Od lat noszę w sobie ciągle żywe wspomnienie pewnej sytuacji sprzed wielu lat. Jako mała dziewczynka często odwiedzałam z tatą Władysława Hasiora w jego zakopiańskiej galerii, założonej w roku mojego urodzenia, zaledwie pięć miesięcy przed nim. Pisałam o tym już w dwóch tekstach: „10 mężczyzn na 10 marca – Władysław Hasior” oraz „Herbatka z Hasiorem”. Doświadczanie otaczającej mnie tak cudownie męskiej energii (tylko ja i dwóch najfantastyczniejszych na świecie mężczyzn – choć uczciwie przyznam, że byłam kochliwa i zakochiwałam się w większości taty przyjaciół) na pewno w dużym stopniu mnie ukształtowało. Tym bardziej, że każdy z nich rozpieszczał mnie do granic.
W mojej pamięci utkwiła najmocniej następująca scena. Mam kilka lat – nie pamiętam ile, wydaje mi się, że może 7, może 9, ale trudno mi to doprecyzować. Pan Władysław oprócz fragmentów zdezelowanych zabawek (co wpisało się już w krajobraz naszych spotkań), postanawia mi ofiarować jeszcze coś – swój album ze specjalnie dla mnie napisaną dedykacją. (Niezwykle mnie to – już po jej otrzymaniu – podekscytowało, bo jeszcze nigdy nie dostałam żadnego albumu z tematyką świecką; musiałam być już po pierwszej komunii!) Pech jednak chciał, że w trakcie jej pisania i podjętej próby wyjaśnienia nam, co robi, Hasior dostaje ataku astmy. Z zapamiętanego niewzruszenia mojego taty wnioskuję, że nie był to poważny atak, ale we mnie wywołał traumę, bo nie byłam jeszcze świadkiem sytuacji, w której ktoś nie może złapać tchu i właściwie nie wiadomo, jak mu pomóc. Pamiętam, że brzmiało to mniej więcej tak:
– Chciałbym… – tu łapczywe branie powietrza.
– Chciałbym… – kolejna próba.
– Chciałbym… – lekka irytacja i dalszy ciąg walki z astmą, aż w końcu… – … napisać testament.
Prawdopodobnie niedługo później było już po wszystkim i stało się jasne, że ostatnie słowa były żartem sytuacyjnym, który potrafię dziś w pełni docenić, jednak wtedy byłam absolutnie przerażona i niegotowa na jego rychłą śmierć. I wcale nie dlatego, że gdyby go zabrakło, nikt nie dawałby mi już tak cudownie zdezelowanych zabawek, jak on, ale dlatego, że go zwyczajnie uwielbiałam.
Ta scena wryła się we mnie bardzo głęboko. Ale… nie mogłam sobie przypomnieć, ani co dokładnie mi napisał w dedykacji, ani w którym dokładnie albumie. W rodzinnym domu wielokrotnie przeszukiwałam półki z książkami, za każdym razem dochodząc do przykrego wniosku, że jedyne albumy poświęcone twórczości Hasiora (znajdujące się zresztą nie na moich półkach) nie mają ani żadnej dedykacji, ani nawet autografu. Wiele lat żyłam całkiem wyraźnym wspomnieniem wydarzenia, na którego prawdziwość nie umiałam znaleźć żadnego dowodu. Aż tu nagle… pewnego pięknego warszawskojesiennego dnia zupełnym przypadkiem w kupce przeróżnych książek niewymiarowych położonych bokiem zaciekawił mnie pewien wąski grzbiet. I… TO BYŁ TEN ALBUM! Album „Hasior”, który otworzyłam drżącymi rękami, skrywał taką dedykację Mistrza dla dziesięcioletniej mnie:
fot. Marianna Patkowska
Jasnej Mariannie
Błękitnej Ozdobie
Nadziei Rodziców
i Gwieździe Sylwestra 2000 r.
Kolorowego Szczęścia
Gorąco życzy na zawsze
Hasior
26.XII.95 – Zakop.
– dedykacja Władysława Hasiora dla mnie z 1995 roku
Szczerze mnie wzruszył. Nie wiem tylko czym bardziej: pięknymi, niebanalnymi słowami, ciepłem, które przez tyle lat próbowałam w jakimkolwiek szczególe odtworzyć, czy w końcu wróżbą, że za pięć lat będę – jako wchodząca powoli w dorosłość dziewczyna – Gwiazdą Sylwestra? Rzeczywiście byłam, ale tego już niestety nie dożył, umierając rok wcześniej. Dokładnie w dniu moich czternastych urodzin.
Od kiedy sięgnę pamięcią, moje wrześnie od każdego pierwszego piątku po piętnastym dniu tego miesiąca zamieniają się w dziewięciodniową muzyczno-duchową ucztę ze środowiskiem, które jest dla mnie jak rodzina, czyli które kocham i którego nienawidzę w stopniu równym (albo czasami nierównym).
64. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” – dla mnie trzydziesty trzeci – przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i sprawił mi ogromną przyjemność. I w ogóle, i – o czym za chwilę – w szczególe.
Koncerty inauguracyjne są dla mnie na ogół trudne. Potrzebuję czasu, by na nowo oswoić się z tą wymagającą muzyką; dodatkowo Sala Koncertowa Filharmonii Narodowej pozostawia bardzo wiele do życzenia, jeśli chodzi o akustykę, co przekłada się bezpośrednio na przyjemność słuchania. Reasumując, jeśli „Warszawskiej Jesieni” nie rozpocznie Xenakis, to rzadko kiedy porusza mnie koncert inauguracyjny. Tak też było i tym razem.
Piszę wyłącznie o własnym subiektywnym odbiorze. To, że wiem, jaka inauguracja wyrwałaby mnie z kapci (na obcasie oczywiście), nie oznacza, że inna nie może być interesująca. Mnie potrzeba na początku mocnych bodźców, a tych z reguły nie dostarcza mi twórczość Agaty Zubel, której Triptyque otworzył koncert. Ujął mnie za to subtelny Bound to the Bow Ash Fure, zwłaszcza w warstwie elektroniki, która przeplatała się z warstwą orkiestrową. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Skumfiduser! Marka Applebauma. Być może był to najłatwiejszy w odbiorze utwór podczas tego koncertu (co wpędza w pewien dyskomfort moją snobistyczną stronę), ale zauroczył mnie swoją spójnością, rytmicznością i dużą dawką elektroniki, użytej tym razem w inny niż u Fure sposób, przywodząc na myśl momentami „Gwiezdne Wojny”. Ostatnie dzieło – Liquid Air Elżbiety Sikory – nie utkwiło niestety zbyt mocno w mojej pamięci.
Nocny koncert odbył się w ramach cyklu imprez towarzyszących festiwalowi w remontowanej Akademii Muzycznej (przepraszam, na Uniwersytecie). Wbrew programowym zapowiedziom, Xenakis nie został zaprezentowany, ale to chyba lepiej, zważywszy na pomysł odtworzenia go w foyer.
Jako pierwszą usłyszeliśmy Elektrę Jakuba Kaczmarka na głos i komputer. Może nie najwyższy poziom wykonawczy Aleksandry Klimczak (sopran), może dobór tekstu („Elektra” Eurypidesa), a może po prostu nie dość dobra kompozycja sprawiły, że utwór brzmiał dosyć groteskowo.
– Mam wrażenie, że kompozytorom się wydaje, że jeśli użyją jakiegoś znakomitego tekstu w swoim utworze, to nie zostaną posądzeni o grafomanię – stwierdził mój Partner.
– Ale przecież i tak koniec końców tak to zawsze brzmi – skwitowałam.
– No właśnie!
Niech ten nasz dialog posłuży za komentarz. Od najmłodszych swoich lat powtarzam, że wielka poezja i wielka muzyka to dwie siły, które się ze sobą nie komponują. Zupełnie inną niż poezja gałęzią jest tekściarstwo, które bywa znakomite. Łączenie poezji z muzyką, to jak łączenie złota ze srebrem, różu z czerwienią, damskich spodni z filharmonią. W pewnych kręgach akceptowane, jednak urągające dobremu smakowi. (Inaczej sprawa ma się jedynie z muzyką konkretną i poezją konkretną, które doskonale ze sobą na ogół korespondują, a także wtedy, kiedy tekst poetycki jest na tyle dobrze pocięty, że staje się nie wklejanym gotowcem, lecz faktycznym narzędziem w rękach kompozytora.)
Zaintrygowała mnie natomiast druga kompozycja – haecceitas Krzysztofa Kiciora na fortepian, perkusję, taśmę i live electronics; wciągająca i hipnotyczna. Ciągle jednak, od inauguracji, czekałam na coś, co mnie zachwyci i przeniesie w mistyczny świat, w którym bardzo już się chciałam znaleźć. TENEBRIS et LUX Aleksandra Szopy zapowiadał się bardzo obiecująco, tym bardziej, że niewiele słyszałam w życiu dzieł na organy i taśmę. Kompozytor napisał w programie, że jest to utwór:
[…] przedstawiający piekło jako ciemność, strach, śmiech demonów i przerażające krzyki. Zaś Lux poprzez anielskie głosy, nadzieję i wiarę zabiera człowieka do Raju (stąd bicia dzwonów pod koniec utworu).
– ten opis jest zresztą odpowiedzią na pytanie, dlaczego nie umiem się przemóc, żeby Akademię Muzyczną zacząć nazywać Uniwersytetem
Niestety, kiedy wjechał śmiech demonów (zupełnie dosłowny śmiech z warstwy taśmy), już do końca oczekiwałam TEGO MOTYWU i byłam ugotowana. Dosłowność zabija sztukę. (A Król Popu jest tylko jeden.) In The Wrong Place At The Wrong Time Andrzeja Szachowskiego na trąbkę i taśmę był kolejną rozczarowującą mnie kompozycją. Przetworzenie dźwięków trąbki w perkusyjnych elementach warstwy elektronicznej było bardzo ciekawym pomysłem, jednak miałam wrażenie, że kompozytorowi nie udało się zapanować nad formą i w pewnym momencie główną rolę zaczęły odgrywać wirtuozowskie umiejętności Michała Wojnarskiego. Jak by nie były imponujące, jednak, cytując klasyka, towciąż za mało…
Kiedy już się pogodziłam z myślą, że zacznę się zachwycać dopiero od jutra, oczarował mnie całkowicie Robert Prokopowicz swoim L’Apocalypse Arabe na głos, live electronics i wideo.
Utwór multimedialny dla jednego wykonawcy i komputera na podstawie poematu libańskiej poetki Etel Adrian. Ma przenieść słuchacza do przerażającej, psychotycznej rzeczywistości młodej osoby na imigracji, straumatyzowanej przez wojnę domową i poszukującej swojej drogi w nowej rzeczywistości.
– Robert Prokopowicz, opis utworu z książki programowej festiwalu
Dzieło wstrząsające, choć równocześnie subtelne i przywodzące na myśl niezwykłą wrażliwość Wojtka Blecharza (skojarzenie z poruszającą pieśnią z Aleppo, która była częścią doskonałego spektaklu muzycznego Soundwork jest oczywiste). L’Apocalypse Arabe to spójny, dojrzały, przemyślany w każdym najdrobniejszym szczególe utwór. Kompozytor sięgnął po poemat, jednak w odróżnieniu od Jakuba Kaczmarka potraktował melodię języka (francuskiego) jak instrument. Przyjrzał się uważnie wszelkim pojawiającym się w tekście na poziomie fonicznym niuansom, wplatając rytm i barwę słów w elektronikę. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że jest to kompozycja na światowym poziomie. (Nie sposób też nie wspomnieć o znakomitym wykonaniu Natalii Jarosiewicz.) Takich doświadczeń byłam tego wieczoru głodna.
Jako ostatni zabrzmiał oscillating music Mateusza Śmigasiewicza na dwa syntezatory Mooga i audio playback – bardzo hipnotyczny, transowy, intrygujący utwór. Moim jedynym z nim problemem były własne ograniczenia percepcyjne. Jako osoba cierpiąca na lekką chorobę lokomocyjną, zaczęłam odczuwać dyskomfort podobny do tego, przez który omijam szerokim łukiem wszelkiego typu rollercoastery, a nawet zwykłe karuzele. Nie wiem, czy to celowy zabieg, czy coś nie poszło zgodnie z planem, jednak ucieszyło mnie, kiedy mogłam już wysiąść.
Pierre’a Jodlowskiego odbieram jako kompozytora nierównego i jeśli chodzi o szerszy aspekt (niektóre z jego dzieł mnie zachwycały, inne sprawiały na mnie wrażenie niedopracowanych), i jeśli chodzi o węższy (inne jego utwory urzekały mnie jedynie fragmentarycznie). Podstawowym moim zarzutem do jego muzyki był najczęściej brak spójności. Równocześnie zawsze darzyłam go dużym szacunkiem, uznając jego doskonałą znajomość elektroniki i dbałość o najwyższą jakość techniczną swoich dzieł. Tu nigdy mnie ne zawiódł. Bardzo byłam ciekawa „wielogatunkowego utworu kameralnego na śpiewaczkę, aktora, pięcioro muzyków oraz aparat audiowizualny” Alan-T.
Utwór kameralny Alan-T. oparty jest na życiorysie matematyka Alana Turinga. Wiódł on żywot paradoksalny, w którym ostatecznie zderzyły się trajektorie naukowe i społeczne – z druzgocącym skutkiem. Turing był cichym bohaterem II wojny światowej, ojcem sztucznej inteligencji, geniuszem matematycznym, a jako zdeklarowany homoseksualista – ofiarą purytańskich obyczajów. Po tym jak przyznał się do związków homoseksualnych, w 1952 roku zmuszono go do poddania się chemicznej kastracji – homoseksualizm był w ówczesnej Anglii przestępstwem. Wykluczony z kręgów naukowych, a stopniowo ze społeczeństwa jako takiego, Turing zmarł przedwcześnie w wieku 42 lat. Zakończył życie na marginesie społeczeństwa, samotnie, w okolicznościach, których do dziś w pełni nie wyjaśniono.
– opis utworu z książki programowej festiwalu
Historia Alana Turinga jest wstrząsająca i zwłaszcza dziś, w kraju rządzonym przez nacjonalistów na usługach Putina, mamy w moim odczuciu obowiązek o niej przypominać; pokazywać, do czego prowadzi piętnowanie wybranej na chybił trafił grupy społecznej i dehumanizowanie jej, m.in. przez tworzenie stref wolnych od (ludzi) lub używanie słowa „ideologia” kompletnie niezgodnie z jego znaczeniem. (Z drugiej strony skoro dokładnie ten sam mechanizm użyty wobec Żydów podczas II wojny światowej ze wszystkimi swoimi makabrycznymi konsekwencjami niczego tego narodu nie nauczył, prawdopodobnie moje oczekiwania są wygórowane – smutna konstatacja.) Choć agenturalna nowomowa nie powinna dziwić, jest w końcu obliczona na konkretny cel, to nie pozbawione kręgosłupa cwaniactwo u władzy nie zdało egzaminu z człowieczeństwa – to społeczeństwo, je wybierając, go nie zdało. Z tego powodu mam ogromny szacunek i wdzięczność do Komisji Programowej „Warszawskiej Jesieni” za umieszczenie w programie utworu poruszającego temat wykluczenia. I miałabym je nawet, gdyby utwór nie okazał się wartościowy artystycznie, ale był naprawdę doskonały! To pierwszy utwór Pierre’a Jodlowskiego, który zachwycił mnie wszystkim i który odebrałam jako przemyślaną, idealną całość. Powołam się jeszcze raz na opis z książki programowej, bo ten fragment wydaje mi się bardzo istotny:
Libretto autorstwa niemieckiego pisarza Franka Witzela przedstawia postać zarówno historyczną, jak i symboliczną. Stanowi ono nielinearną podróż, której narracja przenosi środek ciężkości z życia zewnętrznego na wewnętrzne – oparte na wspomnieniach i okruchach egzystencji – stopniowo docierając do wielkich pytań metafizycznych. Podzielony na sześć części tekst ukazuje Turinga – w którego wciela się niemiecki aktor Thomas Hauser – pod koniec życia: samotny, w mieszkaniu, które sam nazywa „pokojem koszmarów”, wspomina dzieciństwo, badania nad maszynami i sztuczną inteligencją (której był wynalazcą) oraz proces sądowy i wykluczenie ze społeczeństwa. Wokół centralnej postaci przewija się kilka innych (w interpretacji Joanny Freszel): matka, Joan (koleżanka z centrum łamania tajnych kodów w Bletchley Park w czasie II wojny światowej) oraz córka doktora Grünbauma, który leczył naukowca w ostatnich latach jego życia. Libretto przedstawia Turinga jako kruchego nonkonformistę, zafascynowanego światem liczb, alchemią i fundamentalną kondycją rzeczy. Mimo społecznej opresji, jakiej był poddawany, pozostaje jasną postacią, której inteligencja pozwala wykraczać poza rzeczywistość – to istny alchemik myśli egzystencjalnej.
– opis utworu z książki programowej festiwalu
Na wspomnienie zasługuje też doskonałe wykonanie znakomitej Joanny Freszel. Spektakl na najwyższym poziomie. Na taką „Warszawską Jesień” czekałam!
Nocny koncert odbył się w ramach cyklu „Warszawska Jesień Klubowo”. Pamiętam, że od momentu jego powstania, miałam dość mieszane uczucia. Koncerty, zwłaszcza w barzeStudio, były trudne w odbiorze przez nieustający klubowy gwar, nalewanie piwa i używanie ekspresu do kawy. Być może po jakimś czasie ktoś wpadł na pomysł, żeby nie uruchamiać głośnych maszyn podczas trwania koncertu, ale tego się już nie dowiem, bo zaczęłam ten cykl bojkotować.
W tym roku z nową energią, złakniona po wyjątkowo dwuletniej przerwie warszawskojesiennych wrażeń, z podobnie złaknionym Partnerem u boku, wybrałam się na nocny sobotni koncert z dobrym nastawieniem. Pierwszym miłym zaskoczeniem było odkrycie miejsca, którego nie znałam, czyli klimatycznego Pardon, To Tu, będącego nie tylko urokliwym pubem, ale także księgarnią, sklepem płytowym i przede wszystkim ośrodkiem kulturalnym, organizującym mnóstwo interesujących koncertów. Drugim miłym zaskoczeniem było uszanowanie przez obsługę koncertowej ciszy; a trzecim, już sam koncert. Rafał Mazur w swoim The Great Tone has no Sound na akustycznej gitarze basowej wyczarował niesamowite przestrzenie z pogranicza różnych muzycznych gatunków. O Giacinto Scelsim nie trzeba chyba nic pisać, Bóg to Bóg. I choć kompozycja programowa bardzo mi się podobała, bo była oparta na różnorodności, a jednocześnie ciągle spójna, to tu zawiodła z kolei publiczność, gadając i przeszkadzając przy perłach, jakie rzucili przed nią organizatorzy festiwalu. Ostatni Krieg Rashada Beckera mocnymi klubowymi elektronicznymi dźwiękami doskonale stapiającymi się z miejscem, idealnie zwieńczył koncert.
Niedzielny wieczorny koncert w Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej (która, biorąc pod uwagę ostatnie 30 lat „Warszawskiej Jesieni” jest jakimś niepisanym gwarantem doskonałych koncertów tego festiwalu) był przepyszny! Po pierwsze fenomenalny Klangforum Wien:
Jeden z najbardziej cenionych zespołów nowej muzyki na świecie. Istnieje od roku 1985, jego założycielem był Beat Furrer. W ciągu następnych trzydziestu kilku lat nie tylko zdobył bardzo wiele nagród i odznaczeń, ale też dał około 600 prawykonań utworów kompozytorów z czterech kontynentów. Jego dyskografia liczy ponad 90 pozycji.
– zbieżność roku jego założenia z rokiem mojego urodzenia nie może być przypadkowa,
i ceniona Agata Zubel (sopran). Po drugie naprawdę znakomite utwory, aż w końcu po trzecie świetna kompozycja programowa.
Nie miał niestety szczęścia Mikołaj Laskowski, którego Fiasco na zespół i elektronikę przez problemy techniczne było przez Klangforum rozpoczynane aż trzy razy (za trzecim udało się je wykonać w całości). Tytuł – jak słusznie zauważył dyrygent, Bas Wiegers, zobowiązuje. Problemy ze sprzętem, zwłaszcza kiedy ten jest w rękach fachowców, to siła wyższa, jednak profesjonalne podejście muzyków było imponujące. Podobnie zresztą jak sam utwór. Kolejna kompozycja CoronAtion I: io son ferito ahimè Olgi Neuwirth na perkusję i sample zupełnie mnie oczarowała swoją subtelnością i anielskością, zupełnie jak by utkana była z delikatnych nici. A chowałam do tej kompozytorki od 2016 roku urazę o popełnienie prezentowanej na 59. „Warszawskiej Jesieni” złej i płaskiej jak naleśnik opery Lost Highway na podstawie kultowego filmu Davida Lyncha pod tym samym tytułem. Najwyraźniej czas przebaczenia nastał 19 września 2021 roku.
Kolejnym punktem tego koncertu był monodram na sopran i zespół instrumentalny lo firgai (Maska) Aleksandra Nowaka. Utrzymany w innym od poprzedniego utworu klimacie, również zrobił na mnie ogromne wrażenie swoją świeżością. Agata Zubel oprócz brawurowego, jak zwykle, wykonania, przybliżyła nam też swoim strojem egzotyczną kulturę prawdopodobnie islandzką, z którą od jakiegoś czasu jest związana (choć Björk, podobnie jak Król Popu, również jest tylko jedna). Gestern Larsa Pettera Hagena trochę mi się w pamięci pozacierał, a Cezary Duchnowski swoim WELOVELIVE na kwartet smyczkowy, sopran, konstrukcje dźwiękowe i elektronikę, rozwalił system! Choć jestem jego ogromną fanką i za każdym razem wydaje mi się, że nie może mnie już pozytywniej zaskoczyć, a on za każdym razem tak mnie właśnie zaskakuje, to jednak nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że WELOVELIVE to najdoskonalszy utwór Czarka, jaki słyszałam w życiu. Chapeau bas!
We wrześniu 2021 roku obchodziliśmy setną rocznicę urodzin Stanisława Lema, którego pamięć została podczas tego koncertu uczczona dwoma utworami: Fiasco Mikołaja Laskowskiego oraz lo firgai (Maska) Aleksandra Nowaka.
Ideę nocnego koncertu najlepiej wyjaśnią te słowa:
Na zeszłorocznym festiwalu sześć kompozytorek i pięć wykonawczyń zaprezentowało projekt zatytułowany Formy żeńskie. Artystki przywracały muzyce brakujący i wypierany żeński element. W tym roku trzy kompozytorki, trzech kompozytorów i pięć wykonawczyń kontynuują zapoczątkowany wtedy proces. Kobiecość ruszyła naprzód, wyrażając swój gniew, odzyskując suwerenność i szukając nowych sposobów ekspresji i bycia w świecie. Gniew to silny afekt, którego największym atutem jest to, że przerywa dotychczasowy stan rzeczy, tworzy wyrwę w status quo i robi miejsce na nowe formy. By je odkryć, by znaleźć nową równowagę, potrzebna jest odpowiedź drugiej strony – dopiero ona może uruchomić proces wspólnego wychodzenia poza to, co znane i bezpieczne, w poszukiwaniu realnych, fundamentalnych zmian.
– opis z książki programowej festiwalu
Nowe formy na zespół instrumentalny i multimedia to ponadgodzinny spektakl Dobromiły Jaskot, Katarzyny Krzewińskiej, Pawła Malinowskiego, Jacka Sotomskiego, Mateusza Śmigasiewicza oraz Marty Śniady w reżyserii Huberta Sulimy. Nie jest dla mnie do końca jasne, w jaki sposób kompozytorzy podzielili się pracą, rozumiem tylko, że jest to dzieło wspólne.
Co do idei, mam odrobinę mieszane uczucia, bo sama, wyznając zasadę równości, jestem wrażliwa na wszelkie przejawy jej braku. Choć siły kompozytorskie rozkładały się akurat równo na pół, to wykonawczyniami były wyłącznie kobiety, a wplatane w elektronikę teksty – wyświetlane również na ekranie – nie tylko skupiały się przede wszystkim na kobietach i kobiecości, ale też – przeciw czemu się buntuję – gorszej sytuacji społecznej tychże. Bunt rodzi we mnie nie samo stwierdzenie faktu, że kobiety w wielu środowiskach są ciągle traktowane gorzej, ale raczej nurzanie się w roli ofiary, bo głęboko wierzę, że ofiarami patriarchatu są wszystkie płcie i że jedynym sposobem walki z zastaną rzeczywistością jest zburzenie starego porządku i zbudowanie zupełnie nowego; bez ofiar i katów, za to z wzajemną miłością i szacunkiem. Z drugiej strony badania wykazują, że parytety – wobec których byłam do niedawna z tych samych przyczyn sceptyczna – wprowadzone na jakiś określony czas, po jego upływie zawsze skutkują zauważeniem kobiet i kiedy przestają obowiązywać, świadomość społeczna jest już odrobinę zmieniona. Rozumiem więc, że społeczeństwo zwyczajnie nie jest jeszcze gotowe na równość i potrzebuje narracji, w których pokrzywdzone kobiety powstają z kolan. Jeśli ma to pomóc, pozostaje mi tylko zagryźć zęby i czekać na efekt końcowy.
Wracając do koncertu, był naprawdę interesujący muzycznie, jednak w wykonawczyniach – instrumentalistkach, wykonujących też czasami pewne układy choreograficzne – zabrakło mi charyzmy. Momentami (zwłaszcza na początku) przypominało to bardziej szkolne przedstawienie niż spektakl w ramach jednego z najstarszych międzynarodowych festiwali muzyki współczesnej.
Warstwa elektroniczna zrobiła na mnie wrażenie – była energetyczna, żywa, nowoczesna, spójna, jednak z warstwą tekstową miałam już niemały problem. Z jednej strony dosyć nawet ciekawy pomysł wplecenia w utwór różnych odpowiedzi na pytanie, co rozumiemy przez bycie kobietą/mężczyzną, a z drugiej wykorzystanie też odpowiedzi: „chciałabym być mężczyzną, bo nie musiałabym chodzić do ginekologa”. To równie sensowne, jak stwierdzenie, że „super jest być kobietą, bo nie trzeba chodzić do urologa” lub „gdybym nie był dzieckiem, nie musiałbym chodzić do pediatry”. Różnimy się od siebie biologicznie, ale zaniedbywanie badań okresowych jest nieodpowiedzialne bez względu na płeć czy wiek. Jednak na łopatki rozłożyły mnie dopiero wypowiedziane kobiecym głosem słowa:
Zaskoczyło mnie, że moje ciało może wytworzyć męskie ciało.
– fragment tekstu użytego w utworze
Ta informacja po zakończeniu edukacji na poziomie podstawowym właśnie nie powinna zaskakiwać, a mam wrażenie, że przy obecnym poziomie szkolnictwa coraz częściej niestety będzie. Kolejna smutna konstatacja.
Bardzo mnie jednak ujął jeden z ostatnich momentów spektaklu, w którym dwie skrzypaczki podeszły do siebie i zaczęły grać na swoich skrzypcach nawzajem (każda z nich grała swoim smyczkiem na skrzypcach drugiej). Nietrudno się w tym doszukać aluzji do pierwszego homoseksualnego współżycia kobiet, choć scena była równocześnie bardzo subtelna i naprawdę wzruszająca.
Dopiero z okazji poniedziałkowego koncertu miałam okazję zobaczyć po raz pierwszy nową salę koncertową Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych nr 1 w Warszawie, czyli tzw. dawnej Miodowej. Projekt Tomasza Koniora (projektanta również nowej siedziby NOSPR-u) rzeczywiście zachwyca.
A co do koncertu, Tracking Noise #4 Luísa Antunes’a Peny na troje wykonawców, regulator, kabel i elektronikę porwał mnie najmniej – nie umiałam go potraktować jak całość; był dla mnie porozrzucanymi dźwiękami. Za to duże wrażenie wywarł na mnie intrygujący utwór Incorporate no. 3 Kuby Krzewińskiego na zespół i wideo, a także trzy kolejne: abstrakcyjny i „czysty” He Cuts Snow Sabriny Schroeder na zespół mieszany i live mechanics, niesłychanie subtelny i poruszający sngw SukJu Na, którego kompozytor zauroczył mnie takim opisem swojego utworu w książce programowej:
Siedziałem w kawiarni na dworcu Shinagawa. Jedząc śniadanie, patrzyłem przez okno na tłum napływających pasażerów, zdyscyplinowany i cichy. Zapragnąłem nagle przyłączyć się do nich, więc wyszedłem z kawiarni i wtopiłem się w tłum. Miałem wrażenie, że stoimy na niekończącej się taśmie produkcyjnej. Każdy „produkt” pod nieprzenikalną, bezduszną powierzchnią kryje, być może, unikat. Rzeka zapieczętowanych indywidualności.
– SukJu Na
oraz kompletnie odjechany Tafel 1 („Wieser’s Werdetraum”) Manosa Tsangarisa na dwoje wykonawców przy stole, walkman, radio, ruchome źródła światła i Fadenorgel. Na wspomnienie zasługuje doskonała kompozycja programowa tego koncertu.
Wtorkowy wieczorny koncert miał bardzo ciekawą budowę. Dwa różne, choć obydwa doskonałe utwory Norwid’ Elipsa Elżbiety Sikory i Głosy Krzysztofa Knittla łączyło użycie poezji (u Sikory Norwida, u Knittla – Jana Polkowskiego), a dzielił – Marek Chołoniewski swoją abstrakcyjną Obecnością. Jak opisał ją w książce programowej:
Każdy obiekt dźwiękowy posiada swoje źródło energii, wynikające z materiału, formy przestrzennej, ale przede wszystkim z wewnętrznej struktury sonicznej. Przepływ energii wewnątrz molekularnej struktury obiektu jest formą sonicznej wibracji wchodzącej w rezonans z otoczeniem. Wejście w bezpośredni kontakt z osobami znajdującymi się wewnątrz kinetycznej przestrzeni dźwiękowej jest formułą bryły antrosonicznej.
Bryły antrosoniczne są retorycznymi substytutami znaczeń na bazie przeciwstawnych i bliskich elementów, zmysłowego odczuwania obecności osób i przedmiotów, ale także relacji pomiędzy nimi. Każda z mikrokompozycji ma swoje centrum – punkt, w którym obiekt dźwiękowy poddawany jest wybranym procesom przybliżania/oddalania, zatrzymania/zerwania, przejścia/ wnikania, okrążania/wylotu.
Interludiawypełniają przestrzeń wokół kompozycji Elżbiety Sikory i Krzysztofa Knittla, z ich mocno określonym odniesieniem programowym, historycznym, są formą medytacji i oczyszczenia, czasowego zatrzymania na asemantycznej strukturze dźwiękowej.
– Marek Chołoniewski, opis utworu z książki programowej festiwalu
Utwór radiofoniczny na dwa głosy męskie, jeden głos kobiecy, kontrabas, akordeon i dźwięki elektroniczne do tekstów Cypriana Kamila Norwida Norwid’ Elipsa Elżbiety Sikory był specyficznym rodzajem wciągającego, intrygującego i trzymającego w napięciu słuchowiska. Głosy Krzysztofa Knittla na czterech aktorów, chór kameralny, orkiestrę kameralną i dźwięki elektroniczne do wierszy Jana Polkowskiego to dzieło poświęcone robotnikom, studentom i uczniom, którzy zostali zabici podczas protestów na Wybrzeżu w grudniu 1970. Wiersze (z którymi można zapoznać się TUTAJ) są tak wstrząsające, że czuję jakąś niestosowność w podejmowaniu próby opisania tego utworu. Zakończę więc tym, że ogromnie mnie poruszył i przejął.
Z koncertem We’re here wiązałam duże nadzieje, bo niósł niesłychanie ważny społecznie przekaz (choć wciąż mnie deprymuje, że tkwimy w realiach, w których ukazywanie czyjejś normalności urasta do rangi niesłychanie ważnego społecznie przekazu).
We’re here, we’re queer, get used to it (z ang. jesteśmy tu, jesteśmy queer, przyzwyczajcie się) – slogan stosowany przez osoby należące do społeczności LGBTQ+, spopularyzowany przez kolektyw Queer Nation w latach 90.
– opis koncertu z książki programowej festiwalu
Myślę, że w idealnym świecie umieszczenie w programie międzynarodowego festiwalu koncertu poświęconego wyłącznie twórczości: kobiet, mężczyzn, społeczności LGBTQ+, osób heteroseksualnych, białych, czarnych, Azjatów czy Żydów przez większość zostałoby potraktowane jako – być może niezamierzony, ale jednak – rodzaj dyskryminacji. Tu jednak znowu, jak w przypadku parytetów i ukazywania kobiet jako ofiar, jesteśmy społeczeństwem tak zacofanym, że właśnie paradoksalnie dopiero takie środki mogą nas choć trochę przybliżyć do większej wrażliwości na wszelką inność, choć droga daleka i kręta.
Koncert prowadziło dwoje performerów, z których infantylnymi miejscami wypowiedziami miałam mały problem. Zachwycił mnie jednak pierwszy performance z udziałem publiczności, audio playback i wideo Interior Listening Protocol 01 Ash Fure, do którego każdy widz dostawał po dwa słoiki, którymi zatykał sobie, jak muszlami, uszy we wskazanych w warstwie wideo przez kompozytora/kompozytorkę* fragmentach i w określonych przez jego/ją* sposób. Efekt okazał się zdumiewająco wysmakowany.
*zapis wynika z niebinarności kompozytora/kompozytorki
Potem wszystko jakby na chwilę, jeśli chodzi o poziom (zwłaszcza w kontekście reszty festiwalu), siadło. Artefacts #2 Sary Glojnarić na sopran, perkusję i taśmę było krzykliwe i dosyć artystycznie miałkie (nie wiem, czy to kwestia pretensjonalnej w tym wykonaniu śpiewaczki, Moniki Łopuszyńskiej, słabego utworu, czy jednego i drugiego). Kolejna kompozycja The First Ladies Josha Speara na wideo opierała się na ciekawym pomyśle i… w moim odczuciu tylko na nim. Doskonałe blacksnowfalls Wojtka Blecharza na kotły solo, które znałam ze wspomnianego już wyżej spektaklu muzycznego Soundwork (choć jest niezależnym utworem) niestety wydało mi się zbyt delikatne i przez to odrobinę ginące w programie koncertu, choć niewątpliwie najgłębsze. Z drugiej strony myślę, że trudno w twórczości Wojtka znaleźć utwór pasujący stylistycznie do pozostałych zaprezentowanych tego wieczoru, a trudno też wyobrazić sobie ten wieczór bez kompozycji Wojtka.
Do N.N. na głos Neo Hülcker i Custom #1 na performera, perkusję, wideo i live electronics Óscara Escudero mam właściwie taką samą uwagę, jak do The First Ladies Josha Speara – sam interesujący pomysł to jeszcze nie utwór. Piyanist Şantör (z opery Bergen) na głos i live electronics Laure M. Hiendla i Göksu Kunaka było na swój sposób odważne i piękne, choć do samego końca nie byłam pewna, czy to anielskie śpiewanie odbywa się na serio, czy to żart z nas wszystkich. Za to najmocniejszym punktem tego koncertu była znakomita, dynamiczna kompozycja Haphephobia na perkusistę i live electronics Rafała Ryterskiego. Wyszłam z Komuny Warszawa z jednej strony podekscytowana ostatnim utworem, a z drugiej… zażenowana muzycznym poziomem całości.
Dziś, kiedy po dłuższym czasie piszę tę recenzję, zaczynam coraz mocniej doceniać, jak doskonale spójny był to koncert, jak dopracowany w detalach i przede wszystkim jak potrzebny społecznie. Choć płeć i seksualna orientacja nie mają najmniejszego wpływu na każdą sferę życia, niebędącą sferą seksualną (jak np. sztuka), to równocześnie LGBTQ+ jest nie tylko etykietką nadawaną przez heteroseksualną, binarną i cispłciową część społeczeństwa nieheteronormatywnej reszcie, ale też rodzajem subkultury, z którą część przedstawicieli LGBTQ+ zwyczajnie chce i potrzebuje się utożsamiać. Kiedy to wreszcie zrozumiałam, poczułam się wzruszona i zaszczycona, że mogłam ten koncert usłyszeć i poznać kulturę, którą bardzo szanuję, ale o której wiem ciągle zbyt mało. Kolejny raz organizatorzy „Warszawskiej Jesieni” zasłużyli na słowa ogromnego szacunku i uznania!
Im dalej w las, tym ciekawiej, ale Wojciech Błażejczyk swoim Bunkrem. Fake operą wywindował poprzeczkę niesamowicie wysoko.
Jak napisał w książce programowej o tym dziele Waldemar Raźniak – reżyser autor libretta opartego na „Jamie” Franza Kafki:
„Czy wie pan, drogi przyjacielu, że prawda jest zwykle nieprawdopodobna? Aby nadać jej cechy prawdopodobieństwa, trzeba koniecznie dodać do niej trochę kłamstwa. Tak robią wszyscy”: to słynne słowa Wierchowieńskiego z Biesów Dostojewskiego. Idealnie przylegają do definicji postprawdy, fake’ów i „kontentu wizualnego”. Prawie każdy może dziś zrobić zmanipulowane zdjęcie czy film wystarczająco dobry technicznie, by mógł uchodzić za prawdziwy; musi tylko być do tego pchnięty jakimś impulsem: zazdrości, przekory, naiwności, szaleństwa? Igranie z rzeczywistością wciąga. „Gdzie nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone” – głosi cytat z przysięgi asasynów z kultowej gry Assassin’s Creed. Pochodzi on od niemieckiej filozofki pochodzenia żydowskiego Hanny Arendt. W momencie, gdy całkowicie oddzielimy ideę od jej podstaw w rzeczywistym doświadczeniu, doświadczeniu zmysłowym, łatwo połączyć ją i ustalać jej związki z jakąkolwiek inną ideą. Pojawia się chaos.
Tam zaś, gdzie pojawia się chaos, rodzi się przestrzeń do manipulacji, jej beneficjenci i ofiary. Francuski myśliciel Michel Foucault niemalże pół wieku temu w legendarnej analizie Nadzorować i karać zaproponował refleksję nad fenomenem więziennictwa w kulturze nowożytnej. Opiera ją na powinowactwie wiedzy i władzy. Kulturowy wynalazek więzienia ma w miejsce bezdusznej kaźni wprowadzać obok praw człowieka wszechobecny i wszechwładny nadzór. Doświadczamy tego w formie monitoringu na każdej ulicy, w każdym parku, w miejscu pracy, doświadczamy tego, nie rozstając się ze swoją komórką, którą łatwo śledzić, wreszcie doświadczamy tego, buszując w sieci. Aż chciałoby się od tego uciec – nieprawdaż?
– opis opery z książki programowej festiwalu
Bunkier. Fake opera od początku do końca trzyma w napięciu mocnym, niesamowicie aktualnym przekazem, a równocześnie doskonałą realizacją techniczną i brawurowym wykonaniem. Zostałam wbita w – tradycyjnie niestety niewygodny – fotel.
W czwartek o 17.00, w ramach cyklu imprez towarzyszących festiwalowi, odbył się koncert w całości poświęcony twórczości Doiny Rotaru, która w tym roku obchodzi swoje siedemdziesiąte urodziny.
Usłyszeliśmy Uroboros na dwa flety, Jyotis na flet solo, Crystals na flet i fortepian oraz Japanese Garden na dwa flety i taśmę. Urzekł mnie bijący z wszystkich zaprezentowanych kompozycji spokój. To było piękne, mistyczne popołudnie.
Elektroakustyczne Transamorem – Transmortem Éliane Radigue choć liczy sobie już czterdzieści osiem lat (i dopiero teraz po raz pierwszy zostało wykonane w Polsce), sprawia wrażenie utworu całkowicie ponadczasowego.
Transamorem – Transmortem uchodzi za jedną z najbardziej radykalnych kompozycji Radigue, wraz z pierwszym Adnos, kolejnym chronologicznie dziełem kompozytorki. Nieliczne transformacje i pozorna formalna surowość kontrastują z fizycznym współgraniem częstotliwości, gdy słuchacz lekko przechyla głowę z prawej strony na lewą albo – jeszcze trafniej – porusza się powoli przez przestrzeń muzyczną. Przechodząc przez strefy określonych częstotliwości, ciało słuchacza doświadcza zlokalizowanych częstotliwości niskich, średnich i wysokich, zróżnicowanych w zależności od akustycznych właściwości przestrzeni odsłuchu. Autorka pisała o Adnos: „przesunięcie kamieni w korycie rzeki nie wpływa na nurt wody, ale wpływa na sposób, w jaki ona płynie”. Tu słyszymy to samo medytacyjne napięcie, spokojny ruch poprzez przestrzenie tworzone przez różne częstotliwości.
– opis utworu z książki programowej festiwalu
Ciekawy był wymuszony na publiczności przez organizatorów sposób kontemplacji tego dzieła – w lekkim półmroku, w lekkiej mgle… na leżakach (ATM przeszedł sam siebie, udostępniając leżaki równie niewygodne jak krzesła).
Oprócz niewątpliwych walorów artystycznych, Transamorem – Transmortem miało też dla mnie wymiar terapeutyczny; sprzyjało całkowitemu wyciszeniu się i w pewnym momencie nawet zapomnieniu o niewygodzie leżaków. Pięknie też ten wieczorny koncert współgrał z wcześniejszym popołudniowym. Każdy z nich mistyczny na swój własny, odmienny sposób.
A w nocy, w ramach „Warszawskiej Jesieni Klubowo” odbyła się kolejna tego dnia duchowa uczta. Wacław Zimpel swoim cudownym Hammers na pianino, zestaw młoteczków elektromagnetycznych i elektronikę zahipnotyzował wszystkich. Jakież to było doskonałe! Zawsze miałam słabość do minimal music i choć potrzebowałam trochę czasu, żeby się w ten utwór wgryźć, dałam mu się w końcu uwieść bez reszty.
Hybrydowy set didżejski Legendo Lubomira Grzelaka (aka Lutto Lento) był cięższy w brzmieniu, ale też łatwiejszy w odbiorze niż reszta festiwalowych utworów, bo z pogranicza muzyki rozrywkowej (co nie zawsze jest komplementem, ale podczas zarówno tego koncertu, jak i tego dnia – doskonale pasował). Bardzo odprężająca, idealnie wtapiająca się w scenografię magicznego Pardon, To Tu dawka ciekawej, intrygującej muzyki. Doskonały dzień!
Instalację Czarodziejska góra, czyli opera patologiczna Adama Dudka i Tadeusza Wieleckiego mogliśmy oglądać przez cały czas trwania festiwalu (czyli od 17.09 do 25.09 z wyjątkiem 20.09) od 10.00 do 18.00 w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w Pałacu Czapskich. Nieczęsto oglądałam towarzyszące festiwalowi instalacje, ale jako że mój Partner nazywa mnie Patusią i zdziwionym, że nie mam przecież na imię Patrycja, odpowiada „że to skrót od Patologii” (a tzw. naszą piosenką jest „Patointeligencja” Maty), czułam się niejako w obowiązku zobaczenia tej opery.
Krótkie zapętlone audiowizualne dzieło przedstawiające na jednym ekranie kilka równocześnie odtwarzanych scen z coraz chudszym i bardziej kościstym mężczyzną do ascetycznej muzyki Tadeusza Wieleckiego bardzo mi się spodobało, przypominając mi mojego ukochanego hiszpańskiego artystę Davida Nebredę i jego prace, które odbieram jak studium anoreksji. Jednak o ile genialny Nebreda pokazuje w bardzo odważny sposób swoje zagłodzone, wymęczone i wychudzone do granic, poprzebijane ciało (oraz głowę umazaną odchodami) i jest w tym swoim schizofrenicznym szaleństwie poetycki i przejmujący, o tyle Czarodziejska góra, czyli opera patologiczna jest jednak zachowawcza, ale też ujmująca swoją niewinnością i czystością.
Intencją mojej pracy jest poszukiwanie ekspresji ciała człowieka jako życia na granicy śmierci, jako przepływającej w nieskończoność materii; przedstawienie człowieka, który w stanach patologicznych zostaje postawiony na marginesie czasu, historii, społeczeństwa; zdeterminowanego rytuałem fizjologicznych czynności, będącego w stanie bezwymiarowej teraźniejszości, wieczności – „wstrzymanego teraz”.
– Adam Dudek, opis instalacji z książki programowej festiwalu
Piątkowy wieczorny koncert był kolejnym wielkim przeżyciem. Intrygujące Gouache Niny Šenk na zespół, piękne, delikatne i „ażurowe” Part among Parts na akordeon solo i zespół Moniki Szpyrki oraz cudowne, senne i urzekające craving your kiss na duży zespół hybrydowy Matthiasa Krügera to utwory, które wprowadziły słuchaczy w nastrój ciszy i skupienia. Ale wieczór skradł wielki Morton Feldman niesłychanie intymnym i poruszającym, brawurowo wykonanym przez Evę Resch (partie sopranu były wtopione w resztę instrumentów, co jest wykonawczo szalenie trudne) utworem z 1972 roku – Voice and Instruments 1 na sopran solo i orkiestrę.
Nocny koncert przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Rozpoczęła go kompozycja Clary Iannotty dead wasps in the jam-jar III na kwartet smyczkowy i laptop. Po tym delikatnym, kontemplacyjnym utworze przyszedł czas na bardzo dawno przeze mnie nie słyszaną, a zachwycającą mnie od zawsze, Olę Grykę i jej najnowsze dzieło: zjawiskowy, głęboki, pełen napięcia i nerwu emptyloop na kwartet smyczkowy. W tym roku – w przeciwieństwie do lat ubiegłych – unikałam czytania opisów utworów przed ich usłyszeniem. Ola ujęła mnie więc dwa razy: pierwszy – swoim wybitnym kwartetem i drugi – znakomitym jego opisem w książce programowej:
O trudnościach komunikowania się człowieka z człowiekiem za pomocą mowy. Mogą one wynikać z:
a. przymusu wypowiadania się przez ludzi, niezależnie od tego, czy posiadają wiedzę na dany temat,
b. trudności w wypowiadaniu się wynikających z uszkodzeń endogennych, nabytych, np. afazji.
– Aleksandra Gryka, opis utworu z książki programowej festiwalu
Sky Macklay w kwartecie smyczkowym Many Many Cadences nawiązywała do muzyki dawnej, by ją w swoisty sposób dekonstruować, co wywarło na mnie ogromne wrażenie. A na końcu Helmut Lachenmann zrobił to, co robi na „Warszawskiej Jesieni” zawsze, czyli przyszedł i pozamiatał. Tym razem III Kwartetem smyczkowym „Grido” z 2001 roku.
Kwartet Śląski tak mnie rozpuścił, że właściwie nie jestem już w stanie słuchać żadnego innego, może z wyjątkiem Kronosów (bardziej popularnych, ale w najlepszym wypadku tak samo dobrych jak Ślązacy, choć nie w wykonywaniu Góreckiego). Tymczasem JACK QUARTET, którego nie znałam, był dla mnie absolutnym objawieniem. Gdyby nadal przyznawano Nagrodę Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków Orfeusz laureatom „Warszawskiej Jesieni” za najlepsze wykonanie utworu polskiego kompozytora (od czego odstąpiono dekadę temu, co niestety uszło jakoś mojej uwadze), Orfeusz zdecydowanie powinien powędrować do JACK QUARTET za emptyloop Oli Gryki! Piątkowy nocny koncert to bezsprzecznie największe wydarzenie tegorocznego festiwalu.
Koncert finałowy był znakomity. Rozpoczynające go Pustynnienie na orkiestrę, media elektroniczne, dzieci i przestrzeń Lidii Zielińskiej oczarowało mnie swoją formą. Rozpoczęło się niespodziewanie, wchłaniając w siebie wszystkie zewnętrzne dźwięki: przeszkadzanie i lekki szum z sali, wynikający z nieświadomości, że już się zaczęło. Odebrałam je więc w pewnym sensie jak metautwór – utwór w utworze, ale też utwór o słuchaniu utworu. Cudownie też rozładował filharmonijną sztywność. Trakt-akt Topodia na flet kontrabasowy, klarnet kontrabasowy, saksofon basowy i orkiestrę w rozmieszczeniu przestrzennym Wojciecha Ziemowita Zycha nie zrobiła na mnie właściwie żadnego wrażenia. Natomiast 60 Auditory Scenes for investigating cocktail party deafness na orkiestrę i system nasłuchu maszynowego Matthiasa Kranebitteraa mnie absolutnie zachwycił; dynamiczny, żywy, z pomysłem, trzymający w napięciu od samego początku do samego końca.
Naturalne środowiska słuchowe obejmują wiele równocześnie rozbrzmiewających dźwięków. Wszystkie razem składają się na jeden złożony sygnał docierający do ucha. W jaki sposób ludzki mózg czerpie informacje z tego ciągłego, przytłaczającego chaosu otaczających nas fal dźwiękowych? Zagadnienie to znane jest potocznie jako „efekt cocktail party”. Wyzwaniem dla słuchu jest w takiej sytuacji ustalenie, które składowe tego dźwięku powinien zgrupować i traktować jako części tego samego źródła czy obiektu dźwiękowego. Nieprawidłowe grupowanie może bowiem sprawić, że słuchacz usłyszy nieistniejące dźwięki zbudowane z błędnych kombinacji oryginalnych składowych. „Efekt cocktail party” stanowi zasadnicze wyzwanie dla systemów nasłuchu maszynowego i sztucznej inteligencji. Nadzwyczajna zdolność ludzkiego mózgu do kierowania uwagi na interesujące dźwięki przy ignorowaniu innych, a także na przekierowywanie uwagi pomiędzy różnymi źródłami dźwięku w wielowarstwowym środowisku dźwiękowym nadal pozostaje poza zasięgiem możliwości maszyn.
– Matthias Kranebitter, opis utworu z książki programowej festiwalu
Uważam to za wyjątkowo ciekawy temat, zwłaszcza w kontekście własnej hiperestezji słuchowej, która wynika u mnie z nadwydajności mentalnej.
Nie ukrywam, że do ostatniego utworu byłam uprzedzona, czując już od wielu lat niesmak związany z faktem, że kompozycje Artura Zagajewskiego są często na „Warszawskiej Jesieni” wykonywane, podczas kiedy kompozytor zasiada w Komisji Programowej tego festiwalu. (Współkompozytorką wykonanego w niedzielę 19.09 utworu Nowe formy była inna członkini tej komisji – Marta Śniady, co budziło podobne moje wątpliwości, acz na mniejszą skalę.) Jednak Stabat Mater na cztery chóry mieszane i orkiestrę kameralną Artura Zagajewskiego… to arcydzieło; poruszające, odważne, zaskakujące, powalające, wielkie.
Kompozytor w niekonwencjonalny, bardzo ciekawy sposób zrealizował temat podejmowany w wybitnych dziełach epok minionych. Uczynił to, odchodząc od sumiennego opracowania muzycznego tekstu znanej średniowiecznej sekwencji na rzecz oddania emocji, jakie rodzi w nim obcowanie z wymową jednej z kluczowych scen chrześcijaństwa. Posłużył się brzmieniowymi walorami chóru mieszanego wchodzącego w różnorodne relacje z oryginalnie zestawionym zespołem instrumentalnym. Dramaturgiczny przebieg kompozycji przywodzi na myśl reakcję tłumu przypatrującego się wydarzeniom pod Krzyżem, w czym dostrzec można nawiązanie do tradycji pasyjnej. Ujęcie tematu jest niezwykle przejmujące, oddające tragizm sceny w miejsce wyważonej refleksji nad bólem Matki Boskiej. Autor bardzo umiejętnie korzysta z możliwości tworzenia przez głosy wokalne magmy dźwiękowej, rozstrzygającej o charakterze początkowego fragmentu, prowadzącego do ogniwa głównego, w którym bruitystycznie traktowany chór, wykrzykujący pojedyncze sylaby tekstu, wzmocniony został skandującymi okrzykami instrumentów dętych oraz efektami perkusyjnymi. Kompozycja jest efektowna, a zarazem głęboka, czytelna w swojej czysto muzycznej narracji, godna wykonywania w kontekście podejmujących ten sam temat znanych dzieł przeszłości.
– Marek Zwyrzykowski, komentarz do programu Wrocławskiej Nagrody Muzycznej „Polonica Nova”, 2014 (tekst zacytowany w książce programowej festiwalu)
Cztery lata temu napisałam (nie prowadząc jeszcze wtedy bloga, były to luźne fejsbukowe zapiski, które zdecydowałam się tutaj później opublikować) bardzo gorzką recenzję sześćdziesiątej „Warszawskiej Jesieni”. Moim największym zarzutem było programowanie koncertów. Podczas tegorocznej edycji festiwalu organizatorzy przeszli samych siebie, nie tylko kompozycjami programowymi poszczególnych koncertów, lecz także festiwalowych dni! 64. „Warszawska Jesień” była świeża, ciekawa i utrzymana na naprawdę wysokim poziomie artystycznym, równocześnie pozostając czuła na problemy społeczno-polityczne, których nie można zamieść pod dywan, a które nieraz stoją w kontrze z wielką sztuką. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem całego festiwalu, serdecznie gratulując jego Twórcom!
Ponieważ moje, trwające już ponad rok, życie w związku obfituje w codzienną porcję dialogów, które uwielbiam, jakiś czas temu zaczęłam prowadzić na swoim fejsbukowym profilu cykl „Kochanków rozmowy”. Ponieważ cieszy się on dużą sympatią i popularnością wśród znajomych, postanowiłam publikować go w postaci blogowych wpisów. Wybór takiego właśnie tytułu, jak zwykle u mnie, nie był przypadkowy, lecz głęboko przemyślany. Podkreśla dwie rzeczy, bez których udany związek nie istnieje: nieplatoniczność relacji oraz rozmowę. Mam w ogóle wrażenie, że rozmawiamy ze sobą bezustanNie, nawet milcząc, choć już słyszę uchem wyobraźni przytyki Kochanka, że ja milczę zdecydowanie rzadziej. Niech Mu będzie!
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Właśnie tak patrzę na moje łóżko – wyznaje Kochanek – i stwierdzam, że się rozlatuje. Muszę mu dokupić nowe drewniane poprzeczki pod materac, żeby goście nie narzekali.
– Aaaa! W apartamencie na górze, który wynajmujesz! Bo już myślałam, że psuje Ci się Twoje łóżko i się przestraszyłam, że to za sprawą Twoich ciężkich kochanek.
– Moje ciężkie kochanki nie weszłyby po schodach na ostatnie piętro. Jednak kobiety po osiemdziesiątce generalnie mają problemy z chodzeniem 🤷♂️ #ZnaczyZTychŻyjących
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Dobra, to ja zadzwonię, jak dojdę – mówię, idąc coś Kochankowi załatwić.
– Ty zawsze dochodzisz… 🥴
– I zawsze dzwonię! 🤷♀️
– 🤨🤨🤨 #ZawszeDzwonię #KomunikacjaToPodstawa
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Zacznij od najprostszego, żeby Ci było łatwiej – radzę zawalonemu ogromem zadań do wykonania Kochankowi.
– Może od samobója?
– Ej, nie śmieszą mnie takie żarty. Znaczy śmieszą, ale nie o Tobie. Nie chcę Cię w ogóle tracić, a już zwłaszcza w taki sposób…
– Dobra, przyznaj, że przemawia przez Ciebie pragmatyzm – wiesz, że nie znajdziesz nikogo, kto zmywa, jak ja!
– Bardziej zastanawiałam się nad przykrą koniecznością praktykowania w takim wypadku nekrofilii, ale ze zmywaniem też masz w sumie rację 🤷♀️ #MiłośćWarunkowa #JestZaBardzoDemonizowana
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– I serio mnie tak ukradkiem macniesz na Warszawskiej Jesieni? 😍 – pytam Kochanka.
– Tam, zaraz ukradkiem! Na samym środku filharmonii Cię macnę! A swoją drogą ostatnio jakiś prokurator na golasa wszedł do sklepu, więc pewnie, gdybym się rozebrał w filharmonii i zaczął do Ciebie dobierać, ludzie wzięliby mnie po prostu za członka PiS-u 🤷♂️
– No, gdyby ktokolwiek wziął Cię za członka PiS-u, to musiałabym przemyśleć, czy nadal bym chciała, żebyś się do mnie dobierał 🤷♀️ #NoMusiałabym #JednakSąGranice #TrzebaSięSzanować
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Wiesz, ja naprawdę dostrzegam Twoją wyjątkowość. Objawia się to też świadomością, że jest z Tobą czasem ciężko.
– Czy w ten zawoalowany sposób wytknąłeś mi właśnie moją wagę? 😱😱😱
– Ojprdl… 🙉🙉🙉 #NoCo #WszyscyDoradzają #SzczerąKomunikację #ToWolałamDoprecyzować
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
Kochanek odkrywa zdecydowane polepszenie swojego życia towarzyskiego od jakiegoś czasu.
– Można nawet zaryzykować tezę – zaczynam, – że wszystko zaczęło się w Twoim życiu idealnie układać, od kiedy jesteś ze mną!
– To NIE JEST wszystko…
🤣🤣🤣 #UwielbiamJegoZachowawczość
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Jeśli to dla Ciebie nie problem, że jeszcze będziesz mieć w samochodzie mnie i mój bagaż, to rzeczywiście spotkajmy się w 3City i pojedźmy razem – ustalam ja.
– Nie no, po prostu nie będę się, jak zazwyczaj, zatrzymywać przy każdej prostytutce, tylko poproszę o pomoc Ciebie 🤷♂️
– Deal! W tych niepewnych czasach lepiej oszczędzać pieniądze!
– 🤣🤣🤣🙈🙈🙈 Dealdo! Twój pragmatyzm mnie powala. #NoCo #ZnakZapytania #TrzebaDbaćODomowyBudżet
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Kurczę, zastanawiam się teraz, jak to ująć, żeby zabrzmiało sensownie…
– Nie uda się 🤷♂️ – sprowadza mnie na ziemię Kochanek. #OnToZnaMnieJakZłySzeląg
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Wiesz, fantazją wielu mężczyzn – uświadamia mnie Kochanek – jest świat, w którym wszystkie kobiety, które oni uważają za niesamowicie atrakcyjne, uchodzą za przeciętne i dzięki temu łatwiej im je zdobyć, mając mniejszą konkurencję.
– No to przecież tak całe życie miałeś właśnie! 🤷♀️
– Próbujesz być złośliwa? 🤨
– Nie, raczej pokazuję Ci, że spełniłeś fantazję wielu mężczyzn 🤷♀️
– Jak się czujesz, podobając mi się?
– Próbujesz być złośliwy? 🧐
– Nie próbuję – jestem 🤷♂️
– 🤣🤣🤣 Czuję, że dzięki mnie, nie spełniasz już tej fantazji 🤷♀️ #ŻebyBawićSię #ŻebyBawićSię #ŻebyBawićSięNaCałego
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
Planuję opowiedzieć Kochankowi o moim przedwarszawskojesiennym zakupie eleganckiego płaszcza za… 35 zł (😍😍😍). I zaczynam:
– Wiesz, szukałam jakiegoś eleganckiego okrycia na jesień…
– … już ja Ci uwierzę – przerywa mi Kochanek, – że akurat eleganckiego okrycia szukałaś! Przecież Cię znam i wiem, że tak naprawdę szukałaś eleganckiego odkrycia! #NoNieDaSięUkryć #ATakNaprawdęToSzukałamKrycia #NiekoniecznieEleganckiego #ChociażJednakNie #NieSzukałam #LubięLumpexy #AleBezPrzesady
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– No i co powiedziała pani doktor? – dopytuję.
– Że mam anginę. Dostałem antybiotyk.
– Oj, Bidaku mój 😟 Pamiętaj tylko, żeby wziąć ten antybiotyk do samego końca, nawet jak się będziesz czuć już lepiej.
– Ej no, głupi nie jestem! Wiem przecież, że antybiotyk to nie byle dziewczyna, którą można w każdym momencie rzucić 🤷♂️
– Och, to zupełnie jak ja! Jestem jak antybiotyk – to takie romantyczne… 😍😍😍 #JestemNiczymNaturalnyWtórnyProduktMetabolizmuMikroorganizmów #KtóryDziałającWybiórczoWNiskichStężeniach #WpływaNaStrukturyKomórkowe #LubProcesyMetaboliczneInnychOrganizmów #HamującIchWzrostIPodziały #JestemTeżJakCzosnek #TylkoPrzyjemniejPachnę
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Idę cykać fotki, mam na sobie stylizację. Mogę Ci się pokazać na Messengerku?
– Jasne!
– Czekaj, ale jesteś sam?
– Hmm… To masz na sobie stylizację, czy nic na sobie nie masz?
– Nie no mam, tylko…
– Tylko co?
– Tylko zapomniałam założyć bluzki…
– Zapomniałaś? Tak przypadkiem? Dlaczego mnie to nie dziwi? #NoZapomniałam #AleBezNiejOkazałoSięDocelowoFajniej
Z cyklu sklepowe kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy w sklepie…
fot. Marianna Patkowska
Z cyklu sklepowe kochanków rozmowy…
– Brać te pomidory? Bo są z czosnkiem – wykazuję się przedkoncertową czujnością ja.
– Ch…, że z czosnkiem, gorzej, że są z papieżem! 😱
– 🤣🤣🤣 Z jakim papieżem? 🤣🤣🤣
– No co jest tam na etykiecie? Nie zamach na papieża?
🤣🤣🤣 #NoIMusiałamJeWziąć #NibyBiedra #APrawieJakPocztaPolska
Z cyklu samochodowe kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy w samochodzie…
Z cyklu samochodowe kochanków rozmowy…
Jedziemy przez Bieruń. Kochanek, patrząc przez okno:
– „Galeria mebli”, „Świat obuwia”, „Solarium Sahara”, k…wa, ikonografia copywritingu, normalnie!
🤣🤣🤣 #NieDaSięUkryć
Z cyklu samochodowe kochanków rozmowy…
Wyprzedzamy rozkraczony na środku ulicy samochód z przyczepą. Przyglądam się kierowcy i stwierdzam:
– Pan ma chyba ze 150 lat. Tyle, co ta przyczepa.
– Nie no – prostuje Kochanek. – Przyczepa jest dużo młodsza!
– Hmm… Stary pan z młodą przyczepą… Brzmi znajomo…
🤷♀️ #No #Brzmi
Z cyklu samochodowe kochanków rozmowy…
– A odwiedzimy Tymańskiego? – dopytuję ja.
– Pewnie tak, zwłaszcza, że za kilka dni ma urodziny.
– O, pięćdziesiąte trzecie?
– Tak.
– Kurczę, szkoda że już wyrzuciłam świeczki w kształcie trójki i piątki, którymi oblecieliśmy rok temu najpierw moje trzydzieste piąte, a potem Twoje pięćdziesiąte trzecie urodziny… 😒
– Wbijemy mu pięćdziesiąt trzy zapałki. „Pierwsza, by zobaczyć twoje usta, druga, by zobaczyć twoje oczy…” – zaczyna intonować Kochanek.
– … chyba nie chciałabym dojść do pięćdziesiątej trzeciej zapałki… 🙈🙈🙈 #ZCałymSzacunkiem #IMiłościąDoTymona #Ale #NoNieChciałabym
🎼 Z cyklu warszawskojesienNe kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy na Warszawskiej Jesieni…
Z cyklu warszawskojesienne kochanków rozmowy… Kochanek, jako jeden z najstarszych (stażem) wegetarian w tym kraju, zapytany przez znajomą, czy wszyscy wegetarianie i weganie mają potrzebę naśladowania mięsnych smaków, odpowiada:
– Jestem z tych, którzy nie zadowalają się substytutami.
– Na co jestem najlepszym przykładem! – stwierdzam, dumnie prężąc pierś… jedną i drugą. #Substytutka #DoMojejŻony
Z cyklu warszawskojesienne kochanków rozmowy…
– Ale jak to Cię podrywał w łazience? W sensie, że Cię zaczął obłapiać tu i tam? – dopytuję po queerowym koncercie Kochanka.
– Nieee, no co Ty! Uśmiechnął się do mnie w łazience, a mężczyźni na ogół nie uśmiechają się do siebie w łazienkach, więc uciekłem.
– Ty to naprawdę jesteś jakimś dzikusem…
– Tak, powinienem zostać. Może miałbym swój pierwszy seks z kompozytorem.
– Fair enough, ja już miałam. … Z niejednym 🤷♀️ #INiejeden #KompozytorToZawszeWyższyLevel #OdTam #Kogoś
Z cyklu warszawskojesienne kochanków rozmowy…
– Może to zabrzmi zarozumiale, ale gdybym przysiadł fałdów, mógłbym stworzyć naprawdę bardzo dobry i wartościowy utwór – stwierdza podczas braw Kochanek.
– Masz rację!
– Naprawdę? 😲
– Tak – to zabrzmiało zarozumiale.
– 🤣🤣🤣
🤷♀️ #JestTakiPrawdomówny
Z cyklu poranNe kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy rano…
Z cyklu poranne kochanków rozmowy….
Omawiamy mój blogowy wpis dotyczący dyskryminacji. W trakcie rozmowy Kochanek stwierdza:
– Nie każdy rodzi się ze świetnym mózgiem. Są tacy, którzy dostali od losu mózg republikański i muszą nad nim po prostu więcej pracować 🤷♂️ #OjSąTacy #OjMuszą
Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
– To nie wygląda dobrze – kończy swój wykład o zostawianych przeze mnie do ostygnięcia odpadach biologicznych (torebki po herbacie i wyściskane cytryny) w zlewie Kochanek.
– A wiesz, co wygląda dobrze?
– Co?
– Moje cycki! – odpowiadam, podnosząc koszulkę.
– Nie próbuj mnie rozpraszać!
– Nie próbuję – rozpraszam!
🤷♀️ #MuszęWymyślićCośNowego #BoCałeŻycieMogęNaTymNiePojechać #AleNaRazieDziała
Z cyklu z Tymańskim poranne kochanków rozmowy…
– A gdyby tak – snuje wizje Kochanek – zapisać się do PiS-u i zarabiać na byciu w ich szeregach grube hajsy…?
– To się, Kochanie, nazywa „prostytucja” – podsumowuję.
– Cholera, to też? 😒
– No i Ci wyjaśniła 🤷♂️ – stwierdził Tymański. #ZDrugiejStronyChybaRozsądniejSięProstytuowaćZaPieniądze #NiżZaDarmo #AleWSumieNieWiem #BoNieMaWTejKwestiiDoświadczenia
Z cyklu popołudniowe kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy po południu…
fot. Marianna Patkowska
Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
– Och, jak słodko – mówię ja. – Zobacz, ta kurka wygląda zupełnie jak chłopczyk z penisem… Albo tam… matka z córką…
– You are sick… #AMówiąŻeSeksToZdrowie
Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
– Ty to masz taki mózg – zachwycam się mózgiem Kochanka ja, – że chciałabym go tak wyjąć, ucałować i włożyć z powrotem…
– Sp…alaj, Hannibalu Lecterze!
🤣🤣🤣 #JakOnUmiWWołacze
Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
– Czy często inne dzieci nie chciały się z tobą bawić? – pyta, nie bez złośliwości, Kochanek.
– 😯 To tam były też inne dzieci? 😱🤣 #Kurczę #MusiałamNieZauważyć
Z cyklu wieczorne kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy wieczorem…
Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Ustalając jutrzejsze pranie, pytam:
– Kochanie, czy te jeansy…
– … mogą kłamać?
– Chyba nie 🤷♀️ 🧐 🤔 #PralkaJużWie #JużZnaTęHistorię
Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Kochanek wychodzi z łazienki w turbanie… Więc mu mówię, zachwycona:
– Wyglądasz tak pięknie… jak ten… no, ten… z tego głupiego serialu, co go nigdy nie widziałam… Jak on się nazywał? Nie „Korona królów”, tylko…
– Koronawirus?
– Nie! 🤣🤣🤣 Wiem! „Wspaniałe stulecie”! Co prawda… ten aktor przypominał też odrobinę Macierewicza, ale…
– … nic więcej nie mów…
🤷♀️🤷♀️🤷♀️🤣🤣🤣 #ToCzasemNajlepszaRada
Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
– Wiesz, Ty naprawdę powinieneś jeździć po kraju z odczytami – mówię ja. – Opowiadałbyś ludziom o życiu po wypadku, swoim uszkodzeniu mózgu i powrocie do zdrowia.
– No nie wiem… Pewnie wyszedłbym na mównicę i powiedział: „dzień dobry, chętnie bym państwu coś odczytał, ale przez uszkodzenie mózgu nie pamiętam liter” 🤷♂️
– No ja bardziej myślałam, że to będzie coś w stylu: „przeżyłem i powiem wam jedno – życie nie ma sensu” 🤷♀️ #TakCzySiak #ZOdczytamiPowinienJeździć #WyczuwamPotencjał
Z cyklu o snach kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy też, zazwyczaj przez telefon, o… moich snach…
Z cyklu o snach kochanków rozmowy…
– Śniło mi się – mówię ja, – że byliśmy w Rosji i miałeś przyjść na spotkanie ze mną, ale się spóźniałeś i w końcu, jak przyszedłeś, to cały posiniaczony z podbitym okiem, bo ktoś Ci zajechał drogę, więc się z nim biłeś. Mógłbyś się nie bić z nikim w Rosji?
– Mogę Ci obiecać, że nie pojadę do Rosji. Bo gdybym pojechał, to właśnie po to, żeby kogoś pobić 🤷♂️
– Fair enough! #JeśliJesteścieCiekawi #JakieToUczucie #OcalićPutina #PowiemŻe #DosyćMieszane
Z cyklu o snach kochanków rozmowy…
– Ale miałam sen!
– 😱😱😱
– Śniło mi się, że byłeś w dwóch osobach i ja bardzo chciałam być i z Tobą, i z Tobą równocześnie. Bo jeden Ty dawał mi jedzenie i seksy, a drugi Ty dawał mi tylko seksy. No i nie mogłam się zdecydować, z którym wolę być. I zaczęłam płakać…
– Hmm… Jeden ja dawał Ci jedzenie i seksy…
– Tak!
– A drugi tylko seksy.
– Tak!
– I ty zrezygnowałaś z pracy z seksuologiem? …bo dietetyka do tego nie dołączymy…🤔🤷♂️🙉 #NoZrezygnowałam #NoNieDołączymy #ChoćNieWiemNadCzymSięWTymŚnieZastanawiałam #BoJednakCoJedzenie #ToJedzenie #NieMaToTamto
P.S. A kiedy nie rozmawiamy, improwizujemy razem w BOTO:
Pomysł na dzisiejszy wpis powstał, kiedy mój ukochany dr Kirk Honda na swoim kanale, komentując scenę któregoś z amerykańskich programów, użył podczas omawiania nieuświadomionego rasizmu sformułowania „przywilej białych ludzi”. Szybko zaświtało mi, że dużo miejsca temu zagadnieniu poświęcała również Iyanla Vanzant. Kiedy zaczęłam się w to zagłębiać, zrozumiałam pewien mechanizm, który pojawia się przy każdej formie dyskryminacji, więc warto o nim mówić.
Przywileje uprzywilejowanych ludzi
fot. Marianna Patkowska
W największym skrócie, przywileje uprzywilejowanych ludzi można sprowadzić do ludowej mądrości:
syty głodnego nie zrozumie.
– ludowa mądrość, do której można sprowadzić kwestię przywilejów uprzywilejowanych ludzi
Rzeczywiście jako przedstawiciele rasy stanowiącej w danej społeczności większość, nie mamy pojęcia o problemach, z którymi na co dzień borykają się osoby ras odmiennych, będące w tej samej społeczności mniejszością. Możemy się starać, żeby czuły się jak najlepiej, a także – przez rozmowę – dowiadywać się jak najwięcej o ich doświadczeniach, ale nigdy nie zrozumiemy w stu procentach zmagań, które nie są naszymi zmaganiami. To tyczy się oczywiście również orientacji seksualnej, wyznania religijnego czy narodowości, które w danej społeczności stanowią mniejszość. Podkreślam zagadnienie mniejszości, bo nie uważam, że można postawić znak równości między byciem osobą czarnoskórą w Afryce, osobą homoseksualną w środowisku LGBT+, muzułmaninem w krajach muzułmańskich czy Ukraińcem na Ukrainie a byciem osobą czarnoskórą w Missisipi, osobą homoseksualną w państwach wyznaniowych, muzułmaninem w krajach katolickich czy Ukraińcem w Polsce. To chyba dość dobrze ilustruje, że źródłem problemu jest inność i odstawanie od pewnej przyjętej gdzieś normy, a nie sam fakt posiadania określonego koloru skóry, orientacji seksualnej, wyznania religijnego (lub braku przynależności do jakiegokolwiek wyznania) czy narodowości.
Żeby to dobrze zrozumieć, warto uświadomić sobie, że możemy być, w zależności od warunków, w których się znajdziemy, albo uprzywilejowani, albo nieuprzywilejowani. Żyjąc w kraju, w którym zdecydowaną większość stanowią osoby białe, jestem na uprzywilejowanej pozycji w stosunku do osób o innych kolorach skóry, jednak wyjeżdżając do kraju, w którym to one są w większości, automatycznie znajdę się w nieuprzywilejowanej mniejszości. Żyjąc w kraju katolickim i odrzucając katolicyzm, jestem w nieuprzywilejowanej mniejszości, choć już w sąsiadujących Czechach zasilałabym szeregi uprzywilejowanej większości. Itd., itd.. Problem widzę w niepogodzeniu się z posiadaniem wynikających, z przyczyn od nas zupełnie niezależnych, przywilejów. Co dokładnie mam na myśli? Nie piszę oczywiście o zadeklarowanych rasistach, antysemitach czy homofobach, bo nie podejrzewam ich o czytanie mojego bloga (nie tylko zresztą dlatego, że uważam ich za analfabetów, nie umiejąc sobie w inny sposób wytłumaczyć takich postaw, ale też dlatego, że robię wszystko, by ich do siebie zniechęcić). Piszę o tym, czego dotknął dr Kirk Honda, czyli sytuacji, w której osoba uprzywilejowana pozwala sobie na zachowanie dyskryminujące nieświadomie, choć ma siebie samą za człowieka otwartego, tolerancyjnego oraz akceptującego wszelką inność; moment uświadomienia sobie, ze mimowolnie postąpiło się w sposób dyskryminujący jest zazwyczaj ogromnym ciosem, nierzadko powodującym traumę. Myślę, że uniknąć jej możemy tylko, kiedy dopuścimy do siebie to, że choć z całego serca chcielibyśmy być równi, jednak często zwyczajnie nie jesteśmy i – z niezrozumiałych dla nas przyczyn – mamy lepiej. Dopiero, kiedy to zaakceptujemy (dla mnie było to na przykład bardzo trudne), będziemy się mogli zastanowić, jak zmieniać świat, by tych nierówności było jak najmniej.
***
Trochę na marginesie tego rozdziału dodam, że z jednej strony jako biała kobieta nie mam pojęcia o codziennych zmaganiach czarnoskórych kobiet żyjących w białej społeczności, ale do tego wszystkiego dochodzi jeszcze drugi rodzaj niewiedzy. Nie mam pojęcia o ich, osławionych już, problemach z włosami (mam tu na myśli zarówno samą ich, inną trochę, pielęgnację, jak i fryzury nawiązujące do przynależności etnicznej, których noszenie jest na wielu stanowiskach zakazane), ani o istniejących w wielu środowiskach podziałach na jaśniejszy i ciemniejszy odcień skóry i wszystkich dyskryminacyjnych sytuacjach pojawiających się na tym polu. Nie są to doświadczenia, które mnie kształtowały od pokoleń, muszę więc, z pokorą i szacunkiem, bazować na relacjach samych zainteresowanych.
fot. Marianna Patkowska
Rasizm? Jaki rasizm?
fot. Marianna Patkowska
Nieustająco szokującym mnie argumentem na to, że jakoby rasizmu u nas nie ma (znowu, podstawmy sobie pod słowo „rasizm” każdy dowolny rodzaj dyskryminacji) jest:
Jaki tam rasizm, panie! U nas ciapaci żyją jak pączki w maśle, rasizmu to dopiero ja zaznałem, kiedy w Anglii na zmywaku pracowałem!
– „argument” nieustająco mnie szokujący
Takie rozumowanie jest złe na bardzo wielu poziomach, a spotykam się z nim niestety niepokojąco często. Po pierwsze nasze bolesne doświadczenie nie przekreśla czyjegoś bolesnego doświadczenia, nawet jeśli to nasze jest większych rozmiarów. Reasumując, „mniejszy rasizm” (mój ból jest większy niż twój?) nie oznacza braku rasizmu. Dodatkowo też warto pamiętać, że żadna dyskryminacja nie bierze się zupełnie znikąd. Nie zdarza się tak, żeby nie było jej wcale i pewnego dnia się nagle przydarzyła od razu w potężnych rozmiarach. Zaczyna się zawsze od bagatelizowania pozornie małych rzeczy. I zawsze najpierw w języku. Dobrze o tym pamiętać, zanim wpadnie się w powszechny nurt wyśmiewania zarówno poprawności politycznej, jak i eliminowania z własnego słownika sformułowań, które – mimo intencji – mogą być nacechowane negatywnie. (Sama piszę ten tekst z niepokojem – używam przecież celowo słowa „czarnoskóry”, gdyż mam na myśli wszystko to, co może się wiązać z odmiennym od białego kolorem skóry. Jednak jeśli ktoś wytłumaczy mi, że popełniam błąd, posypię głowę popiołem, licząc na wyrozumiałość.)
Po drugie myślę, że bardzo niebezpieczne jest usprawiedliwianie swojego grzechu zaniechania wobec osób szykanowanych tym, że samemu miało się gorsze doświadczenia i się je przeżyło. Oczywiście stoją za tym mechanizmy w psychologii znane (podobne jak w przypadku kobiet, które dorastały w domu dziecka i oddały do niego potem swoje własne dzieci czy osób, które były w dzieciństwie bite lub padały ofiarami jakiejkolwiek innej przemocy, a potem fundują swoim dzieciom taki sam los), jednak to nadal nie zdejmuje z nas obowiązku przeciwdziałania dyskryminacji. Nawet więcej, na tych, którzy jej doświadczyli spoczywa jeszcze większa odpowiedzialność za kolejne jej ofiary, bo znają dużo lepiej niż inni jej skutki.
Sama spotkałam się z gorszym traktowaniem ze względu na zarówno płeć, jak i pochodzenie na swoim ukochanym Thassos. W kwestii wysprzątania śmierdzących pozostałości po zatęchłym patriarchacie mamy jeszcze jako kraj trochę do zrobienia, ale dopiero podczas rozmów z mieszkańcami greckich tasyjskich wsi zrozumiałam, jak to jest (i tego nie doświadczyłam akurat nigdzie indziej), kiedy dla mężczyzny mogę być mniej lub bardziej lubianym, ale zawsze tylko obiektem seksualnym, nigdy partnerem. Chciałabym być dobrze zrozumiana, bo osobiście wcale nie uważam, że jedno musi wykluczać drugie, jednak podczas rozmów o greckiej filozofii czy ortografii (a w przeważającej liczbie przypadków byłam bardziej wykształcona od swojego rozmówcy – zawsze mężczyzny, bo greckich kobiet tam prawie w ogóle nie spotykałam) obserwowałam wyraźny żal, że nie jestem mężczyzną, bo w sumie mówię całkiem mądrze. Na pewno pomagał mi trochę immunitet turystyczny – wiele moich zachowań można było łatwo zrzucić na karb różnic kulturowych – jednak jest we mnie ogromny bunt wobec tolerowania seksizmu jako elementu, który wrósł w krajobraz jakiejkolwiek kultury. Choć od dziecka byłam bardzo wyczulona na dyskryminację i stawałam, kiedy się tylko dało, w obronie słabszych, doświadczenie innego traktowania ze względu na płeć, na którą nie mam żadnego przecież wpływu (jak również – tym razem z angielskiej strony – na pochodzenie) było wstrząsające. Dopiero wtedy zrozumiałam, że nie jest to sytuacja, którą można sobie wyobrazić, będąc na pozycji uprzywilejowanej. Tym bardziej więc chciałabym móc być głosem tych, którym jest on odbierany, póki ciągle sama go mam.
Na wszelki wypadek zaznaczę, że nie uważam oczywiście, że wszyscy Grecy, a nawet że wszyscy Tasyjczycy są seksistami, jak również nie uważam, że wszyscy Anglicy są ksenofobami. Piszę o swoich doświadczeniach w wąskim dosyć kręgu mieszkańców kilku małych greckich wsi; doświadczeniach z ludźmi, którzy nie wiedzą, że można inaczej. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że narodowość nie ma tu znaczenia i jestem pewna, że takie same sytuacje kobiety mogą przeżywać wszędzie. Na pewno w Polsce również.
fot. Marianna Patkowska
Komu przeszkadza Murzynek Bambo?
fot. Marianna Patkowska
Kiedy czarnoskóra społeczność zaczęła się domagać nienazywania ich „Murzynami”, w Polsce – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – zebrała się Rada Samozwańczych Językoznawców (składająca się głównie z absolwentów Wyższej Szkoły Melanżu oraz członków elitarnego stowarzyszenia Szlachta nie pracuje) i rozpoczęła długą i burzliwą debatę zakończoną wnioskiem, że skoro Julian Tuwim (wybaczając mu na chwilę żydowskie pochodzenie) wielkim polskim poetą był, a popełnił w trzydziestym piątym wiersz „Bambo”, w którym używał słowa „Murzynek”, to nadal będziemy słowa „Murzyn” używać i kropka! Choć Julian Tuwim naprawdę znakomitym poetą był, to jednak – umówmy się – „Bambo” nie przetrwał próby czasu, a toczenie sporów dotyczących ewidentnie rasistowskiego zabarwienia tego dzieła jest doskonałym dowodem na to, jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy z tego, czym rasizm jest. (W ogóle mam wrażenie, że wielu rodaków wypiera jakikolwiek rodzaj dyskryminacji istniejącej w naszym kraju, powołując się ciągle na XVI wiek i naszą słynną tolerancję religijną z tamtego czasu, po której już dawno ślad niestety bezpowrotnie zaginął.)
Przytoczę może wzmiankowany wiersz i wskażę palcem, co dokładnie mam na myśli.
Murzynek Bambo w Afryce mieszka,
czarną ma skórę ten nasz koleżka.
Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej pierwszej czytanki.
A gdy do domu ze szkoły wraca,
Psoci, figluje – to jego praca.
Aż mama krzyczy: „Bambo, łobuzie!”
A Bambo czarną nadyma buzię.
Mama powiada: „Napij się mleka”
A on na drzewo mamie ucieka.
Mama powiada: „Chodź do kąpieli”,
A on się boi że się wybieli.
Lecz mama kocha swojego synka.
Bo dobry chłopak z tego murzynka.
Szkoda że Bambo czarny, wesoły
nie chodzi razem z nami do szkoły.
– „Bambo” Julian Tuwim
Na osiem zwrotek, podkreślenie rasy („czarny”, „murzyński” oraz „strach, że się wybieli”) głównej postaci pojawia się aż w sześciu (w sumie siedem razy), które – jak łatwo policzyć – stanowią 75% wiersza. Zakładając, że adresatami tego dzieła są dzieci, a nie osoby z uszkodzeniem pamięci krótkotrwałej, autor przez cały wiersz definiuje czarnoskórego chłopca tylko i wyłącznie poprzez jego kolor skóry i pochodzenie. O ile do pierwszej zwrotki umiem podejść z pewną dozą wyrozumiałości – poeta może nie najzgrabniej, ale przedstawia dzieciom bohatera, który pochodzi z Afryki i ma inny od większości czytelników kolor skóry (rasizmem nie jest przecież niezauważanie różnic), o tyle kolejne jeżą mi dzisiaj włos na głowie.
Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej pierwszej czytanki.
Jeśli rolą tego wiersza ma być oswojenie dzieci z innością (swoją drogą dzieci, jak mało kto, są w to zaopatrzone naturalnie – wystarczy im zwyczajnie nie przeszkadzać), to podkreślanie na każdym kroku różnic, przyniesie skutek odwrotny. Skoro Bambo mieszka w Afryce, to można założyć, że najprawdopodobniej uczy się ze swojej, a nie polskiej czytanki (gdyby uczył się z czytanki polskiej, wtedy dopiero warto byłoby ten fakt odnotować). Sensem tej zwrotki jest, jak rozumiem, wskazanie, że Bambo tak samo, jak niektóre polskie dzieci, pilnie się uczy, a nie, że ma wszystko „murzyńskie”.
Aż mama krzyczy: „Bambo, łobuzie!”
A Bambo czarną nadyma buzię.
Niby nic takiego. Nadyma buzię, a tę ma czarną. Nie jest to obraźliwe – stwierdza wyłącznie fakt. Teraz wyobraźmy sobie taki sam wierszyk o białym dziecku (odwrócenie ról czasem pomaga). Wszystko to prawda – nasze dziecko jest białe, więc ma też „białą buzię”. Nie, nie „bladą”, „czystą” czy „bardzo jasną ze względu na karnację” – „białą” w sensie rasy swojego posiadacza. Wszyscy przyjęliby to ze spokojem? Po piątej zwrotce również?
Mama powiada: „Chodź do kąpieli”,
A on się boi że się wybieli.
Automatyczną konotacją ze słowem „kąpiel” w treściach dla dzieci (gdzie wszelkie erotyczne skojarzenia na ogół jednak odpadają) jest zmycie z siebie brudu. Najprościej mówiąc – przed kąpielą jest się brudnym, po kąpieli – czystym. Bambo nie chce się wykąpać nie dlatego, że nie chce być czysty (z czym akurat sporo najmłodszych czytelników mogłoby się identyfikować, bo dzieci najczęściej lubią się brudzić, poznając w ten sposób świat). Bambo nie chce się wykąpać, bo się „boi, że się wybieli”. Czyli pierwsza podprogowa informacja jest taka, że „wybielenie się” (stanie się białym, czyli… przedstawicielem rasy białej) może mieć coś wspólnego z kąpielą, czyli zmyciem z siebie brudu. Automatycznie więc zwrotka koduje w dziecku (na poziomie podświadomości, rzecz jasna), że czarna skóra jest tożsama z brudem. Druga podprogowa informacja jest natomiast taka, że Bambo sam ma rasistowskie zapędy i – choć to niedorzeczne (czyli jest do tego głupiutki) – boi się tego, że mógłby być biały. Tymczasem miałby pełne prawo nie zdawać sobie sprawy z istnienia białych ludzi w ogóle. Choć taka z kolei informacja wytrąciłaby dzieciom poczucie posiadania przywileju białego człowieka, który wiersz w nich umacnia.
Jeśli ktokolwiek uważa, że w tej chwili popłynęłam (lewackim nurtem), zachęcam do zapoznania się z technikami manipulacji opisanymi chociażby w „Erystyce” Artura Schopenhauera (nota bene wydanej przeszło cztery dekady przed wierszem „Bambo”).
Lecz mama kocha swojego synka.
Bo dobry chłopak z tego murzynka.
Figluje, psoci, ucieka na drzewo, ale mama go kocha. Mimo wszystko. Tak to już w murzyńskich rodzinach jest. Zupełnie jak w wielu polskich, ale na wszelki wypadek podkreślmy, że są Murzynami, a zachowują się tak jak my, biali. (Niby dzikusy, ale jednak cywilizowane!)
Szkoda że Bambo czarny, wesoły
nie chodzi razem z nami do szkoły.
No szkoda, miałby z nami fajnie. I na pewno nigdy nie zdołałby zapomnieć, jaki ma kolor skóry!
Taka pocieszna małpka z tego Bambo, prawda? Przepraszam, ale dla mnie powyższy utwór sprowadza się właśnie do takiej prymitywnej puenty.
To, że najprawdopodobniej Julian Tuwim nie miał złych intencji, naprawdę nie zmienia faktu, że wyszedł mu – być może niecelowo – wierszyk rasistowski. (Podobnie zresztą jak Skibie „Makumba”, która w zamyśle miała właśnie obśmiewać polski rasizm.) O ciekawym zjawisku tzw. seksizmu życzliwego napiszę szerzej w swoim kolejnym tekście, ale myślę, że mamy tu do czynienia z podobną sytuacją: dyskryminacją jest nie tylko traktowanie kogoś ze względu na czynniki od niego niezależne gorzej, ale wszelkie branie go z tego powodu „w nawias”. Nieświadomość nadawcy komunikatu dyskryminującego nie powinna stanowić dla niego usprawiedliwienia.
A co do samego słowa „Murzyn”… Wyobraźmy sobie, że znamy pewną Annę (to pewnie dla większości z nas będzie łatwe). I ona, kiedy nazwiemy ją odruchowo Andzią – bo wszyscy w rodzinie nazywali tak ciotkę naszego szwagra – poprosi, żeby nie używać tej wersji jej imienia, gdyż woli być po prostu „Anną” lub „Anią”. Czy robimy jej wtedy wykład dotyczący neutralności wszelkich form imion, a na końcu powołujemy się na piosenkę Oddziału Zamkniętego (napisaną zresztą o marihuanie), czy jednak szanujemy jej prośbę? A jeśli nie szanujemy, to może warto sprawdzić, czy nadal mamy tę Annę w znajomych.
fot. Marianna Patkowska
Nie jestem rasistą, ale…
fot. Marianna Patkowska
Temu hasłu poświęciłam jeden ze swoich pierwszych wpisów, w którym rozpatrywałam jego językową stronę, biorąc pod lupę przede wszystkim spójnik „ale”.
Niestety zdania poprzedzone takim wstępem w dalszym ciągu słyszę często. Wielu osobom wydaje się, że skoro nie zajmują na co dzień swojej głowy niechęcią do jakiejkolwiek inności, a nawet mają wśród znajomych osoby odmiennej orientacji seksualnej, rasy czy odmiennego wyznania, jest to automatycznie równoznaczne z tolerancją. Tymczasem może, ale nie musi być. Myślę, że każda forma dyskryminacji bierze się z zarówno niewiedzy, jak i właśnie wiedzy. Co mam przez to na myśli? Otóż z jednej strony osi mamy tych, którzy nigdy z przedstawicielem innej rasy, orientacji, narodowości itd. się nie zetknęli, więc ich sądy bazują jedynie na wyobrażeniach, co często skutkuje dyskryminacyjnym podejściem. Na drugiej stronie osi mamy natomiast tych, którzy wyjechali na dłuższy czas za granicę i doświadczają szoku kulturowego. Od razu uprzedzę ewentualne pytania – tak, moje pomieszkiwanie na Thassos również zapędziło mnie na jakiś (krótki, na szczęście) czas w ksenofobiczny zaułek. Nie jestem z tego dumna, ale dziś już chyba lepiej rozumiem ten mechanizm. To, że żyjąc w sąsiedztwie jakiejkolwiek mniejszości, dostrzeżemy rzeczy, które nas drażnią, jest naturalne. Dobrze jednak się zatrzymać, spróbować spojrzeć szerzej i przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasze spostrzeżenia rzeczywiście mogą nam coś powiedzieć o całej rasie, całej społeczności LGBT+, całym narodzie, wszystkich przedstawicielach danej płci. Jakie mamy narzędzia, żeby to zmierzyć? No i znowu użyję działającej na wyobraźnię zamiany ról. Jeśli obcokrajowiec przyjedzie do Polski i będzie się w niej stykał wyłącznie z patologicznym środowiskiem, a nawet zostanie przez kogoś napadnięty i okradziony, trudno się dziwić, że nie będzie mieć o Polakach dobrego zdania. Jednak obraz, który utkwi w jego głowie, będzie miał się nijak do prawdy o wielu innych grupach Polaków.
fot. Marianna Patkowska
Seksizm pod rękę z homofobią
zawsze na propsie
fot. Marianna Patkowska
Kiedyś w trakcie studiów spotkaliśmy się w najbliższym gronie znajomych. Koleżanki piły na smutno, narzekając – jedne na problemy w związku, inne na (jeszcze albo już) brak związku. Jedynym zadowolonym ze swojej aktualnej sytuacji uczuciowej okazał się nasz homoseksualny kolega. Cieszyłyśmy się jego szczęściem i uznaliśmy, że to właściwie bardzo zabawne. Dziś trudno mi zrozumieć, jakie czynniki wpłynęły na to, że wszyscy – łącznie z nim – uznaliśmy to za pewien rodzaj ironii losu. Zaistniało „wzięcie go w nawias”, o czym pisałam wyżej, tylko dlatego, że miał inną orientację niż my. Choć kwestia bycia czy niebycia w relacji, bycia czy niebycia kochanym, w końcu kochania lub niekochania drugiej osoby nie ma najmniejszego związku z orientacją. Tu pojawia się kolejne pytanie – czy mniejszości mogą dyskryminować same siebie? Wydaje mi się, że jak najbardziej. A powodem jest – jak zawsze – brak świadomości.
Ostatnio wstawiłam jedno ze swoich zdjęć na pewną artystyczną grupę w mediach społecznościowych. Spotkałam się z bardzo miłym jego odbiorem. Najgoręcej komentowały kobiety aż… pojawiły się z ich właśnie ust komentarze seksistowskie dotyczące mężczyzn. Kilka razy w dosyć (zbyt może) delikatny sposób próbowałam zakomunikować, że nie ma mojego przyzwolenia na jakiekolwiek sformułowania zaczynające się od słów „bo każdy facet to…” (myśli – wiadomo czym, patrzy – wiadomo gdzie, itd.). Nadal byłam zalewana komplementami, a równolegle treściami seksistowskimi. Pomyślałam wtedy, że nie mam najmniejszego wpływu na to, jak myślą inni i nie mogę im niczego narzucić. Mogę jednak nie firmować swoją twarzą i nazwiskiem tego, co wydaje mi się głęboko złe, dlatego postanowiłam usunąć swoje zdjęcie z grupy. Czy to dziecinne? Być może, ale był to mój drugi krok w kierunku zmiany świata wokół siebie na taki, jaki uważam za lepszy. (Pierwszym było zakończenie współpracy z terapeutką dzielącą świat nakobiecy i męski.)
fot. Marianna Patkowska
Równość, nie ignorancja
fot. Marianna Patkowska
Dr Kirk Honda komentował program, w którym biała bohaterka, oskarżona o rasizm wobec swojej żółtej koleżanki, powtarzała w szoku jak mantrę, że ona przecież, patrząc na ludzi, „nie widzi koloru”. Dr Honda wyjaśnił (sam mając japońskie korzenie) coś, z czego kompletnie nie zdawałam sobie sprawy i na co najprawdopodobniej nie wpadłabym nigdy sama – przywilejem białego człowieka (białego wśród białych, co chyba warto zaznaczyć) jest to, że może nie widzieć koloru, podczas kiedy osoby kolorów odmiennych nawet, gdyby chciały, nie mogą o odmienności swojego koloru zapomnieć, bo w mniejszym lub większym stopniu są każdego dnia narażone na rasizm. To niesamowicie otworzyło mi oczy, bo ten sam mechanizm ma miejsce prawdopodobnie w każdym rodzaju dyskryminacji – dobrze się zastanowić, od czego przedstawiciele każdej mniejszości uciec nie mogą. Właśnie dlatego, że nie doświadczam dziś żadnej formy dyskryminacji (choć, jako kobieta, doskonale wiem, że pod obecnymi rządami mogę w każdym momencie ten przywilej stracić), zdaję sobie sprawę z tego, że spoczywa na mnie obowiązek praktykowania uważności na bliźnich, gdyż nie można formatować wszystkich na jedną modłę i nakazywać, żeby w jakichś sytuacjach nie czuli się źle, bo coś z innej perspektywy może się wydawać błahe. Dyskomfort jest niezwykle indywidualną sprawą, ale z drugiej strony, żeby mieć jego świadomość, potrzebna jest komunikacja i patrzenie na każdego człowieka jak na odrębną jednostkę.
fot. Marianna Patkowska
P.S. Na deser łączę, z dumą oraz pewną – przed pokazaniem go światu – tremą cover (skorzystałam w nim z gotowego podkładu perkusyjnego) piosenki mojego wieloletniego idola, mistrza, mojej inspiracji i ogromnej miłości – Michaela Jacksona. Myślę, że wybór tego akurat utworu jest oczywisty.
Nie tak dawno opublikowałam tekst „Czas na terapię!”, w którym zachęcałam wszystkich do podjęcia tejże. Podzieliłam się w nim swoim doświadczeniem powrotu nNa kozetkę z nową energią i wiedzą o sobie, a także kryteriami, którymi podczas poszukiwań terapeuty się kierowałam. Mój ogromny i – jak się okazało przedwczesny – entuzjazm ustał tuż w trakcie drugiej sesji i choć nadal twierdzę, że na ogół dopiero trzy sesje dają nam jakikolwiek obraz, to jednak są sytuacje, w których już wcześniej gdzieś w środku wiemy, że to nie to. Ten dosyć trudny czas mojego rozbicia, absolutnego braku zaufania do swojej decyzyjności aż w końcu oddawania kontroli nad własnym życiem innym ludziom, których – zagubiona – pytałam, co mam zrobić, dał mi dużo więcej niż kontynuacja terapii, która wg moich standardów i potrzeb była prowadzona niewłaściwie. Pomyślałam, że warto uzupełnić poprzedni tekst o takie doświadczenie, bo nieodpowiedni terapeuta to nie koniec świata, a przede wszystkim nie powód do rezygnowania z terapii w ogóle!
Wybór terapeuty
fot. Marianna Patkowska
Szukając poradni w sieci, tak bardzo chciałam wziąć pod uwagę wszystko, że pominęłam tak naprawdę najważniejsze, czyli jak istotna jest zarówno osobowość psychoterapeuty oraz to, czy między nami zaiskrzy, czy nie, jak i jego światopogląd i wizja terapii. Nie da się tego przewidzieć przed pierwszą wizytą, a często nie da się też w jej trakcie. Uświadomiłam sobie, że sporym problemem jest to, że wiele osób (niestety terapeutów nie wyłączając) ma błędną wizję tego, jaka jest tak naprawdę rola terapeuty.
Warto pamiętać, że terapeuta:
nie jest naszym przyjacielem (choć z biegiem czasu nawiązuje się między nami silna więź) i nie powinien nam udzielać rad
bazuje wyłącznie na naszej własnej wiedzy na nasz temat, która może być mylna, ale – mając to na uwadze – to ją powinien traktować jako punkt wyjścia (innymi słowy nie powinno go zajmować „jak jest”, lecz jak siebie postrzegamy i czy to nam służy czy wręcz przeciwnie)
nie powinien nas diagnozować przed upływem co najmniej pięciu sesji (tu mówię o poważniejszych zaburzeniach, bo warto też pamiętać, że nie każdy problem musi wiązać się z jakąkolwiek diagnozą)
ma często większą wiedzę psychologiczną od nas, ale nie jest specjalistą od pacjentów, tylko od mechanizmów którym podlegają
jest rodzajem lustra i przez odpowiednie zadawanie pytań naprowadza nas na odpowiedzi, które tak naprawdę już w nas są, ale do których często nie mamy dostępu
nie gra głównej roli podczas terapii – na pierwszym planie jest pacjent, a terapeuta go jedynie kieruje na właściwe tory i przywołuje do porządku, kiedy ten ucieka od tematu
powinien nam stworzyć warunki pełnego zaufania i bezpieczeństwa, bo tylko wtedy możliwe jest całkowite otworzenie się; terapia to tak naprawdę nauka siebie samego poprzez relację z terapeutą
Jeśli czujemy, że którykolwiek z tych punktów nie jest dla terapeuty oczywisty – szukajmy innego! Pamiętajmy, że terapia to forma okazania sobie miłości i troski. Każdy z nas zasługuje na najlepszą dla siebie!
fot. Marianna Patkowska
Słucham uważnie, ale pozwalam sobie
nie reagować
fot. Marianna Patkowska
Przez wiele lat żyłam w przeświadczeniu, że na wszystko muszę reagować. (Media społecznościowe są doskonałym przykładem na to, że w podobny sposób funkcjonuje bardzo dużo osób.) Od kiedy zrozumiałam, że nie muszę wypowiadać się na każdy temat, który wyłoni się znikąd na mojej drodze (a zrozumiałam bardzo późno), moje życie nabrało nowej jakości. Akurat może pisanie niemiłych komentarzy pod cudzymi postami nie było moją domeną, ale już wdawanie się w idiotyczne dyskusje z kimkolwiek – jak najbardziej! Dziś myślę, że zawsze trzeba patrzeć szerzej – nie każdy, kto zachowuje się, jak by był dla nas partnerem do rozmowy, faktycznie nim jest. To my określamy w jakich warunkach, na jakich zasadach i z zachowaniem jakich standardów chcemy rozmawiać, a jakie są dla nas nie do przyjęcia. Nie musimy się z braku reagowania na zaczepki tłumaczyć. W ogóle nic nie musimy. Sprawy mają się inaczej dopiero, kiedy konfrontacja jest nieunikniona. Na przykład wyjaśnianie wszelkich konfliktów z ludźmi, z którymi chcemy lub powinniśmy w imię wyższego dobra budować zdrowe relacje (co nie jest możliwe, kiedy chowamy w sobie urazę) czy chociażby właśnie rezygnacja z usług, które nie spełniają naszych oczekiwań – zniknięcie bez słowa jest tchórzostwem, a wytłumaczenie swojego stanowiska wynika z szacunku do drugiej osoby, a nie potrzeby tłumaczenia się. Warto jednak znaleźć w sobie dystans do wszystkiego i wszystkich rozumiejąc, że odpowiedzi, których poszukujemy, są w nas i znajdziemy je dopiero, kiedy się w siebie wsłuchamy.
Powtarzam ostatnio jak mantrę, że ludzie są naszymi lustrami, bo widzę to ostrzej niż kiedykolwiek. Na ogół najmocniej nas drażni i denerwuje w innych to, czego sami nie akceptujemy w sobie. Czy sama tego nie doświadczam? Doświadczam! I to jak! Im mocniej czegoś w kimś nie znoszę, tym bardziej jestem mu wdzięczna za uświadomienie mi tego, bo wiem już, że wcale nie chodzi o niego, tylko o mnie (co nie musi się automatycznie przekładać na brak antypatii do tego kogoś).
To działa też w drugą stronę. Ludzie, podejmując jakiekolwiek interakcje z nami, mówią tak naprawdę przede wszystkim o sobie. I to zazwyczaj dużo więcej niż by chcieli. To my decydujemy, ile z tego, co zewnętrzne przyjmiemy, co nam to daje, na ile możemy przekuć sytuację w coś dobrego. Czy mamy wpływ na swoje emocje? Nie. Mamy jednak wpływ na to, co z tymi emocjami zrobimy.
fot. Marianna Patkowska
Etykieta, tożsamość i WWO
fot. Marianna Patkowska
Moim początkiem końca terapii była pozornie błaha sytuacja. Postanowiłam podzielić się z terapeutą informacją, że identyfikuję się jako osoba nadwydajna mentalnie (prawopółkulowa, WWO). Uznałam, że choć każdy człowiek jest inny, więc i każdy nadwydajny mentalnie również jest inny, to jednak dla terapeuty, który ma ze mną pracować, jest to jakiś trop, który pozwoli mu nie wyważać w przyszłości otwartych drzwi, tym bardziej, że jest to ściśle powiązane z zagospodarowaniem czasu, za który płacę. W odpowiedzi uzyskałam deklarację, że „etykietowanie się jest najgorszym, co możemy sobie zrobić”, z czym się zgadzam. Zobaczyłam więc płaszczyznę porozumienia, mimo ewidentnego braku wiedzy terapeuty dotyczącej neurologicznej urody mojego mózgu. To skłoniło mnie zresztą do głębszej refleksji nad tym, czym różni się etykieta od tożsamości, czy przynajmniej jakiejś składowej tożsamości. Jeśli jesteś np. leworęczny, to to jest jakaś prawda o twoim organizmie, którą w moim odczuciu trudno nazwać etykietą, ale istotniejsze jest chyba co innego – jedyną osobą, która zna naszą tożsamość jesteśmy my sami i im większą mamy ze sobą łączność i świadomość siebie, tym łatwiej nam zweryfikować, czy określając samych siebie, używamy etykiet (często też niestety autodestrukcyjnie, by sabotować własne szczęście), czy nie. Nasza własna relacja z samym sobą jest tak intymna i skomplikowana, że terapeuta, dotykając jej podczas terapii, powinien wykazać się nieprawdopodobnym taktem i dystansem. Tymczasem mój terapeuta zaraz po udzieleniu mi reprymendy, że się etykietuję, mówiąc wprost o swoim WWO, pozwolił sobie na stwierdzenie, przez które udało mi się stracić do niego całe jeszcze niezbudowane zaufanie. Nazwał mnie „typową kobietą”. To jest złe na tylu poziomach, że chyba nie zdołam tu wyczerpać tego tematu. Podam więc w punktach swoje największe zastrzeżenia:
terapeuta nigdy nie powinien sobie pozwolić na określanie, kim jesteśmy
nie istnieje żaden zbiór cech, który można przypisać „typowej kobiecie” lub „typowemu mężczyźnie”, więc takie stwierdzenie nie ma zwyczajnie sensu
wszystko zależy od indywidualnej optyki, ale ja nie uznaję w ogóle istnienia typowości – uważam, że każdy człowiek jest inny i wyjątkowy, a ponieważ terapeuta był dopiero na samym początku nawiązywania relacji ze mną, powinien wcześniej ustalić, czy taka kategoryzacja jest dla mnie możliwa do przyjęcia (zarówno zresztą typowości, jak i określania się poprzez swoją biologiczną płeć, o czym za chwilę)
terapeuta nie zdążył mnie zapytać, jak odbieram własną płeć – czy czuję się kobietą, kobietą transseksualną czy osobą niebinarną, a pozwolił sobie wyłącznie na podstawie tego, co zobaczył, na włożenie mnie w ramy, w których być może sama siebie nie widzę i w tym dostrzegam porażającą inwazyjność
komentując moją przynależność do grupy osób WWO, terapeuta stwierdził, że „etykietowanie się jest złe”, lecz zaraz później sam mnie zaetykietował, tyle że po swojemu: odebrałam to jako komunikat, że moje zdanie, emocje, uczucia, ale też wiele lat głębokiej autoterapii nie mają znaczenia i nie zasługują na szacunek terapeuty, który wyraźnie chce odgrywać podczas naszych sesji rolę wszechwiedzącego narratora, którym nie jest.
Co mi to wszystko jednak dało? Z pewnością świadomość, że choć od niedawna rzeczywiście czuję się kobietą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, to jednak moja biologiczna płeć jest na jednym z ostatnich miejsc tego, co mnie określa. Jeśli istnieje jakaś oś binarności i niebinarności, ja jestem w tej części binarności, która graniczy już z niebinarnością. Mam też głębokie przekonanie poparte obserwacjami, że podział na stereotypowo „kobiece” i „męskie” ma swoje źródło nie w naturze, ale w kulturze. Dużo lepiej rozmawia mi się z osobami (bez względu na płeć), które wychodzą z tego samego co ja założenia, że wszyscy jesteśmy ludźmi niż z tymi, którzy tkwią w archaicznym przekonaniu o istnieniu ogromnych różnic między płciami. Te oczywiście są – jedną z podstawowych jest różnica związana z gospodarką hormonalną – ale nie są większe od różnic między ludźmi mądrymi a głupimi, ludźmi obytymi a prymitywnymi czy między artystami a resztą społeczności.
Drugą korzyścią z rozczarowania terapeutą, z którego ostatecznie zrezygnowałam, było utwierdzenie się w przekonaniu, że jestem WWO – cała moja reakcja, a potem zasięgnięcie opinii innych WWO (siłą mediów społecznościowych są grupy zrzeszające innych takich jak my) i zobaczenie jak na dłoni, że choć różnimy się w wielu kwestiach, to rzeczywiście nasze mózgi działają w określony, niezrozumiały dla lewopółkulowców sposób, dało mi oczyszczające przeświadczenie, że nie jest ważne, jak ktoś odbiera moją prawdę o mnie. Ma prawo w nią nie wierzyć, ma prawo jej nie rozumieć, ma ją nawet prawo negować. To nie powinno mnie zajmować, bo i tak nikt w rozważaniach na mój temat nie będzie tkwić na tyle długo, by to, jak o mnie myśli, miało znaczenie. Czyimś opiniom na nasz temat (najczęściej pochopnym i powierzchownym, bo na ogół inni ludzie nie mają tyle czasu i cierpliwości, by dogłębnie się na nas skupić – zresztą niepokojącym byłoby, gdyby je znaleźli) nadajemy rangę wyłącznie my sami. To my ofiarowujemy im drugie życie, rozpamiętując, przeżywając, ale też się nimi napawając (jeżeli są pozytywne). Łatwo się w tym zatracić, jeśli nie mamy wystarczającego zaufania do siebie, ale jest to droga donikąd. Nikt oprócz nas samych nie ma dostępu do wiedzy o nas.Rolą terapeuty jest przywrócenie nam łączności ze sobą, a nie projektowanie na nas swoich spostrzeżeń.
Pewna poznana w sieci nadwydajnaosoba podzieliła się ze mną sposobem, jaki pomaga jej, jak to pięknie określiła, odnaleźć się w swoim „nie wiem”. Siada wygodnie w ciszy, kładzie prawą rękę na sercu, lewą na macicy, zamyka oczy i wsłuchuje się w siebie. Nie byłam pewna, na ile sprawdzi się to w moim przypadku, ale postanowiłam spróbować. Jak tylko (nie bez trudu) zlokalizowałam swoją macicę i usiadłam w opisany wyżej sposób, poczułam się… zaopiekowana, przytulona i bezpieczna. Mocno zaskoczyło mnie, jak wiele może wnieść konkretna pozycja. Choć miałam w głowie wcześniej miliony sprzecznych ze sobą myśli, poczucie winy i wrażenie braku decyzyjności, nagle poczułam, że wiem doskonale, co chcę dla siebie zrobić. A chciałam, odrzucając dojmujące poczucie winy (że ktoś na mnie – choć dałam mu na to nadzieję – nie zarobi, że odrzucam coś, co mi może pomóc „tylko” dlatego, że ktoś powiedział coś nie po mojej myśli, że zawiodę najbliższych, którzy liczą na lepszą wersję mnie samej po terapii, a ja, niewdzięczna, śmiem z niej zrezygnować)… zmienić terapeutę.
Czas pokazał też, że szybkie wybranie następnego – takiego, który nie tylko ma świadomość istnienia osób nadwydajnych mentalnie, ale też pracuje z nimi na co dzień, było najlepszym rozwiązaniem, jakie mogło mi się przytrafić. A prawdopodobnie nie przyszłoby mi do głowy, gdybym nie zraziła się do poprzedniego terapeuty. Utwierdzeniem mnie w przekonaniu o słuszności mojej decyzji było też zlekceważenie przez terapeutę listu, w którym wyjaśniłam przyczyny rezygnacji z naszej współpracy. Włożyłam dużo czasu i energii w napisanie go w sposób, który po pierwsze będzie merytoryczny, po drugie nie będzie agresywny czy atakujący (choć przez emocje było to dla mnie na tyle trudne, że musiałam zaczynać go kilka razy zupełnie od początku), a w końcu po trzecie będzie feedbackiem, który może się ewentualnie terapeucie przydać. Pisałam wyżej o braku przymusu reagowania, ale na zaczepki, zwłaszcza te, których celem jest zwykłe zrobienie przykrości. Tymczasem zakończenie każdej współpracy dotyczy jednak obydwu stron. Cieszę się więc, że brakiem reakcji na mój list terapeuta pozbawił mnie złudzeń, czy przypadkiem nie popełniam jednak błędu.
fot. Marianna Patkowska
Autoterapia, kompetencje i szczęście
fot. Marianna Patkowska
Jeśli mamy jakieś negatywne doświadczenia z psychoterapią, myślę że warto pamiętać o tym, że problemy, które mogą się w jej trakcie pojawić, są związane wyłącznie z ludźmi (niekompetencja terapeuty, brak chemii między pacjentem a terapeutą, zamknięcie pacjenta, brak zaufania), a nie z koncepcją terapii jako takiej. Tak samo, jak trafiając na fatalnego neurologa (np. w Szpitalu Powiatowym w Zakopanem), nie możemy – choć to niełatwe – przestać wierzyć w neurologię w ogóle. Głęboko wierzę w to, że terapia to spotkanie dwóch specjalistów: od psychologii (terapeuty) i od pacjenta (nas samych). Często ten drugi jest nieco uśpiony, jednak im bardziej jesteśmy siebie świadomi, tym szybciej uda się nam dojść do celu. Terapia to przede wszystkim leczenie relacją nawiązywaną z terapeutą, na podstawie której – w bezpiecznych, sztucznie stworzonych warunkach, bez ryzyka zranienia, które występuje w prawdziwym życiu – jesteśmy w stanie uzdrowić najpierw relację z samymi sobą, a potem z innymi. Niezwykle więc ważne jest znalezienie terapeuty, który wzbudzi nasze zaufanie i będzie nas traktować jak partnera, bo choć pacjent nie zawsze ma psychologiczne kompetencje, to jednak zna siebie dłużej i lepiej niż terapeuta, a wnikliwa autoterapia może być czasem tak samo skuteczna jak terapia. Gra jest warta świeczki, bo celem jest szczęście!
fot. Marianna Patkowska
P.S. Na deser łączę niezwykle ciekawy odcinek podcastu dra Kirka Hondy, o którym wspominałam w poprzednim wpisie. Nadwydajnych mentalnie nazywa się też „gifted people”, choć to akurat określenie budzi mój sprzeciw (w czym wiem, że nie jestem odosobniona). Myślę, że warto poznać opinię specjalistów na temat tego zjawiska.
Starość to nie liczba lat, które się przeżyło, ale stan ducha, a przede wszystkim umysłu. Mój tatana ten przykład nigdy nie był stary, mimo że kiedy się urodziłam miał 56 lat, a z biegiem czasu już tylko więcej. Kiedy miałam 27, 28 lat zaczęłam zauważać wśród moich rówieśników niepokojącą tendencję do posługiwania się zwrotem, który jest milowym krokiem w jesień życia, mianowicie wypowiedziane koniecznie z przekąsem kiedyś to było… Oczywiście w przeróżnych wariantach, ale generalnie przekaz jest zawsze taki sam, czyli dawniej było lepiej, teraz świat chyli się ku upadkowi. Otóż po pierwsze się nie chyli, a po drugie taka narracja jest o tyle niebezpieczna, że łatwo w nią wpaść, z kolei dużo trudniej się z niej wygrzebać. A czemu wygrzebać się warto, o tym poniżej.
Ach, ta dzisiejsza młodzież
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Młodzież jest wspaniała. Period (jak mawiają osoby anglojęzyczne). Wszelkie narzekanie na dzieci, a potem na młodzież jest tak naprawdę narzekaniem na dorosłych, którzy wygenerowali jej takie a nie inne warunki wzrastania. Czyli docelowo to nie z młodym pokoleniem jest coś nie tak, lecz z naszym, które to nowe pokolenie wychowuje.
Czy nie widzę tego, że ludzie na przestrzeni lat odczuwalnie schamieli? Mieszkam na Krupówkach – niech to posłuży za odpowiedź. Jednak z moich obserwacji nie wyłania się wcale żaden prosty podział na kulturalne starsze pokolenia i rozwydrzoną młodzież oraz niegrzeczne dzieci. Spotykam w większości ludzi w wieku 30 – 50 lat, którzy nie wynieśli z domu podstaw dobrego wychowania, więc nie umieją niczego też przekazać młodszym pokoleniom. W idealnym świecie szukałabym nadziei dla tych najmłodszych w szkolnictwie, ale w naszych realiach można o tym zapomnieć. Jednak przecież pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków było wychowywane przez pokolenie dzisiejszych pięćdziesięciolatków, a pokolenie dzisiejszych pięćdziesięciolatków było wychowywane przez jeszcze starsze pokolenia. Schamienie nie jest więc domeną „dzisiejszych czasów”. Ich domeną jest przyzwolenia na zachowania dla wielu naturalne, ale jednak kiedyś piętnowane.
Z drugiej strony, zarówno pracując w szkole, jak i działając w Strajku Kobiet Podhale, stykałam się najczęściej z cudownymi, dojrzałymi młodymi ludźmi, którzy są wrażliwi, empatyczni i otwarci. Zmęczeni ocenianiem, homofobią, antysemityzmem, ksenofobią, rasizmem, seksizmem i każdą inną formą ciasnoty umysłowej, pragną świata wolnego od ocen, pełnego miłości i szacunku do wszystkich istot żyjących oraz planety. Wyczuleni na fałsz i w pełni świadomi manipulacji płynącej z mediów i religii, zarówno wybierają, jak i odrzucają samodzielnie to, co jeszcze nasi rodzice i dziadkowie przyjmowali bezrefleksyjnie. Taki świat buduje się zupełnie od nowa. Problem widzę tylko w podejściu do specjalistów i autorytetów. Myślenie samodzielne jest fantastyczne, ale nie tam, gdzie coś jest już dawno udowodnione naukowo (np. kulistość Ziemi czy zjawisko odporności zbiorowej, które w sposób skomplikowany, acz precyzyjny wyjaśnia, czemu trzeba się zaszczepić). Trudno się jednak dziwić, że młodsze pokolenia zawiedzione przez pokolenia starsze, szukają rozwiązań na własną rękę przez co – jeśli zabraknie im intelektualnych narzędzi – wylewają czasem dziecko z kąpielą, odrzucając też to, czego podważać ani nie trzeba, ani się nie powinno.
Ktoś niedawno zacytował mi Pata Metheny’ego zadziwionego tym, że młodzi ludzie nie wiedzą, co chcę w życiu robić, bo on w ich wieku wiedział doskonale i tylko dlatego znalazł się w tym miejscu, w którym jest teraz. Nie dziwi mnie, że młodzi ludzie nie wiedzą, co chcą robić, bo wreszcie mają wybór! W czasach młodości Pata Metheny’ego wyboru nie było prawie żadnego. Prawdą jest więc, że musiał stosunkowo szybko się określić i dużo pracować na swój obecny sukces. Prawdą jednak jest też to, że trudno w tej postawie dopatrywać się recepty na karierę w dzisiejszym świecie.
Dawniej to się wiedzę miało w głowie
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Miałam ogromne szczęście na swoich studiach do profesorów wybitnych. Profesor Bralczyk np. słynie z tego, że zna całego „Pana Tadeusza” na pamięć i jest w stanie w dowolnym momencie wyrecytować dowolny jego fragment. Umiejętność uczenia się na pamięć, zwłaszcza długich i wymagających tekstów, rzeczywiście jest dziś rzadsza (pomijając oczywiście środowisko aktorskie), ale dlatego, że nie wymaga się tego w szkole. Szkoła jest jedną z najmniej postępowych instytucji, ale nawet ona zauważyła, że w dzisiejszym pędzącym świecie umiejętność wkuwania czegokolwiek na pamięć nie ma za bardzo zastosowania. Równocześnie chociaż w dzisiejszych czasach łatwiej się odnaleźć, wiedząc gdzie szybko poszukać niż mając „wszystkie wiadomości” (to już dużo mniej możliwe niż kiedyś) w głowie, jednak zapamiętywanie dłuższych tekstów jest doskonałym ćwiczeniem dla mózgu. Podobnie jak gra na fortepianie – nic mi nie dała w kwestii mojego pianistycznego warsztatu, ale rozwinęła mój mózg. (Znaczy zakładam, że byłby bez tego mniej rozwinięty.) Problem więc nie tkwi w tym, że młodzi ludzie wiedzą mniej, tylko że wiedzą inaczej. Starsi ludzie mają z kolei problem z szukaniem odpowiedzi na swoje pytania. Moim naturalnym odruchem jest sprawdzanie niemal wszystkiego, więc szokuje mnie, kiedy ktoś czegoś nie wiedząc, w niewiedzy pozostaje, zamiast szybko nadrobić zaległości. Wiem jednak, że nie wynika to z umiłowania do ignorancji, lecz braku umiejętności szukania w rzetelnych źródłach (przede wszystkim internetowych).
Oczekiwanie, że młody człowiek będzie wiedział absolutnie wszystko, co jest w programie nauczania (zwłaszcza że nie ma w nim rzeczy wybitnie mądrych) i zawstydzanie go, kiedy nie pamięta lub nie wie, jest archaiczne w swoim założeniu. Z drugiej strony przyjęcie metody, w myśl której nie musimy mieć w głowie żadnej merytorycznej wiedzy, bo do wszystkich informacji możemy mieć w każdym momencie dostęp jest o tyle niewłaściwe, że im więcej w głowie mamy, tym efektywniej wyszukujemy nowe dane. Z trzeciej strony… każdy mózg działa trochę inaczej. Ja jestem na przykład absolutnie fatalna w datach. Z historycznych, oprócz bitwy pod Grunwaldem, pamiętam tylko datę powstania Księgi Henrykowskiej, bo z niej pochodzi słynne pierwsze polskie zdanie. Datę urodzin moich rodziców (ponieważ wypadają w tym samym miesiącu i dzielą je tylko dwa dni) wstyd przyznać, ale sprawdzam co roku… wchodząc na encyklopedyczne hasło o tacie. Nie umiem też wyrecytować żadnego wiersza, ale za to mogę o dowolnej porze dnia i nocy odtworzyć z pamięci wszystkie stopy metryczne.
Mam wrażenie, że kiedyś łatwiej było zdefiniować pojęcie tzw. wiedzy ogólnej. Dziś jesteśmy atakowani nowymi odkryciami, co sprzyja wykwitowi specjalistów z jednego tylko zakresu. W jednej z moich szkół z pewnym lekceważeniem wyrażano się o „specjalistach od jednego oka, do których nie da się już udać z okiem drugim”. Tymczasem może wynikać to właśnie z mnogości nowych danych i chęci rzetelnego zgłębienia jednego tylko tematu. W jednym z pierwszych moich blogowych tekstów, który był rodzajem manNifestu, „Zajmij się jedną rzeczą, a dobrze, czyli humanizm naszych czasów”, wyjaśniałam, dlaczego nie lubię ograniczania się do jednej dziedziny i czemu jestem otwarta na dużo różnych. Z drugiej strony jestem w stanie też zrozumieć kogoś, kto chce poświęcić całą swoją energię, a często nawet zawodowe życie jednemu tylko polu, zrozumianemu jednak dogłębnie. (W swoim przywołanym tekście pisałam zresztą bardziej o rozwijaniu swojego mózgu i ciekawości na świat, a nie zostawaniu specjalistą od wszystkiego, do czego podchodzę ze sporą dawką sceptycyzmu.)
Ciągle te media społecznościowe
zamiast normalnego życia towarzyskiego
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Często słyszę, jak ludzie z rozrzewnieniem wspominają czasy swojego dzieciństwa, kiedy po szkole bawili się z rówieśnikami na podwórku, a potem kończą te wspomnienia prostą kontrą, że dziś to dzieci tylko przed komputerami siedzą. Sama nie doświadczyłam podwórkowych zabaw, bo przez większość podstawówki muzycznej wracałam ze szkoły w okolicach 17.00 i czekało mnie jeszcze w domu odrabianie lekcji oraz ćwiczenie na fortepianie. (Równie mocno nie znosiłam ani jednego, ani drugiego.) Mieszkając też w najbardziej geriatrycznej dzielnicy Warszawy – na Starej Ochocie – nie przypominam sobie jakichkolwiek rówieśników w okolicy, z wyjątkiem rówieśników mojego taty.
Trudno obarczyć dziecko winą za to, że zamiast wyjść powisieć z rówieśnikami na trzepaku, woli siedzieć przed komputerem i grać w grę (nota bene często również z rówieśnikami, tyle że w sieci). Sama, będąc dzieckiem, nie spędzałam czasu przed komputerem… bo go nie miałam! Gry też mnie nigdy później nie wciągnęły (z wyjątkiem Postala, w którym można było ludziom odcinać głowy, a potem je kopać jak piłki – idea bardzo mi się spodobała, ale niestety szybko przez nadmiar bodźców podczas gry robiło mi się niedobrze). Osoby, które krytykują siedzące dziś przed komputerem dzieci są ode mnie na ogół starsze, z czego wnioskuję, że również – jak ja – nie przesiadywały przed komputerem w dzieciństwie nie dlatego, że była to ich świadoma, przemyślana decyzja lub ogromna mądrość ich rodziców, lecz zwykły brak komputera. Pamiętajmy też, że dużą rolę w wytwarzaniu nawyków u dzieci odgrywają rodzice i to do nich należy pokazanie dziecku niekoniecznie przedpotopowego trzepaka na podwórku, ale aktywności fizycznej, która z jednej strony będzie z dzieckiem rezonować i je rozwijać, a z drugiej będzie służyć jego zdrowiu. Czemu nie poruszam tu problemu socjalizowania się? Bo uważam, że nie jest wcale tak duży, jak nam się wydaje.
Dawniej (zwłaszcza w czasach, w których nie wynaleziono telefonu) ludzie przychodzili do siebie w odwiedziny znienacka. Dom jest dla mnie azylem. Jeśli ktoś próbuje wtargnąć w moją przestrzeń bez zapowiedzi, czuję się zaszczuta i odbieram takie zachowanie jako mocno inwazyjne. Dlatego też nie rozumiem narzekania na to, że brak dziś ludziom spontaniczności i wszędzie trzeba się wcześniej zapowiedzieć. Wydaje mi się, że tego właśnie wymaga elementarny szacunek do drugiego człowieka.
Być może ze względu na to, że przez większość swojego życia tkwiłam w związkach na odległość, nie potrafię się do końca zgodzić z tezą o wyższości kontaktu bezpośredniego nad wirtualno-korepondencyjno-telefonicznym. W tym ostatnim się po prostu umiem odnaleźć; nie wydaje mi się ani gorszy, ani lepszy. Jest trochę inny, ale tak samo można w nim spełnić wszystkie relacyjne potrzeby. Irytuje mnie natomiast narzekanie na to, że media społecznościowe wypierają normalne życie towarzyskie. One go nie wypierają – one nim w wielu przypadkach dzisiaj są. Kiedy dwie dekady temu słuchałam jeszcze na kasetach swoich zagranicznych idoli, w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że będę ich dziś śledzić w mediach społecznościowych, oznaczać na swoich coverach ich piosenek, a nawet że oni sami zaczną mnie obserwować lub lajkować moje posty! Świat dzięki tym mediom się zmniejszył. Znika dystans – skupiamy wokół siebie tych, których cenimy, którzy wyznają nasze zasady i światopogląd. Robimy selekcję w inny sposób niż kiedyś. Moimi idolami w sieci są dziś mądrzy ludzie prowadzący inspirujące blogi, do których – jeśli czuję taką potrzebę – mogę napisać, a oni mi odpisują! Moją najbliższą dziś przyjaciółkę widziałam na żywo tylko raz. Mieszkamy w innych krajach, ale dzięki aplikacjom możemy rozmawiać niemal codziennie, co ma dla każdej z nas duchowy, terapeutyczny wymiar. Mam silne wrażenie, że czasy bardziej niż kiedykolwiek sprzyjają stawianiu na jakość, nie na ilość. Z drugiej strony wiem, że jako introwertykowi jest mi pewnie w tej kwestii po prostu łatwiej.
Repasacja pończoch a rozstania, czyli
kiedyś to się ludzie nie rozwodzili…
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Pewnie każdy z nas widział przynajmniej jednego mema, na którym pod zdjęciem starszej pary umieszczono rzewną historię o tym, że dawniej to się pończochy oddawało do repasacji, a nie wyrzucało, więc siła związku dwójki ze zdjęcia tkwi w tym, że jest jako ta stara pończocha z wielokrotnie podnoszonym oczkiem. Nie obśmiewam idei podjęcia próby naprawiania, jeśli widzi się w niej sens (obśmiewam tylko wyjątkowo niefortunne porównanie relacji międzyludzkich do bielizny), ale warto pamiętać, że to po pierwsze nie jest jedyna droga, a po drugie nie w każdej sytuacji jest dobrym i zdrowym rozwiązaniem. Pozostając w konwencji, pojadę banałem, że każdy człowiek jest inny, więc i każdy związek jest inny. Nie można więc jednoznacznie stwierdzić, że rozstania czy rozwody są zawsze złe, choć łączy je na ogół to, że są trudnym i bolesnym doświadczeniem, nawet jeśli docelowo mają przynieść obu stronom ulgę i lepsze życie. Tym bardziej, kiedy w przeżywającym kryzys związku są dzieci. To jest tak trudny i złożony temat, że nieprzyzwoitością jest przykładanie jednej miary do każdej tego typu sytuacji. Mogę napisać, że dopiero pracując w szkole, uświadomiłam sobie, jak mocno dzieci przeżywają rozstania rodziców, nawet kiedy ci dokładają wszelkich starań, żeby ich pociechy cierpiały jak najmniej. Przyglądałam się przeróżnym rozwiązaniom włącznie z najbardziej chyba kontrowersyjnym, czyli udawaniem przed dziećmi, że nic się nie zmieniło. To naprawdę tragiczne decyzje, prawie zawsze wynikające z lęku i troski o dziecko. Z drugiej strony niedawno ktoś mi powiedział, że małżeństwo jego rodziców, zakończone dopiero śmiercią jednego z nich, było tak dysfunkcyjne, że po stokroć wolałby się wychowywać w kochającej rodzinie patchworkowej niż takiej, w której nie ma ani miłości, ani mowy o rozwodzie.
Jednak już tak na zdrowy chłopski rozum… Czy ktokolwiek naprawdę wierzy w to, że ludzie w starszych pokoleniach byli dużo bardziej skorzy do świadomej pracy nad związkiem (w czasach, w których ani nikt nie słyszał o psychoterapii par, ani niespecjalnie dużo wiedział o psychologii jako takiej)? Rozwody nie były kiedyś popularne, a często wręcz stygmatyzowane. Stąd do dziś w powszechnej świadomości są utożsamiane z porażką. Nie oznacza to jednak, że trwałość małżeństw kiedyś przekładała się na ich jakość, a trudno przecież sukcesem nazwać relacje pozbawione szacunku i miłości, czy wręcz przemocowe.
Reasumując, czasem lepiej podnieść oczko w ulubionych, choć lekko uszkodzonych rajstopach, a czasem lepiej je porwać i zutylizować, jeśli nam nie służą. Nie ma jednej uniwersalnej dla wszystkich zasady. I całe szczęście!
Porównywanie czasów
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Zaczęłam pisać ten tekst już jakiś czas temu. Miałam przemyślaną puentę – mądre słowa mojego Partnera o tym, że porównywanie czasów jest cholernie nie w porządku, bo nie ma wyższej wartości niż pokój na świecie, a po raz pierwszy od dawna w dziejach ludzkości nie rozwiązujemy każdego problemu bitwą czy wojną aż… przejechały mnie jak walcem doniesienia z Afganistanu. Okazuje się, że bardzo wielu ludzi nie potrafi udźwignąć dobra, którym jest cywilizacja. I nie mam na myśli wyłącznie talibów. Piszę o każdym fundamentalizmie, który w swoim założeniu jest od niej odwrotem. Piszę o szaleńcach, którzy w imię chorej interpretacji swojego boga zamykają granice ludziom uciekającym przed śmiercią z własnej ojczyzny. To nie dzisiejsze czasy są złe. Źli są ludzie, którzy do nich ciągle nie dojrzeli.
P.S. Na deser łączę swój cover piosenki Eltona Johna „I’m still standing”.
Ponieważ moje, trwające już ponad rok, życie w związku obfituje w codzienną porcję dialogów, które uwielbiam, jakiś czas temu zaczęłam prowadzić na swoim fejsbukowym profilu cykl „Kochanków rozmowy”. Ponieważ cieszy się on dużą sympatią i popularnością wśród znajomych, postanowiłam opublikować go w postaci blogowego wpisu. Wybór takiego właśnie tytułu, jak zwykle u mnie, nie był przypadkowy, lecz głęboko przemyślany. Podkreśla dwie rzeczy, bez których udany związek nie istnieje: nieplatoniczność relacji oraz rozmowę. Mam w ogóle wrażenie, że rozmawiamy ze sobą bezustanNie, nawet milcząc, choć już słyszę uchem wyobraźni przytyki Kochanka, że ja milczę zdecydowanie rzadziej. Niech Mu będzie!
Miesiąc z maleńkim haczykiem temu umieściłam pierwszy wpis „Kochanków rozmowy…”, ale że rozmawiamy cały czas, postanowiłam utworzyć odrębną blogową kategorię „Z cyklu kochanków rozmowy”, w której sukcesywnie będą się pojawiać kolejne części naszych dialogów.
Z cyklu telefoniczne kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy przez telefon…
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
Kochanek dzwoni do mnie, kiedy słucham podcastu kryminalnego, więc na wszelki wypadek się upewniam:
– Nie chcę nic sugerować, ale… tak zupełnie hipotetycznie oczywiście… JAK weźmiemy ślub, to nawet jak się napijesz, nie będziesz mnie podczas wesela (czy tam, czegoś) dusił, a potem nie zepchniesz mnie ze schodów…
– Yyyy, no nie.
– … razem ze swoją mamą?
– Aaa, że z matką jeszcze?! Nie uradzę #WolałamZapytać #NoAleTrudno #NieMożnaMiećWszystkiego #Plus #JakoKobietaPoPrzejściach #OrazKobietaZPrzeszłością #ZnamTeKlimaty
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– I nie zapomnij do psychiatry zadzwonić! – rzucam na odchodne.
– Do jakiego, k…, psychiatry?
– Znaczy neurologa. Jejku, pomyliło mi się, bo to lekarz też od głowy jest. Tak czy siak, zaraz po naszej rozmowie zadzwoń i się umów, żeby nie zapomnieć.
– Przecież jest niedziela… 🤨
– Aaaaa! To nie dzwoń dziś, bo się nie dodzwonisz! Widzisz, jak to dobrze, że mnie masz?
– … jakiego, k…, psychiatry? 🙉🙉🙉 #MożeDoMojego #Właśnie #DobrzeŻeSobiePrzypomniałam #AleNieDzisiaj #BoJestNiedziela #ISięNieDodzwonię
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Możesz mówić – instruuje mnie, odbierając ode mnie telefon Kochanek, – ale głupoty, żebym nie musiał ich słuchać, bo robię właśnie księgowość i jak się j…nę, to będzie słabo.
– Ej! Ale ja zawsze mówię głupoty i mam nadzieję, że ich słuchasz…
– No widzisz… nie zawsze 🤷 #BiednejToZawszeWiatrWOczy #ŻycieJestPełneRozczarowań
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Wiesz, odkąd w pracy rzadziej bywa mój ukochany piesek, tak jakby bardziej za Tobą tęsknię – zwierzam się Kochankowi.
– O, czyli gdyby pies był tam częściej, tęskniłabyś za mną mniej?
– Kurczę, szybko się uczysz mojego sposobu zadawania pytań. Ale ja też się szybko uczę Twoich na nie odpowiedzi, więc ujmę to tak: „tego nie powiedziałam” 🤷♀️ #NoNiePowiedziałam #AleDojrzałamDoSzczeniaka
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy.
– Jejku, ale Ty jesteś mądry – zachwycam się mądrością Kochanka ja.
– Jak ja sobie pomyślę, jaki ja jestem, k…, mądry, to… aż mi się nie chce myśleć… #NaJegoMiejscuMiałabymTakSamo #OhWait #PrzecieżJestemNaJegoMiejscu
Z cyklu poranne telefoniczne kochanków rozmowy…
Omawiamy badania okresowe, przypominam sobie o konieczności wybrania się do endokrynologa, na co Kochanek poleca mi kogoś:
– Jest najlepszym specjalistą w Europie!!! … co prawda od krów, ale to też ssaki 🤷♀️🙉🙉🙉 #CzyOnMiWłaśniePowiedziałŻeJestemGruba #ZnakZapytania #NoAleCoPrawdaToPrawda #ZTymSsaniem #ZnaczySsakiem
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– A kochasz mnie ta…
– Kocham!
– …ką jaką jestem?
– A, taką jaką jesteś? A, to nie!
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #CałeSzczęścieŻeDoprecyzowałam #BoŻyłabymWNieprawdzie
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Ej, no przecież niska jestem!
– Jesteś najwyższą dziewczyną, jaką miałem.
– No skoro wybierałeś się na łowy po krainie liliputów, to nie dziwota 🤷♀️ Mam metr 69 (😈 przypadek? 😈). Modelką mogłabym zostać dopiero za 6 centymetrów 🤷♀️
– No i całe szczęście, że nie zostałaś modelką! Już widzę te memy z Twoich upadków, bo „nie trafiłaś w wybieg” 🙉
🤣🤣🤣 #CoRacjaToRacja #ZgrabnośćRuchów #IGracja #NieSąMoimiNajmocniejszymiStronami #AleMamZaToŚwietnyBiust #INieZawahamSięGoUżyć
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
Poirytowany Kochanek:
– Kupiłem ekspres do kawy. Ma funkcję wyświetlania w siedmiu językach. K…a, ekspres poliglota, a nie umie kawy zrobić! #MyślęŻeMimoWszystko #WartoDocenićJegoWalory
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Hej! Jak masz bułkę i kroisz ją na dwie części, to… jak nazwać każdą z nich? – pytam Kochanka.
– 😳😳😳 No… górna połowa bułki i dolna połowa bułki… 😳😳😳
– I tak ludzie serio mówią?
– Yyyy, no tak.
– A, ok, dzięki. #MójŁącznikZeŚwiatem #TrudneŻyciePisarza #ProzaŻycia #TakaSkomplikowana
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
Zaczęłam terapię online i opowiadam Kochankowi, że w odróżnieniu od innych terapeutów, ten robi notatki, co jest ważne, zwłaszcza na początku.
A na to Kochanek, racjonalnie:
– Może też ma uszkodzenie mózgu?
🤣🤣🤣🙈🙈🙉 #JakOnJużCośPowie #BoPamiętacieŻeMiałWypadek #IPoważneUszkodzenieMózgu #Prawda #ZnakZapytania
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
Kochanek w delegacji, więc jako kobieta idealna załatwiłam mu nocleg… Wiem już, że muszę się trochę podciągnąć w tej kwestii, bo chyba znalazłam mu najgorszą dziurę do spania na całym Śląsku. No więc dzwonię do niego rano.
– Cześć, nie przeszkadzam?
– Czekaj! Laski, sio mi z tu z łóżka! Hej, już nie!
– … mówiłeś do karaluchów? #ZJakiegośPowodu #WydałoMiSięToLepszymScenariuszem #NiżMówienieDoSiebie
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Chciałabym – odpowiadam na jakieś nieistotne pytanie Kochanka.
– „Ssałabym, ssała” – intonuje mi przez telefon piosenkę Formacji Nieżywych Schabuff Kochanek. – Wiesz, w ogóle przeróbmy ten tekst i zróbmy parodię. Ja się przebiorę za takie wielkie prącie.
– A ja za wielkie usta!
– Ciekawe tylko, gdzie wypożyczyć kostium wielkiego prącia i wielkich ust 🤔
– Kurczę, nie chcę Cię martwić, ale to mi przypomniało taką scenę z filmu „I kto to mówi”, kiedy John Travolta i Kirstie Alley śpiewają i tańczą nad swoim dzieckiem z deską klozetową, a ono tak na nich patrzy i myśli: „mam rodziców głupków” 🤷♀️
– Spoko, nasze będzie śpiewać ”Jeb…tych rodziców mam” 🎶🎶🎶
🤣🤣🤣 #NaBankTakWłaśnieBędzieŚpiewać #ObyCzysto #PoMnie #IRytmicznie #PoKochanku
Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Już po? I jak? Kupiłeś wszystko w Biedrze?
– Nie no, jeszcze trochę w niej zostało 🤷♂️
🤣🤣🤣 #CałeSzczęście #Kupuj #IDajKupowaćInnym
Z cyklu poranNe kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy rano…
Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
– Kurczę, właśnie poznałam nowy psychologiczny termin: „regres psychiczny” . Polega to na tym, że kiedy jakaś sytuacja przypomni ci traumę z przeszłości, to cofasz się emocjonalnie do wieku, w którym spotkało cię coś złego – np. lat 5, 7 czy 12… To tyle tłumaczy u mnie w ogóle! Wow! – opowiadam Kochankowi.
– Czy Ty nie mogłaś mi na początku związku dać jakiejś instrukcji obsługi do Siebie? 🙉
– W sumie… mogłam, ale się bałam, że jak ją przeczytasz w całości, to nie będziesz już chciał ze mną być…
– Wiesz, dla takich cycków jestem w stanie wiele wytrzymać.
– Naprawdę?
– No a nie widzisz, ile już dla nich wytrzymałem?
– W sumie racja 🤷♀️ #PrzedmiotoweTraktowanieJestZaBardzoDemonizowane #ACzasemJestReceptąNaUdanyTrwałyZwiązek #BoŻeMózgMamŚwietnyToPrzecieżSamaWiem
Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
Rano budzi nas tupanie ptaków (mieszkam na poddaszu).
– Co to? – pyta mocno zdziwiony Kochanek.
– To tylko ptaki – odpowiadam zaspana i przyzwyczajona.
– Ale… wszystkie? 😱 Że się tak umówiły, że „idziemy potupać do Patkowskiej”?
🤣🤣🤣 #NaToWychodzi #ZwłaszczaŻeLubięPtaki #Zwłaszcza #CoNieBędzieZaskoczeniem #Duże
Z cyklu poranne kochanków videorozmowy…
– Już chciałam powiedzieć, że jesteś taki seksowny – zaczynam, – ale zauważyłam fragment Twojej piżamki i przypomniałam sobie, że ma długie rękawy 🙈
– Nie gadam z Tobą! #PiżamyToZłoWCzystejPostaci
Z cyklu popołudniowe kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy po południu…
Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
– Wiesz, tak się właśnie zastanawiam – zaczynam. – Pamiętasz, jak dwa dni temu wieczorem powiedziałam ci, że znalazłam w internecie dużo nagrań (trwających od trzech do ośmiu godzin) deszczu w bibliotece i ty na to powiedziałeś, że „to ciekawe”?
– No, pamiętam.
– To właśnie coś mnie tknęło i zaczęłam się zastanawiać… Czy ty przypadkiem nie mówiłeś ironicznie?
– 😯 Yyyyy…. No przecież… oczywiście, że mówiłem.
– No, to jakby Asperger mi się cofał, bo… zauważyłam to!
– Zauważyłaś po jednym dniu i uważasz, że Asperger ci się cofa?
– Po dwóch dniach!
– Po dwóch dniach… 🙉🙉🙉 #AleZauważyłam #TegoŻeMniePodrywałNaPrzykładNieZauważyłam #CieszmySięZMałychAleJednakPostępów
Z cyklu o snach kochanków
rozmowy…
Rozmawiamy też, zazwyczaj przez telefon, o… moich snach…
Z cyklu o snach kochanków rozmowy…
– Miałam mega dziwny sen. Najpierw gdzieś pojechałam i musiałam zdążyć na autobus powrotny, a to były Czechy w ogóle i się przestraszyłam, że ten autobus na mnie nie poczeka…
– … nie poczecha…
– 🤣🤣🤣 Tak. A potem okazało się, że to pułapka i chcieli mnie zgwałcić… Tak się bałam…
– Już ja uwierzę, że się gwałtu bałaś!
– No ok, nie bardzo, ale trochę się bałam.
– … że jacyś tacy rachityczni ci gwałciciele?
– … tak. #TrochęHardcorowaOSnachRozmowa #AleŻycieToNieTylkoPotylicznaPoprawność #Tak #NapisałamPotyliczna
Z cyklu o snach kochanków rozmowy…
– No czasem opadają mi ręce – stwierdza Kochanek po wysłuchaniu mojego snu. – Masz w pracy nieprzyjemną sytuację z jakimś pijakiem, a potem Ci się śni, że jestem agresywnym alkoholikiem, który Cię bije… 🙈
– Wiesz, mam różne lęki, które przez podświadomość dostają się do moich snów…
– To też mnie martwi. Widzisz, z jednej strony jesteś bardzo mądra, a z drugiej, niektóre Twoje lęki są kosmicznie nielogiczne.
– Lęki z założenia nie są logiczne. Ale dobra wiadomość jest taka, że ja myślę na tych dwóch płaszczyznach równolegle. Myślę logicznie, rozumiem Twoje racje i umiem ocenić, co w moich lękach jest absurdalne, nawet jak je równocześnie czuję. Wiesz, to trochę tak, jak telefon z dwiema kartami SIM.
– Tylko że Ty masz drugą kartę SIM do innego świata! Jedna uznaje grawitację, a w drugiej grawitacja nie istnieje! 🙉 Tak to jest, jak spotka się materia z antymaterią. Kompletna anihilacja. #NadalNieRozumiemCoWTymZłego #JestNaPewnoCiekawie #INaPewnoNieMożnaSięZeMnąNudzić
Z cyklu o snach kochanków rozmowy…
– Taki dziwny sen miałam…
– Ooo!
– Tak. To ciekawe w ogóle, bo wczoraj w realu kupiłam w Biedrze najtańszy płyn do mycia naczyń i nawet specjalnie patrzyłam, żeby był za dwa złote z czymś, a nie trzy! Kupiłam taki różowy. I dokładnie on mi się śnił. Że pojechałam gdzieś z nim tramwajem i zgubiła mi się do niego zakrętka. I byłam taka zła… Nawet zła podwójnie, bo po skasowaniu biletu uświadomiłam sobie, że bardziej mi się opłacało wziąć jednak dobowy. No i poszłam do sklepu kupić siatkę, żeby ten mój różowy płyn się nie rozlał. W sklepie naszła mnie refleksja, że może jednak kupić nowy płyn z zakrętką, ale wszystkie Ludwiki były za 15 złotych i jak pomyślałam, że ten mój był taki tani, to zrobiło mi się tak przykro i szkoda, że wzięłam darmową siatkę i się obudziłam.
– No tak… Taniego płynu bardziej szkoda, niż drogiego – w sumie logiczne 🤷♂️ – stwierdza Kochanek.
– O kurczę, a wiesz, że tak teraz… po przemyśleniu, to faktycznie… może nie było to najbardziej logiczne… 🤔🤔🤔
– 🙉🙉🙉 #ATrzebaWamWiedzieć #ŻeJestemOsobą #KtóraPoZakupieBiletuDobowego #PotrafiNaTrasieJednegoTramwaju #AlboAutobusu #PrzesiąśćSięKilkaRazy #ObyTylkoJedenPrzejazd #WyszedłJakNajtaniej #ChociażWSumie #WcaleWamNieTrzebaWiedzieć
P.S. Na deser łączę pasującą przesłaniem piosenkę Dolly Parton, gdyż oboje z Kochankiem jesteśmy ogromnymi fanami jej cudownego biustu!
Czasy, w których Polacy naśmiewali się z głupich Amerykanów masowo i regularnie uczęszczających na kozetkę psychoterapeuty można już chyba wreszcie uznać za słusznie minione. Ten zachodni wynalazek dotarł w końcu i do nas, i korzysta z niego już tak wiele osób, że nie sposób – nawet jeśli ma się jakieś obiekcje – potępiać psychoterapii w czambuł. To naprawdę spory progres, zważywszy na to, jak niedużo jeszcze wiemy o higienie zdrowia psychicznego.
Sama z własnego dzieciństwa pamiętam, że choroby psychiczne były tematem tabu – o depresji taty miałam nie rozpowiadać w przedszkolu, a potem w szkole, bo dzieci (a tak naprawdę ich rodzice) nie rozumieli tej przypadłości. Osoby z problemami psychicznymi były (i nadal w niektórych środowiskach są) stygmatyzowane, a ich obraz w kulturze znacznie odbiega od rzeczywistości. Chociażby leczonego schizofrenika nie sposób rozpoznać w tłumie. Strach przed chorymi wynika oczywiście z niewiedzy, ale w dzisiejszych czasach nie da się znaleźć na nią usprawiedliwienia – dostęp do rzetelnych informacji z wiarygodnych źródeł jest łatwiejszy niż kiedykolwiek. Nawet jeśli mamy złe doświadczenia z kimś, kto cierpiał na chorobę psychiczną, przerzucanie swojej niechęci na wszystkich chorych świadczy o sporej niedojrzałości.
(Warto w tym miejscu zaznaczyć, że w przypadku zdiagnozowanych chorób psychicznych sama terapia nie wystarczy, gdyż te – jak wszystkie inne choroby – wymagają leczenia farmakologicznego; to jednak daje z kolei najlepsze skutki dopiero w połączeniu z terapią właśnie.)
Pomoc? Nie potrzebuję!
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Jednym z najgorszych mitów dotyczących psychoterapii jest ten, że potrzebują jej tylko osoby zaburzone. Ponieważ nie chcemy zazwyczaj myśleć, że coś jest z nami nie tak, nierzadko chełpimy się tym, że terapii nie potrzebujemy. Tymczasem z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że nigdy jeszcze nie spotkałam osoby całkowicie zrównoważonej i umiejącej wziąć pełną odpowiedzialność za swoje emocje wśród tych, którzy do gabinetu psychoterapeuty nigdy nie dotarli. Każdy z nas na jakimś etapie swojego życia powinien zrozumieć istotę samego siebie i przepracować to, co go uwiera. Psychoterapia jest tu najlepszym rozwiązaniem.
Co w moim odczuciu warto przepracować? Wszystko! Wielokrotnie pisałam już, że ludzie są dla nas lustrami. Jeśli coś nas w nich drażni, drażni nas tak naprawdę w nas samych. Oczywiście wygodnie wejść w narrację inni są źli/głupi/niesprawiedliwi, a ja jeden dobry/mądry/prawy, ale to wybranie życia w nieprawdzie. Dobrze się więc przyjrzeć, co nas w innych przeraża najmocniej i tym się właśnie zająć w sobie, bo to rezonuje z naszymi problemami. Inna sprawa, że nie każdy jest gotowy, żeby wyjść z roli ofiary. Łatwiej przecież przerzucić winę za nasze złe samopoczucie na czynniki zewnętrzne, niż popracować nad zmianą mechanizmów w nas samych.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Psychopozytywność
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Ciałopozytywność na szczęście już powoli zaczyna zawłaszczać social media (z wyjątkiem tej części internetu, którą zaanektowała Bożenka z „Klanu” z Jarkiem Jakimowiczem). Influencerki, które jeszcze kilka lat temu nie pokazywały się bez makijażu i właściwego oświetlenia, dziś decydują się na więcej prawdy, przez co są jeszcze cudowniejsze. Ludzie odbiegający od tzw. kanonów piękna (dzisiejszych kanonów, bo te przez lata ulegają zmianom) wreszcie zaczynają dostrzegać, że ich idole również od nich odbiegają. Równolegle obserwuję też drugi fantastyczny trend – psychopozytywność. Zaczyna się mówić o depresji. Zaczyna się mówić o emocjonalnej niestabilności. Zaczyna się mówić o terapii. Oczywiście, kiedy jakiś temat staje się coraz bardziej popularny i wypowiadają się o nim w mediach różne osoby, wzrasta prawdopodobieństwo natknięcia się na treści nierzetelne. Z drugiej strony, tak jak ze wszystkim – trzeba nauczyć się odróżniać źródła wartościowe od bezwartościowych (m.in. tego uczyłam dzieci na lekcjach polskiego).
Jeśli chodzi o kanały na you tube’ie, z polskich nieustająco polecam Nishka Movie, prowadzony przez socjolożkę Natalię Tur, która dzieli się ciekawostkami z zakresu szeroko pojętej psychologii społecznej. W swoich starannie przygotowywanych filmikach powołuje się na literaturę z tej dziedziny. Z amerykańskich z kolei serce skradł mi boski (i przy okazji również prawopółkulowy) dr Kirk Honda i jego fantastyczne „Psychology In Seattle”! Wnikliwe śledzenie tego kanału prowadzonego przez doktora psychologii, profesora uniwersyteckiego, terapeutę par i rodzin z długoletnim stażem znacznie polepszyło jakość mojego życia, realnie pomagając mi w codziennej samodzielnej pracy nad sobą. Jednak czytanie fachowej literatury i oglądanie mądrych ludzi na you tube’ie nie zastąpi terapii! Dr Kirk Honda wielokrotnie powtarza, że jeśli np. stłuczemy lub złamiemy rękę, zazwyczaj nie chodzimy po domu, narzekając „och, jak mnie boli”, tylko idziemy z nią do lekarza. Tymczasem zupełnie inaczej traktujemy swoje zdrowie psychiczne, choć jest z nim dokładnie tak samo – jeśli coś nie działa, jak powinno, trzeba udać się do specjalisty. Pytanie jednak, skąd wiedzieć, że nie działa, jak powinno, skoro żyjemy w społeczeństwach, w których zdrowie psychiczne jest tematem tabu… Dlatego cieszy mnie bardzo, że tyle zaczęło się w tej kwestii zmieniać.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Jak wybrać terapię dla siebie?
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
W jednym z trudniejszych momentów w życiu trafiłam na (nie pierwszą, ale najdłuższą) terapię i zostałam na niej na dobrych kilka lat. Miałam w jej trakcie przerwy, aż ostatecznie, z różnych powodów, zrezygnowałam. Terapia dała mi bardzo wiele, jednak – jak często w związkach bywa – coś się zwyczajnie wypaliło. Związek z terapeutą jest bardzo ważną relacją w życiu. Moja duchowa mentorka, Iyanla Vanzant, dzieli związki z ludźmi na:
– te, które pojawiają się w naszym życiu z jakiegoś powodu i mają nam wskazać jakąś prawdę o nas samych; czegoś nas nauczyć
– te, które pojawiają się w naszym życiu na określony czas, który pomagają nam przejść i w którym pomagają nam wzrastać
– te dane nam na całe życie (do czego zaliczają się przede wszystkim relacje z członkami naszej rodziny)
Z terapeutą tworzymy na ogół jedną z dwóch pierwszych relacji. Jeśli więc powód jego pojawienia się ustanie, a czas, na który miał się pojawić, dobiegnie końca, trzeba się rozstać. To nie zawsze jest łatwe, ale potrzebne, by móc zrobić kolejny krok.
Od dłuższego czasu dojrzewałam do myśli o ponownym podjęciu terapii. Już z nową wiedzą o sobie, z dużo większą odwagą w nazywaniu swoich demonów. I choć od półtora roku dzień w dzień słucham dra Hondy, który (najgrzeczniej na świecie, ale jednak) grzmi z monitora: „ludzie, idźcie na terapię!”, wprowadziłam jego apel w życie dopiero tydzień temu. I była to najlepsza rzecz, jaką mogłam dla siebie zrobić.
Poszukując w sieci terapeuty, byłam bardzo wybredna. Wiem, że dla każdego ważne będzie co innego, więc jedynie dla pewnego przykładu mogę podać, czym się sugerowałam, szukając terapii dla siebie. Nie zachęcam, by przyjąć moje kryteria, ale żeby w spokoju sumienia stworzyć swoje własne.
TERAPIA FACE TO FACE VS. TERAPIA ONLINE
Pandemia rozpowszechniła mniej popularne wcześniej rozwiązanie, mianowicie terapię online, która polega na videorozmowie przy użyciu kamerki (na Skype’ie, Messengerze, Zoomie lub innym komunikatorze), rozmowie telefonicznej bez użycia kamerki lub pisaniu z terapeutą wiadomości tekstowych (czaty, SMS-y). Szybko okazało się, że zarówno terapia twarzą w twarz, jak i online ma swoje i plusy, i minusy (wszystkie badanie dowodzą jednak, że obydwie są w takim samym stopniu skuteczne). Wybór właściwej powinien zależeć od indywidualnych preferencji pacjenta, choć mogę z doświadczenia napisać, że na żadną możliwość nie warto się zamykać.
– terapia face to face – bezpośredni kontakt z terapeutą nieuzależniony od problemów na łączach jest jedyny w swoim rodzaju, z drugiej strony, jeśli mieszkamy w niedużych miejscowościach, będziemy mieć znacznie mniejszy wybór terapeutów niż w dużych miastach
– terapia online – przez kamerkę w komputerze lub komórce trudno przekazać wszystkie emocje, mimikę twarzy, drżenie głosu, z drugiej strony dużo łatwiej wygospodarować 50 lub 60 minut dla siebie poprzedzonych jedynie włączeniem komunikatora (i ewentualnie lampy) niż więcej czasu jeszcze na dojście lub dojazd (co wiąże się z kolei z dodatkowymi kosztami) do gabinetu. W cięższych stanach wyjście do ludzi może być już samo w sobie stresujące, a przy niektórych obowiązkach wręcz niemożliwe. Dodatkowo, jeśli gdzieś wyjeżdżamy, nie oznacza to konieczności przerwania na ten czas terapii (wyjątkiem są tylko wakacje terapeuty).
WYKSZTAŁCENIE TERAPEUTÓW
– szukam wyłącznie psychoterapeuty posiadającego też wykształcenie psychologiczne, a nie psychologa
– szukam tylko wśród absolwentów Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, bo to najlepsza polska uczelnia, jeśli chodzi o ten kierunek
– jeśli problemy, które chcę na terapii przepracować, dotyczą jakiejś konkretnej dziedziny życia mocniej, sprawdzam, czy terapeuta ma dodatkowe kwalifikacje jej właśnie dotyczące (czy np. jest również seksuologiem, mediatorem lub czy specjalizuje się w terapii uzależnień)
JAK PORADNIA POSTRZEGA SWOJĄ PRACĘ
– czytam uważnie zakładki „o nas”/„o mnie” i sprawdzam, czy malowany tam obraz idealnej psychoterapii oraz jej celu pokrywa się z moim własnym
Dla przykładu, jedno z miejsc, które wirtualnie odwiedziłam, zajmowało się też terapią par. W opisie szczyciło się tym, że wierzy, że nie ma związku, którego nie da się uratować. To od razu zapaliło w mojej głowie czerwoną lampkę – rolą terapeuty par nie jest wcale „uratowanie związku” (co podkreśla też mój ulubiony dr Kirk Honda), tylko pokazanie ludziom, którzy nie umieją się ze sobą komunikować, jak to zrobić. Czy postanowią się w zgodzie rozstać, czy jednak kontynuować związek, to już ich prywatna decyzja. Na ogół terapeuta pyta na początku, co jest ich celem. Jednak z biegiem terapii dopiero okazuje się, co będzie dla pary najlepsze. I wyłącznie to powinien mieć na względzie mądry terapeuta.
SENSOWNA NAZWA
– odrzucam nazwy, w których pojawia się tryb rozkazujący
– odrzucam nazwy, które kłócą się z moimi przekonaniami
Nie zwracam przesadnie dużej uwagi na nazwę poradni, tym bardziej że w sieci ogłaszają się też psychoterapeuci, którzy nazywają działalność własnym nazwiskiem. Jednak podczas mojego ostatniego research’u natrafiłam na poradnię, którą ze względu na dość szeroką ofertę pewnie bym wybrała, gdyby nie jej nazwa. Nie chcę robić reklamy, więc napiszę tylko, że hasła typu „uszy do góry” są na szczycie listy rzeczy, których nie należy mówić osobom w depresyjnych stanach, więc jeśli ktoś decyduje się na użycie ich jako nazwy poradni psychoterapeutycznej, uciekam.
PRZEJRZYSTY CENNIK
– odrzucam poradnie, które na swoich stronach nie podają przejrzystego i łatwo dostępnego cennika
Konkurencja jest na tyle duża, że szkoda mi czasu, który mogłabym przeznaczyć na znalezienie kilku znakomitych terapeutów w sieci, na dopytywanie o ceny w jednym miejscu.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Język psychoterapii
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Dosyć poważnie rozważałam skorzystanie z serwisu BetterHelp polecanego przez dra Hondę. Skupia on specjalistów z całego świata i dopasowuje terapeutę do indywidualnych potrzeb każdego pacjenta. Jednak po pierwsze jest znacznie droższy od podobnych polskich platform, a po drugie pewną barierą jest język. Większość psychologicznych terminów znam wyłącznie po angielsku i – rozumiejąc je – nie zawsze nawet wiem, jak brzmi ich poprawne tłumaczenie na polski, ale równocześnie mam świadomość, że swoje uczucia najlepiej opisywać w języku ojczystym (dlatego specjaliści polecają metodę OPOL przy wychowywaniu dwujęzycznych dzieci). Nie oznacza to, że terapia w języku innym niż rodzimy nie przyniesie żadnych efektów. Jednak jeśli mamy wybór, lepiej zdecydować się na posługiwaniem się językiem ojczystym.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Cofnijmy się do dzieciństwa
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Całkiem sporo osób czuje przerażenie, słysząc tezę, że większość naszych traum ma korzenie w dzieciństwie. Moja znajoma zwykła mawiać, że najgorszym wrogiem naszych matek są nasze terapeutki. Lęk ten wynika najprawdopodobniej z nieumiejętności skonfrontowania się z własnymi błędami, a taki rodzaj reakcji z kolei jest charakterystyczny dla osób, które nie przeszły terapii. No i koło się zamyka. Warto więc zacząć od oddemonizowania odpowiedzialności za traumę. Co mam dokładnie na myśli? Przede wszystkim świadomość, że im mniejsze i bardziej zależne od nas dziecko, tym jest bardziej prawdopodobne, że wywołamy w nim jakąś traumę. Być może ten paniczny lęk przed tym bierze się stąd, że pod słowem „trauma” dla wielu osób kryją się przerażające, bestialskie czyny, tymczasem można traumę wywołać zupełnie nieświadomie, niewinnym żartem, które dziecko zawstydzi, czy nieuważnością na nie, kiedy to uwagi potrzebuje. Rolą rodzica nie jest wychowanie sobie przyjaciela, kompana czy kelnera do podawania szklanek na starość, ale ukształtowanie człowieka, który będzie w pełni niezależny, a więc zaopatrzony w doskonałą świadomość siebie, swojej wartości oraz swojej odrębności. Doskonale m.in. o tym pisze Katarzyna Nosowska w książce „Powrót z Bambuko”:
U ptaków nie zdarza się, żeby dorosłe osobniki podtrzymywały relację z rodzicami, u ludzi jest to dopuszczalne, mówi się, że wręcz konieczne, lecz, moim zdaniem, nie może się odbywać pod przymusem. Jestem, będę, póki żyję, zawsze dostępna. Gdy syn potrzebuje, wie, gdzie mnie znaleźć. Lecz dla dobra nas samych i naszych dzieci musimy zaakceptować rolę, jaka stała się naszym udziałem: pierwszoplanową we wczesnym okresie macierzyństwa i trzecio-, a nawet czwartoplanową – gdy przyjdzie na to czas.
Najlepszą radą, jaką możemy dać dziecku jest: Rób, jak uważasz. Choć to trudne, nie mamy innego wyjścia, niż pozwolić mu przeżyć swoje życie samodzielnie. I spróbować samodzielnie przeżyć swoje.
Oboje z Partnerem jesteśmy zdania, że świadomi rodzice powinni odkładać pieniądze dla swoich dzieci wcale nie na mieszkanie, ale na terapię, która naprawi popełnione przez nich błędy wychowawcze. Trzeba oczywiście zrobić wszystko, co w naszej mocy, by te zdarzały się jak najrzadziej, ale jako rodzic wolałabym, żeby zweryfikował to po czasie specjalista. Najbardziej jednak rekomendowałabym oprócz tego przymusową terapię dla wszystkich przyszłych rodziców.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Kiedy źle się trafi
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Mam za sobą doświadczenie zarówno terapii fatalnej, jak i terapii, która na jakimś etapie była znakomita, a na innym przestała mi służyć. Mam też doświadczenie utraty zaufania do terapeuty. Wiem, że wcale nie jest łatwo dobrze trafić za pierwszym razem. Wybranie nieodpowiedniego terapeuty (lub terapeuty pracującego w nurcie, który nie będzie dla nas właściwy) po pierwsze zdarza się często, a po drugie nie jest końcem świata. Są dwie szkoły: jedna, żeby zmienić terapeutę od razu, jak coś się nam w nim nie spodoba i druga, żeby dać mu szansę, komunikując mu wprost, co nam nie odpowiada. Mnie zdecydowanie bliższa jest szkoła pierwsza, bo – jak we wszystkich innych relacjach – uważam, że życie jest za krótkie na marnowanie czasu i energii na konfiguracje, w których nam niewygodnie. Owszem, na pewno warto przeczekać trzy pierwsze sesje, podczas których terapeuta zbiera na nasz temat informacje (dobrze, jeśli robi notatki) i ustala dopiero plan wspólnej pracy. Pomysł z komunikowaniem wprost swoich potrzeb jest znakomity, ale nie sprawdzi się w przypadku osób podobnych do mnie, które niezwykle łatwo zamknąć rodzajem energii, który jest nam obcy i przy którym czujemy się zwyczajnie źle. Biorąc pod uwagę fakt, że za terapię się płaci, i to niestety na ogół niemało, warto kierować się intuicją – jeśli od początku nie czujemy się w towarzystwie terapeuty bezpiecznie, poszukajmy innego. Czas na łzy i cierpienie podczas terapii jeszcze przyjdzie, cierpliwości.
Warto pamiętać, że terapeuta nie powinien wchodzić w rolę naszego przyjaciela i że o ile nam się to może czasem mylić – jemu nie powinno. Myślę, że jednym z sygnałów, że dobrze rozważyć zmianę terapeuty jest sytuacja, w której zaczynamy się czuć za terapeutę odpowiedzialni, lub kiedy boimy się, że – mając już jakąś wiedzę psychologiczną – podświadomie nim manipulujemy. To my jesteśmy pacjentami. I to my korzystamy z jego profesjonalnych usług.
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Moda na psychoterapię
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
Jest taki dziwny argument, który pojawia się najczęściej, kiedy chcemy coś zdyskredytować, a nie umiemy tego zrobić merytorycznie. Mówimy wtedy z przekąsem: to takie modne. Jest tyle rzeczy, które są modne (np. buty emu, cepelie, złote myśli Paula Coelha, plastikowe wuwuzele sprzedawane przed skokami narciarskimi czy teksty Agnieszki Osieckiej), choć nie powinny, i suweren je na ogół mimo wszystko kocha. Jednak kiedy jakiegoś trendu nie rozumie czy nie lubi, nagle używa epitetu „modny”, chcąc pomniejszyć jego znaczenie.
Dobra moda nie jest zła. Jeśli ktoś wybierze się na psychoterapię bez przekonania, tylko dlatego, że jest modna, dobrze trafi i zostanie na niej na kilka lat, które zmienią jakość jego życia, to jakie to właściwie ma znaczenie…
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
P.S. Na deser łączę swój cover piosenki „Clocks” zespołu Coldplay.
Zacznę od wyjaśnienia, czemu pozuję dziś ze zbindowaną kserokopią „Pana Misia”, a nie z oryginałem.
O recenzowanej dziś książce dowiedziałam się od swojego Partnera, który ze względu na dobrą znajomość z Bartłomiejem Trokowiczem przeczytał ją już lata temu i doskonale wiedział, jak mocno mnie ona zachwyci. W każdej innej sytuacji czytanie kopii byłoby zniewagą dla autora, tymczasem… ja dostałam wersję elektroniczną właśnie od niego, gdyż nakład papierowy został niestety wyczerpany…
Po raz kolejny okazuje się, że nikt nie zna mnie lepiej niż mój Partner posiadający niezwykły dar podsuwania mi dzieł silnie na mnie oddziałujących i równocześnie bardzo ze mną rezonujących.
fot. Marianna Patkowska
Nie jestem ekspertem od literatury dziecięcej, jednak mój podstawowy z nią problem jest taki, że autorzy na ogół wpadają w jedną z trzech pułapek:
tak bardzo się starają napisać książkę dla dzieci, że wychodzi im książka dla dorosłych
tak bardzo próbują puścić oko do dorosłych, że wychodzi im głupawa książka dla dzieci
myślą, że piszą dla dzieci lub dorosłych, a wychodzi im książka dla nikogo.
Oczywiście istnieją wyjątki, jak chociażby cudowna twórczość Astrid Lindgren, czy fantastyczny „Kubuś Puchatek” Milne’a. Nie zaliczyłabym już do nich jednak „Małego księcia” – choć ma wielu fanów, w moim odczuciu Saint-Exupéry’emu nie udało się uniknąć pułapki pierwszej.
Psychologia dziecięca już dawno zbadała, że to, jak dorośli postrzegają idealną zabawę dla dzieci, skrajnie różni się od tego, jak postrzegają ją same dzieci. One, w przeciwieństwie do dorosłych, nie potrzebują uporządkowania i sensu (przynajmniej pojętego w dorosły sposób). W związku z tym, czym innym niż dorośli się też kierują podczas lektury. Jeśli książka jest skierowana zarówno do dorosłych jak i dzieci, i ma sprawić prawdziwą radość obydwu stronom, musi być skonstruowana tak, żeby warstwa urzekająca dorosłych nie przeszkadzała dzieciom w odbiorze swoją dla nich niedostępnością. Dla przykładu, dzieci potrafią nas rozczulić i rozłożyć na łopatki swoim sposobem pojmowania rzeczywistości, ale on ich samych nie śmieszy i nie urzeka, bo jest dla nich czymś naturalnym. Jeśli autor jest na tyle uważnym, a przede wszystkim wrażliwym obserwatorem, żeby dobrze wychwycić istotę dzieciowości, jest w stanie mówić do najmłodszych ich językiem, równocześnie podbijając serca dorosłych. Bartłomiejowi Trokowiczowi to wcale niełatwe zadanie wyszło znakomicie! Myślę, że dzieci mogą czerpać z tej lektury mnóstwo przyjemności, bo akcja rozgrywająca się w Lesie (i nie tylko, ale o tym za chwilę) jest naprawdę wciągająca i niebanalna, a równocześnie poziom serwowanej czasem abstrakcji jest dla nich możliwy do udźwignięcia. Jednak to raczej dopiero dorośli zachwycą się Szczurem doświadczającym déjà vu z poprzedniego wcielenia, siakającą Świnką Morską czy Kurą z syndromem sztokholmskim.
Jakiś czas temu recenzowałam powieść „Każdego szkoda” Julii Oleś, której zarzuciłam brak językowego zróżnicowania bohaterów. „Pan Misio” ma to wszystko (i wiele więcej), czego mi zabrakło w tamtej książce i co odróżnia od innych dzieł literaturę warsztatowo znakomitą. Przede wszystkim każda postać jest doskonale przemyślana, skonstruowana i poprowadzona od początku do końca, przez co jest spójna. Każda ma więc nie tylko swój własny sposób bycia i myślenia, ale też sposób mówienia, który jest charakterystyczny tylko dla niej. Do tego mamy dodatkowo jedną bohaterkę (Niedźwiedzicę), która mówi niemal wyłącznie w obcym języku i jest nam tłumaczona, czego po czasie przestajemy potrzebować oraz drugą (wspomnianą Świnkę Morską), która jabłonkuje, przez co trudniej ją zrozumieć i co kompletnie rozczula, zwłaszcza, że mówi naprawdę mądre rzeczy. To – rozważając już samą budowę książki – wprowadza niesamowitą świeżość. Jeśli powieść ma w jakikolwiek sposób naśladować rzeczywistość czy choćby do niej nawiązywać, nie wystarcza, żeby ją tylko opisywała; musi się nią w pewnym sensie stać. Taki efekt można osiągnąć, mając wiedzę dotyczącą struktury języka, dlatego często podkreślam rolę posiadania warsztatu (który mniej zdolni zdobywają na studiach polonistycznych, a bardziej zdolni poprzez samo czytanie naprawdę wartościowej, doskonałej literatury). Mówiąc o spójnej budowie postaci, mam również na myśli wejście w konwencję świata zwierząt. Autor wykorzystuje do tego wiedzę o zwyczajach gatunków, które opisuje, a równocześnie sprytnie łączy to ze znajomością sposobu myślenia i dorosłych, i dzieci.
Żeby nie być gołosłowną, podam przykłady:
Bobry trochę straciły wątek. Pojęcie własności przekraczało ich kolektywny sposób pojmowania świata.
– natura zwierząt
– Wilk mocno przycisnął Lisa!
– A on potrafi przycisnąć… – Wilczyca z rozmarzeniem pomyślała o kilku sytuacjach w ich własnej norze, jeszcze przed przyjściem na świat Wilcząt.
– sposób myślenia dorosłych
– Kim jest Tata?
– Ćłowiekiem – wyjaśniła Świnka. Nim skończyła mówić, już była pewna, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał Szczur.
– Co potrafi?
– Citać, pisiać. Raź widziałam, jak robił kupę…
– sposób myślenia dzieci
Dzięki tej zaskakującej momentami żonglerce nie można książce zarzucić sztampy z – nie daj Boże! – morałem. Trokowicz wskazuje dzieciom, używając ich własnego języka, pewne mechanizmy istniejące w świecie dorosłych oraz inne, istniejące w świecie zwierząt. Mówi im: „patrzcie”, zaciekawiając i zmuszając do myślenia.
Kolejna sprawa to wielowątkowość i kilka miejsc akcji. Można się zastanawiać, jak wprowadzić różne wątki i miejsca akcji w opowieść o mówiących ludzkim głosem zwierzętach, żeby ta zainteresowała również dorosłych. Nie wiem; wie natomiast Bartłomiej Trokowicz, który wyczarował fantastyczną, urzekającą, a równocześnie trzymającą w napięciu historię.
Wielką siłą tej książki jest też plastyczność opisów. Wszystkie te elementy składają się na wspaniałą trójwymiarowość oszałamiającego debiutu autora. Nie sposób też nie wspomnieć o dopełniających całość przepięknych ilustracjach Dalii Żmudy-Trzebiatowskiej.
Zakończę jednym z moich ukochanych fragmentów:
– Ależ, ależ! – Lis był sarkastyczny. – Że tyle umiesz powiedzieć, to już wiem. Potrafisz może jeszcze czytać?
Kura poczuła się pewniej.
– Niewiele czytam. Tylko takie: UWAGA! WYSOKIE NAPIĘCIE! albo NIEBEZPIECZEŃSTWO! GŁĘBOKA STUDNIA! To się przydaje w życiu. Innych napisów nie rozumiem, na przykład: ROBOTY NA DACHU! Nigdy nie widziałam robota na dachu.
– „Pan Misio. Czy lisy śnią o gadających kurach?” Bartłomiej Trokowicz
fot. Marianna Patkowska
P.S. Na deser łączę ten akurat zespół z oczywistych względów, a wybrałam ich wstrząsający cover piosenki Big Cyca, ponieważ, jak słusznie zauważyła w recenzowanej przeze mnie książce Wiewiórka: „U nas różne ciekawe rzeczy się zdarzają! Witamy w Polsce, pani Misiowa”.
Jakiś czas temu światło dzienne ujrzały upławy z głowy osoby, po której trudno spodziewać się wypowiedzi mądrej. Nie zamierzam poświęcać im zbyt dużo miejsca, potraktuję je bardziej jak punkt wyjścia. Opinię publiczną poruszyło, rozśmieszyło i rozsierdziło równocześnie „ugruntowywanie cnót niewieścich”, bo było jaskrawe i kuriozalne. Poruszyła niestosowność, rozśmieszył archaiczny język, rozsierdziły: wstecznictwo i patriarchalny ton. Dobra, pośmialiśmy się i – co lubimy najbardziej – ponarzekaliśmy, a teraz zastanówmy się, czemu na taką samą skalę nie rażą nas mniej spektakularne, choć dużo bardziej niebezpieczne, mające się niestety ciągle świetnie, schematy przekazywane najmłodszym od lat z pokolenia na pokolenie. (Mam wrażenie, że coś w tej kwestii minimalnie drgnęło dopiero niedawno.)
Zawstydzanie
fot. Bożena Szuj
Miałam siedem albo osiem lat. Kolega w klasie drwił z nas (dziewczynek) dlatego, że nie wiedziałyśmy, co to jest seks, choć sam z pewnością nie wiedział dużo więcej od nas. Mama mojej koleżanki – nota bene córka Stefana Kisielewskiego – doradziła mi odpowiedź, która wydała mi się wówczas nieprawdopodobnie błyskotliwa, mianowicie że „seks to po niemiecku sześć”. Moje ego było w siódmym niebie na myśl o tym, że mam na podorędziu tekst, który na bank upierdliwemu koledze pójdzie w pięty! Użyłam go na pierwszej przerwie, podczas której znowu nam dokuczał i… zostałam wezwana do pani wychowawczyni, która publicznie mnie pouczyła, że „chyba w tym wieku nie wypada mówić o seksie!”. To, że usłyszała słowo „seks” z moich ust, ale nie usłyszała go wcześniej z ust kolegi, zwaliłam na karb jej wieku (przez wszystkie te lata byłam święcie przekonana, że dobijała wtedy do siedemdziesiątki – dopiero niedawno mama uświadomiła mi, że ona mogła mieć wtedy około czterdziestu lat… jednak garsonki postarzają). Wydarzenie to nie utkwiło więc we mnie jako symbol nierównego traktowania chłopców i dziewczynek, tylko jako okrutne, podłe i przede wszystkim bezdennie głupie posługiwanie się zawstydzaniem, kiedy nie ma się wystarczających kompetencji, żeby dobrze wykonać swoją pracę. Osoba (uczeń, student, klient, pacjent, petent) zawstydzona poczuje się w jakimś stopniu winna, przez co o nic nas nie oskarży. Podobną sytuację miałam kilka dni temu, kiedy mój ulubiony pomarańczowy dostawca internetu próbował ode mnie wyłudzić wyższą opłatę. Zapytana przez antypatyczną konsultantkę, czy nie wydało mi się dziwne, że nie podpisałam jednego dokumentu, który zgodnie z umową miał być wysłany wraz z innymi do podpisu (a nie został), odpowiedziałam: „nie, niestety nie wiem, czemu źle wykonujecie swoją pracę”. Analogicznie, dziś powiedziałabym swojej dawnej pani od nauczania wczesnoszkolnego, że „wypadanie” czy „niewypadanie” nie jest żadną kategorią i jeśli z jakiegokolwiek powodu czuje się niezręcznie, kiedy mówi się przy niej o seksie, to to właśnie powinna zakomunikować dzieciom. Bo problem wcale nie był we mnie, ani w tym, że użyłam tego słowa, tylko w niej, że tak na nie reaguje – gdybym wiedziała, nie sprawiłabym jej nieprzyjemności celowo.
Zawstydzanie, zwłaszcza dzieci, niesie za sobą ryzyko wyrządzenia im krzywdy, widocznej niestety dopiero w ich dorosłym życiu. Kiedy pracowałam w szkole, do moich obowiązków należało nie tylko uczenie polskiego, ale też opieka nad młodszymi dziećmi w świetlicy. Pewnego razu sześcioletnia dziewczynka, podchodząc do mnie, weszła niechcący na kant mojego biurka, szybko zauważając, że ocieranie się nie swoimi miejscami intymnymi, sprawia jej radość. Patrząc mi więc prosto w oczy, wyznała z ogromnym uśmiechem, że „to przyjemne jest!”. Uczuciem dominującym było we mnie przerażenie, że zaraz wejdzie któraś z pań i – właśnie ze względu na wspomniany brak kompetencji – zacznie ją zawstydzać, że kto to widział, że takie zachowanie dziewczynce nie przystoi (pamiętajmy, że żyjemy w kulturze, w której ciągle kobieca masturbacja jest tematem tabu – tolerujemy, niechętnie, tylko męską). Nie miałam pojęcia, jak się zachować. Umówmy się, że nie była to sytuacja komfortowa, ale mój komfort był tutaj akurat najmniej ważny. Musiałam w ułamku sekundy podjąć decyzję, jak szybko i sprawnie przerwać dziewczynce w sposób, który nie będzie inwazyjny dla jej formującej się dopiero seksualności. Uśmiechnęłam się więc serdecznie, odpowiadając: „wiem”. Mam głęboką nadzieję, że aprobata odkrywania własnej seksualności wyartykułowana przez drugą, dużo starszą i bardziej doświadczoną kobietę zakoduje w niej najlepsze i najzdrowsze odruchy. (Bo nie chciałam jej oduczyć czerpania przyjemności z dotykania własnego ciała, tylko robienia tego przy osobach postronnych.) Potem szybko zaprosiłam ją z drugiej strony stołu, rozpraszając jej uwagę czymś zupełnie innym. Mam nadzieję, że nigdy nikomu nie pozwoli odebrać sobie tej niewinnej, pięknej czułości do samej siebie.
Seks jest niestety wyjątkowo wdzięcznym do zawstydzania tematem, ale nie jedynym. Rolą nauczycieli i rodziców jest oczywiście wskazanie dziecku co robi (w każdej dziedzinie) dobrze, a nad czym jeszcze powinno popracować, jednak merytoryczna informacja zwrotna powinna być mu przekazywana nie przy świadkach i nie w formie upomnienia czy pretensji. Również dlatego, żeby oswoić je z porażkami i pokazać, że nie są niczym złym – są nieuniknioną częścią procesu, jakim jest nauka, ale też – w szerszej perspektywie – procesu, jakim jest życie.
fot. Bożena Szuj
Fetyszyzacja dziewictwa
fot. Bożena Szuj
O koszmarnym zjawisku fetyszyzacji dziewictwa pisałam tu już kilka razy. Dziewictwo nazywane zresztą również, nomen omen, „cnotą” jest czymś absolutnie neutralnym. Nie ma niczego ani dobrego, ani złego w jego posiadaniu, nie ma też niczego ani dobrego, ani złego w jego traceniu. Najważniejsza jest dojrzałość (nie zawsze związana z wiekiem), gotowość i przede wszystkim świadomość będąca wynikiem rzetelnej edukacji seksualnej. W jednej z moich szkół edukacja seksualna wyglądała w ten sposób, że zawstydzonej pani, która przyszła nam, siedemnastolatkom, poopowiadać o seksie, rycersko pospieszył na ratunek chodzący do klasy równoległej, z którą uczęszczaliśmy na te zajęcia, syn Kazika Staszewskiego i sam założył prezerwatywę na banana. Cieszę się, że pani mogła się kilku przydatnych rzeczy od nas dowiedzieć, ale przez rzetelną edukację seksualną rozumiem długotrwały, rozpoczęty w przedszkolu proces uczenia dzieci o ich cielesności, o granicach, o tym, czym jest intymność. Inaczej wyrosną na kaleki, które możemy obserwować zarówno w moim pokoleniu (choć to zaczyna się na szczęście zmieniać, ale tylko dlatego, że świadomi, sterapeutyzowani ludzie odrzucają wszystkie bzdury, którymi byli karmieni w dzieciństwie i budują swoją rzeczywistość na nowo), jak i w pokoleniu naszych rodziców i dziadków.
fot. Bożena Szuj
Ocenianie i brak empatii
fot. Bożena Szuj
Kolejnym grzechem dawnego wychowania, w którym z pewnością sporą rolę odegrał kościół (w końcu inne wyznania i religie można tolerować, ale tylko ta „nasza” jest słuszna) jest przyznawanie sobie prawa do oceny innych. Oceniamy nie tylko wygląd zewnętrzny naszych bliźnich, ale też ich moralność wg wpojonych, często niedorzecznych standardów – wchodzimy z buciorami w ich prywatne, intymne sprawy, nie znając ich historii, nie znając ich drogi, ale dając sobie na to przyzwolenie w imię… no właśnie… W imię czego? Na pewno nie w imię altruistycznej troski o ich zagubione dusze, bo w tej ocenie nie ma miłości – jest natomiast pogarda. (Wynikająca oczywiście z naszego niskiego poczucia własnej wartości, ale to nas nie usprawiedliwia.) Jednak prawdziwym niebezpieczeństwem wynikającym z oceniania innych jest wyzbywanie się naturalnej dla większości ludzi empatii.Jeśli pozwalamy sobie na ocenę innych, automatycznie ich odczłowieczamy. Na tym żerują zresztą wszystkie tabloidy, wmawiając nam, że osoby publiczne, wybierając swój zawód, zrzekają się prywatności, więc mamy do ocen prawo, a jeśli przez przypadek zrobi się nam ich szkoda, szybko zostaniemy „sprowadzeni na ziemię” informacją, ile ci biedacy zarabiają – wtedy nam na pewno wszelkie współczucie przejdzie. Jak zdrowy emocjonalnie, empatyczny człowiek reaguje na czyjeś słowa o depresji, myślach samobójczych, poczuciu doświadczania rasizmu? Empatią, zrozumieniem i smutkiem. Nie jest dla niego istotne, co „wydarzyło się naprawdę, obiektywnie”. Odczuwa łączność gatunkową z tym, kto się przed nim odsłania. Chce mu pomóc, życzy mu dobrze. Co się więc stało z ludźmi, którzy po obejrzeniu wstrząsającego wywiadu z Meghan Markle i księciem Harrym przeprowadzonego przez Oprah Winfrey zareagowali… podejrzliwością, wrogością i… przede wszystkim surową oceną właśnie? Jeśli ktoś mówi głośno o chęci odebrania sobie życia, to czy dyskusje na temat jego mądrości, inteligencji czy wręcz skłonności do konfabulacji są rzeczywiście reakcją właściwą? Reakcją, która przystoi wrażliwemu, empatycznemu człowiekowi…?
We mnie – choć wiem, że jest to sprzeczne z moją naturą – ocenianie zostało wpojone na tyle mocno, że w bardzo wielu sytuacjach jest moim pierwszym, niekontrolowanym odruchem. Nie lubię siebie takiej i wkładam naprawdę dużo pracy w to, by wytworzyć w sobie nowe, zdrowe mechanizmy. Marzy mi się świat, w którym ocenianie będzie piętnowane, bo jedynie na to zasługuje.
fot. Bożena Szuj
Wymuszanie grzeczności
fot. Bożena Szuj
Bliżej niesprecyzowana i dość enigmatyczna grzeczność jest znakomitym narzędziem do szantażowania dzieci. Nikt nie wie do końca o co w niej chodzi, ale można użyć władzy nad dzieckiem, wypowiadając magiczną kwestię „byłeś niegrzeczny” i karząc je. Czy alternatywą jest pozwolenie dziecku, by weszło nam na głowę? Nie. Alternatywą jest nauczenie się siebie i swoich potrzeb na tyle dobrze, by sprawnie i przejrzyście je dziecku artykułować. Forma przekazu musi też być dostosowana do możliwości percepcyjnych dziecka. Bieganie czy krzyczenie nie jest ani dobre, ani złe, ale w niektórych wypadkach bywa niebezpieczne, w innych przeszkadzające ludziom dookoła. Za każdym razem dobrze wytłumaczyć, czemu prosimy, żeby dziecko czegoś nie robiło. Najlepiej też, żeby wpisywało się to w ustalone wcześniej zasady ogólne. Oczywiście może nas nie posłuchać, jeśli chce, ale musi się wtedy liczyć z konsekwencjami, które przedstawimy mu zawczasu. To umacnia w dziecku poczucie, że jest wolne, ale też poczucie, że jest decyzyjne.
Dlaczego o tym piszę w kontekście innych błędów wychowawczych, które odciskają na nas piętno w dorosłym życiu? Dlatego, że terror bycia grzecznym zabija w nas pierwotne instynkty, które nas chronią. Jeśli wsłuchamy się w siebie uważnie, szybko wychwycimy dla kogo nie chcemy być grzeczni i mili – to sygnał, żeby od takich osób uciekać. Nie musimy być opryskliwi oczywiście, ale nie bądźmy grzeczni wbrew sobie. Jeśli złapiemy kontakt ze swoją intuicją, ona nas nie zawiedzie. I piszę to jako osoba, która nigdy niestety swojej intuicji akurat nie słuchała, zawsze na tym fatalnie wychodząc.
fot. Bożena Szuj
Stawianie siebie na ostatnim miejscu
fot. Bożena Szuj
Jaki obraz świata przedstawiamy dziecku, kiedy się dla niego i jego drugiego rodzica nieustannie poświęcamy? Kiedy żyjemy tylko dla innych (i życiem innych), kiedy przymuszamy je, by na pierwszym miejscu stawiało innych i karcimy, kiedy śmie postawić na pierwszym miejscu siebie? Przedstawiamy mu obraz świata, w którym relacje opierają się na wyrzeczeniach i krzywdzie. Przedstawiamy mu obraz świata, w którym nie można postawić granic, bo każdy akt poznania samego siebie zaliczany jest do tych „egoistycznych”. Banalna prawda jest taka, że jeśli nie nauczymy się siebie, swoich potrzeb i tego jak mądrze i dobrze się sobą opiekować, nasza pomoc innym czy opieka nad nimi będzie w najlepszym przypadku bezwartościowa, a w najgorszym toksyczna. Wbrew jakiejś bardzo dziwnej, choć powszechnej opinii, ludzie szczerze kochający samych siebie (nie, to nie narcyzm – narcyzm na ogół rodzi się właśnie z niechęci do siebie) są dużo bardziej otwarci, serdeczni i empatycznie wobec innych, bo – praktykując na sobie – wiedzą jak. Natomiast ludzie, którzy nie są ze sobą pogodzeni, nie umieją się ze sobą skonfrontować, a nawet gdzieś w środku szczerze się nienawidzą, często rekompensują to sobie przesadną pomocą innym, ale są równocześnie jak tykające bomby. Na ogół zresztą za zamkniętymi drzwiami znęcają się nad tymi, którzy są od nich słabsi i zależni.
Myślę, że – co się zresztą łączy z poprzednim rozdziałem – jeśli przychodzi do nas dziecko, które jeszcze wczoraj najbardziej na świecie lubiło się bawić z jakimś kolegą, a dziś stwierdza, że jednak go nie lubi i już się z nim bawić nie chce, bardzo niedobrym pomysłem jest przymuszanie go do kontynuacji tej znajomości, zarzucanie mu niekonsekwencji („wczoraj ci jakoś odpowiadał!”) czy szantażowanie go emocjonalne tym, że „jeśli się z nim przestanie bawić, zrobi mu przykrość”. Tego też jako dziecko doświadczałam, dziś jednak widzę w tym kilka zagrożeń. Po pierwsze, niekonsekwencja nie jest wcale grzechem ciężkim (chyba, że mówimy o wychowywaniu dzieci, to wtedy jest) i każdy człowiek w każdym momencie ma prawo się rozmyślić, zmienić zdanie, zobaczyć coś w innym świetle, nowych barwach i stwierdzić, że jednak nie, że to nie dla niego. Nawet (a może przede wszystkim) bardzo mały człowiek. Po drugie jeśli nie wypracujemy w dziecku umiejętności wytłumaczenia (nam, ale tak naprawdę sobie) dlaczego wczoraj chciało się z kimś bawić, a dziś już nie chce, to istnieje duże zagrożenie, że w przyszłości nie będzie umiało zmierzać się z problemami, próbując je rozwiązywać, bo przecież każda sytuacja jest inna. Z jednym naprawdę nie warto (i tak naprawdę nigdy nie było warto) się bawić, a z innym po ustaleniu zdrowych granic i zasad można stworzyć dużo lepszą i bardziej wartościową relację, a jej zerwanie po pierwszym zgrzycie byłoby wylaniem dziecka z kąpielą. W końcu po trzecie komunikat „jeśli się z nim przestaniesz bawić, zrobisz mu przykrość” jest zasianiem w dziecku przekonania, że potrzeby innych są ważniejsze od jego potrzeb. Nie są. Rolą każdego człowieka jest zadbanie o własny komfort – nikt nie zrobi tego lepiej od nas, więc i my nie zaspokoimy czyichś potrzeb za kogoś (choć próbując, czujemy się lepszymi ludźmi). Tu się zresztą pojawia problem z bardzo niestety popularną narracją (zwłaszcza wśród porzuconych kobiet), że jeśli ktoś rezygnuje ze związku z nami, to „nie był nas wart”, innymi słowy, jeśli nasze drogi się rozchodzą, to mamy tylko dwie możliwości: być porzuconą ofiarą albo rzucającym nikczemnikiem. Tymczasem wszelkiego typu relacje rozpadają się z przeróżnych powodów wtedy, kiedy nadejdzie na to czas. Rzadko kiedy jest to czyjakolwiek wina, a już tym bardziej wina jednej tylko ze stron. Oczywiście, że rezygnując z relacji z drugą osobą sprawimy jej przykrość. Sprawianie czasem przykrości jest nieuniknioną, choć nieprzyjemną, częścią naszego życia. Warto uczyć tego dzieci od najmłodszych lat. Warto też pokazywać im, jak minimalizować cierpienie innych spowodowane naszymi wobec nich decyzjami, poprzez szczere i przejrzyste wyjaśnianie powodów swojego postępowania. Nie mówię tu nawet o tłumaczeniu się, lecz zaopiekowaniu drugą osobą w trudnej dla niej chwili. Po ludzku. Z empatią.
fot. Bożena Szuj
P.S. Na deser łączę swój cover piosenki „On a Plain” Nirvany, dodając do moich ulubionych wersów „I love myself better than you/I know it’s wrong so what should I do?” jeszcze od siebie „No, it’s absolutely not!”.