nadużyciem, gdyż „małżeństwo” to „małżeństwo”, podobnie jak „krzesło” to „krzesło”, a „stół” to „stół”.

– zdanie wielu osób, które nie są homofobami, ale…

Na czym polega błąd takiego rozumowania? Przede wszystkim na tym, o czym pisałam już wyżej – opory nie są wcale językowe i dobrze mieć tego świadomość (i językiem się nie wykręcać), lecz kulturowe, a to różnica. Przez lata przyzwyczajamy się do różnych rzeczy i perspektywa zmiany najczęściej nie budzi naszego zaufania. Starsi ludzie do dziś będą traktować rzeczownik „radio” jako nieodmienny, mimo że od wielu lat nie tylko może, ale nawet powinien być odmieniany przez wszystkie przypadki. (Choć brak odmiany ciągle błędem nie jest, a raczej reliktem minionych czasów.) Świat się jednak z tego powodu nie skończył, a Ziemia nie przestała kręcić!
Inny problem tego rozumowania jest taki, że choć faktycznie u nas małżeństwa jednopłciowe jeszcze zawierane nie są, są jednak zawierane w innych krajach, więc stanowią zjawisko faktyczne, z którym nasz język powinien umieć się jakoś jednak zmierzyć. (Nota bene nie trzeba przecież brać ślubu w Polsce, żeby być małżeństwem przebywającym dłużej czy krócej w tym kraju.)

5. Co na to Konstytucja
Rzeczypospolitej Polskiej?

Z ogromną przyjemnością przytoczę tu postanowienie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (sygn. akt IV SA/Wa 2618/18) w sprawie Jakuba i Dawida:

Zgodnie z art. 18 Konstytucji RP małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo pozostają pod opieką i ochroną Rzeczypospolitej Polskiej. Zdaniem Sądu zgodzić można się ze Skarżącymi, iż z powyższej zasady konstytucyjnej wynika nie tyle konstytucyjne rozumienie instytucji małżeństwa, co gwarancja objęcia szczególną ochroną i opieką państwa instytucji małżeństwa, ale tylko w założeniu, że chodzi o związek mężczyzny i kobiety. Z tego względu treść art. 18 Konstytucji nie mogłaby stanowić samoistnej przeszkody do dokonania transkrypcji zagranicznego aktu małżeństwa, gdyby w porządku krajowym instytucja małżeństwa jako związku osób tej samej płci była przewidziana. Powyższy przepis nie zabrania przy tym ustawodawcy, by ten mocą ustaw zwykłych zinstytucjonalizował status związków jednopłciowych lub też różnopłciowych, które z sobie wiadomych przyczyn nie chcą zawrzeć małżeństwa w jego tradycyjnym rozumieniu.

– Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (sygn. akt IV SA/Wa 2618/18)

6. Dupa w drzewie, fajna dziwka i chujec w  zagrodzie

Wszelkim ciągle nieprzekonanym purystom językowym musiałabym doradzić używanie podanych w tytule słów w ich pierwotnym, niezmienionym znaczeniu. Niech więc „dupą” określają dziuplę, „chujcem” wieprza, a do dziewczyny zwracają się po staropolsku per „dziwko”. Jeśli nie chcą przypadkiem obrazić płci pięknej, muszą też wystrzegać się używania słowa „kobieta”, gdyż w XVI wieku było ono przecież nacechowane negatywnie i stanowiło wręcz obelgę. O tym, że „bielizna” może być tylko biała, a „miednica” jedynie miedziana, nie muszę na pewno przypominać. Szanujmy się, słowa w końcu mają swoje znaczenie!

P.S. Wszystkim w tym pięknym dniu życzę dużo, dużo miłości! Najlepiej zacząć od tej do siebie samego, bo im się jej ma więcej do siebie, tym więcej można jej dać innym i równocześnie od innych otrzymać!
A kiedy będziemy jej mieć już wystarczająco, szybko zrozumiemy, że żadne preferencje – ani seksualne, ani kulinarne, ani artystyczne – nas nie definiują. Definiuje nas natomiast nasze serce! ❤️❤️❤️

Przyjaźń bez zobowiązań

Już na wstępie zdradzę, że przyjaźń bez zobowiązań nie istnieje. Miłość nie wymaga od nas niczego – po prostu jest. Natomiast już jakakolwiek forma relacji z drugą osobą, na której nam zależy – w tym również oczywiście przyjaźń – jak najbardziej wymaga od obydwu stron zaangażowania, więc zobowiązań właśnie. Znacie zapewne wyświechtane:

Musimy się zdzwonić!
Nie słyszeliśmy się wieki całe!
Ja w ogóle nie wiem, co u ciebie słychać!

– sformułowania, które zapewne znacie

Najbardziej boli, kiedy padają ze strony naprawdę bliskich wam osób, które… nigdy nie wykonują pierwszego kroku. Wyrażają więc chęć kontaktu, ale równocześnie z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego powodu czekają, aż to wy odezwiecie się pierwsi. Za każdym razem. Problem w tym, że nie na tym polega przyjaźń dwojga ludzi, że jedno ciągle daje, a drugie tylko bierze.

1. Wymiana

Czy nam się to podoba czy nie i czy uświadomimy to sobie mocniej, czy też odrzucimy taką koncepcję, większość relacji międzyludzkich opiera się na dawaniu i braniu mniej więcej po równo. Czyli na wymianie.  Nie oznacza to, że przyjaźnimy się ze sobą interesownie, żeby coś uzyskać, ale że mamy gdzieś z tyłu głowy, że możemy się w danej relacji poczuć bezpiecznie i dać dużo, bo to w jakiejś formie do nas wróci. I tak w zdrowych relacjach przeważnie jest. Co jednak, kiedy zrobimy sobie bilans roczny (a czasami i kilkuletni) i wyjdzie nam, że na nasze kilkadziesiąt telefonów/maili/SMS-ów do kogoś nam bliskiego z pytaniami co u niego słychać, jak on się czuje, czy wszystko u niego w porządku, on sam z siebie odezwał się do nas tylko trzy razy albo wcale?
Wydawałoby się, że najrozsądniej o tym po prostu porozmawiać. A jeśli druga strona już wie, że brakuje nam jej uczestnictwa i jakiejkolwiek aktywności w relacji i nic z tym nie robi, można sobie zadać pytanie, czy ktoś, kto nas jawnie ignoruje (choć podczas kontaktów inicjowanych przez nas jest bardzo życzliwy), faktycznie jest naszym przyjacielem. Może jest po prostu kimś życzliwym. Kimś, kto nas nawet w jakimś sensie kocha, ale z jakiegoś powodu nie chce się zaangażować w przyjaźń.

2. Mit braku czasu

Jednym z największych mitów dzisiejszego pędzącego świata jest przekonanie, że nie mamy czasu. Czas jest zjawiskiem wielopłaszczyznowym, postrzegamy go na kilku poziomach, w niektórych sytuacjach potrafi być dość mocno elastyczny, bywa też subiektywny, o czym przekonuje nas w swojej rewelacyjnej książce „Czas. Przewodnik użytkownika” fizyk Stefan Klein.
Dlaczego więc ciągle wierzymy w to, że nie mamy czasu na pielęgnowanie czegoś tak w życiu ważnego, jak przyjaźń? Dlaczego więc ciągle wierzymy w to, że nasi najbliżsi nie mają dla nas czasu?
Gwoli wyjaśnienia, nie jestem zwolenniczką żadnych konwenansów: ani przymusowych coniedzielnych telefonów, ani herbatek i kawek koniecznie raz na tydzień czy dwa, ani jakichś wyliczeń, że skoro ostatnio inicjatywa wyszła ode mnie, to teraz ruch należy już tylko do drugiej strony i kropka. Życie to nie praca w aptece. (Przynajmniej życie osób, których życiem nie jest praca w aptece.) Wiadomo, że raz na jakiś czas ktoś utknie w jakimś projekcie np. na pół roku i nie będzie miał głowy już do niczego innego, a raz ktoś będzie się szykował do ważnego egzaminu i z trudem uda mu się przez najbliższe miesiące pogodzić to z pracą i prowadzeniem domu, a co dopiero z dbaniem o przyjaźń. Mówiąc, że brak czasu jest wymówką i to słabą, nie mam na myśli przerw w kontaktach spowodowanych czynnikami zewnętrznymi, nie zawsze od nas zależnymi. Mam na myśli brak zaangażowania w relację, objawiający się w podanych wyżej sytuacjach chociażby brakiem uprzedzenia drugiej strony, że będzie się dla niej dostępnym dopiero za kilka miesięcy.  Jeśli ktoś nie ma czasu nas poinformować, że będzie przez chwilę mniej uchwytny, to jaką mamy gwarancję, że znajdzie dla nas czas wtedy, kiedy będziemy tego potrzebować najbardziej?
Byłam w życiu w sytuacji, w której ktoś w jednej chwili dosłownie  rzucił wszystko, by być dla mnie, kiedy tego potrzebowałam. Byłam też w takiej, w której decyzja o tym, że całe moje zmęczenie i ogrom obowiązków nie mają żadnego znaczenia wobec tego, że ktoś w tym momencie musi uzyskać moje wsparcie i energię, przyszła mi bez najmniejszego trudu. Była oczywistością. I ponieważ wiem, że można wspólnymi siłami (słowo klucz – wspólnymi) stworzyć taką relację, mam zarówno wobec siebie samej, jak i najbliższych mi osób wysokie oczekiwania. Ale w końcu po co chcieć mniej, skoro można mieć więcej?

3. Jak kocha, to nie poczeka

Kolejnym mitem, w który przez długi czas wierzyłam sama, jest ten, że relacje nie ulegają zmianom. Że są constans. Otóż nie są. Wszystko wokół nas się zmienia, my sami się zmieniamy, więc skoro w przyjaźni na przestrzeni czasu co najmniej dwa czynniki ulegną zmianie (my i nasz przyjaciel), a nieraz również towarzyszące tej przyjaźni okoliczności, to nie ma siły, która by sprawiła, że przyjaźń będzie identyczna, jak kilka lat wcześniej. I dobrze, bo skoro mamy z biegiem czasu trochę inne potrzeby, nasza rozwijająca się z nami przyjaźń ma szansę ciągle je spełniać. Gorzej, jeśli jedna ze stron uwierzy w to, że jej przyjaźń zawsze będzie taka sama, równocześnie nie zauważając, że nagle przestało się jej chcieć, przestało jej zależeć, przestała brać aktywny udział w tej relacji. Istnieje ryzyko, że uwierzy wtedy także w to, że jej sympatia do drugiej strony i aktywność sprzed lat wystarczą. A nie wystarczą. Czucie się kochanym/lubianym/cenionym przez kogoś bliskiego to jedno, a bycie z nim w relacji przyjacielskiej w prawdziwym tego słowa znaczeniu, to zupełnie co innego.
Chwilę mi to zajęło, ale zrozumiałam, że to sytuacja, z którą również dobrze się pogodzić i którą warto zaakceptować. I przez akceptację nie mam oczywiście na myśli brnięcia w przyjaźń z kimś, kto nam jej odmawia (= kto nie poczuwa się do żadnych zobowiązań, ale chętnie skorzysta z tego, co sami mu w ramach przyjaźni zaoferujemy). Przyjaźń, która jest równocześnie i zdrowa i jednostronna nie istnieje. To, co mam na myśli, to przyjęcie z pokorą czyjejś życzliwości, odwdzięczenie się tym samym i rezygnacja z przyjaźnienia się na siłę. W końcu każdy z nas zasługuje na tyle, ile sam jest w stanie z siebie dać.
Nigdy nie dawajmy z siebie więcej, niż dostajemy. Nie z wyrachowania czy cynizmu, tylko dlatego, że nadmierny altruizm jednej strony, przy egoizmie drugiej, prawdziwej, głębokiej, zdrowej przyjaźni po prostu nie służy.

4. P.S.

Oczywiście to, że ktoś czasem nie umie udźwignąć obowiązków wynikających z przyjaźni i wycofuje się z niej na krótszy lub dłuższy czas, nie oznacza wcale, że raz utracona relacja zostaje utracona już bezpowrotnie. Zwłaszcza, jeśli jest w nas wzajemna życzliwość.
Moim celem było zwrócenie uwagi na to, że przyjaźń wymaga od nas odpowiedzialności i zobowiązań, które w dzisiejszych czasach, trochę promujących wygodnictwo i hedonizm, nie są ani modne, ani specjalnie lubiane. To jednak naprawdę nieduża cena za coś, co jest tak wielką wartością jak przyjaźń. Warto wymagać od siebie i od innych trochę więcej.

Czy bycie połową jest jednostką chorobową?

fot. Valantis Nikoloudis

Od najmłodszych moich lat tata zawsze powtarzał mi słowa, których – choć były proste – udało mi się nie zrozumieć przez przeszło ćwierć wieku. Mianowicie mówił, że:

żeby być w pełni szczęśliwym z kimkolwiek,
trzeba być najpierw w pełni szczęśliwym ze sobą samym.

– słowa, które powtarzał mi tata od najmłodszych moich lat

Przytakiwałam, byłam dumna, że mam takiego mądrego ojca, nawet wielokrotnie cytowałam tę wypowiedź, a potem wchodziłam w relacje (każdego typu – od miłosnych po przyjacielskie), w których swoje szczęście zostawiałam na wycieraczce przed drzwiami, a my kompletnie zastępowało moje ja. Aż nagle wreszcie coś zaskoczyło i w pełni pojęłam prawdziwą mądrość i głębię słów taty. Nie chodzi przecież o to, żeby nie odczuwać szczęścia podczas obcowania z bliską nam osobą tylko o to, żeby swojego szczęścia (czyli elementu, który powinien być w nas wmontowany na stałe i który jest nam potrzebny do prawidłowego funkcjonowania) nie szukać poza sobą, bo:

a) nie może go tam być (a jeśli tak to czujemy, to znaczy, że mamy zaburzony ogląd sytuacji)

b) oczekując od kogokolwiek, że da nam coś, co dać sobie możemy tylko my sami, wywieramy na nim ogromną presję, a nasze oczekiwania są z góry skazane na niepowodzenie; nie dlatego, że ktoś nie umie im sprostać, tylko dlatego, że najnormalniej w świecie nie jest w stanie.

Cała koncepcja szukania szczęścia wewnątrz, a nie na zewnątrz siebie polega na założeniu, że szczęście z natury rzeczy jest w każdym z nas, tylko czasami tracimy z nim po prostu łączność. A jeśli nie umiemy jeszcze odnaleźć swojego wewnętrznego szczęścia, wtedy nie jesteśmy sobą w pełni, co ciągle jeszcze nie jest tragedią, póki mamy tego świadomość i póki nad tym pracujemy – w końcu poznajemy się przez całe życie. Niebezpieczeństwo pojawia się dopiero w niemożliwych do zrealizowania oczekiwaniach, które pokładamy w osobach, które stają się nam coraz bliższe. I tu pojawia się sytuacja promowana latami przez literaturę i film – romantyczna wizja związku jako dwóch połówek pomarańczy (czasem jabłka, ale mniejsza o owoc, skupmy się na połówkach). Mimo, że literatura i film równolegle oferują nam też magiczny świat kucyków po drugiej stronie tęczy, mitologiczne stwory czy superbohaterów, którzy latają w pelerynach i zmieniają losy świata na lepsze, to jednak jest całkiem sporo ludzi, którzy spośród szerokiego wachlarza literackiej i filmowej fikcji, postanowili chwycić się akurat tych nieszczęsnych połówek i w nie właśnie uwierzyć.
Kto z nas przynajmniej kilka razy w życiu nie usłyszał o czyjejś „drugiej” lub (o zgrozo!) „lepszej” połówce?

– A to moja (lepsza) połowa.
– Moje najszczersze kondolencje.

– jedyna przychodząca mi do głowy odpowiedź na to wstrząsające wyznanie

Mimo, że przeważnie za tym sformułowaniem nie stoją żadne głębsze przemyślenia, a jedynie przekonanie, że to szarmanckie, zabawne lub miłe, jednak dobrze zastanowić się przez chwilę, co nadawca takiego komunikatu nam właśnie powiedział. Otóż powiedział nam, że jest ułomnym, nieszczęśliwym człowiekiem, który czepił się jak rzep drugiego równie ułomnego i nieszczęśliwego człowieka. Jeśli użył sformułowania „lepsza połowa”, przyznał, że on sam jest bardziej ułomny, niż jego partner/ka, ale tylko troszkę, bo jednak połowa to – nie oszukujmy się – połowa. Będąc osobą empatyczną, nie potrafię nie współczuć, kiedy bliźni dzielą się ze mną tak dogłębnie poruszającą i smutną historią, bo przecież pół i pół daje tylko całość, podczas kiedy zdrowy, piękny i silny związek to dwie całości!
Odpowiadając na pytanie, które jest tytułem tego wpisu, skłaniałabym się ku odpowiedzi twierdzącej. W końcu nie składamy się tylko z ciała i psychiki, ale posiadamy również duchowość, która też ma prawo czasem zachorować.

❤ ❤ ❤ Z okazji Walentynek życzę Wszystkim zakochanym i poszukującym, by znaleźli idealnych, dopełniających ich partnerów najpierw wewnątrz siebie samych (opisywałam to również w tekście wprowadzającym TUTAJ) – szczęście gwarantowane! ❤ ❤ ❤

P.S. Dokładnie o tym, o czym piszę, rozmawiają w SuperSoul Sunday Oprah Winfrey i jej goście – Gary Zukav i jego żona, Linda Francis 😉 Posłuchajcie koniecznie (link poniżej)!

A na deser królowa, czyli Iyanla Vanzant, o budowaniu zdrowej relacji z sobą samym: