Biuro Podróży Olimp oczami nNi

W tym roku po raz pierwszy od lat pięciu (kiedy zmieniłam pracę na etatową) przyszło mi planować wakacje w… porze wakacyjnej! Niezwykle szczęśliwa, mając na uwadze także kilkudniowy postój w drodze w obydwie strony w Salonikach, zabrałam się za sprawdzanie oferty Biura Podróży Olimp, z którym jeździłam na wyspę od zawsze właściwie, kupienie wczasów w odpowiadającym mi terminie, a potem dostosowanie do tego lotów z Polski i noclegów w Salonikach. Szczęście w nieszczęściu, że nie zdążyłam ani kupić biletów samolotowych (czekając na lepsze ceny), ani zarezerwować hotelu, bo niedługo po wykupieniu wycieczki, przyszedł do mnie od Biura Olimp mail takiej oto, wstrząsającej treści:

Po ponad 20 latach działalności, z uwagi na pogarszającą się sytuację finansową, spadające od kilku lat obroty i coraz mniejszą sprzedaż naszych wyjazdów, zmuszeni byliśmy do podjęcia najtrudniejszej w naszych życiach decyzji. Wielu naszych klientów znaliśmy osobiście, wspólnie odwiedziliśmy różne zakątki Europy, nasza wspólna miłość do podróży, gór i morza sprawiła że biuro to było dla nas czymś dużo więcej niż tylko miejscem pracy. Zrobiliśmy, co tylko było w naszej mocy, do ostatniej chwili prowadząc negocjacje i podejmując próby. Niestety mimo naszych starań, próby odnowienia kredytowania, pozyskania inwestora i wreszcie sprzedaży firmy niestety nie powiodły się, dlatego też zmuszeni jesteśmy do zakończenia działalności […].

– treść całości dostępna na stronie Biura Olimp

Ponieważ byłam jednym z wielu klientów, którzy zostali postawieni w takiej sytuacji (uiścili opłaty za wycieczkę, która nie dojdzie do skutku), spieszę uspokoić tych, którzy być może jeszcze czekają na odzyskanie swoich pieniędzy – po skontaktowaniu się z ubezpieczycielem (Biuro Olimp podało namiary w tym tekście) i wysłaniu mu potrzebnych dokumentów, po dokładnie miesiącu otrzymałam zwrot wszystkich poniesionych kosztów co do grosza. Jest to dla mnie jeszcze jeden dowód na to, że Biuro Olimp było bardzo solidną firmą, w każdej sytuacji dbającą o swoich klientów.

Jak już wielokrotnie pisałam na tym blogu, grecka wyspa Thassos odegrała w moim życiu ogromną rolę, a  wraz z nią, samoistnie odegrało ją także Biuro Podróży Olimp, dzięki któremu to miejsce odkryłam i które towarzyszyło mi w wielu ważnych momentach: przy bolesnych weryfikacjach znajomości z jednymi ludźmi, ale też przy rodzeniu się nowych przyjaźni i relacji z drugimi.
To z pilotami Biura Olimp spędziłam w autokarach w sumie ok. 360 godzin w podróży Warszawa – Skala Potamia, Skala Potamia – Warszawa (choć firma była krakowska, jednak dowoziła samochodami osobowymi ze wszystkich polskich miast), zachwycając się cudownymi widokami za oknem (zwłaszcza niewiarygodnie zieloną Słowacją i szeroko rozciągającą się, dziką Serbią).
To w końcu Biuro Podróży Olimp zapewniło mi na krótki czas pracę, kiedy na jeden turnus rozchorował się mający przyjechać z Polski rezydent, a ja akurat byłam na wyspie i – znając angielski, podstawy greckiego, większość tubylców, a przede wszystkim będąc autorką jedynego polskiego przewodnika po tym miejscu – od razu przyszłam (w swoich kolejnych greckich szpilkach) szefostwu do głowy. Dzięki temu niesamowitemu doświadczeniu poznałam brutalny świat rezydentów i greckich kontrahentów, wypełniony nieustającą walką o przeliczanych na pieniądze turystów. Świat przerażający, w gruncie rzeczy smutny i kompletnie mi obcy, jednak do Biura Olimp także w roli pracodawcy nie miałam najmniejszych zastrzeżeń; dostałam od nich opiekę, wsparcie i przede wszystkim terminowe dotrzymanie wszystkich umów.
Kiedy zmęczyło mnie już jeżdżenie autokarem (podróż w jedną stronę zajmowała prawie 30 godzin) i zaczęłam latać do Salonik, a stamtąd przemieszczać się samodzielnie na wyspę, w dalszym ciągu najbardziej opłacało mi się wykupić turnus na Thassos z Olimpem z dojazdem własnym, bo opłacony odpowiednio wcześniej, wychodził najtaniej spośród wszystkich innych możliwości, a w naprawdę niewysoką cenę wliczone było również doskonałe pełne wyżywienie (śniadanie i obiadokolacja).
Dodatkowo, w przeciwieństwie do innych biur podróży, Olimp oferował wczasy tylko w jednej miejscowości (Skala Potamii), za to… mojej ulubionej i obiektywnie też jednej z bardziej atrakcyjnych dla ludzi, którzy chcą odpocząć, mieć blisko do piaszczystej plaży (co nie w każdej części Thassos jest takie oczywiste), ale też możliwość zarówno długich spacerów po obłędnych gajach oliwnych, jak i uczestnictwa w życiu nocnym miasteczka (snack-bary, sklepy, tawerny, puby, kluby).
Ogłoszenie upadłości tego biura to dla mnie jak koniec pewnej, ważnej bardzo, epoki. Chciałabym gorąco podziękować Założycielom Olimpu za wszystkie piękne chwile, które niesłychanie mnie wzbogaciły i ukształtowały.

Jeśli kochasz Thassos,
podoba Ci się, jak piszę, i nie masz jeszcze
„Przewodnika po Thassos” mojego autorstwa,
zachęcam do zakupu:
baner Przewodnika po Thassos

„Vox Lux”

scenariusz: Brady Corbet
reżyseria: Brady Corbet
gatunek: dramat, muzyczny

produkcja: USA
rok powstania: 2018

pełny opis filmu wraz z obsadą

Absolutnie zachwycona doskonałym zwiastunem, gdzie Natalie Portman wydaje się grać rolę swojego życia, czekałam na wejście filmu „Vox Lux” na polskie ekrany i kiedy się wreszcie doczekałam, okazał się on jednym z największych filmowych rozczarowań ostatnich lat, bo powiedzieć, że film jest zły, to nic nie powiedzieć.
Na początku poznajemy tragedię młodziutkiej wówczas (dwunastoletniej) Celeste, cudem ocalałej w strzelaninie, która miała miejsce w jej szkole. W trakcie rekonwalescencji, Celeste (Raffey Cassidy/Natalie Portman) wraz z niesamowicie bliską sobie siostrą Eleanor (Stacy Martin) piszą piosenkę, którą wykonują potem razem (Eleanor w roli akompaniatorki) na spotkaniu z rodzinami ofiar tragedii. Ta szybko staje się hitem, a dziewczynki, pod opieką menadżera (Jude Law) podpisują kontrakt z wytwórnią. Celeste staje się gwiazdą, co ją bardzo mocno zmienia. Na niekorzyść. Choć czy przypadkiem zmiana nie nastąpiła lata wcześniej, w dniu tragedii?
Powyższe słowa mogłyby być opisem naprawdę doskonałego, dającego do myślenia filmu. Co jednak poszło nie tak? Bardzo dużo rzeczy. Choć „Vox Lux” rozpoczyna kilka naprawdę fenomenalnych kadrów okraszonych napisami końcowymi (co bardzo ważne przy interpretacji całości) i rewelacyjną muzyką Scotta Walkera, jednak szybko okazuje się, że Brady Corbet nie udźwignął formy, jaką chciał temu filmowi nadać. Właściwie nie do końca wiadomo nawet jaką chciał nadać, czuć natomiast krzyczącą niespójność. Dodatkowo mam wrażenie, że każdy brak pomysłu maskowano tu jednym zabiegiem: użyciem stroboskopu. Za jego sprawą przez większość filmu łączyłam się myślami z wszystkimi cierpiącymi na padaczkę ludźmi.
Celeste jest grana przez dwie aktorki nie do końca do siebie nawet podobne, ale byłby to zabieg zrozumiały, gdyby dwunasto, a potem czternastoletnia Celeste (grana przez Raffey Cassidy) pojawiła się na ekranie tylko na chwilę (ciężko przecież wymagać od prawie czterdziestoletniej Natalie Portman zagrania tak młodej nastolatki). Jednak patrzymy na Cassidy niemal przez pół filmu i widzimy skromną, troszkę zagubioną, schorowaną, lecz całkiem dobrze sobie z chorobą radzącą, mocno wierzącą, kompletnie pozbawioną talentu i głosu dziewczynkę, która jest wdzięczna za szansę kariery dostaną od losu i równocześnie niebywale świadoma i pogodzona z tym, że zarówno sukces, jak i porażka są tak samo realne.
Znikąd wyłania się nam trzydziestotrzyletnia Celeste (Natalie Portman, wyglądająca notabene w filmowej charakteryzacji o dekadę starzej), która jest sztuczną, zmanierowaną, antypatyczną, niewierzącą, pustą „divą”, śpiewającą jeszcze gorzej, niż za młodu, będąca za to u szczytu sławy, koncertując z materiałem ze swojej szóstej studyjnej płyty „Vox Lux”. W bardzo teatralny sposób chwyta się ciągle za bolące ją „od czasu strzelaniny” plecy, mimo że gest ten był zupełnie obcy młodszej Celeste (również przecież już po tragedii). Rozumiem, że show-biznes, otoczenie, nowe doświadczenia, czy w końcu narkotyki zmieniają ludzi, ale film, nie wyjaśniając czemu Celeste zmienia się nagle zarówno fizycznie, jak i psychicznie, robi się mało wiarygodny. Dodatkowo kiedy zrozumiemy, że wszelkie zabiegi narracyjne (narrator opisując kolejne etapy jej życia, podaje jej wiek słowami: „Celeste miałaby 14 lat”, „Celeste miałaby 33 lata”) mają nam uświadomić, że jej życie nie jest do końca realne od momentu wypadku, szybko wyczujemy, że coś w którymś momencie produkcji nie poszło tak, jak miało.
Choć nie powinno się kopać leżącego, trudno tu przemilczeć absolutnie koszmarny repertuar głównej bohaterki i jej ukazany na końcu filmu groteskowy koncert z tymże. (Piosenki zostały napisane do filmu przez Się, która jest doskonałą kompozytorką, potrafiącą pisać zarówno naprawdę przepiękne, poruszające piosenki dla siebie, jak i sprzedający się chłam dla innych wykonawców.) Wyglądająca na cztery dekady Natalie Portman w kabaretowej charakteryzacji i obcisłym, kuriozalnym kombinezonie (a, umówmy się, w obcisłym kuriozalnym kombinezonie dobrze wyglądał tylko Freddie Mercury), podskakująca w jakimś naprawdę ubogim układzie choreograficznym do fałszowanych (z playbacku) piosenek dla nastolatków, to widok żenujący. (Choć od razu nasuwa się tu na myśl pewne skojarzenie z Madonną, jednak tej – przez wzgląd na hipnotyzującą osobowość, współpracę z Williamem Ørbitem oraz kilka znakomitych płyt w karierze – można naprawdę wiele wybaczyć.)
Reasumując, do tej pory „Czarny łabędź” wydawał mi się filmem złym, jednak po obejrzeniu „Vox Lux”, jawi mi się jako arcydzieło…
Zdecydowanie odradzam!

ZWIASTUN:

Mary Kay: wiosenNe nNowości i ponadczasowa klasyka

fot. Marianna Patkowska

Nadszedł maj i choć pisałam już o swoim stosunku do wiosny jako takiej, jednak bez, konwalie i zieleń po deszczu o tej porze roku rzeczywiście mnie urzekają. To również dobry czas na małe makijażowe zmiany i postawienie na odważniejsze kolory. Z pomocą przyszła mi Mary Kay ze swoimi wiosennymi nowościami, które wypróbowałam i z przyjemnością spieszę opisać. Oprócz nowości skusiłam się też na kilka starszych pozycji tej firmy, których dotąd jeszcze nie testowałam. 🌷🌷🌷
(A zainteresowanym marką Mary Kay polecam swój wcześniejszy wpis na jej temat: „Jak zostałam konsultantką firmy Mary Kay”.) 💅💅💅💄💄💄💋💋💋

1. Zestaw do pielęgnacji ciała Satin Body

fot. Marianna Patkowska

Jednym z najwspanialszych osiągnięć Mary Kay jest fantastyczny zestaw do pielęgnacji ciała Satin Body, który jednak pojawił się w mojej łazience dopiero niedawno. W jego skład wchodzi Rewitalizujący Scrub z Masłem Shea White Tea & Citrus (peeling tak łagodny, że można go używać nawet codziennie), Aksamitny Żel do Mycia Ciała z Masłem Shea White Tea & Citrus o konsystencji płynnego olejku oraz Otulający Balsam do Ciała z Masłem Shea White Tea & Citrus, doskonale nawilżający skórę, a równocześnie bardzo szybko się wchłaniający.

fot. Marianna Patkowska

Moja konsultantka, zachwalając ten zestaw, powiedziała, że „skóra staje się po nim tak delikatna w dotyku, że chce się ją bez przerwy gładzić”. Podejrzewałam, że to sformułowanie jednak odrobinę na wyrost… dopóki nie użyłam tego zestawu po raz pierwszy! Wszyscy, którzy dotykali mnie po mojej w Satin Body kąpieli (jakkolwiek by to nie zabrzmiało), mnie samej nie wyłączając, są zgodni co do tego, że skóra staje się po nich niewyobrażalnie aksamitna.
Ponieważ nie byłam z początku pewna co do kolejności stosowania produktów, na wszelki wypadek objaśnię, że jeśli zdecydujemy się użyć wszystkich trzech, należy zacząć od peelingu, a dopiero potem umyć się płynem do kąpieli. (I na końcu nasmarować się balsamem, ale to już pewnie oczywiste.) Na ogół biorę prysznice, jednak po kąpieli w wannie muszę z przyjemnością przyznać, że płyn naprawdę pięknie się pieni. Jak w przypadku wszystkich produktów Mary Kay, które są naprawdę wydajne, kilka kropli każdego specyfiku w zupełności nam wystarczy. Płyn do kąpieli ma bardzo przyjemną oleistą konsystencję i rzeczywiście doskonale nawilża.
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do zapachu całości. Choć opisywany wcześniej zestaw Satin Hands ma dokładnie tę samą linię zapachową (biała herbata i cytrusy) i pachnie rzeczywiście przepięknie, delikatnie i świeżo, akurat tu nie ma aż takiego oszałamiającego efektu. Jednak biorąc pod uwagę wszystkie pozostałe plusy Satin Body, to raczej drobiazg. Poza tym nie mam na myśli zapachu brzydkiego, tylko nie aż tak ładny, a te zagadnienia są na ogół i tak subiektywne.

2. Zielony tusz do rzęs Lash Love™
oraz pędzel do rozcierania cieni

fot. Mariusz Stępień

Jak już pisałam ostatnio, w przypadku tuszów do rzęs jestem bardzo wybredna (mam swoje wypracowane przez lata sposoby, triki i sprawdzonych producentów), i już wielkim zaskoczeniem był dla mnie czarny tusz do rzęs Lash Intensity™ Mary Kay, dający – w pojedynkę! – niesamowity efekt wydłużonych, zdrowych rzęs. Na wiosnę postanowiłam jednak zaszaleć z kolorem. Mary Kay ma w ofercie (również już od lat) kilka wariantów innego rodzaju tuszu – Lash Love™: niebieski, śliwkowy oraz zielony, który mi się zamarzył. Nastawiając się na kolor, postanowiłam trochę odpuścić, jeśli chodzi o jakość tuszu i… czekało mnie bardzo miłe zaskoczenie! Co prawda dla lepszego efektu, używając go, tuszowałam wcześniej rzęsy białą bazą (akurat z wycofanego już, starszego tuszu L’Oréala, ale samą bazę pod tusz do rzęs można też dostać u Mary Kay – nie próbowałam jej, ale, sądząc po tuszach, podejrzewam, że jest bardzo dobra), jednak nawet bez tej bazy, tusz sprawdza się znakomicie.

fot. Zofia Mossakowska

Jeśli ktoś z Czytelników rozważa zainwestowanie w kolorową maskarę, ale nie bardzo wie, w jakiej będzie mu dobrze, to ogólna zasada jest taka, żeby kierować się kontrastem. Ponieważ mam niebieskie oczy, wiem, że bardziej ich kolor podkreśli tusz zielony niż niebieski. I na odwrót – do oczu zielonych pięknie sprawdzi się tusz niebieski. Widziałam też oczy piwne okraszone intensywnie niebieskimi rzęsami, co wyglądało olśniewająco. Nie bardzo przekonuje mnie śliwka, ale to kwestia indywidualnych preferencji. Podejrzewam, że wygląda lepiej przy niebieskich i zielonych oczach niż piwnych czy czarnych.

fot. Marianna Patkowska

Warto tu wspomnieć o tym, że – wbrew może pozorom – zielony tusz można połączyć z naprawdę wieloma kolorami cieni do oczu. Doskonale się sprawdzi zarówno z cielistym matowym cieniem (jak mówią moje dzieci, „ciałowym”), błyszczącym różem czy brązem, jak i z odważniejszymi barwami. Do niebieskich oczu i zielonych rzęs idealnie pasuje żółty cień – gorąco polecam!
Wśród klasyków Mary Kay w mojej kosmetyczce znalazł się niedawno również pędzelek do rozcierania cieni. Nabyłam go bardziej z myślą o używaniu konturówki niż cieni, ale sprawdza się i do jednego, i do drugiego. Otóż bardzo lubię sobie malować precyzyjne (no, przynajmniej w założeniu precyzyjne…) czarne kreski, a moja konsultantka pokazała mi jeden ich wariant, dający efekt bardziej smokey eye niż kreski. Mianowicie trzeba sobie zrobić bardzo niedbałą kreskę, a potem szybko rozetrzeć ją pędzelkiem. To idealny sposób, kiedy ma się mało czasu (lub problemy ze wzrokiem, uniemożliwiające zrobienie makijażu, na jaki mamy ochotę).

fot. Zofia Mossakowska
fot. Mariusz Stępień

3. Koloryzujący flamaster do ust

fot. Mariusz Stępień

Tanecznym krokiem przechodzimy już do wiosennych nowości i równocześnie edycji limitowanych Mary Kay! Jedną z nich są koloryzujące flamastry do ust dostępne w trzech kolorach: Desert Flora (widoczny na moim zdjęciu), Canyon Coral i Magenta Mirage.

fot. Mariusz Stępień

Ich niewątpliwym atutem jest duża trwałość (utrzymują się na ustach cały dzień – mimo jedzenia, picia czy nawet mycia zębów) i przepiękne kolory. (Co prawda próbowałam tylko jednego, bo pozostałe nie bardzo pasują do mojej karnacji, ale na modelkach o innej urodzie prezentują się doskonale.) Wszystkie są teoretycznie matowe, ale pozostawiają na ustach bardzo ładny połysk.
Jedyną trudnością, na jaką napotkałam, była aplikacja. O czym na początku nie wiedziałam (oświeciła mnie moja nieoceniona konsultantka), produkt trzeba najpierw porządnie rozgrzać w dłoniach, a potem mocno nim potrząsnąć. Po takiej operacji rzeczywiście szminkę nakłada się łatwiej, niemniej jednak jeśli nigdy wcześniej nie malowało się ust flamastrem, nauczenie się robienia tego szybko i skutecznie, zajmuje trochę czasu. Tak czy tak warto, bo efekt jest naprawdę piękny!

fot. Marianna Patkowska

4. Rozświetlacz w płynie do twarzy i ciała

fot. Mariusz Stępień

Rozświetlacze Mary Kay do twarzy i ciała są zupełnym hitem. I piszę to jako osoba, która długie lata buntowała się przed używaniem rozświetlaczy w ogóle, nie lubiąc się błyszczeć i będąc w zdecydowanie matowym obozie, jeśli chodzi o twarz. Do spróbowania przekonała mnie możliwość używania ich do różnych celów: zarówno na dekolt, ręce i jakąkolwiek część ciała, której chcemy nadać połysk, jak i w klasyczny sposób na twarz (co bardziej szczegółowo omówię za chwilę), ale także na powieki w roli płynnych cieni czy – w przypadku najciemniejszego z nich – jako bronzera.
Rozświetlacze dostaniemy w trzech wariantach kolorystycznych: najjaśniejszy, srebrnoróżowawy Silver Sand, złoty Golden Horizon oraz najciemniejszy, brązowozłoty Bronze Light.

fot. Mariusz Stępień

Ja nabyłam najjaśniejszy i najciemniejszy (oba naraz mam na twarzy i ciele na załączonych zdjęciach). Kolory można też mieszać zarówno ze sobą, jak i z podkładem.
Rozświetlacze mają konsystencję gęstego płynu i najłatwiej rozcierać je palcem lub pędzlem. Jeśli chodzi o zasady tzw. konturowania twarzy (w czym jestem fatalna i co mnie przeraża już samą nazwą), to najłatwiej zapamiętać, że bronzerem (zarówno tym tradycyjnym matowym, jak i użytym do tego celu rozświetlaczem  Bronze Light) optycznie skracamy i odchudzamy części twarzy, które wg nas tego potrzebują (np. nos), a rozświetlaczem traktujemy te części twarzy, które chcemy uwydatnić (np. czubek nosa, policzki, tzw. łuk kupidyna i dołek w podbródku).
Bronzer i rozświetlacz są więc jak uczucie, które pięknie opisał Jeremi Przybora w piosence „Rzuć chuć”:

Uczucie wytrze, co w nim najbrzydsze
Uczucie zatrze, co nie najgładsze
Oko przymruży na feler zbyt duży
Tu coś wydłuży, tam skróci zaś

Jeremi Przybora „Rzuć chuć”

fot. Mariusz Stępień
fot. Mariusz Stępień

P.S. Na deser łączę piosenkę, która nierozerwalnie kojarzy mi się majem… 🌷🌷🌷

P.S.2 Na wszystkich zdjęciach mam na twarzy (oraz reszcie ciała) tylko i wyłącznie omawiane kosmetyki Mary Kay.

Bananagate oczami dzieci

obrazek znaleziony w sieci

Nie dawało mi spokoju wplątane w bananową aferę dziecko, które jakoby przeżyło traumę, patrząc na pracę Natalii LL, co miało być bezpośrednią przyczyną listu jego matki do Ministerstwa Kultury, w konsekwencji którego pracę zdecydowano się z Muzeum usunąć (notabene decyzję jednak zmieniono – ktoś, jak zwykle dopiero po fakcie, postanowił wybrać się po rozum do głowy).
Postanowiłam skorzystać z okazji i zrobić dziś małą sondę w podstawówce, w której uczę. W kilku klasach (dzieci miały od 9 do 12 lat) zadałam najpierw dwa pytania:

1. Czy ktoś z klasy, będąc kiedykolwiek w jakimkolwiek muzeum, poczuł się dziwnie albo nieswojo z powodu jakiegokolwiek dzieła sztuki?
2. Jeśli tak, to czy uważa, że muzeum powinno się tego właśnie dzieła pozbyć z takiego powodu?

Po otrzymaniu odpowiedzi, pokazałam im zdjęcie czterech (najgrzeczniejszych) kadrów “Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL i zapytałam o wrażenia. Potem dosłownie w dwóch zdaniach opisałam tę pracę i kulisy rozpętanej wokół niej burzy. Byłam ciekawa ich końcowego komentarza. Wyniki tej sondy mogą zaskoczyć tylko kogoś, kto o świecie dzieci nie ma zielonego pojęcia (czyli na przykład mnie jeszcze w sierpniu ubiegłego roku).
Otóż te dzieci, które były kiedykolwiek w muzeum, prawie zawsze natknęły się na pracę, która z tych czy innych powodów była dla nich niewygodna (na ogół chodziło o nagość, mówiły nie tylko o sztuce współczesnej, ale również o tej dawnej). Choć opisując sytuację, na ogół deklarowały, że wolałyby, by jej w muzeum nie było, jednak po zastanowieniu się, na drugie pytanie zgodnie odpowiadały, że

czyjeś preferencje nie są powodem do usunięcia pracy z muzeum.

Najstarsi uczniowie, których mam zaszczyt być wychowawczynią, pokusili się o bardzo mądre i dojrzałe sformułowania; jeden z nich stwierdził, że

nawet sztuka, która się nie podoba, przedstawia jakieś piękno,

a drugi powiedział, że

nie chciałby, żeby usunięto pracę, która go przeraziła i sprawiła, że poczuł się źle, ponieważ był jej ciekaw i poszedł na nią popatrzeć po raz drugi i wtedy dopiero odkrył w niej coś intrygującego, czego by nie poznał, gdyby ją od razu zdjęto.


Po zobaczeniu kadrów ze “Sztuki konsumpcyjnej”, klasy na ogół dzieliły się na dwie części, raczej nierówne. Jedna część uważała, że „ten jest zboczony, komu się to kojarzy” i to wszędzie była mniejszość, natomiast drugiej części „się kojarzyło”, a że są w wieku, w którym brzydzi ich jeszcze nawet całowanie, to raczej odebrały te obrazki negatywnie. W dalszym ciągu były jednak zgodne co do tego, że pracy nie powinno się usuwać z muzeum. Ktoś wpadł na pomysł, żeby

zebrać takie prace do jednego pokoju z napisem 18+ i nie wpuszczać tam dzieci po prostu.

– po prostu…


Podsumowując sondę, powiedziałam im, że nie ma nic złego w tym, że możemy się czasem po zobaczeniu jakiegoś dzieła czuć nieswojo. Że może to być z powodu zbyt dużej nagości, czy ukazania intymności, której się wstydzimy, albo też naszych przekonań religijnych. Chciałam im pokazać, że te emocje też są w porządku i wcale nie świadczą o człowieku źle. Że sztuka jest po to, żeby pobudzać do myślenia, prowokować, ale czasem też odpychać. Wszystko to było dla nich zdumiewająco łatwe do przyswojenia…

Republika bananowa

fot. Marianna Patkowska

W Muzeum Narodowym w Warszawie usunięto dwie stare jak świat prace:  „Pojawienie się Lou Salome” Katarzyny Kozyry oraz „Sztuka konsumpcyjna” Natalii LL. Powodem były zgorszenie i trauma, jaką rzekomo wywołały w  odwiedzających muzeum… dzieciach. Internet zawrzał, ruszyła masowa produkcja okolicznościowych memów, nastał szał fotografowania się z bananami (jak widać na załączonym zdjęciu – sama jemu, oczywiście nie bez przyjemności, uległam), bo nagle zakazana praca Natalii LL jest niesłychanie nośna, urokliwa i przede wszystkim większości ludzi znana. (Nie mam na myśli jedynie środowisk artystycznych, dla przeciętnie obytego człowieka znajomość tej pracy wpisuje się w wiedzę ogólną.) Wśród salw śmiechu, facepalmów i ogólnego solidaryzowania się z bananem, mam wrażenie, że trochę gubimy to, co ważne, a we mnie odezwał się właśnie – na ogół raczej drzemiący, ale jednak dyplomowany – kulturoznawca, więc chciałabym pozwolić mu przemówić. Z różnych powodów nie chcę tu pisać o twórczości Katarzyny Kozyry, jednak skupmy się już na tym bananie i „Sztuce konsumpcyjnej”. Przede wszystkim praca pochodzi z 1975 roku i wydawać by się mogło, że osoby, które za młodu już raz się tą pracą zgorszyły, nie będą na nią przyprowadzać dziś swoich dzieci i wnuków, a potem pisać skarg do Ministerstwa Kultury, by pracę z Muzeum usunąć (to niestety nie opis filmu Barei, lecz otaczającej nas – znowu – rzeczywistości). Z drugiej strony ci, którzy pracy nie znali, a do Muzeum trafili, są – z tej nieznajomości wniosek – laikami na artystycznej niwie i oczywiście bardzo im się chwali, że zechcieli ją poznać, a nawet przyjść z dziećmi, jednak rozpoczęcie zgłębiania historii sztuki współczesnej od oburzenia i pisania donosów na nią jawi mi się jak szczyt tupetu, zważywszy na rozmiary tego, co mają jeszcze do nadrobienia.
W całym tym zamieszaniu dość łatwo spotkać w internetowych dyskusjach kpiny z tych, którym „się wszystko kojarzy, bo przecież jedzenie banana to tylko jedzenie banana”. I to też mnie dosyć niepokoi, bo od lat zarówno w pornografii jak i sztuce wszelkie przedmioty czy pokarmy mające kształt falliczny symbolizują penisa właśnie i nie można im odmówić erotycznych konotacji. Niezauważanie tego jest nie tyle niewinnością, lecz jakąś kodowo-kulturową ignorancją. No a pomysł, by odrzucić jakąkolwiek sztukę z góry tylko dlatego, że dotyka ludzkiej erotyki jest z jednej strony kuriozalny, a z drugiej zmusza do głębokiej refleksji nad naszą kondycją.
Praca Natalii LL ukazuje kobiety konsumujące nie tylko banany, ale też parówki, kiełbasę czy kisiel, które robią to w sposób bardzo dwuznaczny (żeby nie powiedzieć, że jednoznaczny). A każda sztuka ma to do siebie, że jest wielowymiarowa i pozostawia odbiorcy pole do interpretacji. Najrozsądniej zacząć oczywiście od samego tytułu pracy, potem warto (choć nie jest to kluczowe dla zrozumienia dzieła) zapoznać się z wizją samego autora (polecam gorąco wysłuchanie słów Natalii LL), a potem najlepiej przefiltrować sztukę, z którą się obcuje przez własną wrażliwość, estetykę, doświadczenia, potrzeby. Może się okazać, że dana praca będzie dla nas nie do przyjęcia z miliona różnych powodów. Może się okazać, że trafi do nas tylko dlatego, że znaleźliśmy ją (albo ona nas) po prostu w odpowiedniej czasoprzestrzeni. Rolą sztuki jest pobudzanie do myślenia, poruszanie, otwieranie, inspirowanie. W ten sposób patrząc, zawsze coś zyskujemy, ocierając się o sztukę, nawet tę, która nie jest nam bliska.
Jeśli jest coś silniejszego i większego od nas, jest tym przyroda i sztuka właśnie. Dlatego przestaje mnie śmieszyć niewiedza czy kolejna kompromitacja wysoko postawionych jednostek, bo z tym od kilku już lat, jako naród, stykamy się codziennie. Wierzę, że wymagająca i uznana sztuka jest pomostem między beznadzieją i umysłową pustką a świadomością i płynącą z niej mocą (również tego, czego się nie lubi). Co tyczy się także całych społeczeństw. Perspektywa powrotu cenzury w sztuce przeraża.

P.S. A na deser łączę piosenkę, którą uwielbiałam w dzieciństwie – puszczał mi ją często tata, jeszcze na płycie winylowej! 🍌🍌🍌

P.S. 2 Polecam swój następny wpis „Bananagate oczami dzieci”.

WiosenNymi oczami nNi

fot. Marianna Patkowska

Mimo że wiosna nie jest moją ulubioną porą roku, jednak pewien urok dostrzegałam zawsze w Świętach Wielkanocnych, które – choć cieszą się mniejszym społecznym uwielbieniem niż Boże Narodzenie – są z jednej strony najważniejszym świętem chrześcijańskim, a z drugiej, niektóre ich obrzędy mają bogatą tradycję sięgającą jeszcze czasów pogańskich, przez co wydają się jakoś nierozerwalnie związane z ludzką naturą i miejscem człowieka na Ziemi.

fot. Zofia Mossakowska

Niezależnie od światopoglądu czy przekonań religijnych, Wielkanoc jest czasem celebrowania życia i jego zwycięstwa nad śmiercią. Otaczająca nas przyroda również wydaje się świętować, więc kiedy myję zmęczone zimą i smogiem okna lub dekoruję wielkanocny stół, zadaję sobie co roku jedno i to samo pytanie: „Dlaczego w żadnym inNym czasie nie jest mi aż tak trudno udźwignąć (tego zwyciężającego) życia, jak właśnie podczas wiosny?”
Odszukanie w sobie jakichkolwiek jego oznak jest niebywale trudne i przywodzi mi na myśl pewną wizytę u internisty, do którego kiedyś przypadkiem trafiła moja mama. Lekarz ten miał na oko 154 lata i po osłuchaniu swojej pacjentki stwierdził, nie bez zdziwienia, że jej:

serce jeszcze bije

– diagnoza, którą usłyszała kiedyś moja mama

fot. Marianna Patkowska

Moje też bije. Jeszcze. Tymczasem na zewnątrz drzewa kwitną, ptaki śpiewają, trawniki się zielenią, a ja wyłabym, gdybym znalazła w sobie choć odrobinę siły i chęci. Narasta we mnie deprymujące wrażenie jeszcze większego niż zazwyczaj niedopasowania do otoczenia. Do tego chroniczne zmęczenie i chęć zapadnięcia w jakiś sen wiosenny.
Na wiosnę staję się fatalną partnerką, nieciekawą towarzyszką życiową i jeszcze gorszą rozmówczynią (i pewnie taką też pisarką…). Wyparowuje ze mnie cała esencja, chowając się pod zbyt już lekką kołdrą i czekając na lato. Bo kiedy to już wreszcie nadejdzie, sytuacja wydaje się już znacznie prostsza. Słońce rozleniwia, ale pobudza równocześnie zmysły. Lato jest nieskomplikowane, beztroskie, pełne wolności, lekkości i nieskrępowania. Potrzebne przed magiczną, intrygującą jesienią i potem bajeczną zimą.
Reasumując, nadal Wielkanoc uważam za zdecydowanie najjaśniejszy punkt wiosny, mimo że tej mogłoby w moim kalendarzu po prostu nie być wcale…

P.S. Na deser dołączam piękny cover niebywale pasującej do okoliczności piosenki Czesława Niemena w wykonaniu Staszka Sojki oraz garść zdjęć ze swoich tegorocznych Świąt. 🐣🐣🐣🐥🐥🐥🐇🐇🐇

 

fot. Zofia Mossakowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Zofia Mossakowska

Dobre rady. Zawsze w cenie?

fot. Anna Patkowska

Każdy z nas słyszał w życiu jakieś wspaniałe rady – a to jak chować własne dziecko, a to jak postępować w życiu uczuciowym. Ludzie radzą nam, jak się powinniśmy do naszego wieku i figury ubierać, ile powinniśmy ważyć, jak się strzyc, jak czesać, jak zachowywać, jacy być, w jaki sposób postępować. I nie ma w tym nic dziwnego czy niestosownego, kiedy raczą nas tymi złotymi radami na naszą prośbę. Problem pojawia się natomiast, kiedy o radę nie prosimy, a ta i tak jest nam dawana. Zawsze oczywiście tylko i wyłącznie „z troski”…

1. Rada, o którą nikt nas nie prosił

Wszystko oczywiście zależy od stopnia zażyłości między ludźmi, jednak nie ma we mnie przekonania, że udzielanie rad bez wyraźnej prośby zasygnalizowanej pytaniem:

Czy mógłbyś mi doradzić?

Nie wiem co robić; co ty byś zrobił?

Co mi radzisz?

– przykładowe pytania, które dobrze, by się pojawiły przed udzieleniem jakiejkolwiek rady

jest pomysłem fortunnym. Bywa jednak, że kiedy jesteśmy z kimś naprawdę blisko i los danej osoby rzeczywiście leży nam na sercu, nie możemy patrzeć na to, kiedy postępuje w naszym odczuciu niekorzystnie dla siebie samego i jako oddani przyjaciele czujemy się w obowiązku zareagowania. Myślę, że warto się najpierw zastanowić czy ten człowiek jest dla nas na tyle ważny, by umieć dać mu całkowitą wolność. Jeśli jednak nie potrafimy się na to zdobyć, dobrze najpierw doprecyzować:

Jeśli mogę ci doradzić, uważam że to i to.

Jeśli chcesz znać moją opinię, uważam że coś i coś.

– doprecyzowanie, o które warto się pokusić, kiedy zechcemy dać komuś radę, o którą nie prosił

2. Rada a ocena

Kiedy już ustaliliśmy, że rada powinna nastąpić raczej na żądanie samego zainteresowanego, nie zaś samoistnie, warto odróżnić ją od oceny. Kluczowe dla mądrze udzielanej rady będą sformułowania:

Gdybym był na twoim miejscu, pewnie postąpiłbym tak i tak.

W moim odczuciu lepiej byłoby jednak postąpić tak i tak.

Decyzja jest twoja, ale ja bym ci jednak doradzał/odradzał to i to.

– przykładowe sformułowania charakterystyczne dla mądrze udzielanych rad

Ocena będzie jednak zakładać istnienie tylko jednego, jedynie słusznego wyjścia z sytuacji, którego osoba potrzebująca (bardziej lub mniej…) rady jednak nie dostrzega, więc trzeba oświetlić jej drogę światłem swojej wiedzy:

Musisz schudnąć!

Powinnaś przytyć!

Nie możesz tak postępować, ponieważ stanie się to i to.

Nie wolno ci tak robić, bo skutki będą takie a takie.

– przykładowe oceny wydawane pod płaszczykiem rad

3. Kto ocenia, „dobrze radząc”?

Głęboko wierzę w to, że wszystko, co robimy w stosunku do innych, ma źródło i powód w nas samych. Za nieproszoną radą „z troski” stoi więc najczęściej spełnienie jakiejś naszej wewnętrznej potrzeby (zrobienia dobrego uczynku, kontroli drugiej wolnej jednostki, czy narzucenia komuś swojego światopoglądu). Te potrzeby nie zawsze są uświadomione. Właściwie im mniej znamy siebie samych, tym mniejszą mamy ich świadomość.
W swoim życiu bardzo rzadko pytałam kogokolwiek o radę, jednak zauważyłam, że jeśli mi się to już zdarzyło, szłam po nią tylko do osób, które nigdy nieproszone nie próbowały mi jej dawać. Moje zaufanie do nich wiązało się też z ogromnym poczuciem ich akceptacji, które było prawdopodobnie właśnie efektem dawania mi wolności, której potrzebowałam. One, doradzając mi na moją prośbę, zresztą nigdy nie oczekiwały, że ich sugestie wcielę w życie. Nie obrażały się, kiedy mówiłam:

Przepraszam, ale chyba jednak nie skorzystam.

Celem ich wysłuchania nie było dla mnie oddanie im kontroli nad swoim postępowaniem, lecz zobaczenie swojego problemu w trochę innym świetle i przefiltrowanie ich wielkiej mądrości przez swoje doświadczenia, a potem podjęcie ostatecznej decyzji. I one o tym wiedziały. Jedną z tych osób był mój tata.

4. Mamy prawo do nieprzyjmowania czegoś do wiadomości

Jak już pisałam w tekście „Magiczna moc odpuszczenia”, rzadko pamiętamy o tym, że nie mamy wcale obowiązku przyjmowania wszystkiego, co do nas dociera, do wiadomości. Każdy ma prawo mieć w jego odczuciu lepszy od naszego na nas samych pomysł. Trik polega jednak na tym, że nikt oprócz nas nie może przeżyć za nas naszego życia. Na nikim oprócz nas nie spoczywa też odpowiedzialność za to, w jaki sposób to nasze życie przeżyjemy. Im szybciej zdamy sobie z tego sprawę, tym bardziej selektywnie będziemy dobierać mędrców, których postanowimy pytać o radę.

P.S. Na deser mogę dołączyć tylko jedną piosenkę…

Potęga niebania się

fot. Marianna Patkowska

Choć – o czym wspominałam w poprzednim wpisie – długi czas cierpiałam na mniejsze lub większe stany lękowe (do których w dalszym ciągu mam pewną skłonność), równocześnie rzadko kiedy w sytuacjach, które niosą realne zagrożenie, odczuwam strach. Na prowadzenie wysuwa się u mnie silnie rozwinięte poczucie sprawiedliwości oraz pozostanie w zgodzie ze swoją prawdą, a inne rzeczy schodzą na dużo dalszy plan, którego nawet nie biorę pod uwagę. To, o czym piszę, to: bronienie słabszych, kiedy widzę, że są atakowani, reagowanie, kiedy łamane są zasady w moim odczuciu fundamentalne, manifestowanie niezgody na niesprawiedliwość czy nieprawość. Być może inaczej byłoby, gdyby w zagrożeniu znalazło się moje życie, co na szczęście nigdy nie miało miejsca, jednak zazwyczaj, jeśli na szali pojawia się wdanie się w poważniejszy konflikt, utrata dóbr materialnych lub pracy, nawet nie zastanawiam się, tylko mówię to, co myślę (a także, co bardzo często myślą też inni, tylko boją się to głośno powiedzieć). I przez „niezastanawianie się” mam na myśli nie tyle brak jakiejkolwiek refleksji i poddanie się emocjom, lecz wyzbycie się kalkulacji, czy odezwanie się mi się opłaci, czy też nie bardzoMożna to oczywiście nazwać głupotą, czy też brakiem umiejętności przewidywania konsekwencji swoich poczynań. Można natomiast dostrzec w tym nieco dalej idącą wartość w postaci uniezależnienia się od konwenansów, norm, które uważamy za głupie, oraz pomysłów innych ludzi na to, jak powinniśmy się zachować.
Jak już niejednokrotnie tu pisałam, uważam wolność za wartość nadrzędną. Wolność myślenia, wolność wypowiedzi, wolność życia po swojemu, w całkowitej zgodzie i harmonii z samym sobą, a relatywizowanie swoich działań i uzależnianie ich od czynników zewnętrznych jest rodzajem zniewolenia. Wierzę, że każdy człowiek jest osobnym Wszechświatem, na swój sposób doskonałym, jeśli tylko nie zacznie żyć wbrew sobie. Oczywiście buntuję się przeciw spłycaniu sensu sformułowania „wolność słowa” do: „mówienie czegokolwiek bez jakichkolwiek konsekwencji”. Na każdym z nas spoczywa obowiązek brania pełnej odpowiedzialności za każde wypowiadane słowo, a wolność zawsze kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda drugiego człowieka (nie jest nią oczywiście niezgoda, jest nią natomiast obrażanie i agresja). Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nie mam w zwyczaju używać wulgaryzmów czy obraźliwych sformułowań. Bardzo ważna jest dla mnie kultura rozmowy, nawet jeśli ta staje się niemiła (co przeważnie doprowadza do furii moich rozmówców, którzy często przekraczają wtedy granice dla mnie nieprzekraczalne).
Być może przez to, że mój tata nigdy niczego nie kalkulował, tylko po prostu robił swoje (jednym się narażając, innych w sobie całkowicie i bezgranicznie rozkochując), każda inna postawa – przy próbie jej zrozumienia – wydaje mi się jednak odmianą tchórzostwa, którym się brzydzę.
Istnieje teoria, która głosi, że niczego nigdy nie robimy bezinteresownie – że zawsze potrzebujemy jakiegoś rodzaju zapłaty. Może to być uśmiech żebraka, któremu damy jałmużnę, może to być nasze lepsze samopoczucie po wsparciu kogoś biedniejszego od nas, może to być „dziękuję”, które sprawi, że poczujemy się bardziej wartościowi; nie musi to być zapłata w sensie materialnym. Myślę, że jest bardzo mądra, choć może niektórych przerażać z wielu różnych powodów (wolimy myśleć o sobie jako ludziach bezinteresownych niż ludziach interesownych). Jednak jest pewna niesamowita i oczyszczająca siła w stanięciu w prawdzie o sobie. Przywołałam tę teorię, gdyż przecież – choć bardzo się odżegnuję od wspomnianego „kalkulowania” – ja też poprzez swoją postawę dokonuję pewnych wyborów: co prawda macham ręką na dobra materialne, ale wybieram stuprocentową spójność ze swoimi wartościami, więc też coś zyskuję, dla siebie bardzo ważnego, ale oczywiście nie każdy w tym zysk widzi. Nie każdy zresztą przecież musi.
Kiedy coś zaprząta moje myśli zbyt mocno (i nie jest to pisanie albo muzyka, tylko przyziemne sprawy typu sprzeczka z kimś, kto nie gra w moim życiu większej roli), zawsze zadaję sobie pytanie, jakie to ma znaczenie z perspektywy Wszechświata. Odpowiedź jest tylko jedna: nie ma absolutnie żadnego! Nie ma go ani nasza praca, ani szkoła, ani cała masa małych rzeczy, które urastają do rangi problemów jedynie w naszych głowach. Wierzę jednak, że to, co ma znaczenie, to wewnętrzna harmonia i niepodważanie swojej własnej natury, która jest unikalna, jedyna i przez to piękna i dobra. Tego nikt nie jest nam w stanie odebrać. Z tej perspektywy patrząc, ważne jest oczywiście także zdrowie, o które trzeba dbać. Cała reszta przypływa i odpływa. Zbyt kurczowe trzymanie się jej jest również zniewoleniem. Ale żeby to zrozumieć, trzeba się przestać bać.

To można leczyć

fot. Geo Dask

Przez całe swoje dzieciństwo i wczesną młodość mieszkałam z osobą cierpiącą na chorobę afektywną dwubiegunową, czyli jeden z rodzajów depresji. Dwa skrajne stany (pogrążenia w depresji – podczas której chory nie jest w stanie nic zrobić, a każda najmniejsza czynność to dla niego wysiłek ponad miarę – oraz manii, która powoduje u chorego ponadprzeciętną zwyżkę energii, objawiającą się m.in. niemal całkowitym brakiem snu) przeplatane też stanem bardziej zbliżonym do „normalnego” były przeze mnie od najmłodszych lat zupełnie oswojone. Widziałam jak wygląda opieka nad chorym, jak działają leki, jak wygląda pogorszenie stanu, a jak polepszenie. Na jednej z licznych półek z książkami mieliśmy niemal samą literaturę fachową z zakresu psychiatrii, opisującą szczegółowo zjawisko depresji. Zawsze byłam przekonana, że prawdopodobnie mało które dziecko posiada taką wiedzę o depresji jak ja i że niewiele zdrowych osób rozumie tę chorobę tak dobrze jak ja.
Mimo wszystko udanie się po fachową pomoc zajęło mi bardzo dużo miesięcy (o ile – jak myślę o tym teraz – nawet nie lat). Okazało się, że moje zrozumienie choroby obejmowało wszystkich, tylko nie mnie samą. Innym nie odmawiałam prawa do stanów depresyjnych, sama jednak, kiedy nie potrafiłam wykonać jakiejś czynności, uważałam że „to pewnie z lenistwa”.
Mój ostatni samotny wyjazd do Grecji dał mi bardzo dużo do myślenia. Wspominałam już w podsumowującym miniony rok wpisie, że podczas tej podróży zorientowałam się, że muszę poszukać fachowej pomocy. Prawdopodobnie ten problem nie pojawił się znikąd właśnie tam, jednak o ile w Polsce bywam chronicznie zmęczona, alienuję się od ludzi, stronię od aktywności fizycznych (równocześnie umiejąc oddać się nawet na kilkanaście godzin pisaniu), o tyle w Grecji jestem jakąś zdecydowanie lepszą i energiczniejszą wersją siebie. Kiedy siedziałam w Salonikach w (przyznaję, specyficznym…) Hotelu Kastoria, wpatrując się z przerażeniem w swoją walizkę, do której udało mi się zmieścić 10 kg całego dobytku (wcześniejsze autokarowe przyjazdy do Grecji rozbestwiły mnie, potrafiłam wziąć ze sobą i 20 kg!) i zamiast być z tego faktu dumną, czy pójść na piękny spacer, nie umiałam odgonić od siebie natrętnej myśli, że nie ogarniam swoich własnych rzeczy, że jest ich zbyt dużo i że to mnie przerasta, zrozumiałam, że coś w mojej głowie nie funkcjonuje do końca tak, jak powinno. Momentem przełomowym była natomiast sytuacja na Thassos, kiedy – choć do moich obowiązków należało tylko zebranie się na plażę i leniuchowanie na niej – wstanie z łóżka było dla mnie niemal nie do przejścia, co dodatkowo powodowało we mnie irracjonalne poczucie winy.
Choć Wszechświat zdawał się stawiać na mojej drodze ogromne jaskrawe transparenty, ja po powrocie do Polski właściwie nadal ignorowałam problem. Do czasu pewnej internetowej pogawędki ze znajomym. Po kilku moich zdaniach, podesłał mi test na depresję. Test ma co prawda charakter jedynie poglądowy, jednak jego wyniki dają bardzo jasny komunikat, czy trzeba, czy nie trzeba wybrać się do lekarza. Miałam ogromne szczęście, bo znajomy (choć paradoks tej sytuacji polega na tym, że znamy się bardzo słabo) – zawodowo z medycyną związany – momentalnie wyczuł, że cierpię na lęki i że mogą mieć one podłoże depresyjne. Bez specjalnego przekonania (bardziej chyba, żeby dał mi już spokój) zrobiłam test, a jego wyniki potwierdziły, że muszę się natychmiast skonsultować z lekarzem. Tak też zrobiłam…
W jeden z cieplejszych dni, z wielkim trudem, wyszłam z domu i odbyłam w tamtym momencie bardzo dla siebie męczącą podróż. Wszystko wymagało ode mnie znacznie większego wysiłku. W miejscu docelowym usiadłam w poczekalni pełnej ludzi i zastanawiałam się, co ja tu właściwie robię. Przecież nie jest ze mną właściwie wcale tak źle. Co prawda od pół roku nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, co prawda przerażają mnie proste czynności, które – jeśli naprawdę nie mam noża na gardle – odkładam na kiedy indziej, co prawda gdyby to ode mnie zależało, mogłabym przesypiać całe dnie i noce, co prawda mało co mnie naprawdę cieszy, ale przecież przyszłam tu o własnych siłach. Przecież wygramoliłam się z dresu, umyłam włosy i wyszłam na zewnątrz. Co prawda nie bez trudności, co prawda wszystko zajęło mi znacznie więcej czasu niż powinno, co prawda, poruszając się zdecydowanie wolniej niż zazwyczaj, ale jednak wyszłam. I trafiłam do tej nieszczęsnej poczekalni sama. Tam zetknęłam się – co było moją największą obawą – z pacjentami, którzy mieli zdecydowanie gorzej niż ja, co znowu wzmagało we mnie irracjonalne poczucie winy.
Nagle zagaiła do mnie przemiła dziewczyna siedząca obok mnie. Już po kilku sekundach rozmowy wiedziałam, że warto było tam przyjechać choćby po to, by ją poznać. Z ogromnym ciepłem, mądrością i niebywałą świadomością, opowiadała mi o swojej schizofrenii… góralską gwarą! To było jak objawienie (również językowo). Sama określała siebie jako „prostą kobietę”, a jej imponująca wiedza na temat chorób psychicznych brała się z wieloletniego chorowania na schizofrenię (którą – jak się dopiero od niej dowiedziałam – leczy się, wprowadzając w stany depresyjne). To był fascynujący przypadek osoby, która wie ogromnie dużo, a równocześnie nie posiada fachowego słownictwa, więc mówi w sposób obrazowy i przystępny. Odpowiadanie na jej pytania, sprawiało mi trudność, wolałam jej słuchać. W pewnym momencie spojrzała mi w oczy i idealnie wręcz zdiagnozowała:

– Jest ci trudno mówić, bo masz gonitwę myśli, prawda? Ciężko ci je zebrać, poskładać.

Zamarłam. Nie mogła o tym wiedzieć. Myślałam, że idealnie to ukryłam. Kiedy odczytała z mojej twarzy zakłopotanie, od razu dodała:

– Nie przejmuj się, zdrowa osoba nie miałaby o tym pojęcia. Ja wiem, bo miałam tak wiele razy. Umiem to już odczytać.

Kiedy przyszła już moja kolej, zniknęłam w gabinecie na bitą godzinę. Lekarka przeprowadziła ze mną wnikliwy, ale równocześnie życzliwy wywiad, uważnie wszystko notując. Diagnoza: silne stany lękowe i depresja. Dostałam leki. Za kilka miesięcy minie rok, od kiedy zaczęłam ich przyjmowanie. Pierwsze dni, zgodnie zresztą z dołączoną do leków ulotką, były bardzo trudne. Czułam się, jakby ktoś przygniótł mnie stukilogramowym głazem, od czasu do czasu prowokując we mnie mdłości. Ale to w stosunkowo niedługim czasie (trzy, cztery dni) minęło. Minął też… lęk. Dopiero wtedy zrozumiałam, czym tak naprawdę są stany lękowe. Wcześniej musiałam je brać za coś naturalnego, co odczuwa każda żyjąca istota. Teraz zobaczyłam, jak bardzo inaczej można funkcjonować, kiedy znikną. Był to swego rodzaju przełom dla mnie.
Oswajanie się z depresją, danie sobie do niej prawa, zobaczenie jej taką, jaką jest bez nadawania jej zbyt dużego czy zbyt małego znaczenia, a przede wszystkim nieporównywanie się do innych ludzi, którzy również na nią cierpią (i ich stan jest nieporównywalnie cięższy albo dużo lżejszy od mojego), zajęło mi dużo czasu. Jeśli chodzi o zrozumienie i wsparcie, dostałam go najwięcej od osób, które były fizycznie daleko. Bardzo go potrzebowałam i bardzo jestem za nie wdzięczna. Brak zrozumienia jest czymś, na co każdy chory powinien być przygotowany (choć to niełatwe), jednak uwagi w stylu „to tylko wymówka dla twojego lenistwa” są bolesne i ciężko się z nimi pogodzić. Trzeba jednak wypracować w sobie obojętność dla podobnych słów i współczucie dla ludzi, którzy je głoszą – nie mają jeszcze po prostu wystarczająco rozwiniętej empatii.
Paradoksalnie depresja (a raczej jej zdiagnozowanie i rozpoczęcie leczenia) pojawiła się w takim momencie mojego życia, w którym najbardziej jej… potrzebowałam. Być może brzmi to dziwnie, ale ona nauczyła mnie tego, czego wcześniej nie umiałam. Przed jej pojawieniem się na pewno bardziej ulegałam presji, miałam się za osobę zdrową, więc wymagałam od siebie więcej i kiedy nie umiałam czemuś sprostać, miałam do siebie o to pretensje. Kiedy coś powodowało we mnie lęk czy niepokój, uparcie próbowałam przekonać siebie samą, że życie ze swojej natury pełne jest stresu i trzeba nauczyć się z nim żyć. Dziś przede wszystkim po lekach mam mniej lęków, ale wiem też, że jeśli coś powoduje we mnie niepokój, moim obowiązkiem jest dążenie do jego redukcji. Czyli mam dwa wyjścia: albo rozłożenie sytuacji na czynniki pierwsze i przekonanie się, że ten lęk jest tylko w mojej głowie, albo wyeliminowanie ze swojego życia tego, co ów lęk powoduje. Zaczynam rozumieć i rozgraniczać, co jest chorobą, a co jest mną. Ponieważ wiem, że nigdy swojego dobrego samopoczucia nie mogę być pewna, staram się (choć z natury nie jestem niestety systematyczna) robić tyle, ile mogę, wtedy kiedy mam więcej energii. Wiem, że moim największym obowiązkiem jest opieka nad sobą i wiem, że nikt nie zaopiekuje się mną lepiej, niż ja sama. To dodało mi wielkiej siły.
Zdaję sobie sprawę z tego, że jest mnóstwo rodzajów depresji. Dodatkowo u każdego człowieka ten sam rodzaj może też inaczej przebiegać. To, co zaobserwowałam u siebie, nazwałabym problemami w dostawie energii. Już od dłuższego czasu płakanie bez powodu czy fale smutku zdarzają mi się właściwie tylko sporadycznie, jednak dość często czuję się tak, jak gdyby ktoś wyjął ze mnie baterie lub odłączył mnie od prądu. Z drugiej strony potem nadchodzą dni, gdzie mam wyraźną zwyżkę zasilania. Sęk w tym, że nigdy nie mam pewności, kiedy będzie jak. Leki na pewno wiele we mnie już uregulowały. Być może nawet niedługo uda mi się je odstawić. Może nawet nie musieć już leczenia kontynuować. Co by się nie wydarzyło, wierzę, że wszystko w naszym życiu jest po coś.
Jedyne, czego nie warto, to zwlekać – jak ja – z odwiedzeniem lekarza. W „najgorszym” wypadku usłyszymy jedynie, że przyszliśmy bez powodu i nic nam nie dolega, więc nie ma się czego bać, a już na pewno wstydzić. Wstydem nie jest chorowanie, lecz zaniedbywanie siebie.

P.S. Na deser dołączam jedną z ważniejszych dla mnie piosenek bogini Lauryn Hill:

Żałoba po dobrych obyczajach P.S.

fot. Nika Zamięcka

Rzadko zdarza mi się wchodzić w polemiki, a jeszcze rzadziej tłumaczyć, co miałam na myśli w napisanym i w określony sposób skomponowanym tekście, jednak dziś postanowiłam zrobić wyjątek.
Po opublikowaniu wpisu „Żałoba po dobrych obyczajach” spotkałam się z głosem, że „pominęłam istotny argument środowisk artystycznych”. Chciałabym się do tego odnieść, by podobny problem, trapiący ewentualnie też innych Czytelników, nie przyćmił im umiejętności zrozumienia sensu całości.
Wspomniany brakujący argument to poczucie nierówności w traktowaniu instytucji kulturalnych podczas żałoby narodowej przez państwo. Muzykom „poważnym” wydaje się, że podczas tego szczególnego czasu odwoływane są głównie koncerty i spektakle, podczas kiedy inne instytucje kulturalno-rozrywkowe są czynne (co jest zresztą prawdą tylko częściowo, bo niektóre kina również są z tego powodu zamykane, podobnie jak niektóre koncerty się jednak w tym czasie odbywają, jednak nie słyszałam, by właściciele zamkniętych kin mieli za złe instytucjom, które koncertów nie odwoływały).
Po pierwsze nieumieszczanie wątku, który nie jest bezpośrednio związany z tym, o czym pisałam, trudno w moim odczuciu nazwać „pominięciem”. W poprzednim wpisie punkt ciężkości położyłam nie na rozgoryczenie muzyków, lecz na istotę żałoby narodowej i – wobec zrozumienia jej sensu – ogromny nietakt, jakim owo rozgoryczenie jest.
Po drugie, jeśli ktoś jest skłonny przyznać, że tak statystycznie jednak rzadko występujące zjawisko jak żałoba narodowa nie jest najwłaściwszym czasem na ubolewanie nad brakiem możliwości zarobku (akurat wtedy, bo wiele imprez kulturalnych jest po prostu przekładanych na inny termin), ale boli go, że ktoś – kto powinien też nie zarobić – jednak, mimo żałoby, zarobi, to problem wydaje mi się jeszcze poważniejszy niż wtedy, kiedy go opisywałam po raz pierwszy. Nieudolność naszych włodarzy i mało klarowne ustalenia dotyczące tego, czym kultura i rozrywka zawieszona na czas żałoby narodowej są, to jedno, a rytualny aspekt jedności podczas tego okresu (któremu poświęcony był mój poprzedni tekst), to drugie. (Jeszcze natomiast innym zagadnieniem jest to, że zarobek tych, którzy swoją pracę artystyczną akurat mogli podczas żałoby wykonać, w żaden sposób nie przekłada się na pomniejszenie zarobku tych, którzy wykonać jej nie mogli.) Bo odkrycie, że świat jest pełen nierówności, to odkrycie na miarę czwartoklasistów, których w tej chwili uczę.
Dostrzegam pewną ironię w tym, że to akurat ja powołuję się na Pismo Święte, ale nie sposób nie przypomnieć tu pięknej przypowieści o robotnikach w winnicy. Gospodarz wczesnym rankiem napotkał na swojej drodze bezczynnie stojących robotników i zaproponował im pracę u siebie w winnicy, obiecując każdemu denara jako wynagrodzenie. Ucieszeni, przyjęli jego ofertę. Potem wychodził jeszcze kilka razy w ciągu dnia, o różnych godzinach, napotykając nowych robotników i każdemu proponował tę samą pracę oraz wynagrodzenie. Kiedy przyszedł czas wypłaty, pierwsi robotnicy (więc pracujący najdłużej, bo od świtu) poczuli się pokrzywdzeni, że za cały dzień dostają denara tak samo, jak i ci, którym gospodarz zaproponował pracę późnym wieczorem. Usłyszeli na to taką odpowiedź:

„Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.

– Mt 20, 1-18

Dla moich dziewięciolatków te słowa nie są proste, ale tłumaczę im je cierpliwie i tak często, że coraz bardziej się do ich zrozumienia zbliżają.
Czy zrozumieją je też zbuntowani artyści?