Kończy się 2018 rok, a dla mnie (jak pewnie dla większości ludzi na całym globie) jest to czas głębszych refleksji i podsumowań. Dziś, jak każdego 31 grudnia, zjem swój tradycyjny noworoczny bigos (robiony na zamrożonych wcześniej resztkach farszu do uszek) i siądę rozliczyć się sama ze sobą z postanowień na mijający rok i sprecyzować postanowienia (plany) na ten nadchodzący. Ponieważ za niecały miesiąc (dokładnie 30.01.2019) mój blog będzie obchodzić swoje pierwsze urodziny, pomyślałam, że dobrze byłoby zrobić podsumowujący wpis okolicznościowy. 👀👀👀
To, z czego być może nie wszyscy moi bliscy zdają sobie sprawę, to fakt, że blog oczami nNi nie jest tylko moim hobby, platformą, na której mogę sobie bez ograniczeń ćwiczyć literacki warsztat, czy wyżywać się, kiedy się ze światem w czymkolwiek nie zgadzam. Tym wszystkim jest oczywiście też, ale przede wszystkim jest integralną częścią mnie. Nie twierdzę, że moje istnienie zamyka się w świecie wirtualnym, a pisany monolog jest moim jedynym sposobem komunikowania się z ludźmi, jednak do tego, by móc się postrzegać jako pełnię, muszę porozumiewać się ze światem nie tylko mową, ale też śpiewem, stwarzaniem piosenek, płyt, czy opowiadań oraz… językiem pisanym, co ów blog mi umożliwia.
Zanim zaczęłam tę przygodę, długo zastanawiałam się, czy w ogóle wypada stworzyć blog, którego osią będzie nie jakieś jedno wybrane przeze mnie zainteresowanie (jak np. było w przypadku mojego kulinarnego bloga Jednopalnikowa), tylko… ja sama. Nadal zresztą, kiedy o tym w ten sposób pomyślę, sama idea wydaje mi się dość grubą przesadą, jednak gdybym się nie odważyła, nie odkryłabym tak dziś ważnej dla mnie części siebie. A że gdzieś w środku – przy równoczesnej niechęci do zbyt wylewnego dzielenia się prywatnością – drzemie we mnie całkiem chętny i gotowy do działania ekshibicjonista, publikowanie powoduje we mnie przyjemny dreszczyk.
Przez większość mojego życia coś, czego nie umiałam nazwać, bardzo mnie uwierało w relacjach z innymi ludźmi. Dziś wiem już, że tym czymś było selektywne wybieranie ze mnie tego, co komuś pasuje i odrzucanie tego, co mu nie pasuje. Czułam się trochę jak talerz, z którego wyjada się wykwintne ragoût, a na którym zostawia kluski śląskie. A co z kompozycją całego dania? Nieskromnie wierzę, że jestem całkiem nieźle skomponowana i odrzucanie jakiejś części tej kompozycji uważam za irytującą ignorancję. Prawdopodobnie oczywiście przesadzam i być może wszyscy to w jakimś sensie bliźnim robimy, sęk w tym, by być świadomym naszych granic i dopuszczać naprawdę blisko tylko tych, którzy ich nie naruszają, a resztę trzymać na życzliwą, acz bezpieczną odległość. A nadszedł w moim życiu taki moment, w którym bardzo potrzebowałam w swoich własnych oczach stać się składającą się z wielu barw i odcieni wyraźną całością – blog pozwolił mi to odkryć!
1. Styczeń 2018
Styczeń, choć datuję powstanie bloga na jego końcówkę, był pod względem podejmowania wielu koncepcyjnych i graficznych decyzji, a także włożonej w pisanie tekstów pracy miesiącem szalonym. W ciągu tygodnia przed oficjalnym otwarciem bloga opublikowałam na nim aż 36 tekstów. W większości napisanych wcześniej, jednak część pisałam od początku. Kluczowym wpisem będzie na pewno ten, w którym się przedstawiam. Do teraz w statystykach figuruje jako najczęściej czytany:
Przede wszystkim dlatego, że jest to swoistego rodzaju manNifest – najwierniej chyba i najdokładniej opisuje moją filozofię życiową. Warto jednak wspomnieć o wpisie, który był w tym miesiącu najchętniej odwiedzany:
Marzec również obfitował w wiele tekstów na wiele tematów, jednak przede wszystkim obchodziliśmy Dzień Kobiet, a dwa dni później Dzień Mężczyzn, z których to okazji postanowiłam na chwilę wygrzebać się ze swojego wygodnego nNicentryzmu i popełnić dwa wpisy okolicznościowe, w których skupię się na znanych przedstawicielach każdej z płci, którzy znacząco wpłynęli na moje życie i w pewnym sensie również sprawili, że jestem teraz tym, kim jestem. Te teksty były na tyle inne od pozostałych, że postanowiłam je wyróżnić:
Kwiecień 2018 w moim życiu mogę określić trzema słowami: LAURIE ANDERSON – HAGA! Jeden z najbardziej szalonych i spontanicznych pomysłów, by wyjechać do nieznanej Holandii i urokliwej Hagi na koncert mojej największej miłości – kobiety, którą wielbię, cenię i za którą szaleję przyniósł mi najwspanialsze emocje na świecie!
W maju, ze względu na wyjazdy opublikowałam tylko jeden wpis, za to… najchętniej odwiedzany i najczęściej czytany przez cały ten rok! Otóż odbyłam przepiękną samotną podróż na swoje kochane greckie Thassos z kilkudniowym postojem w obie strony w cudownych Salonikach. Pomyślałam wtedy, że warto zebrać do kupy wszystkie te informacje, które udało mi się przez lata podróżowania zgromadzić, by podzielić się nimi z innymi zakochanymi w Grecji rodakami. Uważam też, że każde uniezależnienie się od wszelakich biur podróży jest korzystne, tym bardziej ucieszyła mnie popularność tego tekstu.
W czerwcu opisałam wszystkie swoje przeżycia związane z bardzo dla mnie z wielu powodów ważną i w pewnym sensie przełomową samotną wyprawą do Grecji. Odkryłam w jej trakcie, że jestem chora. Potrzebowałam czasu, żeby się z tą myślą oswoić i zacząć leczenie, jednak uświadomienie sobie problemu jest zawsze połową (o ile nie większą nawet częścią) sukcesu. Grecja zawsze mi coś daje, zawsze też dzieją się w niej rzeczy niesamowite. Mam nadzieję, że udało mi się to dobrze ująć w dwuczęściowym wpisie:
W czerwcu stało się też coś bardzo smutnego – po dwunastu latach odszedł mój królik Psubrat. Postanowiłam przybliżyć czytelnikom jego niepowtarzalną króliczą sylwetkę:
W sierpniu najchętniej czytanym, a także najbardziej czaso- i pracochłonnym był wpis o moim wyjeździe do Lwowa. Wycieczka była naprawdę piękna i ciekawa, dla mnie osobiście też ważna dlatego, że organizował ją mój poprzedni pracodawca, z którym – choć ani on tego nie chciał, ani mi nie było z nim źle – musiałam się niestety rozstać, by zacząć się wreszcie spełniać w zawodzie wyuczonym. Przed rzuceniem się w nowe, nieznane i przerażające, cudownie było odetchnąć w rodzinnym mieście dziadka, którego jednak nigdy wcześniej nie miałam okazji zwiedzić.
We wrześniu Zakopane na tydzień zamienia się w kolebkę kultury tzw. wysokiej dzięki fenomenalnemu przedsięwzięciu jakim jest Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach”. W tym roku X edycja przeszła najśmielsze oczekiwania tych, którzy umieją się poznać na zawsze przecież wysmakowanym programie festiwalu. Wrześniowym blogowym wpisem zostanie więc na pewno moja skromna recenzja tego niesamowitego wydarzenia:
We wrześniu w moim życiu dokonała się też prawdziwa rewolucja – po raz pierwszy (nie licząc praktyk na studiach) zostałam… nauczycielką polskiego w szkole podstawowej. Postanowiłam jednak trochę odczekać z podzieleniem się tym faktem z czytelnikami – dokładnie do Dnia Nauczyciela w październiku. Praca jest wymagająca i każdego dnia czuję na sobie ogromny ciężar odpowiedzialności, z jakim nie spotkałam się nigdy wcześniej, jednak równocześnie daje mi tyle radości, satysfakcji i szczęścia, że czasem zastanawiam się, czemu aż tyle lat tak bardzo się przed tym doświadczeniem broniłam…
Początkiem listopada opisałam bardzo piękną i ważną inicjatywę, jaka odbyła się w Zakopanem pod koniec października, mianowicie dwudziestą edycję Zakopiańskiej Akademii Sztuki im. Marka Markowicza:
Tegoroczny grudzień okazał się dla mnie wyjątkowy, bo po raz pierwszy przeżyłam święta Bożego Narodzenia z jakimś takim spokojem i pogodzeniem ze sobą i światem. Nie jest to dla mnie typowe, o czym więcej w samym wpisie, więc postanowiłam poświęcić tej sytuacji trochę blogowego miejsca.
Reasumując, od końca stycznia 2018 roku opublikowałam do dzisiaj w sumie 116 tekstów, z czego najczęściej odwiedzana trójka (w tej właśnie kolejności) to:
Doczekałam się w sumie 628 komentarzy (za które bardzo serdecznie dziękuję!) i dotarłam pod strzechy w aż 41 (!!!) krajach. Oprócz Polski, najczęściej czytaliście mnie (również w takiej kolejności) w:
Stanach Zjednoczonych
Wielkiej Brytanii
Grecji
Niemczech
Irlandii
Kanadzie
Austrii
Holandii
Francji
Chinach
Nie wymienię oczywiście wszystkich pozostałych trzydziestu krajów, ale przyznam, że np. Kamerun, Irak czy Wietnam były dla mnie sporym zaskoczeniem.
14. Chciałabym podziękować…
Bez względu na to jak bardzo jestem na tym blogu samowystarczalna, trudno mi dziś nie wspomnieć o cichych współautorach jakości efektu końcowego moich wpisów. Są nimi:
Nigdy o to nie proszę, ale – jako osoby zawodowo zajmujące się językiem – zawsze czują się w obowiązku zrobienia mi korekty, a nieraz nawet redakcji opublikowanego już tekstu, wysyłając mi w punktach to, co powinnam poprawić. Choć sama jestem redaktorem i dosyć nawet sprawnie wyłapuję nadmiar lub brak przecinków, literówki czy błędy fleksyjne u innych, jednak rola autora jest zupełnie inną rolą.
Oczywiście nie zawsze przyjmuję ich (na ogół trafne) uwagi z pokorą. Kłócę się o interpunkcję, przerzucam biblią Wolańskiego, jednak mam poczucie, że wprawne redaktorskie oko (a nawet dwie pary oczu) nad tym blogiem czuwa, a to – choć wiele osób wydaje się o tym nie pamiętać – niezwykle ważne i potrzebne wszelkiego typu tekstom. Zatem – dziękuję! ❤
fot. Zofia Mossakowska
🎉🎉🎉🍾🍾🍾P.S. Na deser dołączam cudowny kosmiczny utwór Stockhausena, który moje cudne dziesięciolatki z klasy czwartej (mam z nimi także muzyczne kółko) nazwały „przepiękną piosenką”. W nowym roku życzę wszystkim Czytelnikom otwartych, chłonNych umysłów, niezmienNie otaczającej zewsząd dobrej Sztuki i szczęścia! 🎉🎉🎉🍾🍾🍾
Od kiedy pamiętam Boże Narodzenie było dla mnie czasem trudnym, choć przecież lubiłam nasze świąteczne przyjazdy z rodzicami do Zakopanego, gdzie prezenty kładł pod choinką nie żaden z gruba ciosany, rubaszny mazowiecki Święty Mikołaj, lecz eteryczny, delikatny, odrobinę hermafrodyczny Aniołek. Nawet w okresie wzmożonej religijności uznawałam jednak uczestnictwo w tych świętach raczej za obowiązek, gdyż zawsze byłam zdania, że nie dorastają swoją magią do pięt ani dużo ważniejszej przecież Wielkanocy, ani przede wszystkim moim absolutnie ukochanym Wszystkim Świętym. Potem wiele się w moim światopoglądzie w innych kwestiach pozmieniało, jednak jakaś bożonarodzeniowa niechęć pozostała nienaruszona.
fot. Zofia Mossakowskafot. Zofia Mossakowska
Boże Narodzenie przez całe moje dzieciństwo, a nawet jeszcze dłużej, spędzaliśmy w czteroosobowym gronie: z rodzicami i dziadkiem. Nie miałam jednak świadomości, że grono to jest kameralne, bo od najmłodszych lat definiowałam tłok jako zgromadzenie liczące więcej, niż dwie osoby, co i tak było bardzo daleko posuniętym i mozolnie wypracowanym kompromisem z resztą świata, bo nierzadko już dwie zgromadzone w jednej czasoprzestrzeni osoby (z których jedną byłam ja sama) wywoływały u mnie duszności.
Po śmierci najpierw dziadka, a niedługo później również taty, doświadczałam przez pewien czas rokrocznie, na swój sposób pięknych, prawdziwie polskich, rodzinnych i dużych wigilii, które pomogły mi się zmierzyć z moją aspołecznością, introwertyzmem i antropofobią, by ostatecznie się ku nim jednak zwrócić. Zrozumiałam, że samotność w pojedynkę ma zdecydowaną przewagę nad samotnością w tłumie (co znakomicie ilustruje praca „Samotność” Dróżdża).
I aspekt kulinarny dał mi ogromną radość, gdyż – mam to po tacie – lubię karmić. Problemem był jedynie brak czasu spowodowany pracą (podczas samych świąt każdy z pracowników miał tylko jeden dzień wolny). Wcześniej, kiedy na wigiliach bywałam tylko czyimś gościem, miałam nadmiar czasu. Potem, kiedy spadł na mnie przyjemny obowiązek organizowania kolacji wigilijnej, musiałam wszystko robić w tzw. międzyczasie. Ale w skrajnościach umiem się zazwyczaj odnaleźć. Co prawda przed każdym nadchodzącym Bożym Narodzeniem zarzekałam się, że wezmę nadgodziny, żeby przesiedzieć w pracy ten wieczór, że nie dam rady, że przerasta mnie przygotowywanie wszystkiego, do tego na turystycznym palniku, ale jednak koniec końców zawsze wszystko wychodziło dobrze, a cały ten stres mijał. Lub przynajmniej można go było skutecznie zajeść czymś dobrym.
fot. Zofia Mossakowska
Ten rok przyniósł mi kolejną zmianę w postaci pracy etatowej i nieznanego mi dotąd luksusu, jakim są nie dość, że dwa dni wolnego w tygodniu, to również zupełnie wolne podczas całego Bożego Narodzenia! (Pech chciał, że akurat tydzień przed świętami rozłożył mnie wirus i znów perspektywa lepienia uszek z zatkanym noskiem… tzn. nosem nie należała do najmocniej przeze mnie wyczekiwanych, jednak jakoś – nie bez trudu! – powstałam z łoża boleści.)
Być może z powodu nadmiaru wolnego czasu, umożliwiającego mi udekorowanie mieszkania po raz pierwszy nie na ostatnią chwilę, być może z powodu pracy w szkole, w której każde święta celebruje się mocniej ze względu na dzieci, ale ze zdziwieniem przyłapałam się na tym, że po raz pierwszy autentycznie wyczekiwałam nadchodzącego Bożego Narodzenia, a w jego trakcie byłam zrelaksowana i zachwycona tym wszystkim, czego doświadczam tylko ten jeden raz w roku, czyli np. smakiem (swojego) kompotu z suszu, odtwarzaną do upadłego w tych dniach ukochaną świąteczną płytą King’s Singersów „Joy to the World”, aromatem przywożonej przez mamę ziarnistej kawy z cynamonem i czekoladą, porządkiem i własną okolicznościową aranżacją mieszkania, które stało się czymś w rodzaju piernikowej groty pełnej światełek, pachnących świeczek i dobrej atmosfery. Niniejszym chciałabym się dziś nimi podzielić ze swoimi Czytelnikami, wpuszczając ich – poprzez zdjęcia – do swojego gniazdka i życząc przede wszystkim tego, by otaczało Was zewsząd jak najwięcej dobrej i wartościowej Sztuki, a także szczęścia i spełnienia najskrytszych marzeń 😉
Proszę Państwa, dziś oficjalnie zaczęła się kalendarzowa jesień, czego nie sposób nie uczcić okolicznościowym wpisem! 🍁🍁🍁🍂🍂🍂
Jeszcze kilka lat temu naprawdę bardzo lubiłam lato, spędzając je na ogół na greckim Thassos, w kusych strojach pośród ludzi, nago – na dzikich plażach. Słońce cudownie wszystkich rozleniwiało, poważne problemy nie istniały, blade przez większość roku nogi wreszcie zaczynały się znacząco odróżniać od szpitalnej ściany, jednym słowem – raj! Choć nie odnajduję się jakoś szczególnie w temperaturze 40°C w cieniu, możliwość spędzania większości czasu w nieziemsko przejrzystej chłodnej wodzie, a potem w zwiewnej kreacji zajadania najświeższych owoców morza, popijania ich białym winem i upajania się swoim lekkim wstawieniem (no, to raczej sporadycznie), zawsze uważałam za wyjątkowo pociągającą.
fot. Jan Lewandowskifot. Jan Lewandowski
Nieszczęście w szczęściu było jednak takie, że po latach coraz to bardziej specyficznych pracodawców stawianych przez los na mojej zawodowej drodze, o których można byłoby napisać powieść kryminalną w kilku tomach, poznałam w końcu jednego uczciwego i sprawiedliwego w nieznanej mi wtedy branży turystycznej i zapragnęłam, by stał się właśnie moim pracodawcą. Haczyk polegał jednak na tym, że praca miała mnie absorbować m.in. przez całe wakacje. Szybko więc lato stało się dla mnie czymś między małą Brytanią w lipcu (charakterystyką lipca w Zakopanem jest średnio 31 deszczowych dni) a walką o przeżycie upałów w służbowym uniformie, z przerwami na wypakowanie ze schowka na kilka dni zimowej kurtki i włączenie na ten czas pieców w sierpniu. Proszę mnie źle nie zrozumieć – praca i uczciwość pracodawcy była warta wszelkich poświęceń, jednak z biegiem czasu po prostu przestałam lato lubić (choć może polubię je z powrotem, bo nadeszła pewna znacząca zmiana w moim życiu, ale o tym kiedy indziej). Jesień jednak to zupełnie inNa para kaloszy. Zwłaszcza w Zakopanem! Nawet ta tasyjska, zaczynająca się w Grecji troszkę wcześniej niż u nas, nie dorównuje złotej polskiej jesieni w Tatrach. Nie przemawia przeze mnie patriotyzm lokalny – przemawia przeze mnie wrażliwość na piękno.
fot. Jan Lewandowski
Ta pora roku urzekała mnie od zawsze. Nawet Warszawa, w której utknęłam na pierwsze ćwierć wieku swojego życia i w której przez ten czas nie odnalazłam niczego, co mogłabym polubić, podczas jesieni stawała się nagle jakaś taka bardziej znośna. No a w każdy pierwszy piątek po piętnastym dniu września zaczynało się prawdziwe święto muzyki współczesnej – festiwal „Warszawska Jesień”.
W czasach szkolnych jesień wyznaczała nowe rozdanie – nowe zeszyty, nowe książki, nowe postanowienia z nimi związane. Do tego dłuższe wieczory, dopiero podczas których umiem najbardziej efektywnie funkcjonować (zbyt długo utrzymujące się światło dzienne za oknem jest dla mnie zmorą lata), kubki rozgrzewających herbat z cytryną i miodem czy wyjęte z szafy (lub zdjęte ze sklepowej półki) botki czy kozaki. No a w kwestii ubraniowej, wreszcie większa liczba warstw, które trzeba na siebie zarzucić, by potem móc je z siebie zdjąć. Jest w tym coś pociągającego i bardzo lubię się tym napawać, póki nie przyjedzie zima, a wraz z nią zbiorowy gwałt na taliach, jakim są wszelkiego typu zimowe puchówki.
Poza tym podoba mi się też jakaś taka melancholia, zaduma, konsekwencja kolorystyczna otaczającej nas (nawet w miastach) przyrody. Nie lubię wiosny, którą właściwie mogłabym w całości przespać. Kojarzy mi się z katarem i psimi kupami na chodnikach wystającymi spod roztapiających się warstw brudnego śniegu, którego wszyscy mają już serdecznie dosyć. Nie wiem kto się wtedy budzi do życia, ale na pewno nie ja, a jesień jest dla mnie właśnie idealną na to porą! Jak napisał o mnie kiedyś (ponad dwadzieścia lat przed moim urodzeniem, dlatego nie wiedział, że powinno być „jesienNa” – wybaczam) największy znawca kobiecych dusz i pióra w jednej osobie – Jeremi Przybora:
fot. Jan Lewandowski
Wiosennych dziewcząt pełno
i letnich tyle ładnych.
Jesienną jestem jedną,
zimowych nie ma żadnych.
O tamte zresztą mniejsza,
gdy złoto i szkarłatnie
zabarwi jesień pejzaż
na przyjście tej ostatniej…
Jesiennej Dziewczyny,
odmiennej od innych…
dziewczyny z chryzantemami,
z chryzantemami.
Dziewczyny Jesiennej –
dziewczyny bezcennej
i nie zamiennej już na nic,
już na nic.
Niedawno w Zakopanem zakończył się znakomity – jubileuszowy już, bo dziesiąty – Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” organizowany przez Stowarzyszenie im. Mieczysława Karłowicza. To jeden z najciekawszych i najważniejszych nie tylko w tym województwie, ale także kraju (i myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że pretendujący do miana jednego z lepszych również na arenie międzynarodowej) festiwali muzycznych, którego zakres i rozmach poraża, a konsekwentnie w każdym roku ukazywana niesłychana umiejętność programowania zarówno każdego koncertu z osobna, jak i wszystkich ich razem jako pewnej całości, przywraca wiarę, że to, co było tak ważne dla mojego taty (i w czym był naprawdę świetny), czyli wysmakowana kompozycja jakiegokolwiek przedsięwzięcia, nie odeszło jeszcze zupełnie w zapomnienie. Bez złośliwości, a raczej z pewnym smutkiem (bo wielokrotnie niestety w latach ubiegłych „Muzyka na szczytach” pokrywała się w czasie z „Warszawską Jesienią” i moje serce, skażone od urodzenia muzyką współczesną, zawsze wybierało „Jesień”), muszę po ostatniej edycji WJ stwierdzić, że zabrakło mi teraz w Zakopanem wśród widowni twórców tego sześćdziesięcioletniego już festiwalu. Zabrakło mi ich, ponieważ w naszych prywatnych rozmowach na temat wszystkich moich wątpliwości związanych z niepokojącą mnie jakością nowego programowania „Jesieni”, poruszaliśmy się po czysto teoretycznym gruncie. „Muzyka na szczytach”, zwłaszcza tegoroczna, była namacalnym przykładem na wszystko to, co rozumiem przez termin idealna i spójna kompozycja.
Opisując „Muzykę na szczytach”, nie sposób nie wymienić nazwiska dyrektora artystycznego festiwalu (piastującego tę funkcję już od siedmiu lat) – znakomitego kompozytora Pawła Mykietyna. Nie sposób też nie wymienić nazwiska głównej pomysłodawczyni tego niewiarygodnego przedsięwzięcia – osoby, która jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych (a w tym specyficznym mieście niestety prawie wszystkie związane z tzw. kulturą wysoką urastają do takiej właśnie rangi), melomanki i… lekarki, prezes Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza w Zakopanem – Danuty Sztencel.
Ponieważ wpis jest wyjątkowo długi, lekturę z pewnością ułatwi klikalny spis treści:
Tegoroczną „Muzykę na szczytach” poprzedziły dwie imprezy zapowiadające festiwal: „Gala Mozartowska” oraz spektakl muzyczny „Do DNA”. Pod koniec lipca, podczas „Gali Mozartowskiej”, na której niestety nie mogłam być, znakomici śpiewacy: Olga Pasiecznik (sopran) oraz Robert Gierlach (bas – baryton) wykonali duety i arie z oper Mozarta.
Druga impreza zapowiadająca odbyła się w przededniu inauguracji festiwalu. „Do DNA” – po raz pierwszy (i prawdopodobnie jedyny) wystawiony w Zakopanem, na deskach Teatru Witkacego – to spektakl dyplomowy studentów Wydziału Aktorskiego Akademii Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie, w reżyserii Ewy Kaim. Scenariusz opierający się na polskich pieśniach i przyśpiewkach ludowych, zebranych i opisanych przez Oskara Kolberga, został stworzony przez Ewę Kaim i Włodzimierza Szturca, którzy wykonali tytaniczną pracę, dokonując wyboru tych pieśni zarówno spośród tych zgromadzonych w archiwach, jak i tych z dokonanych przez siebie nagrań w terenie (niedawno obejrzana „Zimna wojna” nasuwa mi się na myśl samoistnie). Wszystkie pieśni zaaranżował kompozytor i pianista Dawid Sulej Rudnicki, umiejętnie wydobywając z nich ich surowość, ale też łącząc ją z nutą nowoczesności.
Spektakl zdobył wiele nagród i stanowił zapowiedź festiwalu w niewątpliwie pięknym stylu. Wystawienie go z tej właśnie okazji z jednej strony było ukłonem w stronę tytułowych szczytów, pod którymi tu mieszkamy i w pewnym sensie też w stronę patrona Stowarzyszenia – zakochanego w Tatrach Mieczysława Karłowicza, z drugiej zaś sprowadzeniem pod te szczyty przedsięwzięcia nietuzinkowego, intrygującego, nowoczesnego i ważnego w środowisku.
Jestem bardzo szczęśliwa, że miałam okazję zobaczyć to przedstawienie na własne oczy. Moje wrażenia są jednak dosyć mieszane. Lubię folklor przede wszystkim za to, że nie jest łatwy w odbiorze. W założeniu nie ma nikomu umilać czasu, jest raczej rodzajem języka, którym komunikują się ze sobą mieszkańcy danej społeczności. Więc bywa i wesoły (i równocześnie także miły dla ucha kogoś z zewnątrz), i bardzo nieraz gorzki i trudny. Jak to język – wyraża życie, taka jest jego podstawowa funkcja. Lubię bywać takim niezauważonym obserwatorem, lubię podsłuchiwać ten folklor, który boli, który jest w pełni autentyczny.
Można byłoby powiedzieć, że mieszkam w miejscu, gdzie tylko pójść do byle karczmy i można go usłyszeć, ale nic bardziej mylnego. Ludzie w masie nie lubią muzyki autentycznej, więc gra się dla nich skoczne słowackie czy węgierskie melodie, a muzykę ze Skalnego Podhala można usłyszeć już tylko na rodzinnych imprezach okolicznościowych (patrząc na wiek seniorów rodu, na najbliższy góralski pogrzeb wybiorę się raczej nieprędko).
– dygresja folklorystyczna
Idąc na spektakl „Do DNA”, nie liczyłam oczywiście, że usłyszę wersję nieprzetworzoną. Zdawałam sobie sprawę z tego, że będzie to rodzaj muzycznego eksperymentu, który zresztą w moim odczuciu wypadł bardzo dobrze (aranże nie zaszkodziły tym pięknym pieśniom, a nawet wydobyły z nich niesamowitą nowoczesność). Problemem było dla mnie jednak silenie się na autentyczność tam, gdzie jej być nie mogło (udawanie śpiewania gwarą, choćby i najlepsze, zawsze pozostanie – dość drażniącym na dłuższą metę – udawaniem). Ludowe przyśpiewki są bardzo proste, a jednymi z ich głównych tematów są oczywiście miłość i seks. Sam rytm, zestawione ze sobą słowa czy linia melodyczna są w nich fascynująco nasycone erotyką. Myślę, że naprawdę nie trzeba sapać do mikroportu i się nienaturalnie wdzięczyć przy każdej głosce, by widz to zrozumiał (nawet ten mniej wymagający). Nie mam oczywiście nic do konwencji porno (osobiście za jednego z ciekawszych twórców dzisiejszych czasów uważam akurat Bruce’a LaBruce’a), ale ciężko znoszę formy pośrednie. Czyli na miejscu autorów albo całkowicie poszłabym w hardcore, albo pozwoliła tym pieśniom zaistnieć bez nadmiernej gimnastyki pań śpiewających, które bardzo usilnie próbowały te przyśpiewki zdominować. Nie bardzo rozumiem czemu. Podobnie jak, rozumiejąc oczywiście niezbyt już młodą koncepcję łączenia tradycji z nowoczesnością, nie jestem przekonana, czy przykładanie widzom patelnią w głowę, w postaci odziania wspomnianych niewiast w bluzy Adidasa (choć w folklorystyczne motywy, jednak z wielkim logo wspomnianej firmy) jest pomysłem dobrym. Nieoczywistość, niedopowiedzenie, brak dosłowności to fantastyczne narzędzia, które w sztuce mają ogromną moc. Poza tym nie bardzo lubię być traktowana przez reżysera jak ćwierćinteligent. No, przynajmniej zanim nie da mi szansy się nim okazać.
Koncert inauguracyjny – Kronos Quartet
1.09.2018 – sobota
O koncercie inauguracyjnym pisałam już jakiś czas temu – festiwal rozpoczął się jak u Hitchcocka, trzęsieniem ziemi, czyli występem znakomitego, niepowtarzalnego Kronos Quartet, a potem napięcie już tylko rosło.
Pełną recenzję tego koncertu wraz z wywiadem z Jagodą Szmytką – jedyną polską kompozytorką graną tego dnia, która w dodatku miała równocześnie światowe prawykonanie swojego najnowszego, napisanego specjalnie na tę okazję utworu – przeczytamy TUTAJ.
Epokowe brzmienia
2.09.2018 – niedziela
Klub Rozmów na Szczytach, fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]
Następnego wieczoru, kiedy emocje po występie Kronosów ledwie zdążyły opaść, znakomity niemiecki kwartet klarnetowy Clarimonia Ensemble wprowadził nas w magiczny dźwiękowy świat klarnetów historycznych. Zespół powstały prawie dwie dekady temu, zgłębia i popularyzuje repertuar muzyczny przeznaczony na te instrumenty historyczne, a jego założyciel, przeuroczy i fascynujący Jochen Seggelke, zajmuje się również ich budową i rekonstrukcją. Koncert odbył się w najstarszym zakopiańskim zabytku sakralnym – prześlicznym kościółku na Pęksowym Brzyzku, w którym onegdaj ksiądz profesor Józef Tischner udzielał ślubu moim rodzicom. Z wnętrzem tego miejsca idealnie korespondowało ciepło i delikatność brzmienia instrumentów, na które komponował kiedyś Mozart. Robił to zresztą właśnie dlatego, że jego chlebodawcy nie chcieli, by zamówiona przez nich na wystawne uczty muzyka zmuszała ich gości do przekrzykiwania się przy stole, a te klarnety nie mają fizycznej możliwości grania zbyt głośno. (Co, nawiasem mówiąc, dzisiejsi restauratorzy mogliby sobie wziąć do serca; nie przyrównując oczywiście tego, co nam na ogół serwują do muzyki Mozarta.)
W repertuarze utwory z różnych epok – od XVIII wieku po czasy współczesne: oprócz Mozarta także Telemanna, Tauscha, Starka i Strietmana. Dużym zaskoczeniem był dla mnie ten ostatni kompozytor, którego wcześniej nie znałam. Jego Musiquettes I przywodziło mi na myśl całą rzeszę różnych znanych utworów, od Błękitnej Rapsodii Gershwina po piosenki z Kabaretu Starszych Panów, a jedna część do złudzenia przypominała mi „It could be hip” Karin Krog z płyty „Bluesand”. Kiedy wspomniałam o tym Jochenowi Seggelke, śmiał się, że
właściwie ten utwór każdemu coś przypomina i to jest zawsze już prawie „to coś”, ale nigdy tak do końca „to”.
– Jochen Seggelke
Ogromną przyjemność sprawiła mi Clarimonia Ensemble swoim pięknym bisem. Mówi się, że miarą gustu artysty jest to, jak jaki repertuar sobie wybiera do bisów.
Niech za przykład posłuży Moskiewska Orkiestra Symfoniczna, która w 2001 roku po zainaugurowaniu „Warszawskiej Jesieni” – festiwalu muzyki współczesnej – i obfitych brawach, jakie za to otrzymała, „zabisowała” Jeziorem Łabędzim Czajkowskiego, od którego starszy był już tylko Mazurek Dąbrowskiego, grany zawsze z okazji rozpoczęcia festiwalu.
– dygresja bisowa
Wykonała „Salve Regina” z siedemnastego wieku (niestety nie udało mi się dosłyszeć nazwiska kompozytora), przepięknie dopełniając cały koncert. Miejsce, w którym się znaleźliśmy aż prosiło się o chociaż jeden utwór sakralny, a ten zabrzmiał w nim naprawdę poruszająco.
„Rękopis znaleziony w Saragossie”– projekcja filmu
4.09.2018 – wtorek
Poniedziałek (3 września) wyjątkowo wolny od koncertu, można było spożytkować nie tylko na cieszenie się górami, ale także na spokojne obejrzenie wszystkich bezpłatnych wystaw towarzyszących festiwalowi (i trwających przez cały jego czas), a tych organizatorzy „Muzyki na szczytach” przygotowali dla nas w sumie aż pięć (cztery w Zakopanem i jedna Bukowinie Tatrzańskiej).
Wtorek natomiast był wyjątkową ucztą nie tylko dla melomanów, ale także kinomanów! Ponieważ w tym roku osiemdziesiątą piątą rocznicę swoich urodzin obchodzi Krzysztof Penderecki, twórczość tego kompozytora, z kilku zresztą okresów, zajęła szczególne miejsce w programie również przecież jubileuszowej edycji festiwalu. Przypomniany tego wieczoru w Kinie Miejsce prawie trzygodzinny „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa z 1964 roku, był pierwszym i jedynym filmem, do którego Maestro skomponował całą ścieżkę dźwiękową (potem jeszcze w kilku filmach wykorzystano jego muzykę, powstałą jednak z innej okazji).
Zważywszy na to, że elektroakustyczna warstwa tej ścieżki powstała w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia taty (dźwięk realizował Bohdan Mazurek), być może wstydem jest to, że jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam „Rękopisu…”. Tym większą radość sprawiło mi odkrycie go właśnie w tych okolicznościach (i oczywiście na dużym ekranie). Film wbił mnie w fotel – wszystkim, każdym swoim elementem. Muzyka odgrywa w nim właściwie rolę pierwszoplanową i ukazuje wielkość trzydziestoletniego zaledwie wówczas kompozytora. Bo tak doskonale stylizować niektóre fragmenty na Mozarta, inne na Beethovena, kolejne na tradycyjną muzykę hiszpańską, dodając do tego jeszcze kosmiczne przetworzone elektroakustyczne dźwięki, niesłychanie w tamtych czasach nowoczesne i awangardowe i jeszcze tak to wszystko poukładać, by tworzyło ze sobą spójną (wewnętrznie i z obrazem) całość, mógł tylko geniusz.
Do tego sama akcja filmu (oparta na powieści Jana Potockiego) to jeden wielki odjazd. Film ma już przeszło pół wieku, a ogląda się go z zapartym tchem, jakby powstał wczoraj. Z tą jednak różnicą, że pochodzi z czasów, w których aktorzy opanowali sztukę nienagannej dykcji. Może więc nie ma zaawansowanych technologii czy latających obiektów w 3D, ale za to nie trzeba za każdym razem kiedy aktor otworzy usta, wytężać całego swojego aparatu słuchowego, i tak połowy z tego, co wypowie, nie rozumiejąc (że pozwolę sobie znowu wrócić do „Zimnej wojny”). Nietaktem byłoby oczywiście pisanie, że Zbigniew Cybulski, Iga Cembrzyńska, Gustaw Holoubek, Bogumił Kobiela, Barbara Krafftówna czy Franciszek Pieczka (żeby wymienić tylko część tej elektryzującej obsady) dobrymi aktorami byli, ale jednak poraża to, jak bardzo przez ten stosunkowo niedługi przecież czas zdewaluowało się pojęcie „dobry aktor”.
Załączam dostępną w internecie ścieżkę dźwiękową filmu, ale przede wszystkim gorąco polecam obejrzenie go (w całości)!
Klasycy kameralistyki –
wczoraj i przedwczoraj 5.09.2018 – środa
Zawodowe obowiązki niestety uniemożliwiły mi wybranie się na środowy koncert, czego do teraz nie mogę odżałować, bo wiem (znając wszystkie wykonywane na nim utwory, a także rozmawiając z zachwyconą publicznością), że był niesamowity. W programie znalazły się cztery tria trzech różnych kompozytorów (tworzących w XIX, XX i na przełomie XX i XXI wieku) na różne składy: dwa fortepianowe, jedno na fortepian, skrzypce i waltornię oraz jedno na skrzypce, róg i fortepian.
Gorąco zachęcam do wysłuchania ich właśnie w zaproponowanej przez organizatorów kolejności, za którą chylę czoła!
Klasycy symfoniki – wczoraj i dziś 6.09.2018 – czwartek
Kolejnym pięknym koncertem był króciutki, ale przejmujący koncert czwartkowy, podczas którego znakomity Zespół Muzyki Dawnej Konfraternia Caper Lublinensis wykonał Trzy utwory w dawnym stylu Pendereckiego (stanowiące część ścieżki dźwiękowej do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”), Koncert skrzypcowy D-dur Mozarta oraz Symfonię nr 45 fis-moll, Pożegnalną Haydna.
Chyba po raz kolejny przekonałam się o tym, że przy całym szacunku i uznaniu, z Mozartem mam tak jak z Chopinem. Jego muzyka (może oprócz fenomenalnego Requiem) nigdy nie trafia do mojego serca, a zawsze gdzieś obok, w zupełnym przeciwieństwie do Haydna, który mnie zachwyca totalnie. Słuchania muzyki dawnej ciągle się jeszcze uczę. Nie jest to dla mnie jednoznaczne i proste. Są oczywiście wyjątki, takie jak większość muzyki średniowiecznej i wczesnorenesansowej, genialny Bach czy cudowny Szostakowicz, ale na pewno łatwiej mi słuchać Stockhausena niż Straussa.
To w pewnym sensie dość zabawne, że „Muzyka na szczytach” swoją widownię powoli, konsekwentnie i z cierpliwością otwiera na nowe, coraz bardziej współczesne brzmienia, obierając za punkt wyjścia muzykę dawną, prostszą do przyswojenia. Z mojej jednak perspektywy, czuję się wrzucona na dość głęboką poważną dawną wodę, tylko od czasu do czasu łapiąc się znajomych kół ratunkowych, w postaci np. Trzech utworów w dawnym stylu Pendereckiego. Ale to bardzo ciekawe i ważne dla rozwoju doświadczenie. Zwłaszcza, że podczas tego festiwalu mamy do czynienia nie tylko ze znakomitym programem, co będę do znudzenia powtarzać, ale także z doskonałymi wykonawcami (kluczem nie zawsze jest ich ogromna rozpoznawalność, ale zawsze prezentowany przez nich najwyższy muzyczny poziom).
Reminiscencje 7.09.2018 – piątek
Po piątkowym koncercie, którego myśl przewodnią stanowiło wspominanie tego, co było (bardzo zresztą wielopłaszczyznowe), wszyscy wyszli z kościoła, w którym się odbywał, jacyś tacy odmienieni, zamyśleni. Jedna znajoma stwierdziła, że „on był jak modlitwa”. Mam właściwie bardzo zbliżone odczucia. Było nostalgicznie i w pełnym tego słowa znaczeniu po prostu pięknie. W programie usłyszeliśmy utwory współczesne (Maciejewskiego, Pendereckiego, Panufnika, Przybylskiego i Schönberga) będące albo hołdem złożonym innym artystom bądź ich dziełom, albo swoistego rodzaju rozliczeniem kompozytora z przeszłością.
Bardzo mnie poruszył zwłaszcza Verklärte Nacht Arnolda Schönberga, który, choć pisał fantastycznie, zaczynał się już straszliwie męczyć w kajdanach tonalności, co pchnęło go jakiś czas później do kompletnego zrewolucjonizowania myślenia o muzyce i zaproponowania światu dodekafonii i atonalności.
Koncert finałowy Penderecki w Zakopanem, które powinno się wstydzić 8.09.2018 – sobota
W przeciwieństwie do poprzednich tytułów koncertów, które wymyślili organizatorzy festiwalu, ten powyższy (kursywą) jest oczywiście mój, ale po kolei.
Koncert finałowy okazał się wisienką na torcie. Choć trudno było sobie nawet wyobrazić już jakiekolwiek zaskoczenie, kiedy cały festiwal prezentował tak wysoki poziom, jednak jakoś udało mu się przerosnąć najśmielsze oczekiwania. Znakomita (to frazowanie, ta dynamika, to zgranie!), najmłodsza w kraju, Orkiestra Akademii Beethovenowskiej pod batutą fenomenalnego – ściśle współpracującego z Krzysztofem Pendereckim – Macieja Tworka wykonała Sinfoniettęno. 1 per archi i Concerto per flauto ed orchestra da camera (na flecie Łukasz Długosz) Pendereckiego oraz VII Symfonię d-moll, op. 70 Dvořáka. W ramach bisu sam Penderecki zadyrygował swoim poruszającym „Agnus Dei”, które – jak w przypadku bisu Clarimonii Ensemble – wywołało we mnie podobne emocje. Znów byliśmy w kościele i znów wypełniająca go tak piękna muzyka sakralna była idealnym dopełnieniem całości koncertu, a w tym wypadku także zamknięciem całego festiwalu.
A teraz kilka gorzkich słów o wstydzie. Można sobie zadać pytanie czemu ciągle siedzieliśmy w jakimś kościele. Otóż nie z powodu nadmiernej pobożności wszystkich organizatorów, lecz braku sali koncertowej. Tak, choć pewnie ciężko to sobie wyobrazić, Zakopane, splecione już nierozerwalnie z nazwiskami Karłowicza, Szymanowskiego czy Góreckiego od kilkudziesięciu lat nie ma sali koncertowej, od czego gorsze jest właściwie już tylko to, że nie ma też potrzeby stworzenia takiej sali, która byłaby równocześnie ośrodkiem kultury, kształcącym i uwrażliwiającym nowe pokolenia melomanów. Problem jest znacznie poważniejszy niż polityczne przepychanki. Miasto od kiedy sięgnę pamięcią, kto by nie był u jego władzy, nie jest zainteresowane kulturą wysoką. Wybudowanie takiej sali jest już od lat jednym z celów Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza.
W ramach festiwalu codziennie przed koncertem odbywał się „Klub Rozmów na Szczytach”, który bardziej szczegółowo opiszę za chwilę. Przed koncertem finałowym Maestro Penderecki zaszczycił nas, wraz z małżonką, swoją obecnością na takim spotkaniu. Rozmawialiśmy głównie o muzyce, jednak w pewnym momencie został poruszony problem braku sali, co być może zaowocowało tym, że tuż przed wieczornym koncertem w trakcie licznych podziękowań, Krzysztof Penderecki, korzystając z dostępu do mikrofonu, nazwał sprawę po imieniu, stwierdzając:
– Brak sali koncertowej w Zakopanem to wstyd dla miasta.
– Krzysztof Penderecki
Co spotkało się oczywiście z zasłużonymi gromkimi brawami. Brawami, które (na przemian z buczeniem) chwilę później celowo zagłuszały przemówienie zastępcy burmistrza, kiedy już dowiedzieliśmy się z niego m.in., że „miasto wykonuje wiele w celu popularyzacji muzyki, na przykład… transmituje Sylwestra”, a także, że „bardzo potrzebujemy wsparcia Krzysztofa Pendereckiego do budowy takiej sali”. Innymi słowy muzyka ma się u nas dobrze, bo przecież wystąpił tu Sławomir, a zasłużony na świecie, osiemdziesięciopięcioletni kompozytor w ogóle z Zakopanem nie związany ani rodzinnie, ani sentymentalnie jest potrzebny, by komuś na drugim końcu Polski zechciało się zrobić coś ważnego dla tak naprawdę siebie, swoich dzieci i wnuków. Zawsze uważałam, że kompozytorzy są światu potrzebni, ale przecież nie do tego!
Ogromnym paradoksem jest to, że cała ta żenująca sytuacja (przemówień kompletnie nie na miejscu) z pewnością nie powinna zaistnieć w kościele, jednak… nie mamy sali. Z drugiej strony, gdybyśmy ją mieli, przemówienia okazałyby się zbędne.
Tak czy tak, jeśli kiedykolwiek, za którejkolwiek władzy taka sala w Zakopanem wreszcie powstanie, trzeba pamiętać, że w znacznej mierze będzie to przede wszystkim sukces Danuty Sztencel – największej orędowniczki tego pomysłu.
Klub Rozmów na Szczytach
Klub Rozmów na Szczytach, fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]
Jak wspomniałam wyżej, każdego dnia koncertu (czyli z wyjątkiem poniedziałku i wtorku) o godzinie 12.00 w cudownym wnętrzu Willi „Dom pod Jedlami”, niedostępnym niestety na co dzień zwiedzającym, gościł „Klub Rozmów na Szczytach”, czyli spotkania z artystami, którzy tego dnia grali podczas wieczornego koncertu. Wszystkie rozmowy, podobnie zresztą jak koncerty, prowadzone były przez znakomitych dziennikarzy muzycznych, spośród których muszę wyróżnić wspaniałą Agatę Kwiecińską, urzekającą gigantyczną wiedzą, kulturą osobistą, taktem i klasą.
Mieliśmy fantastyczną możliwość poznania osobiście nie tylko wspaniałych instrumentalistów, ale przede wszystkim wrażliwych, bogatych wewnętrznie erudytów, którzy dzielili się z nami cząstką swojego cudownego świata. Wzruszyła mnie np. Sunny Yang, wiolonczelistka Kronos Quartet, mówiąc:
– Zanim zaczęłam mówić, moim pierwszym językiem była muzyka. Dlatego grając, mogę najpełniej wyrażać swoją prawdę.
– Sunny Yang
Czyż to nie piękne? Czy też Jochen Seggelke z Clarimonia Ensemble, który na pytanie, czy kiedy zaczynał swoją przygodę z budowaniem klarnetów historycznych, jego rolą było wykonanie tylko jakiejś części takiego instrumentu (a zaczął tę przygodę z potrzeby serca, niewiele na samym początku o tym fachu wiedząc), odpowiedział z ogromnym, szczerym uśmiechem:
– Nie, na szczęście miałem ten komfort, że od początku do końca robiłem wszystko zupełnie sam.
– Jochen Seggelke
Jubileuszowa edycja „Muzyki na szczytach” z pewnością przejdzie do historii jako wielkie święto muzyki. Mnie przeniosła na chwilę w inny wymiar. Wymiar, w którym brak jazgotu i tej panoszącej się, przyjmowanej już bezwiednie bylejakości. Wymiar, w którym szanuje się słuchacza i zapełnia się mu ciszę tylko tym, co jest tego naprawdę warte.
reżyseria: Peter Strickland,
Nick Fenton gatunek: dokumentalny, muzyczny produkcja: Wielka Brytania
rok powstania: 2014 pełny opis filmu wraz z obsadą
Nigdy nie rozumiałam fenomenu filmów uwieczniających trasy koncertowe. Po pierwsze dlatego, że uczestnictwo w koncercie wydaje mi się przeżyciem wyjątkowym, w którym kluczową rolę odgrywa przekazywana sobie wzajemnie przez nadawcę i odbiorcę energia, co na ogół strasznie trudno jest przekazać jedynie poprzez ekran. Po drugie dlatego, że jestem słuchowcem i efekty wizualne podczas słuchania muzyki mogłyby dla mnie właściwie w ogóle nie istnieć – na ogół mnie irytują i rozpraszają. Na film „Björk: Biophilia Live” trafiłam więc do kina zupełnie przypadkiem – ktoś zrobił mi niezapomniany prezent, kupując bilety i nie zdradzając, co będziemy oglądać. W kinie już będąc, kiedy dowiedziałam się, na co przyszłam, cieszyłam się na ten seans jak dziecko – jak już pisałam wcześniej, „Biophilia” to jedna z ważniejszych płyt w moim życiu. Znając Björk, wiedziałam też, że zarówno sam koncert, jak i jego filmowa rejestracja nie będą typowe czy przewidywalne. Nie myliłam się.
„Björk: Biophilia Live” to wyreżyserowane i opracowane przez Petera Stricklanda i Nicka Fentona nagranie koncertu, który odbył się w Alexandra Palace w Londynie 3 września 2013 roku i był ostatnim w ramach trasy promującej „Biophilię”, rozpoczętej w czerwcu 2011 roku.
Jak już pisałam, mam na ogół pewien problemy ze wszystkim, co rozprasza moją skupioną na muzyce uwagę, jednak po pierwsze „Biophilia”, to coś znacznie więcej niż doskonały muzycznie krążek – to bardzo starannie dopracowany album koncepcyjny, w którym łączą się ze sobą elementy nie tylko foniczne, ale również wizualne (ponoć Björk wpadła na pomysł takiego skonstruowania płyty znacznie wcześniej, jednak musiała poczekać aż dekadę, aż ktoś – akurat firma Apple – zaprojektuje aplikację, której mogłaby użyć w wymyślony przez siebie sposób); a po drugie elementy wizualne nie są tutaj (ani na koncercie, ani w aplikacjach, ani teledyskach), jak to często bywa – zwłaszcza na koncertach muzyki współczesnej – jakąś niezrozumiałą zapchajdziurą, tylko integralną częścią bardzo przemyślanej całości. Wynikają z siebie. Muzyka rzeczywiście dopełnia obraz, obraz dopełnia muzykę. Nie ma przypadku, nie ma elementów nieuzasadnionych logicznie. Nagle to, czy jest się słuchowcem czy wzrokowcem przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, bo gigantyczne przedsięwzięcie, jakim jest„Biophilia”, wymyka się jakimkolwiek normom i chłoniemy je różnymi zmysłami.
Sam koncert (którego nota bene oglądanie na ekranie kinowym robi porażające wrażenie) rozpoczyna Oskasteinn – wprowadzająca narracja wygłoszona przez nieocenionego Davida Attenborough’a przy akompaniamencie islandzkiej pieśni ludowej. Całość ilustrują wyświetlane w tym samym czasie na wielkim ekranie za sceną obrazy związane z myślą przewodnią całości – kontaktem człowieka z przyrodą i Kosmosem. Potem pojawia się na scenie Björk i zaczynają dziać się cuda. „Biophilia” jest opowieścią nie tylko o Wszechświecie jako takim, ale także o tym, że każdy z nas jest idealną jednością, ponieważ w każdym z nas w środku istnieje odrębny wszechświat, w którym wszystkie najbardziej pozornie sprzeczne rzeczy się łączą, przeplatają, stanowią całość i nie mogę bez siebie istnieć (co symbolizuje choćby złożenie ze sobą natury/tradycji i technologii/nowoczesności). To, co mnie najmocniej chyba w tym filmie uderzyło, to odzwierciedlenie tego samą formą koncertu – jego reżyseria i scenografia to majstersztyk. Wszystko się przenika i idealnie do siebie pasuje (od wyglądu sceny w poszczególnych piosenkach po strój i włosy samej Björk). Warto też wspomnieć o zapierającym dech w piersiach (przynajmniej mnie) scenograficznym rozwiązaniu – zawieszeniu w pewnym momencie bardzo nisko, nad samą artystką „chmur” (widoczne w załączonym niżej zwiastunie).
Na koncercie (my – publiczność koncertowa oraz my – widzowie w kinie) mieliśmy okazję podziwiać też niesamowite, zbudowane od podstaw (lub przebudowywane) specjalnie na „Biophilię” instrumenty, o których wspominałam w recenzji płyty (TUTAJ). Ogromne wrażenie zrobił na mnie żeński chór islandzki, zwłaszcza w jednej z moich ulubionych piosenek – Mutual Core (szczerze mówiąc, wzięłam go na płycie za efekt elektroniczny).
Oprócz wszystkich, choć wykonanych w inne trochę kolejności, piosenek z tytułowego albumu, Björk zaśpiewała też kilka swoich starszych piosenek, idealnie wplatając je w klimat koncertu.
Prawdopodobnie jako fanka Björk nie powinnam się do tego przyznawać, ale bardzo pozytywnie zaskoczył mnie sam wokalny poziom wykonawczy tej artystki. Koncerty na żywo rządzą się niestety swoimi prawami (ich zmorą są średni realizatorzy dźwięku i wszelkie problemy z tym później związane) i można znaleźć w sieci sporo nagrań wokalistów ciekawych, którzy jednak śpiewając na żywo, mocno rozczarowują. Tymczasem Björk, której nigdy nie oceniałam przez pryzmat dobrej lub niedobrej wykonawczyni, lecz bardziej artystki totalnej, która nie musi śpiewać fantastycznie warsztatowo, okazała się muzyczną żyletą! Ani razu nie zdarzyło jej się zafałszować czy w jakikolwiek inny sposób zbłądzić. Była od początku do końca wokalnie absolutnie rewelacyjna!
Większość filmu przepłakałam – tak bardzo mnie wzruszyło, jak wielkie artystycznie rzeczy może osiągnąć człowiek. Jestem prawie pewna, że film poruszy nie tylko fanów „Biophilii” czy Björk, ale po prostu wszystkich wrażliwych ludzi o otwartych głowach i kochających piękno.
Komplementy to bardzo delikatny temat. Nie każdy umie je prawić, nie każdy umie je przyjmować. Nieustająco zastanawia mnie dlaczego. Być może jakaś podpowiedź czai się w rozróżnieniu:
to nie komplement – to prawda
– rozróżnienie, w którym być może czai się jakaś podpowiedź
Skoro komplementy w powszechnej opinii prawdą być nie mogą, nic dziwnego, że odnosimy się do nich sceptycznie. Osobiście nie bardzo rozumiem czemu komplementu nie odbieramy jako prawdy – czy winne jest nasze niskie poczucie wartości? Niektórzy ludzie na komplement reagują wręcz agresywnie. I to komplement udany. W dzisiejszym wpisie postaram się przyjrzeć komplementom z bliska, głównie na przykładach z własnego, dosyć specyficznego podwórka.
1. Jak nie przyjmować komplementów
Jedną sytuację opisywałam już bardziej szczegółowo w tekście Skromność kocham i rozumiem, skromności oddać nie umiem – mianowicie tata zawsze we mnie wpajał, że na komplementy mam odpowiadać „wiem”, co do czego nigdy nie byłam przekonana, a dziś już jestem pewna, że się z tym nie zgadzam. Ale postanowiłam kiedyś, z ciekawości, wypróbować formę pośrednią, czyli zero reakcji na komplement. Spotkało się to z natychmiastowym pytaniem twierdzącym:
Rozumiem, że nie dziękujesz, bo wiesz, że tak jest?
– odpowiedź na mój brak reakcji na zaistniały komplement
Kiedy zadowolona, że ominęło mnie powiedzenie tego głośno przytaknęłam, szybko okazało się, że nie do końca tego oczekiwał ode mnie mój rozmówca.
Drugim barwnym przykładem był mój dziadek, lekarz; bardzo schorowany, bo przeżył cztery zawały, dwa wylewy, był w połowie sparaliżowany i w pod koniec życia właściwie uwięziony w czterech ścianach, co na pewno znacząco wpłynęło na jego późniejszą zdolność socjalizowania się. Komplementy więc nie były przez niego jakoś szczególnie wyczekiwane, co dawał wszystkim wyraźnie odczuć.
– Znakomicie wyglądasz! – powiedział kiedyś, zgodnie zresztą z prawdą, jego znajomy.
– Nie jestem chory na twarz – odrzekł rzeczowo dziadek.
– krótka piłka (lekarska) mojego dziadka
Kobiety w większości cierpią też na zaprzeczanie. Kiedy usłyszymy, że ładnie wyglądamy, a my (tak, mnie samej nie wyłączając) na przykład nie czujemy się tego dnia atrakcyjne, to zamiast się ucieszyć, że ktoś w nas dostrzegł piękno, mimo że nie umalowałyśmy się, nie ułożyły się nam włosy, wyskoczył nam pryszcz, czy mamy opuchnięte powieki, bo zatrzymała się nam w organizmie woda, to… nagle zaczynamy wyliczać, co dokładnie w naszym wyglądzie nie gra. Próbujemy przekonać osobę komplementującą, że jest w błędzie. Innymi słowy odbieramy prawo drugiej osobie do widzenia nas pięknymi, nawet jeśli same nie wydajemy się sobie piękne. To strasznie smutne…
2. Jak nie komplementować kobiet, będąc kobietą
W kobietach drzemią duże pokłady złośliwości i ich komplementy często nie są szczere (co być może tłumaczy, dlaczego właśnie mężczyźni na ogół podkreślają, że to nie komplement, to prawda). Jednak jeśli już prawdą są, to też bywają czasami, delikatnie mówiąc, niefortunne. Klasyką jest już:
Pięknie wyglądasz! Zupełnie cię nie poznałam!
– klasyka gatunku
Bywają jednak i te bardziej oryginalne. Jednym z moich ulubionych nieudanych komplementów był ten wypowiedziany przez pewną znajomą podczas przerwy któregoś z warszawsko-jesiennych koncertów:
Wyglądasz zupełnie jak twój tata. Miał wtedy taką brodę…
I żeby nie było – że jestem podobna do taty, to bardzo spoko. Jednak broda (a zwłaszcza taka broda) nie jest dla mnie jakimś powalającym atrybutem kobiecości (męskości zresztą również). Po jakimś czasie z tą samą znajomą i jej koleżanką w przerwie innego koncertu odbyłam bardzo interesujący dialog, który rozpoczął się dobrze, bo pod przykrywką komplementu, a potem zabrnął w coś, co najlepiej oddaje angielskie słowo awkward.
– Och, jak ładnie wyglądasz, no pięknie! – Znajoma nr 1.
– To bardzo miłe, dziękuję serdecznie – ja.
– No ja z nią nie mogę, a ona ciągle dziękuje! – uśmiecham się, bo biorę to za żart, a ona, poirytowana – Tak jak te Angielki, że co się im nie powie, to one to głupie thank you, thank you.
– Bo Marianna ciągle zmienia te włosy. Teraz w ogóle modne jest takie farbowanie się na siwo – Znajoma nr 2.
– Tylko, że ja mam akurat naturalny kolor – ja, spokojnie.
– No wiedziałam, że się zdenerwujesz! – Znajoma nr 2.
– A w ogóle jest ktoś w twoim życiu? – Znajoma nr 1.
– Cała masa ludzi. Niestety – ja.
– No nie, bo był ktoś – Znajoma nr 2.
– Och, nie jeden! – ja.
– No ale jest gdzieś tam ktoś? – Znajoma nr 2.
– Ktoś tam gdzieś jest na pewno. Bo zakładam, że już się urodził – ja.
– Ale jak to, „urodził”? – Znajoma nr 1.
– Bo Marianna udaje, że nie rozumie o co ją pytamy – Znajoma nr 2.
– A w telewizji była taka śmieszna reklama o zajączku, a mama mówiła, że byłaś w Grecji. To wzięłaś tam swojego… zajączka? – Znajoma nr 1.
– Jeśli pyta pani o mojego królika, to został w Warszawie z babcią, czyli moją mamą – ja.
– BABCIĄ? URODZIŁAŚ? – obie znajome.
– Niestety nie, mój królik jest adoptowany, ale od maleńkości.
– tak się na ogół kończą próby podjęcia ze mną tzw. small talku – nie polecam
3. Jak nie komplementować kobiet, będąc mężczyzną
Męskie komplementy – o ile nie są prawione babci czy mamie (choć też… różnie bywa – kroniki kryminalne znają i takie przypadki) – na ogół mają pewien podtekst. Mężczyzna próbuje się nimi wkraść w łaski komplementowanej kobiety, zapaść w pamięć, wywołać uśmiech na jej obliczu, roztopić ewentualny lód jej serca. Jedną z najgorszych rzeczy, jakie można zrobić, komplementując mnie, to mówić to, co komuś się wydaje, że chciałabym usłyszeć. Nie ma fizycznej możliwości, by szybko rozgryźć, co sprawi mi przyjemność, więc nie warto sobie zadawać nawet trudu. Cenię komplementy szczere (nawet, jeśli sama ich nie podzielam), a od nieudolnych już wolę te banalne (nie każdy, mimo starań, potrafi być oryginalny). Kiedyś po rozstaniu z chłopakiem, jego przyjaciel pocieszał mnie, mówiąc:
jesteś naprawdę bardzo atrakcyjną kobietą. Przed powalczeniem o ciebie powstrzymuje mnie jedynie to, że mam swoje zasady – nie wiążę się z byłymi dziewczynami swoich przyjaciół. Jesteś prawie idealna. No, masz tylko trochę za duży nos.
– komplement popełniony przez przyjaciela mojego byłego partnera
Bardzo odważne słowa jak na człowieka, u którego stężenie czosnku w wydychanym powietrzu przekraczało wszelkie, nawet najbardziej liberalne, normy (choć jednak tłumaczy, co dokładnie miał do mojego nosa) i którego wolałabym nie dotykać nawet, gdyby od tego zależała przyszłość naszego gatunku. Pomijam już, że zasady bazujące na jakiejś źle pojętej lojalności to dla mnie odmienna galaktyka. To doświadczenie nauczyło mnie, by zerwanie kontaktów z jedną toksyczną osobą poszerzyć o jej najbliższe otoczenie.
Innym rodzajem męskich komplementów są te, odnoszące się do wnętrza kobiety, wypowiadane zanim zamieni się z nią więcej, niż kilka zdawkowych słów. Nawet, jeśli trafią w sedno, trudno – zwłaszcza kobietą będąc – nie nabrać podejrzeń co do ich szczerości. Ja od takiego właśnie pana, do którego wypowiedziałam jedynie: „mhm”, wysłuchując jego długich tyrad, nie bardzo wiem o czym, usłyszałam:
z głębokich, uduchowionych ludzi została jeszcze tylko pani, ja i… – tutaj dłuższa pauza – … jeszcze może z dziesięciu w Zakopanem
– tak zostałam jedną z (może) dwunastu
Specyficzny chyba-komplement usłyszałam też od pana z gazowni, do którego się wybrałam z moją – jednopalnikową zresztą – butlą z ulatniającym się bokiem gazem. Chodziło, jak się okazało, o zużytą uszczelkę.
– Pani jest mężatką czy jeszcze nie?
– Jeszcze nie.
– To szkoda, żeby taka dziewczyna wyleciała w powietrze.
– wybuchowy komplement pana z gazowni
Powszechnie wiadomo przecież, że mężatki mogą wylatywać w powietrze do woli, ale wolnych, faktycznie, trochę szkoda. Spośród wszystkich nieudanych komplementów, jakie usłyszałam w życiu, mam jednak dwa zdecydowanie ulubione – oba autorstwa mojego przyjaciela, który nigdy nie to chciał powiedzieć.
Podczas sylwestra, oglądając Natalię Nykiel w telewizorze, ja:
– Kurczę, wszystkie te piosenkarki takie fit, chudziutkie, zgrabniutkie, czemu ja taka nie jestem?
– Przestań, przecież widziałaś Marylę Rodowicz!
oraz
Podczas jakiegoś paskudnego przeziębienia smarkając, kaszląc i naprawdę zupełnie ledwo mówiąc, głośno się zastanawiałam:
– Cierpię okrutnie… Myślisz, że na to się umiera?
– Tak, bo co chwila się słyszy, że ktoś umarł na przeziębienie!
– No, żeby niedaleko szukać, Prince na przykład zszedł na powikłania pogrypowe.
– Ale on był chudy! … tzn… ej no, nie to chciałem powiedzieć…
P.S. A na deser pewien utwór muzyczny na temat – naprawdę warto wysłuchać (i obejrzeć) do końca 😉
Praca nad moim ostatnim wpisem – recenzją książki „Odkryj w sobie psychopatę i osiągnij sukces” Kevina Duttona i Andy’ego McNaba– uświadomiła mi, że co prawda o sukcesie jako takim niewiele wiem, mam natomiast całkiem imponujące doświadczenie w nieosiąganiu go. Pomyślałam więc, że gdyby ktoś chciał przypadkiem pójść w moje ślady, warto przygotować dla niego krótki przewodnik.
1. Bądź sobą
To dosyć, przyznam, zaskakujące, ponieważ wszędzie słyszy się, że powinno się być sobą (jakby tak znowuż łatwo było sobą nie być) i że to w czymkolwiek pomoże, tymczasem ja właśnie w byciu sobą dopatruję się największego źródła swojego braku sukcesu. W kulturalny i grzeczny sposób, jednak zawsze mówię to, co myślę. Zauważyłam, że to rzadko kiedy podoba się pracodawcom. A tak naprawdę rzadko kiedy podoba się komukolwiek. U mnie nie wynika z potrzeby zwrócenia na siebie uwagi czy wyłamania się, tylko z bardzo głęboko we mnie zakorzenionego poczucia sprawiedliwości i wewnętrznej niezgody na to, co w moim odczuciu jest wobec kogokolwiek krzywdzące.
Zauważyłam też – z pewnym rozbawieniem – że moją coraz bardziej wyćwiczoną asertywność (zawsze mogłoby być lepiej, ale jestem już na dobrej drodze do wypowiadania słowa nie w sposób uprzejmy i pozbawiony zbędnych wyrzutów sumienia) najgorzej znoszą te same osoby, które najmocniej mnie zawsze namawiały do tego, by przestać przepraszać, że żyję. Kiedy przestałam, poczuły się urażone, co znacznie też obniżyło moje szanse na sukces w tych kontaktach. Z drugiej strony… ludzie przychodzą i odchodzą, a ze sobą musimy się męczyć od początku do końca, więc myślę, że uczynienie relacji z samym sobą najlepszą pod słońcem jest warte każdej ceny.
2. Nagraj płytę lub napisz książkę, której nikt nie będzie chciał wydać
O swoim przewodniku po greckiej wyspie Thassosjuż wielokrotnie wspominałam, więc nie będę się powtarzać. Wydawać by się mogło, że napisanie przewodnika po coraz bardziej uczęszczanej przez Polaków wyspie, o której nie powstała jeszcze żadna książka, to gotowy przepis na sukces. Nic bardziej mylnego. Wydawnictwa podróżnicze nie były tym tematem zainteresowane, a mnie ten stan rzeczy zaczął odpowiadać, bo oznaczał brak konieczności zmuszenia się do czegoś, czego szczerze nie znoszę – kompromisu. Napisałam książeczkę tak jak chciałam, wydałam ją jak chciałam, mając wpływ na każdy najmniejszy szczegół, no i udało mi się z nią trafić do jakiejś grupy odbiorców. Kiedy niektórzy z nich pisali do mnie, że są za nią wdzięczni, że z nią odkryli tę cudowną wyspę i że im towarzyszyła przez całe wakacje, była to dla mnie najcudowniejsza nagroda. Osobiście uznaję to za swój prywatny sukces, choć nie przełożył się on do tej pory na sukces komercyjny (no, może taki, że wyszłam z długów).
Działalnością, która natomiast pochłonęła bezpowrotnie takie kwoty, że mogłoby się okazać, że gdyby nie ona, to byłoby mnie stać na samochód (choć zawsze myślałam, że nie), jest wydawanie płyt. Choć jestem samowystarczalna – śpiewam, gram na fortepianie, sama nagrywam inspirujące mnie dźwięki, których używam w akompaniamencie, piszę piosenki (zarówno teksty jak i linie melodyczne oraz aranżacje) – jednak pozostaje kwestia wynajęcia studia oraz realizatora dźwięku, co nie jest tanią zabawą. Zawsze się jednak okazywało, że jeśli czegoś się bardzo chce (a płyty powstawały u mnie zawsze z głębokiej artystycznej potrzeby i silnego przekonania, że powstać muszą), to pieniądze jakoś się znajdują. Przy pracy nad ostatnią płytą dostałam za darmo studio od dyrektora Teatru Polskiego Radia – osoby, która dużo zawdzięczała mojemu tacie i która bardzo chciała mi pomóc. Był to piękny gest i być może tylko dzięki niemu udało mi się tę płytę nagrać. Dyrektor co prawda podjął jedną nieśmiałą próbę wpłynięcia na mój repertuar, ale szybko zrozumiał, że nie bardzo się do takich rozmów nadaję. Płyt jednak, w przeciwieństwie do książki, nie sprzedaję, bo mam silne przekonanie, że mało komu się spodobają (powoli dojrzewam do upublicznienia kilku na tym blogu, ale bardziej w ramach dowodu, że mam w swoich podejrzeniach rację). Czuję też, że w sztuce, którą sama cenię, nie o podobanie się chodzi, a prywatnie swoje płyty lubię. Przynajmniej kilka z nich.
Kiedy byłam młodsza, ludzie pytali mnie, czemu się nie wybiorę do jakiegoś talent show, by pokazać jak śpiewam i odnieść sukces. Głównie dlatego, że nie uważam, że siła mojej muzyki tkwi akurat w moim śpiewie – samo śpiewanie nie interesuje i nie porywa mnie na tyle, by się mu w całości oddać. Porywa mnie tworzenie całości – od początku do końca. Więc i stwarzanie piosenek, ale przede wszystkim stwarzanie większej formy, jaką jest płyta. Nie bardzo też pociąga mnie scena. Przez pewien czas miałam zespół, z którym nawet trochę koncertowałam, ale wykonywanie ileś razy tej samej linii melodycznej mnie zwyczajnie nudziło. Co innego, jeśli chodzi o moje występy z chórem gospel – śpiewałam w altach, więc zawsze byłam w samym środku niesamowitych harmonii i to rzeczywiście dawało mi przez jakiś czas radość. Jednak jestem zdecydowanie zwierzęciem studyjnym.
Teraz zresztą pracuję (długo już bardzo i z przerwami) nad najnowszą płytą, którą sama też realizuję w swojej własnej szafie. Mogłoby się wydawać, że praca z realizatorem dźwięku w studiu to sytuacja niemal intymna, jednak odczuwam gigantyczną różnicę między tamtą pracą a tą. Owszem, miałam wcześniej fenomenalnego reżysera dźwięku i doskonałe studio, a teraz mam fatalnego i masę swoich ubrań w tle (to akurat nie jest aż takie złe), jednak ta bezgraniczna wolność, jaką czuję, która pozwala mi robić absolutnie wszystko, bez żadnych ograniczeń, jest cudowna i uzależniająca! No, może oprócz tych technicznych ograniczeń – realizuję dźwięk, nie mając o tym najmniejszego pojęcia, ale to też bywa intrygujące, bo prowadzi mnie nie wiedza, lecz ciekawość.
3. Nie przesadzaj z ambicjami
Jestem absolutnie przekonana, że ambicje są przereklamowane i sama nigdy się nie uważałam za osobę przesadnie ambitną. Owszem, jeśli się czegoś podejmuję, mam potrzebę wywiązania się z tego najlepiej i najrzetelniej, ale nie wiązałabym tego z ambicją, a bardziej poczuciem przyzwoitości, odpowiedzialności, a także świadomością, że skoro się już za coś biorę i i tak muszę temu poświęcić energię, to lepiej poświęcić tę energię na zrobienie czegoś dobrze, niż na zrobienie czegoś średnio. To drugie rozwiązanie wydaje mi się po prostu głupie, a ja swoją energię bardzo szanuję.
4. Miej czas dla siebie
Może się zdarzyć – zwłaszcza, kiedy mam dużo pracy – że nie znajdę czasu dla czegoś lub kogoś, natomiast nie wyobrażam sobie być zbyt zajętą, by nie znaleźć czasu dla siebie. Nie mam oczywiście na myśli całodniowego pobytu w spa, lub jakichś niesłychanie czasochłonnych zabiegów mających na celu poprawienie mojego samopoczucia – mam na myśli wygospodarowanie choćby kilku minut na rozmowę ze sobą. Na zastanowienie się, czy to, co robię ma sens, kim tak naprawdę jestem, czy moje postępowanie odzwierciedla to, kim jestem, czy może właśnie nie. Taka refleksja wymaga wyciszenia i myślę, że brak czasu na wyciszenie jest katastrofą, niezwykle mocno wpływającą na nasze życie, choć często przekładającą się na materialny sukces.
5. Brak sukcesu z wyboru
Dorabianie do stanu rzeczy, który jest powszechnie uważany za mało atrakcyjny – jak np. bycie samemu – filozofii, że miało się na to jakikolwiek wpływ, że ów stan rzeczy jest z wyboru, nieustannie mnie śmieszy. Przecież świadomość, że nie chcemy się związać z pierwszym lepszym popaprańcem, którego nam podsunie życie, nie oznacza automatycznie, że chcemy być sami. Większość rozsądnych ludzi w dzisiejszych czasach woli być sama niż z kimś nieodpowiednim, ale nie oznacza to wyboru bycia samemu. No i podobnie jest z (moim) brakiem sukcesu. Nie twierdzę, że celowo wybieram alternatywną drogę kariery, która nie jest usłana sukcesami. Twierdzę, że jest jak jest, a to jak jest, całkiem lubię, bo czuję, że w moim życiu dominuje wolność, którą uważam za najważniejszą na świecie wartość, cenniejszą nawet od życia. Wyznawaną przeze mnie filozofię zresztą doskonale ujmuje jeden z moich absolutnie ulubionych cytatów filmowych (dotyczył sporu o eutanazję):
– Co to za wolność, która odbiera życie?
– Co to za życie, które odbiera wolność?
P.S. A na deser, by osłodzić wszystkim ewentualny brak sukcesu, dołączam piosenkę z cudownej płyty Stanisława Sojki „W hołdzie mistrzowi”, zawierającej piękne aranżacje piosenek Czesława Niemena. Pewnie nikogo nie zdziwi, że zdecydowanie nie jest to mój ulubiony utwór z tego albumu.
tłumaczenie: Jan Wąsiński wydawnictwo: Muza
rok wydania: 2016 oryginalny tytuł: The Good Psychopath’s Guide to Success
Czy psychopatą jest tylko ten, kto więzi w piwnicy bezbronne osoby, morduje z zimną krwią, gwałci, kopuluje ze zwłokami lub (i) je zjada? Oczywiście taki człowiek bez wątpienia jest psychopatą (psychiatrzy są akurat wobec tej tezy podzieleni, ale ja mocno w nią wierzę), jednak czy każdy psychopata zachowuje się tylko wg wyżej opisanych wzorców? Otóż nie. Stadia i przede wszystkim rodzaje psychopatii są różne i nie każdy psychopata musi posunąć się do złamania prawa (ani w ogóle nawet posiadać taką potrzebę), by nim jednak być.
Kevin Dutton, brytyjski pisarz i doktor nauk psychologicznych specjalizujący się w problematyce psychopatii, podczas jednego ze swoich projektów badawczych poznał Andy’ego McNaba – pisarza i byłego żołnierza sił specjalnych, uznawanego za legendę brytyjskich komandosów z SAS. McNab swoją osobowością idealnie potwierdzał tezę Duttona o istnieniu tzw. dobrych psychopatów, czyli ludzi, którzy co prawda są wyposażeni w ponadprzeciętną bezwzględność, odwagę i stanowczość, a których empatia jest niższa niż u innych, ale którzy jednak potrafią po pierwsze kontrolować natężenie tych cech, a po drugie nie są zdolni (ani chętni) do popełniania zbrodni. Bywają, owszem, np. patologicznymi kłamcami, jednak nie charakteryzuje ich żądza krwi czy pragnienie zrobienia komuś fizycznej krzywdy.
Nie sposób od razu nie zauważyć, że akurat komandosowi wyżej wymienione cechy życie ułatwiają, a nie utrudniają. (No, przynajmniej życie zawodowe.) I to też jest myślą przewodnią książki – Dutton, próbuje dowieść (za pomocą licznych eksperymentów przeprowadzanych na McNabie oraz poprzez publikowane rozmowy z nim), że umiejętność kontrolowania natężenia niektórych cech psychopatycznych (w którą źli psychopaci nie są niestety wyposażeni) może być kluczem do sukcesu zarówno w niektórych zawodach, jak i życiu codziennym. Twierdzi też, że każdy jest w stanie to w sobie wypracować, nawet jeśli psychopatą (choćby tym dobrym) nie jest, wymaga to jedynie odpowiedniego trenowania mózgu.
W książce w sposób bardzo lekki, zabawny i dowcipny obaj panowie opisują mechanizmy, które zachodzą w naszych głowach, porównując cechy osobowości (niektóre wyćwiczone) do konsoli z pokrętłami, które to my odkręcamy i zakręcamy wedle naszej własnej woli.
Wydaje mi się, że podczas lektury udało mi się odkryć w sobie psychopatę. Ciągle jeszcze natomiast pracuję nad osiągnięciem sukcesu…
Dla mnie każde wyzwanie jest mniej więcej takie samo. Zza militarnych linii przeciwnika przeniosłem się na front filmowy, a z planów bitewnych przestawiłem na biznesplany, niespecjalnie się nawet nad tym zastanawiając. Być może właśnie dlatego przychodzi mi wszystko tak łatwo: po prostu nie myślę o tym. Tak czy siak, nigdy nie miałem problemu z jakimiś problemami! Sądzę nawet, że to one boją się mnie. A opowiadam wam teraz o tym, ponieważ znam pewien powód mojego sukcesu. Mówiąc wprost: główny powód. Otóż wszystko zawdzięczam temu, że jestem psychopatą. Tylko spokojnie…! Dobrym psychopatą.
– Andy McNab „Odkryj w sobie psychopatę i osiągnij sukces”
Ponieważ zamieszczone na tym blogu kilka miesięcy temu wpisy: Najbardziej irytujące błędy językowe i Najbardziej irytujące błędy językowe 2 spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem i dużym zainteresowaniem, a także otrzymałam kilka próśb o kontynuację tego tematu, postanowiłam potraktować to jako cykl i od czasu do czasu wrzucać kolejną irytującą piątkę błędów językowych, bo pierwotne założenie, że drażni mnie tylko pięć, było zdecydowanym niedoszacowaniem. (Tradycyjnie w tytułach podaję formy poprawne.)
1. Pierwszy stycznia
Niestety sporo użytkowników naszego języka ma ogromny problem z poprawnym wyartykułowaniem, który mamy dzień miesiąca, choć już w słowach „dzień miesiąca” (nie zaś „dzień miesiąc”) czai się podpowiedź.
pierwszy stycznia – pierwszy styczeń
W sformułowaniu pierwszy styczeń, pierwszy odnosi się tylko i wyłącznie do tego, o którym z kolei styczniu mówimy, nie zaś o którym jego dniu. Poprawne będą więc oba te zdania:
To pierwszy styczeń w moim życiu, który spędzam pod palmami.
Dziś pierwszy stycznia, a ja się wygrzewam pod palmami!
Warto też pamiętać, że zdecydowanie rzadziej liczymy miesiące niż ich dni.
2. Kilka deka
Najprostszym sposobem na podniesienie sobie ciągle zbyt niskiego ciśnienia, jest dla mnie udanie się w sklepie spożywczym na stoisko z nabiałem lub wędlinami i posłuchanie, jak ludzie proszą o dowolną liczbę dekagramów jakiegokolwiek produktu.
pięć deka – pięć deko
Słowo deka to nieodmienny rzeczownik w rodzaju nijakim. Prawdopodobnie z uporem wstawiane na końcu -o bierze się z pewnego podobieństwa do słowa kilo, również oznaczającego jednostkę masy. Jednak jeśli użyjemy pełnego wyrazu, szybko zauważymy skąd w słowie kilo bierze się na końcu -o i dlaczego słowo deka zakończone jest samogłoską -a:
kilogramy dekagramy
Poprawny więc będzie następujący dialog:
– Poproszę czterdzieści deka sera w kawałku.
– Oj, oj, pięć kilo mi się ukroiło – może być?
Jeśli mamy ciągle problem z poprawną formą słowa deka, zawsze możemy je zastąpić słowem dekagram.
3. Pomarańcza
Wstrętny i odrażający twór, jakim jest pomarańcz, figurujący w karcie dań w jeszcze ciągle niestety wielu restauracjach, mający w założeniu określić owoc, który jest składnikiem sałatki lub z którego dostaniemy sok, to coś, co mi natychmiast odbiera apetyt. Co prawda od czasu, kiedy się zatrułam wódką z sokiem pomarańczowym, kompletnie odstawiłam ten sok (wódka by mi tego nigdy nie zrobiła!), jednak i tak niesmak po lekturze menu pozostaje.
pomarańcza – pomarańcz
Warto równocześnie pamiętać, że formę żeńską – pomarańcza – ma owoc i drzewo, które ten owoc daje, jednak pomarańczem nazwiemy kolor tegoż.
Poprawne będą więc zdania:
Pomarańcz jej bluzki sprawiał, że wyglądała jak fragment drogowego pachołka.
Pomarańcza jest moim ulubionym cytrusem.
W tym miejscu gorąco apeluję do osób odpowiedzialnych za tworzenie kart menu – dbajcie o poprawność językową!
4. Półtorej kromki, półtora chleba
Kolejnym trudnym słowem jest liczebnik półtora w swojej żeńskiej i męskiej formie. Z jakiegoś powodu część z nas zapomina o rodzajach w języku polskim i sadzi jak leci wszędzie albo półtorej, albo półtora, nie zważając, o czym tak naprawdę mówi i której formy domaga się to, czego jest półtora. A zasada jest prosta – panie na prawo, panowie na lewo. Jeśli mówimy o czymś, co ma rodzaj żeński (jak kromka, szklanka), to jest jejpółtorej, jeśli zaś o czymś, co ma rodzaj męski (jak chleb, baniak), to jest go półtora.
półtorej kromki – półtora kromki
półtora chleba – półtorej chleba
Poprawne więc będą zdania:
Te siedzenia w autobusach miejskich tuż za kierowcą są na półtorejosoby!
– Więc macie dwa samochody?
– No, ten nowy to smart, więc można powiedzieć, że mamy półtora samochodu.
5. Witam
Ze słowem witam jest trochę mniej jednoznacznie, ponieważ błędem nie jest oczywiście ono samo; raczej użycie go w niewłaściwym kontekście to pewna niestosowność, która irytuje mnie wielce. Niestety zdecydowana większość naszych rodaków, co stwierdzam nie bez smutku, jest kompletnie pozbawiona wrażliwości i świadomości językowej. Wracając jednak do witania,
wita gospodarz, a nie gość!
Zarówno w kontaktach osobistych, jak i wirtualnych. Na przykład na tym blogu to ja jestem gospodarzem. Mogłabym więc w tekście wprowadzającym użyć sformułowania witam (nie robię tego, bo mam alergię na to słowo, ale mogłabym i byłoby to poprawne). Jednak jeśli ktoś wyśle do mnie wiadomość zaczynającą się od witam, istnieje szansa granicząca z pewnością, że na nią nie odpowiem i odbiorę to jako zachowanie nieeleganckie. Co prawda wiem, że rzadko wynika ze złej woli, a częściej z niewiedzy, jednak to ciągle marne usprawiedliwienie.
Spotkałam się kiedyś z ogromnym zdziwieniem,
jak w takim razie rozpoczynać maile i listy?!
– ogromne zdziwienie, z jakim się spotkałam
Choć chyba zdziwienie było jeszcze większe, kiedy na to pytanie odpowiedziałam. Sama zawsze zaczynam oficjalne maile i listy słowami:
Szanowna Pani/Szanowny Panie/Szanowni Państwo
– nagłówki maili i listów oficjalnych
Kiedy natomiast koresponduję z kimś (np. w pracy) dosyć często i korespondencja przestaje być bardzo oficjalna, jednak ciągle osoba, do której piszę nie jest mi bliska (droga czy kochana), zaczynam od zwykłego dzień dobry, a następne wiadomości tego dnia pozbawiam nagłówków, odwołując się bezpośrednio do treści maila, na który odpowiadam (np. dziękując).
Więcej na ten temat przeczytamy w Poradni Języka Polskiego PWN.
P.S. A na deser dołączam kolejny cudowny obrazek Marka Raczkowskiego – co prawda nie jest bezpośrednio związany z żadnym z omawianych tu błędów językowych, jednak jakoś mi się skojarzył ze wspomnianym brakiem językowej wrażliwości u większości społeczeństwa 😉
[Poniższy tekst jest fragmentem mojej pracy magisterskiej pod tytułem: „Co Dróżdż mógł mieć na myśli, czyli o odrębnej rzeczywistości tekstu w twórczości Stanisława Dróżdża…”. Bardzo chciałam na swoim blogu przybliżyć sylwetkę tego niesamowitego, wciąż nie dość znanego artysty oraz jego poruszające prace.]
„Samotność” Dróżdża w nieprawdopodobnie prosty sposób przedstawia złożony problem. Na czarnym tle widzimy wycinek nieskończonej ilości białych jedynek (zapisanych jako liczby – „1”). Ujął mnie sposób powiedzenia po raz kolejny tej samej (jakże prawdziwej, ale też jakże banalnej) tezy będącej paradoksem: że człowiek potrafi się czuć najbardziej samotny, będąc w tłumie. Zabawne jednak, że kiedy o tym mówimy, mówimy z pozycji tej jednej samotnej w tłumie osoby. Raczej nie rozmawiamy o samotności, rozmawiamy o samotnym.
Dróżdż narzuca nam nową perspektywę (już nazwa obrazu sugeruje obiektywizm w ujęciu problemu – nie „samotny”, lecz „samotność”). Proponuje oderwanie się od pojedynczej samotnej jednostki i spojrzenie na nią i na tłum. Tłum, w którym nagle zaczynamy dostrzegać drugą i trzecią i dziesiątą i dwudziestą ósmą taką samą samotną jednostkę. Czym więc jest tłum? Szarą, bezpłciową, bezuczuciową masą, w której nikną wrażliwsze, samotne dusze, czy może sytuacją, w której zaczynamy stawać się tacy sami? Tak samo samotni.
Ciekawe jest też „1” w roli samotnej/ego. Kiedy czujemy się na świecie sami, ta jedynka przytłacza swoim brakiem pary. Trójka może przytłoczyć z innego powodu, ale tylko jedynka może naprawdę zmiażdżyć.
Tytuł „Samotność” pozornie wyklucza taką drogę interpretacyjną, ale patrząc na ten obraz, widzę także przypomnienie o tym, że sami o sobie stanowimy, jesteśmy odrębni. W każdej relacji, w każdym zetknięciu z drugim człowiekiem – odpowiedzialność za siebie bierzemy my sami. Co się z tym poniekąd wiąże, nasza odrębność sprawia też, że pewne nasze myśli nigdy nie będą zrozumiałe dla kogoś spoza naszej głowy. To także może potęgować nasze poczucie samotności.
Temat bardzo trudny, bardzo ważny. Z samotnością tak trudno się przecież rozstać. Bez niej ciężko budować muzyczne przestrzenie (jeśli jest się muzykiem). Ona nie jest jednoznaczna. W ogóle słowo „samotność” samo w sobie nie jest nacechowane negatywnie. Jednak nadajemy mu takie znaczenie – łączymy je przeważnie z tonem współczucia.
Żyjemy w czasach, w których powszechnym staje się zjawisko singli. Osobliwe jest to, że zapożyczamy z angielskiego słowo „single”, żeby znaczenia polskich „samego”, „niezamężnej/nieżonatego” czy też „samotnego” były, jeśli nie nacechowane pozytywnie, to w najgorszym wypadku neutralne. Tak bardzo boimy się głębi, jaką niesie ze sobą słowo „samotność”? Czy naprawdę musimy je spłaszczyć, ograniczając jego zasób znaczeniowy jedynie do relacji uczuciowych, a raczej ich braku?
Dosyć dziwne wydaje mi się często i z dumą wypowiadane przez singli zdanie: „jestem sam, ale nie jestem samotny”. Pominę zjawisko naciągnięcia rzeczywistości sformułowaniem sam z wyboru. Fakt bycia samemu czasem rzeczywiście może – choć nie musi – być smutny lub wstydliwy, ale do tego świadoma rezygnacja z własnej, naturalnej dla każdego, samotności wydaje mi się masochizmem.
Można na obraz spojrzeć jeszcze inaczej i spytać:
[…] co oznacza plansza wypełniona jedynkami (Samotność)? Pojedynczość każdego istnienia, ale i to, że kiedy wypowiadam się jako ja, wypowiadam się zawsze w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Ludzie są jednostkami, ale plansza Dróżdża jest szczelnie wypełniona jedynkami. Czy jest to znak siły jednostek czy ich słabości? A może obraz siły bezsilnych, którzy trwają w swoich jednostkowych przekonaniach odporni na zbiorowe mity, na wszystkie odmiany liczby mnogiej, choćby nawet miała to być jej pierwsza osoba, czyli my?
– Grzegorz Dziamski, „Stanisława Dróżdża gry z językiem” z katalogu „Stanisław Dróżdż. Początekoniec”… op. cit.
Czy obraz Dróżdża przygnębia? W moim odczuciu jest, jak wszystkie jego dzieła, pewną propozycją zobaczenia problemu – propozycją odartą z niepotrzebnych emocji, patetyczności, grozy lub komizmu. Propozycją, która przyjmuje różne punkty widzenia. (A jako naród, którego nie uczono nigdy rzetelnej, spokojnej dyskusji na racjonalne argumenty, bardzo potrzebujemy takie dyskusje obserwować – muzeum jest także dobrym na to miejscem.)
Samotność pomaga się nam określić – i poza związkiem i w nim. W związku może nawet tym bardziej. To nasza prywatna przestrzeń, która przypomina nam o tym, kim jesteśmy, co jest ważne. Pomaga nam się także oczyścić. Jak śpiewała Krystyna Prońko:
Z samotności
tej największej ,
z której przyszedł człowiek,
wymyślono ogień,
koło oraz kości do gry.
Z samotności tej,
z której nikt nas dotąd
nie uzdrowił.[…]
– Andrzej Mogielnicki „Z samotności”
(Kości do gry też w przypadku Dróżdża nie są tutaj bez znaczenia…)
Tę złożoność samotności Dróżdż cudownie ujmuje, pisząc biało na czarnym. Używając jedynie tych dwóch kolorów w swoich pracach daje nam znać o tym, że będzie konkretnie, że będzie czysto i skromnie. Jednak umieszczenie czegoś czarno na białym nawet w języku funkcjonuje jako bardzo jasne i przejrzyste sformułowanie myśli. Z czarnym na białym raczej się nie dyskutuje. Czarne na białym przyjmuje się przeważnie do wiadomości. Mam wrażenie, że obrazy Dróżdża na białym tle stanowią bardziej opis świata, który jest. Jednak w kilku dziełach, gdzie wykłada nam biało na czarnym, artysta dotyka spraw jeszcze mniej jednoznacznych niż świat, który jest…