Blok czekoladowy

fot. Marianna Patkowska

Od przyjazdu do Zakopanego stałam się pełnoetatową panią domu oraz na drugi etat niewolnicą Izaurą. Trochę żartuję, ale tylko trochę. Szykowanie sobie backgroundu, miękkiego lądowania i zabezpieczenia finansowego, by móc za grosze (lub nawet – z czym się liczę – za darmo) wykonywać swoją posługę w Świetlicy Biblioteki Społecznej „Przyjazne Pomorze” w Gdańsku, wymaga poświęceń. Więc pracować, pracuję, ale nieodpłatnie, licząc, że w najbliższej przyszłości przyniesie to długo oczekiwane plony. Jednak ponieważ pracuję nie do końca ruszając się z domu, mam też więcej czasu na gotowanie, w czym się rzeczywiście artystycznie spełniam. W Gdańsku bardzo doskwiera mi brak kuchni (mam nadzieję, że już kolejny sezon letni się pod tym względem zmieni), za to w zakopiańskim domu, posiadającym w dalszym ciągu moją ukochaną kuchnię Jednopalnikową z piecem, mogę się kulinarnie wykazać.
Zrozumiałam, że gotowanie jest moim językiem miłości. Że uwielbiam ludzi zarówno karmić, jak i uwodzić smakiem. Zależy mi nie tylko na tym, żeby byli najedzeni, ale też, żeby byli wniebowzięci, bo jedzenie może być niesamowitą rozkoszą. I nie chodzi tu o tworzenie kulinarnych towarów luksusowych. Ostatnimi czasy nie ma w moim gotowaniu mowy o jakichś drastycznie drogich czy niespotykanych składnikach. Chodzi wyłącznie o wyobraźnię, pomysł, smak i serce, a im taniej, tym lepiej!
W tym roku Święta pod kątem kulinarnym wyszły fantastycznie. Wszyscy byli szczęśliwi, więc prawdopodobnie prze(w)pisy na niektóre z dań wrzucę tu niebawem. Zacznę od tego na deser, który okazał się hitem – mianowicie na blok czekoladowy. Deser, który pewnie wiele osób robi. Ja zapragnęłam spróbować swoich sił i oczywiście bez przepisu, metodą prób i błędów, sprawdzałam, co jest rozwiązaniem dobrym, a co gorszym. Przed Świętami przygotowałam swój pierwszy blok, na Święta drugi, na Sylwestra trzeci, a po wyjeździe wszystkich gości czwarty. Czy za każdym razem odrobinę zmieniałam składniki i proporcje? Oczywiście tak, ale poproszona właśnie o przepis przez kolejne zachwycone nim obdarowane osoby, pomyślałam, że już mi się skrystalizował, więc może warto puścić go, mówiąc szumnie, w świat.

fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:
Wszystkie składniki dostaniemy w Biedronce!

– kostka margaryny do pieczenia (np. Tortowej)
– niecałe 2 szklanki cukru
– 5 łyżeczek kakao
– 0,5 szklanki mleka
– 2 tabliczki czekolady deserowej Allegro
– tabliczka czekolady mlecznej Allegro
– 4 łyżki mleka w proszku (ten składnik można pominąć)
– 75 g migdałów blanszowanych w płatkach (0,5 opakowania)
– 100 g wiórków kokosowych (0,5 opakowania)
– herbatniki Petit Beurre (Bonitki)

fot. Marianna Patkowska

PRZYGOTOWANIE:

fot. Marianna Patkowska

W małym garnku rozpuścić margarynę i dodać do niej cukier. Cały czas mieszając, wsypać kakao, a potem dolać mleko. Po chwili zacząć dodawać kawałki czekolad, powoli, mieszając. Na samym końcu, kiedy czekolady się rozpuszczą, dosypać mleka w proszku (jeśli nie mamy tego składnika, również nie ma problemu). Wszystko wymieszać tak, by stanowiło jednolitą masę, a potem przelać do miski, do której dodamy płatki migdałów, wiórki kokosowe i kilka startych w rękach jak najdrobniej herbatników (ja ścierałam ok. 7, 8 herbatników). Wszystko dokładnie i porządnie wymieszać. Formę do pieczenia ciasta wyłożyć papierem do pieczenia, a na dole poukładać herbatniki. Jeśli nie wypełnią całe przestrzeni, można dołożyć kawałki herbatników, żeby zrobić z nich spód. Na herbatniki wlewamy naszą czekoladową masę i na samej górze również układamy herbatniki tak samo, jak na dole. Całość studzimy. Jak będzie zimna, wkładamy na noc do lodówki.

fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser łączę swój cover znakomitej piosenki okolicznościowej Sii – „Death By Chocolate”.

fot. Marianna Patkowska

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Curry batatowo-ziemniaczane

fot. Marianna Patkowska

Co tu dużo kryć, przyszła jesień. Dla mnie to czas zaszycia się w górach w moim przytulnym drewnianym domku, którego zaczęło mi nawet odrobinę brakować. Oprócz ulubionego fotela i regału z kolejnymi książkami, które niebawem zamierzam pochłonąć, zakopiański dom to dla mnie przede wszystkim kuchnia (tęskniłam za nią tym bardziej, że nad morzem wspólne gniazdo dopiero wijemy). Po tylu latach ciągle jednopalnikowa, ale nadal inspirująca do kreatywnego działania, a dzięki mojemu nieocenionemu Partnerowi, coraz praktyczniej i wygodniej urządzona.
A skoro nadeszła jesień, a ja odzyskałam swoje kuchenNe królestwo, szybko wyczarowałam potrawę na wskroś jesienną, a do tego wegetariańską i – o ile się nie mylę – również wegańską. To smaki bardzo mi bliskie, bo z jednej strony inspirowane kuchnią indyjską, a z drugiej – polską. Delikatne, choć rozgrzewające curry idealnie sprawdzi się zarówno jako pyszny rodzinny obiad, jak i w roli gwoździa programu podczas eleganckiej proszonej kolacji dla bliskich.

fot. Marianna Patkowska

🍠 SKŁADNIKI:

fot. Marianna Patkowska

– 3 duże bataty
– 9 średnich ziemniaków
– 3 spore marchewki
– ok. 180 g tofu wędzonego
– tacka boczniaków
– natka pietruszki
– kolendra świeża
– olej kokosowy
– mleczko kokosowe
– przyprawa garam masala
– curry mielone
– kurkuma mielona
– przyprawa do ziemniaków (znalazłam ją w serii Kuchnia Lidla)
– cynamon mielony
– korzeń imbiru
– 3 korzenie kurkumy
– ząbek czosnku (wg uznania, może być ich oczywiście więcej)
– garść świeżego lubczyku
– ziele angielskie
– liść laurowy
– ziarna pieprzu
– sól himalajska
– kostka grzybowa

fot. Marianna Patkowska

🍠 PRZYGOTOWANIE:

fot. Marianna Patkowska

Bataty, ziemniaki i marchewki umyć, obrać i pokroić w kostkę. Umyć natkę pietruszki oraz garść świeżej kolendry i lubczyku, posiekać drobno i dodać do pokrojonych warzyw tylko połowę i natki, i kolendry, i lubczyku. (Drugą dodamy do dania trochę później.) W dużym garnku rozpuścić 2 łyżki oleju kokosowego, a potem dodać do nich trzy starte korzenie kurkumy, starty kawałeczek korzenia imbiru, podpalony na ogniu nieobrany ząbek czosnku oraz pozostałe przyprawy: curry, garam masalę, kurkumę mieloną, cynamon i przyprawę do ziemniaków. Chwilę podsmażyć na niewielkim ogniu, po czym wyjąć czosnek w łupince z garnka i wycisnąć go do niego przez wyciskarkę.

fot. Marianna Patkowska

Dodać jeszcze dwie łyżki oleju i wrzucić do naszego aromatycznego tłuszczu pokrojone warzywa.

fot. Marianna Patkowska

Smażyć kilka minut, po czym dolać wodę tak, by lekko tylko warzywa zakryła – będziemy je dusić, a nie gotować. Wrzucić ziele angielskie, liść laurowy, pieprz, lubczyk i sól. Dusić ok. 20 minut.
W międzyczasie wymyć boczniaki i pokroić w kostkę. Pokroić również wędzone tofu. Na patelni rozgrzać olej kokosowy, rozpuścić w nim kostkę grzybową i wrzucić boczniaki. Smażyć, aż będą lekko chrupkie. Pod koniec smażenia dodać tofu. Z garnka z warzywami odlać nadmiar sosu (i zachować, jeszcze się być może przyda) i dodać podsmażone boczniaki z tofu, 3 – 4 łyżki mleczka kokosowego, drugą połowę posiekanej natki pietruszki, świeżej kolendry i lubczyku, a także wszystkie sypkie przyprawy jeszcze raz, do smaku. Całość wymieszać i dusić jeszcze ok. 5 minut.

fot. Marianna Patkowska

W razie potrzeby dodać odlany wcześniej sos.

fot. Marianna Patkowska

Danie smakuje wyśmienicie samo, ale polecam również podawanie go z kaszą jęczmienną.

fot. Marianna Patkowska

🍠 Curry można bez problemu mrozić! 🍠

P.S. A na deser wpisu o daniu z batatów mogę zaserwować tylko jedną piosenkę…

fot. Marianna Patkowska

„Vox Lux”

scenariusz: Brady Corbet
reżyseria: Brady Corbet
gatunek: dramat, muzyczny

produkcja: USA
rok powstania: 2018

pełny opis filmu wraz z obsadą

Absolutnie zachwycona doskonałym zwiastunem, gdzie Natalie Portman wydaje się grać rolę swojego życia, czekałam na wejście filmu „Vox Lux” na polskie ekrany i kiedy się wreszcie doczekałam, okazał się on jednym z największych filmowych rozczarowań ostatnich lat, bo powiedzieć, że film jest zły, to nic nie powiedzieć.
Na początku poznajemy tragedię młodziutkiej wówczas (dwunastoletniej) Celeste, cudem ocalałej w strzelaninie, która miała miejsce w jej szkole. W trakcie rekonwalescencji, Celeste (Raffey Cassidy/Natalie Portman) wraz z niesamowicie bliską sobie siostrą Eleanor (Stacy Martin) piszą piosenkę, którą wykonują potem razem (Eleanor w roli akompaniatorki) na spotkaniu z rodzinami ofiar tragedii. Ta szybko staje się hitem, a dziewczynki, pod opieką menadżera (Jude Law) podpisują kontrakt z wytwórnią. Celeste staje się gwiazdą, co ją bardzo mocno zmienia. Na niekorzyść. Choć czy przypadkiem zmiana nie nastąpiła lata wcześniej, w dniu tragedii?
Powyższe słowa mogłyby być opisem naprawdę doskonałego, dającego do myślenia filmu. Co jednak poszło nie tak? Bardzo dużo rzeczy. Choć „Vox Lux” rozpoczyna kilka naprawdę fenomenalnych kadrów okraszonych napisami końcowymi (co bardzo ważne przy interpretacji całości) i rewelacyjną muzyką Scotta Walkera, jednak szybko okazuje się, że Brady Corbet nie udźwignął formy, jaką chciał temu filmowi nadać. Właściwie nie do końca wiadomo nawet jaką chciał nadać, czuć natomiast krzyczącą niespójność. Dodatkowo mam wrażenie, że każdy brak pomysłu maskowano tu jednym zabiegiem: użyciem stroboskopu. Za jego sprawą przez większość filmu łączyłam się myślami z wszystkimi cierpiącymi na padaczkę ludźmi.
Celeste jest grana przez dwie aktorki nie do końca do siebie nawet podobne, ale byłby to zabieg zrozumiały, gdyby dwunasto, a potem czternastoletnia Celeste (grana przez Raffey Cassidy) pojawiła się na ekranie tylko na chwilę (ciężko przecież wymagać od prawie czterdziestoletniej Natalie Portman zagrania tak młodej nastolatki). Jednak patrzymy na Cassidy niemal przez pół filmu i widzimy skromną, troszkę zagubioną, schorowaną, lecz całkiem dobrze sobie z chorobą radzącą, mocno wierzącą, kompletnie pozbawioną talentu i głosu dziewczynkę, która jest wdzięczna za szansę kariery dostaną od losu i równocześnie niebywale świadoma i pogodzona z tym, że zarówno sukces, jak i porażka są tak samo realne.
Znikąd wyłania się nam trzydziestotrzyletnia Celeste (Natalie Portman, wyglądająca notabene w filmowej charakteryzacji o dekadę starzej), która jest sztuczną, zmanierowaną, antypatyczną, niewierzącą, pustą „divą”, śpiewającą jeszcze gorzej, niż za młodu, będąca za to u szczytu sławy, koncertując z materiałem ze swojej szóstej studyjnej płyty „Vox Lux”. W bardzo teatralny sposób chwyta się ciągle za bolące ją „od czasu strzelaniny” plecy, mimo że gest ten był zupełnie obcy młodszej Celeste (również przecież już po tragedii). Rozumiem, że show-biznes, otoczenie, nowe doświadczenia, czy w końcu narkotyki zmieniają ludzi, ale film, nie wyjaśniając czemu Celeste zmienia się nagle zarówno fizycznie, jak i psychicznie, robi się mało wiarygodny. Dodatkowo kiedy zrozumiemy, że wszelkie zabiegi narracyjne (narrator opisując kolejne etapy jej życia, podaje jej wiek słowami: „Celeste miałaby 14 lat”, „Celeste miałaby 33 lata”) mają nam uświadomić, że jej życie nie jest do końca realne od momentu wypadku, szybko wyczujemy, że coś w którymś momencie produkcji nie poszło tak, jak miało.
Choć nie powinno się kopać leżącego, trudno tu przemilczeć absolutnie koszmarny repertuar głównej bohaterki i jej ukazany na końcu filmu groteskowy koncert z tymże. (Piosenki zostały napisane do filmu przez Się, która jest doskonałą kompozytorką, potrafiącą pisać zarówno naprawdę przepiękne, poruszające piosenki dla siebie, jak i sprzedający się chłam dla innych wykonawców.) Wyglądająca na cztery dekady Natalie Portman w kabaretowej charakteryzacji i obcisłym, kuriozalnym kombinezonie (a, umówmy się, w obcisłym kuriozalnym kombinezonie dobrze wyglądał tylko Freddie Mercury), podskakująca w jakimś naprawdę ubogim układzie choreograficznym do fałszowanych (z playbacku) piosenek dla nastolatków, to widok żenujący. (Choć od razu nasuwa się tu na myśl pewne skojarzenie z Madonną, jednak tej – przez wzgląd na hipnotyzującą osobowość, współpracę z Williamem Ørbitem oraz kilka znakomitych płyt w karierze – można naprawdę wiele wybaczyć.)
Reasumując, do tej pory „Czarny łabędź” wydawał mi się filmem złym, jednak po obejrzeniu „Vox Lux”, jawi mi się jako arcydzieło…
Zdecydowanie odradzam!

ZWIASTUN:

Jak mnie słyszą, tak mnie słyszą – czyli covery w wersji audio

fot. Nika Zamięcka

Pewnym przełomem w mojej muzycznej przygodzie był zakup profesjonalnego mikrofonu, kabla, porządnych studyjnych słuchawek, pop filtra, statywu, mikrofonu kontaktowego i programu do tworzenia muzyki.
Są ludzie, którzy doznają oczyszczenia, wychodząc z szafy – ja przeniosłam się na wyższy poziom swojej muzycznej świadomości, do szafy wchodząc właśnie. Wchodząc z kocem, statywem i mikrofonem i po raz pierwszy od tej właśnie strony, zgłębiając tajniki realizacji dźwięku.
Do tej pory wszystkie swoje płyty nagrywałam w profesjonalnym studiu, z profesjonalnym reżyserem dźwięku. Teraz jest trochę ciaśniej, brak mi dźwiękoszczelnych ścian, każdą z realizatorskich operacji wykonuję jakieś trzydzieści razy wolniej, niż ktoś, kto ma o tym wszystkim jakiekolwiek pojęcie, zdecydowanie więcej klnę i częściej przychodzi mi do głowy, że może by całe to śpiewanie porzucić w diabły. Jednak jest co najmniej jeden, za to zdecydowany plus nagrywania w szafie: w przeciwieństwie do profesjonalnego studia, mam tu znacznie więcej świetnych ciuchów i cudownych par szpilek! ❤
Moja przygoda z szafą podporządkowana jest nowej płycie, nad którą właśnie pracuję. Jednak w ramach ćwiczeń i oswajania się ze sprzętem, czasem nagrywam covery z użyciem dostępnych w sieci podkładów instrumentalnych. Udostępniam poniżej efekty tych poczynań wraz ze starszymi nagraniami (coverów wokalnych i ze starym pianinem, z którym obecnie mieszkam) dokonanymi rejestratorem dźwięku, Zoomem H4, nazywanym przeze mnie Dobrym Uchem.
Tak, jak we wpisie Jak mnie słyszą, tak mnie widzą – czyli covery na filmikach, kolejne nagrania będą sukcesywnie przybywać 😉

Love Letters Metronomy (podkład)

I like that Janelle Monáe (same moje głosy)

Don’t you worry child Swedish House Mafia (podkład)

Death by chocolate Sia (podkład)

Party Nelly Furtado (podkład)

I follow rivers Lykke Li (akompaniament i aranż własny)

But for today I am a boy Antony Hegarty (akompaniament i aranż własny)

The Lamb John Tavener (ze słuchu)

I’m calling you z filmu Bagdad Cafe (ze słuchu)