Rok 2018 oczami nNi – podsumowanNie

Kończy się 2018 rok, a dla mnie (jak pewnie dla większości ludzi na całym globie) jest to czas głębszych refleksji i podsumowań. Dziś, jak każdego 31 grudnia, zjem swój tradycyjny noworoczny bigos (robiony na zamrożonych wcześniej resztkach farszu do uszek) i siądę rozliczyć się sama ze sobą z postanowień na mijający rok i sprecyzować postanowienia (plany) na ten nadchodzący. Ponieważ za niecały miesiąc (dokładnie 30.01.2019) mój blog będzie obchodzić swoje pierwsze urodziny, pomyślałam, że dobrze byłoby zrobić podsumowujący wpis okolicznościowy.  👀👀👀

To, z czego być może nie wszyscy moi bliscy zdają sobie sprawę, to fakt, że blog oczami nNi nie jest tylko moim hobby, platformą, na której mogę sobie bez ograniczeń ćwiczyć literacki warsztat, czy wyżywać się, kiedy się ze światem w czymkolwiek nie zgadzam. Tym wszystkim jest oczywiście też, ale przede wszystkim jest integralną częścią mnie. Nie twierdzę, że moje istnienie zamyka się w świecie wirtualnym, a pisany monolog jest moim jedynym sposobem komunikowania się z ludźmi, jednak do tego, by móc się postrzegać jako pełnię, muszę porozumiewać się ze światem nie tylko mową, ale też śpiewem, stwarzaniem piosenek, płyt, czy opowiadań oraz… językiem pisanym, co ów blog mi umożliwia.
Zanim zaczęłam tę przygodę, długo zastanawiałam się, czy w ogóle wypada stworzyć blog, którego osią będzie nie jakieś jedno wybrane przeze mnie zainteresowanie (jak np. było w przypadku mojego kulinarnego bloga Jednopalnikowa), tylko… ja sama. Nadal zresztą, kiedy o tym w ten sposób pomyślę, sama idea wydaje mi się dość grubą przesadą, jednak gdybym się nie odważyła, nie odkryłabym tak dziś ważnej dla mnie części siebie. A że gdzieś w środku – przy równoczesnej niechęci do zbyt wylewnego dzielenia się prywatnością – drzemie we mnie całkiem chętny i gotowy do działania ekshibicjonista, publikowanie powoduje we mnie przyjemny dreszczyk.
Przez większość mojego życia coś, czego nie umiałam nazwać, bardzo mnie uwierało w relacjach z innymi ludźmi. Dziś wiem już, że tym czymś było selektywne wybieranie ze mnie tego, co komuś pasuje i odrzucanie tego, co mu nie pasuje. Czułam się trochę jak talerz, z którego wyjada się wykwintne ragoût, a na którym zostawia kluski śląskie. A co z kompozycją całego dania? Nieskromnie wierzę, że jestem całkiem nieźle skomponowana i odrzucanie jakiejś części tej kompozycji uważam za irytującą ignorancję. Prawdopodobnie oczywiście przesadzam i być może wszyscy to w jakimś sensie bliźnim robimy, sęk w tym, by być świadomym naszych granic i dopuszczać naprawdę blisko tylko tych, którzy ich nie naruszają, a resztę trzymać na życzliwą, acz bezpieczną odległość. A nadszedł w moim życiu taki moment, w którym bardzo potrzebowałam w swoich własnych oczach stać się składającą się z wielu barw i odcieni wyraźną całością – blog pozwolił mi to odkryć!

1. Styczeń 2018

Styczeń, choć datuję powstanie bloga na jego końcówkę, był pod względem podejmowania wielu koncepcyjnych i graficznych decyzji, a także włożonej w pisanie tekstów pracy miesiącem szalonym. W ciągu tygodnia przed oficjalnym otwarciem bloga opublikowałam na nim aż 36 tekstów. W większości napisanych wcześniej, jednak część pisałam od początku. Kluczowym wpisem będzie na pewno ten, w którym się przedstawiam. Do teraz w statystykach figuruje jako najczęściej czytany:

2. Luty 2018

W lutym opublikowałam 16 tekstów i choć każdy z nich był dla mnie ważny, jednak jeśli miałabym wybrać tylko jeden, bez wahania wskazałabym:

Przede wszystkim dlatego, że jest to swoistego rodzaju manNifest – najwierniej chyba i najdokładniej opisuje moją filozofię życiową. Warto jednak wspomnieć o wpisie, który był w tym miesiącu najchętniej odwiedzany:

3. Marzec 2018

Marzec również obfitował w wiele tekstów na wiele tematów, jednak przede wszystkim obchodziliśmy Dzień Kobiet, a dwa dni później Dzień Mężczyzn, z których to okazji postanowiłam na chwilę wygrzebać się ze swojego wygodnego nNicentryzmu i popełnić dwa wpisy okolicznościowe, w których skupię się na znanych przedstawicielach każdej z płci, którzy znacząco wpłynęli na moje życie i w pewnym sensie również sprawili, że jestem teraz tym, kim jestem. Te teksty były na tyle inne od pozostałych, że postanowiłam je wyróżnić:

W marcu zaczęłam też cykl wpisów językoznawczych (do tej pory są już cztery) pod tytułem:

4. Kwiecień 2018

Kwiecień 2018 w moim życiu mogę określić trzema słowami: LAURIE ANDERSON – HAGA! Jeden z najbardziej szalonych i spontanicznych pomysłów, by wyjechać do nieznanej Holandii i urokliwej Hagi na koncert mojej największej miłości – kobiety, którą wielbię, cenię i za którą szaleję przyniósł mi najwspanialsze emocje na świecie!

5. Maj 2018

W maju, ze względu na wyjazdy opublikowałam tylko jeden wpis, za to… najchętniej odwiedzany i najczęściej czytany przez cały ten rok! Otóż odbyłam przepiękną samotną podróż na swoje kochane greckie Thassos z kilkudniowym postojem w obie strony w cudownych Salonikach. Pomyślałam wtedy, że warto zebrać do kupy wszystkie te informacje, które udało mi się przez lata podróżowania zgromadzić, by podzielić się nimi z innymi zakochanymi w Grecji rodakami. Uważam też, że każde uniezależnienie się od wszelakich biur podróży jest korzystne, tym bardziej ucieszyła mnie popularność tego tekstu.

6. Czerwiec 2018

W czerwcu opisałam wszystkie swoje przeżycia związane z bardzo dla mnie z wielu powodów ważną i w pewnym sensie przełomową samotną wyprawą do Grecji. Odkryłam w jej trakcie, że jestem chora. Potrzebowałam czasu, żeby się z tą myślą oswoić i zacząć leczenie, jednak uświadomienie sobie problemu jest zawsze połową (o ile nie większą nawet częścią) sukcesu. Grecja zawsze mi coś daje, zawsze też dzieją się w niej rzeczy niesamowite. Mam nadzieję, że udało mi się to dobrze ująć w dwuczęściowym wpisie:

W czerwcu stało się też coś bardzo smutnego – po dwunastu latach odszedł mój królik Psubrat. Postanowiłam przybliżyć czytelnikom jego niepowtarzalną króliczą sylwetkę:

7. Lipiec 2018

Lipiec, jak co roku, pozostaje po prostu moim miesiącem, więc bez najmniejszego wahania jako lipcowy wpis wybieram:

8. Sierpień 2018

W sierpniu najchętniej czytanym, a także najbardziej czaso- i pracochłonnym był wpis o moim wyjeździe do Lwowa. Wycieczka była naprawdę piękna i ciekawa, dla mnie osobiście też ważna dlatego, że organizował ją mój poprzedni pracodawca, z którym – choć ani on tego nie chciał, ani mi nie było z nim źle – musiałam się niestety rozstać, by zacząć się wreszcie spełniać w zawodzie wyuczonym. Przed rzuceniem się w nowe, nieznane i przerażające, cudownie było odetchnąć w rodzinnym mieście dziadka, którego jednak nigdy wcześniej nie miałam okazji zwiedzić.

9. Wrzesień 2018

We wrześniu Zakopane na tydzień zamienia się w kolebkę kultury tzw. wysokiej dzięki fenomenalnemu przedsięwzięciu jakim jest Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach”. W tym roku X edycja przeszła najśmielsze oczekiwania tych, którzy umieją się poznać na zawsze przecież wysmakowanym programie festiwalu. Wrześniowym blogowym wpisem zostanie więc na pewno moja skromna recenzja tego niesamowitego wydarzenia:

10. Październik 2018

We wrześniu w moim życiu dokonała się też prawdziwa rewolucja – po raz pierwszy (nie licząc praktyk na studiach) zostałam… nauczycielką polskiego w szkole podstawowej. Postanowiłam jednak trochę odczekać z podzieleniem się tym faktem z czytelnikami – dokładnie do Dnia Nauczyciela w październiku. Praca jest wymagająca i każdego dnia czuję na sobie ogromny ciężar odpowiedzialności, z jakim nie spotkałam się nigdy wcześniej, jednak równocześnie daje mi tyle radości, satysfakcji i szczęścia, że czasem zastanawiam się, czemu aż tyle lat tak bardzo się przed tym doświadczeniem broniłam…

11. Listopad 2018

Początkiem listopada opisałam bardzo piękną i ważną inicjatywę, jaka odbyła się w Zakopanem pod koniec października, mianowicie dwudziestą edycję Zakopiańskiej Akademii Sztuki im. Marka Markowicza:

12. Grudzień 2018

Tegoroczny grudzień okazał się dla mnie wyjątkowy, bo po raz pierwszy przeżyłam święta Bożego Narodzenia z jakimś takim spokojem i pogodzeniem ze sobą i światem. Nie jest to dla mnie typowe, o czym więcej w samym wpisie, więc postanowiłam poświęcić tej sytuacji trochę blogowego miejsca.

13. Podsumowanie ogólne – 2018

Reasumując, od końca stycznia 2018 roku opublikowałam do dzisiaj w sumie 116 tekstów, z czego najczęściej odwiedzana trójka (w tej właśnie kolejności) to:

  1. Kim jestem i co tu robię
  2. Jak dostać się na własną rękę z Salonik na Thassos i z powrotem
  3. Lwów – małe kawowe San Francisco

Doczekałam się w sumie 628 komentarzy (za które bardzo serdecznie dziękuję!) i dotarłam pod strzechy w aż 41 (!!!) krajach. Oprócz Polski, najczęściej czytaliście mnie (również w takiej kolejności) w:

  1. Stanach Zjednoczonych
  2. Wielkiej Brytanii
  3. Grecji
  4. Niemczech
  5. Irlandii
  6. Kanadzie
  7. Austrii
  8. Holandii
  9. Francji
  10. Chinach

Nie wymienię oczywiście wszystkich pozostałych trzydziestu krajów, ale przyznam, że np. Kamerun, Irak czy Wietnam były dla mnie sporym zaskoczeniem.

14. Chciałabym podziękować…

Bez względu na to jak bardzo jestem na tym blogu samowystarczalna, trudno mi dziś nie wspomnieć o cichych współautorach jakości efektu końcowego moich wpisów. Są nimi:

Nigdy o to nie proszę, ale – jako osoby zawodowo zajmujące się językiem – zawsze czują się w obowiązku zrobienia mi korekty, a nieraz nawet redakcji opublikowanego już tekstu, wysyłając mi w punktach to, co powinnam poprawić. Choć sama jestem redaktorem i dosyć nawet sprawnie wyłapuję nadmiar lub brak przecinków, literówki czy błędy fleksyjne u innych, jednak rola autora jest zupełnie inną rolą.
Oczywiście nie zawsze przyjmuję ich (na ogół trafne) uwagi z pokorą. Kłócę się o interpunkcję, przerzucam biblią Wolańskiego, jednak mam poczucie, że wprawne redaktorskie oko (a nawet dwie pary oczu) nad tym blogiem czuwa, a to – choć wiele osób wydaje się o tym nie pamiętać – niezwykle ważne i potrzebne wszelkiego typu tekstom. Zatem – dziękuję! ❤

fot. Zofia Mossakowska
🎉🎉🎉🍾🍾🍾 P.S. Na deser dołączam cudowny kosmiczny utwór Stockhausena, który moje cudne dziesięciolatki z klasy czwartej (mam z nimi także muzyczne kółko) nazwały „przepiękną piosenką”. W nowym roku życzę wszystkim Czytelnikom otwartych, chłonNych umysłów, niezmienNie otaczającej zewsząd dobrej Sztuki i szczęścia! 🎉🎉🎉🍾🍾🍾

Boże Narodzenie oczami nNi

fot. Marianna Patkowska

Od kiedy pamiętam Boże Narodzenie było dla mnie czasem trudnym, choć przecież lubiłam nasze świąteczne przyjazdy z rodzicami do Zakopanego, gdzie prezenty kładł pod choinką nie żaden z gruba ciosany, rubaszny mazowiecki Święty Mikołaj, lecz eteryczny, delikatny, odrobinę hermafrodyczny Aniołek. Nawet w okresie wzmożonej religijności uznawałam jednak uczestnictwo w tych świętach raczej za obowiązek, gdyż zawsze byłam zdania, że nie dorastają swoją magią do pięt ani dużo ważniejszej przecież Wielkanocy, ani przede wszystkim moim absolutnie ukochanym Wszystkim Świętym. Potem wiele się w moim światopoglądzie w innych kwestiach pozmieniało, jednak jakaś bożonarodzeniowa niechęć pozostała nienaruszona.

fot. Zofia Mossakowska
fot. Zofia Mossakowska

Boże Narodzenie przez całe moje dzieciństwo, a nawet jeszcze dłużej, spędzaliśmy w czteroosobowym gronie: z rodzicami i dziadkiem. Nie miałam jednak świadomości, że grono to jest kameralne, bo od najmłodszych lat definiowałam tłok jako zgromadzenie liczące więcej, niż dwie osoby, co i tak było bardzo daleko posuniętym i mozolnie wypracowanym kompromisem z resztą świata, bo nierzadko już dwie zgromadzone w jednej czasoprzestrzeni osoby (z których jedną byłam ja sama) wywoływały u mnie duszności.
Po śmierci najpierw dziadka, a niedługo później również taty, doświadczałam przez pewien czas rokrocznie, na swój sposób pięknych, prawdziwie polskich, rodzinnych i dużych wigilii, które pomogły mi się zmierzyć z moją aspołecznością, introwertyzmem i antropofobią, by ostatecznie się ku nim jednak zwrócić. Zrozumiałam, że samotność w pojedynkę ma zdecydowaną przewagę nad samotnością w tłumie (co znakomicie ilustruje praca „Samotność” Dróżdża).

Boże Narodzenie na Thassos

Na jedne święta – ku ogólnorodzinnej konsternacji – nawet wybyłam do swojego ukochanego Thassos, pooddychać zimową Grecją i zgłębić brytyjskie bożonarodzeniowe tradycje. Potem wyprowadziłam się do Zakopanego na stałe, rozpoczęłam absorbującą mnie podczas świąt pracę i stałam się, trochę z konieczności, organizatorką dwuosobowych (a czasem trzyosobowych) wigilii na jeden palnik (do dzisiaj nie mam ani kuchenki, ani piekarnika), a co za tym idzie wyrobnikiem: barszczu na własnym zakwasie, uszek, pierogów z kapustą i grzybami, karpia w różnych wariantach, kutii, pierniczków, ziemniaczanej sałatki z selerem oraz oczywiście kompotu z suszu.

fot. Zofia Mossakowska

I aspekt kulinarny dał mi ogromną radość, gdyż – mam to po tacie – lubię karmić. Problemem był jedynie brak czasu spowodowany pracą (podczas samych świąt każdy z pracowników miał tylko jeden dzień wolny). Wcześniej, kiedy na wigiliach bywałam tylko czyimś gościem, miałam nadmiar czasu. Potem, kiedy spadł na mnie przyjemny obowiązek organizowania kolacji wigilijnej, musiałam wszystko robić w tzw. międzyczasie. Ale w skrajnościach umiem się zazwyczaj odnaleźć. Co prawda przed każdym nadchodzącym Bożym Narodzeniem zarzekałam się, że wezmę nadgodziny, żeby przesiedzieć w pracy ten wieczór, że nie dam rady, że przerasta mnie przygotowywanie wszystkiego, do tego na turystycznym palniku, ale jednak koniec końców zawsze wszystko wychodziło dobrze, a cały ten stres mijał. Lub przynajmniej można go było skutecznie zajeść czymś dobrym.

fot. Zofia Mossakowska

Ten rok przyniósł mi kolejną zmianę w postaci pracy etatowej i nieznanego mi dotąd luksusu, jakim są nie dość, że dwa dni wolnego w tygodniu, to również zupełnie wolne podczas całego Bożego Narodzenia! (Pech chciał, że akurat tydzień przed świętami rozłożył mnie wirus i znów perspektywa lepienia uszek z zatkanym noskiem… tzn. nosem nie należała do najmocniej przeze mnie wyczekiwanych, jednak jakoś – nie bez trudu! – powstałam z łoża boleści.)
Być może z powodu nadmiaru wolnego czasu, umożliwiającego mi udekorowanie mieszkania po raz pierwszy nie na ostatnią chwilę, być może z powodu pracy w szkole, w której każde święta celebruje się mocniej ze względu na dzieci, ale ze zdziwieniem przyłapałam się na tym, że po raz pierwszy autentycznie wyczekiwałam nadchodzącego Bożego Narodzenia, a w jego trakcie byłam zrelaksowana i zachwycona tym wszystkim, czego doświadczam tylko ten jeden raz w roku, czyli np. smakiem (swojego) kompotu z suszu, odtwarzaną do upadłego w tych dniach ukochaną świąteczną płytą King’s Singersów „Joy to the World”, aromatem przywożonej przez mamę ziarnistej kawy z cynamonem i czekoladą, porządkiem i własną okolicznościową aranżacją mieszkania, które stało się czymś w rodzaju piernikowej groty pełnej światełek, pachnących świeczek i dobrej atmosfery. Niniejszym chciałabym się dziś nimi podzielić ze swoimi Czytelnikami, wpuszczając ich – poprzez zdjęcia – do swojego gniazdka i życząc przede wszystkim tego, by otaczało Was zewsząd jak najwięcej dobrej i wartościowej Sztuki, a także szczęścia i spełnienia najskrytszych marzeń 😉

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Zofia Mossakowska
fot. Marianna Patkowska

🎄🎄🎄 P.S. A na deser łączę swoje dwie aranżacje kolęd. Z różnych powodów nagrania są dość kiepskie jakościowo, ale też jedyne, jakimi dysponuję 😉 🎄🎄🎄

Tego kwiatu jest pół światu

fot. Geo Dask

Przede wszystkim chciałabym zacząć od gorących przeprosin, że tak długo niczego nie publikowałam. Przyczyna – oprócz chronicznego braku czasu, na który cierpię, od kiedy zmieniłam pracę – jest prozaiczna. Mój komputer odmówił mi kilkanaście tygodni temu posłuszeństwa i czekał u specjalisty na swoje lepsze jutro, by ostatecznie dokonać tam swojego komputerowego żywota. Przeżywałam bolesny syndrom odstawienia. Wreszcie jednak pod moją strzechę trafił komputer zastępczy, więc pora zacząć nadrabiać swoje wpisowe zaległości…

Spośród wielu niedelikatnych, niewłaściwych, a przede wszystkim bezdennie głupich rad, jakie możemy dać bliźnim, prym wiedzie zdecydowanie uraczenie osoby, która się właśnie rozstała, sentencją:

tego kwiatu jest pół światu

– przysłowie wiodące prym wśród tych najgłupszych

Poniżej postaram się wyjaśnić dlaczego.

1. Bagatelizowanie problemu

Każdy z nas przez to przechodził. Najczęściej najbardziej boleśnie po raz pierwszy, ale nie ma przecież jednej reguły. Na ogół kiedy pocieszamy osobę, której trudno do siebie dojść po niedawnym rozstaniu, mamy już swoje własne doświadczenia w tym zakresie. Co z jednej strony powinno nam pomóc w byciu empatycznym, a z drugiej, czasem, paradoksalnie, zdarza się właśnie na odwrót. To, że my sami jakąś sytuację znieśliśmy dobrze (lub nie pamiętamy już tak dokładnie ogromu naszego cierpienia wtedy) nie oznacza wcale, że taki sam scenariusz jest pisany komuś innemu. To, że myśmy „przeżyli”, nie może dać nam wcale pewności, że wszyscy na naszym miejscu by przeżyli. A poza tym, co najważniejsze, nigdy nie byliśmy na czyimś miejscu. Każdy z nas może być tylko i wyłącznie na swoim własnym miejscu, zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Tak, mamy to szczęście, że odcierpieliśmy już swoje, być może już nawet z perspektywy czasu widzimy, że tamto łamiące serce rozstanie wyszło nam na dobre, jednak warto przypomnieć sobie, że kiedy się rozstawaliśmy, nie było nam wcale do śmiechu (i raczej nie zrobiło się tak nazajutrz – chyba, że to była miłość nieduża), więc i osoba, którą pocieszamy musi przeżyć swój czas żałoby. A naszą rolą jest trwanie przy niej, wspieranie jej i bycie obok. Jeśli naprawdę nam na niej zależy, to uszczęśliwianie jej banalnymi sentencjami jest naprawdę zbyteczne.

2. Jakiego znowuż kwiatu?

Warto też sobie uświadomić, że mamy do czynienia z kimś, komu właśnie coś się w życiu zupełnie rozsypało. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, obserwując sytuację z dystansu, że ta zmiana okaże się zmianą na lepsze, to porównywanie kogoś szczególnie bliskiego jego sercu do chabazia jest zwyczajnie nie na miejscu. No a idąc trochę dalej, zastanówmy się jaki właściwie komunikat przekazujemy tym durnym tekstem (zbliżonym nota bene do „nie ta, to inna”, „będą następne”)? Ja widzę co najmniej dwa:

a) wszyscy przedstawiciele danej płci (chyba, że osoba rozpaczająca jest biseksualna, to wtedy obydwu płci) są do siebie niesamowicie podobni, przynajmniej w celu, jaki uważamy za kluczowy dla związku naszego przyjaciela (rozmowa o pogodzie? chodzenie do kina? przeciętnej jakości seks?);

b) łzy osoby, którą pocieszamy, wynikają nie z faktu utraty kogoś, kogo kochała, lecz z powodu chwilowego nie bycia w jakimkolwiek związku, a ten – jak próbujemy ją przekonać – można przecież stworzyć z byle kim.

Czy chcielibyśmy sami być tak pocieszani? Nie?

3. … a milczenie złotem

Można byłoby zapytać, nie bez nutki sarkazmu,

co w takim razie proponuję w podobnej sytuacji powiedzieć osobie cierpiącej, skoro tak się czepiam korzystania z naszego kulturowego bogactwa – niewyczerpanej studni przysłów pozbawionych sensu?

– pytanie, jakie można byłoby mi zadać, nie bez nutki sarkazmu

Otóż naprawdę nie ma nic złego w niemówieniu wcale. Zdecydowanie za rzadko to sobie uświadamiamy. Milczenie jest piękne, oczyszczające i znacznie głębsze, niż wszystkie wyświechtane frazesy, które często nam się wydaje, że będą gdziekolwiek pasować. One są jak obrazy jeleni na rykowisku – nigdy i nigdzie nie będą pasować!
Jeśli ktoś nam bliski przeżywa właśnie rozstanie, będą nim najprawdopodobniej targać różne emocje. Nie przeskoczy okresu wkurzenia, smutku czy ostatecznie żałoby. A jeśli chcemy go do tego przekonać, to zastanówmy się, czy na pewno dla niego, czy może nas samych. W końcu „definitywnie wyleczony” z nieszczęśliwej miłości będzie fajniejszym kompanem do zabawy niż zasmarkany, marudny i trudny, czyż nie? Jednak te kilka miesięcy zwiększonej cierpliwości nam na pewno nie zaszkodzi, a jemu pominięcie etapów przeżywania, które są konieczne, zaszkodzi nieodwracalnie.

4. Jak dzieci

Od września, o czym już pisałam, pracuję w szkole podstawowej – uczę polskiego. Pocieszanie powinnam sobie wpisać w zakres obowiązków służbowych, bo każdy dzień przynosi co najmniej kilka nowych dramatów. Kiedy widzę, że ktoś zaczyna mi płakać na lekcji, nie bardzo sobie wyobrażam, by jej nie przerwać i nie wepchnąć się pod ławkę (czy gdziekolwiek, gdzie jest właśnie płakane, choć – przyznaję, wpycham się nie bez trudu, a po Świętach będzie już tylko gorzej) i nie wysłuchać, że np.:

– Bo on powiedział, że ja znoszę jajka…

– Bo ona mi pokazała język!

– Bo on mi zrzucił piórnik.

– Bo ona mnie kopła – wtedy od razu prostuję, że „kopnęła”, nie tylko po to, by zachować pozory kontynuacji lekcji polskiego.

– przykładowe dramaty moich kochanych dziewięciolatków

Kiedy widzę łzy w tych ślicznych dużych oczkach i zmarszczone czółka, naprawdę nie obchodzi mnie, czy sama przeżyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że „zniosłam jajka”, czy nie. Nie obchodzi mnie też, czy problem jest dużego, czy małego kalibru. Jeśli nie umiem nic sensownego doradzić, nie mówię nic, tylko przytulam i słucham. (Ewentualnie sugeruję zaprzestanie używania przemocy fizycznej w odwecie, choć to na razie jak grochem o ścianę.)
Dorosły człowiek w cierpieniu staje się bezbronny, w czym przypomina dziecko właśnie.

5. Nie ma tego złego

Z drugiej strony, dobrze umieć zauważać pozytywy w sytuacjach pozornie beznadziejnych. Jeśli stracimy właśnie kogoś, kogo definiowaliśmy jako miłość swojego życia, a nasz przyjaciel poklepie nas po ramieniu i wyrecytuje tytułowe przysłowie o kwiatach, możemy za jednym zamachem pozbyć się i drugiego balastu i definitywnie podziękować „przyjacielowi” za współudział w naszym życiu. I tak już przeżywamy stratę, a oczyszczenie, jakie po pewnym czasie na pewno nastąpi, będzie podwójne!
Może nie jest to najlepsza z moich rad, ale gdybym sama sobie jej udzieliła (i posłuchała!) wiele lat temu, moja droga do szczęścia byłaby krótsza.
Tak czy tak, w najtrudniejszych momentach – jakbyśmy nie mieli wspaniałych przyjaciół – tak naprawdę na 100% możemy liczyć tylko na jedną osobę… na nas samych. Bądźmy więc dla siebie dobrzy, dużo czytajmy i znajdźmy kilka mądrych cytatów z dobrej literatury, żeby – w razie czego – mieć je w zanadrzu i móc się nimi poczęstować. Na ten przykład moja mama wydrukowała sobie i trzyma na półce cudowny, podnoszący na duchu i jakże zmieniający perspektywę cytat Balzaca:

Za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia.

– Honoré de Balzac

Jedno spojrzenie na wypłowiałą już kartkę z tymiż słowami i od razu lepiej!

XX Zakopiańska Akademia Sztuki im. Marka Markowicza

Właśnie dobiegło końca jedno z fantastyczniejszych wydarzeń kulturalnych w Zakopanem – Zakopiańska Akademia Sztuki, czyli zainicjowane już dwadzieścia lat temu przez Marka Markowicza kursy mistrzowskie dla utalentowanej muzycznie młodzieży. Po śmierci pomysłodawcy Akademii, schedę przejęła po nim jego żona, Barbara Markowicz, dbając o kontynuację pięknej idei męża i otaczając za każdym razem wszystkich uczestników i gości swoim niesamowitym ciepłem i życzliwością.
Przez półtora tygodnia uczniowie (rozpiętość wiekowa była bardzo duża – od dwunastu do dwudziestu sześciu lat) szkolili swój warsztat pod okiem wybitnych muzyków za dnia, by wieczorami koncertować przed dosyć nawet licznie zgromadzoną widownią sympatyków Akademii. W tym roku wykładowcami byli: w klasie skrzypiec – Szymon Krzeszowiec (pierwszy skrzypek Kwartetu Śląskiego oraz od kilku lat dyrektor artystyczny Akademii), Marcin Markowicz (drugi skrzypek kwartetu Lutosławski Quartet oraz dyrektor artystyczny Festiwalu Muzyki Kameralnej w Książu) i Marcin Baranowski, a w klasie wiolonczeli – Tomasz Strahl i Adam Krzeszowiec.
Tegoroczną Zakopiańską Akademię Sztuki, tuż przed koncertem inaugurującym, otworzyło (nieformalnie) w Willi „Atma” spotkanie z legendą ZAS, doskonałym austriackim pianistą Paulem Guldą. Muzyk opowiadał (po… polsku!) o swoim zawodowym, ale przede wszystkim emocjonalnym związku z przedsięwzięciem Marka Markowicza, co przeplatał wykonywaniem doskonałych utworów muzyki dawnej, a także swoich wzruszających improwizacji. Atmosfera, którą stworzył, pomogła choć na chwilę zapomnieć o uśmierceniu przez Muzeum Narodowe w Krakowie (remont!) obecnego tu niegdyś ducha Karola Szymanowskiego, a także o kontrowersyjnej „urodzie” nowego fortepianu (w brązowawą panterkę) oraz nawet jego nie najszczęśliwszym brzmieniu.
Koncert inauguracyjny odbył się następnego dnia, 21 października, w Miejskiej Galerii Sztuki, a gwiazdą wieczoru był wspaniały, nieoceniony Kwartet Śląski, który przypomniał poruszający, liczący już przeszło pół wieku, ale ponadczasowy Kwartet smyczkowy Witolda Lutosławskiego oraz towarzyszący im w sporo starszym, pięknym Kwintecie smyczkowym d-moll Witolda Maliszewskiego Tomasz Strahl. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie kompozycja tego wieczoru, którą można byłoby zatytułować „Mistrz i uczeń”. Z jednej strony zostały wykonane dwa skrajnie różne estetycznie utwory, co było niezwykle ciekawe ze względu na to, że Lutosławski pobierał nauki u Maliszewskiego, a z drugiej zostały wykonane przez dwóch nauczycieli Akademii (Szymona Krzeszowca i Tomasza Strahla), którzy w najbliższych dniach mieli kształcić przybyłą na warsztaty młodzież. To naprawdę poruszające.

Bardzo dawno temu, w mojej muzycznej podstawówce na trzy panie, z którymi miałam fortepian, grać umiała tylko jedna.

– dygresja szkolna

Od środy 24 października do soboty 28 października mogliśmy usłyszeć znakomitych uczestników Akademii (dwa pierwsze koncerty w Miejskiej Galerii Sztuki, następnie w Willi „Atma” i finałowy w cudownej Galerii Władysława Hasiora). Środowy koncert został poprzedzony niezmiernie ciekawym wykładem charyzmatycznej muzykolożki, również związanej z Akademią od lat, Danuty Gwizdalanki – „Muzyczne mitologie stulecia”. Zetknięcie się z osobą o tak rozległej wiedzy, dodatkowo fantastycznie posługującą się językiem, jest czymś w Zakopanem ostatnich lat niestety rzadko spotykanym. (Tym bardziej więc cieszą takie inicjatywy jak Akademia czy opisywana przeze mnie tu wcześniej „Muzyka na Szczytach”.)
Wracając jednak do koncertów… Ogromną radością było słuchanie młodych, przejętych, zaangażowanych i niesłychanie utalentowanych instrumentalistów, którzy już teraz reprezentują bardzo wysoki poziom, a przecież ciągle są jeszcze na samym początku swojej muzycznej drogi. Choć poprzeczka została ustawiona niezwykle wysoko i nie będzie z mojej strony przesadą, jeśli napiszę, że wszyscy uczestnicy byli znakomici, jednak muszę wyróżnić jedną osobę, której ekspresja, wrażliwość, muzykalność i jakaś taka niewiarygodna iskra wbiła mnie w fotel (za każdym zresztą razem, bo wystąpiła na dwóch koncertach). To… zaledwie dwunastoletnia skrzypaczka Zofia Olesik – ogromny, odkrywany na naszych oczach talent!
A po pięknym koncercie finałowym w Galerii Władysława Hasiora, zakończonym wręczeniem uczestnikom i wykładowcom dyplomów, pozostał jakiś taki smuteczek, jak to zwykle bywa po ważnych i pięknych wydarzeniach. Wspaniała, panująca wśród organizatorów i uczestników rodzinna atmosfera udzieliła się także gościom Akademii, którym pozostaje już tylko czekać do następnej, za rok.

„Kler”

scenariusz: Wojciech Smarzowski,
Wojciech Rzehak

reżyseria: Wojciech Smarzowski
gatunek: obyczajowy
produkcja: Polska
rok powstania: 2018

pełny opis filmu wraz z obsadą

W światowej kinematografii powstało tyle arcydzieł  traktujących o strukturach mafijnych, że kiedy dowiedziałam się, że powstaje film o duchowieństwie, byłam z jednej strony pełna nadziei, a z drugiej być może miałam zbyt wygórowane wobec niego oczekiwania.
Dodatkowo absolutnie fantastyczny marketingowo chwyt (choć prawdopodobnie nie do końca zaplanowany), polegający najpierw na zebraniu lawiny histerycznej i równocześnie najgłupszej z możliwych krytyk, czyli tej płynącej z ust osób, które filmu nie widziały, a potem „kontrataku” tych, którzy – na złość tej pierwszej grupie – masowo przybyli do kina go zobaczyć, sprawił, że w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Być może nie wiem o sztuce dostatecznie dużo, jednak z moich skromnych obserwacji wynika, że im wokół jakiegoś dzieła głośniej, tym trudniej się w nim doszukać walorów artystycznych. Wielka sztuka na ogół nie znosi poklasku… (Choć są oczywiście wyjątki, np. zaskakująca popularność twórczości Björk.)
Głównym powodem, dla którego zwlekałam z wybraniem się w końcu do kina na „Kler” był sam jego reżyser, Wojciech Smarzowski, gdyż jego twórczość, podobnie jak twórczość Małgorzaty – Małgośka mówią mi – Szumowskiej, do mnie nie przemawia. I w tym sensie „Kler” mnie nie zaskoczył; nastawiłam się na ponaddwugodzinne nurzanie się w gnojówce, a potem onanizowanie się reżysera po wspomnieniach z tegoż i film tych (wymuszonych poprzednimi dziełami Smarzowskiego) oczekiwań nie zawiódł. Sęk w tym, że nie bardzo lubię nurzać się w gnojówce i znam milsze źródła przyjemności.
Nie chciałabym być źle zrozumiana. Mam świadomość, że poruszony w „Klerze” problem układów, hipokryzji, cynizmu czy kompletnego braku jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego występujący w większości skorumpowanych instytucji (film traktował akurat o duchowieństwie, ale jego fabuła mogłaby się równie dobrze toczyć w środowiskach politycznych) jest bardzo poważny i ciężki. Nie przekonuje mnie jednak teoria, w myśl której o ciężkich i trudnych tematach można opowiadać jedynie w ciężki sposób (nie tylko przenośnie, ale też dosłownie – w jedynej scenie, w której moglibyśmy zobaczyć dwa piękne mające się ku sobie ludzkie ciała, widzimy raczej ich przerysowane karykatury o wielorybich kształtach).
Innym moim problemem z tym filmem jest płaskość i psychologiczna niewiarygodność bohaterów. Mam wrażenie, że reżyser sam nie do końca może się zdecydować kto jest dobry, a kto jest zły, bo z jakiegoś powodu wydaje mu się, że ma do wyboru tylko te dwie możliwości.  A świat naprawdę nie jest czarno-biały. W prawdziwym życiu często zepsuci do cna, moralnie zdegenerowani ludzie potrafią być duszami towarzystwa, budzić same najlepsze emocje, a ci najbardziej prawi nie zawsze są otoczeni wianuszkiem przyjaciół, nie zawsze są zrozumiani, nie wszyscy pałają do nich sympatią. Smarzowski zdaje się przypomnieć sobie w którymś momencie filmu, że bilans bohaterów dobrych i złych mu się nie zgadza, więc nagle – nie do końca wiadomo dlaczego – jeden z bohaterów zaczyna pokazywać swoje drugie oblicze. Ale czy jest to przemiana? Wiedząc, że ludzie nie są jednowymiarowi, odbieram to raczej jako odsłonięcie przed widzem kolejnej jego barwy. Dlaczego jednak część bohaterów ma tu tylko jedną barwę? Nie umiem się w tym doszukać konsekwencji. Nie chodzi o to, że nie umiem zrozumieć postępowania postaci. Mam pewną wiedzę z zakresu psychologii, umiem odgadnąć, co mogło się zdarzyć między kadrami. Pytanie raczej czy rozgrywanie większości historii poza kadrem nie jest pewnego rodzaju pójściem na łatwiznę ze strony twórców. Brak dosłowności jest oczywiście zawsze dobrym pomysłem, gdyż dosłowność sztukę zabija, jednak sam brak dosłowności jeszcze sztuki nie tworzy.
Poza wszystkim fabuła również nie jest tu dopracowana i zagadnienia dla niej kluczowe  nie są tu do końca wyjaśnione.
Do tego, jako estetkę, drażni mnie ukazywanie świata wyłącznie brzydkiego, który równocześnie nie jest przepuszczony przez żaden filtr. Kiedy oglądam jeden z moich ulubionych teledysków wszech czasów,
Come To Daddy grupy Aphex Twin, widzę cudownie wyreżyserowaną brzydotę – spójną, przemyślaną, konsekwentną, służącą konkretnej opowieści. Kiedy oglądam prace jednego z moich ulubionych artystów, Davida Nebredy, w których na ogół pokryty jest własnymi fekaliami i pokazuje swoje przerażające, nieludzko wychudzone schorowane ciało, widzę w tym głębszy sens, a nawet odwołania do Hieronima Boscha (których, co prawda, nie widzi już nikt inNy oprócz mnie, ale może dlatego, że ja widzę je oczami nNi). Kiedy zaś oglądam filmy Smarzowskiego (lub Szumowskiej, bo one cierpią na podobny problem), widzę usilne starania, by pokazać jak najbrzydsze wnętrza, jak najbrzydsze widoki, jak najbrzydsze kadry, jak najbrzydszych ludzi, jak najbrzydsze dusze i jak najbrzydszy język bez żadnego zrozumiałego dla widza powodu.
Dodatkowo mierzi mnie pokazywanie świata, w którym nie ma sztuki, nie ma erudytów. A w tym filmie nikt nie jest na żadną sztukę wrażliwy. Nikogo też nie można nazwać inteligentem. Wszyscy są prości (żeby nie powiedzieć prostaccy), chamowaci i sprawiają wrażenie nieoczytanych, nieobytych. Szczerze współczuję widzom, którzy nie czuli się przez to podczas oglądania nieswojo. To, na co musiałam patrzeć było tak dalekie od mojej codziennej rzeczywistości, że ciągle miałam wrażenie, że pomyliłam drzwi.
Jeśli odsunąć na chwilę środowisko duchownych przedstawione w tym filmie, a także problem pedofilii i skupić się na wątku, w którym odrobinę lepiej możemy zrozumieć postępowanie bohaterów, poznając ich historie (a raczej raptem ich zarys), od razu przychodzi mi na myśl zupełnie inny i kompletnie doskonały artystycznie film Paola Sorrentino „Wielkie Piękno”. Tam przecież też cyniczny i dosyć dekadencki (ale równocześnie jakże oszałamiająco uroczy, jakiż pociągający, jakiż erotycznie magnetyzujący) Jep Gambardella (w tej roli boski Toni Servillo) jest tym kim jest, gdyż coś na to silnie wpłynęło. I do pokazania tego mechanizmu Sorrentino nie potrzebuje na szczęście ani meblościanki, ani aktorów ważących po 200 kilo, ani zabłoconych smutnych dróg. Być może też dlatego „Wielkie Piękno” jest filmem wybitnym, a „Kler” jest po prostu filmem mocnym, być może nawet lepszym od filmów Patryka Vegi (choć stylistycznie dosyć zbliżonym), jednak nie nazwałabym go filmem dobrym. Poruszenie, w jakie wprawa widzów (tak, wyszłam z kina ze łzami w oczach – po części były to łzy szczęścia, że film się już skończył) wynika z samej tematyki i ukazanych w nim problemów, nie zaś jego porażającego artyzmu. Jednak jest coś bardzo polskiego z jednej strony w narzekaniu i kreowaniu smutnej, beznadziejnej i wstrząsającej wizji świata, a z drugiej w napawaniu się oglądaniem jej, rozdrapywaniem ran, umacnianiu się w przeświadczeniu, że jest się pokrzywdzonym i biednym. I taka polskość jest mi obca, bo wydaje mi się, że o trudnych i bolesnych sprawach oczywiście trzeba mówić, ale nie po to, żeby się tym niezdrowo ekscytować, lecz by zmienić coś na lepsze, a potem móc się tą zmianą cieszyć. Kiedy mam ochotę popływać i widzę przed sobą szambo, a kilka metrów dalej uroczy akwen, wybieram kąpiel w czystej i przejrzystej wodzie. Ale oczywiście różne są gusty i potrzeby…

P.S. Na wspomnienie na pewno zasługuje bardzo oszczędna, ale doskonała muzyka Mikołaja Trzaski.

P.S. 2 Łączę wstrząsający, choć doskonale przeprowadzony, wywiad z byłym księdzem, który ciągle miałam w głowie, podczas oglądania „Kleru”.

JesienNa dziewczyna

fot. Jan Lewandowski

Proszę Państwa, dziś oficjalnie zaczęła się kalendarzowa jesień, czego nie sposób nie uczcić okolicznościowym wpisem! 🍁🍁🍁🍂🍂🍂

Jeszcze kilka lat temu naprawdę bardzo lubiłam lato, spędzając je na ogół na greckim Thassos, w kusych strojach pośród ludzi, nago – na dzikich plażach. Słońce cudownie wszystkich rozleniwiało, poważne problemy nie istniały, blade przez większość roku nogi wreszcie zaczynały się znacząco odróżniać od szpitalnej ściany, jednym słowem – raj! Choć nie odnajduję się jakoś szczególnie w temperaturze 40°C w cieniu, możliwość spędzania większości czasu w nieziemsko przejrzystej chłodnej wodzie, a potem w zwiewnej kreacji zajadania najświeższych owoców morza, popijania ich białym winem i upajania się swoim lekkim wstawieniem (no, to raczej sporadycznie), zawsze uważałam za wyjątkowo pociągającą.

fot. Jan Lewandowski
fot. Jan Lewandowski

Nieszczęście w szczęściu było jednak takie, że po latach coraz to bardziej specyficznych pracodawców stawianych przez los na mojej zawodowej drodze, o których można byłoby napisać powieść kryminalną w kilku tomach, poznałam w końcu jednego uczciwego i sprawiedliwego w nieznanej mi wtedy branży turystycznej i zapragnęłam, by stał się właśnie moim pracodawcą. Haczyk polegał jednak na tym, że praca miała mnie absorbować m.in. przez całe wakacje. Szybko więc lato stało się dla mnie czymś między małą Brytanią w lipcu (charakterystyką lipca w Zakopanem jest średnio 31 deszczowych dni) a walką o przeżycie upałów w służbowym uniformie, z przerwami na wypakowanie ze schowka na kilka dni zimowej kurtki i włączenie na ten czas pieców w sierpniu. Proszę mnie źle nie zrozumieć – praca i uczciwość pracodawcy była warta wszelkich poświęceń, jednak z biegiem czasu po prostu przestałam lato lubić (choć może polubię je z powrotem, bo nadeszła pewna znacząca zmiana w moim życiu, ale o tym kiedy indziej).
Jesień jednak to zupełnie inNa para kaloszy. Zwłaszcza w Zakopanem! Nawet ta tasyjska, zaczynająca się w Grecji troszkę wcześniej niż u nas, nie dorównuje złotej polskiej jesieni w Tatrach. Nie przemawia przeze mnie patriotyzm lokalny – przemawia przeze mnie wrażliwość na piękno.

fot. Jan Lewandowski

Ta pora roku urzekała mnie od zawsze. Nawet Warszawa, w której utknęłam na pierwsze ćwierć wieku swojego życia i w której przez ten czas nie odnalazłam niczego, co mogłabym polubić, podczas jesieni stawała się nagle jakaś taka bardziej znośna. No a w każdy pierwszy piątek po piętnastym dniu września zaczynało się prawdziwe święto muzyki współczesnej – festiwal „Warszawska Jesień”.
W czasach szkolnych jesień wyznaczała nowe rozdanie – nowe zeszyty, nowe książki, nowe postanowienia z nimi związane. Do tego dłuższe wieczory, dopiero podczas których umiem najbardziej efektywnie funkcjonować (zbyt długo utrzymujące się światło dzienne za oknem jest dla mnie zmorą lata), kubki rozgrzewających herbat z cytryną i miodem czy wyjęte z szafy (lub zdjęte ze sklepowej półki) botki czy kozaki. No a w kwestii ubraniowej, wreszcie większa liczba warstw, które trzeba na siebie zarzucić, by potem móc je z siebie zdjąć. Jest w tym coś pociągającego i bardzo lubię się tym napawać, póki nie przyjedzie zima, a wraz z nią zbiorowy gwałt na taliach, jakim są wszelkiego typu zimowe puchówki.
Poza tym podoba mi się też jakaś taka melancholia, zaduma, konsekwencja kolorystyczna otaczającej nas (nawet w miastach) przyrody. Nie lubię wiosny, którą właściwie mogłabym w całości przespać. Kojarzy mi się z katarem i psimi kupami na chodnikach wystającymi spod roztapiających się warstw brudnego śniegu, którego wszyscy mają już serdecznie dosyć. Nie wiem kto się wtedy budzi do życia, ale na pewno nie ja, a jesień jest dla mnie właśnie idealną na to porą! Jak napisał o mnie kiedyś (ponad dwadzieścia lat przed moim urodzeniem, dlatego nie wiedział, że powinno być „jesienNa” – wybaczam) największy znawca kobiecych dusz i pióra w jednej osobie – Jeremi Przybora:

fot. Jan Lewandowski

Wiosennych dziewcząt pełno
i letnich tyle ładnych.
Jesienną jestem jedną,
zimowych nie ma żadnych.
O tamte zresztą mniejsza,
gdy złoto i szkarłatnie
zabarwi jesień pejzaż
na przyjście tej ostatniej…
Jesiennej Dziewczyny,
odmiennej od innych…
dziewczyny z chryzantemami,
z chryzantemami.
Dziewczyny Jesiennej –
dziewczyny bezcennej
i nie zamiennej już na nic,
już na nic.

– Jeremi Przybora „Jesienna dziewczyna”

X Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” (2018)

fot. Jurek Jurecki [zdjęcie pochodzi ze strony Tygodnika Podhalańskiego]

Niedawno w Zakopanem zakończył się znakomity – jubileuszowy już, bo dziesiąty – Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” organizowany przez Stowarzyszenie im. Mieczysława Karłowicza. To jeden z najciekawszych i najważniejszych nie tylko w tym województwie, ale także kraju (i myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że pretendujący do miana jednego z lepszych również na arenie międzynarodowej)  festiwali muzycznych, którego zakres i rozmach poraża, a konsekwentnie w każdym roku ukazywana niesłychana umiejętność programowania zarówno każdego koncertu z osobna, jak i wszystkich ich razem jako pewnej całości, przywraca wiarę, że to, co było tak ważne dla mojego taty (i w czym był naprawdę świetny), czyli wysmakowana kompozycja jakiegokolwiek przedsięwzięcia, nie odeszło jeszcze zupełnie w zapomnienie. Bez złośliwości, a raczej z pewnym smutkiem (bo wielokrotnie niestety w latach ubiegłych „Muzyka na szczytach” pokrywała się w czasie z „Warszawską Jesienią” i moje serce, skażone od urodzenia muzyką współczesną, zawsze wybierało „Jesień”), muszę po ostatniej edycji WJ stwierdzić, że zabrakło mi teraz w Zakopanem wśród widowni twórców tego sześćdziesięcioletniego już festiwalu. Zabrakło mi ich, ponieważ w naszych prywatnych rozmowach na temat wszystkich moich wątpliwości związanych z niepokojącą mnie jakością nowego programowania „Jesieni”, poruszaliśmy się po czysto teoretycznym gruncie. „Muzyka na szczytach”, zwłaszcza tegoroczna, była namacalnym przykładem na wszystko to, co rozumiem przez termin idealna i spójna kompozycja.
Opisując „Muzykę na szczytach”, nie sposób nie wymienić nazwiska dyrektora artystycznego festiwalu (piastującego tę funkcję już od siedmiu lat) – znakomitego kompozytora Pawła Mykietyna. Nie sposób też nie wymienić nazwiska głównej pomysłodawczyni tego niewiarygodnego przedsięwzięcia – osoby, która jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych (a w tym specyficznym mieście niestety prawie wszystkie związane z tzw. kulturą wysoką urastają do takiej właśnie rangi), melomanki i… lekarki, prezes Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza w Zakopanem – Danuty Sztencel.

Ponieważ wpis jest wyjątkowo długi, lekturę z pewnością ułatwi klikalny
spis treści:

  1. Do DNA – spektakl muzyczny
  2. Koncert inauguracyjny – Kronos Quartet
  3. Epokowe brzmienia
  4. „Rękopis znaleziony w Saragossie” – projekcja filmu
  5. Klasycy kameralistyki – wczoraj i przedwczoraj
  6. Klasycy symfoniki – wczoraj i dziś
  7. Reminiscencje
  8. Koncert finałowy
    Penderecki w Zakopanem, które powinno się wstydzić
  9. Klub Rozmów na Szczytach

Do DNA – spektakl muzyczny
31.08.2018 – piątek

Tegoroczną „Muzykę na szczytach” poprzedziły dwie imprezy zapowiadające festiwal: „Gala Mozartowska” oraz spektakl muzyczny „Do DNA”. Pod koniec lipca, podczas „Gali Mozartowskiej”, na której niestety nie mogłam być, znakomici śpiewacy: Olga Pasiecznik (sopran) oraz Robert Gierlach (bas – baryton) wykonali duety i arie z oper Mozarta.
Druga impreza zapowiadająca odbyła się w przededniu inauguracji festiwalu. „Do DNA” – po raz pierwszy (i prawdopodobnie jedyny) wystawiony w Zakopanem, na deskach Teatru Witkacego – to spektakl dyplomowy studentów Wydziału Aktorskiego Akademii Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie, w reżyserii Ewy Kaim. Scenariusz opierający się na polskich pieśniach i przyśpiewkach ludowych, zebranych i opisanych przez Oskara Kolberga, został stworzony przez Ewę Kaim i Włodzimierza Szturca, którzy wykonali tytaniczną pracę, dokonując wyboru tych pieśni zarówno spośród tych zgromadzonych w archiwach, jak i tych z dokonanych przez siebie nagrań w terenie (niedawno obejrzana „Zimna wojna” nasuwa mi się na myśl samoistnie). Wszystkie pieśni zaaranżował kompozytor i pianista Dawid Sulej Rudnicki, umiejętnie wydobywając z nich ich surowość, ale też łącząc ją z nutą nowoczesności.
Spektakl zdobył wiele nagród i stanowił zapowiedź festiwalu w niewątpliwie pięknym stylu. Wystawienie go z tej właśnie okazji z jednej strony było ukłonem w stronę tytułowych szczytów, pod którymi tu mieszkamy i w pewnym sensie też w stronę patrona Stowarzyszenia – zakochanego w Tatrach Mieczysława Karłowicza, z drugiej zaś sprowadzeniem pod te szczyty przedsięwzięcia nietuzinkowego, intrygującego, nowoczesnego i ważnego w środowisku.
Jestem bardzo szczęśliwa, że miałam okazję zobaczyć to przedstawienie na własne oczy. Moje wrażenia są jednak dosyć mieszane. Lubię folklor przede wszystkim za to, że nie jest łatwy w odbiorze. W założeniu nie ma nikomu umilać czasu, jest raczej rodzajem języka, którym komunikują się ze sobą mieszkańcy danej społeczności. Więc bywa i wesoły (i równocześnie także miły dla ucha kogoś z zewnątrz), i bardzo nieraz gorzki i trudny. Jak to język – wyraża życie, taka jest jego podstawowa funkcja. Lubię bywać takim niezauważonym obserwatorem, lubię podsłuchiwać ten folklor, który boli, który jest w pełni autentyczny.

Można byłoby powiedzieć, że mieszkam w miejscu, gdzie tylko pójść do byle karczmy i można go usłyszeć, ale nic bardziej mylnego. Ludzie w masie nie lubią muzyki autentycznej, więc gra się dla nich skoczne słowackie czy węgierskie melodie, a muzykę ze Skalnego Podhala można usłyszeć już tylko na rodzinnych imprezach okolicznościowych (patrząc na wiek seniorów rodu, na najbliższy góralski pogrzeb wybiorę się raczej nieprędko).

– dygresja folklorystyczna

Idąc na spektakl „Do DNA”, nie liczyłam oczywiście, że usłyszę wersję nieprzetworzoną. Zdawałam sobie sprawę z tego, że będzie to rodzaj muzycznego eksperymentu, który zresztą w moim odczuciu wypadł bardzo dobrze (aranże nie zaszkodziły tym pięknym pieśniom, a nawet wydobyły z nich niesamowitą nowoczesność). Problemem było dla mnie jednak silenie się na autentyczność tam, gdzie jej być nie mogło (udawanie śpiewania gwarą, choćby i najlepsze, zawsze pozostanie – dość drażniącym na dłuższą metę – udawaniem). Ludowe przyśpiewki są bardzo proste, a jednymi z ich głównych tematów są oczywiście miłość i seks. Sam rytm, zestawione ze sobą słowa czy linia melodyczna są w nich fascynująco nasycone erotyką. Myślę, że naprawdę nie trzeba sapać do mikroportu i się nienaturalnie wdzięczyć przy każdej głosce, by widz to zrozumiał (nawet ten mniej wymagający). Nie mam oczywiście nic do konwencji porno (osobiście za jednego z ciekawszych twórców dzisiejszych czasów uważam akurat Bruce’a LaBruce’a), ale ciężko znoszę formy pośrednie. Czyli na miejscu autorów albo całkowicie poszłabym w hardcore, albo pozwoliła tym pieśniom zaistnieć bez nadmiernej gimnastyki pań śpiewających, które bardzo usilnie próbowały te przyśpiewki zdominować. Nie bardzo rozumiem czemu. Podobnie jak, rozumiejąc oczywiście niezbyt już młodą koncepcję łączenia tradycji z nowoczesnością, nie jestem przekonana, czy przykładanie widzom patelnią w głowę, w postaci odziania wspomnianych niewiast w bluzy Adidasa (choć w folklorystyczne motywy, jednak z wielkim logo wspomnianej firmy) jest pomysłem dobrym. Nieoczywistość, niedopowiedzenie, brak dosłowności to fantastyczne narzędzia, które w sztuce mają ogromną moc. Poza tym nie bardzo lubię być traktowana przez reżysera jak ćwierćinteligent. No, przynajmniej zanim nie da mi szansy się nim okazać.

Koncert inauguracyjny –
Kronos Quartet
1.09.2018 – sobota

O koncercie inauguracyjnym pisałam już jakiś czas temu – festiwal rozpoczął się jak u Hitchcocka, trzęsieniem ziemi, czyli występem znakomitego, niepowtarzalnego Kronos Quartet, a potem napięcie już tylko rosło.

Pełną recenzję tego koncertu wraz z wywiadem z Jagodą Szmytką – jedyną polską kompozytorką graną tego dnia, która w dodatku miała równocześnie światowe prawykonanie swojego najnowszego, napisanego specjalnie na tę okazję utworu – przeczytamy TUTAJ.

Epokowe brzmienia
2.09.2018 – niedziela

Klub Rozmów na Szczytach, fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]

Następnego wieczoru, kiedy emocje po występie Kronosów ledwie zdążyły opaść, znakomity niemiecki kwartet klarnetowy Clarimonia Ensemble wprowadził nas w magiczny dźwiękowy świat klarnetów historycznych. Zespół powstały prawie dwie dekady temu, zgłębia i popularyzuje repertuar muzyczny przeznaczony na te instrumenty historyczne, a jego założyciel, przeuroczy i fascynujący Jochen Seggelke, zajmuje się również ich budową i rekonstrukcją. Koncert odbył się w najstarszym zakopiańskim zabytku sakralnym – prześlicznym kościółku na Pęksowym Brzyzku, w którym onegdaj ksiądz profesor Józef Tischner udzielał ślubu moim rodzicom. Z wnętrzem tego miejsca idealnie korespondowało ciepło i delikatność brzmienia instrumentów, na które komponował kiedyś Mozart. Robił to zresztą właśnie dlatego, że jego chlebodawcy nie chcieli, by zamówiona przez nich na wystawne uczty  muzyka zmuszała ich gości do przekrzykiwania się przy stole, a te klarnety nie mają fizycznej możliwości grania zbyt głośno. (Co, nawiasem mówiąc, dzisiejsi restauratorzy mogliby sobie wziąć do serca; nie przyrównując oczywiście tego, co nam na ogół serwują do muzyki Mozarta.)
W repertuarze utwory z różnych epok – od XVIII wieku po czasy współczesne: oprócz Mozarta także Telemanna, Tauscha, Starka i Strietmana. Dużym zaskoczeniem był dla mnie ten ostatni kompozytor, którego wcześniej nie znałam. Jego Musiquettes I przywodziło mi na myśl całą rzeszę różnych znanych utworów, od Błękitnej Rapsodii Gershwina po piosenki z Kabaretu Starszych Panów, a jedna część do złudzenia przypominała mi „It could be hip” Karin Krog z płyty „Bluesand”. Kiedy wspomniałam o tym Jochenowi Seggelke, śmiał się, że

właściwie ten utwór każdemu coś przypomina i to jest zawsze już prawie „to coś”, ale nigdy tak do końca „to”.

– Jochen Seggelke

Ogromną przyjemność sprawiła mi Clarimonia Ensemble swoim pięknym bisem. Mówi się, że miarą gustu artysty jest to, jak jaki repertuar sobie wybiera do bisów.

Niech za przykład posłuży Moskiewska Orkiestra Symfoniczna, która w 2001 roku po zainaugurowaniu „Warszawskiej Jesieni” – festiwalu muzyki współczesnej – i obfitych brawach, jakie za to otrzymała, „zabisowała” Jeziorem Łabędzim Czajkowskiego, od którego starszy był już tylko Mazurek Dąbrowskiego, grany zawsze z okazji rozpoczęcia festiwalu.

– dygresja bisowa

Wykonała „Salve Regina” z siedemnastego wieku (niestety nie udało mi się dosłyszeć nazwiska kompozytora), przepięknie dopełniając cały koncert. Miejsce, w którym się znaleźliśmy aż prosiło się o chociaż jeden utwór sakralny, a ten zabrzmiał w nim naprawdę poruszająco.

„Rękopis znaleziony w Saragossie”– projekcja filmu
4.09.2018 – wtorek

Poniedziałek (3 września) wyjątkowo wolny od koncertu, można było spożytkować nie tylko na cieszenie się górami, ale także na spokojne obejrzenie wszystkich bezpłatnych wystaw towarzyszących festiwalowi (i trwających przez cały jego czas), a tych organizatorzy „Muzyki na szczytach” przygotowali dla nas w sumie aż pięć (cztery w Zakopanem i jedna Bukowinie Tatrzańskiej).
Wtorek natomiast był wyjątkową ucztą nie tylko dla melomanów, ale także kinomanów! Ponieważ w tym roku osiemdziesiątą piątą rocznicę swoich urodzin obchodzi Krzysztof Penderecki, twórczość tego kompozytora, z kilku zresztą okresów, zajęła szczególne miejsce w programie również przecież jubileuszowej edycji festiwalu. Przypomniany tego wieczoru w Kinie Miejsce prawie trzygodzinny „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa z 1964 roku, był pierwszym i jedynym filmem, do którego Maestro skomponował całą ścieżkę dźwiękową (potem jeszcze w kilku filmach wykorzystano jego muzykę, powstałą jednak z innej okazji).
Zważywszy na to, że elektroakustyczna warstwa tej ścieżki powstała w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia taty (dźwięk realizował Bohdan Mazurek), być może wstydem jest to, że jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam „Rękopisu…”. Tym większą radość sprawiło mi odkrycie go właśnie w tych okolicznościach (i oczywiście na dużym ekranie). Film wbił mnie w fotel – wszystkim, każdym swoim elementem. Muzyka odgrywa w nim właściwie rolę pierwszoplanową i ukazuje wielkość trzydziestoletniego zaledwie wówczas kompozytora. Bo tak doskonale stylizować niektóre fragmenty na Mozarta, inne na Beethovena, kolejne na tradycyjną muzykę hiszpańską, dodając do tego jeszcze kosmiczne przetworzone elektroakustyczne dźwięki, niesłychanie w tamtych czasach nowoczesne i awangardowe i jeszcze tak to wszystko poukładać, by tworzyło ze sobą spójną (wewnętrznie i z obrazem) całość, mógł tylko geniusz.
Do tego sama akcja filmu (oparta na powieści Jana Potockiego) to jeden wielki odjazd. Film ma już przeszło pół wieku, a ogląda się go z zapartym tchem, jakby powstał wczoraj. Z tą jednak różnicą, że pochodzi z czasów, w których aktorzy opanowali sztukę nienagannej dykcji. Może więc nie ma zaawansowanych technologii czy latających obiektów w 3D, ale za to nie trzeba za każdym razem kiedy aktor otworzy usta, wytężać całego swojego aparatu słuchowego, i tak połowy z tego, co wypowie, nie rozumiejąc (że pozwolę sobie znowu wrócić do „Zimnej wojny”). Nietaktem byłoby oczywiście pisanie, że Zbigniew Cybulski, Iga Cembrzyńska, Gustaw Holoubek, Bogumił Kobiela, Barbara Krafftówna czy Franciszek Pieczka (żeby wymienić tylko część tej elektryzującej obsady) dobrymi aktorami byli, ale jednak poraża to, jak bardzo przez ten stosunkowo niedługi przecież czas zdewaluowało się pojęcie „dobry aktor”.
Załączam dostępną w internecie ścieżkę dźwiękową filmu, ale przede wszystkim gorąco polecam obejrzenie go (w całości)!

Klasycy kameralistyki –
wczoraj i przedwczoraj
5.09.2018 – środa

Zawodowe obowiązki niestety uniemożliwiły mi wybranie się na środowy koncert, czego do teraz nie mogę odżałować, bo wiem (znając wszystkie wykonywane na nim utwory, a także rozmawiając z zachwyconą publicznością), że był niesamowity. W programie znalazły się cztery tria trzech różnych kompozytorów (tworzących w XIX, XX i na przełomie XX i XXI wieku) na różne składy: dwa fortepianowe, jedno na fortepian, skrzypce i waltornię oraz jedno na skrzypce, róg i fortepian.

Gorąco zachęcam do wysłuchania ich właśnie w zaproponowanej przez organizatorów kolejności, za którą chylę czoła!

Klasycy symfoniki – wczoraj i dziś
6.09.2018 – czwartek

Kolejnym pięknym koncertem był króciutki, ale przejmujący koncert czwartkowy, podczas którego znakomity Zespół Muzyki Dawnej Konfraternia Caper Lublinensis wykonał Trzy utwory w dawnym stylu Pendereckiego (stanowiące część ścieżki dźwiękowej do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”), Koncert skrzypcowy  D-dur Mozarta oraz Symfonię nr 45 fis-moll, Pożegnalną Haydna.
Chyba po raz kolejny przekonałam się o tym, że przy całym szacunku i uznaniu, z Mozartem mam tak jak z Chopinem. Jego muzyka (może oprócz fenomenalnego Requiem) nigdy nie trafia do mojego serca, a zawsze gdzieś obok, w zupełnym przeciwieństwie do Haydna, który mnie zachwyca totalnie. Słuchania muzyki dawnej ciągle się jeszcze uczę. Nie jest to dla mnie jednoznaczne i proste. Są oczywiście wyjątki, takie jak większość muzyki średniowiecznej i wczesnorenesansowej, genialny Bach czy cudowny Szostakowicz, ale na pewno łatwiej mi słuchać Stockhausena niż Straussa.
To w pewnym sensie dość zabawne, że „Muzyka na szczytach” swoją widownię powoli, konsekwentnie i z cierpliwością otwiera na nowe, coraz bardziej współczesne brzmienia, obierając za punkt wyjścia muzykę dawną, prostszą do przyswojenia. Z mojej jednak perspektywy, czuję się wrzucona na dość głęboką poważną dawną wodę, tylko od czasu do czasu łapiąc się znajomych kół ratunkowych, w postaci np. Trzech utworów w dawnym stylu Pendereckiego. Ale to bardzo ciekawe i ważne dla rozwoju doświadczenie. Zwłaszcza, że podczas tego festiwalu mamy do czynienia nie tylko ze znakomitym programem, co będę do znudzenia powtarzać, ale także z doskonałymi wykonawcami (kluczem nie zawsze jest ich ogromna rozpoznawalność, ale zawsze prezentowany przez nich najwyższy muzyczny poziom).

Reminiscencje
7.09.2018 – piątek

Po piątkowym koncercie, którego myśl przewodnią stanowiło wspominanie tego, co było (bardzo zresztą wielopłaszczyznowe), wszyscy wyszli z kościoła, w którym się odbywał, jacyś tacy odmienieni, zamyśleni. Jedna znajoma stwierdziła, że „on był jak modlitwa”. Mam właściwie bardzo zbliżone odczucia. Było nostalgicznie i w pełnym tego słowa znaczeniu po prostu pięknie. W programie usłyszeliśmy utwory współczesne (Maciejewskiego, Pendereckiego, Panufnika, Przybylskiego i Schönberga) będące albo hołdem złożonym innym artystom bądź ich dziełom, albo swoistego rodzaju rozliczeniem kompozytora z przeszłością.
Bardzo mnie poruszył zwłaszcza Verklärte Nacht Arnolda Schönberga, który, choć pisał fantastycznie, zaczynał się już straszliwie męczyć w kajdanach tonalności, co pchnęło go jakiś czas później do kompletnego zrewolucjonizowania myślenia o muzyce i zaproponowania światu dodekafonii i atonalności.

Koncert finałowy
Penderecki w Zakopanem, które powinno się wstydzić
8.09.2018 – sobota

W przeciwieństwie do poprzednich tytułów koncertów, które wymyślili organizatorzy festiwalu, ten powyższy (kursywą) jest oczywiście mój, ale po kolei.
Koncert finałowy okazał się wisienką na torcie. Choć trudno było sobie nawet wyobrazić już jakiekolwiek zaskoczenie, kiedy cały festiwal prezentował tak wysoki poziom, jednak jakoś udało mu się przerosnąć najśmielsze oczekiwania. Znakomita (to frazowanie, ta dynamika, to zgranie!), najmłodsza w kraju, Orkiestra Akademii Beethovenowskiej pod batutą  fenomenalnego – ściśle współpracującego z Krzysztofem Pendereckim – Macieja Tworka wykonała Sinfoniettę no. 1 per archi i Concerto per flauto ed orchestra da camera (na flecie Łukasz Długosz) Pendereckiego oraz VII Symfonię d-moll, op. 70 Dvořáka. W ramach bisu sam Penderecki zadyrygował swoim poruszającym „Agnus Dei”, które – jak w przypadku bisu Clarimonii Ensemble – wywołało we mnie podobne emocje. Znów byliśmy w kościele i znów wypełniająca go tak piękna muzyka sakralna była idealnym dopełnieniem całości koncertu, a w tym wypadku także zamknięciem całego festiwalu.
A teraz kilka gorzkich słów o wstydzie. Można sobie zadać pytanie czemu ciągle siedzieliśmy w jakimś kościele. Otóż nie z powodu nadmiernej pobożności wszystkich organizatorów, lecz braku sali koncertowej. Tak, choć pewnie ciężko to sobie wyobrazić, Zakopane, splecione już nierozerwalnie z nazwiskami Karłowicza, Szymanowskiego czy Góreckiego od kilkudziesięciu lat nie ma sali koncertowej, od czego gorsze jest właściwie już tylko to, że nie ma też potrzeby stworzenia takiej sali, która byłaby równocześnie ośrodkiem kultury, kształcącym i uwrażliwiającym nowe pokolenia melomanów. Problem jest znacznie poważniejszy niż polityczne przepychanki. Miasto od kiedy sięgnę pamięcią, kto by nie był u jego władzy, nie jest zainteresowane kulturą wysoką. Wybudowanie takiej sali jest już od lat jednym z celów Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza.
W ramach festiwalu codziennie przed koncertem odbywał się „Klub Rozmów na Szczytach”, który bardziej szczegółowo opiszę za chwilę. Przed koncertem finałowym Maestro Penderecki zaszczycił nas, wraz z małżonką, swoją obecnością na takim spotkaniu. Rozmawialiśmy głównie o muzyce, jednak w pewnym momencie został poruszony problem braku sali, co być może zaowocowało tym, że tuż przed wieczornym koncertem w trakcie licznych podziękowań, Krzysztof Penderecki, korzystając z dostępu do mikrofonu, nazwał sprawę po imieniu, stwierdzając:

– Brak sali koncertowej w Zakopanem to wstyd dla miasta.

– Krzysztof Penderecki

Co spotkało się oczywiście z zasłużonymi gromkimi brawami. Brawami, które (na przemian z buczeniem) chwilę później celowo zagłuszały przemówienie zastępcy burmistrza, kiedy już dowiedzieliśmy się z niego m.in., że „miasto wykonuje wiele w celu popularyzacji muzyki, na przykład… transmituje Sylwestra”, a także, że „bardzo potrzebujemy wsparcia Krzysztofa Pendereckiego do budowy takiej sali”. Innymi słowy muzyka ma się u nas dobrze, bo przecież wystąpił tu Sławomir, a zasłużony na świecie, osiemdziesięciopięcioletni kompozytor w ogóle z Zakopanem nie związany ani rodzinnie, ani sentymentalnie jest potrzebny, by komuś na drugim końcu Polski zechciało się zrobić coś ważnego dla tak naprawdę siebie, swoich dzieci i wnuków. Zawsze uważałam, że kompozytorzy są światu potrzebni, ale przecież nie do tego!
Ogromnym paradoksem jest to, że cała ta żenująca sytuacja (przemówień kompletnie nie na miejscu) z pewnością nie powinna zaistnieć w kościele, jednak… nie mamy sali. Z drugiej strony, gdybyśmy ją mieli, przemówienia okazałyby się zbędne.
Tak czy tak, jeśli kiedykolwiek, za którejkolwiek władzy taka sala w Zakopanem wreszcie powstanie, trzeba pamiętać, że w znacznej mierze będzie to przede wszystkim sukces Danuty Sztencel – największej orędowniczki tego pomysłu.

Klub Rozmów na Szczytach

Klub Rozmów na Szczytach, fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]

Jak wspomniałam wyżej, każdego dnia koncertu (czyli z wyjątkiem poniedziałku i wtorku) o godzinie 12.00 w cudownym wnętrzu Willi „Dom pod Jedlami”, niedostępnym niestety na co dzień zwiedzającym, gościł „Klub Rozmów na Szczytach”, czyli spotkania z artystami, którzy tego dnia grali podczas wieczornego koncertu. Wszystkie rozmowy, podobnie zresztą jak koncerty, prowadzone były przez znakomitych dziennikarzy muzycznych, spośród których muszę wyróżnić wspaniałą Agatę Kwiecińską, urzekającą gigantyczną wiedzą, kulturą osobistą, taktem i klasą.
Mieliśmy fantastyczną możliwość poznania osobiście nie tylko wspaniałych instrumentalistów, ale przede wszystkim wrażliwych, bogatych wewnętrznie erudytów, którzy dzielili się z nami cząstką swojego cudownego świata. Wzruszyła mnie np. Sunny Yang, wiolonczelistka Kronos Quartet, mówiąc:

– Zanim zaczęłam mówić, moim pierwszym językiem była muzyka. Dlatego grając, mogę najpełniej wyrażać swoją prawdę.

– Sunny Yang

Czyż to nie piękne? Czy też Jochen Seggelke z Clarimonia Ensemble, który na pytanie, czy kiedy zaczynał swoją przygodę z budowaniem klarnetów historycznych, jego rolą było wykonanie tylko jakiejś części takiego instrumentu (a zaczął tę przygodę z potrzeby serca, niewiele na samym początku o tym fachu wiedząc), odpowiedział z ogromnym, szczerym uśmiechem:

– Nie, na szczęście miałem ten komfort, że od początku do końca robiłem wszystko zupełnie sam.

– Jochen Seggelke

Jubileuszowa edycja „Muzyki na szczytach” z pewnością przejdzie do historii jako wielkie święto muzyki. Mnie przeniosła na chwilę w inny wymiar. Wymiar, w którym brak jazgotu i tej panoszącej się, przyjmowanej już bezwiednie bylejakości. Wymiar, w którym szanuje się słuchacza i zapełnia się mu ciszę tylko tym, co jest tego naprawdę warte.

„Landfall” Laurie Anderson

fot. Marianna Patkowska

płyta z autografami członków Kronos Quartet: “For Marianna with warmest wishes” 😉

wytwórnia: Nonesuch Records
rok wydania: 2018

Kiedy kilka miesięcy temu udałam się do EMPIK-u, nabyć najnowsze dzieło Laurie Anderson, trochę zaskoczona wysoką ceną, zapytałam (myśląc, że może jest też do niej dołączona jakaś część wideo):

– Czy na tej płycie jest tylko muzyka?
Na co pan sprzedawca odparł:
– Nie, jest jeszcze Kronos.

– dialog w EMPIK-u

Co prawda oprócz muzyki – pomijając Kronosów, rzecz jasna – żadnego dodatku wideo się nie doszukałam, jednak „Landfall” jest zdecydowanie krążkiem wartym każdych pieniędzy.
O tej przepięknej płycie wspominałam już niejednokrotnie na blogu, nigdy jednak nie poświęciłam jej odrębnego wpisu, co nadrabiam teraz, bogatsza o spotkanie z członkami Kronos Quartet. Przede wszystkim została wydana równolegle z uzupełniającą ją książką „All the things i lost in the flood”. Dotyka tej samej tematyki – huraganu Sandy szalejącego w 2012 roku, skutkiem którego Laurie Anderson straciła dorobek całego życia (jej piwnica została zalana ogromną falą powodziową, doszczętnie niszczącą obrazy, rzeźby, komputery, materiały muzyczne, instrumenty i książki artystki). Na temat niesamowitego podejścia artystki do swojej osobistej tragedii pisałam szerzej w recenzji „All the things i lost in the flood”, więc dziś skupię się przede wszystkim na warstwie muzycznej „Landfall”.
Kiedy w 2012 roku, David Harrington (założyciel i pierwszy skrzypek Kronosów) zaproponował Laurie Anderson napisanie huraganowej suity na kwartet i głos, Laurie była przerażona. Mimo że jest świetną skrzypaczką i doskonale zna możliwości swojego instrumentu, jednak nie była do pomysłu napisania utworu na kwartet do końca przekonana.

Parę razy próbowałam orkiestracji, co było katastrofalne. Fagoty grały to, co powinny grać wiolonczele, wszyscy byli w złym rejestrze. To był chaos. Orkiestracja jest formą sztuki, o której wiedziałam, że nigdy jej nie opanuję.

– Laurie Anderson

Harrington pozostał jednak niewzruszony i jako człowiek niewiarygodnie uparty i dążący do obranych przez siebie przepięknych muzycznych celów, postawił na szczęście na swoim. Suita już w 2013 roku została wykonana przez muzyków publicznie, a rok później dokonano nagrania (choć oficjalnie płytę wydano dopiero w 2018 roku).
Jest bardzo melancholijna i – choć styl Anderson jest oczywiście mocno wyczuwalny – bardzo różni się od wszystkich poprzednich krążków artystki. Muszę przyznać szczerze, że nie była to dla mnie miłość od pierwszego wysłuchania. Od kilku lat jestem wyznawcą innego dzieła Laurie – „Homeland”, do tego „Landfall” dołączył do mojej płytoteki w dosyć intensywnym dla mnie zawodowo momencie, a płyta niewątpliwie wymaga skupienia i wysłuchania w całości. Dlatego podejść robiłam kilka, aż w końcu mogłam z nią wreszcie pobyć sam na sam podczas długiej podróży do Hagi na koncert artystki i wtedy, po kilkukrotnym wysłuchaniu, byłam już zupełnie kupiona, urzeczona i zafascynowana wielkością tej muzyki. Przede wszystkim jej prostotą i jakąś taką nienachalną podniosłością. Kwartet brzmi tu znakomicie i jest bardzo tylko nieznacznie przetwarzany, od czasu do czasu mieszając się z subtelną elektroniką. Wszystko się cudownie splata i przenika. Kojący, tym razem dosyć smutny głos Laurie z jednej strony uzależnia, a z drugiej – mocno porusza.
Od czasu wyjazdu do Hagi, wysłuchałam „Landfall” już chyba trzycyfrową liczbę razy i nadal mi się nie nudzi. Jest to krążek zdecydowanie magiczny i wyjątkowy.
Kiedy podczas niedawno odbywającego się tu Klubu Rozmów na Szczytach w ramach festiwalu „Muzyka na szczytach” zobaczyłam i usłyszałam Davida Harringtona po raz pierwszy, od razu zrozumiałam jak znakomite porozumienie z Laurie Anderson musi mieć. Wydał mi się niemal jej męskim odpowiednikiem – cudownie delikatny, wrażliwy, o ogromnej wiedzy, przepięknie posługujący się językiem. Miałam, po koncercie Kronosów w Zakopanem, ogromny zaszczyt i przyjemność zapytać go osobiście o jedną, intrygującą mnie rzecz:

Marianna Patkowska: Dlaczego zaprosił pan do współpracy właśnie Laurie Anderson? 

David Harrington: Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem na żywo koncert Laurie Anderson, od razu wiedziałem, że musimy z nią coś stworzyć i nagrać. To było… trzydzieści lat temu, w 1988 roku. Tak więc wybór Laurie był dla mnie oczywisty, bo urzekła mnie absolutnie wszystkim, jednak na sprzyjające okoliczności musieliśmy trochę poczekać.

Tak na marginesie, trzydzieści lat to ⅔ istnienia tego zespołu. Wszyscy członkowie, którym dałam tę płytę do podpisania i którym uścisnęłam dłoń, dziękując za piękne przeżycia, których mi dostarczyli, z ogromną czcią i szacunkiem wypowiadali się o Laurie Anderson, wspominając wspólne nagrywanie. Każdy z nich mówił, że jest niesamowitą, cudowną osobą i że praca nad tą płytą przyniosła im mnóstwo radości. To było naprawdę wzruszające usłyszeć, jak pięknie o tym mówili, z jak żywymi emocjami.
Wśród muzyków jazzowych pokutuje przekonanie, że im bardziej oni sami się cieszą ze swojego wykonania, tym mniej się z niego cieszą słuchacze. Na szczęście w najmniejszym nawet stopniu nie przekłada się to na zadowolenie Kronosów z płyty „Landfall” 😉

Spis utworów:

  1. CNN Predicts a Monster Storm
  2. Wind Whistles Through the Dark City
  3. The Water Rises
  4. Our Street Is a Black River
  5. Galaxies
  6. Darkness Falls
  7. Dreams
  8. Dreams Translated
  9. The Dark Side
  10. Built You a Mountain
  11. The Electricity Goes out and We Move to a Hotel
  12. We Learn to Speak Yet Another Language
  13. Dawn of the World
  14. The Wind Lifted the Boats and Left Them on the Highway
  15. It Twisted the Street Signs
  16. Then It Receded
  17. The Nineteen Stars of Heaven
  18. Nothing Left but Their Names
  19. All the Extinct Animals
  20. Galaxies II
  21. Never What You Think It Will Be
  22. Thunder Continues in the Aftermath
  23. We Blame Each Other for Losing the Way
  24. Another Long Evening
  25. Riding Bicycles Through the Muddy Streets
  26. Helicopters Hang Over Downtown
  27. We Head Out
  28. Everything Is Floating
  29. Gongs and Bells Sing
  30. Old Motors and Helicopters

Kronosi w Zakopanem!

fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]

Zespołu Kronos Quartet prawdopodobnie nikomu przedstawiać nie trzeba. Ten amerykański kwartet założony dokładnie czterdzieści pięć lat temu przez Davida Harringtona (pierwszego skrzypka) jest dziś jednym z najbardziej wszechstronnych i rozpoznawalnych na świecie. W jego repertuarze znajduje się muzyka kompozytorów tworzących bardzo różne gatunki muzyczne – od muzyki poważnej, poprzez ludową, aż po jazzową i ogólnie pojętą rozrywkową. Kronos Quartet współpracował m.in. z Arvo Pärtem, Laurie Anderson, Philipem Glassem, Davidem Bowie czy Nelly Furtado; odcisnął też ogromne piętno na muzyce światowej oraz polskiej, zamawiając u wielu wspaniałych kompozytorów znakomite kwartety, które prawdopodobnie bez uporu charyzmatycznego Davida Harringtona nigdy by nie powstały. My zawdzięczamy Kronosom trzy doskonałe kwartety Henryka Mikołaja Góreckiego – na pierwszy (jeden z moich ulubionych utworów z dzieciństwa) zespół musiał czekać sześć miesięcy, na porażający drugi – dziesięć lat. Czym jest jednak czas wobec wielkości efektów…
Zakopane po raz pierwszy miało niesamowity zaszczyt gościć Kronosów we wrześniu 2009 roku na koncercie inaugurującym I Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” organizowany przez Stowarzyszenie im. Mieczysława Karłowicza. Dziś, jubileuszową już edycję tego festiwalu znowu otworzył Kronos Quartet, co świadczy o nieprawdopodobnym rozmachu twórców tego fantastycznego i niezwykle ważnego przedsięwzięcia.
W minioną sobotę (1.09.2018) w kościele św. Krzyża (będącym nieustająco najlepszą i ciągle niestety jedyną salą koncertową Zakopanego) usłyszeliśmy utwory napisane w ramach Fifty for the Future (autorskiego projektu zespołu, mającego na celu ułatwienie początkującym kwartetom dostępu do najnowszej muzyki i stworzenie w ciągu pięciu lat pięćdziesięciu nowych kwartetów zamawianych u dwudziestu pięciu kompozytorek i dwudziestu pięciu kompozytorów z całej kuli ziemskiej), światowe prawykonanie najnowszego utworu „means of transport” jednej z najciekawszych polskich kompozytorek młodego pokolenia – Jagody Szmytki, kilka lżejszych aranżacji utworów rozrywkowych oraz klasykę już gatunku, znakomity utwór „Different Trains” pioniera minimalizmu – Steve’a Reicha.
Mimo że nie jestem fanką mieszania stylów, a już tym bardziej łączenia wybitnych dzieł współczesnych z muzyką łatwiejszą i lżejszą w odbiorze, uważam, że program (ustalony przez sam zresztą kwartet) się jednak zdumiewająco obronił, tworząc cudowną klamrę. Zupełnie ponadczasowy, ciągle hipnotyzujący i świeży, choć liczący już ponad trzy dekady, utwór Reicha pięknie zamknął to, co otworzyła doskonała, głęboka, intrygująca i bardzo poruszająca kompozycja Jagody Szmytki „means of transport”.
Wśród dwóch bisów znalazła się aranżacja „Summertime” w wersji Janis Joplin i wtedy już oficjalnie zakochałam się w Davidzie Harringtonie. Jeszcze nigdy nie słyszałam tak seksownych skrzypiec. Kiedy zamykałam oczy, słyszałam Janis – frazował zupełnie jak ona.
Po koncercie miałam ogromną przyjemność spędzić z Kronosami kilka pięknych chwil. Harrington (który pamiętał mojego tatę z czasów, kiedy kwartet występował na „Warszawskiej Jesieni”) okazał się rozbrajająco uroczym, delikatnym, skromnym i niezwykle serdecznym człowiekiem o wyjątkowej aurze. Jednym z tych, z którymi spotkanie coś w nas na zawsze zmienia. Na lepsze.

Z wielką radością załączam pierwszy historii tego bloga wywiad.

WYWIAD Z JAGODĄ SZMYTKĄ

Jagoda Szmytka i David Harrington, fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]

Marianna Patkowska: Jagodo, przede wszystkim jeszcze raz ogromnie ci gratuluję twojego najnowszego fantastycznego, poruszającego utworu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak znakomicie tematycznie i estetycznie współgrał z kompozycją (już ponad trzydziestoletnią!) „Different Trains” Steve’a Reicha. Czy pisząc „means of transport” specjalnie na tę okazję, miałaś świadomość, że Kronosi postanowili zakończyć swój koncert utworem Reicha na ten sam skład (kwartet z elektroniką) oraz dotykający tej samej problematyki (transportu, ruchu), co Ty?

Jagoda Szmytka: Nie, nie wiedziałam o tym. Gdybym wiedziała, poszłabym w pisaniu swojego utworu w troszkę inną stronę.

M.P.: Jaką?

J.S.: Byłam zupełnie porwana tym wykonaniem Kronosów. Mój utwór byłby inny, gdybym miała możliwość spotkania się z muzykami wcześniej; gdybym mogła z nimi dłużej pracować i gdybym miała okazję przed rozpoczęciem pracy nad „means of transport” usłyszeć to, co zrobili z „Different Trains” Reicha podczas tego koncertu.

M.P.: Mówisz o ich interpretacji czy energii?

J.S.: O jednym i drugim, ale zwłaszcza o energii.

M.P.: Wspominałaś, że twoją ogromną muzyczną inspiracją jest twórczość Mortona Feldmana. Czy cenisz Reicha i przede wszystkim jaki jest twój stosunek do tego konkretnego jego utworu – „Different Trains”?

J.S.: Feldman jest dla mnie tak ważny przede wszystkim z powodu swojej koncepcji ścisłego splatania kultury i sztuki z życiem człowieka. W dzisiejszych czasach ciągle jeszcze koncerty wykonuje się w odgórnie przeznaczanych do tego salach.  Ja sama bardzo często pracuję w przestrzeniach otwartych i poprzez instalacyjne formaty zbliżam się do człowieka i architektury. Z tym, że architektury nie w takim sensie jak u Xenakisa [znakomitego kompozytora i architekta, który zapisywał swoje utwory za pomocą figur geometrycznych – przyp. M.P.], tylko w znaczeniu czegoś, co się zamieszkuje. Nie jestem kompozytorem jednej estetyki – dobieram je w zależności od potrzeb. Lubię się z publicznością kontaktować w różnych formatach. „Different Trains” wspaniale się słucha, ten utwór się właściwie nie starzeje. Jest to zupełnie inna, niż u Feldmana estetyka dźwiękowa, ale to jest ciekawe. Ja lubię bawić się brzmieniowością w różny sposób. W ostatnim czasie, jako twórca, zahaczyłam nawet o techno.

M.P.: Sama wychowałam się na muzyce elektroakustycznej, więc łączenie tradycyjnych instrumentów z elektroniką jest dla mnie oczywiste. Bardzo mnie jednak ciekawi, jak podchodzisz do tego jako kompozytorka tak niesamowicie elektroniki świadoma, zawsze idealnie nią operująca. Czy jest dla ciebie po prostu jednym z wielu instrumentów i traktujesz ją na równi z nimi, czy masz może do jej używania inny stosunek?

J.S.: Bardzo lubię żonglować wszystkimi dostępnymi mediami – nie chcę się ograniczać do jednego. W swojej pracy wykorzystuję nowe i stare media elektroniczne, także z obrazem i z amplifikacją czy spreparowanymi głośnikami, traktując je na równi z każdym innym instrumentem, gdyż są to po prostu kolejne środki wyrazu. Jestem zafascynowana różnorodnością mediów i uważam, że jest to znak czasów, postęp. Wspaniale, że mamy do takiej palety dostęp – chcę z tego garściami korzystać.

M.P.: Bardzo dziękuję za rozmowę i cudowne emocje, których dostarczasz swoją muzyką za każdym razem.

„Uległość” Michel Houellebecq

tłumaczenie: Beata Geppert
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 2015
oryginalny tytuł: Soumission

„Uległość” Houellebecqa to jedna z najbardziej porażających, elektryzujących i poruszających do granic książek, jakie przeczytałam w życiu. Sam autor – skandalista i prowokator o intrygującej reputacji – należy do grona tych, których albo się kocha, albo nienawidzi. Ja kocham; kocham pomimo. Z jednej strony  mam do niego trochę żal o to, że większość jego bohaterów jest podszyta mizoginią, a relacje damsko-męskie są w jego książkach przedstawiane jako ciężkie, choć równocześnie płytkie, bolesne (dla kobiet – dla mężczyzn raczej obojętne) doświadczenia, podczas których jedynym chwilowym ukojeniem jest fizyczna bliskość. To strasznie smutny obraz, niemający pokrycia w rzeczywistości ludzi emocjonalnie zdrowych. Z drugiej jednak strony, Houellebecq uwodzi umiejętnością posługiwania się słowem, swoim wyjątkowym, unikalnym językiem. Jest w tym nieprzyzwoicie wręcz znakomity, na miarę samego Nabokova.
Poruszona w książce problematyka islamu była od dawna dla Houellebecqa ważna, również ze względów osobistych (jego matka stała się muzułmanką). W 2001 roku autor udzielił kontrowersyjnego wywiadu miesięcznikowi „Lire”, nazywając w nim islam

najgłupszą religią świata.

– Michel Houellebecq o islamie

Wytoczono mu za te słowa nawet proces, który jednak wygrał. Jego główną linią obrony było wykazanie różnicy między rasizmem i homofobią, dyskryminującymi ludzi ze względu na ich cechy wrodzone (na jakie nie ma się wpływu), a niechęcią do religii, która jest osobistym wyborem każdej jednostki. Wracając jednak do samej powieści… Akcja „Uległości” rozgrywa się w 2022 roku we Francji, a jej fabuła jest następująca: główny bohater, erudyta Franҫois jest znanym i cenionym literaturoznawcą, specjalistą od Jorisa-Karla Huysmansa – dziewiętnastowiecznego francuskiego pisarza skandalisty (co znamienne). Wykłada na Sorbonie, zbyt dużo pije, sypia z dwa razy młodszymi od siebie studentkami, nie będąc zdolnym do miłości (i płynących z niej zobowiązań), jest dość cyniczny, ale też niebywale inteligentny, żyjący w swoim własnym świecie. Ma znajomych, jego – mimo czegoś, co jest w nim odpychające, jednak – urok osobisty pozwala mu bywać nawet duszą towarzystwa, jednak w głębi serca jest samotnikiem. Z pewnym zaciekawieniem, ale też niepokojem, obserwuje francuską scenę polityczną, na której pojawia się zarówno fikcyjny Mohammed Ben Abbes, przywódca Bractwa Muzułmańskiego, jak i  Marine Le Pen, z którą rywalizuje o fotel prezydencki, ostatecznie wygrywając wybory i zamieniając Francję w państwo wyznaniowe (na dzień dobry wprowadza np. prawo szariatu), a także dokonując rewolucji w obszarze szkolnictwa wyższego (poczynając od zmian nazw uczelni, poprzez narzucenie stylu ubierania się uczennicom, a na weryfikacji wyznania pracowników skończywszy). Franҫois jako indywidualista, intelektualista i ateista, jest z początku tym, co się dzieje, dosyć przerażony. Sęk jednak w tym, że to, co się dzieje, dzieje się w sposób niebywale łagodny (nowy prezydent jest inteligentnym, spokojnym, stabilnym emocjonalnie człowiekiem), a całe środowisko Franҫois zaskakująco łatwo i szybko ulega wszystkiemu, co w zastraszającym tempie zmienia od wieków przecież świecką Francję w państwo wyznaniowe. Czym więc być przerażonym? Zmiany są nieuniknione. Być może nawet zmiany na lepsze. Oczywiście to, że kobiety nie mogą pracować jest – zwłaszcza w kręgach akademickich w cywilizowanym kraju – zmianą szokującą i odczuwalną. Studentki, z którymi Franҫois wdawał się w przelotne romanse, zaczynają nosić ubrania zakrywające coraz więcej, ale za to z drugiej strony patrząc, wykładowcy mogą mieć po kilka młodych żon. Perspektywa finansowa również wydaje się jakaś taka bardziej kusząca. Francuskie społeczeństwo było przecież do tej pory otwarte i postępowe. Jednak nawet najbardziej postępowy mężczyzna, kiedy będzie mieć kilka wiernych, namiętnych młodych żon, które o niego odpowiednio zadbają, łatwo zagłuszy w sobie sprzeciw wobec roli kobiety w islamie. Nie wiem, jak same zainteresowane (czyli postawione w takiej sytuacji Francuzki), ale nikt nie da im już możliwości wypowiedzenia się. Przeraża chyba najbardziej, że bezboleśnie można się cofnąć mentalnie o tysiąc lat i czuć się w tym komfortowo. Czy erudycja, inteligencja i indywidualność może ochronić silniejsze jednostki przed uległością wobec zła? Książka to pytanie stawia i jednoznacznie na nie odpowiada.
Mam wobec „Uległości” bardzo mieszane uczucia. Nie dlatego, żeby pojawiły się we mnie kiedykolwiek najmniejsze wątpliwości co do tego, czy książka jest arcydziełem – ona arcydziełem jest niewątpliwie! Uczucia są mieszane, bo Houellebecq chciał, żeby takie były; w mistrzowski i równocześnie niezwykle gorzki sposób dowodzi w swoim dziele tego, że człowiek potrafi, siedząc w najgorszym bagnie, wmówić sobie i innym, że właściwie znalazł się w doskonałym, ekskluzywnym spa. Że będąc w środku jakiegokolwiek zła, zaskakująco ochoczo zaczynamy zmieniać swoje myślenie i podawać w wątpliwość fakty, widząc jedynie płynące z takich wyborów doczesne korzyści. Wszyscy zaczynamy nagle cierpieć na krótkowzroczność. Tak, piszę „wszyscy”, z ogromnym żalem i wstydem przyznając się równocześnie do tego, że ja podczas lektury także zaczęłam się zastanawiać „co to właściwie komu szkodzi – kilka radykalnych może, jak na Francję, zmian, ale ludzie będą więcej zarabiać, więcej zacznie ich łączyć, niż dzielić, ci, którzy odnajdują się w poligamii, będą mogli legalnie poślubić kilka ślicznych żon”. Tak, wielkość Houellebecqa polega m.in. na tym, że on to wszystko czytelnikowi robi. On nie tylko nieprawdopodobnie trafnie diagnozuje nasz gatunek, opisując pewne mechanizmy – on również przenika w głąb duszy czytelnika i udowadnia mu na jego własnym przykładzie, jak bardzo jesteśmy niedoskonali.
Z językowego punktu widzenia niezwykle interesujące jest to, że islam jest jedyną religią, której nazwa nie pochodzi od imienia założyciela, lecz definiuje swoją własną ideę, a w języku arabskim słowo „islam” oznacza… poddanie się woli Boga, czyli okazywaną Bogu przez człowieka… uległość.

„Uległość” była krytykowana jeszcze przed publikacją ze względu na podsycanie islamofobii. Ostatecznie Houellebecq zrezygnował z promocji książki, gdyż jej termin zbiegł się w czasie z tragicznymi wydarzeniami w Paryżu – zamachem na redakcję „Charlie Hebdo”, w którym zginął przyjaciel Houellebecq’a, ekonomista Bernard Maris. Autor (wraz z kilkoma innymi znanymi osobami) dostał kilkumiesięczną dwudziestoczterogodzinną ochronę policyjną, o którą jednak nigdy sam nie zabiegał, a po jakimś czasie opuścił Paryż.

Na zadane mu w wywiadzie pytanie, czy napisanie takiej książki nie było nieodpowiedzialne, odpowiedział:

Moją rolą nie jest być odpowiedzialnym. Zadaniem powieści jest dać czytelnikom rozrywkę, a strach jest jedną z najbardziej rozrywkowych rzeczy, jaka istnieje.

– Michel Houellebecq w wywiadzie dla  magazynu „The Guardian”