Ja chcę!

fot. Geo Dask

Wolnoć, Tomku, w swoim domku

– Aleksander Fredro „Paweł i Gaweł”

jak w  wierszu Fredry odpowiadali sobie sąsiedzi (Gaweł Pawłowi i Paweł Gawłowi), kiedy jeden zwracał uwagę drugiemu na to, że jego zachowanie zakłóca mu spokój. Wierszyk, którego morałem co prawda był wniosek, że jak ty komu, tak on tobie, idealnie odzwierciedla niepokojącą mnie w sferze publicznej tendencję ostatnich lat. Nie wiem nawet dokładnie kiedy, ale ludzie w masie w pewnym momencie poczuli się niebywale swobodnie i zaczęli się zachowywać, jakby „swoim domkiem” była – jak u ślimaka – po prostu najbliższa przestrzeń wokół nich (w promieniu, powiedzmy metra), nie zważając na to gdzie faktycznie się znajdują i na panujące jeszcze jakiś czas temu normy zwane dobrymi obyczajami, czy dobrym wychowaniem, ewentualnie podstawami kultury osobistej.
Wydaje mi się, że wszystkie te rzeczy, które są dziś dla mnie w zachowaniu bliźnich w sferze publicznej niepojęte, wynikają z bardzo w gruncie rzeczy prymitywnej postawy: ja chcę!, którą o ile jestem w stanie zrozumieć u dziecka, o tyle szokuje mnie u osób dorosłych.

1. Odzienie

O odpowiednich i nieodpowiednich strojach do filharmonii czy opery już pobieżnie pisałam w tekście „Naturalne (instagramowe) piękno”, ale prawdziwą zmorą w miesiącach letnich są… polskie ulice. Na ogół spoceni panowie w żonobijkach lub – jeszcze smaczniej! – topless paradują Krupówkami, wstępując nierzadko również w tym samym (braku) stroju do kawiarni, sklepów czy biur (piszę z doświadczenia własnego, ale wiem, że w innych turystycznych częściach naszego kraju sprawa przedstawia się niestety podobnie). Panie, których lata beztroskiej młodości upłynęły już jakieś dwie dekady temu, prężą swoje zwiędnięte dekolty w pełniejszej, niż by się chciało, krasie. Nadprogramowe (wg wskaźnika BMI) kilogramy przedstawicieli obydwu płci są na ogół dumnie prezentowane, podkreślającymi każdą fałdę tłuszczu koszulkami (nieraz spod nich wystając) czy wyjątkowo obcisłymi leginsami, których nie zakrywa żadna luźniejsza tunika. Na górskich szlakach panie potrafią paradować w bieliźnianych koronkowych biustonoszach, a do zabytkowych (ale jednak…) kościołów panowie nie zdjąć nakrycia głowy, o wypluciu gumy do żucia, czy wyłączeniu telefonu nie wspominając. Sama byłam świadkiem sytuacji, w której w bardzo ekskluzywnym hotelu pan zszedł na śniadanie… w samym szlafroku, „bo akurat był wcześniej na basenie”.
Wydawać by się mogło, że kwestia odpowiedniego ubioru w przestrzeni publicznej nie stanowi jakiejś wiedzy tajemnej. Zwłaszcza, że – pomijając kościoły czy niektóre bardziej eleganckie restauracje – nie istnieje jakiś ustalony dress code obowiązujący na ulicy. Jednak to, że nie istnieje dress code  i że jest dowolność, nie oznacza wcale, że nie ma wokół nas innych ludzi, których może wcale aż tak nie rozczulać nasza wyeksponowana tkanka tłuszczowa czy nagie fragmenty ciała, które sami uwielbiamy.
Reasumując, wydaje mi się, że dobrze siebie lubić, ale wychodząc na ulicę warto przy doborze garderoby kierować się nie tylko tym, co się chce, ale również bardzo szeroko pojętym estetycznym dobrem pozostałych uczestników ruchu drogowego.

2. Fizjologia

Do jakiegoś momentu wydawało mi się też, że jest zgodność między reprezentantami wszelkich środowisk co do tego, że potrzeby fizjologiczne załatwia się w wyznaczonych do tego, odseparowanych od oczu innych ludzi miejscach. Jakież było więc moje zdziwienie na reakcję grupy (wykształconych) osób na zamieszczenie przez kogoś na portalu społecznościowym artykułu o pijanej rodaczce, która podczas lotu do Anglii, kiedy toaleta była nieczynna z powodu tankowania, postanowiła… oddać mocz na podłodze. Sama sytuacja jest dla mnie tak wstrząsająca, że nie chcę się nad nią rozwodzić, jednak zaszokowała mnie reakcja większości komentujących. W pierwszym momencie wyparcie faktu, że kobieta była pijana (bo… rodaczka? bo… kobieta?) – „nie wiemy jak było, może była chora, może miała problemy z pęcherzem”. W drugim, sugerowanie, że wszystkiemu jest winna obsługa samolotu, która nie pozwoliła skorzystać z toalety (zamkniętej na krótki czas tankowania, podczas lotu trwającego tylko 2 godziny…) i „nie zaproponowała innego rozwiązania”. I zaczęłam się zastanawiać, czy dorosłemu człowiekowi naprawdę trzeba „proponować inne rozwiązania” (osoby z chorymi pęcherzami raczej o swojej chorobie wiedzą i mają do dyspozycji różne możliwości, od leków po pieluchy, a w jakichś nagłych i niespodziewanych przypadkach jest pewne, być może mało komfortowe, ale jednak dyskretne rozwiązanie, które wymaga jedynie uprzejmego zwrócenia się do obsługi lotu z prośbą o kubeczek). Nie wszystko jestem sobie w stanie wyobrazić (może dobrze), wiem natomiast, że nie ma sytuacji, w której nie dałoby się zachować dyskretnie i choćby z resztkami klasy.
Przy okazji tej dziwnej dyskusji zrozumiałam, że jakieś normy i zasady się przesunęły. Każdy był zgodny co do tego, że wyżej opisane zachowanie było obrzydliwe, ale już nie każdy był zgodny co do tego, że chamstwa i prostactwa nie wolno usprawiedliwiać i dawać mu przyzwolenia, bo zaczyna się wtedy panoszyć. Cóż, pani chciała, pani zrobiła, a co!

3. Dzieci

Nie sposób, czytając o tym, że ktoś chce i to najlepiej chce już, nie pomyśleć o dzieciach, które na ogół, zanim się nie nauczą, że można inaczej, tak właśnie funkcjonują – nie umieją czekać, nie znoszą odmowy i domagają się, by wszystkie ich potrzeby zostały zaspokojone od razu. Tak działa człowiek we wczesnym stadium rozwoju. Z przykrością jednak obserwuję, że coraz więcej dorosłych ludzi się do tego stadium cofa. A kiedy ci ludzie mają dzieci, nie umieją pokazać im kolejnego etapu rozwoju, gdyż sami na niego nie weszli (albo weszli kiedyś, ale z jakichś niezrozumiałych przyczyn zdecydowali się z niego zrezygnować).
Cała uciążliwość związana z obecnością dzieci w restauracjach nie polega przecież na tym, że komukolwiek przeszkadza sam fakt, że ktoś przyszedł do restauracji z dzieckiem (choć znam kilka dużo ciekawszych miejsc na spędzenie czasu z maluchem, niż restauracja). Chodzi o to, że dzieci się szybko nudzą i zaczynają ostentacyjnie zwracać na siebie uwagę (krzycząc czy biegając) – nie ma problemu, jeśli rodzice są czujni i reagują, w ostateczności wychodzą ze swoją pociechą, by nie zakłócała spokoju innych (niektóre dzieci – choć to rzadkość – są w sferze publicznej wyjątkowo grzeczne, więc można, jak się okazuje, im to z powodzeniem wpoić). Problem pojawia się wtedy, kiedy trafimy na rodziców, którzy chcą przyjść do restauracji (czy kościoła) z dzieckiem bez ponoszenia tego konsekwencji, a dziecko z kolei chce sobie pobiegać i pokrzyczeć. I tak jedno pokolenie egoistów chowa kolejne pokolenie egoistów. No i – żeby była jasność – nie ma nic dziwnego w tym, że małe dzieci nie umieją brać pod uwagę dobra otaczających ich ludzi. Jest to ich prawo wynikające z wieku i etapu rozwoju, na którym są. Jednak niepokoi, kiedy ten poziom niedużo różni się od tego, który reprezentują ich rodzice, którzy…. chcą.

4. Intymność

Do teraz nie jestem w stanie zrozumieć czemu temat publicznego karmienia piersią jest tak niesłychanie kontrowersyjny, szokujący i wręcz dzielący naszych rodaków równie mocno, co przyznanie się do swoich politycznych preferencji. Samo wspomnienie o publicznym karmieniu piersią to właściwie recepta na nieprzyjemną, pełną jadu i agresji dyskusję, która nigdy donikąd nie prowadzi. Zadziwiają mnie sztandarowe argumenty zaangażowanych obrońców publicznego karmienia piersią: że nie można dziecka głodzić, że naga pierś karmiąca jest zupełnie inną piersią, niż ta „seksualna” (zupełnie jakby jedna rzecz nie mogła mieć kilku niezależnych od siebie funkcji, znowu ta upiorna pułapka albo, albo) lub że – to mój ulubiony argument – przecież karmienie nie jest obrzydliwe.
Takie rozumowanie interlokutora rzeczywiście zamyka możliwość porozumienia, bo świadczy o zupełnie innej wrażliwości i wyczuciu. Przestrzeń publiczna jest przestrzenią wspólną, więc oczywiście wszelkie czyny „obrzydliwe” nie są w niej z pewnością mile widziane, jednak nie jest też miejscem na czyny wyjątkowo piękne (jak seksualna bliskość czy namiętne pocałunki), które są jednak intymne. Publiczne karmienie mnie krępuje, bo uważam je za akt intymny, w którym naprawdę nie mam ochoty uczestniczyć, mimo że i matka i dziecko akurat chce… Moją największą traumą z tym związaną była sytuacja, w której pani w karczmie, w której się stołowałam, z powodu braku miejsc zapytała, czy się może do mnie dosiąść, bo „musi nakarmić synka” – oczywiście się zgodziłam, synek miał na oko cztery latka, pani niosła rosół, więc do głowy mi nie przyszło, że siadając naprzeciwko mnie niespodziewanie wyjmie pierś i przystawi do niej tego wyrośniętego chłopca – to był pierwszy raz, kiedy nie dojadłam swojego obiadu i rzeczywiście względy estetyczne w tym wypadku przeważyły nad tymi związanymi z intymnością.
Z drugiej strony wspomniane już namiętne pocałunki – tak przecież piękne z naszym własnym udziałem, nawet wzruszające nas czasem na filmach, w otaczającej nas przestrzeni mogą po prostu peszyć i sprawiać, że nie czujemy się komfortowo, będąc ich mimowolnymi obserwatorami. Z moich własnych doświadczeń, niedawno miałam tę wątpliwą przyjemność oglądać parę, która co kilka minut całowała się namiętnie podczas… kupowania wycieczki do Oświęcimia… Cóż, państwo chcieli. Ta część mnie, która jest żywo zainteresowana zjawiskiem nekrofilii, była nawet dosyć rozbawiona.

5. Wspólna przestrzeń egocentryków

Podsumowując, chyba największym problemem jest to, że w każdym z nas z natury (co jakoś koryguje oczywiście dobre wychowanie) drzemie egocentryk przekonany, że otaczający go świat jest nim przejęty. Tymczasem świat ma nas, mówiąc kolokwialnie, w nosie. Przestrzeń publiczna natomiast skupia całe zastępy ludzi całkowicie różnych, w całkowicie innych stanach, o całkowicie innych problemach. I tak na jednej ulicy, na jednym placu czy w jednym parku będzie i młoda mama, przekonana, że jej macierzyństwo jest w centrum wszechświata i ten powinien się do niego nagiąć, i ktoś, kto stracił dziecko, jest po nim w żałobie i nie może znieść samego widoku maluchów, które doprowadzają go do łez (lub dowiedział się, że nigdy własnego dziecka mieć nie będzie i jego świat runął), i ktoś, kto jest nałogowym palaczem i nie przyjmuje do wiadomości, że komuś jego nikotynowy dym może przeszkadzać, i ktoś, kto jest ciężko chory i dla kogo ten dym będzie jeszcze bardziej niebezpieczny. Przykładów można mnożyć i mnożyć. Sama, kiedy byłam w żałobie, nie mogłam znieść, że ludzie w przestrzeni publicznej się cieszą i śmieją, choć równocześnie miałam pełną świadomość, że to głupie, bo moja żałoba jest moją żałobą. Ja chcę być smutna, chcę ją należycie przeżyć i mogę to robić tylko we własnym zakresie, ale nie mam wpływu na to, co dzieje się dookoła mnie. W miarę możliwości starałam się zresztą z tego powodu od przestrzeni publicznej stronić.
Wydaje mi się, że taka świadomość, że oprócz nas są też inni ludzie, w skrajnie innej sytuacji (fizycznej, emocjonalnej) i zapomnienie na chwilę czego się chce, może nas odsunąć od tego wrodzonego egocentryzmu i dać coś wartościowego – odrobinę wrażliwości na drugiego człowieka.

„Praktyczno-sentymentalny przewodnik po Thassos” manNip

fot. Kaloudis Basilis

rok wydania: 2012

Nie zamierzam oczywiście recenzować swojej własnej książki, bo byłoby to grubą przesadą, jednak pomyślałam, że warto w jednym miejscu opisać historię jej powstania zarówno dla tych, którzy ją posiadają i lubią, jak i tych, którzy się wahają, czy ją nabyć. Troszkę już o tym wspominałam na blogu wcześniej, ale ponieważ Czytelników przybywa, napiszę o tym jeszcze raz.
Po raz pierwszy pojechałam (tak, „pojechałam”, autobusem… podróż trwała prawie 30 godzin…)  na Thassos w 2008 roku i momentalnie zakochałam się w tym miejscu. Wyspa – oprócz niewiarygodnej urody (jest nazywana szmaragdową i najbardziej zieloną ze wszystkich greckich wysp) – ma zdecydowanie magiczne właściwości i mocno uzależnia. Każdy, kto tam choć raz był, na pewno zrozumie o czym mówię. Ona wzywa. Wzywa do powrotu i niezwykle ciężko się temu oprzeć. Kolejne moje wakacje były już dłuższe i bardziej intensywne. Więcej w ich trakcie zwiedziłam i wiedziałam już, że Thassos jest moim miejscem na ziemi. Wtedy zawiązałam też mnóstwo znajomości i przyjaźni z lokalną (grecką oraz angielską) społecznością.
Na kolejny swój przyjazd nie byłam w stanie czekać do kolejnych wakacji, więc zafundowałam sobie Boże Narodzenie u przyjaciół na wyspie – która, co warto zaznaczyć, poza sezonem letnim jest kompletnie nieturystyczna i na którą zdecydowanie trudniej wtedy dotrzeć. Od wtedy do teraz byłam na Thassos o każdej porze roku i w każdym z jego dwunastu miesięcy. Właściwie przyjeżdżałam tam, kiedy tylko mogłam. Jesienią i zimą pomagałam w zbiorach oliwek czy przywożeniu drewna na opał oraz pracowałam jako kucharka dla zbierających oliwki. Natomiast podczas jednego sezonu letniego udało mi się być rezydentką w dwóch polskich biurach podróży, barmanką w greckim beach barze z funkcją sprzątania plaży i toalet oraz kelnerką w świetnym przyhotelowym barze, którego główną klientelą byli Anglicy. Te wszystkie prace wykonywałam podczas jednego szalonego sezonu, kiedy przyjechałam z turnusem na dziewięć dni, a zostałam… cztery miesiące!
Jedyne, czego ciągle mi brakowało, to jakiegoś porządnego przewodnika po Thassos w języku polskim, który byłby krótki, acz treściwy, poręczny i przede wszystkim rzetelny.  Będąc przez chwilę rezydentką i mając styczność z rezydentami z innych biur podróży, którzy polecali klientom najdroższe wypożyczalnie samochodów jako „jedyne bezpieczne”, czy twierdzili, że:

rzeźbiarz Vagis był takim greckim Nikoforem

lub że

słowo „αλυκή” we współczesnej grece nie istnieje

– dlaczego to takie zabawne, dowiecie się z mojego „Praktyczno-sentymentalnego przewodnika po Thassos”

zrozumiałam, że wiedza, którą zdobyłam, pomieszkując na wyspie i rozmawiając z wieloma jej mieszkańcami, nie jest wcale aż tak ogólnodostępna, jak myślałam. Wiedziałam już wtedy, że jeśli marzy mi się dobry przewodnik, to muszę go napisać sama. I w ten sposób powstało, w 2012 roku, moje długo wyczekiwane i dopieszczane dziecko – „Praktyczno-sentymentalny przewodnik po Thassos”. Ponieważ ani pewne cenione wydawnictwo podróżnicze, do którego się zgłosiłam, nie było tą pozycją zainteresowane, ani ja na jakimś etapie pracy już nie bardzo wyobrażałam sobie ingerencję osób trzecich (nawet grafikowi nie zostawiłam zbyt dużo swobody) w ten przewodnik, postanowiłam zrobić wszystko starą, wypróbowaną metodą, czyli własnym sumptem – od projektu graficznego, przez okładkę (na której moje własne zdjęcie, moich własnych rąk, mojego własnego pomysłu), oczywiście własny tekst i maleńki polsko-grecki słowniczek na końcu, po wszystkie zdjęcia, na których starałam się uchwycić Thassos nieznane, zaskakujące, w różnych porach roku. Efekt, ku mojej ogromnej radości, spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem innych miłośników Thassos, a także tych, którzy dopiero z moją książeczką zaczęli swoje odkrywanie tej pięknej wyspy.
Wszystkich gorąco zachęcam do lektury! 😉

PRAKTYCZNE INFORMACJE O PRAKTYCZNO-SENTYMENTALNYM PRZEWODNIKU:

format: A5
liczba stron: 48 (31 stron litego tekstu, 17 stron z unikalnymi zdjęciami)
okładka: usztywniona, laminowana
co książka zawiera: spis treści, opis historii Thassos, informacje dotyczące poruszania się po wyspie oraz dostania się z niej na ląd, opis przemysłu na wyspie, szczegółowy plan wycieczki dookoła Thassos z omówieniem wszystkich miejscowości po drodze (wycieczka jest podzielona na rozdziały), szczegółowy plan wycieczki w głąb wyspy, informacje archeologiczne, zdjęcia oraz mini słowniczek polsko-grecki

POWIĄZANE WPISY O THASSOS MOJEGO
AUTORSTWA:

Przewodnik po Thassos
Kup teraz!baner Przewodnika po Thassos

„Na plaży Chesil”

scenariusz: Ian McEwan
reżyseria: Dominic Cooke
gatunek: melodramat
produkcja: W. Brytania
rok powstania: 2018
oryginalny tytuł: On Chesil Beach

pełny opis filmu wraz z obsadą

Nie jestem romantyczką w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Filmy o trudnej miłości, podczas oglądania których muszę być zaopatrzona w pudełko chusteczek, na ogół zawierają albo wątek kanibalistyczny, albo nekrofilski, ewentualnie pedofilski, a najchętniej kombinację ich wszystkich naraz. Zaskoczyła mnie więc moja własna reakcja na brytyjski melodramat „Na plaży Chesil”, który mnie najzwyczajniej w świecie wzruszył i doprowadził do łez, mimo że to prosta historia miłości normalnej heteroseksualnej pary. Czy jednak na pewno?
Przede wszystkim film ten – dosyć teatralny –  jest ekranizacją powieści Iana McEwana (autora scenariusza), której nie czytałam, w związku z czym nie mogę się do niej w swojej recenzji w żaden sposób odnieść. Nie ma też we mnie stuprocentowego przekonania, że to naprawdę dobry film. Jest w nim jednak coś, co mnie urzekło. Przede wszystkim chyba zdjęcia, które są prawdziwym arcydziełem.
Choć dziś strasznie trudno to sobie wyobrazić, Wielka Brytania w latach 60. ubiegłego wieku (kiedy The Beatles dopiero zaczynają swoją karierę) pod względem obyczajowym była jakby zastygła w czasach wiktoriańskich. Poznajemy przybyłą do małego hoteliku, uroczo położonego w pobliżu cudownej plaży Chesil, parę nowożeńców – Florence (w tej roli znakomita Saoirse Ronan) i Edwarda (Billy Howle). Powiedzieć, że ich wspólna kolacja przed nocą poślubną jest niezręczna, to nic nie powiedzieć. Miałam nieodparte wrażenie, że obserwuję ludzi, których małżeństwo zostało zaaranżowane przez osoby trzecie, którzy są przy sobie niewiarygodnie spięci, którzy nie czują się ze sobą swobodnie i dobrze. Jednak częste retrospekcje zdają się zupełnie przeczyć temu, by było tak między nimi zawsze. Powoli dowiadujemy się o tym, jak para się poznała, jak zaczęło rozkwitać jej uczucie. Widzimy ciepłą, wrażliwą, dobrą, inteligentną i bardzo ambitną młodą skrzypaczkę, którą rozkochuje w sobie oryginalny, delikatny, błyskotliwy, zabawny, również inteligentny i wrażliwy student historii. Mimo że dzieli ich pochodzenie społeczne (ona z bogatej rodziny tzw. wyższych sfer, on z biedniejszej), znajdują szybko wspólny język. Wbrew zresztą wielu recenzjom, które czytałam, różnice między nimi nie wydają mi się być aż tak znaczące. Ojciec Edwarda jest dyrektorem szkoły, matka artystką (niestety ciężko chorą), sam Edward doskonale sobie na studiach radzi, ma ambitne plany dotyczące swojej zawodowej przyszłości. W niemal każdej scenie podczas retrospekcji czuć wyraźnie więź między tymi dwojgiem – brak napięcia, tak trudnego do zniesienia podczas kolacji poprzedzającej noc poślubną. Widzimy parę, która się ze sobą śmieje, która spędza ze sobą dużo czasu, która ze sobą rozmawia. Okazuje się jednak, że spustoszenie, jakiego owe wiktoriańskie czasy, w których Wielka Brytania zdała się zastygnąć w kwestiach obyczajowych dokonało we Florence, stało się – tuż przed ich nocą poślubną – przeszkodą tak wielką, że niemal niemożliwą do pokonania.
Każde czasy charakteryzują jakieś mody, jakieś tendencje, jakieś (niestety) konwenanse. Nie ma nic dziwnego w tym, że w jednych czasach ludzie czekali z konsumpcją związku do nocy poślubnej, a w innych ta praktyka nie jest popularna. Ostatecznie ta decyzja zawsze powinna być tylko i wyłącznie indywidualnym wyborem konkretnych jednostek, ale czasy i mody sprzyjają wyborowi któregoś z tych modeli. To jednak, co mną wstrząsnęło w filmie, to to, jak drastyczny stopień niewiedzy o samym sobie i swojej seksualności można w ogóle, będąc dorosłą i wykształconą osobą, osiągnąć. O jak wielu rzeczach można nie potrafić rozmawiać z najbliższą, ukochaną osobą, tylko dlatego, że ktoś nam kiedyś wmówił, że nie wypada, czy że coś jest tematem tabu. O jak wielu rzeczach można nie umieć rozmawiać z samym sobą. Prawdopodobnie póki mieścimy się w pewnych normach, to nie zaszkodzi to nam aż tak bardzo. Ale… jeśli nie…? I jeśli nie umiemy się do tego przyznać? Nie umiemy przepracować tego, co trudne, ale co przepracowania zdecydowanie wymaga?
Nie mam na myśli już nawet, być może troszkę nas dziś rozczulającej, niewiedzy tych dwojga, dotyczącej kwestii technicznych. Ostatecznie wszyscy jesteśmy zwierzętami i działamy najczęściej instynktownie. Kobieta też przed porodem nie musi przeczytać całej literatury fachowej dotyczącej rodzenia – urodzi i bez tej wiedzy. Jednak pojawi się problem, jeśli przez cały czas ciąży nie będzie mieć o niej najmniejszego pojęcia. I mniej więcej ten poziom niewiedzy o sobie samej przedstawia główna bohaterka. Trudno ją jednak za to winić. Trudno też winić Edwarda za jego zupełnie zrozumiałą reakcję, którą – mam wrażenie – sam film trochę jednak piętnuje.
Myślę, że choć dzisiejsze ociekające seksem czasy Anglii lat 60. w najmniejszym nawet stopniu nie przypominają, jednak temat braku edukacji seksualnej i jego dramatycznych dla jednostek skutków jest ciągle zdumiewająco aktualny.

ZWIASTUN:

14 lipca

fot. Valantis Nikoloudis

1. Francja

14 lipca to ważna przede wszystkim dla Francuzów data – tego dnia w 1789 roku, podczas zamieszek rozpoczynających rewolucję francuską, doszło do zdobycia i zajęcia przez lud paryski, a po niedługim czasie także zburzenia, Bastylii – budowli obronnej, która w XVII wieku została przebudowana w więzienie. Tego samego dnia, lecz sześć lat później (14.07.1795), Marsylianka została ogłoszona francuskim hymnem państwowym, a z kolei równo pięćset sześćdziesiąt sześć lat wcześniej (14.07.1223) tron tego kraju objął Ludwik VIII Lew.
Dokładnie sto osiemdziesiąt dwa lata po zburzeniu w Paryżu Bastylii, otwarto w Warszawie nowo wybudowany gmach ambasady Francji (14.07.1971).
Do dziś 14 lipca jest hucznie obchodzonym we Francji świętem narodowym, choć nie ze wszystkich wymienionych wyżej powodów.

2. Mordercy

Tymczasem w dosyć równoległym, aczkolwiek fascynującym mnie, świecie przestępczym, 14 lipca 1966 roku aresztowano w Polsce „Wampira z Krakowa”, czyli niespełna dwudziestoletniego seryjnego mordercę, Karola Kota. Równo rok później (14.07.1967) Kot został skazany na karę śmierci. Był książkowym wręcz przykładem na to, że skłonności do morderstw są najczęściej konsekwencją uszkodzeń mózgu (sekcja zwłok wykazała u niego rozległego guza mózgu).
Dokładnie w czasie aresztowania „Wampira z Krakowa” (14.07.1966), w Stanach Zjednoczonych, (również młodziutki, bo dwudziestoczteroletni) Richard Speck zamordował osiem studentek pielęgniarstwa w internacie w południowej części Chicago w stanie Illinois. Tak jak Kot został skazany na karę śmierci, jednak zmienioną później na 1200 lat więzienia.
Równo osiem lat po zamordowaniu przez Specka ośmiu kobiet, w Waszyngtonie, także przed skończeniem trzydziestego roku życia, morduje dwie kobiety Ted Bundy (14.07.1974). Ma wtedy dwadzieścia osiem lat. Za wszystkie swoje morderstwa zostaje skazany na karę śmierci.

3. Trąby powietrzne

Datę 14 lipca upodobały sobie w Polsce także trąby powietrzne i to dwa razy z rzędu. Jedna z nich przeszła 14 lipca 2011 roku nad powiatem opoczyńskim w województwie łódzkim. Na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach. Równy rok później (14.07.2012) kolejna trąba powietrzna przeszła nad województwem pomorskim i kujawsko-pomorskim, niszcząc około 400 hektarów drzewostanu (m.in. w Borach Tucholskich). Niestety jedna osoba zginęła, a jedenaście zostało rannych.

4. Pierwsze razy

14 lipca całkiem dobrze się też sprawdzał na przeżycie przez świat swojego pierwszego razu w różnych aspektach. 14 lipca 1808 trzydziestoletnia Marie Paradis, jako pierwsza kobieta w historii, zdobyła Mont Blanc. Równo czterdzieści dwa lata po tym wydarzeniu, w Stanach Zjednoczonych (14.07.1850) po raz pierwszy uruchomiono produkcję sztucznego lodu na skalę przemysłową (dr John Gorrie wytworzył bloki lodowe o rozmiarach cegły). Kolejne dokładnie czterdzieści trzy lata, przez które świat cieszył się sztucznym lodem później, we Wrocławiu uruchomiono pierwszą linię tramwaju elektrycznego (14.07.1893).
Po siedemdziesięciu dwóch latach natomiast, amerykańska sonda Mariner 4 przesłała na Ziemię pierwsze w historii zdjęcia powierzchni Marsa (regionów Cebrenia, Arcadia i Amazonis) wykonane z wysokości ok. 17000 km (14.07.1965).
Nie sposób też pominąć Alfreda Nobla, który w 1867 roku zademonstrował działanie dynamitu… oczywiście 14 lipca!

5. Artyści, którzy urodzili się i zmarli
14 lipca

14 lipca urodzili się m.in.: polski malarz Jacek Malczewski (14.07.1854), austriacki malarz Gustav Klimt (14.07.1862), szwedzki reżyser filmowy Ingmar Bergman (14.07.1918) czy polski dyrygent i kompozytor – prywatnie nasz dobry znajomy – Jan Krenz (14.07.1926).
Tego dnia zmarli też m.in.: polski rzeźbiarz, malarz i scenograf, Władysław Hasior (14.07.1999) oraz znakomita polska poetka i eseistka, Julia Hartwig (14.07.2017). Oboje miałam wielki zaszczyt i przyjemność znać osobiście.

6. Ciekawostki

Z ciekawostek dotyczących tej właśnie daty, (dopiero) w 2013 roku zamknięto w Indiach ostatni na świecie system telegraficzny (14.07.2013), a od co najmniej ośmiu lat 14 lipca obchodzony jest też Światowy Dzień Łapania za Pupę (myślę, że gdyby był bardziej popularny na moim matriarchalnym Podhalu, jego alternatywna nazwa spokojnie mogłaby brzmieć: Światowy Dzień Mordobicia).

7. 14 lipca oczami nNi

Choć wszystkie te wydarzenia z punktu widzenia historii są bardzo ważne, jednak patrząc na datę 14 lipca oczami nNi, wyraźnie blakną przy jednym spektakularnym… tego dnia przyszłam na świat 😉

P.S. Lwią część informacji zawartych w tym wpisie zaczerpnęłam z Wikipedii 😉

„Czy w niebie jest cyrk?” Teatr Witkacego w Zakopanem

zdjęcie pochodzi ze strony

spektakl na podstawie prozy:
Aglaji Veteranyi
adaptacja:
Justyna Kowalska,
Mateusz Przyłęcki
reżyseria: Justyna Kowalska
scenografia i kostiumy: Katarzyna Lewińska
muzyka: Michał Sarapata
pełny opis wraz z obsadą

Miałam ogromną przyjemność (jeśli tak można nazwać przeżycie duchowe, jakim niewątpliwie było doświadczenie tego spektaklu) zobaczyć przedstawienie „Czy w niebie jest cyrk?” w Teatrze Witkacego już kilka miesięcy temu. Jednak z powodu natłoku obowiązków, jak i potrzeby przeżycia i przetrawienia tej sztuki w sobie, piszę o niej dopiero teraz.
Nie znam całej prozy wspaniałej rumuńskiej pisarki Aglaji Veteranyi, jednak jej książka, którą przeczytałam dobre kilkanaście lat temu – „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze” – jest jedną z ważniejszych w moim życiu. Na jej podstawie (jak również dwóch innych tekstów autorki: „Regał ostatnich tchnień” i „Uprzątnięte morze, wynajęte skarpety i pani masło”) powstało w Teatrze Witkacego przedstawienie wyjątkowe i również – jak autobiograficzna proza Veteranyi –  wbijające w fotel.
Rzecz dzieje się w rodzinie artystów cyrkowych, którzy uciekli z Rumunii przed represjami Nicolae Ceaușescu za granicę, mając ogromne nadzieje na lepsze i godne życie. To jednak – nawet poza Rumunią – okazuje się bardzo trudne, a losy rodziny – dramatyczne. Główną bohaterką jest dziewczynka o niebywałej wrażliwości (Aglaja Veteranyi opisuje siebie samą), która przygląda się swoim nietypowym bliskim i ma niesamowity dar wyjątkowo oryginalnej narracji. Wkrótce wszystko się zmienia i musi wraz z przyrodnią siostrą stawić temu czoła. Równocześnie ciągle pielęgnuje swoją inność, płynącą zarówno z rumuńskiego pochodzenia (ciągle powtarzane z siostrą, coraz to drastyczniejsze wersje bajki o dziecku gotującym się w mamałydze), jak i życia w rodzinie cyrkowców (opowiadanie wszystkim, że jej „mama wisi za włosy”). Zadaje też mnóstwo zaskakujących pytań…

Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze?
Czy dziecko smakuje jak mięso z kurczaka?
Czy kroi się dziecko w plasterki?
Czy podczas spadania umiera się ze strachu?
Czy rzeczywiście w niebie jest cyrk?
Czy Bóg mówi w obcych językach?
Czy rozumie też obcokrajowców?
I ile jest zagranic?

– Aglaja Veteranyi „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze”

Proza Veteranyi chwyta za serce – jest niesłychanie poruszająca, czasem wręcz drastyczna, choć równocześnie przepełniona niesamowitą poetyckością i dziecięcą niewinnością. Zastanawiałam się, jak zostanie wystawiona, bo choć spektakl ma bardzo przejrzystą fabułę, jednak siła książek Veteranyi polega przede wszystkim na posługiwaniu się językiem.
Justyna Kowalska – współautorka adaptacji, reżyserka i odtwórczyni głównej roli – poradziła sobie z tym niełatwym zadaniem znakomicie (również zresztą aktorsko – rola wydawała się być napisana dla niej)!
Choć miałam wrażenie, że druga część spektaklu dość wyraźnie odróżniała się od pierwszej i była być może odrobinę zbyt dramatyczna, jednak całość bardzo mnie ujęła i poruszyła. I – jak zawsze – zadziałała magia samego Teatru Witkacego, który jest miejscem pod każdym względem wyjątkowym.

„All the things i lost in the flood” Laurie Anderson

zdjęcie pochodzi ze strony                                                 

wydawnictwo: Rizzoli Electa
rok wydania: 2018 
              

Ogromną radością był dla mnie prezent imieninowy (troszkę przeze mnie zamówiony), który przybył do mnie wraz z rodziną zza oceanu – najnowsza, ciągle jeszcze cieplutka (data amerykańskiej premiery to 6 lutego 2018) książka Laurie Anderson „All the things i lost in the flood”.
Nie ukrywam, że pisanie o pozycji, która się jeszcze w Polsce nie ukazała i w posiadanie której weszło prawdopodobnie niewielu moich rodaków, powoduje u mnie dreszczyk ekscytacji, ale też jeszcze większe niż zazwyczaj poczucie odpowiedzialności za to, co napiszę.
Po pierwsze, pozwolę sobie zacytować fragment mojego wcześniejszego wpisu „Haga: Rewire, występ Laurie Anderson: „All the Things I Lost in the Flood” ❤”, w którym wyjaśniam, w jakich okolicznościach ta książka powstała.
„29 października 2012 roku huragan Sandy zaatakował południowe wybrzeże New Jersey, skutkiem czego do Nowego Jorku dotarła ogromna fala powodziowa, zalewając wszelkie niżej położone ulice, tunele oraz piwnice. Zalała wtedy również piwnicę Laurie Anderson, doszczętnie niszcząc cały dorobek jej życia: obrazy, rzeźby, komputery, materiały muzyczne, instrumenty, książki.
W tym wstrząsającym wydarzeniu Anderson znalazła inspirację do stworzenia pięknej, poruszające płyty Landfall wraz z Kronos Quartet oraz książki All the Things I Lost in the Flood, która jeszcze nie ukazała się w Polsce”.
W dzisiejszych czasach pełnych drastycznych i szokujących komunikatów zalewających nas zewsząd, wydawać by się mogło, że strata, która nie pozbawia nas (ani naszych najbliższych) ani życia, ani zdrowia, ani dachu nad głową, jest mało medialna. A przynajmniej mało nośna. Tymczasem Laurie z właściwym sobie urokiem udowadnia, że po pierwsze wagę naszym osobistym dramatom nadajemy my sami (dla artysty stracenie dorobku życia z pewnością jest sytuacją dramatyczną), a po drugie – co jeszcze ważniejsze – prawdziwy artysta każdą trudną sytuację potrafi przekuć w dzieło sztuki. W jej wypadku nawet dwa dzieła, bo równolegle została wydana także doskonała płyta.
Na wspaniałym występie Laurie Anderson, który miałam okazję zobaczyć osobiście (wpis TUTAJ), artystka powiedziała:

Czasem nazywanie rzeczy, które się straciło jest lepsze,
niż posiadanie tych rzeczy.

Laurie Anderson

I myślę, że to mogłoby być motto tej książki, która jest swoistym katalogiem całej jej twórczości. Po zobaczeniu strat w swojej piwnicy doznała szoku (opisała ten moment na płycie „Landfall” w utworze „Everything is floating”, doprowadzając mnie, wielokrotnie zresztą, do łez). Jednak po kilku dniach, jako osoba niezwykle zorganizowana i pracowita, postanowiła zrobić „remanent” i spisać wszystkie rzeczy, które straciła. Wtedy doszła też, z pewnym zdziwieniem, do przytoczonej wyżej tezy. Zaczęła odnajdywać większą przyjemność w nazywaniu rzeczy, które straciła od tej, którą z nich miała wcześniej. „All the things i lost in the flood” sprawia wrażenie takich właśnie pięknie wydanych notatek i zapisków. To podróż w czasie – poznajemy jej dorobek (książka zawiera mnóstwo zdjęć z jej występów, koncertów, performansów i wystaw), poznajemy niesamowite historie zza ich kulis, którymi Anderson się dzieli w formie krótkich esejów. Wszystko przeplatane jest jej rysunkami, a także tekstami piosenek z różnych płyt (także oczywiście ostatniej, „Landfall”).
Nagle okazało się, że przez tę stratę (a, paradoksalnie, nawet dzięki niej) jej miłośnicy i fani mają okazję wejść w posiadanie tej jej magicznej piwnicy sprzed zalania i postawić ją na swojej półce, od czasu do czasu do niej zaglądając. Czyż to nie jest niesamowite?
Drugim ważnym bardzo cytatem z występu Laurie (pod tym samym zresztą tytułem), który zapadł mi w pamięć  był ten:

Jestem przekonana do dwóch rzeczy: że nawet w największym nieszczęściu można dostrzec szczęście oraz że przyszliśmy na ten świat, żeby mieć naprawdę, naprawdę dobry czas!

Laurie Anderson

A co do samego wyglądu i wydania tej książki… Po moim ukochanym zbiorze esejów Anderson, jakim był „Język przyszłości”, spodziewałam się chyba czegoś w jakikolwiek sposób podobnego. Pierwszym więc, dosyć sporym, zaskoczeniem był dla mnie był jej rozmiar, grubość i format – okazała się wielka, ciężka i kwadratowa (24 cm x 24 cm), gabarytami przypominająca katalog Stanisława Dróżdża „początekoniec”.
Drugim zaskoczeniem była koncepcja okładki. Dobrze nam już znana grafika zarówno ze wspomnianego „Języka przyszłości”, jak i płyty „Landfall”, czyli białe odręcznie rysowane przez Laurie Anderson litery składające się w napisy na czarno-szarym tle, pokrywa pierwszą okładkę, tworzącą swojego rodzaju etui na książkę. Tymczasem właściwą okładkę tejże stanowi kolorowy obraz przedstawiający Laurie przy suto zastawionym stole.
Sama Anderson pisze w tej książce w niezwykle ciekawy sposób o słowach, czym w pewnym sensie odnosi się do wspomnianej wyżej grafiki:

There are many ways that words can be part of visual art – from graphic to philosophical. Words are beautiful shapes when they’re drawn by hand or when they appear in various colors and fonts.

[Na wiele sposobów słowa mogą być częścią sztuki wizualnej – od grafiki po filozofię. Słowa to piękne kształty, gdy są rysowane ręcznie albo kiedy pojawiają się w różnych kolorach i fontach.]

– Laurie Anderson

Dalej zwraca uwagę na to, że choć niewiele osób już czyta książki, te ciągle są w naszym życiu obecne, a słowa zachowują swoją magię (odnosi się też stricte do funkcji magicznej języka). Bardzo wzruszające jest dla mnie takie podejście autora, który nie jest językoznawcą.
Myślę też, że przez niebywałą wszechstronność Laurie Anderson, ta pozycja, będąca sporym wycinkiem jej artystycznego życia, okaże się nie lada gratką nie tylko dla jej wiernych i oddanych fanów, ale też zarówno dla miłośników dobrej, niebanalnej literatury, jak i amatorów sztuk plastycznych czy nawet fotografii.
Laurie Anderson jest taką magiczną maszynką, która filtruje czasem banalną i trywialną, a czasem wstrząsającą i trudną rzeczywistość, i oddaje ją światu w formie wielkiej i chwytającej za serce sztuki.

Najważniejsze jest tu i teraz, jak również tam i wtedy

fot. Geo Dask

Zauważyłam pewną niepokojącą tendencję zarówno w świecie wykreowanym przez media, jak i wśród niektórych moich znajomych i chciałabym się jej dzisiaj przyjrzeć. Chodzi mianowicie o fetyszyzację teraźniejszości. Znamy pewnie wszyscy sformułowania:

Żyj tu i teraz!
Nie oglądaj się za siebie!
Przeszłość to przeszłość!
Nie myśl o tym, co będzie!

– sformułowania, które wszyscy znamy

Nasuwa mi się pytanie, skąd nagle ta moda na teraźniejszość i czemu właściwie przeszłość i przyszłość stały się passé.

1. Przeszłość to przeszłość

Fetyszyzację któregokolwiek z czasów uważam za błędną, ponieważ każdy czas ma swoje miejsce i funkcję. Człowiek nie jest w stanie się, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zupełnie oderwać od swojej przeszłości, czego dowodem jest wniosek, do którego każdy prędzej czy później podczas psychoterapii dochodzi, mianowicie, że większość naszych problemów ze sobą ma źródło w naszym dzieciństwie – nawet jeśli je wyprzemy w mroki podświadomości.
Równocześnie to kim jesteśmy dzisiaj ma nierozerwalny związek z tym, co przeżyliśmy, czego doświadczyliśmy, jakie decyzje podjęliśmy (a jakich nie). Wpływają na nas nie tylko traumatyczne wydarzenia, ale przecież też te wspaniałe (moje przytulenie Laurie Anderson, czy cały jej niezwykły występ, niezaprzeczalnie na mnie wpłynęły, zmieniły mnie choć odrobinę w lepszego człowieka). Tak więc przeszłość nas tworzy, kształtuje, lepi nas jak z gliny. Czy to, że się już zdarzyła i nie ma do niej powrotu oznacza automatycznie, że nie możemy jej odtwarzać w myślach, że nie możemy się nią cieszyć, lub też – jeśli jest bolesna – spróbować wyciągnąć z niej wniosków?
W ten sposób myśląc, nie mogłabym wrócić do swojego wczesnego dzieciństwa i popełnić na Dzień Dziecka wpisu „Oczami dziecka”, bo przecież to już było i nie będę się oglądać wstecz. Kuriozalne, prawda? W myśl tej filozofii nie powinnam również rozpisywać się o moim cudownym tacie, bo już nie żyje, bo ten rozdział w moim życiu już się zakończył. Sęk w tym, że on bardzo namacalnie wpłynął na moją teraźniejszość. Zresztą nie tylko moją – wpłynął na teraźniejszość wielu osób, no i przede wszystkim także na teraźniejszość polskiej muzyki elektroakustycznej, co odbije się również na jej przyszłości.

2. Teraźniejszość to teraźniejszość

Z teraźniejszością jest najtrudniej – najtrudniej ją zidentyfikować i być w pełni świadomym, że oto trwa, gdyż chcąc być precyzyjnym, to, co zdarzyło się ułamek sekundy temu, należy już – chciał nie chciał – do przeszłości. Jak zatem można gloryfikować coś tak niejasnego?
Całą sobą natomiast zgadzam się z teorią, wg której trzeba próbować przeżywać każdą chwilę swojego życia jak najpiękniej, z wdzięcznością za to, co mamy i bez żalu, że nie mamy więcej. Wierzę, że jeśli czegoś pragniemy, powinniśmy nie tylko marzyć o osiągnięciu celu, ale także działać w kierunku jego realizacji i to, rzeczywiście, możliwe jest w teraźniejszości, jak również najbliższej przeszłości (vide to, co zdarzyło się ułamek sekundy temu). Jednak ciągle warto nie zapominać, że nasze działanie tu i teraz jest ściśle powiązane po pierwsze z bardziej odległą przeszłością, czyli naszym doświadczeniem (bazując na nim, możemy albo mniej bać się działania, jeśli kiedyś coś nam już w ten sposób wyszło, albo wręcz przeciwnie – bardziej się go obawiać, znając swoje wcześniejsze porażki na tym polu) oraz z przyszłością. Cel, zanim go osiągniemy, musimy sobie przecież najpierw wyobrazić. A wszelkie wyobrażenia tkwią w przyszłości właśnie.

3. Przyszłość to przyszłość

Największym chyba dla mnie zaskoczeniem było zorientowanie się, że istnieją ludzie, którzy się panicznie przyszłości boją. Usłyszałam kiedyś od jednego z nich:

Przyszłość to nieprawda, więc w pewnym sensie kłamstwo.

a od innego:

Przyszłość to strach.

zasłyszane

Mój szok wynikał chyba głównie stąd, że coś, co ja sama postrzegam za największy atut przyszłości (czyli jej nieoczywistość i ogromne pole, które nam zostawia do jej kreowania w naszych umysłach), kogoś innego może autentycznie przerażać.
Dobrze jednak zdać sobie sprawę z tego, że przyszłość zawsze jest niewiadomą i choć na coś mamy wpływ i coś możemy zaplanować czy przewidzieć (np. jeśli wykupimy wczasy w Grecji na jakiś termin, to możemy mieć 99% pewności, że w tym terminie będziemy wypoczywać w Grecji), jednak życie pełne jest zaskoczeń i nieprzewidzianych zwrotów akcji (możemy na przykład przed wyjazdem mieć poważny wypadek, uniemożliwiający nam spędzenie wakacji tak jak je zaplanowaliśmy). Nie twierdzę oczywiście, że słusznie jest nie planować zupełnie niczego, zakładając, że zawsze może się coś nieoczekiwanego wydarzyć, bo również może się przecież nie wydarzyć (a wczasy dobrze zaplanować wcześniej). Jednak myślę, że wskazana jest pewna doza elastyczności w życiu i zaufanie, że to, co się dzieje, ma jakiś głębszy sens.
Osobiście uwielbiam przyszłość właśnie za to, że jej zdecydowana większość rozgrywa się w naszych głowach i rzadko kiedy ma jakieś pokrycie w późniejszej rzeczywistości. Lubię to, bo mam większe zaufanie do swojej głowy (w której na ogół jest ciekawie i na którą przede wszystkim mam jakiś wpływ), niż do realnego biegu wydarzeń.
Mój znajomy Grek – cudowny intelektualny skarb Thassos, wybitny matematyk i fizyk z wykształcenia, a także filozof samouk, stwierdził kiedyś:

Przyszłość to sen, więc boją się jej ci, którym śnią się koszmary.

– słowa tasyjskiego mędrca

Myślę, że to idealne podsumowanie tego zagadnienia.

4. Carpe diem – chwytaj dzień

Jak napisał Horacy:

Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie,
jaką nam przyszłość zgotują bogowie…

– Horacy

Również jestem zdania, że skoro przyszłość jest pewnego rodzaju zagadką, warto żyć tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. Czyli na przykład nie zwlekać zbytnio z tym, co czujemy, że chcemy lub powinniśmy zrobić, bo chęć, zdrowe ręce, nogi i umysły mamy dzisiaj, a jutro wszystko się może diametralnie zmienić. Jednak nadal działanie tu i teraz nie stoi przecież w sprzeczności z uskutecznianiem marzeń i wyobrażeń o tym, co będzie, jak i wspominaniem tego, co było. To wszystko (i przeszłość i fantazje związane z przyszłością) jest naszym bogactwem. Teraźniejszość oderwana od tego nie jest zbyt dużo warta. Czasem musimy odwrócić się za siebie i pochylić z większą uwagą nad tym, co za nami. Czasem, żeby nie zwariować (teraźniejszość nie zawsze przecież bywa kolorowa i nie zawsze mamy na to całkowity wpływ), musimy oddać się marzeniom o lepszym jutrze. To wszystko nie wchodzi w najmniejszy nawet konflikt z naszym działaniem i dźwiganiem każdego dnia tak, jakby był już ostatnim.
Promowane odcinanie się od przeszłości uważam za głęboko niesłuszne i przyczyniające się do jakiegoś duchowego okaleczania nas samych. Nie chcę przez to powiedzieć, że szczelne zamknięcie się w swojej przeszłości czy życie jedynie przyszłością jest modelem, który mi odpowiada (jak wiele razy pisałam, każda skrajność jest w moim odczuciu zła). Chcę powiedzieć, że twierdzenie, że czasy, które ze sobą w naturalny sposób współgrają, można sobie pociąć na kawałki i gloryfikować jeden z nich (zresztą najbardziej złudny), a inne świadomie ignorować, nosi znamiona niedojrzałego i dziecinnego podejścia do świata, który jest znacznie od tego myślenia bardziej złożony i ciekawy.

„McQueen”

scenariusz: Peter Ettedgui
reżyseria: Ian Bonhôte
gatunek: dokument
produkcja: Wielka Brytania
rok powstania: 2018

pełny opis filmu wraz z obsadą

Miałam wczoraj okazję być na prapremierze dokumentu „McQueen”, który dosłownie wbił mnie w fotel. Z ogromną przyjemnością więc recenzuję ten film, który już niedługo (20 lipca tego roku) trafi do kin.
Alexandra McQueena chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Nawet ja, modowa (wstyd przyznać, ale…) ignorantka, wiem jak wielkim i oryginalnym był projektantem. Żeby niedaleko szukać, choćby szokujące i powalające na kolana kreacje Lady Gagi czy cudownej Björk zrodziły się właśnie w jego głowie. Wizjoner, buntownik i geniusz (jak przeczytamy na plakacie), ale przede wszystkim Artysta w najgłębszym tego słowa rozumieniu.
Wybrałam się na ten film, nie znając zbyt dobrze biografii McQueena i uderzyło mnie, jak bardzo Mistrz zdawał się być „zwyczajny”, równocześnie posiadając tak nieprawdopodobną charyzmę, która pociągała ludzi za nim, którą zjednywał sobie wielbicieli.

– Nie obchodzi mnie, co inni myślą. Nie obchodzi mnie, co ja sam myślę.

– Alexander McQueen

Jeśli chwilę zastanowimy się nad tym stwierdzeniem, zrozumiemy, jak bardzo jest głębokie i filozoficzne. Dla McQueena od myśli (które tak wielu z nas niesłusznie identyfikuje z ich nadawcami) zdecydowanie ważniejsze były emocje. To z nimi chciał wchodzić w interakcje, robiąc swoje niesamowite, spektakularne pokazy. Nie obchodziło go też to, czy emocje, które wzbudzi, będą pozytywne czy negatywne. Wychodził z założenia, że wszystkie emocje są tak samo ważne i zależało mu na nich w równym stopniu.
Odkryjemy w tym dokumencie pięknego człowieka pełnego sprzeczności, w którym kłębić się będzie dobro, poszukiwanie piękna, cudowna wrażliwość, pewność swojej własnej, zupełnie oryginalnej drogi, ale też demony przeszłości, nieufność i narastający lęk.
Mnie osobiście bardzo zaskoczyło ścieranie się u niego z jednej strony pięknej otwartości na ludzi (musiał wywołać prawdziwy szok w konserwatywnym domu mody Givenchy, kiedy – obejmując tam stanowisko głównego projektanta – kompletnie zlikwidował zastany dystans między projektantem-bogiem a krawcami-wyrobnikami) i równocześnie jakiegoś braku umiejętności zrozumienia ich odczuć (wspomniana daleko posunięta nieufność czy czasem wręcz brutalne traktowanie tych, którzy byli mu naprawdę oddani i życzliwi). Film zresztą pełen jest zaskoczeń, bo ukazuje sylwetkę osoby nieszablonowej, niezwykle oryginalnej, innej i niezaprzeczalnie wielkiej.
Choć mogłoby się wydawać, że to jedna z wielu historii pokazujących schemat od zera do milionera, nie ma w niej nic, co byłoby oczywiste lub przewidywalne (np. zaskakujący powód, dla którego McQueen przy swoich pierwszych wywiadach musiał ukrywać twarz). Jego geniusz nie od razu i nie przez wszystkich został doceniony w należyty sposób, a oprócz wzlotów były też upadki. Od początku do końca widzimy tego samego (choć im bogatszego, tym bardziej pogubionego) chłopaka, którego interesuje studiowanie i odkrywanie piękna. Chłopaka, dla którego ważne są pieniądze, bo wie, jakie artystyczne cele chce przy ich pomocy osiągnąć, i który – choć wchodzi w modowy świat pełen blichtru, przepychu, luksusu, blasku jupiterów, powierzchowności i nierealności – potrafi równocześnie znaleźć właściwe proporcje, powtarzając:

to tylko ubrania, to tylko moda

– Alexander McQueen

Jego postawa też doskonale ilustruje to, co próbowałam omówić przy swoim poprzednim wpisie „Skromność kocham i rozumiem, skromności oddać nie umiem” i co uważam za skromność właśnie. McQueen znał swoją wartość, wiedział doskonale, kiedy ma rację i – nie zważając na nikogo i nic – tym się kierował (co chyba charakterystyczne dla wielkich wizjonerów, do których się bez wątpienia zaliczał), ale równocześnie nie przywiązywał do swojej wielkości zbyt dużej uwagi. Po prostu robił swoje. A obserwowanie tego jak to swoje robił jest poruszającą i piękną przygodą, którą zawdzięczam temu filmowi.

P.S. Na uwagę zasługuje tu też fenomenalna muzyka Michaela Nymana, z którym McQueen współpracował przy wielu pokazach.

ZWIASTUN

Skromność kocham i rozumiem, skromności oddać nie umiem

fot. Jan Lewandowski

Od dłuższego czasu z pewnym zdziwieniem obserwuję coraz bardziej czarny PR robiony skromności. I mówiąc o skromności, nie mam na myśli zachowawczości w stroju czy wyglądzie, lecz

brak wygórowanego mniemania o sobie.

–  definicja skromności

W tym kontekście zastanawia mnie też (jako językowca), czym spowodowana jest z kolei rosnąca popularność „pokory” (lub też jej deklarowania), mnie z kolei raczej obcej.
Ponieważ w procesie wychowania wpojono we mnie, że skromność jest jednak pozytywnym przymiotem (a moje spotkania z Witoldem Lutosławskim, Jerzym Stajudą czy Władysławem Hasiorem zdawały się to potwierdzać), pomyślałam, że warto napisać o tym kilka słów.

1. Brak wygórowanego mniemania o sobie to nie brak całkiem dobrego mniemania

Myślę, że jakaś taka ogólna niechęć do skromności jest – jak w większości przypadków – podyktowana błędnym rozumieniem tejże. Wychodzę z założenia, że każda przesada jest z zasady niewłaściwa i nie bardzo widzę, co miałoby wykluczać z grona przesad wygórowane mniemanie o sobie.
Całą sobą zgadzam się natomiast z tym, że zaniżone poczucie własnej wartości i niewiara w siebie, swoje umiejętności i możliwości są destrukcyjne i warto je eliminować. Jednak od zupełnie mizernego mniemania o sobie do mniemania wygórowanego naprawdę całkiem daleka droga, a jej najciekawszy punkt wypada mniej więcej pośrodku. Oba ekstrema zamykają nas na rozwój, ponieważ:

1) jeśli paraliżuje nas wrażenie, że jesteśmy głupsi czy mniej intelektualnie sprawni od reszty, prawdopodobnie trudno będzie nam nawet spróbować zrobić coś, co mogłoby nam udowodnić, że się mylimy lub pokazać nam, że mamy za to jakieś zupełnie inne unikalne walory, które stanowią o naszej wyjątkowości;

2) jeśli z kolei uważamy, że wiemy wszystko najlepiej sami, a bliźni mogą się tylko od nas uczyć, to – pomijając, że się narażamy na śmieszność – dajemy sobie całkiem niezłą wymówkę, by nie musieć się uczyć od innych, czyli, reasumując, intelektualnie stajemy w miejscu (być może jest to też wyraźny sygnał do tego, żeby zmienić środowisko na takie, w którym znajdzie się jednak ktoś mądrzejszy od nas).

Natomiast świadomość, gdzie faktycznie tkwi nasza siła i co opanowaliśmy całkiem sprawnie oraz tego, że zawsze ktoś może wiedzieć coś, czego nie wiemy my sami (zarówno w dziedzinie, z której jesteśmy nogą – u mnie chemia – jak i tej, w której brylujemy w życiu zawodowym), sprawia, że nasza postawa jest otwarta. Mamy więc szansę skorzystać podczas rozmowy, której nie zakłóca ani nasza chorobliwa niepewność, ani karykaturalne ego – to miejsce może z powodzeniem zająć po prostu nasz rozmówca. Gwarantuję, że będzie wygodniej.
Sama mam raczej skłonności do pierwszego ekstremum, nad czym jednak udało mi się trochę przez te lata popracować. Jednak ważne, żeby przy pracy nad jednym ekstremum nie popaść automatycznie w drugie.

2. Jak skromny ze skromnym, czyli
partnerstwo w rozmowie

Dodatkowo jeśli nasz rozmówca jest również po prostu skromny (czyli jego mniemanie o sobie samym nie jest ani zaniżone, ani wygórowane), powstaje spora szansa na rozmowę utrzymaną w duchu partnerstwa. Mnie osobiście najbardziej intelektualnie stymulują jedynie takie sytuacje, kiedy mogę być partnerem (który ma prawo w jakimś momencie konwersacji wiedzieć więcej, a w innym mniej, ale jednak jest partnerem), bo kiedy ktoś daje mi odczuć, że jestem głupsza – szybko budzi moją frustrację i poczucie krzywdy, a z kolei kiedy pokazuje mi, że ma mnie za osobę od siebie mądrzejszą, sprawia, że czuję się zażenowana i zakłopotana i nie bardzo chcę w to dalej brnąć.

Dodatkowo zdefiniowałabym skromność również jako gotowość do uznania,
że możemy się mylić lub nie mieć pełnej wiedzy

– moja definicja skromności

tym bardziej, że bardzo wiele – żeby nie powiedzieć, że niemal wszystko! – zależy przecież od kontekstu. Porównując swoją wiedzę z zakresu językoznawstwa do wiedzy osób, które nie studiowały filologii polskiej, i którym zupełnie obca jest ta dziedzina, mogłabym dojść do wniosku, że jest ona (ta moja wiedza) niebywale rozległa. Porównując ją jednak do wiedzy profesora Bralczyka, przypomina ona kroplę przyrównywaną do morza. Gdzie jest jednak (i czy jest) obiektywna prawda? I czy porównywanie się do umysłów niedoścignionych jest faktycznie „obniżaniem poczucia swojej wartości”, czy może realnym spojrzeniem na rzeczywistość (która w tym wypadku jest taka, że coś tam umiem z tej dziedziny), tylko w szerszej perspektywie? Czy to znowu nie jest przypadkiem wpadanie w szpony tego pozornego wyboru „albo…, albo”, o którym kiedyś już tu pisałam? Bo przecież prawdą na ogół jest i to, że coś od kogoś wiemy więcej, jak i to, że coś od kogoś wiemy mniej. Jedno drugiego nie wyklucza. I nie sprawia automatycznie, że jesteśmy albo kompletnymi nieudacznikami, albo alfą i omegą w jakiejś dziedzinie.

Matematyka nigdy nie była moją alfą i omegą.

– jak stwierdził kiedyś Peja

Może mam inny punkt widzenia, niż ten uporczywie serwowany przez celebrycki światek, bo choć wypracowałam już bezpieczną pewność siebie, jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by przeszło mi przez usta zdanie:

Ach, jestem w tym świetna!
Tu to nikt mnie nie zagnie!
Jestem niezwykle mądra i inteligentna

– groteskowe zdania, które nie przechodzą mi na szczęście przez usta

skierowane do kogoś, kto  poświęcił 40 – 50 lat swojego zawodowego życia zgłębianiu jakiegoś naukowego czy artystycznego zagadnienia, z którego zdążył zrobić profesurę, a na taką przypadłość cierpi większość moich znajomych. I nie ma to wiele wspólnego z tym, bym czuła się gorsza. Raczej czuję, jak wiele mogę skorzystać, skupiając się po prostu na słuchaniu. No i z doświadczenia wiem też, że im bardziej imponująca wiedza naszego interlokutora, tym większa jego skromność i równocześnie luz podczas rozmowy z nim.

3. Fałszywa skromność

Fałsz to fałsz. Czy w muzyce, czy w życiu – jest brzydki, zgrzyta i sprawia, że więdną uszy i opadają ręce. Ale kto z nas choć raz nie słyszał takiego dialogu:

– Jaka piękna sukienka!
– Ach, to taka stara szmata, normalnie wycierałabym nią podłogi, ale akurat nie doschło mi pranie, więc ją na siebie zarzuciłam.

– dialog, który pewnie każdy z nas choć raz słyszał

Prawdopodobnie nie jestem jedyną kobietą na świecie, która nie zakłada na siebie szmat do podłogi, i która ma w szafie raczej to, co uważa za fajne, estetyczne i w czym się dobrze czuje. W związku z tym, kiedy ktoś daje mi odczuć, że on też myśli, że jestem ładnie ubrana, jest mi po prostu miło. Niekoniecznie muszę mu zaraz mówić, że uważam się za najlepiej ubraną kobietę na tej imprezie (nawet jeśli tak faktycznie jest), jednak zasada jest dosyć prosta – jeśli nie uważam, że wyglądam źle, nie mówię, że wyglądam źle.
Przyjmowanie komplementów jest jednak tematem na oddzielną książkę. Mój tata całe dzieciństwo wpajał mi, że:

mam nigdy nie dziękować za komplementy, tylko odpowiadać „wiem”,
bo one są po prostu prawdą.

– złota rada Józefa Patkowskiego

Zawsze wydawało mi się to jednak dosyć aroganckie, ale postanowiłam to wypróbować na pewnym średnio mnie interesującym absztyfikancie. Zdecydowałam się na wersję ostrożną, czyli w odpowiedzi na komplement uśmiechnęłam się i nie odpowiedziałam nic.

– Rozumiem, że nie dziękujesz, bo to wiesz? – dopytał zalotnie on.
– Tak! – odparłam radośnie, ciesząc się, że sam do tego doszedł.

złota rada Józefa Patkowskiego w praktyce

Do drugiego spotkania już nie doszło. Nie to, żebym żałowała, ale od tego czasu podchodziłam do porad taty w sprawach damsko-męskich ze sporą rezerwą.
Być może problem ze skromnością wynika z mylenia jej z fałszywą skromnością.

4. Życie w zgodzie ze sobą nie wymaga dzielenia się ze światem każdym szczegółem z tegoż

Inna rzecz to ta, czy faktycznie wszystkim musimy się z bliźnimi dzielić, żeby być w zgodzie ze sobą, harmonii i prawdzie? Nauczenie się asertywności i niedopuszczanie do tego, by ktokolwiek (włączając w to nas samych) zmuszał nas do czegoś, do czego nie jesteśmy w pełni przekonani, wydaje mi się niesłychanie ważne. Jednak nawet jeśli wydaje nam się, że jesteśmy w czymś naprawdę dobrzy (co może być bardzo pozytywne i motywować nas do dalszego rozwoju), to niekoniecznie oznacza to, że musimy to od razu ochoczo obwieszczać całemu światu. I brak tego obwieszczania nie ma nic wspólnego z zakłamaniem.
Choć sama należę do (wąskiego) grona ludzi, którzy raczej cenią moją muzykę i mają świadomość jakiejś jej wartości, nie bardzo widzę powód, by o tym wspominać np. w rozmowie z Krzysztofem Pendereckim czy Pawłem Szymańskim. Nie dlatego, żebym na czas rozmowy z nimi czuła się nagle fatalną autorką piosenek, ale dlatego, że po pierwsze mam świadomość jak wiele, w porównaniu z nimi, nie wiem, jak i też tego, że podzielenie się swoim dosyć nawet na tym polu dobrym samopoczuciem nie wnosi nic konstruktywnego do rozmowy, która bez tego ma szansę być naprawdę niesłychanie stymulująca i ważna dla mnie samej (a docelowo, także mojej muzyki).
Czyli, jak pisałam wcześniej, skromność jest punktem wyjścia do otwartości na świat i ludzi. Złotym środkiem na oba ekstrema – chorobliwe wątpienie w siebie i przesadną pewność siebie – które są w rzeczywistości tym samym problemem, tylko z przesuniętym gdzie indziej punktem ciężkości. A kiedy uda się nam już uporać z całkowitym zanikiem ego lub jego rozbuchaniem, może się okazać, że ten przysłonięty przez nie rozmówca jest całkiem fajny i ma do wniesienia w nasze życie zupełnie nową jakość.

O prawie do ciszy

fot. Jan Lewandowski

Jako muzyk jestem szczególnie wrażliwa nie tylko na muzykę, ale na całą sferę dźwięku jako takiego. Fascynują mnie naturalne odgłosy większych i mniejszych miast, wpisane w ich foniczny krajobraz. Lubię je nagrywać, wsłuchiwać się w ich rytmy. Jednocześnie wszelki przymus słuchania tego, czego słuchać nie chcę i co zaburza ów krajobraz, odbieram jako przemoc. Wiem, że nie jestem w tym odosobniona.
Do największych przeciwników narzucania hałasu i orędowników prawa do ciszy należał wybitny kompozytor – a prywatnie, często bywający u nas w domu przyjaciel mojego taty – Witold Lutosławski.

Jako członek Międzynarodowej Rady Muzycznej przy UNESCO spowodował, że w 1969 z jego inicjatywy przyjęto pierwszą ustawę potępiającą nadużywanie muzyki w miejscach publicznych i prywatnych, jako naruszenie prawa człowieka do spokoju i ciszy. Do problemu tego powracał wielokrotnie, uważając, że muzyka dobiegająca zewsząd i ciągle nie tylko męczy, ale także tępi wrażliwość na prawdziwą muzykę.

Wikipedia

Dziś, niemal pół wieku później, nie tylko nic się w tej kwestii nie polepszyło, ale i całkiem sporo pogorszyło. Sama mieszkam w mieście nastawionym na bardzo specyficzny rodzaj turysty (turysty prymitywnego), które niestety nie szanuje ani swoich mieszkańców, ani tym bardziej ich ustawowego prawa do ciszy.

1. Cisza. Nocna?

W powszechnej opinii (także policjantów i strażników miejskich) prawo do ciszy przysługuje nam tylko w nocy między 22.00 a 6.00. I choć zakłócanie spokoju podczas dnia jest w myśl prawa wykroczeniem, to jednak każdy, kto podjął próbę walki o swoje prawo do ciszy, wie, jaka to trudna i wyboista droga.
Skoro trudno egzekwować przestrzeganie prawa ogólnego, nie dziwi też fakt, że równie trudno egzekwować przestrzeganie przepisów poszczególnych miast. Na przykład moje miasto ustaliło wspaniały, przybliżający nas w kierunku zachodniej strony przepis, w myśl którego lokale usługowe położone przy głównym deptaku nie mogą mieć głośników na zewnątrz. Jednak… równocześnie można się o takie pozwolenie postarać i je dostać. Tym samym nikt już, łącznie z władzami miasta, nie wie dokładnie, które lokale mogą, a które nie mogą nagłaśniać wspólnej przestrzeni publicznej, jaką jest ulica (lub taka jest tylko wersja dla namolnych interesantów, do których się zaliczam).

2. Taksówki

Z taksówek korzystam najczęściej w Warszawie, kiedy przemieszczam nieprzyjazne szpilkom odległości między jednym a drugim miejscem koncertu podczas festiwalu „Warszawska Jesień”, w godzinach nocnych. Każde wejście do taksówki muszę rozpocząć prośbą o wyłączenie lub znaczne ściszenie muzyki. I zastanawiam się, czy to dziwne, że mam głowę pełną skomplikowanych i ważnych dźwięków, które jakoś przeżywam, które muszę przemyśleć, przetrawić, lub do których przyjęcia chcę się dopiero przygotować, a zdecydowanie nie pomaga mi w tym najnowszy numer wiecznie żywego Bajmu czy innego Pitbulla (zakładając, że mam szczęście i kierowca słucha tradycyjnego komercyjnego radia, a nie takiego, które specjalizuje się w popularyzacji disco-polo). A potem zadaję sobie pytanie,

czy ja naprawdę muszę się nawet sama przed sobą z czegokolwiek tłumaczyć?

– pytanie, które sobie zadaję

Mam po prostu prawo do ciszy. Mogę chcieć się skupić przed koncertem, przed egzaminem, mogę być w żałobie, pogrążona w jakimkolwiek bólu, wreszcie mogę nawet po prostu nie lubić muzyki ze szczególnym uwzględnieniem tej, która nie przeszkadza panu kierowcy. Nie muszę się z tego tłumaczyć. Usługą świadczoną przez taksówkarzy jest przewiezienie klienta z punktu A do punktu B, a nie uświetnianie tego czasu jakąkolwiek niekonieczną oprawą muzyczną.

3. Punkty gastronomiczne

No dobrze, umówmy się, że w punktach gastronomicznych istnieją znacznie gorsze efekty dźwiękowe, niż te wyprodukowane przez Pitbulla i tło w postaci neutralnej, nienachalnej i nieagresywnej ściany dźwięku bywa wręcz wskazane. Jednak kluczem jest tu nienachalność właśnie i odpowiednia, czyli minimalna, głośność. No i dobór muzyki. Cicha i spokojna muzyka instrumentalna zawsze będzie elegancka. Zmorą natomiast jest – niestety często praktykowane w lokalach o mniejszym prestiżu – włączone radio. Nie ma chyba niczego bardziej odpychającego podczas jedzenia od konieczności słuchania polityków, a także o hemoroidach, wydzielinach z pochwy i lekkim nietrzymaniu moczu.
(Temat apetyczności reklam doskonale przedstawił Marek Koterski w „Dniu Świra”.)

4. Słuchawki naszych bliźnich

Słuchawki – przewodowe, bezprzewodowe, nauszne, duże, małe, dokanałowe, itd. – są fantastycznym cudem techniki, mającym za zadanie, cytując za Wikipedią:

przekształcenie sygnału elektrycznego w słyszalną falę dźwiękową, podobnie jak czyni to głośnik; od głośnika jednak odróżnia ją sposób w jaki jest wykorzystywana: słuchawka służy do indywidualnego odbioru dźwięku, najczęściej umieszcza się ją w bezpośredniej bliskości ludzkiego ucha, a nawet w jego przewodzie słuchowym.

Wikipedia

Kluczowe w tej definicji wydają się być: różnica między nimi a głośnikiem oraz wspomnienie o bliskości ludzkiego ucha. Tymczasem w przestrzeni publicznej (np. transporcie miejskim) zaobserwować można bardzo dużo słuchawek, których używanie niczym nie różni się od korzystania z głośników – odbiorca danej muzyki narzuca jej słuchanie wszystkim swoim bliźnim w promieniu kilometra, podkręcając głośność do maksimum. Osoby starsze często zwracają uwagę tego rodzaju melomanom, zasłaniając się „troską o ich słuch”.
Mnie z powodu głuchnięcia jednostek w narodzie jest całkowicie wszystko jedno, jednak zmuszanie ludzi do przyjmowania dźwięków wbrew swojej woli i bez wyrażonej na to zgody uważam za drażniące.

5. Telefony w mojej głowie

Sama jednak, kiedy wypuszczam się w miejską dżunglę, nie wyobrażam sobie, by nie wziąć ze sobą słuchawek, na wypadek gdybym musiała trafić do jakiejś przestrzeni zamkniętej (np. poczekalni, czy wspomnianej komunikacji miejskiej). Tam przeważnie mamy do czynienia z czymś jeszcze gorszym, niż narzucona nam z góry muzyka. Tam mamy… ludzi z telefonami, prowadzących długie telefoniczne debaty. Dowiemy się z nich między innymi, że rozmawiająca tuż przy nas młoda i zadbana pani „właśnie ma okres, więc w piątek nie będzie mogła iść na basen”, przedwczorajszy pan „się na***ał i ciągle go trzyma”, a jeszcze ktoś inny ma dokładnie taki adres, taki pesel i taki numer telefonu, „podam, dla pewności, jeszcze raz”.
Cudze głośne rozmowy na tematy, które w najmniejszym nawet stopniu mnie nie obchodzą, ale które wchodzą w bardzo mocną interakcję z moimi myślami – a tak mam, że idąc, czy jadąc gdziekolwiek bardzo lubię myśleć – uważam za przemoc jeszcze brutalniejszą, niż narzucanie mi słuchania jakiejkolwiek muzyki.
Oczywiście u podstaw tych wszystkich rzeczy, o których dziś piszę, leży niezmiennie jedno: brak kultury. A tę się wynosi głównie z domu, choć solidna edukacja w zakresie dobrych manier podjęta przez szkołę, też nie byłaby złym rozwiązaniem.
Nie mam złudzeń, że ten apel trafi do tych ludzi, do których trafić powinien, jednak zaapeluję – szanujmy swoje prawo do ciszy.