Czy bycie połową jest jednostką chorobową?

fot. Valantis Nikoloudis

Od najmłodszych moich lat tata zawsze powtarzał mi słowa, których – choć były proste – udało mi się nie zrozumieć przez przeszło ćwierć wieku. Mianowicie mówił, że:

żeby być w pełni szczęśliwym z kimkolwiek,
trzeba być najpierw w pełni szczęśliwym ze sobą samym.

– słowa, które powtarzał mi tata od najmłodszych moich lat

Przytakiwałam, byłam dumna, że mam takiego mądrego ojca, nawet wielokrotnie cytowałam tę wypowiedź, a potem wchodziłam w relacje (każdego typu – od miłosnych po przyjacielskie), w których swoje szczęście zostawiałam na wycieraczce przed drzwiami, a my kompletnie zastępowało moje ja. Aż nagle wreszcie coś zaskoczyło i w pełni pojęłam prawdziwą mądrość i głębię słów taty. Nie chodzi przecież o to, żeby nie odczuwać szczęścia podczas obcowania z bliską nam osobą tylko o to, żeby swojego szczęścia (czyli elementu, który powinien być w nas wmontowany na stałe i który jest nam potrzebny do prawidłowego funkcjonowania) nie szukać poza sobą, bo:

a) nie może go tam być (a jeśli tak to czujemy, to znaczy, że mamy zaburzony ogląd sytuacji)

b) oczekując od kogokolwiek, że da nam coś, co dać sobie możemy tylko my sami, wywieramy na nim ogromną presję, a nasze oczekiwania są z góry skazane na niepowodzenie; nie dlatego, że ktoś nie umie im sprostać, tylko dlatego, że najnormalniej w świecie nie jest w stanie.

Cała koncepcja szukania szczęścia wewnątrz, a nie na zewnątrz siebie polega na założeniu, że szczęście z natury rzeczy jest w każdym z nas, tylko czasami tracimy z nim po prostu łączność. A jeśli nie umiemy jeszcze odnaleźć swojego wewnętrznego szczęścia, wtedy nie jesteśmy sobą w pełni, co ciągle jeszcze nie jest tragedią, póki mamy tego świadomość i póki nad tym pracujemy – w końcu poznajemy się przez całe życie. Niebezpieczeństwo pojawia się dopiero w niemożliwych do zrealizowania oczekiwaniach, które pokładamy w osobach, które stają się nam coraz bliższe. I tu pojawia się sytuacja promowana latami przez literaturę i film – romantyczna wizja związku jako dwóch połówek pomarańczy (czasem jabłka, ale mniejsza o owoc, skupmy się na połówkach). Mimo, że literatura i film równolegle oferują nam też magiczny świat kucyków po drugiej stronie tęczy, mitologiczne stwory czy superbohaterów, którzy latają w pelerynach i zmieniają losy świata na lepsze, to jednak jest całkiem sporo ludzi, którzy spośród szerokiego wachlarza literackiej i filmowej fikcji, postanowili chwycić się akurat tych nieszczęsnych połówek i w nie właśnie uwierzyć.
Kto z nas przynajmniej kilka razy w życiu nie usłyszał o czyjejś „drugiej” lub (o zgrozo!) „lepszej” połówce?

– A to moja (lepsza) połowa.
– Moje najszczersze kondolencje.

– jedyna przychodząca mi do głowy odpowiedź na to wstrząsające wyznanie

Mimo, że przeważnie za tym sformułowaniem nie stoją żadne głębsze przemyślenia, a jedynie przekonanie, że to szarmanckie, zabawne lub miłe, jednak dobrze zastanowić się przez chwilę, co nadawca takiego komunikatu nam właśnie powiedział. Otóż powiedział nam, że jest ułomnym, nieszczęśliwym człowiekiem, który czepił się jak rzep drugiego równie ułomnego i nieszczęśliwego człowieka. Jeśli użył sformułowania „lepsza połowa”, przyznał, że on sam jest bardziej ułomny, niż jego partner/ka, ale tylko troszkę, bo jednak połowa to – nie oszukujmy się – połowa. Będąc osobą empatyczną, nie potrafię nie współczuć, kiedy bliźni dzielą się ze mną tak dogłębnie poruszającą i smutną historią, bo przecież pół i pół daje tylko całość, podczas kiedy zdrowy, piękny i silny związek to dwie całości!
Odpowiadając na pytanie, które jest tytułem tego wpisu, skłaniałabym się ku odpowiedzi twierdzącej. W końcu nie składamy się tylko z ciała i psychiki, ale posiadamy również duchowość, która też ma prawo czasem zachorować.

❤ ❤ ❤ Z okazji Walentynek życzę Wszystkim zakochanym i poszukującym, by znaleźli idealnych, dopełniających ich partnerów najpierw wewnątrz siebie samych (opisywałam to również w tekście wprowadzającym TUTAJ) – szczęście gwarantowane! ❤ ❤ ❤

P.S. Dokładnie o tym, o czym piszę, rozmawiają w SuperSoul Sunday Oprah Winfrey i jej goście – Gary Zukav i jego żona, Linda Francis 😉 Posłuchajcie koniecznie (link poniżej)!

A na deser królowa, czyli Iyanla Vanzant, o budowaniu zdrowej relacji z sobą samym:

„The Florida Project”

scenariusz: Sean Baker, Chris Bergoch
reżyseria: Sean Baker
gatunek: dramat
produkcja: USA
rok powstania: 2017
oryginalny tytuł: The Florida Project
pełny opis filmu wraz z obsadą

O tym filmie napisano już chyba wszystko i prawdopodobnie tylko dobrze. Nie będę oryginalna. „The Florida Project” to jeden z najciekawszych, najświeższych i najbardziej poruszających filmów, na jakich byłam w ostatnim czasie w kinie.
Jego akcja toczy się na obrzeżach Disneylandu w dość podrzędnym motelu, którego mieszkańców (często zatrzymujących się tam na dłużej bezdomnych) nie stać nie tylko na wizytę w tym najsłynniejszym na świecie parku rozrywki, ale często również na podstawowe życiowe wydatki. Widzimy więc wszystko to, z czym okolice Disneylandu nam się z pewnością nie kojarzą i o czym jeszcze nigdy wcześniej nikt tak głośno nie powiedział: biedę i slumsy w kiczowatej bajkowej scenerii.
Główną bohaterką filmu jest sześcioletnia Moonee (w tej roli fenomenalna Brooklynn Prince), która całymi dniami bawi się razem ze swoim przyjacielem i poznawanymi w motelu dziećmi. W tle toczy się na wskroś smutna i w pewnym sensie beznadziejna historia jej młodziutkiej matki, Halley (doskonale zagranej przez amatorkę, Brię Vinaite), która choć Moonee bezpośrednio dotyczy, to jest przez nią jednak postrzegana w zupełnie inny, niż przez dorosłych, sposób.
To jeden z niewielu znanych mi filmów, który tak niesłychanie trafnie uchwycił kwintesencję dzieciowości: bezgraniczną wyobraźnię, beztroskę, umiejętność zupełnego zignorowania zła i brudu dorosłych, które się pojawiają wokół, cieszenie się wszystkimi najmniejszymi nawet rzeczami, bezwarunkową miłość, a także okrucieństwo, które nie jest podszyte złymi intencjami, więc które bardzo łatwo szybko wyeliminować.
Takie ukazanie dziecięcego świata było możliwe tylko pod jednym warunkiem – maluchy nie były zniszczone ani oczekiwaniami, ani wpływem dorosłych. Nie były więc uwikłane w przymus bycia grzecznym – były zgrają urwisów, które rozrabiają na swoich własnych zasadach, w związku z czym muszą też podlegać innej, niż dorośli, ocenie.
Akcja filmu w pewnym sensie więc toczy się równolegle w dwóch perspektywach – dzieci i dorosłych. Można sobie też zadać pytanie, w której z nich dokładnie znajduje się matka Moonee, bo chociaż problemy, z którymi się boryka, są jak najbardziej dorosłe (wczesne macierzyństwo, ubóstwo, bezdomność, narkomania), jednak jej sposób podchodzenia do nich, każe nam widzieć w niej raczej mocno pogubionego i pokiereszowanego przez los i swoje złe decyzje dzieciaka.
To, co mnie w tym filmie zachwyciło, to przepiękne ujęcia przepełnione ostrymi, jaskrawymi kolorami i skąpane w nieprzyzwoicie mocnym florydzkim słońcu, w którym roztapia się cały ciężar poruszanych tematów. Plus cudowny Willem Dafoe w roli zwykłego, prawego, ciepłego, dobrego mężczyzny po przejściach.
„The Florida Project” to obraz nieoczywisty, który pozostanie z nami jeszcze na bardzo, bardzo długo po seansie.

ZWIASTUN:

O zachowaniu się w ruchu pieszym

fot. Jan Lewandowski

Bardzo często, idąc ulicą, mam wrażenie, że to, co jest dla mnie oczywiste i wynikające z logiki, nie jest już tak oczywiste dla współuczestniczących ze mną w ruchu pieszym. Istnieje zatem prawdopodobieństwo, że jedna ze stron używa logiki alternatywnej. Postanowiłam przelać swoje bolączki na papier – być może nie tylko ja to wszystko zauważam.

1. Cała szerokość chodnika

Wąski chodnik; zima, więc jeszcze węższy, bo po obu jego stronach zaspy po pas, a na skrawku środka warstwa lodu, ewentualnie lodu przykrytego zdradzieckim śniegiem. Spieszycie się. Idziecie ostrożnie, ale żwawym krokiem. A przed wami wyrasta: rodzina wielodzietna, której wszyscy członkowie pięciu pokoleń muszą koniecznie iść w jednym szeregu i obowiązkowo trzymać się za ręce, zakochana para z siedmioma innymi zaprzyjaźnionymi zakochanymi parami – także w szeregu, także za ręce, jeden niegroźny starszy człowiek z psem… na smyczy… mającej zasięg na kilometr… z czego pies właśnie korzysta. (W innych warunkach nawet by mnie wzruszyła – umiarkowanie, ale by mnie wzruszyła – ta czułość bliźnich wobec bliźnich oraz braci mniejszych, ale jednak tu jest ulica, a ulica to ulica!)
Czy tylko mnie wydaje się dziwne to, że chodnik ma szerokość, na oko, około dwóch metrów, a ci wszyscy ludzie idący przed nami, których nie sposób wyminąć, zajmują wszerz jakieś dziesięć metrów, a mimo wszystko jakoś się tam mieszczą?
Znacie taką sytuację? Ja się w niej znajduję każdego dnia, wracając z pracy.
(Nawiasem mówiąc, niezwykle podziwiam konsekwencję władz Zakopanego, z jaką od lat nieodśnieżana i nieodladzana jest jedna z głównych ulic tego miasta.)

2. Tempo niespieszne

Punkt drugi ściśle łączy się z punktem pierwszym, bo te niewymijalne kolumnady oczywiście mają jeszcze swoje własne tempa, na ogół mocno rozbieżne z waszym, lecz prawie zawsze skłaniające się ku tempu niespiesznemu. Kiedy już z daleka widzę, że będzie problem (bo z pracy wracam raczej krokiem gazeli, niesiona wrażeniami dnia pełnego spotkań z tym specyficznym darem niebios, jakim są klienci), nie zatrzymując się, sygnalizuję swoim głosem, że idę. Moje pierwsze „przepraszam” jest w miarę możliwości głośne i donośne, acz uprzejme. W okolicach piątego czy szóstego, muszę zmusić się do czegoś, za czym ani za bardzo nie przepadam, ani czego nie do końca umiem, czyli do krzyku. I tu pojawia się (wreszcie jakakolwiek!) reakcja kolumnady, która, oburzona, zwraca mi uwagę, że „przecież nie muszę krzyczeć”. Właśnie problem w tym, że muszę.
Już od dawna uważam, że chodniki powinny być podzielone na pasy i jeden z tych pasów powinien być pasem szybkiego ruchu. Byłoby łatwiej, o ile oczywiście współuczestnicy ruchu pieszego zechcieli by się do tego zastosować.

3. Przechodnie z cygaretą

Mamy XXI wiek, zatruwa nas jeden z najgroźniejszych morderców naszych czasów – smog, papierosy nie wyszły z mody już chyba tylko w Grecji i niektórych krajach ściany wschodniej, jeszcze nie tak dawno temu na ulicach paliły jedynie kobiety wykonujące najstarszy zawód świata, a jednak zawsze na współczesnej polskiej ulicy znajdzie się ktoś, kto akurat nie może się wstrzymać z zapaleniem do momentu, aż będzie sam. Oczywiście idzie przed wami. Oczywiście:

a) zajmuje cały chodnik, idąc z rodziną powoli (swoją drogą nigdy nie przestaną mnie zdumiewać ludzie, którzy palą przy swoich dzieciach)

b) idzie sam, ale na tyle szybko, że nie sposób go sprawnie wyminąć, choć równocześnie na tyle wolno, żeby ciągle na nas wydmuchiwać swój tytoniowy dym.

4. Kark na ogonie

Tak jak nie przepadam za krajobrazem zmąconym ludźmi i dążę do tego, żeby wszystkich zostawiać jednak za swoimi plecami, tak wyjątkowo drażnią mnie osobnicy, którzy zamiast mnie wyminąć (lub powiedzieć magiczne „przepraszam”), idą za mną… milimetr. Dziwnym zbiegiem okoliczności prawie zawsze mają dresy i nie mają szyi. Dziwnym. Ale jednak zbiegiem. Wtedy na ogół staję i czekam aż przejdą. Jednak plecy to plecy – jakiś odstęp od nich musi być zachowany. Szanujmy się!

5. Ludzie, którzy stają

Idziecie swoim tempem, widzicie przed sobą innych uczestników ruchu pieszego, szacujecie ich prędkość, przewidujecie sposoby, w jakie moglibyście ich bezkolizyjnie wyminąć i wtedy – na ogół kiedy jesteście już w trakcie jakiegoś manewru – oni się nagle… zatrzymują. Bez uprzedzenia, bez sygnalizacji ustnej, bez zamachania ręką. Po prostu nagle stają na środku chodnika bez żadnego wyraźnego powodu.
Swoją drogą nigdy nie zapomnę pana, który na samym środku dosyć tłocznego parkingu na dachu Galerii Krakowskiej, gdzieś mniej więcej w połowie drogi między jednym przejściem dla pieszych a drugim, stanął, wypiął się w kierunku samochodu, w którym akurat jechałam i zaczął najspokojniej w świecie sznurować buty. Można i tak… To znaczy nie można!

6. Ludzie, którzy idą do tyłu

Tak, jest to co prawda na szczęście rzadsze zjawisko, ale się jednak niestety również zdarza. Na ogół dzieciom i osobom niezrównoważonym umysłowo, ale właściwie ciężko mi je jakoś jednoznacznie odróżnić od całokształtu współuczestników ruchu drogowego. Oczywiście nigdy nie patrzą wtedy za siebie (czyli w kierunku, w którym się właśnie, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, udają). Idą do tyłu zupełnie na oślep. I za każdym razem są tak samo zdziwieni, kiedy na nich wchodzę. A wchodzę na nich zawsze, bo o ile przy opisywanym w punkcie piątym zatrzymaniu potrafię jeszcze wyhamować, o tyle chodzenie tyłem ma to do siebie, że jest całkowicie nieprzewidywalne. I mówię to jako w pełni świadomy zodiakalny Rak.

7. Pierwsi wychodzą

No a jak już w końcu dojdziemy do swej destynacji (np. sklepu czy tramwaju) i zetkniemy się z bardzo zaawansowanym zagadnieniem ruchu dwustronnego w zakresie wchodzenia do obiektów i wychodzenia z nich, musimy zapamiętać jedną bardzo prostą, ale bardzo ważną zasadę:

Pierwsi wychodzą!

– jedna bardzo ważna zasada ruchu dwustronnego

Innymi, być może bardziej przystępnymi, słowy:

najpierw wylazł,
potem wlazł – nigdy na odwrót!

Zasada ta ma ogromną zaletę – choć trudno w to uwierzyć, nie zmienia się w zależności od tego, czy jesteśmy wchodzącymi czy wychodzącymi. Zawsze pierwszeństwo mają ci, którzy wychodzą (z tramwaju, autobusu, pociągu, budynku, cmentarza, parku, placu zabaw, itd.). Ci, którzy wchodzą, najpierw muszą się upewnić, czy po drugiej stronie nie ostał się żaden wychodzący.
I oczywiście wzruszają mnie starsi panowie, którzy widząc, że czekam grzecznie na swoją kolej z wejściem taka nieumalowana i w bluzie z kapturem, mówią: „piękne panie przodem”, ale jednak nigdy nie miałam śmiałości złamać zasady „pierwsi wychodzą”.

Jak widać, świadome uczestnictwo w ruchu pieszym też może nastręczać problemów, ale jestem prawie pewna, że kluczem jest tu po prostu włączenie myślenia (tylko tyle i aż tyle, jak mawiał klasyk).
Na deser polecam nieśmiertelny skecz Monty Pythona „Ministerstwo głupich kroków”.

Stanisław Dróżdż „Bez tytułu (trójkąt)”

Stanisław Dróżdż, „Bez tytułu (trójkąt)”, 2006

[Poniższy tekst jest fragmentem mojej pracy magisterskiej pod tytułem:Co Dróżdż mógł mieć na myśli, czyli o odrębnej rzeczywistości tekstu w twórczości Stanisława Dróżdża…”. Bardzo chciałam na swoim blogu przybliżyć sylwetkę tego niesamowitego, wciąż nie dość znanego artysty oraz jego poruszające prace.]

Praca „Bez tytułu (trójkąt)” jest kolejnym dowodem na to, że słowa mogą być swoimi znaczeniami. Otóż widzimy trójkąt, który składa się ze słowa „trójkąt” napisanego trzy razy: poziomo, w górę i w dół. Za każdym razem od lewej do prawej, co bardzo ważne, bo udało się nie naruszyć porządku prawidłowego zapisu, przez co nasz „trójkąt” jest bardziej wiarygodny jako słowo. Pobudziła mnie do refleksji spółgłoska „t”, która kończy i zaczyna słowo, bez czego stworzenie ze słowa „trójkąt” trójkąta nie byłoby możliwe.
I tu zaczyna się najciekawsze – Dróżdż pokazuje nam słowo w jego najwłaściwszym kontekście. Czy „trójkąt” może być prawdziwym trójkątem dopóki z niego trójkąta nie zrobimy? Chyba nie. Ma jedynie do tego predyspozycje przez swoje początkowo-końcowe (ważne, ważne terminy dla Dróżdża) „t”. Być może ma je właśnie po to, żeby tym trójkątem się stawać. Czy istnieje przeznaczenie słów? Czy słowa mogą służyć do czegoś znaczenie mniej prozaicznego i banalnego niż, zazwyczaj kiepsko nam wychodząca, komunikacja?
Mam ogromną nadzieję, że tak. I że z jednej strony Stanisław Dróżdż tak bardzo słów świadomy bawi się nimi i ukazuje nam ich nowe konteksty, a z drugiej – one się temu poddają z chęcią i zawsze pojawia się efekt, który nie mógł być przez artystę zupełnie zaplanowany, choć na pewno nie pozostał niezauważony. Artysta ten mówi przecież: „[…] ponieważ przez cały okres szkoły średniej oraz studiów dręczyła mnie myśl dlaczego wiersz, opowiadanie, powieść, itp. zaczynają się w jakimś tam miejscu i kończą w jakimś, postanowiłem tworzyć utwory pozbawione tego aspektu, ograniczając się do samego czystego tekstu”¹. Artysta ten tworzy przecież dzieło „Początekoniec”, nazywa tak swoją wystawę. I czym jest w tym kontekście „Trójkąt”? Grą, która jest możliwa tylko dzięki temu, że początek i koniec wyrazu „trójkąt” jest identyczny i pozwala trójkąt zbudować.
Czyli istotą trójkątowości słowa „trójkąt” jest jego… początek i koniec.

___________________________
¹ cytat pochodzi z nieistniejącej już strony. Aktualną stronę poświęconą twórczości Stanisława Dróżdża znajdziemy TUTAJ.

Domowe pączki

jednopalnikowa.wordpress.com

W tłusty czwartek nie mogło oczywiście zabraknąć na blogu pączków! Wpis pochodzi z prowadzonego przeze mnie bloga Jednopalnikowa i jest moją pierwszą udaną próbą zmierzenia się z pączkową materią.
Zapraszam do lektury mojego przepisu na Domowe pączki (wystarczy kliknąć w jego podkreśloną i wyświetlającą się na szaro nazwę tuż przed tym nawiasem 😉 )!

Kartki na drzwiach

fot. Bartłomiej Jurecki

Co jakiś czas słyszymy o raportach dotyczących czytelnictwa w Polsce i wiemy z nich doskonale, że najprawdopodobniej nigdy (lub przynajmniej w szybkim czasie) nie staniemy się pod względem czytelnictwa drugą Islandią. I szczerze mówiąc, nie jestem tym osobiście jakoś mocno poruszona, a moje polonistyczne serce nie krwawi. Nie krwawi, ponieważ książka książce nie jest równa. Czy ktoś, kto przeczyta w ciągu roku kilkadziesiąt książek z zakresu rozwoju osobistego, thrillerów erotycznych czy powieści, których wydawca nie zainwestował w jakiegokolwiek redaktora, naprawdę ma jakąś przewagę nad tym, kto przeczytał w ciągu roku dziesięć książek, ale za to ambitnych i ważnych dla literatury? Myślę, że niekoniecznie.
Dodatkowo, choć widzę płynące z tego zagrożenia społeczne, każdy ma przecież prawo nie być ani erudytą, ani interesującym partnerem do rozmowy, mieć wąskie horyzonty i nie mieć w domu ani jednej książki na półce.
Istnieje jednak pewien specyficzny wycinek literatury stosowanej, który z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego mi powodu jest dla większości z nas wręcz niezauważalny – to wszelkiego typu kartki na drzwiach. I poziom czytelnictwa tychże uważam za realny powód do załamywania rąk i wołania o pomstę do nieba.
Takie (często wcale niemałych rozmiarów) kartki wywieszone na drzwiach sklepów lub wszelkich lokali użytkowych pomagają nam zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość, w krótkim czasie przyswoić maksymalną liczbę informacji (np. od której do której godziny lokal usługowy, przed którym stoimy, jest czynny) i uniknąć konieczności zapytania bliźniego o to, czego nie wiemy. Wydawałoby się, że to same plusy. Dodatkowo tekst na takiej kartce jest prosty, jednoznaczny, oprócz liter zawiera też przeważnie cyfry, więc nie wymaga od czytelnika talentu interpretatorskiego lub dużych nakładów intelektualnych.
I choć na drzwiach nie wiszą zazwyczaj epopeje, pewnym niewiarygodnym zjawiskiem jest dla mnie cała rzesza ludzi, którzy patrząc na drzwi, nie widzą informacji, która:

a) na nich wisi

b) jest im w danej chwili potrzebna.

Sama pracuję w szeroko pojętych usługach. Moje biuro ma na drzwiach  tabliczkę z prostą informacją o godzinach, w których jest czynne. Oczywiście ani nie przychodzę do pracy na godzinę otwarcia biura dla klientów, ani nie wychodzę z niej dokładnie wtedy, kiedy biuro staje się dla nich zamknięte, więc wielokrotnie udaje mi się być świadkiem (choć nienaocznym) takiej oto sytuacji sprzed zamkniętych drzwi, za którymi siedzę: kilka osób przed drzwiami z kartką, szarpanie za klamkę, mocniejsze szarpanie za klamkę, dialog:

– Ej, co jest?
– No nie wiem właśnie.
– Zamknięte?
– Już zamknięte? A nie dłużej?
– Nie wiem. A nie, czekaj! Tu coś jest na drzwiach!
– A co jest?
– Że do 18.00 czynne.
– A która jest?
– 18.10, ale może pani tam jeszcze jest! – szarpanie, szarpanie, szarpanie.
Kurtyna.

Jak więc widać, nawet w tego typu tekstach przydaje się tzw. czytanie ze zrozumieniem, gdyż z komunikatu:

Biuro czynne
poniedziałek – niedziela 9.00 – 18.00

– przykład jednej z miliona takich samych kartek na drzwiach

nie wynika wcale, że biuro będzie czynne dłużej, „jeżeli pani tam jeszcze jest”, tylko że jest zamykane dla interesantów o godzinie 18.00 (= od 18.01 nie jest już czynne).
W osiedlowym dyskoncie też jestem ciągle w awangardzie, wchodząc do niego WEJŚCIEM (drzwi charakteryzujące się wielkim napisem WEJŚCIE), a wychodząc WYJŚCIEM (analogicznie). A przecież w przypadku wjeżdżania niewłaściwymi drzwiami z wózkiem na zakupy, można już stanowić zagrożenie.
Tak że nie miejmy kompleksów, że nie czytamy książek lub czytamy ich mało. Skoncentrujmy się na drzwiach i prostych formach literackich na nich zawartych. Reszta przyjdzie sama, stopniowo. Taką mam przynajmniej, odrobinę już nadwątloną, nadzieję…

RAS

fot. Valantis Nikoloudis

[Opowiadanie powstało już dłuższy czas po zakończeniu warsztatów Twórcze pisanie i jest ściśle związane z aferą wokół  kontrowersyjnego  filmu Jacka Markiewicza „Adoracja Chrystusa” przypomnianego przez CSW po dwudziestu latach od powstania. Związane jest również z zajęciami Sztuka. Aktualia, na które uczęszczałam podczas studiowania kulturoznawstwa i których największym dla mnie problemem była kompletna rozbieżność między moją definicją sztuki, a tym, jak definiował ją prowadzący zajęcia – kurator CSW zresztą.]

29.12.2013

– Puk, puk. – rozległo się pukanie do drzwi. Żona, otwierając, wychynęła zza metalowego łańcucha, cicho pytając:
– Tak?
– Mazurek Alfons, moje nazwisko – odpowiedział niski, modnie ubrany jegomość z ogromną teczką w ręku. – Jestem z Ruchu Aktualna Sztuka, nie zajmę państwu dużo czasu. Chciałbym zadać kilka pytań. Czy byłaby pani tak uprzejma i wpuściła mnie do środka? Myślę – co ja mówię? Jestem przekonany! – że warto rozmawiać.
– O co chodzi? – spytał Mąż, dochodząc do korytarza i poprawiając podkoszulek.
– Mazurek Alfons z Ruchu Aktualna Sztuka. Zgodzimy się wszyscy na pewno, że warto rozmawiać.
Mąż podrapał się po głowie, a pan Mazurek w tym samym czasie posuwistym, sobie tylko znanym ruchem bioder wykonał trzy skuteczne kroki i usiadł wraz ze swoją teczką za stołem w kuchni.
– No to skoro wszyscy jesteśmy zgodni, ależ proszę siadać, to niech mi państwo powiedzą, czym jest w państwa życiu sztuka? Czy zastanawiali się państwo nad jej istotą?
Ponieważ odpowiedź nie nadeszła, a twarze rozmówców nie zdawały się być zmącone myślą, pozwolił sobie wyjąć z teczki katalog, z którego nieoczekiwanie wyskoczył Jacek M. Artysta, z odrobinę rozmazaną twarzą oraz wielkim plecakiem ze stelażem. Położył plecak na podłodze i zgiął się wpół, coś z niego wyjmując. Pan Mazurek kontynuował:
– Tytułem wstępu, może łatwiej będzie na przykładach.
Jacek M. zbyt szybko spróbował się wyprostować i nagle złapał go skurcz.
– Jednak te dwadzieścia lat temu szło mi znacznie sprawniej – zamruczał pod nosem.
– Ojej. Bolą pana krzyże? – spytała troskliwie Żona.
– Jeden krzyż. Dokładnie średniowieczny krucyfiks. – odpowiedział  i wyjął z plecaka średniowieczny krucyfiks swoich własnych rozmiarów.
– Kruca fuks… – zdumiał się Mąż.
– Krucyfiks, średniowieczny – poprawił go pan Mazurek.
– Panie, co pan? – poirytował się nagle Mąż widząc, że Jacek M. zaczyna ochoczo ściągać z siebie ubranie. – Zaraz, hola! Chwila, moment! Gdzie mi tu pan z tym pisiorem?!
– Tylko nie pisiorem! – żachnął się Jacek M., a jego uwolnione przyrodzenie zaczęło swobodnie dyndać w gęstwinie atmosfery.
– Na miłość boską, proszę wreszcie zdjąć te kalesony z kostek! – zniecierpliwił się pan Mazurek. – Swoją drogą, że też nie mógł pan włożyć slipów. W każdym domu to samo!
Jacek M. posłusznie pozbył się z kostek resztek garderoby i przystąpił do przytulania się do krucyfiksu.
– Ludzie trzymajcie mnie, toż to skandal, pod moim dachem! Kobieto, leć po krzyż! Toż to atak! Mówiłem, że zboczeńce! – Mąż zamachnął się na scenę na podłodze, ale powstrzymał go siłą spokoju pan Mazurek.
– Ależ drogi panie, agresja na nic tu się zda. Pan musi poobcować ze sztuką, bo  t o  jest właśnie sztuka. I dopiero wtedy, gdy ją pan pozna i zrozumie, będzie pan miał prawo do uniesienia się, ale także prawo do uniesień jako takich. Co ja mówię, prawo? Pan będzie miał przywilej rozkoszowania się nią, czerpania z niej satysfakcji i przyjemności. Wzbogaci się pan, jak nigdy w życiu!
Mąż, jak zahipnotyzowany, otworzył usta by coś odpowiedzieć, ale w tej właśnie chwili wyszła z katalogu Katarzyna K. Artystka.
– Przepraszam, jest tu może koń?
– Jeden nawet całkiem na wolności! – rzucił mimochodem, czując, że wypada z roli, dosyć zdezorientowany Mąż.
– Ależ, z przeproszeniem, ale jest pan wulgarny – stwierdził pan Mazurek.
– Słyszysz? Jesteś wulgarny! – skarciła go Żona i zdzieliła przyniesionym do tych celów krzyżem po głowie.
Na to wychylił się spod krucyfiksu Jacek M.:
– Ależ w swoim prostactwie oczywiście i niewyrafinowaniu, ale niejako (w sposób nieoczywisty, a przez to także intrygujący) takąż zwierzęcą metaforą, pan tu nawiązał przypadkiem do innej mojej pracy, nie znając jej rzecz jasna, w której się masturbu…
– Panie Jacku, proszę się zająć krucyfiksem! W tej chwili! Pańskie wynurzenia nie mają dla sztuki jako takiej żadnego znaczenia! A przed panią, pani Kasiu K., będzie tu trzeba rzucić kilka przynajmniej słów o starożytnym Egipcie i piramidzie w szczególności. Proszę się ogarnąć i nie wychodzić ani z katalogu ani przed szereg bez przygotowania. Proszę to samo przekazać panu Zbigniewowi L., gdyby znowu szukał swojego Lego – tupnął nogą, przerywając artyście, pan Mazurek. – Czy możemy wracać do naszej rozmowy?
– Panie Jacku, proszę już powoli kończyć – upomniał się pan Mazurek. – Nie, na miłość boską, nie to miałem na myśli! Proszę nie mylić swoich prac!
– Trzymajcie mnie, toż to atak!!! Pod moim dachem! – poirytował się Mąż.
W tym momencie zstąpił z niebios Pan Bóg:
– Panie Jacku, nie czuję się urażony pańską pracą, choć artysta z pana mierny. Takiemu Dróżdżowi na przykład – z którym, nota bene, lubię czasem rozegrać partyjkę w kości – nie dorasta pan artystycznie do pięt, no ale z drugiej strony takiego pana stworzyłem. Ma pan i swoje plusy. A z was, drodzy państwo, dobrzy, bogobojni ludzie. Odporni na sztukę, ale dobrzy. Jednak i moja cierpliwość, jak się okazuje, miewa swoje granice, więc zdecydowałem się pofatygować i powiedzieć wam to osobiście – proszę, zdejmijcie tego szkaradnego jelenia na rykowisku znad obrazka świętego, kiedy się modlicie. Nie sposób w takim bezguściu wchodzić w sferę sacrum!

O co chodzi z tym nN, czyli kilka słów o geminacie

fot. Kaloudis Basilis

Czemu tam, gdzie tylko mogę, tak dziwnie zapisuję swoje imię? O co chodzi z tym „nN”? Czy to czemuś w ogóle służy?
Spieszę z wyjaśnieniem, a zacząć będę musiała od bardzo prostej słownikowej definicji geminaty:

geminata to spółgłoska podwojona

– prosta słownikowa definicja geminaty

Sama nazwa wywodzi się oczywiście z łaciny, a jej dosłowne znaczenie to właśnie: „podwójna, powtórzona, połączona”.
Zainteresowałam się geminatą, gdyż zawiera ją moje imię. Zastanawiała mnie w niej najbardziej jedna rzecz – wymowa. Zasada mówi, że jeśli nasze dwie powtarzające się spółgłoski przypadają na koniec tematu polskiego wyrazu, wtedy tylko druga z nich ulega zmiękczeniu. Czyli w praktyce nikt nie wymówi np. mojego imienia tak, jakby na jego końcu były dwa bardzo wyraźne „n”, ale też nikt nie wymówi go tak, jakby było pisane przez jedno „n”. Skoro więc słyszymy więcej niż jedno, ale mniej niż dwa „n”, może nasunąć się wniosek, że „n” jest tutaj półtora (tak, wiem z matematyki, że to nie jest jedyna możliwość, jednak najprostsza i wystarczająca do naszych językowych potrzeb).
Poczułam konieczność graficznego odzwierciedlenia mojego półtora „n”. Biorąc pod uwagę to, że małe „n” jest prawie dwa razy mniejsze od dużego, oczywistym sposobem wydał mi się taki zapis, w którym pojawi się mała i duża litera. Można by dyskutować, która powinna być pierwsza. Ja wyszłam z założenia, że:

Nn

– taki zapis w kontekście początku zdania czy nazwy własnej, kiedy zawsze pierwsza litera jest duża, nie zwróci wystarczająco uwagi na kwestię kluczową, czyli taką, że „n” jest tutaj półtora,

nN

– taki zapis z kolei nie pomyli się nam z żadną inną sytuacją 😉

Co się zaś tyczy tego, czemu „nN” jest na blogu tak dużo (wszystkie nazwy kategorii, do klikania w które gorąco zachęcam, w miejscu każdego „n” mają „nN”), to jest to po prostu mój pomysł na spersonalizowanie ich. Zabieg artystyczny – że pozwolę go sobie tak szumnie nazwać – niemający nic wspólnego z ich geminatą (nie wszystkie z tych słów mają oryginalnie podwojone „n”), choć nawiązujący do mojej prywatnej geminaty, z którą jestem bardzo zżyta.
No a manNi, nNi czy nN to warianty mojego imienia. Przez całe moje dzieciństwo jedyną osobą, która mówiła do mnie manNi, był mój tata. Kiedy ktoś pytał, czy można moje imię jakoś zdrobnić, odpowiadałam, że nie można. Aż nagle przyszedł moment mojego całkowitego utożsamienia się z tym skrótem 😉

W rybich łuskach

fot. Valantis Nikoloudis

[W rybich łuskach napisałam już dłuższy czas po zakończeniu warsztatów Twórcze pisanie. Podobnie jak moje pozostałe opowiadania jest ono oparte na faktach. Inspiracją był jeden z najbardziej niesamowitych utworów wokalnych XX wieku – Le sirene Demetria Stratosa. Utwór dostępny TUTAJ]

18.02.2013

Kiedyś, w równoległej czasoprzestrzeni, żyła sobie najbardziej wyjątkowa ze wszystkich syren, syrenNi. W jej podwodnym królestwie było bardzo, bardzo dużo butów i bardzo, bardzo dużo wody. Pewnego razu, kiedy piła nabytą krakowskim targiem kawę, ze spienionej śmietanki towarzyskiej wyłonił się mądry, męski i przyjacielski Posejdon i opowiedział jej o Stratosferze. syrenNi słuchała go jak zaczarowana, aż nagle zapragnęła się tam znaleźć.
Kiedy tropiąc nowe doznania minęła troposferę, znalazła się z podniesioną głową w iryzujących chmurach. Stamtąd dobiegł  ją włosko-grecki śpiew egipskich leSyren. Były pięknymi, niezwykłymi mężczyznami o dzikich obliczach i nieobliczalnych pomysłach. Właściwie były nawet jednym mężczyzną, tylko bardzo dobrze zrealizowanym i zwielokrotnionym, choć nie do końca żywym. I ona była w samym środku wszystkiego. Ten śpiew w nią wszedł, wypełnił ją, choć to ona była w nim. Ekstaza i ekscytacja, ale też uczucie pewnej tęsknoty i strachu przed ulotnością tak głęboko syrenNi wzruszyły, że zaczęła płakać. Płakała tak jeszcze bardzo, bardzo długo, aż w końcu jej łzy wypełniły całą Stratosferę. Nagle poczuła, że jej dobrze. Spojrzała dokoła i zrozumiała, że to ta słona woda. Wtedy zobaczyła nadciągającego ławicą Posejdona, bo był on rybami. (Ona sama była kiedyś rakiem, ale przemianę w rybę zawdzięczała Wielkiemu Bezrybiu w ‘69, co nie przeszkadzało jej wcale w byciu najbardziej wyjątkową ze wszystkich syren, gdyż syreną się jest tylko w oczach).
I tak zamieszkała, nie wiedząc nawet jak i kiedy, w Stratosferze. Powoli zaczęło tam przybywać coraz więcej i więcej butów oraz wody, a czasami też Posejdona. Ale żadne inne ryby nie chciały – mimo usilnych zaproszeń syrenNi – jej odwiedzać. Nie rozumiała dlaczego. Miały zawsze dużo, dużo usprawiedliwień: a to lały wodę o niechęci do bycia nad powierzchnią, a to demonizowały warstwę ozonową, która ponoć sprawiała, że ich rybie połowy nie wylewały za kołnierz, a czasami po prostu nabierały wody w usta, udając – jak dzieci – że nie mają głosu.
syrenNi było bardzo przykro z tego powodu, ale musiała się nauczyć żyć w samotności wypełnionej hipnotycznymi leSyrenami, co w gruncie rzeczy odpowiadało jej bardziej. Uświadomiła to sobie po połknięciu planktonu poznania dobra i zła. Wtedy też zobaczyła morskim okiem wyobraźni sedno sprawy: inne ryby uznały, że śpiew leSyren jest odrzucający, a jego słuchanie wpływa bardzo niekorzystnie na głowę lub jest wręcz skutkiem już istniejących z nią problemów. A ponieważ, jak powszechnie wiadomo, ryba psuje się od głowy – po prostu się bały.
Zepsucie i zgnilizna (zwłaszcza w wodzie nieprzyjemna) bardzo zaprzątały myśli syrenNi i ich wizja martwiła ją niebywale. Jednak po czasie okazało się, że to ona niszczyła głowę syrenNi, a nie leSyreny wcale. Te zresztą jako jedyne pomogły jej nie tylko pozbyć się tej wizji, ale jeszcze pokazały jej wachlarz wizji wspaniałych.
I tak oto najbardziej wyjątkowa ze wszystkich syren, syrenNi, stała się pierwszą w historii rybą, która się naprawiła. Od głowy.

60. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” (2017)

fot. Grzegorz Mart [zdjęcie zrobione podczas 58. edycji festiwalu i pochodzące z galerii WJ]

Moja recenzja 60. Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” (2017) to zebrane w jeden tekst wpisy z Facebooka, którymi dzieliłam się na bieżąco ze swoimi znajomymi.

16.09.2017 – sobota

W sobotę w ATM Studio odbyły się trzy koncerty. Najwięcej moich wątpliwości wzbudził pierwszy z nich ze względu na samą swoją kompozycję. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Ustawienie tych utworów we właściwej kolejności (czyli wg mnie: Aperghis, Tan, Dobrowolski, Nono – wywaliłabym Chin) być może generowałoby kolejne kompozycyjno-percepcyjne problemy typu trzy razy fortepian z elektroniką i na końcu tuba z elektroniką, jednak z estetycznego punktu widzenia miałoby znacznie więcej sensu. Tymczasem Post-prea-ludium n. 1 per Donau Nona jako drugi utwór to jakieś gigantyczne nieporozumienie. Już nie wiem, kogo trzeba byłoby po nim zagrać, żeby koncert nie pozostawił niesmaku, ale z pewnością nie Unsuk Chin (dwa utwory po Nonie) z jakąś absolutną pomyłką, jaką było Double Bind? na skrzypce i elektronikę. Nieudolna „gra aktorska” skrzypaczki i jej teatralne dziwienie się, że skrzypce wydają jakieś dźwięki, przeplatane z uśmiechaniem się do tych skrzypiec, to pomysły, które były na topie, kiedy moja mama kończyła studia, a że utwór ma dopiero dziesięć lat, to trącił myszką o jakieś trzydzieści już w momencie powstawania… Pewną ironią w tym kontekście jest to, że utwór Nona ma właśnie trzydzieści lat i jego wzruszająca, łkająca z elektroniką tuba będzie prawdopodobnie tak samo poruszać za kolejne dekady.
Drugi koncert był także źle skomponowany niestety. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Szalonek z Piernikiem Piernikianą rozwalili system (utwór ma czterdzieści lat tak na marginesie). Ale znowu drugim utworem (moim zdaniem miejsce w programie zarezerwowane dla kompozycji najsłabszych, bo jeśli obiektywnie nie będą złe, to i tak się obronią, a jeśli jednak będą fatalne, łatwo można resztą koncertu zatrzeć niesmak) był Many more voices Davida Mossa & Tempo Reale, który nie był może specjalnie nowatorski czy oryginalny, ale mnie rozłożył na łopatki i dwa razy doprowadził do łez. Nawet biorąc pod uwagę to, że komuś mógł się nie spodobać, to nie powinno się go przyćmiewać dość miałkim, miłym dla ucha, ale kompletnie nic nie wnoszącym “LFO #8” Tempo Reale. Ja chciałam w tych łzach, w tym wzruszeniu, w tej zadumie pozostać, a nie słuchać brzdęków w kręgu. Sympatycznych, ale to trochę jak wracać po koncercie taksówką przy dźwiękach Perfectu.
No ale do trzech razy sztuka i tu niestety kolejny spektakularny programowy fakap. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Gdyby istniał jakikolwiek poradnik układania programów koncertów, punktem pierwszym powinna być zasada by nigdy, przenigdy, pod żadnym pozorem nie grać Etiudy konkretnej (na jedno uderzenie w talerz) Włodzimierza Kotońskiego z 1959 roku po Czarku Duchnowskim! Generalnie po czymkolwiek tak bardzo nowym. Utwór Kotońskiego powinien być, moim zdaniem, grany w kontekście historycznym i dla takich utworów najlepsze jest pierwsze miejsce. Zagranie go na końcu i to jeszcze po takim odjeździe, jak Układy względne odosobnione PHONOS EK MECHANES to wyrządzenie Kotońskiemu ogromnej krzywdy.
Mimo że usłyszałam wczoraj dwa wybitne utwory i kilka naprawdę niezwykle oryginalnych i ciekawych rzeczy, bardzo mnie martwi nowa wrażliwość programowania koncertów. W głębi duszy mam jakąś nadzieję, że to był przypadek. Trzy następujące po sobie, ale jednak przypadki. Najbardziej niepokoi mnie brak świadomości czego powinno się unikać. Na proszonej kolacji też teoretycznie można by podać najpierw deser, potem danie główne, po nim przystawkę i na końcu zupę, tylko przeważnie próbujemy nie zapewniać gościom niestrawności. Zobaczymy…
Spod ATM wynajęty przez WJ autobus zawoził gości na kolejny koncert do centrum. To naprawdę bardzo miła i świetnie pomyślana sprawa. A w autobusie, całkiem nie cicho, sączył się z głośników… Perfect.

18.09.2017 – poniedziałek

SÉRIE ROSE… (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Podskórnie przeczuwałam, że to będzie słabe, bo kiedy „poszukuje się erotyzmu w muzyce” i robi w takim duchu cały koncert, to to nigdy dobrze nie wróży. Temat mocno trąci, nomen omen, myszką, a to co szokuje lub/i zniesmacza (kiedyś i dziś) jest dosyć ponadczasowe, bo odnosi się do poważniejszego pytania, czy każde tabu trzeba przełamywać. Czy trochę nie jest tak, że tabu jest samo w sobie dobrym i potrzebnym rozwiązaniem, kiedy się żyje w społeczności. Chciałabym być dobrze zrozumiana – nie uznaję tematów tabu wśród najbliższych sobie osób. Jednak przestrzeń publiczna, z którą sztuka – chciał nie chciał – jest nierozerwalnie związana, rządzi się kompletnie innymi prawami. A teraz o samym koncercie. Pierwsze dwa utwory bardzo mi się podobały ([your name here] Jennifer Walshe i Public Privacy #5 ARIA Brigitty Muntendorf). Głównie ze względu na spójność każdego utworu, oryginalność i doskonałe wykonanie. Potem niestety komuś przyszło do głowy, że Sonata Erotica Erwina Schulhoffa z 1919 roku (!!!) ma dziś jakąkolwiek wartość, mimo że nie miała jej już w momencie powstawania, i że trzeba ją zaprezentować. Wątpliwej jakości dadaistyczny żart dostał więc drugie życie. Dla niewtajemniczonych, „utwór” na głos solo polegał na fonicznym odtworzeniu stosunku (a ściślej jego „żeńskiej partii”), a kończył się oddaniem moczu (również, mam nadzieję, jedynie teatralno-fonicznym; bardzo proszę nie psuć mojego nadwątlonego świata iluzji, jeśli się w tej kwestii jednak mylę). Nie uważam się za osobę pruderyjną, ale w swojej głębokiej aspołeczności i niechęci do ludzi jako takich, mam dość silny wstręt do cudzej fizjologii, co obejmuje nie tylko oczywiste sikanie, ale również odgłosy sypialniane. Wychodzę z założenia, że wtargnięcie w moją przestrzeń ze swoją fizjologią jest głęboko niestosowne i traktuję je w kategoriach przemocy. Tak się też czułam podczas tego utworu. Jednak ponieważ nie lubię być jednostronna, spróbowałam spojrzeć na to trochę szerzej. I uderzyła mnie zupełnie inna rzecz. Ów stosunek zaczyna się od „nie”. Od „nie”, które znaczy „tak”. I o ile kiepski szowinistyczny żart na początku XX wieku oddawał pewnie charakterystyczny dla tamtych czasów wąski męski horyzont myślenia o seksie i roli kobiety w tymże, o tyle dziś żyjemy w kulturze gwałtu i ciągle mamy na tapecie ten temat. Przecież wbija się nam do głowy, że wina za gwałt jest po stronie gwałciciela, a nie zbyt krótkiej spódniczki, upojenia alkoholowego czy wyzywającego makijażu. Innymi słowy, w cywilizowanych społeczeństwach uczy się już (na szczęście!) od dłuższego czasu obywateli, że „nie” znaczy zawsze „nie”. Tymczasem z tego gniota aż krzyczy, że „zawsze się trochę gwałci”. Jednak, żeby oddać sprawiedliwość, utwór był „adresowany tylko do mężczyzn”. Czemu więc pomysłodawczyni tego koncertu zdecydowała żeby go pokazać także kobietom? Czy przypadkiem nie dlatego, że jest równouprawnienie? Czy tylko ja widzę w tym pewną sprzeczność?
Potem zabrzmiało London Johhanesa Kreidlera – utwór z 2007 roku na wideo. Pomysł intrygujący – „dźwięki do fetysz-filmu-footage z ujęciami kobiet palących papierosy”. Dźwięki miłe dla ucha, a na ekranie prostytutki z późnych lat 80. z papierosami. Moje pytanie odnosi się właściwie nie tylko do tego utworu, ale koncertu jako całości: czy serio w 2017 roku, skoro już musimy mówić o seksualności podczas koncertu, nie umiemy wpaść na nic bardziej oryginalnego, niż tandetny wyzywający wygląd, naturalistyczne jęki, prostytutki i papierosy? To przecież zalatuje głębokim PRL-em. Przez cały utwór bałam się, że za chwilę zobaczę kępy buszu spod pach tych pań (lub gdziekolwiek indziej, gdzie również nie powinno było ich być) a zza kamery wyjdzie spocony operator w swetrze i kamizelce, grubych okularach, z obowiązkowym wąsem i wągrami na nosie. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, ale niedużo brakowało. Nie wiem jak organizatorzy koncertu, ale ja tego z erotyką w swojej głowie raczej nie łączę, ale oczywiście różne są preferencje.
No i utwór, na który głównie tego wieczoru przyszłam i podczas którego wyszłam, czyli cudowna wspaniała Laurie Anderson Langue D’amourzaśpiewana przez Frauke Aulbert! Tak, proszę Państwa, jeśli myślicie, że utwory Laurie Anderson powinny być wykonywane tylko i wyłącznie przez Laurie Anderson, to macie absolutną rację i nigdy nie próbujcie przekonać się o tym osobiście. Co sobie postukałam obcasami przy wychodzeniu to moje, ale wkurzyłam się niemiłosiernie! To powinno być karane długoletnim więzieniem. Gwoli ścisłości – utwór jak zawsze boski, tylko wykonanie mizerne.
Reszty słuchałam już poza salą, a że w Teatrze IMKA od ubiegłego roku ciągle nie naprawili kotar, słyszałam wszystko. Niestety.
Za to poczytałam sobie program – m.in. opis pierwszego utworu, który tak mi się spodobał, [your name here] Jennifer Walshe, w którym kompozytorka wyjaśnia: „montaż próżnych wyliczanek słodkiej idiotki, która opowiada o swych nastoletnich przygodach z chłopcami, o całowaniu, fryzurach, heavy metalu i galeriach handlowych”. I z jednej strony szacun, że koncert był przynajmniej spójny i oprócz może biednej nie pasującej tam Laurie (bo jak zwykle uroczej i subtelnej), pięknie wyeksponował dziewiętnastowieczne seksistowskie podejście do kobiet jako głupich gąsek. A z drugiej strony… ludzie, naprawdę?

19.09.2017 – wtorek

Pierwszym wtorkowym koncertem było wykonanie Ghostland Pierre’a Jodlowskiego w Studiu ATM. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Moim podstawowym problemem z tym spektaklem była nierówność. Z jednej strony niesamowicie dopracowane szczegóły w warstwie audiowizualnej, ujmujące pomysły muzyczne, fascynujące momenty, a z drugiej brak umiejętności ogarnięcia całości jaką powinien być utwór. Szkoda, że znakomity zespół, jakim jest Les Percussions de Strasbourg nie miał za bardzo możliwości pokazania swoich umiejętności. Przynajmniej tych muzycznych, bo aktorsko byli naprawdę fenomenalni. Wyszłam z koncertu w przeświadczeniu, że nie jestem pewna, czy średni, ale w tej średniości równy i spójny utwór nie jest w gruncie rzeczy lepszy, niż utwór, który jest fantastyczny, ale tylko fragmentarycznie. Może się nie znam, ale wydaje mi się, że kompozycja całości (muzycznej kompozycji) jest równie ważną kompozytorską umiejętnością, jak samo pisanie utworu. A od dawna czuję, że pan Jodlowski jej jeszcze niestety nie posiadł.
No ale to było niczym w porównaniu z koncertem, który był wg mnie absolutnym nieporozumieniem, czyli nocnym występem zespołu Decoder Ensemble. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Pięć fatalnych kompozycji (Munterdorf, Hurt, Koroliov, Hülcker, Schubert), które brzmiały jak prace zaliczeniowe z samego początku studiów. Nie mogłam uwierzyć, że coś tak niedopracowanego i złego jest naprawdę grane na Warszawskiej Jesieni – festiwalu o ogromnej renomie i tradycji. Naprawdę po niemal trzech dekadach uczestnictwa w tym festiwalu i osłuchania – głównie dzięki tacie – z najlepszymi kompozycjami w historii muzyki współczesnej umiem odróżnić, co jest dobre, a co jest ściemą. Oczywiście nie wszystkie dobre utwory mi się podobają, a niektóre złe czasem chwytają mnie za serce, nie mniej jednak nie piszę tu o gustach, tylko o obiektywnej wartości utworów.
Drugi koncert był zbiorem atrakcyjnych dla młodej publiczności miernych kompozycji, w których było pełno odwracania uwagi od defektów kompozytorskich. Jeśli nie mamy pomysłu, a utwór jest zbyt krótki, by go uznać za skończony – ciepnijmy wizualizację ze śmiesznym psem (czy czymkolwiek był główny bohater). Niech do tego muzycy sobie pokrzyczą, pani zza wiolonczeli coś tam sobie pofałszuje à la jazzowo i wszyscy się będą cieszyć. Ok, ale czy serio akurat na 60. WJ?
Żeby oddać jakąś sprawiedliwość, ASMR *contemporary music ensemble* [tapping] [scratching] [brushing] [whispering] Neo Hülcker było dość ciekawe, bo wydarzył się jakiś pomysł. Pomysł się niestety dość szybko rozmył i zostało zjadanie własnego ogona. A szkoda, bo to miało szansę być wybitne. No i ostatni utwór – Sensate Focus Alexandra Schuberta właściwie tak samo. Była i energia i doskonałe wykonanie, synchronizacja, myśl przewodnia, nerw, jednak znowu stało się to samo, co u Hülcker i także to, co się dzieje u Jodlowskiego – brak umiejętności zorganizowania całego czasu i przestrzeni utworu. Dobre pomysły i najgenialniejsze momenty nie sprawią, że cały utwór będzie dobry, jeśli będą tylko małymi pomysłami i małymi momentami. Bardzo to jest wszystko smutne…

20.09.2017 – środa

Żeby tak dużo nie narzekać, chętnie wspomnę też o naprawdę mocnej i znakomitej środzie, podczas której były dwa naprawdę świetne koncerty. Wreszcie bez żadnego wideo i innych przeszkadzaczy, uczciwy, piękny (również, jeśli chodzi o kompozycję programu) koncert w Studiu S1 (Baird, Henrich, Kwieciński, van der Aa, Saunders). (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Bardzo różnorodny, bardzo ciekawy, znakomicie wykonany, pobudzający do refleksji. Każdy utwór zupełnie inny, kompletny, spójny.

Nie do końca rozumiem tylko nową koncepcję organizacyjną, być może dobre maniery w tym sezonie już nie są modne, ale po utworze Tadeusza Bairda, panienka wręczająca muzykom kwiatki, niezwykle z siebie zadowolona, beztrosko zapytała publiczność:
– Przepraszam, czy jest na sali pani Bairdowa?
Zaczęłam się zastanawiać, czy gdyby była (nobliwa wdowa po kompozytorze, lat osiemdziesiąt), to by miała odpowiedzieć:
– Tak, tutaj jestem, już zbiegam!
Czy zapamiętanie, które miejsce się jej przydzieliło na zaproszeniu i wysłanie do tegoż panienki z kwiatkiem przekracza możliwości organizatorów? Może przekracza.

No a na deser, w ramach imprezy towarzyszącej, była prawdziwa uczta dla uszu i oczu, czyli TIS MW2 i Open Music Bogusława Schaeffera. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Pierwszy utwór ma już pięćdziesiąt cztery lata, drugi też nie młodzieniaszek, bo czterdzieści dwa i oba są tak nieprawdopodobnie ponadczasowe, doskonałe, a wręcz w dalszym ciągu niebywale nowoczesne (a MW2 w znakomitej formie!), że zrobiło mi się nawet troszkę przykro. Głównie dlatego, że tegoroczna WJ próbuje nam wmówić, że dziś nie pisze się już rzeczy genialnych, a przecież się pisze. Sama znam genialnych kompozytorów, którzy są albo w tym roku kompletnie pomijani albo grani zbyt mało. No nic, cieszmy się choć z tego wcześniejszego koncertu w Studiu S1, bo był naprawdę dobry! 😉

21.09.2017 – czwartek

W czwartek było jedno z największych wydarzeń tegorocznej WJ, czyli Le Noir de l’étoile Gérarda Grisey’a w Studiu ATM – utwór na sześciu perkusistów rozmieszczonych wokół publiczności, taśmę i retrasmisję sygnałów astronomicznych, wykonany przez fantastycznych Les Percussions de Strasbourg (którzy wreszcie mogli pokazać swoje umiejętności w doskonałym utworze!). (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Okazuje się, że mając do dyspozycji coś tak niesłychanie efektownego, jak kosmiczne dźwięki pulsarów (przetworzone na dźwięki słyszalne dla ludzkich uszu), można napisać utwór tak doskonały, że wspomniane pulsary będą w nim tylko atrakcyjnym dodatkiem, bez którego dzieło nie straci aż tak wiele. Utwór ma już dwadzieścia siedem lat…
Drugim czwartkowym koncertem były trzy utwory na cztery kontrabasy (w ostatnim pojawił się także akordeon ćwierćtonowy) z cyklu Warszawska Jesień Klubowo. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego trzy zamówienia Warszawskiej Jesieni grane są akurat w tym cyklu. Rozumiem ideę grania koncertów w lokalu, ale jej nie lubię, bo w praktyce to wygląda tak, że jeden gada, drugiemu nalewają piwo, trzeciemu robią kawę, a czwarty wchodzi w połowie utworu i słuchacz staje się nadrzędny wobec muzyki, podczas kiedy sama słuchaczem będąc, lubię się czuć niczym wobec wielkości utworu (i właściwie takie utwory, które umieją mnie zdominować, szanuję najbardziej). Być może tu tkwi w ogóle sedno mojego problemu z tegoroczną edycją festiwalu, ale o tym później.
Mamy więc cztery kontrabasy i utwory: Green Grass, yeah! Jana Duszyńskiego, Høstlått Håkona Thelina i Modulor Artura Zagajewskiego. Choć do tej pory nie rozumiem koncepcji akurat wykrzyczenia słów „green grass, yeah” (może się czepiam, ale nie rozumiem), podobało mi się oddanie treści samą formą (warstwa muzyczna naprawdę przywodziła na myśl trawę). Høstlått był niezwykle mroczny i intrygujący, więc bardzo mnie ujął, a Modulorz kolei  zdenerwował, podobnie jak za każdym razem Jodlowski, bo miał po znakomitym początku wszelkie zadatki, by być świetnym, dopóki nie pojawiło się w nim ciało obce w postaci drugiej części zupełnie w żaden sposób nie nawiązującej do pierwszej. Owszem, była chwytliwa, owszem, była łatwiejsza do słuchania przy piwie, ale czy na pewno o to chodzi w dobrej muzyce? No i czy na pewno członek komisji repertuarowej, grany już na inauguracji tegorocznej edycji, rzeczywiście powinien mieć zamówienie Warszawskiej Jesieni, zwłaszcza że nie jest ani Witoldem Lutosławskim ani Tadeuszem Bairdem ani Bogusławem Schaefferem, żeby wymienić tylko kilku członków komisji repertuarowej WJ w historii tego festiwalu? Tym bardziej, że podczas tegorocznego jubileuszowego festiwalu Lutosławskiego zagrano tylko raz i to utwór Fanfare for Los Angeles Philharmonic – niespełna minutowy drobiazg. Za to inny członek komisji repertuarowej, który dołączył do niej dopiero w tym roku, był grany aż dwa razy. I choć twórczość Pawła Hendricha szanuję, uważam, że gdzieś zgubiły się proporcje, dobre obyczaje i smak. Bardzo szkoda, że akurat przy tak ważnej edycji.

22.09.2017 – piątek

Dwa ostatnie dni festiwalu zaoferowały słuchaczom dwa dobre koncerty. W piątek w Studiu S1 usłyszeliśmy następujące utwory: … soft glass … M. Kolomiietsa, Przędzie się nić… IV T. Wieleckiego, Charleston F. Bedrossiana, Rdja M. Djordjević i Pièce concertante I. Yun. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie pierwszy utwór, w którym zaczęły się dziać niebezpiecznie tonalne rzeczy, ale była równocześnie tak wyraźna koncepcja całości i spójność, że sama siebie zaskoczyłam, stwierdzając, że właściwie bardzo mnie urzekł. Dwa utwory, które zdecydowanie podbiły moje serce, to “Rdja” i niesamowity “Charleston”. Cały koncert był bardzo różnorodny i ciekawy, a jednocześnie spójny.

23.09.2017 – sobota

Sobotni koncert finałowy był idealnym podsumowaniem tegorocznej Warszawskiej Jesieni, być może nawet bardziej, niż to zaplanowali organizatorzy. (TUTAJ PROGRAM KONCERTU)
Zaczęła go wspomniana fanfara Lutosławskiego Fanfare for Los Angeles Philharmonic. Skończyła się, zanim na dobre zamknęłam oczy. Potem przepiękne, magiczne In einem anderen Raum Anny Korsun i ciekawe The Cloud River na szeng i orkiestrę Wenchen Qin. Z przedostatnim utworem Fiori di Fiori Francesca Filidei, choć dostał owacje na stojąco (a może właśnie dlatego), miałam spory problem. Tak jak mnie urzekł do połowy, tak zatracanie się kompozytora w cytatach na coraz dłużej poruszyło moje agresywne struny. Ale nadal tak naprawdę nie wiem, co myślę o tej kompozycji. Wydaje mi się, że ją szanuję.
No i utwór zamykający festiwal, czyli Symphonic Piece Piotra Tabakiernika był mistrzowskim wręcz zwieńczeniem tej edycji Warszawskiej Jesieni. Kompozytor bez zadęcia i dopisywania specjalnie zawiłych pseudofilozofii, napisał utwór z jajem, w którym odkrywa przed słuchaczami, że słuchanie muzyki ma oprócz artystycznego, jeszcze jeden aspekt – aspekt rytualny, społeczny. I w kontekście dużo starszego od Tabakiernika kompozytora, granego kilka dni wcześniej – Tadeusza Wieleckiego, który najprawdopodobniej nie zdążył swojego utworu dopracować, a ośmielił się w programie stwierdzić, że niemal odkrył grę słowa, gestu i muzyki (czterdzieści lat po Dróżdżu i ponad pięćdziesiąt po Schaefferze, ale za to nieudolnie), myślę, że jakie czasy, takie odkrycia. Czasy dziadostwa, ściemy, niedouczenia, braku wiedzy, braku umiejętności skupienia. To się oczywiście nie zmieniło z dnia na dzień, ale nigdy wcześniej Warszawska Jesień nie była aż tak na czasie jak w tym roku. Niestety. Bardzo, bardzo wielkie rozczarowanie…

***

Recenzja jest gorzka, bo przelałam na papier cały ból, jaki sprawiła mi większość opisywanych koncertów. Jestem córką człowieka, który wiele lat był członkiem Komisji Repertuarowej WJ, a przez pewien czas pełnił nawet funkcję jej przewodniczącego (1974-79). Wiem jak ważna była dla niego idea kompozycji poszczególnych koncertów, a także całego festiwalu. Jak bardzo pochylał się nad tym, by wszystko do siebie pasowało i było wysmakowane. Przykro mi, że to, na co zwracał tak ogromną uwagę i co stanowiło o jakości tego wydarzenia (zresztą nie tylko przecież on jeden!) nagle przestało być ważne a nawet zauważalne.
Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że Warszawska Jesień ukształtowała moją wrażliwość muzyczną. Myślę, że właśnie dlatego jestem jej to winna – muszę mówić prawdę (że poziom w tym roku dramatycznie spadł), bo jedynie prawda ma siłę i moc sprawczą.