Porozmawiajmy o małżeństwie…

fot. Nika Zamięcka

Z okazji dzisiejszych Walentynek postanowiłam zrobić wpis językowy, w którym dogłębnie przyjrzę się słowu „małżeństwo”.

1. Jaka jest etymologia słowa „małżeństwo”

Cytując za Poradnią Językową Uniwersytetu Śląskiego:

Wyraz „małżeństwo” nie należy do polskiego słownictwa rodzimego. Jedna z hipotez omawiających etymologię tego słowa, podkreślająca złożony charakter wyrazu, wskazuje, że ów leksem wywodzi się od słowa „małżonka” – a ściślej – od wcześniej już używanego wyrazu „małżona” o znaczeniu ‘żona pojęta „na mal”, uroczyście’. Człon „mal-” wywodzi się od starogermańskiego „māl” lub „mahal” oznaczającego ‘umowę, kontrakt’ (w omawianym przykładzie byłby to kontrakt ślubny). Związek „māl” ‘umowy’ z uroczystościami weselnymi potwierdzają następujące germańskie słowa: „mahlschatz” ‘posag’, „mahlring” ‘pierścień ślubny’. Drugi człon złożenia – „žona” – ma już charakter słowiański.
Zauważyć ponadto należy, iż polszczyzna przejęła wyraz „małżonka” najprawdopodobniej w drugiej połowie XIV wieku z języka staroczeskiego – „malženka”. Było to zdrobnienie od „malžena” – ‘ślubna żona’.
Pierwsza połowa XVI wieku przynosi teksty dokumentujące użycie słowa „małżonek” (sporadycznie: „małżon”) utworzonego od leksemu „małżonka”. Natomiast słowo „małżeństwo” pojawia się wcześniej, bo już w pierwszej połowie XV wieku, prawdopodobnie też na wzór staroczeskiego „malženstvo”.
W XV wieku odnotowujemy również obecność wyrazu „niemałżeństwo” w znaczeniu ‘związek z żoną „niemałżeńską”, konkubinat’ (por. Aleksander Brückner „Słownik etymologiczny języka polskiego”, Andrzej Bańkowski „Etymologiczny słownik języka polskiego”).
Z kolei druga hipoteza zakłada, iż podstawą etymologiczną omawianego słowa był staroniemiecki leksem „gemahelo” (obecnie „gemahl”) – ‘małżonek’, przejęty przez Słowian bez nagłosowego „ge-” (Krystyna Dłogosz-Kurczabowa „Nowy słownik etymologiczny języka polskiego”).
Warto również przypomnieć dziś już zapomniane staropolskie wyrazy: „żeństwo” ‘małżeństwo’, „bezżeństwo”, rzadsze ‘bezmałżeństwo” czy wreszcie czasowniki „małżonkować”, „małżonkować się” w znaczeniu ‘zawierać związek małżeński’.

– Joanna Przyklenk, Poradnia Językowa UŚ

Łatwo więc zauważyć, że o ile da się w wyrazie „małżeństwo” doszukać „żony” i „umowy”, na próżno w nim jednak szukać „męża”, z którą to wiedzą przejdźmy do punktu drugiego.

2. Ze słowa „małżeństwo” wynika, że jest to „związek kobiety i mężczyzny”

Owszem, jest to definicja prawna (choć wbrew pozorom nie aż taka oczywista jak się zdaje, co wyjaśni się za chwilę), a także – jak na razie – słownikowa, jednak, o czym wyżej, w etymologii tego wyrazu bardzo trudno doszukać się „kobiety i mężczyzny”. Innymi słowy definicja ta wynika z pewnej umowy między użytkownikami języka, że wyraz „małżeństwo” oznaczać będzie formalnie zawarty związek między kobietą a mężczyzną (działają więc tu względy kulturowe), nie zaś z budowy samego słowa. Jest to niesamowicie istotna różnica, ponieważ język jest żywy i ewoluuje w zależności od potrzeb użytkowników (to on służy przecież nam, a nie na odwrót), w związku z czym niektóre słowa mogą zmieniać na przestrzeni lat swoje znaczenia; równocześnie jednak te wyrazy, których znaczenia bezpośrednio wynikają z ich budowy (np. „podnóżek” czy „podgłówek” to coś, co mamy „pod” „nogą” lub „głową”) nie mają wielkiego pola manewru i ich szansa na radykalną zmianę znaczenia jest niemal równa zeru. (W przypadku „podnóżka” i „podgłówka” obstawiałabym raczej stwarzanie nowych wyrazów na nich wzorowanych, jak np. „podnadgarstek”, „podplecek” czy „podrączek”, nie zaś zmienienie ich znaczenia na jakiekolwiek inne.)
Oczywiście można byłoby tu podać jako kontrargument np. kolory – znaczenie słów ich określających też wynika przecież z pewnej umowy, jednak punkt ciężkości stawiałabym na powyższe „w zależności od potrzeb użytkowników” (przez co rozumiem całe społeczeństwo na przestrzeni lat, nie zaś pojedyncze jednostki). Trudno mi wyobrazić sobie społeczną potrzebę zmiany znaczenia słowa „czarny”, tym bardziej, że weszło już do frazeologii („praca na czarno”, „nadciągają czarne chmury” czy „czarno na białym”); jednak ta najczęściej pojawiała się w przypadku słów określających sprawy dla nas od kolorów istotniejsze.
Jeśli więc zrozumiemy, że budowa słowa „małżeństwo” nie wskazuje wcale na „kobietę i mężczyznę”, szybko uświadomimy sobie, że znaczenie tegoż – gdyby prawna interpretacja konstytucyjnych zapisów uległa w naszym kraju zmianie – bez najmniejszego językowego problemu także może się zmienić, a ściślej mówiąc, rozszerzyć.

4. Krzesło to krzesło (a jak nie, to świat się rozsypie)

Znam bardzo wiele osób stojących na stanowisku, że

choć nie mają nic przeciwko homoseksualnym bliźnim, jednak nazwanie (ciągle jeszcze hipotetycznego w Polsce) usankcjonowanego prawem związku między dwoma osobami tej samej płci „małżeństwem” jest językowym nadużyciem, gdyż „małżeństwo” to „małżeństwo”, podobnie jak „krzesło” to „krzesło”, a „stół” to „stół”.

– zdanie wielu osób, które nie są homofobami, ale…

Na czym polega błąd takiego rozumowania? Przede wszystkim na tym, o czym pisałam już wyżej – opory nie są wcale językowe i dobrze mieć tego świadomość (i językiem się nie wykręcać), lecz kulturowe, a to różnica. Przez lata przyzwyczajamy się do różnych rzeczy i perspektywa zmiany najczęściej nie budzi naszego zaufania. Starsi ludzie do dziś będą traktować rzeczownik „radio” jako nieodmienny, mimo że od wielu lat nie tylko może, ale nawet powinien być odmieniany przez wszystkie przypadki. (Choć brak odmiany ciągle błędem nie jest, a raczej reliktem minionych czasów.) Świat się jednak z tego powodu nie skończył, a Ziemia nie przestała kręcić!
Inny problem tego rozumowania jest taki, że choć faktycznie u nas małżeństwa jednopłciowe jeszcze zawierane nie są, są jednak zawierane w innych krajach, więc stanowią zjawisko faktyczne, z którym nasz język powinien umieć się jakoś jednak zmierzyć. (Nota bene nie trzeba przecież brać ślubu w Polsce, żeby być małżeństwem przebywającym dłużej czy krócej w tym kraju.)

5. Co na to Konstytucja
Rzeczypospolitej Polskiej?

Z ogromną przyjemnością przytoczę tu postanowienie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (sygn. akt IV SA/Wa 2618/18) w sprawie Jakuba i Dawida:

Zgodnie z art. 18 Konstytucji RP małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo pozostają pod opieką i ochroną Rzeczypospolitej Polskiej. Zdaniem Sądu zgodzić można się ze Skarżącymi, iż z powyższej zasady konstytucyjnej wynika nie tyle konstytucyjne rozumienie instytucji małżeństwa, co gwarancja objęcia szczególną ochroną i opieką państwa instytucji małżeństwa, ale tylko w założeniu, że chodzi o związek mężczyzny i kobiety. Z tego względu treść art. 18 Konstytucji nie mogłaby stanowić samoistnej przeszkody do dokonania transkrypcji zagranicznego aktu małżeństwa, gdyby w porządku krajowym instytucja małżeństwa jako związku osób tej samej płci była przewidziana. Powyższy przepis nie zabrania przy tym ustawodawcy, by ten mocą ustaw zwykłych zinstytucjonalizował status związków jednopłciowych lub też różnopłciowych, które z sobie wiadomych przyczyn nie chcą zawrzeć małżeństwa w jego tradycyjnym rozumieniu.

– Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (sygn. akt IV SA/Wa 2618/18)

6. Dupa w drzewie, fajna dziwka i chujec w  zagrodzie

Wszelkim ciągle nieprzekonanym purystom językowym musiałabym doradzić używanie podanych w tytule słów w ich pierwotnym, niezmienionym znaczeniu. Niech więc „dupą” określają dziuplę, „chujcem” wieprza, a do dziewczyny zwracają się po staropolsku per „dziwko”. Jeśli nie chcą przypadkiem obrazić płci pięknej, muszą też wystrzegać się używania słowa „kobieta”, gdyż w XVI wieku było ono przecież nacechowane negatywnie i stanowiło wręcz obelgę. O tym, że „bielizna” może być tylko biała, a „miednica” jedynie miedziana, nie muszę na pewno przypominać. Szanujmy się, słowa w końcu mają swoje znaczenie!

P.S. Wszystkim w tym pięknym dniu życzę dużo, dużo miłości! Najlepiej zacząć od tej do siebie samego, bo im się jej ma więcej do siebie, tym więcej można jej dać innym i równocześnie od innych otrzymać!
A kiedy będziemy jej mieć już wystarczająco, szybko zrozumiemy, że żadne preferencje – ani seksualne, ani kulinarne, ani artystyczne – nas nie definiują. Definiuje nas natomiast nasze serce! ❤️❤️❤️

Domowa pizza

jednopalnikowa.wordpress.com

Z okazji Międzynarodowego Dnia Pizzy nie pozostaje mi nic inNego, jak tylko przypomnieć wpis, który opublikowałam kiedyś na swoim kulinarnym blogu Jednopalnikowa, zawierający przepis na pyszną domową pizzę.
Zapraszam do jego lektury (wystarczy kliknąć w jego podkreśloną i wyświetlającą się na szaro nazwę 😉 )!

P.S. A na deser dołączam filmik – niech będzie przestrogą dla tych, którzy jedzą pizzę zbyt wolno: uwaga, może się ona nieoczekiwanie zamienić w kobietę! 🍕🍕🍕

Stromae – Jacques Brel muzyki tanecznej

O Stromae usłyszałam – podobnie jak reszta świata – w 2009 roku, kiedy wyszedł jego cudowny singiel „Alors On Danse”, do dziś jeden z moich absolutnie ulubionych tanecznych hitów (o czym wspominałam niedawno we wpisie „Let’s dance”). Długi czas czułam odrobinę pewnie irracjonalny lęk przed zgłębieniem reszty jego twórczości, bo wspomniana piosenka wydawała mi się tak dobra i wyjątkowa, że nie chciałam sobie tego wrażenia w żaden sposób zepsuć (ten sam rodzaj lęku towarzyszył mi zresztą także po lekturze mojej ukochanej książki wszech czasów – „LolityVladimira Nabokova, na szczęście go przemogłam, odkrywając geniusz Nabokova w pełnej krasie).
Kilka lat później zaczęłam szukać w internecie kolejnych piosenek Stromae, stwierdzając z radością, że są bardzo dobre, choć ta pierwsza działa na mnie w zupełnie niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju sposób. Nie poświęciłam jednak wystarczającej ilości czasu i energii na przyjrzenie się temu artyście tak uważnie, jak na to zasługuje. Dopiero kilka tygodni temu, przy okazji swojego karnawałowego wpisu, nadrobiłam te zaległości i zachwyciłam się wielowymiarową znakomitością Stromae.

1. Stromae, kto zacz

W największym skrócie – Stromae to belgijski perkusista, raper, piosenkarz, producent muzyczny i autor tekstów pochodzenia rwandyjskiego. Swoją muzyczną przygodę zaczął od fascynacji rytmem i gry na perkusji. Potem wyrażał siebie również poprzez rap, a dopiero na końcu zajął się śpiewaniem.
Największy rozgłos, o czym pisałam już wyżej, przyniósł mu pierwszy singiel – „Alors On Danse”. Stromae śpiewa tylko po francusku, gdyż – jako perfekcjonista – twierdzi, że jego angielski nie jest wystarczająco dobry (co nie do końca jest prawdą, wnioskując po wywiadach, których udziela czasem w tym języku).

2. Maestro Stromae

Artysta ten mnie fascynuje, począwszy już od samego swojego pseudonimu, który jest anagramem słowa „maestro”. Jako językowca ciekawi mnie bardzo różnica wymowy członu „mae” w każdym z tych słów („maestro” [maestro], ale przecież „stromae” [stromè]!).
Język francuski nigdy mnie specjalnie nie ujmował swoją melodią (w każdym razie nigdy aż tak jak niemiecki, grecki, islandzki czy czeski), jednak Stromae jest w swojej twórczości tak spójny i przekonujący, że zachwyciłam się nim z tym wszystkim, co ze sobą wniósł do mojego świata, więc również jego językiem. A ciekawość tego, o czym śpiewa, skłoniła mnie do szukania tłumaczeń tekstów jego piosenek. Towarzyszyła mi jakaś intuicyjna pewność, że są one znacznie głębsze, niż znakomita większość tekstów tanecznych piosenek. Gdyby tak nie było, mógłby z powodzeniem, nawet mając mały zasób słów, śpiewać po angielsku (co jest gwarancją większego komercyjnego sukcesu).
Szybko okazało się, że się nie pomyliłam, bo z taką pasją, zaangażowaniem, a równocześnie przejmującym miejscami smutkiem, można śpiewać tylko o rzeczach, które nie są błahe.

3. Stromae – co mnie kręci,
co mnie podnieca

Parafrazując tytuł filmu jednego z moich ukochanych reżyserów, Woody’ego Allena, to, co mnie kręci, co mnie podnieca w cudownym artystycznym tworze, jakim jest Stromae, to niesamowita spójność obranej przez niego drogi, przy równoczesnej imponująco szerokiej gamie barw, z których się składa. Wszystko jest w nim nieoczywiste, a równocześnie bardzo charakterystyczne. Poczynając już od wyglądu; potrafi być równocześnie sympatycznym brzydalem, skromnym intrygującym chłopakiem, magnetyzującym i przystojnym dojrzałym mężczyzną, diabłem wcielonym, czy nawet przepełnioną po brzegi seksapilem kobietą! W każdej z tych odsłon jest jednak niezmiennie doskonale ubrany i w nienachalny sposób, jednak zawsze elegancki!
Z kolei od strony muzycznej urzeka mnie u Stromae wspominany tu już wielokrotnie smutek, intrygująca barwa głosu połączona z cudowną ekspresją, porywający rytm,  niebanalna harmonia i mocno przemyślana całość kompozycji.

4. Stromae – dzieła wybrane

Bardzo poruszającą ze względu na swój tekst, ale też fantastycznie współgrający z nią teledysk, jest piosenka „Papaoutai”. Traktuje o braku ojca i tęsknocie za nim. Najbardziej oczywistym wydaje się skojarzenie z biografią artysty, którego tata zginął podczas ludobójstwa w Rwandzie, kiedy muzyk miał dziewięć lat. Stromae jednak podkreśla w wywiadach, że podczas pisania tekstów mocno dystansuje się od swoich prywatnych doświadczeń, a ten konkretny utwór odnosi się do nieobecności lub też niewystarczającej obecności ojca w życiu dziecka, która w pewien sposób jest, zdaniem Stromae, wpisana rolę autorytetu ojcowskiego.
Zupełnie inny w klimacie jest humorystyczny kawałek „Tous les mêmes”, za którym nie przepadam aż tak bardzo jak za pozostałymi i pewnie bym o nim nie wspomniała wcale, gdyby nie objawiający się w wideoklipie aktorski talent Stromae, który gra równocześnie męskiego mężczyznę i kobiecą kobietę, i robi to po mistrzowsku! Jeszcze większy mój szacunek zyskał zresztą tym wykonaniem wspomnianej piosenki na żywo! (Z żartobliwych muzyczno-słownie numerów wart odnotowania jest też fantastyczny „Carmen”.)
Jeśli chodzi o utwory, które rzeczywiście uwielbiam i które mnie urzekają swoją muzyczną przestrzenią, muszę wymienić na pewno „Je cours” i „Ta fête”! A teledyski do obu z nich to fenomenalne krótkometrażowe filmy (zwłaszcza do „Je cours”!).
Wstrząsający jest za to zarówno numer „Formidable”, jak i obraz do niego – pomysł (doskonały i przejmujący w swojej prostocie) oraz sama jego realizacja powodują u mnie za każdym razem ciarki.
Zaintrygowała mnie natomiast sytuacja z inną piosenką – „Te Quiero”, do której oryginalny teledysk do mnie nie przemówił. Nie to, żeby mi się nie podobał, ale nic w nim mnie nie ujęło, dopóki… nie zobaczyłam tego absolutnie brawurowego wykonania, przywodzącego mi na myśl ekspresję przyklejonej do mikrofonu, tętniącej jednak emocjami Édith Piaf. Widzimy teatr jednego aktora, od którego nie sposób oderwać wzroku. Spektakl, który przeżywamy, nawet jeśli nie rozumiemy tekstu…
A jeśli idzie o te teksty, które możemy bez problemu zrozumieć (artysta umieścił w niektórych klipach angielskie napisy), to do tej pory największe wrażenie zrobił na mnie ten do piosenki „Quand c’est?”, którego początek, w moim tłumaczeniu, przedstawiam poniżej:

O tak, znamy się dobrze,
nawet próbowałeś zdobyć moją matkę,
zaczynając od jej piersi
oraz płuc mojego ojca.
Pamiętasz ich?
Raku, raku,
powiedz mi, kiedy…
Raku, raku,
kto jest następny?

Stromae „Quand c’est?”

Na uwagę zasługuje też muzyka (piękne chórki, cudownie zagospodarowana przestrzeń) oraz tradycyjnie sam teledysk – wszystko jest tu idealnie do siebie dopasowane.
Żeby jednak nie pogrążać swoich Czytelników w zbyt dużym smutku i zadumie, zakończę ten swój rozdział bardzo uroczym wykonaniem na żywo piosenki znacznie różniącej się od pozostałych, za to ukazującej jeszcze inną twarz Stromae„Ave Cesaria” in San Francisco.

5. Stromae, Jacques Brel

Porównanie Stromae do Jacques’a Brela nie jest niestety moje, ale pozwoliłam go sobie użyć w tytule tego wpisu, ponieważ wydaje mi się wyjątkowo trafne. Podobieństwa nie kończą się na wspólnej obydwu panom narodowości belgijskiej, czy pisaniu znakomitych, dających do myślenia tekstów w języku francuskim. Zarówno Brela, jak i Stromae można nazwać artystą totalnym, wychodzącym znacznie poza ramy jednej tylko gałęzi sztuki. Równoległe do muzycznych dokonania Jacques’a Brela na niwie filmowej są imponujące – był scenarzystą i reżyserem dwóch filmów, kompozytorem muzyki do ośmiu, a zagrał w jedenastu! Osiągnięcia Stromae w tej dziedzinie są co prawda znacznie skromniejsze (zagrał w jednym filmie i wyreżyserował dwa teledyski innych artystów), jednak łączy swój niewątpliwy aktorski talent z działalnością muzyczną, występując w swoich (zawsze znakomicie wyreżyserowanych!) wideoklipach i wcielając się w zupełnie różne od siebie role. Warto również wspomnieć o tym, że fantastycznie tańczy, wnosząc tym do każdej z opowiadanych przez siebie historii nową jakość.
Ciekawostką było też dla mnie pewne odkrycie: otóż Jacques Brel urodził się w tym samym roku, w którym na świat przyszedł mój tata (choć Brel był o kilka miesięcy od niego starszy), natomiast Stromae urodził się w tym samym roku, w którym na świat przyszłam ja (choć Stromae jest ode mnie o kilka miesięcy starszy). Przypadek?

P.S. Na deser łączę swoją wersję jednej z najpiękniejszych piosenek Jacques’a Brela w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego – „Nie opuszczaj mnie”). 🎹🎹🎹

Ludzie Węgorze

fot. Jan Lewandowski

Z góry przepraszam wszystkie węgorze za porównanie ich do ludzi, zwłaszcza takiego pokroju, ale frazeologicznie wydały mi się tu najwłaściwsze.

Dzisiejszy wpis będzie dla odmiany bardzo krótki, odkryłam mianowicie pewne punkty styczne w ludziach, od których staram się w miarę możliwości stronić i wyklarowała mi się jedna, dosyć spójna sylwetka. Mianowicie sylwetka Człowieka Węgorza.
Człowiek Węgorz jest śliski i się wije. Jeśli zahaczy o prawdę, to tylko przypadkiem, trącając ją pełzającym ogonem. Cieszy go intryga oraz wzbudzenie w innych poczucia winy i strachu, jednak jakkolwiek przyciśnięty do muru, od razu się wywija, gdyż nie potrafi się konfrontować. Choć typ to podły, jest na niego jeden niezawodny sposób – uczciwość i kierowanie się zawsze tylko i wyłącznie prawdą. Gorąco tę metodę polecam zresztą w każdej sytuacji. Wszystko staje się od razu jasne i proste. Z tej strony rzeczywistości zmienia się też optyka; zdecydowanie lepiej widać – np. to, że bycie Człowiekiem Węgorzem jest, owszem, zagrożeniem, ale… jedynie dla Człowieka Węgorza.

Przy okazji mogę zarekomendować bycie Człowiekiem Psem, przypominając na tę okoliczność doskonałą piosenkę pod tym właśnie tytułem z jednej z najlepszych w moim odczuciu polskich płyt ostatniej dekady,  „Jezus Maria Peszek” Marii Peszek.

Kundle, odmieńcy,
śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci
ej, duszy podpalacze,
róbmy dym
Ej, wy,
ludzie psy,
mokra wasza sierść
ej, będziemy dziś
smutek łyżkami jeść
ej, wy,
ludzie psy,
brudna wasza maść
ej, będziemy dziś
spokój ludziom kraść

– Maria Peszek „Ludzie Psy”

Kawiarenki, na, na, na…

fot. Mariusz Stępień

Za każdym razem, kiedy słyszę z ust ludzi, którzy mogliby być moimi rodzicami, (znamienne, że nigdy nie są to muzycy) słowa:

w naszych czasach śpiewano dużo lepsze piosenki niż teraz,

– słowa wypowiadane przez ludzi, którzy mogliby być moimi rodzicami

dziękuję w duchu losowi za podejście moich rodziców do tego zagadnienia. Otóż mama zawsze powtarzała:

za moich czasów śpiewano chłam jakich mało – naiwność i banalność zarówno muzyki, jak i tekstów, zwalała z nóg,

– moja mama o muzyce rozrywkowej swoich czasów (cytat nie jest wierny, ale dobrze oddaje sens jej wypowiedzi)

ceniąc chyba tylko Skaldów (bo niezaprzeczalna genialność Ewy Demarczyk polegała również na tym, że swój cudowny, magiczny, artystyczny świat stworzyła w pewnym sensie zupełnie poza czasem – mówienie więc o nim w tym samym kontekście, co o muzycznej aktywności Piotra Szczepanika, Karin Stanek czy Ireny Jarockiej, wydaje się co najmniej nietaktem). Tata zaś z licznych zagranicznych podróży przywoził mi zawsze nagrania młodych, intrygujących wschodzących tam gwiazd (nieznanych jeszcze w Polsce) oraz obowiązkowo kasety (!) The Prodigy, których słuchaliśmy później wspólnie. Nie zaznałam więc na szczęście w domu żadnych muzycznych podróży w czasie moich rodziców. Kilka dni temu dopadła mnie jednak wątpliwa przyjemność zmierzenia się z utworem z tych nie najlepszych czasów polskiej muzyki rozrywkowej – piosenką „Kawiarenki” (miałam zagrać i zaśpiewać ją dzieciom) i choć harmonię udało mi się jeszcze pozmieniać i wyciągnąć na prostą, niestety musiałam wczytać się w tekst. I wtedy umarłam. Umierałam zresztą wielokrotnie: głównie ze śmiechu, ale też z zażenowania i poczucia literackiej bezsilności, zastanawiając się, jak to możliwe, że coś tak kuriozalnego znalazło się w tej dość nawet przyjemnej (jeśli popracować nad aranżacją) piosence.
Poczułam, że moim językoznawczym obowiązkiem jest rozłożyć ten tekst na czynNiki pierwsze, bo zmieścić tyle zła w dwóch zwrotkach i dwóch refrenach to też swojego rodzaju sztuka, warta odnotowania na tym blogu. (Tym bardziej, że publikowałam tu już kiedyś wpis o tekście piosenki „M jak miłość”…)

„Kawiarenki”

1) A kiedy już przyjdzie czas,
pełne po brzegi są kawiarenki.

Pod okna ich, całun z gwiazd,
gdzieś w zakamarki wielkich miast ciągnie nas.

REF.: Kawiarenki, na, na, na, kawiarenki na, na, na
Małe tak, że zaledwieś wszedł, zniżasz głos aż po szept.
Mimochodem, kamień w wodę,
wpadnie coś z bardzo wielkich spraw
w czarną toń małych kaw.
Kawiarenki na, na, na, kawiarenki na, na, na
Z cienia w pół i ze światła w pół ty i ja, i nasz stół
Za witrażem szklanych marzeń ledwo świat
poznajemy już, choć jest tuż.

2) Miejsc w koło nas coraz mniej,
już dymi z okien złotym obłokiem
I barman już woła: „Hej”!
Już kawiarenka rusza w rejs, wielki rejs.

REF.:  Kawiarenki na, na, na kawiarenki na, na, na
Stolik nasz w nieważkości lamp krąży tu, krąży tam.
Filiżanki – białe ptaki
lecą wprost w kolorowy dym,
płyną w nim, giną w nim.
Pan i pani na, na, na, zaszeptani, na, na, na,
któż to wie, gdzie naprawdę są,
ona z nim i on z nią.
Kawiarenki, kawiarenki,
porwą gdzieś w siódme niebo aż stolik nasz…

Jerzy Kleyny

A kiedy już przyjdzie czas,
pełne po brzegi są kawiarenki.

„A kiedy już przyjdzie czas” jest frazą, która nie wnosi absolutnie żadnej wartości ani merytorycznej, ani estetycznej, ani nawet nie tworzy rymu (w tym przypadku do później użytego słowa „gwiazd”). Wszystko w życiu dzieje się przecież właśnie wtedy, „kiedy już przyjdzie czas”. „A kiedy już przyjdzie czas” zakochujemy się i odkochujemy, zdajemy egzamin, kupujemy dom, samochód, zwiedzamy upragnione miejsce, bierzemy ślub, upijamy się, a nawet idziemy skorzystać z toalety. Skoro ten przychodzący na daną aktywność czas żadnej aktywności w jakikolwiek sposób nie wyróżnia, nie jest też wart wspominania. Kolejnym problemem z tymi dwoma wersami jest niezgodność czasów. Niby w poezji lub tekstach piosenek nie jest to aż tak istotne, jednak skoro już się uprzeć na ten „czas”, który dopiero „przyjdzie”, to „pełne po brzegi” kawiarenki dopiero „będą”. Jeszcze nie „są”, bo czas na to nie „przyszedł”.

Pod okna ich, całun z gwiazd,
gdzieś w zakamarki wielkich miast ciągnie nas.

Przenośne znaczenie słowa „całun” – które oryginalnie oznacza tkaninę służącą do przykrywania zwłok – jest, cytując za Słownikiem Poprawnej Polszczyzny PWN, następujące: „coś pokrywającego, zasłaniającego”. Co więc ma zasłaniać „całun z gwiazd”, skoro został umieszczony przez autora pod oknami kawiarenek? Tę część, której i tak zza okna nie widać? Nie widać jej także z zewnątrz, gdyż – co sugerują gwiazdy – jest już ciemno. Jaki ma więc to walor estetyczny dla klientów tytułowych kawiarenek? No i czy to ten przykrywający i tak niewidoczną część elewacji lokalu całun „ciągnie nas w zakamarki wielkich miast”? W zakamarkach wielkich miast, z tego co się orientuję, prędzej natrafimy na meliny, niż kawiarenki, choć całun w znaczeniu dosłownym rzeczywiście najprędzej właśnie tam może się okazać przydatny.

Kawiarenki, na, na, na, kawiarenki na, na, na
Małe tak, że zaledwieś wszedł, zniżasz głos aż po szept.

Autorowi być może chodziło o to, że kawiarenki są tak małe, że trzeba się zniżyć, żeby do nich wejść, bo przecież wielkość miejsca, do którego wchodzimy ma się zupełnie nijak do mówienia szeptem. W ogromnych nieraz kościołach mówimy szeptem przez wzgląd na szacunek do miejsca sacrum, a do kawiarni przychodzimy odprężyć się i porozmawiać. Nie bardzo rozumiem też, co zniżenie głosu ma do szeptu. Kiedy zniżymy głos, mówimy – jak wynika z opisującego to zjawisko słowa – niżej. Niżej, więc – co z kolei wynika z praw fizyki – odrobinę wolniej. Jednak wcale nie ciszej. Jeśli efektem tego, co zrobimy z głosem będzie szept, mamy na myśli raczej „ściszanie głosu”. Jednak wtedy nie „po szept”, a „do szeptu”.

Mimochodem, kamień w wodę,
wpadnie coś z bardzo wielkich spraw
w czarną toń małych kaw.

Zasada nadawania większego i mniejszego znaczenia rzeczom, o których chcemy mówić, jest bardzo prosta – im bardziej podkreślamy ich znaczenie, tym jest ono mniejsze. „Bardzo piękny film” będzie więc zawsze mniej piękny, niż po prostu „piękny film”, a „bardzo pyszny obiad” mniej pyszny od „obiadu pysznego”. Analogicznie jest z „bardzo wielkimi sprawami” – są w rzeczywistości nie aż tak wielkie.
Co do frazeologizmu związanego z kamieniem i wodą, poprawnie brzmi on: „przepaść jak kamień w wodę”, ewentualnie, skrótowo, „jak kamień w wodę” i oznacza: „przepaść gdzieś bez śladu, nagle zniknąć”. „Kamień w wodę” jest więc dziwnym tworem nawiązującym do wspomnianych frazeologizmów, lecz nie będącym poprawną formą. W tym momencie warto też wrócić do słowa „mimochodem” i przypomnieć sobie jego słownikowe znaczenie: „nie przywiązując do czegoś wagi, przy okazji”, a potem spróbować odpowiedzieć na pytanie: przy okazji czego właściwie cokolwiek może wpaść jak kamień w wodę? Nawet jeśli tym czymś jest wcale nie aż tak wielka sprawa (co ustaliliśmy wyżej). No i skoro przepadła „jak kamień w wodę”, to „przepadła gdzieś bez śladu”. Nie wiemy gdzie. Skoro autor wie, że w „czarną toń małych kaw”, to niezupełnie aż tak „jak kamień w wodę”. Pomijając już fakt, że słowo „toń” oznacza „głębinę, głębię” i o ile istnieje możliwość użycia sformułowania „czarna toń kaw”, będącego zabiegiem poetyckim, przydawka „małych” tę możliwość skutecznie udaremnia.

Z cienia w pół i ze światła w pół ty i ja, i nasz stół
Za witrażem szklanych marzeń ledwo świat
poznajemy już, choć jest tuż.

Jedynym niezaprzeczalnym plusem tych trzech koszmarnych wersów są dwa dobre rymy: pół – stół oraz już – tuż. Ciężko mi się nawet odnieść do „witraża szklanych marzeń” (niemniej trudno mi się oprzeć wrażeniu, że szkło w procesie powstawania tego tekstu odegrało rolę kluczową). Niepokoi mnie natomiast  fragment: „ledwo świat poznajemy już, choć jest tuż”. Świat zawsze jest nie tyle „tuż”, co po prostu nas otacza, bo w nim żyjemy. Pomijając autora, który podczas pisania znalazł się w jakiejś równoległej czasoprzestrzeni, jednak większość żywych przedstawicieli homo sapiens żyje w świecie.

Miejsc w koło nas coraz mniej,
już dymi z okien złotym obłokiem

„Miejsc w koło nas coraz mniej”… Jak rozumiem, chodzi tu o miejsca wolne – czyli że stoliki się zapełniają – nie zaś o to, że ktoś sukcesywnie składa stoliki przy nas. Dlaczego też coś dymi z okien? Czy to może całun z gwiazd? On był przecież na zewnątrz i pod oknami… Jeśli zaś chodzi o to, że kiedyś niestety palono w miejscach publicznych, to unoszący się nikotynowy obłok „dymi” chyba raczej od strony stolików, nie zaś okien? Czy się mylę?

I barman już woła: „Hej”!
Już kawiarenka rusza w rejs, wielki rejs.

Te dwa wersy z kolei nie miały szczęścia ani do sensu, ani do rymu…

Kawiarenki na, na, na kawiarenki na, na, na
Stolik nasz w nieważkości lamp krąży tu, krąży tam.

„Stan nieważkości” oznacza brak grawitacji. Jak więc brak grawitacji lamp (?) ma wpływać na stolik, a tym bardziej na jego „krążenie tu i tam”? Jeśli lampy faktycznie z jakiegoś powodu zaczęłyby istnieć poza grawitacją, to w praktyce oznaczałoby to jedynie tyle, że mogłyby być nieumocowane do sufitu i nie spadałyby na dół (lecz przestałyby świecić, bo jedynym celem ich umocowania do sufitu nie jest przecież lęk o to, że spadną…). Ta mocno hipotetyczna sytuacja miałaby się jednak zupełnie nijak do stolików (które, jak rozumiem, zasady grawitacji nadal obowiązują).

Filiżanki – białe ptaki
lecą wprost w kolorowy dym,
płyną w nim, giną w nim.

Mocno dyskusyjne z higienicznego punktu widzenia wydają mi się wszelkie porównania zastawy stołowej do jakiegokolwiek ptactwa, nawet najładniejszego. Jednak ptak to ptak, załatwia swoje potrzeby fizjologiczne gdzie popadnie, a z filiżanki się pije… Ustami… Nie byłabym też specjalnie zadowolona, gdyby moja filiżanka w kawiarni, w której zamówiłam gorący napój, zaczęła najpierw „latać”, potem niespodziewanie „pływać w kolorowym dymie” (jak rozumiem, chodzi o kolor złoty…?), a na końcu w nim „ginąć”.

Pan i pani na, na, na, zaszeptani, na, na, na,
któż to wie, gdzie naprawdę są,
ona z nim i on z nią.

Jak to: „któż to wie, gdzie naprawdę są, ona z nim i on z nią”? Wie to przecież nawet najmniej inteligentny odbiorca tego tekstu, zważywszy na przeplatający się przez całą piosenkę (pozbawioną wątków pobocznych) temat główny: są w kawiarence! Strach zapytać raczej, kto jeszcze tego nie wie…

Kawiarenki, kawiarenki,
porwą gdzieś w siódme niebo aż stolik nasz…

Choć wyobraźnię mam całkiem bujną, jednak dwa ostatnie wersy znacznie przekraczają jej możliwości. Podmiot liryczny (do którego nota bene autor ma podejście dosyć luźne) siedzi z partnerem przy stoliku w kawiarence i jest przekonany, że „w siódme niebo aż” porwą ich… jakieś inne kawiarenki? W jaki niby sposób miałyby tego dokonać?

P.S. Istnieje oczywiście możliwość – którą uważam za najbardziej prawdopodobną, – że powyższy tekst opisuje wrażenia autora po wizycie w inNego typu kawiarence, mianowicie w coffee shopie, będąc tym samym, jak na tamte czasy, swoistego rodzaju powiewem Zachodu. Jeśli mam rację, myślę, że warto jednak omijać ten konkretny coffee shop szerokim łukiem.

El cztery – pracownicze eLdor4do

fot. Jan Lewandowski

Po wielu latach pracy na umowie zleceniu, co przy wszystkich swoich plusach miało też drugie tyle minusów, naiwnie myślałam, że jedną z największych wygód pracy etatowej zaraz po wolnym weekendzie w każdym tygodniu i odkładaniu pieniędzy na fikcyjną, ale jednak emeryturę, będzie w razie zachorowania możliwość wzięcia L4 i nie tracenia na tym 100% swojego dziennego wynagrodzenia, a jedynie 20%. Chorowita nigdy nie byłam, lecz kontakt z dziećmi i niedoleczonymi nauczycielkami osłabił moją odporność. Wtedy przyszło przykre zderzenie z rzeczywistością i weryfikacja moich poglądów. Okazało się bowiem, że w pracy etatowej nie idzie się na chorobowe, lecz robi się to współpracownikom (ewentualnie idzie się „sobie” na L4).
Po przestudiowaniu internetowych forów na stronach prawniczych uzmysłowiłam sobie, że niewiedza wśród osób zatrudnionych na umowę o pracę związana z ich własnymi prawami jest tak wielka, że warto jeszcze raz przypomnieć te najbardziej podstawowe (wynikające nawet z samej logiki) informacje, z którymi ochoczo spieszę. Z ciekawości, skonsultowałam się też z Inspektoratem Pracy, który z dużą serdecznością odpowiedział na wszystkie moje pytania.

1. Leżeć to leżeć,
czyli L4 z kodem 1

W przypadku wszelkiego typu przeziębień, które wymagają wygrzania i wyleżenia, najczęściej dostaniemy od lekarza zwolnienie L4 z kodem 1, który oznacza, że nie wolno nam w jego trakcie wychodzić z domu. Powinno być to dla chorego raczej oczywiste, bo trudno przecież nawet myśleć o opuszczeniu łóżka, a co dopiero mieszkania, mając wysoką gorączkę czy nieustający, wyczerpujący katar, jednak z tego co zaobserwowałam, wcale nie zawsze takie jest. Warto mieć świadomość tego, że lekarz nie przypisuje lekarstw i nie tłumaczy nam zasad ich przyjmowania z nudów czy dla fanaberii i jeśli odbyta u niego wizyta ma mieć w ogóle jakiś sens, musimy się zastosować do jego zaleceń. Przyjmowanie więc tak silnego leku jak antybiotyk tylko przez trzy dni, mimo że mieliśmy go stosować przez pięć (i do tego nie wychodzić z domu) i ruszenie do pracy podczas kończącego się nam L4, nie jest wcale bohaterską postawą wobec swoich współpracowników, a zwykłą głupotą, która może się dla nas skończyć nawet tragicznie (powikłania po pozornie błahych chorobach mogą w przyszłości zagrażać nawet naszemu sercu!).  Do tego sami stanowimy zagrożenie; jeśli przyjdziemy do pracy z np. niedoleczonym wirusem –  możemy nim przecież zarazić kogoś, kto ma tego dnia obniżoną odporność.
Jednak pomijając już kwestię rozsądku i odpowiedzialności za siebie i innych, z prawnego punktu widzenia pojawienie się w pracy podczas L4 z którymkolwiek kodem lub poza domem, jeśli dostało się L4 z kodem 1 jest przestępstwem. ZUS w każdej chwili ma prawo nas skontrolować, a pracodawca – jeśli pojawimy się „wspaniałomyślnie” w pracy, donieść na nas do ZUS-u.
L4 to dokument wydany przez lekarza, przyznający pracownikowi – na podstawie badań – określony czas na wyzdrowienie. Jedynym obowiązkiem pracownika, który przebywa na L4 jest skuteczne doprowadzenie się do stanu zdrowia, w którym będzie mógł efektywnie pracować. Z tego zresztą powodu dostaje przez ten czas 80% pensji, a nie 100%. Nie tylko nie musi w tym czasie robić niczego związanego z pracą, ale wręcz nie wolno mu tego robić, nawet gdyby chciał.
Warto też sobie uświadomić, że technicznie więc rzecz biorąc, namawianie do zajęcia się podczas L4 jakąkolwiek czynnością związaną z pracą (nawet gdyby było nią podpisanie jakichś podwiezionych nam do domu dokumentów) jest podżeganiem do złamania prawa.

2. Chory może chodzić,
czyli L4 z kodem 2

Kod 2 na L4 oznacza, że chory może wychodzić z domu, ale nie może to kolidować z jego dochodzeniem do zdrowia (może wyjść np. na zakupy, jeśli mieszka sam, po leki, do lekarza, w ostatnich dniach zwolnienia nawet na mały spacer, jednak w razie kontroli z ZUS-u musi bardzo dokładnie wytłumaczyć, że jego wyjście z domu było konieczne). Nadal jednak nie wolno mu pojawić się w pracy. Najczęściej tego typu zwolnienia (raczej na dłuższy czas) dostają osoby, których dolegliwość uniemożliwia im pracę, ale niekoniecznie samo wychodzenie z domu (np. złamana ręka czy zapalenie spojówek nie wymagają leżenia czy wygrzania, nie przeszkadzają też w chodzeniu, ale nie pozwalają pracownikowi w pełni wywiązać się z obowiązku świadczenia pracy).

3. Po prostu uczciwość

Nie ukrywam, że szokuje mnie proceder tzw. lewych zwolnień. Przede wszystkim pewnie dlatego, że nie mieści się w moim własnym systemie wartości. Z drugiej strony, znając przepisy prawne, dziwi mnie, że – choć przynajmniej część zwolnień dość łatwo zweryfikować – nie tłumi się takich rzeczy w zarodku. ZUS ma przecież narzędzia…
Będąc pracownikiem sumiennym i obowiązkowym, łatwo wpaść w pułapkę marginalizowania swojej choroby (to tylko katar, to tylko przeziębienie, to tylko podwyższona gorączka), żeby… no właśnie. Żeby co? Nikt takiego, źle pojętego zresztą, „poświęcenia” przecież nie doceni (nie miejmy złudzeń!), a jedyne, co się może wydarzyć, to późniejsze konsekwencje naszego zaniedbania własnego zdrowia. I wtedy zasłużone pretensje możemy mieć tylko do siebie.
Dbajmy więc o swoje zdrowie, próbujmy do choroby, o ile to tylko możliwe, nie dopuścić, jednak jeśli nas już dopadnie, porzućmy wszelkie niesłuszne skrupuły, najlepiej wyłączmy telefon i zajmijmy się w 100% po prostu sobą. Tak jak nakazuje (o dziwo równolegle) zarówno polskie prawo, jak i zdrowy rozsądek.

„Powrót Bena”

scenariusz: Peter Hedges
reżyseria: Peter Hedges
gatunek: dramat
produkcja: USA
rok powstania: 2018
oryginalny tytuł: Ben Is Back
pełny opis filmu wraz z obsadą

„Powrót Bena” to historia miłości rodzica do uzależnionego dziecka, skojarzenie z „Moim pięknym synem” wydaje się więc nieuniknione. Ten drugi film opowiada jednak o relacji ojca z synem zarówno podczas odwyków tegoż, jak i okresów pomiędzy nimi, natomiast „Powrót Bena” traktuje o matczynej miłości do syna, który stawia swoje pierwsze kroki w trzeźwości, a swój największy koszmar wydaje się mieć już za sobą. Główną problematyką filmu jest zatem żmudna praca obojga nad odbudową zawiedzionego zaufania, odnalezieniem się w nowych rolach: Ben w roli czystego i odpowiedzialnego syna, a jego matka, Holly (doskonała Julia Roberts) w roli silnej kobiety, która uporała się ze swoim współuzależnieniem i nauczyła pomagać w sposób mądry, czasem – jeśli wymaga tego sytuacja – nawet bezwzględny.
Potraktowanie tematu od strony nauczenia się nowych ról, w które wchodzą członkowie rodziny uzależnionej osoby po terapii, mogłoby zaowocować znakomitym filmem, zwłaszcza z tak wspaniale dobraną obsadą, coś jednak w pewnym momencie się posypało. Nie mam tu na myśli nawet samej fabuły, która od połowy filmu podryfowała w nieznane i kompletnie się oderwała od całkiem zgrabnego początku. Mam na myśli męczące mnie przez cały czas wrażenie, że ten obraz nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością (co nie byłoby przecież zarzutem), natomiast bardzo się na udawanie bycia prawdopodobnym sili. Trudno mi pisać o niewątpliwie dobrej grze Lucasa Hedgesa (odtwórcy Bena), ponieważ nie przekonuje mnie jego postać. A nie przekonuje mnie ona, ponieważ wydaje mi się, że nie jest najlepiej napisana.
Nie twierdzę, że ludzie z narkotyków nie wychodzą. Nie twierdzę, że nie mogą swojego życia radykalnie zmienić na lepsze, jednak nie umiem się pozbyć odczucia, że ktoś nam opowiada o świecie, którego sam dobrze nie zna (lub zna, ale z książek i filmów, nie zaś prawdziwego życia).  Być może przemawia przeze mnie wrażenie, jakie na mnie zrobił niedawno obejrzany „Mój piękny syn”, być może – osobiste doświadczenia (wiem z autopsji, jak wygląda opieka nad narkomanem).
Tak czy tak – jedna, choć doskonała, Julia Roberts filmowego arcydzieła nie czyni. Niestety…

ZWIASTUN:

Barszcz czerwony zabielany

jednopalnikowa.wordpress.com

Od września mam ogromną przyjemność jadać w swojej nowej pracy obiady gotowane przez doświadczone kulinarnie góralki. Jak łatwo się pewnie domyślić, jedzenie jest przepyszne! Jednym z większych pozytywnych zaskoczeń ostatniego czasu był dla mnie barszcz czerwony zabielany, którego dotąd nie znałam. Barszcz czerwony nie jest zazwyczaj zupą mojego pierwszego wyboru, a znam go w dwóch, a właściwie trzech wersjach. Jako: barszcz czysty, ten również czysty, ale bardziej wykwintny wigilijny oraz ukraiński, czyli zabielany czysty z dodatkiem fasoli. Jednak barszcz zabielany, o którym dziś piszę (i który moja mama, góralka, pamięta ze swojego dzieciństwa), to barszcz zabielany z ziemniakami, dużą ilością czosnku i majeranku, niezwykle aromatyczny i po prostu fantastyczny! W żadnej innej części Polski się jeszcze z takim nie spotkałam. Spróbowałam go odtworzyć i wyszedł doskonale!
Przepis znajduje się na moim drugim blogu – Jednopalnikowa, który jest blogiem stricte kulinarnym. Oto on: barszcz czerwony zabielany (wystarczy kliknąć w jego podkreśloną i wyświetlającą się na szaro nazwę tuż przed tym nawiasem 😉 )!

„Mój piękny syn”

scenariusz: Luke Davies,
Felix Van Groeningen
reżyseria: Felix Van Groeningen
gatunek: dramat
produkcja: USA
rok powstania: 2018
oryginalny tytuł: Beautiful Boy
pełny opis filmu wraz z obsadą

„Mój piękny syn” to oparta na faktach wstrząsająca opowieść o miłości ojca i syna, i próbie, na którą została wystawiona.
Nic Sheff (w tej roli fenomenalny Timothée Chalamet) jest idealnym synem dla mądrego rodzica: to inteligentny, dociekliwy, kulturalny, wrażliwy, delikatny, dobry, czuły, utalentowany chłopak. Przez rodzinne zawirowania mieszka ze swoim ojcem i jego nową rodziną, jednak ma bardzo dobry kontakt zarówno z obojgiem swoich rodziców, jak i nową żoną i dziećmi ojca. Powiedzieć, że jego relacja z tatą Davidem (rewelacyjny Steve Carell) jest bardzo dobra, to nic nie powiedzieć. Więź, jaką udało im się nawiązać, wzajemne zrozumienie, wielka przyjaźń (przy równoczesnym braku rozmywania roli ojca, co rzadko kiedy udaje się połączyć), zaufanie, bezwarunkowa miłość z obydwu tak naprawdę stron, to wielki i niesłychanie cenny skarb, jaki mają. Obaj zdają sobie z tego zresztą sprawę.
Nagle na ich drodze wyrasta problem – narkotyki, od których Nic się uzależnia. Film doskonale pokazuje, że wbrew powszechnej opinii, uzależnienie wcale nie musi się narodzić w warunkach patologicznych (często tak bywa, jednak nie ma na to reguły), do patologii jednak zawsze prowadzi. Tak często powtarzane frazy o tym, że chory musi sięgnąć dna, by móc się od niego odbić, lub że nie można mu pomóc, póki sam nie uświadomi sobie, że tej pomocy potrzebuje, to nie tylko puste słowa. To bolesna dla wszystkich, którzy muszą przez taki koszmar przechodzić, prawda. Zwłaszcza trudno osobom, które nigdy wcześniej się z uzależnieniem nie spotkały (takim jak ojciec Nica), zrozumieć, że otumaniony używkami, wyniszczający sobie mózg bliski człowiek kiedykolwiek będzie na tyle przytomny, by być świadomym tego, że potrzebuje pomocy. Tymczasem najlepsze, co można dla uzależnionego zrobić, wydaje się stać w sprzeczności z naturalnymi ludzkimi odruchami miłości.
„Mój piękny syn” stawia więc bardzo ważne pytanie o granice miłości. Gdzie się znajdują i jak ważne jest, by ich nie rozmywać, choć czasem myślimy, że pęknie nam serce. Dla mnie wstrząsające były powody, dla których Nic chciał brać (tak, celowo piszę „chciał”, bo choć w pewnym momencie oczywiście również brać musiał, jednak największym problemem było to, że wolał narkotykowy świat od tego przeżywanego w trzeźwości). Wstrząsające było również uświadomienie sobie, że tak wydawałoby się opanowany i racjonalny David wpadł w pewnym momencie w sidła współuzależnienia. Choć często ta prawda rodzi nasz bunt, jednak w dorosłym życiu każdy z nas może (i musi) odpowiadać tylko i wyłącznie za siebie.
Na wspomnienie zasługuje też ciekawy sposób ukazywania fabuły w nie zawsze chronologicznym porządku oraz znakomita muzyka przeplatana idealnie dobranymi utworami od piosenek grupy Massive Atack, Nirvany, Davida Bowie’go, przez Sigur Ros, Johna Lennona, Aphex Twin po III Symfonię Henryka Mikołaja Góreckiego.

ZWIASTUN:

P.S. Myśląc o tym filmie, nie mogę się uwolnić od tekstu piosenki „Too Much Love Will Kill You” przejmująco zaśpiewanej przez Freddie’go Mercury’ego.

Let’s dance

fot. Geo Dask

Traumatyczne wydarzenie z początku tego roku, jakim był Sylwester w Zakopanem, odbywający się w niedalekiej odległości od mojego domu, sprawił że wprowadziłam w życie swoje noworoczne postanowienie – by w najgorszej sytuacji skupić się na pozytywach – znacznie szybciej, niż myślałam, że je wprowadzę. W myśl zasady, by zło dobrem zwyciężać, potraktowałam te kilka godzin tandety czystej wody jako inspirację do pierwszego w 2019 blogowego wpisu. W momencie, w którym Zenon Martyniuk oznajmiał licznie zgromadzonej publiczności odkrywczą frazę, że:

po nocy wstaje dzień,

– Akcent „Przekorny los”

a Sławomir, choć był tu gościem, jednak „witał” nas

z samej góry, tam gdzie polskie Tatry,

– Sławomir

co byłoby, owszem, prawdą, ale tylko gdyby trzymał mapę Polski do góry nogami, ja zaczęłam analizować, dlaczego od tak dawna nie tańczyłam, choć zawsze sprawiało mi to ogromną przyjemność. Przypomniało mi się, że na Thassos, gdzie przetańczyłam niejedną noc do białego rana w wielu różnych parach niebotycznych greckich szpilek, obcy ludzie (niezależnie od wieku, płci i narodowości) potrafili do mnie znienacka podejść i skomplementować mój taniec. Nie, od razu powiem, że nie piłam zbyt dużo. W każdym razie na pewno nie więcej niż inni. Po kilku godzinach przechodziłam na sprawdzoną wodę z cytryną, a wypite wcześniej procenty ulatniały się z ciała.
I kiedy zadałam sobie pytanie, co się właściwie zmieniło i czemu od tak dawna nigdzie nie tańczyłam, nasunęła mi się dość prosta odpowiedź – rzadko kiedy gdziekolwiek muzyka odpowiada tak bardzo moim tanecznym upodobaniom, jak wtedy na Thassos, kiedy DJ-e na mój widok puszczali po prostu to, co uruchamia we mnie taneczny tryb.

Spis treści:

1. Każdy Polak tak naprawdę lubi disco-polo
2. Dance Factor
• PoranNa bosSa
• Biodrowa sprawa
• Całe ciało wraz z nogami
• Tylko mnie poproś do tańca…
• Rozkołysz, rozkołysz, rozkołysz…
• Bujaj się!
3. Można? Można!

1. Każdy Polak tak naprawdę lubi disco-polo

Dość często spotykam się z przekonaniem, że nawet ci, którzy deklarują, że tego „gatunku muzyki” nie słuchają, ponieważ to obciach, jednak jak zaaplikują sobie wystarczającą dawkę odpowiednich trunków, bawią się przy nim przednio. Otóż… przekonanie to jest błędne. Z disco-polo mam dokładnie ten sam problem, co z filmami Smarzowskiego – nagromadzenie tak przytłaczającej ilości zła bez niczego, co stanowiłoby do niego kontrę, wywołuje u mnie niestrawność, bez względu na jakiekolwiek czynniki łagodzące (dobre towarzystwo, znakomity humor, substancje psychoaktywne, itp.). Nie oznacza to jednak przecież, że słucham wyłącznie Xenakisa czy Björk. Cenię wiele zespołów, które nie są może muzycznie świetne, ale za to ich piosenki niezwykle mocno poruszają mnie w warstwie tekstowej (np. moja ukochana Nirvana). Z drugiej strony bogate i intrygujące harmonicznie utwory przeważnie raczej nie wyróżniają się niebanalnymi tekstami (żeby wspomnieć choćby dokonania Abby, Skaldów czy absolutnych muzycznych gigantów – grupy Queen). Jest cała masa wokalistów śpiewających z nadludzką wręcz precyzją i perfekcją, choć nieposiadających żadnego repertuaru (np. Mariah Carey czy Edyta Górniak), którzy siłą rzeczy ciekawią mnie znacznie mniej – żeby nie powiedzieć, że nie ciekawią mnie wcale – niż ci dosyć lub zupełnie nieudolni wokalnie, stwarzający swoje kompletnie odrębne i muzycznie, i tekstowo światy, jak np. Laurie Anderson czy Nick Cave. Innymi słowy, nie każda muzyka mnie zachwyca, natomiast doceniam zawsze jakiś rodzaj równowagi między tekstem, muzyką, wokalnym poziomem technicznym czy artyzmem wykonawcy. Przeważnie jeśli pewne elementy szwankują, to jakieś inne są na wyższym poziomie. Dlatego też nie jestem zwolennikiem odrzucania z góry jakiegokolwiek gatunku muzyki rozrywkowej, bo wiem, że w każdym, nawet najbardziej nam odległym, można znaleźć coś fascynującego. W każdym… z wyjątkiem disco-polo. Tu nie idzie się doszukać żadnego punktu zaczepienia. Tu mamy do czynienia z absolutnym dnem muzyczno-liryczno-techniczno-wykonawczym, a każdą z tych płaszczyzn wyczerpująco opisuje tylko jedno słowo: nieudolność. W pewnym sensie samo zjawisko jest dość interesujące, jednak nie na tyle, żebym chciała spróbować je zgłębić.

2. Dance Factor

Utwory taneczne mają swoją bardzo jasno określoną funkcję. Ich celem nie jest pobudzenie nas do głębokiej kontemplacji, lecz porwanie do tańca (choć wbrew pozorom jedno drugiego nie wyklucza).
Nie bardzo rozumiem, co odróżnia utwory, które uwielbiam, cenię i których często słucham (nawet jeśli są skoczne i teoretycznie taneczne, jak np. cała twórczość doskonałego The Prodigy) od tych zupełnie wyjątkowo działających na moje ciało, które od razu podrywają mnie do tańca. Co śmieszniejsze, te drugie, z jakimś tanecznym faktorem wcale nie zawsze są wybitnie wartościowe (w przeciwieństwie do tych pierwszych). Wiem o tym, ale odnoszę wrażenie, że one oddziałują na kompletnie inne części mnie.
Postanowiłam więc – inspirowana fatalnym poziomem masowej zabawy za oknem w sylwestrową noc – przyznać się, jakimi piosenkami można mnie najszybciej zwabić na parkiet. Podzieliłam je nawet na kategorie.

  • PoranNa bosSa

Parkiet parkietem, ale to raczej wieczorową porą, nic natomiast nie stoi na przeszkodzie, by zacząć każdy wolny dzień od włączenia na pełny regulator dobrej muzyki i beztroskiego potańczenia do niej (mam to szczęście, że nie otaczają mnie sąsiedzi)! Wymienione niżej utwory uwielbiam tańczyć, będąc boso. Są trochę jak śniadanie – niebywale energetyczne, pozytywne i bardzo niewinNe.

Lily Allen – „Knock Em’ Out”ten numer uważam za absolutnie fantastyczny, rozpoczynając od bardzo efektownej warstwy muzycznej i intrygującego rytmu, na błyskotliwym, przezabawnym tekście skończywszy.

LION BABE – „Got Body”słuchanie i oglądanie przepięknej córki Vanessy Williams (choć, zamykając oczy, ciężko się oprzeć wrażeniu, że mogłaby być córką Eryki Badu) to przyjemność sama w sobie. A ta akurat piosenka ma jeszcze taką cudowną lekkość i oldskulowy sznyt. Mogę jej słuchać w nieskończoność i nie potrafię przy niej nie tańczyć.

Natalie Cole – „This Will Be (An Everlasting Love)”absolutny klasyk i pozycja obowiązkowa wszystkich moich roztańczonych poranków! (No i… doskonale skomponowana piosenka.)

Aretha Franklin – „I say a little prayer” – podobnie jak wcześniejszy utwór – fantastyczny pod każdym względem (od warstwy muzycznej, poprzez zgrabny tekst po brawurowe wykonanie) klasyk, do którego nie sposób nie zatańczyć rano.

Jimmy Soul – „If you wanna be happy”piosenka idealna do przygotowywania śniadania tanecznym krokiem. To najbardziej szowinistyczny tekst, jaki kiedykolwiek słyszałam, choć jest równocześnie szalenie zabawny.

  • Biodrowa sprawa

Kiedy w grę wchodzą biodra (zwłaszcza moje), przestaje być już zupełnie niewinNie. Są takie utwory, które natychmiast i niemalże automatycznie wprawiają tę część mojego ciała w ruch. I to właśnie je na mój widok najczęściej puszczali tasyjscy DJ-e. I tutaj już obecność szpilek jest oczywiście obowiązkowa!

Shakira – „Hips Don’t Lie”w przeciwieństwie do porannych piosenek tanecznych, nie mam pewności, że wszystkie „biodrowe” są naprawdę dobre. Nie ma to jednak – jak pisałam wcześniej – najmniejszego znaczenia (zwłaszcza dla moich bioder). Kiedy słyszę głos męskiego symbolu seksu, jakim jest boski Wyclef Jean oraz jeden z najdziwniejszych i najtrudniejszych do zdefiniowania kobiecych głosów ślicznej Shakiry, po prostu wbijam na parkiet, nawet jeśli mam być  na nim jedyna. Moje biodra, podobnie jak biodra Shakiry, również nie kłamią!

Shakira – „Rabiosa” dobrze, przyznaję, że udział Pitbulla w jakiejkolwiek piosence na ogół jest zapowiedzią obciachu (może nie aż tak wielkiego, jak którykolwiek wykwit disco-polo, ale jednak obciachu), natomiast moje biodra są zdania, że tego akurat numeru wyjątkowo udało mu się nie sknocić. Prawdopodobnie dzięki Shakirze, do której… cóż, po prostu mam słabość.

Coldplay & Buena Vista Social Club – „Clocks”przy tak jednoznacznych kubańskich rytmach jakikolwiek komentarz jest chyba zbędny. Poza tym ciężko mi pisać, bo moje biodra już kołyszą się na wszystkie strony.

Nelly Furtado – „Party’s Just Begun”szaleję za debiutancką płytą Nelly Furtado „Whoa, Nelly!” (drugą i trzecią też bardzo lubię, ale do pierwszej mam wyjątkowy sentyment). Jeśli chodzi o ten utwór, nie mam najmniejszych wątpliwości – to świetnie napisana, wykonana i zrealizowana, bogata harmonicznie piosenka. Kiedyś nawet sama postanowiłam się z nią zmierzyć. (MOJA WERSJA TUTAJ)

  • Całe ciało wraz z nogami

Jest też kilka utworów, które bezwarunkowo wpływają na całe moje ciało i wtedy sprawa robi się poważna – rzucam znajomych (czasami w sposób niekontrolowany, piszcząc im wprost do ucha), przerywam w pół wypowiadane zdanie, zostawiam wszystko i mknę na parkiet, kiedy usłyszę pierwsze dźwięki. Jedyne, czego nie zostawiam nigdy, to rozpoczętego drinka (lub jakiegokolwiek napoju). Nie to, żebym nie ufała swoim towarzyszom imprezy oczywiście, ale nie mogę oczekiwać od kogokolwiek, by nie spuszczał przez 100% czasu z mojej szklanki wzroku. Albo dopijam, albo biorę napój ze sobą, jednak nigdy nie dopuszczam do tego, by zniknął z mojego pola widzenia i wszystkim, bez względu na płeć, radzę to samo!
Poniższe piosenki działają na mnie najbardziej właśnie w klubach, puszczone głośno na dobrym sprzęcie, w odpowiednio (nie)oświetlonej sali. Myślę, że w każdej z nich jest coś zwierzęcego i prymitywnego, co wyzwala we mnie moje prywatne dzikie zwierzę.

will.i.am ft. Britney Spears – „Scream & Shout”z piosenkami (niektórymi nadspodziewanie dobrze zrealizowanymi), w których śpiewa Britney Spears jest na ogół tylko jeden problem – śpiew Britney Spears. Jednak o dziwo mistrz will.i.am ocalił ten absolutnie fantastyczny numer, a głos Britney został na tyle zniekształcony, że aż możliwy do słuchania!

Stromae – „Alors On Danse”tej piosenki mogę słuchać w nieskończoność, dopóki nie padnę ze zmęczenia, bo oczywiście słuchanie = tańczenie do upadłego! Nie umiem ubrać w słowa tego, co mnie w niej urzeka. Być może właśnie ten specyficzny rodzaj prymitywności wchodzący w ostrą interakcję z moimi zmysłami. Jest zdecydowanie wyjątkowa!

GALA – „Freed from desire”stara jak świat dyskotekowa piosenka z 1997 roku urzeka mnie do teraz (zresztą całkiem sporo w całym moim spisie „staroci”). Przede wszystkim niesamowicie zgrabnym połączeniem bardzo tanecznego rytmu i prostej melodii z jednej strony, z drugiej zaś wyjątkowo nietypowego (żeby nie powiedzieć, że nawet dosyć brzydkiego), dziwnego i surowego wokalu z tekstem odwołującym się do buddyjskich wartości. Stworzenie komercyjnego hitu traktującego o tym, że lepiej być niż mieć, oraz że pieniądze są niczym wobec otwartego, dobrego serca i posiadania moralnych zasad jest w moim odczuciu wielką sztuką.
P.S. Zaciekawiona, poszperałam ostatnio trochę w internecie. Inne dokonania tej artystki nie są mi tak bliskie, jak opisywany numer, jednak natrafiłam na wywiad z GALĄ i zachwyciłam się jej urodą i sposobem mówienia. Niezwykle przypomina mi tu Laurie Anderson.

Alex Gaudino feat. Crystal Waters – „Destination Calabria”samą energię tej piosenki, wokal i główny motyw, a także nagrany do niej teledysk można określić tylko jednym słowem: SEKS! Więcej chyba nie trzeba dodawać.

Crystal Waters – „Gypsy Woman”ten sam wokal i energia, choć piosenka dużo starsza, bo z 1991. Nadal jednak porywa mnie do tańca.

Lykke Li – „I Follow Rivers”coś jest chyba na rzeczy z tym, że dziwne, nietypowe głosy bardzo się sprawdzają w muzyce dyskotekowej. Dodają utworom surowości, zwłaszcza, jeśli te mają proste, nawet w jakimś sensie pierwotne rytmy. Jednak mnie urzeka jeszcze coś, co starałam się oddać w mojej wersji tej piosenki, bardzo różniącej się od oryginału. Dostrzegam tam jakąś magię i tajemnicę… (MOJA WERSJA TUTAJ)

Ellie Goulding – „Burn”ta pozycja jest prawdopodobnie muzycznie najkoszmarniejsza z całej listy, dodatkowo puszczana przez komercyjne rozgłośnie radiowe miliony razy (więc wszyscy mają jej pewnie po dziurki w nosie), ale nie umiem nic poradzić na to, że od pierwszych dźwięków wpływa na moje ciało bardzo jednoznacznie. Mam do niej  po prostu słabość.

Everything But The Girl – „Missing”znów niełatwy do zdefiniowania, przedziwny głos, w którym mnóstwo smutku, choć śpiewana przez niego piosenka jest pozornie skoczna i „wesoła”. Bardzo mnie takie zderzenie pociąga.

ATB feat. Olive – „You’re Not Alone”tu właściwie mogłabym słowo w słowo powtórzyć swój komentarz do piosenki poprzedniej.

Moloko – „The Time Is Now” utwór, który uważam za prawdziwe taneczne dzieło sztuki. Instrumentacja, realizacja dźwięku, przestrzeń, lekkość, wokal: wszystko to wiruje i porywa do tańca. Majstersztyk!

Gorillaz – „Feel Good Inc.”kolejny z serii niestarzejących się w ogóle numerów, przy których moje nogi automatycznie ruszają w tan.

will.i.am feat. Cheryl Cole – „Heartbreaker”sympatyczna, „płynąca” piosenka, którą być może traktowałabym jak jedną z wielu podobnych, dość monotonnych muzycznie, gdyby nie ta cudowna kwarta (interwał muzyczny, odległość pięciu półtonów), w której w refrenie śpiewają ze sobą wll.i.am z Cheryl Cole (TUTAJ).

Chaka Khan – „Ain’t Nobody”nieśmiertelny hit, który mimo upływu lat ani odrobinę się nie starzeje i porywa do tańca coraz młodsze pokolenia. Chociaż podjęto różne próby odmłodzenia go, jednak wersja oryginalna pozostaje najbardziej energetyczną i elektryzującą ze wszystkich!

  • Tylko mnie poproś do tańca…

Partner w tańcu z wielu powodów na ogół wydaje mi się zbędny, jednak istnieją wyjątki. Jeśli ten umie tańczyć, wymieniłabym następujące tytuły:

The Stranglers – „Golden Brown”jedna z najbardziej niesamowitych piosenek, utkana z klawesynowego brzmienia przeplatanego z sennym, kojącym wokalem. Można naprawdę pięknie pisać o narkotykach, unikając ordynarności.

India.Arie – „The Truth” India.Arie jest mistrzynią pisania mądrych, głębokich tekstów o prawdziwej miłości i jej duchowym wymiarze. A do tego ta akurat piosenka aż zaprasza do pobujania się przy niej w parze.

The Roots ft. Erykah Badu – „You Got Me” nieśmiertelny klasyk, przy którym zawsze trudno mi powstrzymać z jednej strony łzy, a z drugiej wyrywające się do tańca nogi.

  • Rozkołysz, rozkołysz, rozkołysz…

W poniższych piosenkach obecność dobrze tańczącego partnera mi nie przeszkadza, ale nic nie stoi też na przeszkodzie, by pokołysać się w pojedynkę…

Ayo – “Down On My Knees”ten cudowny numer poznałam na Thassos i nieraz kołysałam się do niego zupełnie sama na parkiecie, raz nawet bez butów. Uwielbiam każdy takt całą sobą!

Tricky – „Puppy Toy”energię tego utworu (podobnie, jak w przypadku „Destination Calabria”), wyczerpująco określa tylko jedno słowo: SEKS! 

Lenny Kravitz – „I Belong To You” dobre głośniki, choć odrobina wolnego parkietu i ta właśnie piosenka to gwarancja zobaczenia mnie w akcji!

  • Bujaj się!

Biodra – biodrami, nogi – nogami, ale pozostają jeszcze ramiona! Niektóre utwory potrafią mnie najzwyczajniej w świecie rozbujać. Rozbujać szybciej lub wolniej, ale zawsze przyjemnie!

Eliza – „Wasn´t Looking”niesamowicie zmysłowy numer, w którym wszystko – dosłownie i w przenośni – gra: cudowny, oryginalny, idealnie dopasowany wokal, perkusja i obłędna partia basu!

Kelis – „Trick Me”przebój, który już od piętnastu lat potrafi mnie rozbujać w ten sam sposób. No i… głos Kelis… ❤

Blu Cantrell – „Breathe”to też jedna ze zdecydowanie mniej wartościowych muzycznie pozycji, ale jednak przez swoją niewątpliwą chwytliwość ciągle umie mnie rozruszać.

Mary J. Blige – „Family Affair głos Mary J. Blige – jego niezwykła barwa i jakiś taki nierozerwalny z nim smutek – już dawno skradł moje serce i myślę, że to przede wszystkim przez niego mam taką słabość do tej niezwykle prostej przecież piosenki.

Justin Timberlake – „Señorita”komentarz jest tu chyba zbędny. Zresztą trudno komentować, bujając się…

*NSYNC – „Girlfriend”znów młody Justin Timberlake i zespół, który nie był może muzycznym gigantem, jednak ten kawałek uważam za naprawdę zgrabnie napisany. Zwłaszcza w bridge’u (TUTAJ) dzieją się ciekawe rzeczy.

Christina Aguilera – „Can’t Hold Us Down” choć szanuję jej niewątpliwie imponujący warsztat wokalny, nie jestem jednak fanką barwy głosu Christiny Aguilery. Ta piosenka nie stanowi w tej kwestii wyjątku, jednak urzeka mnie w niej wszystko inne – rytm, instrumentacja, przestrzeń i dobry feministyczny tekst, którego autorka domaga się równego traktowania obydwu płci.

Calvin Harris feat. Pharrell Williams, Katy Perry, Big Sean – „Feels”jednak żeby nie utknąć w przebojach sprzed niemal dwóch dekad, warto pamiętać o tych nielicznych perełkach zrealizowanych niedawno. Pharell Williams jest na ogół gwarantem dobrze napisanej tanecznej piosenki, a ta porywa mnie na parkiet za każdym razem.

3. Można? Można!

fot. Geo Dask

Mam nadzieję, że udało mi się tym wpisem udowodnić, że między ambitnymi dziełami sztuki (do których odbioru nierzadko trzeba mieć fachowe przygotowanie, co może zniechęcać laików) a prostactwem rytmów, tekstów i wykonania w jednym istnieje jeszcze cała gama piosenek bardziej lub mniej wymagających, jednak zawsze przynajmniej w jakimś sensie ciekawych.
Nie twierdzę, że mój prywatny „Dance Factor” będzie się pokrywał z czyimkolwiek innym i że utwory, przy których nie umiem spokojnie wysiedzieć, muszą w ten sam sposób oddziaływać na pozostałych bliźnich. Pragnę jedynie zauważyć dwie rzeczy, mianowicie że:

a) w (prawie) każdego typu muzyce da się znaleźć coś wartego uwagi

b) nie trzeba od razu tolerować chłamu, żeby się dobrze bawić przy nawet mniej ambitnej muzyce.

Wszystkim Czytelnikom życzę cudownego karnawału, pełnego tańca, który jest w  życiu bardzo potrzebny. Dopiero dzięki pracy nad tym wpisem uświadomiłam sobie, jak bardzo!
                                                         👠👠👠👗👗👗💄💄💄