O poruszaniu się samochodem po Thassos

Ponieważ często do mnie piszecie na facebookowym fanpage’u mojego „Przewodnika po Thassos” i najczęściej pojawiającym się pytaniem jest to o możliwość wypożyczenia samochodu na wyspie, pomyślałam, że warto temu tematowi poświęcić jeden wpis.
Moje pierwsze doświadczenia związane z samodzielnym prowadzeniem samochodu miały miejsce właśnie na Thassos. Półtora roku wcześniej dostałam prawo jazdy, ale nie mając samochodu, nie bardzo mogłam ćwiczyć swoje nowo nabyte umiejętności. Wzięłam więc kilka lekcji z instruktorem tuż przed samym wyjazdem na Thassos i podekscytowana wreszcie samodzielnie wypożyczyłam samochód!
[Ponieważ dzisiejszy wpis jest dość długi, postanowiłam zrobić mu mały spis treści, który ułatwi szybkie poruszanie się po tekście, gdyby ktoś chciał do któregoś fragmentu po przeczytaniu całości wrócić.]

Spis treści:

  1. Dokumenty potrzebne do wypożyczenia samochodu na Thassos
  2. Gdzie najtaniej wypożyczyć samochód na Thassos?
  3. Gdzie najdrożej wypożyczyć samochód na Thassos?
  4. Ubezpieczenie samochodu – fakty i mity,
    jakie usłyszymy od rezydentów biur podróży
  5. Benzyna
  6. Tylko asfaltowe drogi albo jeep
  7. Limit kilometrów
  8. W razie wypadku

1. Dokumenty potrzebne do wypożyczenia samochodu na Thassos

Do wypożyczenia samochodu na Thassos wystarczy prawo jazdy kategorii B kraju Unii Europejskiej (obywatele krajów spoza Unii, np. Serbowie, muszą mieć międzynarodowe prawo jazdy, Polacy nie mają problemów).
Drugim ważnym warunkiem jest ten, że musimy je mieć od co najmniej roku.

2. Gdzie najtaniej wypożyczyć samochód na Thassos?

Od lat niezmiennie najtańszą wypożyczalnią samochodów na Thassos jest Speedy Rent a Car. Ma dwie lokalizacje na wyspie: w Skala Potamii oraz w Limenarii. Często z niej korzystałam jeszcze jako pasażer. Samochody nie są bardzo nowe (co tłumaczy cenę), ale są bezpieczne i wystarczające na tasyjskie drogi. Całkowity koszt wypożyczenia samochodu na jeden dzień to ok. 30 €. Cena bywa niższa na samym początku i końcu sezonu oraz jeśli wypożyczamy auto na kilka dni.
Druga, którą również mogę polecić i w której wypożyczyłam samochód już jako kierowca, to Potos Car Rentals. Jest trochę droższa (choć niedużo), za to jej plusem jest dużo większa liczba lokalizacji na wyspie: Potos, Limenaria, Astris, Skala Prinos, Limenas (Thassos Town) oraz Skala Panagia (Golden Beach). Choć wszystkie wypożyczalnie działają profesjonalnie i, w razie gdyby się nam cokolwiek przydarzyło (o czym – z autopsji – za chwilę), ich pracownicy bardzo sprawnie przyjeżdżają do swoich klientów, jednak w ścisłym sezonie dobrze wziąć pod uwagę ruch na drogach. A w związku z nim większa liczba lokalizacji na wyspie oznacza szybszy przyjazd pracownika wypożyczalni na miejsce w razie naszego wypadku. Całkowity koszt wypożyczenia samochodu na jeden dzień to ok. 40 €. Cena bywa niższa na samym początku i końcu sezonu oraz jeśli wypożyczamy auto na kilka dni.
Trzecią dość tanią wypożyczalnią jest Smart Rent a Car. Nie mam z tą wypożyczalnią właściwie żadnych doświadczeń – pewna polska para, która wypożyczała tam samochód, była bardzo zadowolona. Lokalizacje Smarta to: Skala Potamia, Potos i Limenas (Thassos Town).

3. Gdzie najdrożej wypożyczyć samochód na Thassos?

Na Thassos mamy też kilka wypożyczalni znanych i dostępnych na całym świecie, więc cieszących się również jakąś renomą. Ich podstawowym minusem jest wysoka cena wypożyczenia – od 60 € wzwyż za jeden dzień.
Pierwszą z nich jest Europcar, który na Thassos ma dwie lokalizacje: w Potamii i Limenas (Thassos Town).
Druga to Avis. Ma jedną lokalizację w pobliżu Limenas (Thassos Town).
Trzecia to Hertz z również tylko jedną lokalizacją – na obrzeżach Limenas (Thassos Town).

4. Ubezpieczenie samochodu – fakty
i mity, jakie usłyszymy od rezydentów
biur podróży

Jeśli jesteśmy na zorganizowanej wycieczce, a rezydent zdoła nas namówić do wydania pieniędzy na jakąś dodatkową atrakcję, jaką jest wycieczka fakultatywna czy właśnie wypożyczenie samochodu, przeważnie wiąże się to z prowizją, jaką za to dostaje. I jest to jak najbardziej w porządku… do momentu, kiedy zaślepiony wizją pieniędzy nie zaczyna okłamywać swoich klientów. Rezydenci są oczywiście różni, a ja, jeżdżąc z małą rodzinną firmą od lat, miałam najczęściej naprawdę dobre doświadczenia. Jednak niestety byłam też świadkiem szokującego zachowania rezydentki największego polskiego przewoźnika latającego na Thassos, która namawiając klientów do skorzystania z wypożyczenia samochodu w najdroższej na wyspie wypożyczalni, posługiwała się nieprawdziwymi, wyssanymi z palca informacjami na temat systemu ubezpieczeń w wypożyczalniach tańszych (dla porównania tańsze oferowały wtedy auto za 25 € dziennie, a rekomendowana przez rezydentkę wypożyczalnia brała za wynajem auta 65 € dziennie).
Bardzo jest zatem ważne, żeby wyjeżdżając – tak naprawdę gdziekolwiek – pamiętać, że na każdej wypożyczalni spoczywa obowiązek sprzedaży ubezpieczenia samochodu. I chociaż Grecja ma rzeczywiście dość liberalne podejście do zasad, gwarantuję, że nie ma fizycznej możliwości, żeby wypożyczyć samochód bez ubezpieczenia.
Niektóre wypożyczalnie stosują pewne triki, np. podając cenę samego wypożyczenia osobno (żeby zwabić klientów), a wszystkich dodatkowych obowiązkowych opłat osobno. Nie zmienia to jednak faktu, że nikt nie wypożyczy nam samochodu bez ubezpieczenia.
Kolejnym krzywdzącym tańsze wypożyczalnie mitem jest ten, że samochody, które nam oferują, stanowią zagrożenie na drodze. Owszem, są to samochody starsze i na pewno nie takiej urody czy jakości, jak w wypożyczalniach najdroższych, ale wszystkie są regularnie zabierane na obowiązkowe przeglądy i spełniają wszelkie normy. Znam temat od podszewki, przyjaźniąc się z ludźmi, którzy w wypożyczalniach na Thassos pracują. Wiem, jak wielki nacisk kładzie się tam na bezpieczeństwo.
Oczywiście wybór wypożyczalni i budżetu, jaki na wypożyczenie przeznaczymy, zależy tylko od nas. Rozumiem, że komuś może zależeć na najwyższym standardzie, i taki właśnie dostaniemy w wypożyczalniach najdroższych. Jednak z mojego osobistego doświadczenia i rozmów z ludźmi przyjeżdżającymi na Thassos wynika wyraźnie, że bezpieczeństwo jest dla nas tak samo ważne jak przyzwoita cena. A te warunki spełniają wypożyczalnie najtańsze.

5. Benzyna

Każda wypożyczalnia ma trochę inny system – jedna wypożycza nam auto z pełnym bakiem, inna z taką ilością benzyny, która pozwoli nam dojechać tylko do najbliższej stacji benzynowej. Zasada jest jednak zawsze ta sama: oddajemy auto z taką samą ilością benzyny, z jaką je wypożyczyliśmy. Czyli samochód wypożyczony z pełnym bakiem musi wrócić do wypożyczalni z pełnym bakiem, a ten z prawie pustym – wraca z prawie pustym. Płacimy więc jedynie za benzynę, którą faktycznie zużyjemy. Ceny benzyny są oczywiście zmienne, ale z moich doświadczeń wynika, że objedziemy wyspę dookoła (jeden dzień, 100 km) za ok. 23 €.

6. Tylko asfaltowe drogi albo jeep

Kolejną bardzo ważną rzeczą, o której trzeba pamiętać przy wypożyczaniu samochodu osobowego, jest absolutny, rygorystyczny zakaz wyjeżdżania nim poza drogi asfaltowe! Chodzi o ubezpieczenie podwozia. Zostaniemy o wszystkim oczywiście poinformowani na miejscu, ale myślę, że warto o tym wiedzieć już zawczasu.
Jeśli mamy ochotę dotrzeć autem np. do Giolli (zwanej okiem Zeusa, usytuowanej między Monasterem Archanioła Michała a Astris), Marble Beach, wyższych partii Kazaviti czy w góry, konieczne będzie wypożyczenie jeepa. Do niedawna na tej liście była także miejscowość Kastro (taka też informacja widnieje w moim przewodniku), jednak została już wybudowana znakomita droga asfaltowa z Limenarii, więc do Kastro spokojnie dotrzemy już zwykłym samochodem.

7. Limit kilometrów

W większości wypożyczalni spotkamy się z tzw. limitem kilometrów. Polega on na tym, że w ciągu jednego dnia możemy w cenie wypożyczenia przejechać tylko 100 km, czyli dokładnie całą wyspę dookoła. Za każdy przekroczony kilometr naliczana jest dopłata w wysokości 0,20 – 0,25 €. W niektórych wypożyczalniach limit kilometrów znika przy wypożyczeniu na dwa dni, w innych na trzy. Ale 200 km na dwa dni to aż nadto.
Jeśli chcemy naprawdę porządnie zwiedzić wyspę bez pośpiechu i zarówno objechać ją dookoła, jak i wyruszyć w jej głąb, czyli wybrać się do Theologos czy Kastro, uważam, że najlepiej jest wypożyczyć samochód na dwa dni. Zmieścimy się w kilometrach, nie będziemy zmęczeni, no i najważniejsze – dwa dni jazdy to dwa obiady! A naprawdę odmówienie sobie koziny w Theologos jest grzechem, a przecież jeszcze pozostaje doskonałe spaghetti w Limenarii! ❤

8. W razie wypadku

Niestety tę część piszę ze swojego bogatego doświadczenia, obejmującego dwa dni, na które wypożyczyłam samochód. Przede wszystkim, w jakie byście tarapaty nie wpadli, pod żadnym pozorem nie ruszajcie samochodu, jeśli zdarzy się wam jakakolwiek, choćby najmniejsza stłuczka czy kolizja. Musicie wyjąć kluczyk ze stacyjki, zadzwonić na podany (i podkreślony) w umowie z wypożyczalnią numer (miejcie tę umowę zawsze przy sobie), wyjaśnić co się stało, i czekać do przyjazdu pracownika wypożyczalni (dlatego sugeruję przy wyborze wypożyczalni wziąć pod uwagę liczbę lokalizacji na wyspie). Wiem, że możemy być w szoku, ale bardzo ważne jest to, żeby zapamiętać, że nie wolno nam ruszać samochodu.
A jeśli chcecie się ze mnie pośmiać, to opowiem o swoich trzech momentach grozy. Pierwszy z nich był zaraz za Skala Potamią, z której kierowałam się na Aliki. Z jakiegoś powodu pomyślałam, że dam radę się zatrzymać przy punkcie widokowym po lewej stronie, co wymagało ode mnie wjechania na pas przeciwny. Zrobiło się dosyć gorąco, kiedy się dosłownie zaklinowałam w poprzek na szerokość obydwu pasów, a akurat zarówno za mną, jak i przede mną, z przeciwnej strony, nadjechały dwa auta. Jakoś sobie poradziłam, ale niedoświadczonym kierowcom nie polecam wjeżdżania na pobocza, które nie są w najbliższym sąsiedztwie naszego pasa.
Druga sytuacja tego samego dnia przydarzyła mi się w Limenas (Thassos Town), kiedy nie zauważyłam zakazu wjazdu (do dziś twierdzę, że albo go tam w ogóle nie było, albo ukrył się za krzakiem) i władowałam się pod prąd w chyba najwęższą jednokierunkową ulicę tego miasteczka. Zorientowałam się dopiero w na samym jej środku i gdyby nie niesamowity i przeuroczy Grek, który widząc rozpacz na mojej twarzy, wysiadł ze swojego samochodu i zaproponował, że wyprowadzi mój, a potem zrobił to właściwie trzema niesłychanie sprawnymi ruchami, to pewnie siedziałabym w tym samochodzie, próbując wykręcić, do dzisiaj.
No a następny dzień moich wojaży zaczęłam od pojechania do cudownej piekarni w Skala Potamii tradycyjnie po pie z szynką i serem oraz kefir i przy parkowaniu (przodem!!!) wjechałam w auto pana właściciela piekarni. Na szczęście nie jakoś bardzo mocno. Oczywiście zadzwoniłam od razu do swojej wypożyczalni, pracownik pojawił się na miejscu po pięciu minutach i wyjaśnił właścicielowi piekarni i poszkodowanego samochodu, że rysa zrobiona przeze mnie jest bardzo mała, a wszystkie pozostałe są stare, i że właściwie ta nowa doskonale wpisuje się w ten krajobraz. Zawisło nade mną niebezpieczeństwo zapłacenia 50 €, bo wina była ewidentnie moja, ale wszystko zależało od decyzji drugiej strony. Pan piekarz chwilę się zastanowił, podrapał po głowie i w końcu powiedział: „fuck it”, czyli w wolnym tłumaczeniu: „spuśćmy na to zasłonę milczenia”. Kupiłam trzy paje i zapas kefirów do końca pobytu.

Wszystkie praktyczne informacje, które podałam wyżej, zostaną wam bezpośrednio przekazane na miejscu przez pracownika wypożyczalni. Jednak po pierwsze jest ich trochę, a po drugie na miejscu zostaną przekazane w języku angielskim, więc pomyślałam, że warto mieć je spisane również po polsku 😉

Jeśli kochasz Thassos,
podoba Ci się jak piszę i nie masz jeszcze
„Przewodnika po Thassos” mojego autorstwa
– zachęcam do zakupu:

baner Przewodnika po Thassos

P.S. Stworzyłam dla was mały filmik z moich pierwszych samodzielnych samochodowych wypraw po Thassos, okraszony zaśpiewanym przeze mnie coverem greckiej piosenki „Για ενα της φιλι”, którą oryginalnie wykonuje Νικος βερτης. Film ten uświadomił mi, że być może nie byłam aż taką królową szos, za jaką się uważałam, ale jak na pierwszy raz nie było chyba najgorzej. Tak czy tak, zarówno sztukę prowadzenia samochodu, jak i śpiewania po grecku, będę jeszcze aktywnie doskonalić! 😉

P.S. 2 Sugeruję ustawienie sobie na kole zębatym jakości HD.

„Błękitne niebo i czarne oliwki” John & Christopher Humphrys

tłumaczenie: Marta
Kielczewska-Konopka

wydawnictwo: Pascal
rok wydania: 2011
oryginalny tytuł: Blue Skies
& Black Olives

Kiedy w 2006 roku słynny brytyjski dziennikarz telewizyjny i radiowy związany z BBC – John Humphrys – postanowił kupić i odremontować stary dom na Peloponezie z oszałamiającym widokiem na Morze Egejskie, by spokojnie spędzać tam swoją emeryturę, nawet nie przypuszczał, na co się porywa. Prawdopodobnie wyszedł z założenia, że skoro jego syn, Christopher Humphrys, wżenił się w grecką rodzinę i już od kilku lat mieszka na stałe w Atenach, wszelkie ewentualne kulturowe problemy zostaną szybko rozwiązane; że jak w większości cywilizowanych krajów, budowa domu jest kwestią znalezienia solidnej ekipy fachowców, ceny i czasu. Nie wziął pod uwagę jednego drobnego szczegółu – greckiej mentalności. A ta jest materiałem na osobną książkę, liczącą wiele opasłych tomów.
Tak właśnie powstało „Błękitne niebo i czarne oliwki” – zabawna, lekka, doskonale napisana (choć redakcja i tłumaczenie pozostawiają niestety wiele do życzenia) powieść ojca i syna o zderzeniu brytyjskiej elegancji, konkretności i powściągliwości z greckim nieokrzesaniem. Cudowne brytyjskie poczucie humoru Johna Humphrysa, jego przepyszny sarkazm i ironia wobec Greków, z którymi przyszło mu mieć do czynienia, połączone z lekkością stylu – będącego między młotem a kowadłem i odrobinę znużonego walijskością ojca – Christophera Humphrysa, to połączenie doskonałe.
Książka bawi do łez, ale nie jest głupkowata. Bije od niej – mimo oczywistych momentów utraty wiary – mnóstwo ciepła i miłości do Grecji, a najlepszym jej podsumowaniem są dwa pierwsze zdania wstępu:

Sądzę, że obaj z Christopherem powinniśmy podziękować
(choć przez zaciśnięte zęby) wielu rozmaitym budowniczym w Grecji,
którzy w ciągu czterech ostatnich lat na wszelkie sposoby doprowadzali
nas do szału. Bez nich nie powstałaby żadna książka.

– John Humphrys „Błękitne niebo i czarne oliwki”

Brak reakcji jest reakcją… niegrzeczną

fot. Valantis Nikoloudis

1. Brak reakcji

Każdy z nas pewnie przynajmniej raz w życiu czekał na jakąś reakcję (jaka by miała nie być, choć z nadzieją, że będzie pozytywna): wysłaliśmy komuś piękny, długi list, otwierając swoje serce i duszę lub wręczyliśmy płytę z naszą muzyką, własny wiersz, obraz, artykuł na nasz temat, nasze zdjęcia, czy nawet podzieliśmy się piosenką, która nas bardzo poruszyła – podstawmy sobie cokolwiek, co będzie nam bliskie – i nie doczekaliśmy się, kolokwialnie mówiąc, ani me, ani be ze strony adresata.
Co wrażliwsi z nas się tym przejęli bardziej, co mniej wrażliwi uznali to za pewną normę, a ja dziś chciałabym udowodnić, że ani jedna z tych reakcji nie jest reakcją dobrą dla nas samych.
Po pierwsze, zastanówmy się, czym tak naprawdę jest brak reakcji. Wielu osobom wydaje się, że jest po prostu żadną reakcją, więc nie ma też żadnego znaczenia. I tu jest właśnie pies pogrzebany, gdyż brak reakcji jest reakcją i to jedną z tych najbardziej plugawych, bo jest zignorowaniem drugiej osoby i okazaniem jej braku szacunku. I nie mają tu znaczenia ani intencje, ani „co się miało na myśli” – każda dobrze wychowana osoba wie, że brak odzewu, kiedy druga strona ma prawo na niego liczyć, jest niegrzeczny.
W myśl zasady, by traktować innych tak, jak siebie samych, uważam że trzeba również od innych wymagać tak samo, jak wymagamy od siebie (co się bardziej tyczy najbliższych, niż tych, z którymi stykamy się z przymusu jedynie na niwie np. zawodowej – w drugim wypadku sugerowałabym skupienie się na oczekiwaniach jedynie od siebie).
Pewnie jest już jasne, czemu uważam, że uznanie takiego zachowania za „normę” jest kiepskim pomysłem – jeśli zależy nam na tym, żeby świat wokół nas był piękny i wartościowy, naszą normą powinny być zachowania związane z szacunkiem, a nie jego brakiem. Czemu jednak napisałam, że zbyt duże przejmowanie się tym również nie jest dla nas dobre? Dlatego, że tracimy energię, która jest cenna i którą moglibyśmy spożytkować na milion innych pięknych i ważnych rzeczy. Nie unikniemy w życiu oczywiście smutków i przykrości, a osoby wrażliwe cierpią podwójnie. Nie da się też na zawołanie przejść do porządku dziennego nad czyjąś ordynarnością, jaką jest w tym wypadku brak odzewu. Można jednak próbować wypracować w sobie dystans, dzięki któremu oprzemy się na faktach, odrzucając nasze ich interpretacje. Jeśli ktoś milczy, to faktem jest tylko to, że milczy, a także to, że jeśli nie utknął na środku pustyni lub w Alcatraz i nie jest odcięty od świata oraz zdobyczy technologii, takich jak: telefon, faks, internet czy kartka papieru i dostęp do urzędu pocztowego, to może nie milczeć. Interpretacje typu: „pewnie jest zbyt zajęty” lub „pewnie jest na mnie o coś zły” są nie fair wobec nas samych. Czemu decydujemy się poświęcać komuś, kto nas nie szanuje jeszcze więcej czasu i energii, niż te, które już mu daliśmy i które on bezczelnie zignorował? Czemu to sobie robimy?
Oczywiście różne są sytuacje, różne są relacje. Jeśli zależy nam na jakiejś  bardziej, warto uświadomić drugą stronę (choć wychowywanie osoby dorosłej to dość karkołomny pomysł), które jej zachowanie nie jest dla nas akceptowalne. Liczmy się jednak z tym, że wszystko się zmienia (o czym też pisałam w tekście „Przyjaźń bez zobowiązań”), a nasze relacje mają nam pomagać w stawaniu się lepszym człowiekiem, a nie to utrudniać. Konieczność zaakceptowania czyjegoś permanentnego lekceważenia nas, oddala nas od stawania się lepszym człowiekiem, a nie do niego przybliża.

2. Uczciwość przede wszystkim

A jeśli to my jesteśmy w sytuacji, w której ktoś obdarował nas czymś dla siebie cennym (listem, swoją twórczością, cudzą ważną dla niego twórczością, etc.), a my:

a) nie mamy w danym momencie (i do końca np. najbliższego maja) czasu i energii, by zapoznać się z tym z należytą uwagą,

b) zapoznaliśmy się z tym od razu, ale z jakiegoś powodu to nam się nie podoba albo wręcz budzi nasz sprzeciw, a nie za bardzo umiemy i chcemy powiedzieć o tym wprost?

Myślę, że kluczem jest tu, jak zawsze, uczciwość względem zarówno nas samych, jak i drugiego człowieka. Jeśli nie masz czasu – powiedz, że nie masz czasu i jak już go będziesz mieć, wtedy się odezwiesz, a potem dotrzymaj słowa. Tym samym druga osoba nie poczuje się zignorowana, a ty się wywiążesz ze swoich zobowiązań.
Jeśli okazało się, że wobec czegoś ważnego dla bliskiej ci osoby jesteś obojętny lub nastawiony negatywnie, to naprawdę znalezienie w tym chociaż trzech pozytywów lub neutralnych wartościująco cech nie jest niemożliwe. Nie trzeba wcale kłamać, by powiedzieć coś dość miłego lub neutralnego na temat czegoś, do czego jesteśmy sceptycznie nastawieni. Czy irytująca nas, a bliska sercu naszego przyjaciela, piosenka nie może być oryginalna, dobrze zrealizowana czy fajnie zaśpiewana? A książka, która nas znużyła i której w ogóle nie zrozumieliśmy nie może mieć ładnej szaty graficznej, wysmakowanego fontu lub nie może imponować swoją grubością?
A jeśli druga osoba jest nam bardzo bliska i czeka na rzeczową, konstruktywną krytykę na przykład własnej twórczości, a my nie możemy, pozostając w zgodzie z sobą, powiedzieć jej w tym wypadku niczego miłego, bądźmy merytoryczni i delikatnie wyjaśnijmy dlaczego to do nas nie trafia (oczywiście zawsze zaczynając od trzech pozytywów).

3. Dwustronność

No i ostatnia sprawa, czyli fakt, że to działa w obie strony. Jeśli ktoś nas regularnie ignoruje, warto się zastanowić, czy przypadkiem każda ze stron nie ma zupełnie innej wizji waszej relacji lub wręcz czy ta relacja w ogóle istnieje poza naszą głową. Być może nie i wtedy naprawdę nie warto zbyt dużo dawać. Czasem brak reakcji jest reakcją bardzo celową, mającą dać nam do zrozumienia, że ktoś nie chce od nas przyjąć tego wszystkiego, co chcemy mu dać. Trzeba to uszanować.

Na deser gorąco polecam obejrzenie podlinkowanego poniżej filmiku, w którym Iyanla Vanzant mówi o czerwonych lampkach, które powinny się nam zapalić w większości relacji międzyludzkich, a które często ignorujemy. Dodałabym od siebie do tej listy właśnie brak reakcji, kiedy na nią czekamy –
ding, ding, ding, ding – red flag!!!

Wszyscy jesteśmy językoznawcami i językoznawczyniami

fot. Jan Lewandowski

Od czasu do czasu mamy w naszym kraju wysyp ekspertów z jakiejś wybranej dziedziny – np. savoir-vivre’u, medycyny czy ekonomii. Językoznawstwo nie jest w tym odosobnione, zatem zdarza mi się z rozbawieniem obserwować przedziwne językowe teorie wypowiadane przez laików w myśl zasady:

Nie znam się, więc się wypowiem.

– zasada, w myśl której wypowiadane są różne dziwne teorie

Kiedy więc przyjdzie już pora na językoznawstwo właśnie, co jakiś czas powraca temat wcale już nie taki świeży, czyli żeńskie końcówki w nazwach zawodów i stanowisk piastowanych przez kobiety. Z jednej strony zasady wydają się być bardzo proste: większość zawodów i stanowisk posiada zarówno formę męską, jak i żeńską, które są tak samo poprawne. (Z niektórymi żeńskimi jesteśmy zaznajomieni bardziej, jak np. „nauczycielka” czy „malarka”, z innymi mniej, jak „filolożka” czy „naukowczyni”, więc nas czasem rażą czy śmieszą, ale fakt faktem, są poprawne, a z tym ciężko dyskutować.) Do tego, jak to na ogół z językiem bywa, mamy dość sporą dowolność i możemy sobie spośród szerokiego wachlarza form poprawnych wybrać do używania tę, która się nam najbardziej podoba. Nie będę się zajmować rozstrzyganiem, która forma z poprawnych jest „lepsza”, bo to oczywiście niedorzeczne. Zwróciłam jednak uwagę na pewne zjawisko, którą rozpoczęła głośna sprawa, mianowicie publiczne przyznanie się do preferowania formy „ministra” przez pewną ministrę. Żeby być precyzyjną, muszę dodać, że dziennikarz przeprowadzający wywiad zapytał ją, jak by wolała, żeby się do niej zwracać, podając kilka poprawnych słownikowo form (w tym „ministrę”), a ona grzecznie odpowiedziała, że wolałaby, żeby się do niej zwracać „ministra”. Wydawałoby się, że trudno znaleźć mniej kontrowersyjne wydarzenie w programie publicystycznym, a jednak…
Okazało się, że ruszyła lawina. Nagle każdy Polak poczuł się językoznawcą, niezależnie od wykształcenia, ilorazu inteligencji, profesji, klasy społecznej, wieku czy płci. Oto wszyscy nagle zjednoczyli się w jednym wielkim Je suis Językoznawca i Językoznawczyni. Z tym, że po polsku, czyli powstały dwa obozy: Obóz Obrońców Ministry i Obóz Prześmiewców Ministry.
Patrzyłam na to najpierw ze śmiechem, a potem z rosnącym niepokojem, jak mała jest nasza społeczna świadomość językowa. Dlaczego?

a) Po pierwsze dlatego, że jeśli jakaś forma jest poprawna, to jest poprawna i koniec. To przekreśla sens jakiejkolwiek dyskusji na jej temat.

b) Po drugie dlatego, że to język jest dopasowany do nas, a nie my do języka (na głębszym poziomie się z tym nie zgadzam, ale jesteśmy w tej chwili na najwyższej powierzchni) i skoro ktoś z pięciu poprawnych słów, którymi może siebie opisać, najlepiej utożsamia się z jednym z nich, to to jest jego wybór i jego sprawa. Słowa mają prawo się nam nie podobać i jedyne, co możemy z tym zrobić, to ich nie używać. I to zagadnienie też właśnie wyczerpałam w całości.

c) Po trzecie dlatego, że jeśli widzimy, że ktoś – może trochę na przekór oczekiwaniom, może trochę nawet odważnie – wybrał do używania słowo niepopularne i akurat bardzo nam ono przypadło do gustu, to naprawdę jeszcze nie jest powód, żeby wszystkie pozostałe cztery poprawne słowa określające to samo zdetronizować i wprowadzić jakiś terror używania tylko tego jednego.

Podejrzewam, że u jednej ze stron zagrał tu tzw. syndrom dziada borowego (czy też Janusza z wąsem), objawiający się zatwardziałością w przekonaniu, że „skoro przez czterdzieści lat to jakoś nikomu nie przeszkadzało, to tak powinno zostać, a nie… wydziwiają!”. Z kolei u drugiej ze stron prawdopodobnie zagrał najgorszy rodzaj źle pojętego feminizmu połączonego z niedouczeniem i niepotrzebnym nabuzowaniem. I kiedy tak jedna strona trwała w przekonaniu, że „ministra” brzmi idiotycznie, niepoważnie i groteskowo, bo powagi dodają urzędom tylko nazwy męskie, a druga, że określenie kobiety mianem „minister” (nawiasem mówiąc, „pani minister” przecież, a nie „pana minister”) jest seksistowskie, szowinistyczne, podłe i upokarzające i że docelowo po to są w języku żeńskie końcówki, żeby ich używać (biedni uciśnieni językowo Anglicy…), ja nieśmiało chciałabym zauważyć inną rzecz.
Rodzaj męski ma w języku polskim nie tylko mężczyzna i wszystko to, co go określa, ale również… CZŁOWIEK.
I kiedy przypomnimy sobie definicję słowa „człowiek”:

istota żywa wyróżniająca się najwyższym stopniem rozwoju psychiki
i życia społecznego;
reprezentant najlepszych cech ludzkich

– słownikowa definicja „człowieka”

a potem „kobiety”:

dorosły człowiek płci żeńskiej

– słownikowa definicja „kobiety”

to jakby widać, że: CZŁOWIEK ≥ KOBIETA

[opornym od razu tłumaczę, że tak samo CZŁOWIEK ≥ MĘŻCZYZNA, a kwestia zbiegu rodzajników obu tych słów w języku polskim naprawdę nie jest patriarchalnym spiskiem]

W związku z tym, mówiąc o swojej wyuczonej profesji, mam do wyboru dwa tak samo poprawne słowa: „językoznawca” oraz „językoznawczyni”, ale to, którego z nich użyję, zdradzi o mnie coś więcej – mianowicie, czy uważam, że definiuje mnie moja płeć, czy też fakt, że należę do gatunku ludzkiego.
W miarę możliwości staram się, mówiąc o sobie, używać jedynie męskich rodzajników, kiedy tylko mam taką językową możliwość,  nie będąc zwolennikiem ( 😉 ) przesadnego epatowania swoją płcią. Nie oznacza to jednak, że miałabym śmiałość wytykać innym kobietom poprawne używanie polszczyzny w sposób, który mi osobiście nie przypadł nigdy do gustu!
Tak więc apeluję o wypicie kubka melisy i spożytkowanie swoich wewnętrznych pokładów językowej energii do otworzenia się na język i jego zgłębienia, nie zaś zamykania się na niego w przekonaniu, że się wie o nim już wszystko. Mogę zagwarantować, że jeszcze przed każdym z nas ogrom wiedzy do przyswojenia!

„Czas. Przewodnik użytkownika” Stefan Klein

zdjęcie pochodzi z portalu Allegro

tłumaczenie: Krzysztof Żak
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 2009
oryginalny tytuł: Zeit – der Stoff aus dem das Leben ist

„Czas. Przewodnik użytkownika” to jedna z najbardziej ożywczych i inspirujących pozycji, jakie ostatnio przeczytałam. Stefan Klein w przystępny i lekki sposób, doskonałym językiem, opisuje zagadnienie bardzo złożone. Ile tak naprawdę istnieje równocześnie czasów? Jak bardzo czas może być elastyczny i subiektywny? Autor odpowiada na te pytania, zarówno wnikliwie analizując przykłady niesamowitych eksperymentów związanych z ludzką percepcją czasu, jak i opisując najciekawsze udokumentowane zaburzenia pracy mózgu, których skutkiem było kompletnie odmienne od „zdrowego” postrzeganie czasu przez osobę chorą.
Dla mnie samej cudownym odkryciem podczas lektury było to, że nie jestem jedyną osobą na świecie, która widzi, że nieprawdziwe jest powszechne przekonanie, że:

na długo wyczekiwanych wakacjach czas zlatuje szybciej.

– powszechne przekonanie, które nie jest prawdziwe

To, jak nam zlatuje, zależy tylko i wyłącznie od naszego nastawienia, wykonanej nad tym umysłowo pracy i świadomości, jak byśmy chcieli go postrzegać. Stefan Klein też to dostrzega.
Książka, choć napisana przez fizyka, perfekcyjnie łączy ze sobą aspekt psychologiczny, fizyczny, a nawet filozoficzny, płynnie się między nimi poruszając. Jest prawdziwym kompendium wiedzy o czasie.

P.S. Na deser, ponieważ wierzę, że wszystko ma swój początek w języku, coś z zakresu językoznawstwa – jedna z moich ulubionych definicji związku frazeologicznego zabijać czas:

Czyli: robić coś z nudów, żeby czas się nie dłużył. W naszych stosunkach z tym jedynym prawdziwym wrogiem jest coś ze stosunków między myśliwym i zwierzyną, przy czym role się zmieniają.
Albo to my gonimy czas, albo to czas nas goni. Kiedy czas nas dogoni, sprawi, że nas już nie będzie: nadejdzie nasz czas, i minie – czas nas w pewnym sensie zabija. Kiedy my czas dogonimy, to my go zabijamy. Jest go za dużo i trzeba coś z nim zrobić. Ale żeby aż zabijać?
– prof. Jerzy Bralczyk

Zajmij się jedną rzeczą, a dobrze, czyli humanizm naszych czasów

fot. Jan Lewandowski

Prawdopodobnie nietrudno zgadnąć – patrząc na wszystkie moje zainteresowania, którym ten blog jest poświęcony – jaki mam stosunek do powyższego sformułowania. Dyplomatycznie rzecz ujmując, niechętny.

– To się w końcu weź zdecyduj: piszesz prozę, zajmujesz się badaniem języka, piszesz, śpiewasz i nagrywasz własne piosenki (a nawet płyty), gotujesz i prowadzisz blog kulinarny, pozujesz do wymyślanych przez siebie sesji fotograficznych, chcesz zwiedzać świat, fascynuje cię kryminologia i dojeżdżasz na to całe Koło Naukowe Kryminalistyki UJ, czy jednak zwycięża fascynacja Grecją i planujesz tam zamieszkać, więc uczysz się języka na poważnie?
– Przecież już zdecydowałam – robię to wszystko.

– dialog z ludźmi, którzy raczej nie zostają moimi kolegami

1. Kolejne zainteresowanie?!
Chyba raczej słomiany zapał!

Oczywiście oprócz swoich zainteresowań stałych, mam też tymczasowe, które przychodzą i odchodzą (czasem odchodzą na zawsze, czasem, by się znów za jakiś czas przypomnieć). Był taki moment, w którym moja fascynacja Islandią tak przybrała na sile, że rozpisałam sobie roczny plan czytania książek: najpierw o Islandii, potem beletrystyki autorów islandzkich, sag, a na końcu podręczników językoznawczych o gramatyce języka islandzkiego (właściwie udało mi się, nie bez trudu, dotrzeć tylko do jednego), co miałam połączyć z podstawowym kursem tegoż języka. Plan udało się zrealizować prawie w całości. Poległam na nauce islandzkiego. Kiedy zorientowałam się, że pomimo posiadania słuchu muzycznego, po raz dwunasty z rzędu nie jestem w stanie powtórzyć za lektorem kolejnych słówek,  uświadomiłam sobie, że opanowanie tego języka nie jest mi najwyraźniej dane. Poprawnie umiem powiedzieć jedynie: goszczące na moich plecach:

plecami nNi

vertu góður við mig (bądź dla mnie dobry) oraz góða nótt, sofðu rótt (dobranoc, śpij dobrze), po których to słowach mój królik Psubrat zawsze momentalnie zamyka oczka.
Reakcja kogoś z otoczenia na mój islandzki czas? Walcowate:

 

odbiło ci z tą Islandią!

– przykładowa reakcja na moje zainteresowanie tymczasowe

Ciągle moim marzeniem jest podróż do ojczyzny niepowtarzalnej Björk. Mam nadzieję, że uda mi się je kiedyś zrealizować.
Czy jednak cała ta moja islandzka przygoda była tylko słomianym zapałem? Chyba nie, a jeśli nawet ktoś tak to czuje, to czy coś w tym złego? W krótkim czasie przyswoiłam bardzo dużo fascynujących informacji, dzięki którym, jeśli spotkam kiedyś na swojej drodze kogoś, kto ma rozległą wiedzę na temat Islandii, będę mieć jakikolwiek punkt zaczepienia w rozmowie z nim, a nie siedzieć ciemna jak tabaka w rogu. Nie deklarowałam jednak nigdy, że zabieram się za pisanie doktoratu z tej dziedziny.
Innym przykładem są słynne wśród moich najbliższych nNotatki dotyczące tekstów filozoficznych, które co jakiś czas ktoś mi podrzuca. (Być może kiedyś opublikuję tu jakieś, jeśli zrozumiem, co miałam w trakcie ich pisania na myśli.) To przeważnie intensywny dla mojego mózgu tydzień, w którym czytam i analizuję jakiś tekst,  a potem, ze swoim upodobaniem do tabelek i kolorowych mazaków, robię notatki z tego, jak go rozumiem. To mnie wprowadza w coś w rodzaju twórczego transu, w którym nagle zaczynam rozumieć dużo więcej (stąd brak pewności, czy dziś coś z moich nNotatek będzie dla mnie jasne). Jednak znowu – nikomu nigdy nie obiecywałam, że w związku z tym, że lubię od czasu do czasu powytężać w ten sposób swój umysł, nagle rzucę wszystko i zacznę studiować filozofię.
Czy więc fascynacje tymczasowe są jakąś formą zdrady fascynacji stałych? No i czy tymczasowość jakiejś fascynacji przekreśla jej wartość? Odpowiedź twierdząca na którekolwiek z tych pytań kompletnie by mnie zdumiała.

2. Albo…, albo…

Mam wrażenie, że uwierzyliśmy, że istnieją jedynie dwa możliwe rozwiązania większości sytuacji, w których się znajdziemy (albo coś, albo coś odwrotnego) i w ogóle nie bierzemy pod uwagę miliona całkiem innych wariantów.

– Nie możesz mieć ciastka i zjeść ciastka!
– To ja zjem jedno na miejscu, a drugie proszę mi zapakować.

– moja rozmowa z ludźmi, którzy wierzą w mit o jednym ciastku

Jednym z przykładów na nasze złudzenie wyboru jednego z dwóch jest sytuacja, w której zmieniam fryzurę. Robię to dość często, więc osoby, z którymi spotykam się tylko raz w roku na jakichś uroczystościach, niemal za każdym razem widzą mnie w nieco innym wydaniu. I mam wrażenie, że stawiają sobie za punkt honoru wybranie, czy wolą mnie w nowej czy też starej fryzurze. Zupełnie, jakbym nie mogła wyglądać fatalnie w obydwu. Albo jakbym wyczerpała jakiś nieistniejący limit podobania się im, gdyby przypadkiem przypadły im do gustu obie moje fryzury. Zupełnie, jakby moja zmiana fryzury miała u mnie wynikać z potrzeby zanegowania swojego poprzedniego wyglądu, a wokół tych wyglądów musiały się utworzyć jakieś wrogie obozy. Oczywiście piszę to wszystko trochę z przymrużeniem oka, bo nikt normalny nie poświęca włosom (zwłaszcza cudzym) jakiejś znaczącej ilości czasu, jednak mechanizm wyboru czegoś albo czegoś jest na tym przykładzie mocno widoczny.
Kolejnym, niestety nieśmiertelnym, przekonaniem jest podział umysłu na ścisły i humanistyczny. (Co dosyć bawi, kiedy przypomnimy sobie ideę humanizmu edukacyjnego i „pięć okien duszy” Williama Torreya Harrisa, wśród których oprócz literatury/sztuki Harris wymienił także matematykę). W ślad za tym idzie zadziwiająca pewność, że dziecko w szkole może być dobre albo z matematyki, albo z polskiego. Sama miałam w liceum dwójkę z polskiego ze względu na pisanie, a z kolei piątkę z matematyki za niebywałe osiągnięcie na skalę naszej klasy, jakim było regularne odrabianie prac domowych. Równocześnie pisanie (co prawda niezadowalające mojego nauczyciela, ale sprawiające mnie samej przyjemność) szło mi bez większego trudu, natomiast matematyka wymagała ode mnie jakichś nakładów pracy. Głównie z korepetytorem. Ten zresztą, kiedy mu ogłosiłam wspaniałą nowinę, że postanowiłam zdawać matematykę na maturze (zdawałam ją jeszcze w czasach, kiedy można było dokonać innego wyboru), złapał się za głowę, nie pozostawiając złudzeń, co naprawdę myśli o moim wrodzonym matematycznym talencie, jednak dopięłam swego i zdałam maturę całkiem przyzwoicie.
Czy jednak w związku z tym, że osiągnięcie wyników poprawnych w matematyce zajęło mi więcej czasu i energii, niż osiągnięcie wyników świetnych w zakresie filologii polskiej bez specjalnego wysiłku (prof. Bralczyk na studiach nie potwierdził wspomnianej opinii polonisty z liceum o moim pisaniu), oznacza, że muszę się schować do jakiejś szuflady z napisem HUMANISTA i udawać, że nie lubię liczyć czy że matematyka nie wydaje mi się niesłychanie szlachetną, a równocześnie praktyczną dziedziną? Lub – co gorsza – powinnam założyć, że mój mózg z jakiegoś powodu nie przyswaja zagadnień „ścisłych” i go w tym kierunku nie stymulować wcale? Nie jestem dla siebie aż tak okrutna.

3. Jedna rzecz, a dobrze, czyli epoka ekspertów

No i przede wszystkim skąd pewność, że jeśli się będziemy zajmować tylko jedną dziedziną, to będziemy w niej dobrzy, a jeśli większą liczbą, to już nie? Można przecież poświęcić całe swoje życie jednej rzeczy i być w niej mimo wszystko średnim (jak, podejrzewam, byłoby ze mną i islandzkim czy chemią), a można też robić wiele rzeczy i każdą z nich świetnie. Doskonałym przykładem drugiego wariantu jest jedna z moich ukochanych artystek – Laurie Anderson (malarka, rzeźbiarka, kompozytorka, wokalistka, skrzypaczka, pisarka, reżyserka i performerka). Często powtarza w wywiadach:

Kiedy mnie pytają, co poradziłabym młodym początkującym artystom, odpowiadam, że przede wszystkim nazwanie się „artystą multimedialnym” – nikt dokładnie nie wie, co to znaczy, a łatwo dzięki temu uniknąć zaszufladkowania w jakiejś jednej dziedzinie.

– Laurie Anderson

Wykształcone osoby z pokolenia naszych dziadków mają na ogół naprawdę rozległą wiedzę zarówno z zakresu swojej specjalizacji, jak i tzw. wiedzę ogólną. Często oprócz tego, jeśli mieli za młodu jakieś hobby, można się od nich bardzo dużo dowiedzieć jeszcze na temat wybranej przez nich dziedziny.
Dziś coś się zmieniło w myśleniu o przyswajaniu wiedzy i mam wrażenie, że żyjemy w epoce ekspertów wąskich specjalizacji. Jeden z moich wykładowców śmiał się, że mamy dziś specjalistów od prawego ucha, którzy rozłożą bezradnie ręce, jeśli rozboli nas ucho lewe. Nie jestem do wyżej opisanego modelu przekonana, bo jednak wąska specjalizacja jest ze swojej natury… wąska, więc niesie ze sobą ryzyko wąskich horyzontów, których jestem przeciwnikiem.
Prawdopodobnie warto też zdefiniować sformułowanie „robić coś dobrze”. Co to znaczy „dobrze”? Moim zdaniem uczciwie, z miłością i pasją – nadmierny perfekcjonizm zawsze wydawał mi się podejrzany.
Odnoszę też wrażenie, że na przykład w śpiewaniu często zbyt duży nacisk kładzie się na imponujący warsztat i rzemiosło, a zbyt mały na efekt finalny (kompozycję jakości głosu  z jakością wykonywanego utworu). A że warsztat i rzemiosło nie mają na ogół bardzo wielu wariantów, koniec końców dążymy do tego, by być kopią kogoś, kto jest warsztatowo najsprawniejszy, zamiast zastanowić się, co mamy w sobie na tyle unikatowego, by wnieść w dziedzinę, którą się zajmujemy, coś zupełnie własnego, niekoniecznie w ogóle z zakresu dobrego warsztatu. Czyli jaki ma sens nieudolna próba bycia kolejną Mariah Carey, skoro można być jedyną np. marianNą patkowską? Jedno jest związane z porażką już na wstępie, drugie – niekoniecznie, choć nigdy nie przypadniemy do gustu wszystkim. Ale to przecież oczywiste. (Na niezrozumiały dla mnie przypadek doskonałych wokalistów, którzy nie piszą własnych piosenek, spuszczę zasłonę milczenia.)
Muzyka i dążenie w śpiewie do perfekcyjności samej w sobie to oczywiście jeden z bardzo wielu przykładów skupienia się na jednym zagadnieniu z pominięciem innych, nie mniej ważnych. Takie tendencje można zaobserwować tak naprawdę wszędzie. Z kolei wszechobecni eksperci, mający pełnić rolę antidotum na niewiedzę społeczeństwa z jednej dziedziny, nie mają wiedzy z dziedzin innych, niż ich własna. Czy są więc faktycznie godni aż takiego zaufania?
Najtrafniej na to pytanie odpowiedziała wspomniana wyżej Laurie Anderson, w piosence „Only an expert”:

4. Wielofunkcyjność, ale nie
wielozadaniowość

Nie będę oczywiście nikogo zachęcać do zajmowania się mnóstwem rzeczy naraz i do szukania pasji na siłę. Mogę tylko powiedzieć, że moja wielofunkcyjność się w moim życiu akurat sprawdza i że jestem przekonana, że stymulowanie mózgu poprzez dawanie mu różnych zadań z zupełnie (czasami na pozór) odmiennych dziedzin, wpływa na tenże mózg korzystnie.
To jednak, czego jestem zdecydowanym przeciwnikiem to wielozadaniowość, czyli robienie miliona rzeczy w tym samym czasie. Jeśli chcemy coś zrobić dobrze, musimy skupić na tym całą swoją uwagę.
Widzę wspólny mianownik w części swoich pasji: tworzeniu tekstów, pisaniu piosenek, gotowaniu i uczestnictwie w sesjach fotograficznych – jest nim komponowanie i tworzenie. Jednak, mimo że w związku z tym wspólnym mianownikiem powyższe aktywności nie różnią się od siebie aż tak bardzo, każda z nich wymaga trochę innego mojego podejścia, trochę innej energii. Dlatego podstawą utrzymania higieny pracy jest dla mnie poświęcenie każdej z nich z osobna mojej uwagi w całości. Wydaje mi się to bardzo ważne, a do wszystkich swoich pasji podchodzę śmiertelnie serio.
Nic nie stoi na przeszkodzie, by przez sześć godzin zajmować się i pisaniem tekstu i gotowaniem obiadu i robieniem kolejnej porcji ćwiczeń z greki, jednak dla uzyskania satysfakcjonującego efektu, musimy sobie ten czas podzielić. Na przykład na każdą z aktywności przeznaczyć dwie pełne godziny. Wtedy przez powiedzmy dwie pierwsze godziny tylko piszemy w całkowitym skupieniu, drugie dwie – dajemy się w pełni wciągnąć w zabawę naszych kubków smakowych  baraszkujących po kuchni, a trzecie dwie ciszej lub głośniej klniemy, przedzierając się przez mur swoich ograniczeń oraz kolejne zawiłości języka greckiego. Odrywanie się na pięć minut znad zeszytu, żeby sprawdzić zupę (wyjątkiem może być pieczenie czegoś przez dłuższy czas), jest stratą czasu, bo rozpraszamy swoje skupienie i w rezultacie robimy każdą z tych czynności nie dość, że gorzej, to jeszcze dłużej.
Jednym z moich ulubionych przykładów na to, że skupienie i rzetelność popłacają, o którym wspominam nie bez satysfakcji, była sytuacja w pewnej pracy, w której zostałam wyproszona ze zmywaka (a docelowo także z pracy w ogóle), bo wkładałam płukane przez siebie naczynia do zmywarki „zbyt wolno”. Zmienił mnie kolega, który włożył je do zmywarki co prawda bardzo szybko (policzyłam, zrobił to o całe dwie minuty szybciej, niż ja), ale za to prawie w ogóle ich nie opłukiwał. W rezultacie kuchnia cofnęła wszystkie umyte naczynia, bo były nadal brudne, co kosztowało lokal całą zabawę od początku (porządne opłukanie, pięć minut ponownej pracy zmywarki, kolejna porcja płynu do zmywania oraz oczywiście dodatkowe zużycie prądu). Nie to, żebym tam chciała wracać, ale wyliczenia zdają się przemawiać na moją korzyść.
Kolega akurat pracował szybko, ale niechlujnie, natomiast to samo dzieje się za każdym razem, kiedy się oderwiemy od jednej rzeczy, by zrobić drugą – mimo najlepszych starań, rozproszenie uwagi nie wpłynie korzystnie na to, co w danej chwili robimy. Pracodawcy zdają się tego jednak konsekwentnie nie rozumieć.
(W innej pracy – biurowo-artystycznej – dowiedziałam się, że „nie jestem mężczyzną, żeby nie umieć wykonać kilku zadań naraz”, którą to frazę uważam za wyjątkowo seksistowską, choć fakt faktem – mężczyzną nie jestem.)

5. Skazani na sukces

No i punkt ostatni, czyli sukces. Zaraz za przekonaniem, że dobrze można robić rzecz z obrębu tylko jednej dziedziny, stoi kolejne, że jeśli poświęcimy jej cały swój czas i energię, automatycznie osiągniemy sukces. Jest to następna teza, z którą trudno mi się zgodzić, bo czym tak naprawdę jest sukces? Dla każdego pewnie czymś innym. W moim głębokim przekonaniu sukcesem jest zmiana świata (lub jego wycinka) na lepsze, zrobienie czegoś spektakularnego, co wpłynie na historię (moim niedoścignionym ideałem jest oczywiście mój tata, Józef Patkowski i jego nieoceniony wkład w historię polskiej muzyki elektroakustycznej). Czy naprawdę każdy ciężko i uczciwie pracujący człowiek może być na sukces w tym rozumieniu „skazany”? Równocześnie czy brak rozgłosu, kiedy się robi np. naprawdę dobrą nowatorską sztukę, jest już równoznaczny z brakiem sukcesu? Przecież z rozgłosem i poklaskiem, czy bez nich, nadal daje się światu coś pięknego i wyjątkowego.
No chyba że, mówiąc o sukcesie, mamy na myśli dobra materialne czy wręcz pieniądze. To tego już niestety nie wiem.

Przyjaźń bez zobowiązań

Już na wstępie zdradzę, że przyjaźń bez zobowiązań nie istnieje. Miłość nie wymaga od nas niczego – po prostu jest. Natomiast już jakakolwiek forma relacji z drugą osobą, na której nam zależy – w tym również oczywiście przyjaźń – jak najbardziej wymaga od obydwu stron zaangażowania, więc zobowiązań właśnie. Znacie zapewne wyświechtane:

Musimy się zdzwonić!
Nie słyszeliśmy się wieki całe!
Ja w ogóle nie wiem, co u ciebie słychać!

– sformułowania, które zapewne znacie

Najbardziej boli, kiedy padają ze strony naprawdę bliskich wam osób, które… nigdy nie wykonują pierwszego kroku. Wyrażają więc chęć kontaktu, ale równocześnie z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego powodu czekają, aż to wy odezwiecie się pierwsi. Za każdym razem. Problem w tym, że nie na tym polega przyjaźń dwojga ludzi, że jedno ciągle daje, a drugie tylko bierze.

1. Wymiana

Czy nam się to podoba czy nie i czy uświadomimy to sobie mocniej, czy też odrzucimy taką koncepcję, większość relacji międzyludzkich opiera się na dawaniu i braniu mniej więcej po równo. Czyli na wymianie.  Nie oznacza to, że przyjaźnimy się ze sobą interesownie, żeby coś uzyskać, ale że mamy gdzieś z tyłu głowy, że możemy się w danej relacji poczuć bezpiecznie i dać dużo, bo to w jakiejś formie do nas wróci. I tak w zdrowych relacjach przeważnie jest. Co jednak, kiedy zrobimy sobie bilans roczny (a czasami i kilkuletni) i wyjdzie nam, że na nasze kilkadziesiąt telefonów/maili/SMS-ów do kogoś nam bliskiego z pytaniami co u niego słychać, jak on się czuje, czy wszystko u niego w porządku, on sam z siebie odezwał się do nas tylko trzy razy albo wcale?
Wydawałoby się, że najrozsądniej o tym po prostu porozmawiać. A jeśli druga strona już wie, że brakuje nam jej uczestnictwa i jakiejkolwiek aktywności w relacji i nic z tym nie robi, można sobie zadać pytanie, czy ktoś, kto nas jawnie ignoruje (choć podczas kontaktów inicjowanych przez nas jest bardzo życzliwy), faktycznie jest naszym przyjacielem. Może jest po prostu kimś życzliwym. Kimś, kto nas nawet w jakimś sensie kocha, ale z jakiegoś powodu nie chce się zaangażować w przyjaźń.

2. Mit braku czasu

Jednym z największych mitów dzisiejszego pędzącego świata jest przekonanie, że nie mamy czasu. Czas jest zjawiskiem wielopłaszczyznowym, postrzegamy go na kilku poziomach, w niektórych sytuacjach potrafi być dość mocno elastyczny, bywa też subiektywny, o czym przekonuje nas w swojej rewelacyjnej książce „Czas. Przewodnik użytkownika” fizyk Stefan Klein.
Dlaczego więc ciągle wierzymy w to, że nie mamy czasu na pielęgnowanie czegoś tak w życiu ważnego, jak przyjaźń? Dlaczego więc ciągle wierzymy w to, że nasi najbliżsi nie mają dla nas czasu?
Gwoli wyjaśnienia, nie jestem zwolenniczką żadnych konwenansów: ani przymusowych coniedzielnych telefonów, ani herbatek i kawek koniecznie raz na tydzień czy dwa, ani jakichś wyliczeń, że skoro ostatnio inicjatywa wyszła ode mnie, to teraz ruch należy już tylko do drugiej strony i kropka. Życie to nie praca w aptece. (Przynajmniej życie osób, których życiem nie jest praca w aptece.) Wiadomo, że raz na jakiś czas ktoś utknie w jakimś projekcie np. na pół roku i nie będzie miał głowy już do niczego innego, a raz ktoś będzie się szykował do ważnego egzaminu i z trudem uda mu się przez najbliższe miesiące pogodzić to z pracą i prowadzeniem domu, a co dopiero z dbaniem o przyjaźń. Mówiąc, że brak czasu jest wymówką i to słabą, nie mam na myśli przerw w kontaktach spowodowanych czynnikami zewnętrznymi, nie zawsze od nas zależnymi. Mam na myśli brak zaangażowania w relację, objawiający się w podanych wyżej sytuacjach chociażby brakiem uprzedzenia drugiej strony, że będzie się dla niej dostępnym dopiero za kilka miesięcy.  Jeśli ktoś nie ma czasu nas poinformować, że będzie przez chwilę mniej uchwytny, to jaką mamy gwarancję, że znajdzie dla nas czas wtedy, kiedy będziemy tego potrzebować najbardziej?
Byłam w życiu w sytuacji, w której ktoś w jednej chwili dosłownie  rzucił wszystko, by być dla mnie, kiedy tego potrzebowałam. Byłam też w takiej, w której decyzja o tym, że całe moje zmęczenie i ogrom obowiązków nie mają żadnego znaczenia wobec tego, że ktoś w tym momencie musi uzyskać moje wsparcie i energię, przyszła mi bez najmniejszego trudu. Była oczywistością. I ponieważ wiem, że można wspólnymi siłami (słowo klucz – wspólnymi) stworzyć taką relację, mam zarówno wobec siebie samej, jak i najbliższych mi osób wysokie oczekiwania. Ale w końcu po co chcieć mniej, skoro można mieć więcej?

3. Jak kocha, to nie poczeka

Kolejnym mitem, w który przez długi czas wierzyłam sama, jest ten, że relacje nie ulegają zmianom. Że są constans. Otóż nie są. Wszystko wokół nas się zmienia, my sami się zmieniamy, więc skoro w przyjaźni na przestrzeni czasu co najmniej dwa czynniki ulegną zmianie (my i nasz przyjaciel), a nieraz również towarzyszące tej przyjaźni okoliczności, to nie ma siły, która by sprawiła, że przyjaźń będzie identyczna, jak kilka lat wcześniej. I dobrze, bo skoro mamy z biegiem czasu trochę inne potrzeby, nasza rozwijająca się z nami przyjaźń ma szansę ciągle je spełniać. Gorzej, jeśli jedna ze stron uwierzy w to, że jej przyjaźń zawsze będzie taka sama, równocześnie nie zauważając, że nagle przestało się jej chcieć, przestało jej zależeć, przestała brać aktywny udział w tej relacji. Istnieje ryzyko, że uwierzy wtedy także w to, że jej sympatia do drugiej strony i aktywność sprzed lat wystarczą. A nie wystarczą. Czucie się kochanym/lubianym/cenionym przez kogoś bliskiego to jedno, a bycie z nim w relacji przyjacielskiej w prawdziwym tego słowa znaczeniu, to zupełnie co innego.
Chwilę mi to zajęło, ale zrozumiałam, że to sytuacja, z którą również dobrze się pogodzić i którą warto zaakceptować. I przez akceptację nie mam oczywiście na myśli brnięcia w przyjaźń z kimś, kto nam jej odmawia (= kto nie poczuwa się do żadnych zobowiązań, ale chętnie skorzysta z tego, co sami mu w ramach przyjaźni zaoferujemy). Przyjaźń, która jest równocześnie i zdrowa i jednostronna nie istnieje. To, co mam na myśli, to przyjęcie z pokorą czyjejś życzliwości, odwdzięczenie się tym samym i rezygnacja z przyjaźnienia się na siłę. W końcu każdy z nas zasługuje na tyle, ile sam jest w stanie z siebie dać.
Nigdy nie dawajmy z siebie więcej, niż dostajemy. Nie z wyrachowania czy cynizmu, tylko dlatego, że nadmierny altruizm jednej strony, przy egoizmie drugiej, prawdziwej, głębokiej, zdrowej przyjaźni po prostu nie służy.

4. P.S.

Oczywiście to, że ktoś czasem nie umie udźwignąć obowiązków wynikających z przyjaźni i wycofuje się z niej na krótszy lub dłuższy czas, nie oznacza wcale, że raz utracona relacja zostaje utracona już bezpowrotnie. Zwłaszcza, jeśli jest w nas wzajemna życzliwość.
Moim celem było zwrócenie uwagi na to, że przyjaźń wymaga od nas odpowiedzialności i zobowiązań, które w dzisiejszych czasach, trochę promujących wygodnictwo i hedonizm, nie są ani modne, ani specjalnie lubiane. To jednak naprawdę nieduża cena za coś, co jest tak wielką wartością jak przyjaźń. Warto wymagać od siebie i od innych trochę więcej.

Nie jestem rasistą, ale…

fot. Mariusz Stępień [zdjęcie zrobione w Muzeum Ludwig w Kolonii pod pracą Andy’ego Warhola Jackie Kennedy, 1964]

Któż z nas choć raz w życiu nie usłyszał nieśmiertelnego:

nie jestem rasistą, ale…

– tekst, który wszyscy znamy

Oczywiście pod „rasizm” można sobie podłożyć każdy inny rodzaj ułomności takich jak: „ksenofobia”, „homofobia”, „islamofobia”, „chrystianofobia” czy „antysemityzm”. Wszystko jedno, bo źródłem każdej dyskryminacji osób, które się od nas różnią, są te same słabości: niedouczenie, zaniżone poczucie własnej wartości i kompleksy.
Mnie natomiast najbardziej interesuje składnia użytego w tytule sformułowania. Przede wszystkim dlatego, że jeśli nie jest się rasistą, to nie ma żadnego „ale” – i to nie jedynie w metaforycznym znaczeniu. Rasistą można albo być albo nim nie być.
Przyjrzyjmy się też słownikowej definicji spójnika „ale”:

spójnik wyrażający przeciwieństwo, kontrast lub odmienne treści

– słownikowa definicja spójnika „ale”

Widzimy zatem wyraźnie, że jeśli nadawca komunikatu używa tego spójnika świadomie i poprawnie, to tuż po nim możemy się spodziewać wypowiedzi bezdennie głupiej („nie jestem rasistą, ale miejsce asfaltu jest na ulicy” – niestety zasłyszane). Jeśli zaś po spójniku nie usłyszymy niczego, co ośmieszy nadawcę, to znak, że używa spójnika „ale” niepoprawnie, więc również nie powinien tego robić. Krótko mówiąc, zdania, które zaczynamy od oznajmienia, że nie jesteśmy po stronie jakiejkolwiek dyskryminacji, powinny być zdaniami pojedynczymi nierozwiniętymi. (Nie jestem rasistą).
Pewną ciekawostką, na którą zwrócił uwagę prowadzący zajęcia, w których uczestniczyłam (o dziwo wcale nie na studiach filologicznych, tylko w ramach Koła Naukowego Kryminalistyki UJ, na które przez pewien czas regularnie dojeżdżałam do Krakowa), jest bardzo specyficzny sposób, w jaki nasz mózg postrzega spójnik „ale”. Otóż tam, gdzie mamy do czynienia z implikacją zawierającą „ale”, wszystko to, co zostanie wypowiedziane przed „ale”, mózg odbiorcy wykasowuje! Używanie spójnika „ale” po deklaracji, że nie jest się rasistą, nie ma więc najmniejszego sensu również z neurologiczno-logicznego punktu widzenia, bo:

a) jeżeli faktycznie rasistami nie jesteśmy, „ale” wytnie tę informację z mózgu odbiorcy naszego komunikatu

b) jeżeli rasistami jednak jesteśmy, to nieładnie kłamać!

Zajęłam się tym tematem z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, żeby wyczulić odbiorców różnych komunikatów (w których często jest bardzo dużo manipulacji – ładne i mądre słowa zawsze dobrze brzmią, niezależnie od przekazywanej nimi faktycznej treści), a po drugie dlatego, żeby wyczulić nadawców komunikatów. Czy nikomu z nas nie zdarzyło się kiedykolwiek jednak użyć tej zdradliwej frazy? Mnie się zdarzyło. Efektem było tworzenie zdań, które nie miały zbyt dużo sensu, co wynikało głównie z mojego braku zaufania do zdań prostych. Już to dopracowałam i jeśli kiedykolwiek muszę w towarzystwie powiedzieć coś tak oczywistego, jak to, że nie jestem rasistą, stawiam po tym wyznaniu zdecydowaną kropkę.
Jednak jeszcze lepszym rozwiązaniem jest po prostu zmiana towarzystwa, bo wśród bliskich osób o oczywistościach naprawdę nie trzeba zapewniać.

A na deser mój ulubiony cytat dotyczący wszelkich przejawów dyskryminacji:

I hate the word homophobia. It’s not a phobia. You are not scared.
You are an asshole.

– Morgan Freeman

„Party”

scenariusz: Sally Potter
reżyseria: Sally Potter
gatunek: dramat, komedia
produkcja: Wielka Brytania
rok powstania: 2017
oryginalny tytuł: The Party
pełny opis filmu wraz z obsadą

Fabuła filmu „Party” nie jest  bardzo zawiła, ale na pewno zaskakująca. Janet (Kristin Scott Thomas) organizuje tytułowe przyjęcie z okazji swojego politycznego awansu, na które zaprasza sześcioro swoich najbliższych przyjaciół (na szczególną uwagę zasługuje charyzmatyczna postać April, zagranej przez fenomenalną Patricię Clarkson). Każdy z uczestników przyjęcia jest intrygującą indywidualnością o sporym zapleczu intelektualnym, którego bliższe poznanie jest ogromną przyjemnością. Niestety nic nie idzie do końca tak, jak miało pójść, a niewiarygodny bieg wydarzeń – coraz więcej sekretów wychodzi nagle na światło dzienne – może wprawić widza w osłupienie.
„Party” jest filmem bardzo teatralnym, czarno-białym (co dodaje mu niesłychanego uroku i cudownie współgra z poruszonym w filmie problemem prawdy i kłamstwa), dosyć nawet allenowskim. Fantastyczne, pełne smaczków dialogi (scenariusz reżyserki – Sally Potter), doskonała obsada oraz intrygujący suspens to tylko kilka powodów, dla których warto ten film obejrzeć.

ZWIASTUN:

M jak marność nad marnościami

fot. Jan Lewandowski

[Poniższy tekst napisałam jeszcze podczas studiów na zaliczenie któregoś z przedmiotów z zakresu językoznawstwa. Jest to analiza emitowanej przez wiele lat w telewizji publicznej piosenki, która rozpoczynała serial „M jak miłość”. W momencie, w którym pisałam tę pracę, omawianą piosenkę zastąpiono inną, śpiewaną przez Beatę Kozidrak, jednak podejście autora tekstu nowej piosenki do zagadnienia fleksji („starasz się jak ja, by to, co już mamy/nigdy nam nie zabrał los”) każe domniemywać, że teksty obydwu piosenek są ze sobą jakościowo spójne.]

M jak miłość

1) Wystarczy słowo, jakiś gest i nagle wiesz, czego od życia chcesz
i choć alfabet uczuć znasz, litera ta taka niezwykła jest:

REF.: M jak miłość, wiele imion ma
M  jak miłość, niepozorna tak
M jak miłość, chodzi drogą swą,
gdy ją mijasz, czemu wtedy odwracasz wzrok?

2) I kiedy pomny wielu klęsk poczujesz, że samotny męczy bieg,
nie pytaj, czy ci da ją ktoś, wystarczy wciąż otwarte oczy mieć:

REF.: M jak miłość…

Bogusław (Bohdan) Olewicz

Już od dziesięciu lat [ten tekst ma już prawie drugie tyle – przyp. nNi] Telewizja Polska kilka razy w tygodniu emituje serial, który zaczyna się (a do niedawna także się kończył) taką oto pieśnią. Pieśnią bardzo w swojej marności wieloraką – można byłoby się skupić na stronie muzycznej i wyczerpująco opowiedzieć o ubogiej harmonii, czy kiczowatym wykonaniu zarówno wspaniałej przecież orkiestry Synfonia Varsovia, jak i nieśmiertelnego Wojciecha Gąsowskiego, dociekającego onegdaj gdzie się podziały tamte prywatki. Ja jednak pochylę się nad tekstem.

Wystarczy słowo, jakiś gest i nagle wiesz, czego od życia chcesz

– już w pierwszym wersie pojawia się słowo znaczące niewiele – „jakiś”. Kiedy jedno (może trafniejsze sformułowanie) słowo lub jeden gest sprawią nagle, że wiemy, czego od życia chcemy, to nie nazwiemy ich „jakimiś”, bo będą właśnie szczególne. Definicja słowa „jakiś” w Nowym Słowniku Poprawnej Polszczyzny PWN zaczyna się od: „wyraz nadużywany”.

I choć alfabet uczuć znasz, litera ta taka niezwykła jest

– tu autor mógł mieć na myśli, abstrahując od nieudolnej metafory pojawiającej się w tym wersie, że znamy cały zbiór i doceniamy jedną jego część składową najbardziej, uznając ją za niezwykłą. Zupełnie zatem nieuzasadniony jest tu spójnik „choć”. Znów odwołam się do Słownika Poprawnej Polszczyzny i zacytuję: „spójnik […] podkreślający nieskuteczność przeciwdziałania, kontrast czynności, stanów itd. […]”. Czyli poprawne warianty drugiego wersu brzmiałyby: i choć istnieje cały alfabet uczuć, który znasz, jedynie jedna (ta) litera jest taka niezwykła, lub i ponieważ znasz alfabet uczuć, to wiesz (widzisz/czujesz), że ta jedna litera jest taka niezwykła. Wers drugi w kupionej przez Telewizję Polską propozycji pana Olewicza sugeruje, że wiedza (potencjalnego każdego z jakichś dziesięciu milionów zasiadających przed telewizorem) o alfabecie (uczuć) przeszkadza literze (jakiejkolwiek) w byciu niezwykłą. Zdanie to, owszem, idealnie udowadnia odkrycie Noama Chomskiego z połowy ubiegłego wieku, że składnia nie tworzy podstawowej struktury języka, ale osobiście wolałam pełniejsze fantazji „bezbarwne zielone  idee wściekle śpią”.

M jak miłość, wiele imion ma

– tu zaczyna się najbardziej enigmatyczna część. Kto lub co tak naprawdę wiele ma imion? Gramatyczna budowa nieubłaganie wskazuje na „M”, więc utwór zmienia się diametralnie z nieudolnej piosenki o alfabecie uczuć w pieśń pełną grozy. Przed oczami staje mi monstrualna litera „M”, z niewiadomych dla mnie powodów określana rodzajnikiem żeńskim, która ma w dodatku wiele imion. Czy autorowi chodziło o fonem i głoski?

M jak miłość, niepozorna tak

– wyimaginowanie sobie niepozorności litery „M” przekracza możliwości nawet mojej wyobraźni (jakby powiedziała Ania z Zielonego Wzgórza, choć nie o twórczości Bohdana Olewicza na jej szczęście).

M jak miłość, chodzi drogą swą

– tu zaledwie zarys pomysłu nieprawdopodobnego i… zostawienie słuchacza z niczym, bez wyjaśnień. Jak „M” chodzi? Gdzie ma swoje drogi? Czy każdy fonem w magicznym świecie powoli wyłaniającym się z piosenki ma swoją własną drogę, czy tylko niektóre (zapewne te niezwykłe, z alfabetu uczuć, chociaż go znamy…)?

gdy ją mijasz, czemu wtedy odwracasz wzrok?

– sytuacja w tym wersie staje się dla mnie bardzo dziwna i nie do końca dobrze psychologicznie rozegrana. Pomijając zmienienie rodzajnika literze „M”, o czym wspominałam, zastanawia mnie ile osób „odwraca wzrok” na widok paradującej swoją ścieżką litery „M”? Jeśli postaramy się choć na chwilę przyjąć opis „M” widniejący dwa wersy wcześniej i uwierzyć, że jest ona „niepozorna”, to prędzej przy jej mijaniu zwyczajnie jej nie zauważymy. „Odwrócenie wzroku” sugeruje, że widzimy dokładnie, ale patrzeć nie chcemy. Skąd jednak pewność, że widzimy dokładnie, skoro obiekt jest „niepozorny”? No i dlaczego „wtedy”? Skoro „gdy ją mijasz”, to wiadomo, że wtedy. Wtedy gdy ją mijasz.

I kiedy pomny wielu klęsk poczujesz, że samotny męczy bieg

– czyich wielu klęsk? Znów wątek ciekawy, choć nigdy wcześniej, nigdy też potem, nie poruszany. Zapewne swoich własnych, choć nie wiadomo. Prawdopodobnie sens jest tożsamy z wersją i kiedy pamiętając swe (lub cudze) klęski, poczujesz, że męczy cię samotne życie. Dosyć groteskowe wydało mi się tu zestawienie podniosłych słów „pomny”, „klęski” z „biegiem”. Dodatkowo kolejna nietrafiona metafora – przez życie, zwłaszcza „samotnie” raczej „idziemy”, nie „biegamy”. Tzn. biegamy coraz częściej, ale rzadko w metaforach. Męczy nas życie, męczy nas samotna przez nie podróż, wędrówka, tułaczka. Nie pierwsze w owej pieśni niefortunne zestawienie słów – tym razem „męczy bieg” przywodzi mi na myśl od razu spoconego maratończyka, który jest, niespodziewanie, pomny wielu klęsk.

nie pytaj, czy ci da ją ktoś, wystarczy wciąż otwarte oczy mieć

– czuję się rozdarta. Najpierw o uczuciach, potem elementy science fiction z niepozornym „M” w roli głównej, pomny maratończyk i… miłość, czy znowu „M”? Bacząc na bliskie sąsiedztwo z  refrenem pewnie „M”, bacząc na strzępy swojej nadziei w zwycięstwo logiki – pewnie raczej miłość. Jednak jeśli tak (jeśli miłość), mój strzęp znów zostanie poddany próbie, gdyż autor sugerowałby, że nie należy pytać, czy ktoś nam miłość da, tylko wystarczy mieć otwarte oczy.  Czym jest – nie wdając się w głębszą filozoficzną dyskusję – miłość, jak nie dawaniem i braniem? Nie należy może pytać, czy ktoś nas zeswata, przyniesie ukochanego/ą na srebrnej tacy (że nawiążę stylem), nie należy się  może spodziewać, że los nam miłość ześle, a my nie będziemy musieli zrobić nic, ale nie możemy nie pytać czy nam ją ktoś da, bo czy jesteśmy aktywni poszukując miłości (mamy otwarte oczy, otwieramy się na ludzi, itd., itd.) czy też nie, to ostatecznie liczymy, że z kimś się zwiążemy, a to zakłada dawanie i branie – oczekujemy, że ktoś nam ją (miłość) da.

[W ostatnim akapicie napisałam coś o „chłamie”, „grafomaństwie”, „abonamencie” i „misji edukacyjnej”. Dziś zaśmiałam się w głos ze swojej młodzieńczej naiwności.]