Jak zostałam konsultantką firmy Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

Niniejszym otwieram na blogu nową kategorię „WyglądanNie jak przez okno”, do śledzenia której serdecznie zapraszam!
💄
💄💄💋💋💋💅💅💅👠👠👠👗👗👗

Na początku chciałam oświadczyć, że nie jest to tzw. wpis sponsorowany. Posiadam niezwykłą umiejętność nie tylko niezarabiania na tym, na czym udaje się zarabiać innym ludziom, ale również dokładania do tego wielokrotności ich zarobków. Więcej na ten temat pisałam w tekście „Jak nie osiągnąć sukcesu”.

Kilka miesięcy temu pojawiła się w mojej pracy konsultantka firmy Mary Kay, oferując wszystkim pracownicom mojej placówki swój czas i wiedzę dotyczącą dbania o skórę oraz konsultację z zakresu pielęgnacji twarzy. Byłam trochę sceptycznie nastawiona, głównie dlatego, że nie spotkałam jeszcze nikogo (dermatologów nie wyłączając), kto doradziłby mi naprawdę sensownie. Jednak pasja, niesamowita wiedza o skórze i ogromna kompetencja tejże konsultantki sprawiły, że dziś… sama jestem konsultantką Mary Kay!

1. Z pamiętnika młodej chemiczki

Doradzanie w kwestiach kosmetycznych wiąże się jednak chciał nie chciał z chemią, a moja historia z tą piękną dziedziną nauki skończyła się w szkole średniej w sposób następujący: nauczycielka tegoż przedmiotu – bardzo zresztą poczciwa – z pewnym wahaniem, wpisując mi do dziennika zaliczenie, zastrzegła:

– Zaliczam, ale proszę mi obiecać, że nigdy nie zwiąże pani swojego zawodowego życia z chemią.

– moja nauczycielka chemii

Kiedy skończyłam się śmiać i spostrzegłam, że jej twarz nawet nie drgnęła w jakimkolwiek grymasie, choćby z grubsza przypominającym uśmiech, zaczęłam nabierać podejrzeń, że być może mówiła poważnie. Wszelkie wątpliwości rozwiał jej błagalny szept:

– Proszę obiecać…

Przez wszystkie te lata żyłam z brzemieniem złożonej onegdaj obietnicy – niezbyt zresztą, mówiąc szczerze, odczuwalnym. Aż do momentu, w którym stałam się konsultantką Mary Kay, teoretycznie posiadającą wszelkie prawa do opowiadania o składzie i działaniu kosmetyków tej firmy, a także doradzania w doborze odpowiednich. Zrozumiałam wtedy, że nie tyle w obietnicy pies jest pogrzebany, lecz w mojej, wstyd przyznać, kolosalnej niewiedzy. Choć nieraz na potrzeby wpisów musiałam się zagłębić w dziedzinę dotąd mi nieznaną i choć moi cudowni wychowankowie (zachwyceni tym, że im czasem pomagam w matematyce i namawiający mnie ciągle, bym „zrobiła papiery” i uczyła jej w szkole oprócz polskiego) twierdzą, że „jeszcze przez dwa lata mój mózg będzie bez problemu przyswajał nowe rzeczy”, jednak mam przeczucie graniczące z pewnością, że chemia już na zawsze niestety pozostanie dla mnie w przybranym onegdaj kształcie wielkiego znaku zapytania.
Jasnym punktem bycia konsultantką jest to, że – mimo samej nazwy – nie jestem zobligowana do organizowania spotkań, opowiadania o kosmetykach i sprzedawania ich innym. (Mogę to robić, ale nie muszę.) Mam natomiast spory rabat, który umożliwia mi zrobienie większych zakupów niż te, na które normalnie mogłabym sobie pozwolić. Czyli, reasumując, na to, na czym inne konsultantki zarabiają (zamawiając dla swoich klientek taniej, a sprzedając im po wyższej, katalogowej cenie), ja… wydaję, ale mniej, niż wydawałabym, będąc klientką.

2. CodzienNa pielęgnacja twarzy i ust, czyli Age Minimize  3D™ Time Wise®
oraz Satin Lips

fot. Marianna Patkowska

Pierwszym odkryciem konsultantki, z którą się spotkałam, był wstrząsający dla mnie fakt, że… dotychczas nie dbałam o swoją skórę w sposób prawidłowy. Korzystałam co wieczór z wielu kosmetyków, różnych zresztą marek, poświęcałam pielęgnacji twarzy jakiś czas, więc byłam przekonana, że opiekuję się nią właściwie. Co prawda po umyciu twarzy żelem (często z jakimś lekkim peelingiem) moja skóra była napięta, sucha i domagająca się toniku, a potem kremu, który rano nadal czułam na twarzy (ostatnio się dowiedziałam, że to właśnie nazywamy filmem), ale nie przyszło mi do głowy, że coś tu jest nie tak.

fot. Marianna Patkowska

Konsultantka zaproponowała mi oczyszczające mleczko 4w1 Age Minimize 3D™ TimeWise® (zdecydowałam się wtedy również na krem na noc i na dzień z tej samej serii), które zrewolucjonizowało wszystko! Kosmetyk ten jest niesamowicie delikatny, zawiera w sobie już od razu tonik i bardzo ładnie usuwa makijaż (wystarczy przed myciem twarzy usunąć płynem do demakijażu jedynie tusz z rzęs), a przede wszystkim wszelkie toksyny. Ma lekkie drobinki, które złuszczają martwy naskórek, jednak nie jest to typowy peeling i można (a nawet trzeba!) używać go dwa razy dziennie. Mycie twarzy mleczkiem i smarowanie jej kremem na dzień bezpośrednio przed nałożeniem makijażu było dla mnie kolejną nowością, ponieważ do tej pory ze względu na wspomnianą kondycję skóry po myciu i film po kremie, rano przemywałam twarz tylko zimną wodą, a potem płynem micelarnym, żeby była świeża, a makijaż się nie utopił w kremie. Mleczko 4w1 Age Minimize 3D™ TimeWise® rzeczywiście sprawiło, że moja skóra zaraz po myciu była delikatna, nienapięta i dało mi poczucie lekkości. Kolejnym krokiem (rano i wieczorem!) jest aplikacja przeciwzmarszczkowego kremu pod oczy Age Minimize 3D™ TimeWise®, który nakładamy w pewnej odległości od samego oka, mniej więcej centymetr poniżej (o czym oczywiście nie wiedziałam, bo zawsze ładowałam tuż pod oko), a następnie kremu: rano będzie to rewitalizujący krem na dzień Age Minimize 3D™, który pięknie nawilża skórę i pomaga odbudować jej sprężystość i elastyczność, a wieczorem – regenerujący krem na noc Age Minimize 3D™ TimeWise®, również nawilżający, ujędrniający, wygładzający i głęboko odżywiający.
Ogromną zaletą wszystkich tych kosmetyków jest to, że są niesamowicie wydajne i że wyciska się ich jednorazowo dosłownie kroplę wielkości ziarnka grochu. Mnie cały ten zestaw, używany dwa razy dziennie każdego dnia bez wyjątków, starczył na ponad cztery miesiące. Warto też wspomnieć, że dostaniemy każdy z tych produktów w dwóch wariantach: do skóry normalnej i suchej oraz do skóry mieszanej i tłustej.

fot. Marianna Patkowska

Jeśli chodzi o moją codzienną pielęgnację twarzy, wspaniałą sprawą jest też dwukosmetykowy zestaw Satin Lips. Składa się z peelingu do ust, na wcieranie którego dobrze poświęcić około dwóch minut (następnie należy go spłukać) oraz mocno nawilżającego balsamu do ust, który należy wsmarować w usta i zostawić. Te cuda pomogły mi przetrwać – nie strasząc swoim wyglądem bliźnich – zimę, podczas której moja skóra, zwłaszcza w tej części Polski, domaga się szczególnego nawilżenia.
Znakomitym produktem, którego – jeśli w ciągu dnia miałam makijaż – używam do samych rzęs wieczorem, jest też beztłuszczowy płyn do demakijażu oczu.
Jeśli jednak nasza skóra miewa niedoskonałości i mimo takiej codziennej pielęgnacji nadal nie jest idealna, warto raz lub dwa razy w tygodniu zrobić sobie też zabieg mikrodermabrazji. Zestaw do mikrodermabrazji TimeWise® w wersji mini akurat dostałam (w gratisie) od swojej konsultantki, kiedy nadal efekty stosowania zakupionych kosmetyków – mleczka i kremów – nie były spektakularne (cały czas pozostajemy w kontakcie, jeśli cokolwiek się dzieje, ona przyjeżdża i ustala plan dalszego działania). Ten zestaw z kolei składa się z preparatu złuszczającego naskórek, który trzeba wcierać w lekko nawilżoną skórę twarzy, najlepiej ok. trzech minut oraz kremu zamykającego pory, który nakładamy po zmyciu pierwszego preparatu i wytarciu twarzy. Przez pewien czas używałam też głęboko oczyszczającej maski z aktywnym węglem Clear Proof®, którą również dostałam od swojej konsultantki (odlała mi do mojego pojemniczka tyle, ile było mi trzeba i potem instruowała kiedy i w jakiej częstotliwości ją stosować, a kiedy mogę ją już odstawić).
Przeczekałam najgorsze (trzeba pamiętać, że mleczko usuwa toksyny, więc – podobnie jak przy piciu czystka, co nota bene również bardzo polecam – wszelkie niedoskonałości mogą się nam najpierw pojawić na twarzy, by już potem był spokój na długo) i teraz jest już wreszcie wspaniale! Nigdy aż tak nie lubiłam swojej skóry, a wieczorne pozbywanie się makijażu jest jeszcze przyjemniejsze!

3. Pielęgnacja dłoni i ciała, czyli
Satin Hands oraz balsam po kąpieli

fot. Marianna Patkowska

Zima w Tatrach, suchość powietrza, a także smog sprawiają, że bez kremu do rąk w torebce nie ruszam się z domu, a moje łydki, pięty, łokcie i dłonie wymagają znacznie większego, niż w innych porach roku, nawilżenia. Mam bogate doświadczenie z wszelkiego typu kremami do rąk. Przez pewien czas pomagały mi tylko te zawierające mocznik, ale po jakimś czasie ich skuteczność jakby zmalała. Znalezienie więc (wreszcie!) kremu do rąk, którego wystarczy użyć jedynie dwa razy w ciągu dnia (rano przed wyjściem i wieczorem po kąpieli) wprawiło mnie w osłupienie. Tym kremem jest Satin Hands. Jednak co może być lepsze od jednego kosmetyku? Tylko więcej kosmetyków!

fot. Marianna Patkowska

Oprócz kremu solo, dostaniemy również Satin Hands w zestawie, który składa się z opisanego kremu do rąk, kremu zmiękczającego skórę oraz peelingu myjącego. Jeśli nasze dłonie są popękane, spierzchnięte i wymagające nawilżenia, dobrze jest raz w tygodniu zrobić sobie następujący zabieg: nasmarować ręce kremem zmiękczającym skórę, potem na niego wycisnąć niedużą ilość peelingu i mocno rozmasować ręce o siebie, a na końcu zmyć wszystko ciepłą wodą i nasmarować dłonie kremem do rąk. (Zdarza mi się używać tego zestawu także do pięt i łokci, co również mogę polecić.) Żeby osiągnąć rezultat, najlepiej powtarzać tę czynność co tydzień przez całą zimę, natomiast kremu do rąk należy używać codziennie, najlepiej dwa razy.
Sam krem zmiękczający skórę jest zresztą fantastycznym, dosyć tłustym kosmetykiem, który bez trudu poradzi sobie z wszelkimi miejscami, wymagającymi otoczenia szczególną troską. Ostatnio miałam poważniejsze problemy z zatokami, brałam antybiotyk i moje usta dosłownie pokryły się sztywną skorupą (mimo pielęgnacji serią Satin Lips – sytuacja była ekstremalna). Przez dwa dni smarowałam je tym kremem i… wróciły do siebie.
Składając na stronie Mary Kay swoje największe zamówienie (które równocześnie sprawiło, że uzyskałam status konsultantki), dostałam w gratisie od firmy balsam do ciała Chase a Rainbow. Pachnie naprawdę przepięknie (lekko, świeżo, kwiatowo) i jest równie skuteczny jak krem do rąk Satin Hands.

fot. Marianna Patkowska

4. Makijaż dzienNy

fot. Marianna Patkowska

Makijaż dzienny wykonywany codziennie to coś, co nie przypuszczałam, że mi się kiedykolwiek przytrafi. Pracowałam w wielu miejscach i ranne robienie bądź nierobienie makijażu zależało jedynie od mojej chęci, a głównie prostego wyboru między dłuższym snem a byciem piękną, co właściwie trudno nawet nazwać wyborem dla osoby, która ceni sen tak bardzo jak ja. Jednak od września ubiegłego roku doszłam do pewnego wniosku: otóż nie malujemy się dla mężczyzn, bo ci, którzy to zauważają (więc przykładają do makijażu zbyt dużą wagę) nie są nas na ogół warci, a ci, którzy są, są tak zachwyceni całą resztą, że nie zwracają na to uwagi. Nie malujemy się dla kobiet, bo te które nas już nienawidzą, nienawidzą nas równie mocno bez makijażu, a te, które kochają, dążą do tego, żeby zobaczyć nas sauté. W końcu nie malujemy się też dla siebie, bo nie zawsze przecież mamy na makijaż ochotę. Brutalna prawda, proszę Państwa, jest taka, że… malujemy się dla dzieci! Moje dzieci są tak spostrzegawcze i zauważają takie detale mojego wyglądu, że… troszkę się chyba ciągle jeszcze boję pokazać im zupełnie nieumalowana.
Podstawą makijażu oczu są dla mnie niezmiennie czerwone krople do oczu Starazolin oraz zalotka, którą zakręcam sobie rzęsy, za każdym razem się śmiejąc, bo staje mi przed oczami moja mama, która stwierdziła kiedyś:

nie używam zalotki, bo boję się, że sobie wywinę rzęsy w drugą stronę.

– moja mama

(Z drugiej strony, jeśli uświadomimy sobie, że mówimy o osobie, której udało się kiedyś znaleźć ość w… sushi, staniemy się wobec jej oporów nieco bardziej pobłażliwi.)

fot. Marianna Patkowska

Dzienny makijaż nakładany rano musi w moim odczuciu spełniać jeden warunek – czas jego wykonania nie może przekraczać pięciu minut. Z tego właśnie powodu często odpuszczałam sobie rano zabawę z podkładem, którego używanie mnie stresowało, bo… nie potrafiłam go nigdy odpowiednio dobrać.
Wystarczyło jedno wnikliwe spojrzenie na mnie wprawnego oka konsultantki Mary Kay, bym wreszcie odnalazła idealny dla swojej jasnej karnacji
matujący podkład w płynie TimeWise®! (Osobiście bardzo nie lubię się świecić, więc podkład matowy jest tym, co mi najbardziej odpowiada, ale w ofercie Mary Kay znajdziemy również rozświetlający podkład w płynie TimeWise®.) Udało mi się raz na zawsze pożegnać z koszmarną koncepcją smarowania podkładem części szyi, by… „wyrównać koloryt” (w praktyce kolory nadal były dwa, tylko linia przejścia przebiegała nieco niżej). Podkładu Mary Kay używa się – jak każdego kosmetyku tej firmy – niewielką ilość (jedną, dwie małe krople). Rozsmarowuje się ją w palcach, a potem nakłada na twarz jak krem, pokrywając całą jej powierzchnię (rano nie nakładam cieni na oczy, więc lubię przejechać sobie fluidem po powiekach). Można zapomnieć o korektorze.
Konsultantka przekonała mnie do odejścia od pudru transparentnego, którego koncepcję pokochałam wiele lat temu i zachęciła mnie do dania szansy mineralnemu podkładowi pudrowemu Ivory 2.  Dostępnego w zestawie startowym dla konsultantek ciemniejszego mineralnego podkładu pudrowego Beige 1 używam jako bronzera, a aplikuję go znakomitym pędzlem z tego samego zestawu. I rzeczywiście jestem bardzo zadowolona, jednak prawdziwym hitem jest tusz do rzęs Lash Intensity™! Jeśli chodzi o malowanie rzęs, jestem bardzo wybredna i mam swoje wypróbowane triki. Od wielu lat nie maluję rzęs jednorazowo tylko jednym tuszem, potrzebuję na początku nałożyć na nie białą bazę, więc do tuszu Mary Kay podeszłam dosyć sceptycznie. I… od pierwszego użycia, stosuję go codziennie do pracy, nie łącząc z niczym innym i dając moim biednym rzęsom wreszcie odpocząć! Ma piękny, głęboki czarny kolor (wbrew pozorom, nie wszystkie czarne tusze mają wyrazistą czerń) i pięknie podkreśla rzęsy (zwłaszcza te podkręcone wcześniej zalotką). Ust na co dzień nie maluję, bo w ciągu dnia ciągle coś jem, albo piję, albo mówię. Natomiast zawsze przed wyjściem je nawilżam balsamem do ust Satin Lips.
Od momentu otworzenia w łóżku kaprawego oka (jednego z drugim zresztą – stąd Starazolin) do zamykania mieszkania na klucz po porannej toalecie (włączając w to umycie twarzy i nałożenie kremów) i zrobieniu lekkiego makijażu mija najczęściej 20 do maksymalnie 25 minut. Sam makijaż zajmuje od czterech do pięciu.

5. Makijaż wieczorowy

fot. Marianna Patkowska

O ile makijaż dzienny wykonywany rano, przez robienie go w półśnie, jest dla mnie katorgą (w przeciwieństwie do makijażu dziennego, który mogę wykonać niekoniecznie o 7.00 i na który mam więcej czasu, np. idąc z kimś na kawę koło południa), o tyle nie wyobrażam sobie żadnego większego wyjścia na koncert, do teatru, opery czy na wernisaż bez porządnego makijażu wieczorowego, przy którym mogę się trochę zabawić. Oczywiście brak cienia na powiekach czy umalowanych ust to faux pas, na które nigdy bym sobie nie pozwoliła. Nie zawsze makijaż wieczorowy musi być makijażem bardzo mocnym czy teatralnym, zawsze jednak musi mieć jakąś koncepcję, myśl przewodnią i przede wszystkim pasować do szpilek, paznokci i torebki!

fot. Marianna Patkowska

Skoro już mowa o ustach, zachwyciła mnie seria metalicznych szminek w płynie At Play®, a zwłaszcza dwa przestawione na powyższych (i poniższych) zdjęciach kolory: brzoskwiniowa Petal to Metal oraz niebieska Royal Foil, których szczęśliwą posiadaczką szybko się stałam. A co do oczu na wieczór… Moja konsultantka pomalowała mnie kiedyś, u mnie w domu, zestawem czterech cieni Berry Haute, wobec koloru których prawdopodobnie przeszłabym w sklepie obojętnie. O ile ciemny, głęboki fiolet wpadający w bordo (czyli gwóźdź programu, jeśli chodzi o ten zestaw) lubię na paznokciach, a czasem nawet na ustach, o tyle w życiu z własnej woli nie położyłabym go sobie na powieki. Tymczasem okazało się, że wydobył on z oczu coś bardzo ciekawego i moja konsultantka od razu to wiedziała (kolejny powód, dla którego nie powinnam doradzać innym ludziom). Bardzo przyjemnie mi było powitać go w mojej szafce na kosmetyki, razem zresztą z rewelacyjnym pędzelkiem do nakładania cieni. Ostatnim już produktem, który również był dla mnie pewnego rodzaju zaskoczeniem, jest konturówka do oczu. Zwykłych kredek nie bardzo umiem używać i dotychczas byłam wierna tylko eyelinerom. Jednak kiedy ostatni, który nabyłam w drogerii, okazał się

eyelinerem do oczu w płynie,

– napis na etykiecie niedawno kupionego eylinera, który zauważyłam dopiero po powrocie do domu

jestem z nim bardzo ostrożna, bo nie bardzo wiem, jak zareaguje na oczy w stałym stanie skupienia, a dysponuję jedynie takimi. Pomyślałam, że to świetny moment, by przeprosić się z kredką do oczu. Konturówka Mary Kay jest czymś pomiędzy tradycyjną kredką a eyelinerem w sztyfcie. Bardzo ładnie się rozciera. Można nią szybko i prosto zrobić zarówno ostrzejsze, jak i łagodniejsze kreski. Dodatkowo ma wbudowaną temperówkę, co pozwala dostosować ją do swoich potrzeb, a do tego występuje aż w pięciu wariantach kolorystycznych, którymi wyczarujemy każdy nienachalny wieczorowy wygląd!

fot. Marianna Patkowska

6. Konsultantką być…

fot. Marianna Patkowska

Dużo w internecie przeczytamy na temat Mary Kay. Zarówno zachwytów (czasem niepokojąco wręcz entuzjastycznych), jak i tragicznych historii kobiet, które wpędziły się w ogromne kredyty, mamione wizją szybkiego zarobku.

fot. Marianna Patkowska

Bardzo wyraźnie chciałabym więc zaznaczyć, że choć jestem naprawdę zadowolona z opisywanych tu kosmetyków, które już od dłuższego czasu mi znakomicie służą, czym innym jest kupowanie ich, a czym innym wejście w struktury firmy i zajęcie się poważniejszą sprzedażą (z czym jestem akurat ostrożna i wszystkim innym ostrożność również doradzam). Wbrew pozorom, Mary Kay to tylko kosmetyki. Dobrej jakości, ale tylko kosmetyki, a nie styl, czy – o zgrozo – sens życia!
Mnie do zasilenia szeregów tzw. konsultantek tej firmy skłoniła tylko jedna rzecz – możliwość 40% zniżki przy każdych zakupach kosmetyków, których wiem, że co najmniej kilka najbliższych miesięcy będę chciała na pewno używać. Być może jakaś moja koleżanka (może Czytelniczka!) będzie chciała coś dla siebie za moim pośrednictwem zamówić. Nie mam jednak założenia, że cokolwiek z tego, co już wydałam mi się zwróci. (Podobnie, jak robiąc zakupy w drogerii, nie zakładam, że coś będę odsprzedawać później znajomym.) Z drugiej strony są też osoby, które mają prawdziwy talent i ogromną pasję do dobierania odpowiednich kosmetyków kobietom, a do tego wszystkiego również imponującą wiedzę. (Jak moja konsultantka, która wyprowadziła moją cerę na prostą, choć ta się nam w międzyczasie trochę buntowała i doskonale wiem, że nie była prostym przypadkiem.) Jeśli więc do tego wszystkiego potrafią te umiejętności i zamiłowanie przekuć w zarobek, to świetnie! Jeśli mogę o cokolwiek zaapelować, to tylko o samodzielne myślenie i podejmowanie każdej decyzji bez niczyich nacisków i presji. Słuchajmy oczywiście dobrych rad, ale nie podejmujmy ostatecznych (dla naszego portfela) decyzji pod wpływem emocji i chwili.
Żeby zostać konsultantką, trzeba kupić pakiet na łączną kwotę 499 zł. Jest to, oczywiście dużo pieniędzy, ale też dostaniemy za to dużo kosmetyków. W pakiecie znajdziemy:

oraz akcesoria stricte dla konsultantek chcących sprzedawać, czyli:

  • jednorazowe szczoteczki do tuszu (dla klientek)
  • jednorazowe tacki pokazowe
  • całe mnóstwo atrakcyjnie wyglądającej literatury fachowej

Warto spotkać się z rzetelną (!) konsultantką (czyli nie mną) chociaż raz, żeby nam doradziła i przede wszystkim oceniła, czego potrzebujemy, a czego nie (i pozwoliła wypróbować te kosmetyki na sobie). Mnie udało się na przykład zupełnie przegapić moment, kiedy moja skóra zmieniła się z mieszanej na suchą (do czego trochę się sama przyczyniłam, stosując źle dobrane kosmetyki, a trochę też zawiniły zmiana klimatu i smog). Dobra konsultantka skupi się na indywidualnych potrzebach swojej klientki. Moim celem, który udało się w całkiem niedługim czasie, mimo różnych przeszkód (m.in. częstych chorób i wielu leków) osiągnąć, było uzyskanie zdrowego i świeżego wyglądu skóry. Kosmetyki kolorowe, do malowania, kupiłam, bo po prostu je lubię, ale nie były moją pierwszą potrzebą. Warto przeanalizować skład zestawu startowego, bo jeśli bardziej zainteresował nas zestaw Satin Lips i metaliczne szminki w płynie, nie bardzo opłaca się nam w niego inwestować. Z drugiej strony, tylko w dniu jego zakupu mamy na wszystkie produkty (kupowane oprócz zestawu) jeszcze 50% rabatu, więc jeśli omówić taki wydatek i przede wszystkim potrzeby z koleżankami, może się okazać, że taki zakup ma jednak sens.
Tak czy siak, kupujmy z głową, którą – przyznaję – można dla Mary Kay na chwilę stracić, ale pamiętajmy, że to kosmetyki mają służyć nam, a nie na odwrót! 😉

fot. Anna Patkowska

P.S. Na wszystkich zdjęciach mam na twarzy tylko i wyłącznie omawiane kosmetyki Mary Kay.

P.S. 2 Od niedawna sprzedaję kosmetyki Mary Kay – Wszystkich zainteresowanych zapraszam na swojego kosmetycznego fanpage’a oczami Mary Kay:

10 mężczyzn na 10 marca (kwiecień 2018 – marzec 2019)

Analogicznie do wpisu sprzed dwóch dni – „8 kobiet na 8 marca (kwiecień 2018 – marzec 2019)”, a także tego sprzed dokładnie roku – „10 mężczyzn na 10 marca”,  przedstawiam dziś, z okazji Dnia Mężczyzn, kolejną dziesiątkę panów, których twórczość i wrażliwość mocno na mnie wpłynęły w tym roku (od ubiegłorocznego święta do teraz).

Spis treści:

1. Piet Mondrian
2. Psubrat
3. Alexander McQueen
4. Michel Houellebecq
5. David Harrington
6. Krzysztof Penderecki
7. Yannis Kyriakides
8. Jurek Owsiak
9. Stromae
10. Janusz Korczak
11. Okoliczności śmierci Keitha Flinta

1. Piet Mondrian

Piet Mondrian jest jednym z tych artystów, którzy wywarli na moje życie ogromny wpływ bardzo wcześnie, co szczegółowo opisywałam TUTAJ.
W kwietniu ubiegłego roku, przy okazji wyjazdu do Hagi na występ Laurie Anderson, miałam ogromną przyjemność zobaczyć największą na świecie kolekcję prac tego artysty w Muzeum Miejskim Hagi (Gemeentemuseum Den Haag). Było to naprawdę wielkie i niesłychanie inspirujące przeżycie. Nie chciałabym się jednak powtarzać, więc tych, którzy jeszcze go nie czytali, zachęcam do lektury mojego sprawozdania z tej przygody: „Haga: wystawa prac Pieta Mondriana w Gemeentemuseum Den Haag ❤”
Bedankt, Piet!

2. Psubrat

Definicja słownikowa hasła „mężczyzna” brzmi:

osoba dorosła płci męskiej

– definicja słownikowa hasła „mężczyzna”

i choć z kolei w wyrazie „osoba” doszukać się można „jednostki ludzkiej”, ja jednak, skupiając się na tym, że „osoba” przede wszystkim posiada osobowość, postanowiłam umieścić w swoim zestawieniu zmarłego w czerwcu ubiegłego roku Psubrata – mojego pięknego zewnętrznie i wewnętrznie królika.
Nabyłam go rok po śmierci taty i bardzo szybko stał się integralną częścią naszej rodziny. Pokazał mi swój fascynujący króliczy świat, a jego odejście (choć żył zaskakująco, jak na królika, długo, bo aż dwanaście lat!) było dla mnie ciosem.
Życia bez niego musiałam się na nowo nauczyć, ale trochę mi w tym pomogło napisanie o nim kilku słów zaraz po jego śmierci (zachęcam do lektury wpisu „Psubrat we wspomnieniach”).
🥕
🥕🥕, 🥕🥕!

3. Alexander McQueen

Alexandra McQueena – projektanta, wizjonera, geniusza – znałam jako autora nieprawdopodobnych, ujmujących kreacji, jednak niewiele wiedziałam o jego życiu. W lipcu ubiegłego roku na polskie ekrany wszedł poruszający dokument „McQueen”, który wywarł na mnie ogromne wrażenie (pozostaję pod nim zresztą do teraz). Przedstawił bardzo chyba wiernie sylwetkę tego niesamowitego, skomplikowanego i złożonego człowieka. Człowieka, w którym kotłowało się mnóstwo emocji. Człowieka, który dźwigał ogromny ciężar własnej przytłaczającej wielkości. (O filmie pisałam szerzej TUTAJ.)
Thank you, Alex!

4. Michel Houellebecq

Michela Houellebecq’a pokochałam i czytałam już wiele lat temu, jednak chęć zrecenzowania w sierpniu ubiegłego roku na blogu jednej z jego ważniejszych dla mnie książek, „Uległości”, zmusiła mnie do przypomnienia sobie, czym mnie już dawno temu zauroczył i pod tym urokiem pozostałam na dłuższy czas.
Aktualność tej książki właśnie teraz, przy obecnej sytuacji politycznej (nie tylko zresztą w Polsce niestety) poraża i przeraża, ale równocześnie zmusza do refleksji nad tym, jak jesteśmy, jako ludzie, skonstruowani. Przynosi więc, paradoksalnie, też jakiś rodzaj ukojenia, bo Houellebecq, mając niesamowity dar obserwacji, stawia bardzo trafną diagnozę.
Pisząc swoją recenzję „Uległości” Michela Houellebecq’a, udało mi się też dotrzeć do Beaty Geppert – tłumaczki książek Houellebecq’a. Miałam wielki zaszczyt i przyjemność skonsultować z nią kilka kwestii i porozmawiać chwilę z kimś, na kogo ten niesamowity pisarz wpłynął równie mocno jak na mnie.
Merci, Michel!

5. David Harrington

Kronos Quartet jest jednym z najlepszych kwartetów smyczkowych na świecie, wielkim więc wydarzeniem (nie tylko dla mnie osobiście, ale przede wszystkim dla tego miasta) był jego koncert w Zakopanem, inaugurujący jubileuszową edycję X Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Kameralnej „Muzyka na Szczytach” (2018). Pierwszy skrzypek, David Harrington, zupełnie mnie zauroczył swoją delikatnością i wrażliwością już na pierwszym z nim spotkaniu w ramach Klubu Rozmów na Szczytach. Potem, po wspaniałym koncercie, miałam przyjemność pójść za kulisy pogratulować zespołowi i spotkałam się z olbrzymią serdecznością wszystkich jego członków. Udało mi się zapytać Davida Harringtona, który doskonale pamiętał mojego tatę, o współpracę z Laurie Anderson, z którą nagrali przepiękna płytę „Landfall”. Szerzej opisałam to spotkanie w tekstach: „Kronosi w Zakopanem!” oraz „Landfall”.
Thank you, David!

6. Krzysztof Penderecki

W ubiegłym roku Krzysztof Penderecki kończył 85 lat, z której to okazji w całej Polsce odbywały się uroczyste obchody tego jubileuszu w formie wielu wspaniałych koncertów. Przez większość swojego życia miałam pewien rozdźwięk między dwoma obliczami tego kompozytora. Z jednej strony pamiętałam go jako często bywającego u nas w moim dzieciństwie przyjaciela taty, fantastycznego kompozytora m.in. wybitnej muzyki elektroakustycznej i przemiłego człowieka z ogromnym dystansem do siebie i poczuciem humoru. Z drugiej zaś ten sam człowiek nieco później znacząco i w dosyć brutalny sposób odciął się od swojego macierzystego środowiska „Warszawskiej Jesieni”, z kolei na krakowskich koncertach będąc traktowanym przez publiczność z takim namaszczeniem, że kiedy śmiałam, klaszcząc, nie wstać (bo owacjami na stojąco nie zwykłam szastać), obdarowywano mnie zewsząd złowrogimi spojrzeniami. Popełnił też koncert fortepianowy „Zmartwychwstanie”, mający swoją polską premierę właśnie podczas WJ w 2002 roku i byłam w tej grupie słuchaczy, którzy opuścili w jego trakcie salę Filharmonii Narodowej, nie mogąc znieść pompatyczności nowej estetyki tego twórcy.
Jednak tegoroczna, wspominana już wyżej, edycja festiwalu „Muzyka na Szczytach”, również dosyć mocno skoncentrowana na ubiegłorocznym jubileuszu kompozytora, ukazała mi jeszcze jedną twarz Krzysztofa Pendereckiego. Twarz, której albo nie znałam, albo do której odkrycia musiałam dojrzeć – twarz niepodważalnego geniusza, który może i umie wszystko. Dopiero podczas tego festiwalu (we wrześniu 2018) miałam ogromną przyjemność zobaczyć perłę polskiej kinematografii, mianowicie „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa i zachwyciłam się doskonałą, odważną, świeżą i zupełnie ponadczasową muzyką Pendereckiego (zrealizowaną zresztą częściowo w studiu taty). O geniuszu jednak zapewnił mnie cały festiwal i poznanie w tak krótkim czasie bardzo wielu jego zupełnie od siebie różnych utworów, ukazujących niespotykane możliwości warsztatowe. Zobaczyłam twarz wielkiego kompozytora, który ma niesłychaną lekkość tworzenia i sprawia wrażenie, że się tym bawi. (Choć w dalszym ciągu wysłuchanie fragmentu „Zmartwychwstania” tylko raz, w zupełności mi wystarczy.)
Panie Krzysztofie, dziękuję!

P.S. Gorąco zachęcam do lektury mojej recenzji całej ubiegłorocznej „Muzyki na Szczytach”.

7. Yannis Kyriakides

Ten zjawiskowy grecki kompozytor, od lat mieszkający w Holandii, oczarował mnie już sześć lat temu swoim utworem „Telegraphic”, o czym bardziej szczegółowo pisałam zarówno w recenzji jego pięknej płyty „Antichamber”, jak i we wpisie o Psubracie, który wyraźnie na wspomniany wyżej utwór Kyriakidesa reagował.
W tym roku (od ostatniego Dnia Mężczyzn) najpierw z powodu śmierci mojego króliczka i opisywania go na blogu, a potem z powodu niewiarygodnej zaobserwowanej przeze mnie reakcji dzieci, które uczę na „Telegraphic”, odświeżyłam sobie tę kompozycję i zanurzyłam się w niej znowu na dłuższy czas. Artysta pozwolił mi zauważyć, że dziewięcio- i dziesięcioletnie dzieci odbierają muzykę w zupełnie inny sposób, niż dorośli. Puściłam im zresztą ten utwór w ramach eksperymentu, bo spodobały im się bardzo dźwięki alfabetu Morse’a, o którym mówiliśmy na języku polskim. Pomyślałam, że skoro to na nie oddziałuje, to istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że podobnie przyjmą też „Telegraphic”. Rzeczywistość przerosła jednak moje najśmielsze oczekiwania, bo dzieci – pozbawione jeszcze myślenia schematycznego – absolutnie się w nim zakochały i potem na każdej lekcji dopytywały,

czy jeszcze im puszczę morsową piosenkę?

– pytania moich dzieci na lekcjach polskiego

Wzruszył mnie też mały chłopczyk, który wlepił we mnie swoje ogromne ślepka i niemal płacząc, stwierdził:

to jest takie przepiękne…

– reakcja dziesięciolatka na „Telegraphic” Kyriakidesa

I miał rację, bo to naprawdę wyjątkowy utwór…
Σας ευχαριστώ, Γιάννη!

8. Jurek Owsiak

Są takie osoby, które tak nas przyzwyczaiły do niekończących się pokładów energii, czynienia dobra wbrew wszelkim przeciwnościom, niegasnącego optymizmu i rozmachu, że przestajemy je w ogóle postrzegać jak zwykłych ludzi, którzy mimo wszystko mają przecież swoje ograniczenia, słabości, wytrzymałość i może przesunięte, ale jednak granice odporności.
Złapałam się na niebezpieczeństwie podobnego myślenia po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska – Pawła Adamowicza, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam tak przybitego i poddającego się Jurka Owsiaka – nasz narodowy skarb. Doszło do mnie z jakim ogromem hejtu, pomówień i wylewanych na siebie pomyj musi się codziennie zmierzać, a śmierć przyjaciela spowodowała, że coś w nim pękło. Dbajmy o ludzi, którzy są dla nas tak ważni i tak nam potrzebni, jeśli rzeczywiście chcemy, żeby zwyciężyło dobro.
Jurku, dziękuję!

9. Stromae

Stromae zachwycił mnie wszystkim! Swoją kreacją, nieoczywistością, głosem, oryginalnością i kipiącym z niego artyzmem. Jego piosenki przez dłuższy czas stanowiły ścieżkę dźwiękową dla mojego codziennego życia. Więcej na temat tej fascynacji napisałam w tekście „Stromae – Jacques Brel muzyki tanecznej”.
Stromae, merci!

10. Janusz Korczak

Kiedy we wrześniu ubiegłego roku przychodziłam, z drżeniem, na swoje pierwsze w życiu lekcje w szkole podstawowej, nie bardzo wiedziałam co myśleć, czego się spodziewać. Nie miałam dotąd właściwie żadnego kontaktu z dziećmi w takim wieku (9 – 12) i zakładałam, że prawdopodobnie nie znajdziemy wspólnego języka. A raczej bałam się, że nie zostanę przez dzieci zaakceptowana. Tydzień później… zakochałam się we wszystkich swoich dzieciach i w pracy, którą właśnie rozpoczęłam. Choć całą sobą nie znoszę instytucji szkoły, nie bardzo solidaryzuję się z grupą społeczną, jaką stanowią nauczyciele, a własną podstawówkę wspominam jak najgorszy koszmar, jednak współpraca z dziećmi, uczenie się od nich, dawanie im najlepszej części siebie i dostawanie w zamian niesamowitej dawki pozytywnej energii (o dowodach miłości i oddania nie wspominając) jest jedną z najpiękniejszych przygód, jaka mi się przytrafiła.
Do tej pory nie jestem zbyt biegła w dzienniku (który, gdyby szatan istniał, byłby z pewnością jego wymysłem), nie mam wrodzonej łatwości w socjalizowaniu się z resztą pedagogicznego ciała, popełniam prawdopodobnie mnóstwo dydaktycznych błędów, jednak odkryłam też w sobie dar, o którego istnieniu nie wiedziałam – intuicję, która mnie jeszcze nigdy nie zawiodła, jak obchodzić się z dziećmi.
Szokująca była dla mnie niedawna lektura „Myśli” Janusza Korczaka, który niemal wiek temu sformułował wszystko to, co gdzieś we mnie w środku jest (nie wiem skąd) i wg czego intuicyjnie postępuję. W momentach zwątpienia cudownie znaleźć oparcie w kimś tak wspaniałym i pięknym!
Panie Januszu, dziękuję!

11. Okoliczności śmierci Keitha Flinta

Rok temu z okazji Dnia Mężczyzn opisywałam tragicznie zmarłego kilka dni temu Keitha Flinta. Ciągle bardzo trudno mi się pogodzić z jego przedwczesną śmiercią. Znane są już natomiast jej okoliczności – Keith Flint powiesił się, nie mogąc sobie poradzić z odejściem żony. Jest to jedna z najbardziej romantycznych i równocześnie tragicznych historii, jakie słyszałam. Keith poznał Mayumi Kai, japońską DJ-kę, w 2006 roku. Para zakochała się w sobie od pierwszego wejrzenia i po zaledwie kilku miesiącach wzięła ślub, od czego bardziej szokujące jest to, że przez pierwsze trzy miesiące tego małżeństwa nie umieli się ze sobą porozumieć, ponieważ Mayumi nie mówiła po angielsku, a Keith po japońsku. Bariera językowa nie była dla nich jednak problemem, szybko zresztą została pokonana, a związek przetrwał 12 lat. Flint wielokrotnie wspominał w wywiadach o tym, że to małżeństwo uratowało go od życia na haju, pomogło znaleźć prawdziwe szczęście i uwolnić się od nałogów. Definitywnie skończył z alkoholem i używkami już 10 lat temu. Para kupiła XV-wieczną angielską posiadłość i prowadziła sielskie, spokojne życie.
Rozwód i naciski byłej żony na sprzedaż posiadłości podobno załamały Keitha do tego stopnia, że nie potrafił się zmierzyć z trudną rzeczywistością. A nam wszystkim – fanom, entuzjastom – bardzo trudno się zmierzyć z rzeczywistością bez niego…

🌻🌻🌻Wszystkim Panom składam najserdecznNiejsze życzenia z okazji Dnia Mężczyzn, do których dołączam przepiękną piosenek z Kabaretu Starszych Panów – „O, Romeo” w poruszającym wykonaniu Kaliny Jędrusik.🌻🌻🌻

8 kobiet na 8 marca (kwiecień 2018 – marzec 2019)

Kiedy rok temu, niedługo zresztą po założeniu tego bloga, opublikowałam z okazji Dnia Kobiet wpis „8 kobiet na 8 marca”, nie miałam w planach robienia z wymyślonej wtedy formuły wpisu cyklicznego. Moim celem było uczczenie tego święta poprzez wskazanie ośmiu ważnych w moim życiu kobiet ze świata szeroko pojętej popkultury. Ośmiu kobiet, które swoją twórczością i wrażliwością wpłynęły na mnie.
W ciągu tego roku uzmysłowiłam sobie jednak, że przecież oprócz tych wielkich i ważnych miłości życia, które są dla nas źródłem nieustającej inspiracji, przytrafiają się nam też czasem miłości może mniejsze, może krótsze, ale wcale nie mniej ważne od tych pierwszych. Zdecydowałam się więc z okazji dzisiejszego Dnia Kobiet przedstawić listę ośmiu kobiet, których twórczość i wrażliwość mocno na mnie wpłynęły w tym roku (od ubiegłorocznego święta do teraz).

Spis treści:

1. India.Arie
2. Laurie Anderson
3. Aglaja Veteranyi
4. Jane Jacobs
5. Aga Czyż
6. Doda
7. Nadine Labaki
8. marianNa patkowska

1. India.Arie

India.Arie to artystka, którą oczywiście znałam, ale bardzo słabo. Trafiłam w internecie trochę przypadkiem na jej piosenkę (sprzed zresztą siedemnastu lat!) „The Truth” i zupełnie się zakochałam w jej sposobie opowiadania o uczuciach. W dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest zwątpić w miłość, bo z jednej strony nastawieni jesteśmy na wymienianie, a nie naprawianie, relacje bywają powierzchowne i płytkie, a przyjemność jednostki okazuje się wartością nadrzędną, a z drugiej z kolei strony mamy już tak dużą wiedzę dotyczącą chemii w mózgu, że większość „romantycznych” zachowań – dawniej raczej ze sfery magii – bardzo łatwo już wytłumaczyć w racjonalny, chłodny i medyczny sposób.
Do tego popkultura, choć zalewa nas miłosnymi tematami, są one jednak dość mocno spłycone do samego pożądania i namiętności (między rzecz jasna wyłącznie młodymi i pięknymi ludźmi), które – choć cudowne i przefajne – jednak wcale od razu miłości do zaistnienia nie potrzebują.
Dodatkowo jeśli ma się gdzieś w środku dużą potrzebę budowania czegoś głębszego, ważniejszego i woli się mieć wszystko, niż zadowalać się fragmentami, a równocześnie – jak ja – wrodzoną alergię na pensjonarskie romantyczne wizje księcia przybywającego na białym koniu do wypatrującej za nim oczy dziewicy, to jest się trochę w kropce. I tu pojawia się nagle piękna i utalentowana India.Arie, przypominając, że jeśli istnieje jakaś siła, która jest od nas potężniejsza, to jest nią z pewnością miłość.

I love the way he speaks
I love the way he thinks
I love the way that he treats his mama
I love that gap in between his teeth
Love him in every way that a woman can love a man
From personal to universal
But most of all it’s unconditional
You know what I’m talking about?
That’s the way I feel
And I always will
There ain’t no substitute for the truth
Either it is or it isn’t, ’cause he is the truth
You see the truth it needs no proof
Either it is or it isn’t
– India.Arie „The Truth”

Thank you, India!

2. Laurie Anderson

O tym, ile Laurie Anderson znaczy w moim życiu wie chyba każdy, kto choćby pobieżnie przejrzał moje teksty na tym blogu. Opisywałam ją już zresztą rok temu i nie powtarzałabym się, gdyby nie jedno niesamowite wydarzenie, jakie miało miejsce już po opublikowaniu poprzedniego wpisu na Dzień Kobiet. Otóż… pojechałam na jej koncert do Hagi i rozmawiałam z nią! Więcej, udało mi się nawet wyznać jej miłość i ją przytulić! Na samo wspomnienie tego momentu już mam gęsią skórkę.
Jeśli ktoś nie czytał jeszcze mojej relacji, zachęcam gorąco do lektury!

Thank you, Laurie!

3. Aglaja Veteranyi 

Rumuńska pisarka Aglaja Veteranyi podbiła moje serce już bardzo dawno temu niesamowitą, przejmującą, intrygującą i poruszającą książką „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze”. Piszę o niej jednak w kontekście mijającego roku dlatego, że przypomniał mi o jej cudowności kilka miesięcy temu Teatr Witkacego znakomitym spektaklem „Czy w niebie jest cyrk?” w reżyserii Justyny Kowalskiej (o którym pisałam TUTAJ).
Mulțumesc, Aglaja!

4. Jane Jacobs

Ten rok przyniósł mi też możliwość zobaczenia w kinie niezwykle ciekawego dokumentu „Obywatelka Jane. Walka o miasto” i zapoznania się z sylwetką Jane Jacobs – dziennikarki, pisarki, aktywistki miejskiej i wieloletniej mieszkanki Nowego Jorku, która znacząco wpłynęła na rozwój urbanistyki XX wieku, myśląc inaczej, nieszablonowo i przede wszystkim nie bojąc się mówić, co myślała (trzeba wziąć poprawkę na to, że były to lata 50. i 60. ubiegłego wieku). Więcej na temat tej niewiarygodnie inspirującej i mądrej kobiety napisałam w swojej recenzji filmu „Obywatelka Jane. Walka o miasto” (TUTAJ).
Thank you, Jane!

5. Aga Czyż

W czerwcu ukazała się, długo przez wszystkich fanów oczekiwana, znakomita debiutancka płyta Agi Czyż „A.” (opisywana przeze mnie TUTAJ). Agi nie znam osobiście, ale – przez wspólnych przyjaciół – mamy ze sobą bardzo serdeczny kontakt wirtualny, więc traktuję ją trochę jak koleżankę i jestem z niej niesłychanie dumna, bo stworzyła piękny, spójny, nastrojowy, oryginalny album zupełnie po swojemu. Zrobiła go tak, jak czuła, bez presji jakiejkolwiek firmy fonograficznej. Te dziewięć flirtujących z jazzem piosenek – dziewięć doskonale zaaranżowanych kompozycji i dziewięć głębokich, dających do myślenia tekstów – towarzyszyło mi w wielu cięższych momentach, dodając siły i nadziei na lepsze jutro.
Dzięki, Aga!

6. Doda

Od czasu jej wizyty w „Barze” (który bez niej zresztą nie miał najmniejszego sensu), zakochałam się w Dodzie bezwarunkowo. Zachwyciła mnie swoimi oczami, ale też swoją zadziornością, bezczelnością, dzikością i jakąś prawdą, którą od początku w niej wyczuwałam. Choć muzycznie (począwszy od repertuaru, a na warsztacie wokalnym skończywszy) jest mi z nią kompletnie nie po drodze (od samego początku jej kariery do ostatniej płyty włącznie, cenię ją natomiast bardzo za niewątpliwy talent aktorski), choć nie przepadam za wulgarnością i ordynarnością, którymi raczyła nas przez pierwsze lata dość hojnie, jednak moja sympatia była ponad te wszystkie w gruncie rzeczy drobiazgi.
Znalazła się w tym zestawieniu za sprawą osiągnięcia, jakie nie śniło się chyba jeszcze nikomu! Po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, kiedy spadł na nas wszystkich ciężar zupełnej bezsilności i rozpaczy, Doda wyskoczyła spod prysznica w ręczniku na głowie, nagrać filmik na Instagrama, że „tak jej właśnie przyszło do głowy, żeby wspólnie ze wszystkimi muzycznymi gwiazdami polskiej sceny zagrać charytatywnie jeden koncert, którego hasłem przewodnim będzie sprzeciwienie się hejtowi i rozlewającej się szeroko nienawiści”. Oczywiście byli i tacy, którzy zarzucali jej (co bardzo zresztą krzywdzące) promowanie się kosztem tragedii, których raził w oczy jej ręcznik na głowie (zupełnie jakby nie była… Dodą), ale nie zmienia to faktu, że… zaledwie półtora miesiąca później, właściwie bez żadnego budżetu, odbył się wzruszający koncert w ogromnej łódzkiej Atlas Arenie, na którym wystąpiło 120 artystów reprezentujących wszystkie możliwe pokolenia i gatunki muzyczne, solidaryzujących się z jednym pięknym hasłem: Artyści Przeciw Nienawiści.
Wysłuchałam całej relacji z tego wydarzenia w internecie, do czego też zachęcam wszystkich:

Szczerze mnie wzruszyła. Odłożyłam na bok swoje wygórowane artystycznie oczekiwania i zobaczyłam (zwłaszcza w mini wywiadach na początku) zwykłych ludzi z krwi i kości, których mimo wszelkich różnic łączy ten sam zdecydowany sprzeciw wobec bezkarnego hejtu. To niesłychanie budujące i przywracające wiarę w człowieka. Doda dokonała rzeczy naprawdę wielkiej, za co należy się jej od każdego dozgonny szacunek.
Dzięki, Doda!

7. Nadine Labaki

Piękna (wewnętrznie i zewnętrznie!) libańska reżyserka Nadine Labaki poruszyła moje najczulsze struny jednym z najlepszych filmów tego roku, a nawet chyba kilku ostatnich lat, mianowicie „Kafarnaum” (o którym pisałam szerzej TUTAJ). Mocny, przejmujący, otwierający nam – mieszkającym w bogatej Europie – oczy na tragedię prawdziwej biedy i głodu panujących w krajach arabskich, z których w większości nie zdajemy sobie nawet sprawy. Reżyserka fascynuje mnie swoim na wskroś artystycznym podejściem do tworzenia filmów i niespotykaną wrażliwością na drugiego człowieka.
شكراً لك يا نادين!

8. marianNa patkowska

To, że znalazłam się w tym zestawieniu może zastanawiać. Oczywiście, że nie wpłynęłam na siebie w sposób jakkolwiek porównywalny z opisanymi wyżej kobietami. Jednak… jak już kiedyś wspominałam, celem tego bloga było dla mnie to, by zacząć się wreszcie postrzegać jako całość, choć to pewnie złudne, bo nigdy nie zobaczymy się z zewnątrz z potrzebnym do tego całkowitym dystansem. Tak czy inaczej, zależało mi na tym, żeby móc się poznać od środka troszkę mniej fragmentarycznie, tak jak znam nie tylko swoje dłonie czy stopy, ale również swoje lustrzane odbicie czy utrwalony przez obiektyw wygląd całej swojej sylwetki.
Dopiero regularne pisanie, do którego zmusiło mnie założenie tego bloga, pomogło mi znaleźć jakikolwiek zarys swojej osobowości, swojego wnętrza. Zaczęłam rozumieć, że mnogość moich zainteresowań i pasji to niekoniecznie osobowość wieloraka i że w nich samych (a raczej moim do nich stosunku) też są punkty styczne, co zobaczyłam dopiero w narracji, którą zaczęłam tu prowadzić.
Nadal z tego, co napisałam, nie musi wcale wynikać, skąd się wzięłam w dzisiejszym akurat wpisie, ale ponieważ po raz pierwszy zobaczyłam w sobie w miarę spójną kobietę i to za sprawą tego akurat bloga, którego jestem pomysłodawczynią i autorką, pomyślałam, że być może warto się tym podzielić ze światem. Ale istnieje oczywiście też szansa, że nie miałam racji.

🌹🌹🌹 Wszystkim Paniom składam najserdecznNiejsze życzenia z okazji Dnia Kobiet, do których dołączam jedną z moich ukochańszych piosenek z Kabaretu Starszych Panów – „Bez Ciebie” w bezbłędnym wykonaniu Wiesława Michnikowskiego.🌹🌹🌹

„Kafarnaum”

scenariusz: Nadine Labaki, Khaled Mouzanar, Michelle Kesrouani, Jihad Hojeily
reżyseria: Nadine Labaki
gatunek: dramat
produkcja: USA, Liban
rok powstania: 2018
oryginalny tytuł: Cafarnaúm
pełny opis filmu wraz z obsadą

Liban, Bejrut. Dwunastoletni Zain pozywa swoich rodziców o to… że się urodził. Choć sam pomysł brzmi raczej jak ponury żart,  im lepiej poznajemy w filmie losy chłopca oraz warunki, w jakich żyje, tym bardziej dociera do nas, że nie tylko żartem nie jest, lecz stanowi bardzo ważny głos w dyskusji o tym, czy wolno nam powoływać do życia nowego człowieka, równocześnie nie zapewniając mu podstawowych praw („papierów”, których wątek przewija się w filmie)? Czy sprowadzenie na świat pełen nędzy, głodu, przemocy, brudu i beznadziei (realia przedstawionych bohaterów) nowego istnienia jest aktem miłości czy może bezmyślnego okrucieństwa. Na pewno ciężko zadawać takie pytania w naszym kręgu kulturowym; z bardzo różnych zresztą powodów. „Kafarnaum” odsłania przed nami egzotyczny i przerażający obraz rzeczywistości, o której większość z nas wie mało. I wobec tej rzeczywistości ogarnąć nas może chyba tylko bezkresna bezsilność.
Poznajemy chłopca, który żyje w warunkach urągających ludzkiej godności z mnóstwem rodzeństwa i rodzicami, którzy nie potrafią swojej roli sprostać. Chłopca, który ciężko pracuje, ale nie może sobie pozwolić na luksus chodzenia do szkoły, choć bardzo by tego chciał. Chłopca, który choć „metrykalnie” jest jeszcze dzieckiem, ma oczy przepełnione smutkiem dojrzałego mężczyzny, który przeżył piekło. („Metrykalnie” zresztą nie wie nawet sam, ile ma lat, ponieważ metryki nigdy nie posiadał.) Zain zachowuje się trochę jak dzikie zwierzę – doskonale zna prawa, którymi rządzi się ulica, zna jej język (także ten pięści), równocześnie jest bardzo nieufny (scena, w której nieznajomy kupuje mu jedzenie, na które jego samego nie stać, niewiarygodnie plastycznie pokazuje jego zwierzęcą stronę). Pytanie czy jest to naturalna zwierzęcość, czy może zezwierzęcenie? A może w tym przypadku i w takich warunkach jest to jedno i to samo?
Jakimś ogromnym paradoksem jest to, że sensem smutnego życia Zaina staje się najpierw jego ukochana siostra Sahar, a potem przybrany brat Yonas; rzadki na zjawiskowo pięknej twarzy Zaina uśmiech wywołują zabawy z nimi, a swoją niewiarygodną dojrzałością, mądrością (rady dawane siostrze w kwestiach intymnych) i inteligencją (wszystkie aspekty opieki nad Yonasem) wprawia widza w podziw i osłupienie. Dlaczego jednak napisałam, że to paradoks? Dlatego, że walczy z rodzicami w sądzie o to, by nie rozmnażali się bez opamiętania, nie mogąc niczego swoim dzieciom zapewnić, jest niewiarygodnie świadomy tego, jak poważną decyzją jest powołanie dziecka na świat. Dorośli ludzie, którzy wykazują podobną postawę, na ogół równocześnie też stronią od odpowiedzialności za drugą osobę, nie widzą się w roli rodziców. Zain – co prawda zmuszony przez los do opieki nad Sahar, a potem nad Yonasem  – nie tylko znakomicie się w roli mądrego opiekuna odnajduje, ale nawet wydaje się być naprawdę szczęśliwy tylko w niej. Choć przez większość czasu jest jak dziki kot walczący o przetrwanie, w sytuacji, w której inna osoba musi być od niego zależna, potrafi wykrzesać z siebie najpiękniejsze pokłady człowieczeństwa. To bardzo niezwykłe. Ukazane w niezwykły sposób.
Nadine Labaki oczarowała mnie już dekadę temu swoim reżyserskim debiutem, filmem „Karmel” (który recenzowałam TUTAJ), gdzie ukazywała zupełnie inny Bejrut – piękny, kolorowy, zachwycający, egzotyczny, nęcący i uwodzący. W „Kafarnaum” odwraca kamerę na gorszą część Bejrutu (co jest jakimś gigantycznym eufemizmem) i kontrast między tymi dwiema rzeczywistościami jednego miasta jest wstrząsający. Jednak oba, choć skrajnie różne, filmy łączy niespotykana wrażliwość reżyserki i jej niewiarygodna umiejętność prowadzenia poetyckiej narracji. Kiedy zarzucałam „Klerowi” i przedstawionemu w nim wyłącznie złemu, beznadziejnemu, wulgarnemu, na wskroś czarnemu i jednowymiarowemu światu jakąś nieudolność, być może źle rozplanowałam akcenty. W historii, którą opisuje „Kafarnaum” też próżno szukać jakiegoś światełka w tunelu. Za każdym razem, kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może, film przekonuje nas, że niestety może. Jaką jednak widzę różnicę, między czarno-czarną wizją świata w „Klerze”, a tą w „Kafarnaum”?  Myślę, że jest nią prawda i artyzm, które wyróżniają twórczość Nadine Labaki; wspomniana poetyckość jej narracji. Choć „Kafarnaum” to dramat, który bez silenia się czy efekciarstwa wyciska łzy, jednak w wielu momentach się też na nim uśmiechniemy (odwiedziny w więzieniu, rozmowy Zaina z udawanym Spider-Manem czy dialog w urzędzie ds. emigrantów).
Niesamowitym zabiegiem reżyserki było wystąpienie w małej, ale wyjątkowo symbolicznej roli: Nadine Labaki zagrała w „Kafarnaum” Nadine (pozostanie pod własnym imieniem elektryzuje) – adwokatkę Zaina w pozwie przeciw jego rodzicom. To posunięcie było niebywale odważne i ryzykowne, bo często opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron, o których się opowiada w swoim filmie, znacząco obniża jego merytoryczną jakość. Tymczasem reżyserce udało się dać widzom wolność, przedstawiając temat na tyle obiektywnie, by ci sami mogli wyciągnąć swoje własne wnioski. Jako odtwórczyni roli prawniczki Zaina zasygnalizowała nie tyle, po której staje stronie, ale raczej którą stronę reprezentuje, której praw będzie bronić, a to znacznie więcej.
Sam tytuł filmu daje nam wielkie pole do interpretacji. W Nowym Testamencie jest mowa o Kafarnaum – małym rybackim miasteczku. Z niego właśnie pochodzi celnik Mateusz Lewi, który został zaproszony przez Pana Jezusa do stołu (co spotkało się ze zgorszeniem faryzeuszy), a potem stał się przecież jednym z dwunastu apostołów i przede wszystkim jednym z czterech ewangelistów! Czy widzimy w postawie Zaina i w jego walce – nie tylko zresztą o siebie – jakieś punkty styczne z historią Mateusza?
Na uwagę zasługuje też znakomita muzyka Khaleda Mouzanara – współautora scenariusza i prywatnie męża Nadine Labaki. Polecam gorąco!

P.S. Film był moim tegorocznym oskarowym faworytem, jednak po ogłoszeniu laureatów i pozbyciu się resztek złudzeń, że ta nagroda jest wciąż jeszcze tym, czym była kiedyś, odetchnęłam z ulgą, że „Kafarnaum” nie otrzymało statuetki. To zbyt artystyczny, głęboki i ważny film, nieprzystający do miałkości innych, w tym roku nagrodzonych.

ZWIASTUN:

Polecam też uwadze bardzo ciekawy i krótki wywiad na temat tego filmu z cudowną Nadine Labaki:

Magiczna moc odpuszczenia

fot. Geo Dask

Moja ciocia, która już od wielu, wielu lat mieszka za granicą, była kilka dekad temu (tamże) bohaterką następującej sytuacji. Otóż jej córka uległa w przedszkolu wypadkowi – spadła z huśtawki. Przedszkolna opiekunka, w przerażeniu i panice, zadzwoniła do cioci, żeby ją poinformować o tym, co się stało. Najwyraźniej stres sprawił, że nie wyraziła się wystarczająco jasno, a może też winny był jeszcze nie biegły Österreichisch cioci. Tak czy siak, jej reakcja po wysłuchaniu historii o dziecku, które spadło z huśtawki była następująca:

– Ale co mnie to obchodzi?

– reakcja mojej cioci na wieść o tym, że jej córka miała w przedszkolu wypadek

Zaszokowana przedszkolanka powtórzyła to samo, co powiedziała wcześniej i spotkała się znowu z taką samą reakcją. Dopiero za trzecim razem ciocia doznała olśnienia i dopytała:

– Ale czyja córka? MOJA córka?

Uzyskanie odpowiedzi na to pytanie pozwoliło jej zachować się już bardziej adekwatnie do sytuacji. Czemu jednak przytaczam tu rodzinną anegdotkę? Dlatego, że wiele lat później wspomniane ale co mnie to obchodzi? zaczęło odgrywać bardzo istotną rolę w moim życiu…

1. Odnaleźć swoje wewnętrzne ale co mnie to obchodzi?

Każdego dnia nasz mózg atakują całe zastępy bodźców i komunikatów – ważniejszych i mniej ważnych. Znajomi, przyjaciele, koledzy z pracy, szefowie, nauczyciele, dzieci, rodzina, o radiu, telewizji, czy internecie nawet nie wspominając, zasypują nas tonami do niczego nam niepotrzebnych historii, których wysłuchanie powinno w nas uruchomić to jedno podstawowe pytanie: ale co mnie to obchodzi? Daleka jestem od namawiania kogokolwiek, by zadawał je na głos. W większości przypadków zresztą zrobienie tego jest niestosowne – w sytuacjach oficjalnych może nawet grozić sankcjami (np. kiedy zapytamy w ten sposób swojego szefa), a w nieoficjalnych jest zwyczajnie niegrzeczne i niemiłe. Sęk w tym, że ustalenie tego co powinno, a co nie powinno mnie obchodzić jest kluczem do polepszenia jakości swojego życia. Na to, co dociera do nas poprzez zmysł słuchu często nie mamy wpływu. Na to, co z tego weźmiemy do siebie, rozpracowując na czynniki pierwsze (co w niektórych przypadkach może sprawić, że staniemy się lepszymi ludźmi), a co wypuścimy drugim uchem – mamy wpływ. Nie tylko możemy, ale nawet powinniśmy, dla swojej własnej wewnętrznej higieny, bacznie przyglądać się rzeczom, na które nadmiernie reagujemy. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że nie są nam w ogóle potrzebne.

2. Chcieć a potrzebować

Im jesteśmy mniej świadomi siebie, tym większa jest różnica między tym czego chcemy, a tym, czego faktycznie potrzebujemy. Małe dzieci, które nie do końca jeszcze rozumieją związki przyczynowo-skutkowe, chciałyby jeść od rana do wieczora same słodycze. Dorośli, choćby uwielbiali słodycze, mają jednak w większości świadomość, że duża ich dawka żadnemu organizmowi nie służy.
Skoro widzimy już, że możemy chcieć czegoś, czego nie potrzebujemy (np. za każdym razem ja w greckim sklepie z butami), to warto się zastanowić, czy możliwa jest sytuacja odwrotna. Możemy nie chcieć czegoś, czego potrzebujemy? Ależ oczywiście! Jeśli wierzyć w to, że każdy z nas został powołany do stawania się lepszym człowiekiem, to potrzebujemy odcinać się od wszystkiego, co stawanie się lepszym człowiekiem zaburza. Tymczasem nakręcanie się, denerwowanie, irytowanie, wchodzenie w spory, które niczego nie wnoszą (nie mam tu na myśli konstruktywnej dyskusji oczywiście), czy przeżywanie słów, które zostały wypowiedziane jedynie po to, by nas zranić, oddala nas od stawania się lepszym człowiekiem. Oddala, ale równocześnie jest jakoś dziwnie kuszące. Trochę go chcemy. Zaczepieni, wolimy mieć ostatnie słowo, niż odpowiedzieć milczeniem, które ma przecież dużo większą siłę rażenia. Sęk w tym, że tylko my sami mamy wpływ na to, co zrobimy z energią, którą dostaniemy od drugiej osoby. Jeśli jest dobra, możemy ją pomnożyć i rozdawać dalej, ale jeśli zła, warto zapytać, czy coś mnie ona w ogóle obchodzi? Jeśli nie, puśćmy ją wolno, niech nas ominie, szukając jakiegoś innego, podatnego gruntu.

3. Odpuszczam

W ostatnim czasie musiałam kilka razy wykrzesać z siebie swoje wewnętrzne ale co mnie to obchodzi? i okazało się, że choć umysł próbował natrętnie wracać do tego, co mi nie służyło, to jednak udało się to w końcu od siebie definitywnie odsunąć. I do złudzenia przypomniało mi to inny, choć niezwykle podobny mechanizm… Mianowicie przełomowym odkryciem było dla mnie uświadomienie sobie zależności między najlepszymi wydarzeniami w moim życiu a poprzedzającym je za każdym razem odpuszczeniem sobie. Mam tu na myśli te sytuacje, w których tak bardzo chciałam, żeby coś się stało, a z przeróżnych powodów – na które nie miałam wpływu – to stawać się nie chciało. Trochę jak przy pomocy czarodziejskiej różdżki lub jakiegoś magicznego zaklęcia, we łzach (przeważnie złości czy bezsilności) mówiłam: „trudno, chromolę to!” (jak to miał w zwyczaju mój tata) i kiedy przestałam się w myślach tak kurczowo trzymać swojego na siebie planu, tylko stwierdzałam, że i tak co ma być, to będzie (Ήταν γραφτό να γίνει, jak głosi grecka mądrość oraz wewnętrzna część mojego prawego ramienia – patrz zdjęcie wyżej), wtedy stawało się coś niesamowitego i nie tylko dostawałam to, czego wcześniej chciałam, ale dostawałam to pełniej! Trochę jakby większa ode mnie Siła, Energia, czy też Naturalny Bieg Rzeczy chciały mi pokazać, że nie o wszystkim w swoim życiu będę decydować sama. Grecja jest tu w ogóle zresztą idealnym przykładem. Tam wszystko dzieje się wtedy, kiedy ma się zadziać, więc planowanie zupełnie mija się z sensem (co szczegółowo opisałam w pierwszej i drugiej części swoich wspomnień z ostatnich wakacji).

4. Akcja – reakcja?

Mam wrażenie, że jednym z problemów ery Facebooka jest przekonanie o tym, że mamy jakiś obowiązek komentowania wszystkiego, co zobaczymy, wypowiadania swojej opinii na każdy temat, niezależnie od tego, czy będzie to mem z kotkiem na profilu znajomego czy spór kompletnie obcych ludzi pod artykułem na fanpage’u jakiejś gazety. Tak, wiem, że pisałam tu już kiedyś o tym, że brak reakcji jest reakcją niegrzeczną, jednak miałam wtedy na myśli reakcje na skierowane do nas listy lub podarowane nam do przeczytania/odsłuchania dzieła naszych bliskich. Podtrzymuję swoją tezę z tego wpisu. Media społecznościowe są jednak trochę czymś innym. Jeśli wrzucam w nie (dla swoich znajomych) informację o tym, że podobał mi się lub nie podobał jakiś film, to naprawdę nie po to, żeby ktoś się ze mną zgodził, że film jest dobry lub niedobry, a ktoś inny nie zgodził. Nie ma to przecież dla mojego odbioru najmniejszego znaczenia. Może być co najwyżej umiarkowanie ciekawe. Czy nie lubię dyskusji? Lubię, ale takie, które mają sens. Które do czegoś prowadzą, z których można się czegoś (merytorycznego) dowiedzieć.
Sama również staram się nie komentować postów, na które komentarz jest zbędny.

5. Odpowiadamy tylko za siebie samych

To, co bardzo się staram – nie zawsze z rezultatem – wpoić swoim uczniom, to świadomość tego, że odpowiadamy tylko i wyłącznie za siebie samych. Wielu z nas ma skłonności do większego skupiania się na innych, a mniejszego na sobie, tymczasem o ile na drugiego człowieka mamy wpływ ograniczony, o tyle na to, co nas obchodzi?, a innymi słowy co przyjmiemy, a czego nie przyjmiemy do wiadomości, mamy wpływ absolutny. Przez skupianie się na sobie nie mam oczywiście na myśli wygodnego hedonizmu, a raczej żmudną pracę nad własnymi reakcjami i emocjami. Innych możemy po prostu przyjmować takimi, jacy są. Jeśli jednak chcemy już kogoś koniecznie zmieniać, taką osobą jesteśmy wyłącznie my sami. Spokój i brak niekontrolowanej egzaltacji jest zresztą domeną osób silnych i zrównoważonych. Zauważmy, że na ogół o przewadze swojego boga nad innymi najgłośniej krzyczą ci, których wiara nie jest wystarczająca (bóg w każdej religii jest miłością, a ta zakłada przecież szacunek, także do odrębności drugiego człowieka i jego przekonań), o rzekomej „dewiacji” osób homoseksualnych najdonioślej informują nas ci, którzy przeżywają kryzys własnej seksualnej tożsamości, a o swojej bezsprzecznej racji zapewniają nas najżarliwiej tylko ci, którzy są jej najmniej pewni. Jeśli pewność jest w nas (pewność i zaufanie do siebie, więc też danie sobie prawa do niepewności lub niewiedzy), nie musimy się spierać, czy przekonywać nikogo do naszych racji. One są nasze, więc to my musimy być do nich przekonani. To naprawdę wystarczy.
Reasumując, daleka jestem od namawiania kogokolwiek do ignorowania wszystkiego i wszystkich. Jeśli coś proponuję, to raczej selekcję i filtrowanie tego, z czym się stykamy. Nie mamy obowiązku reagować na wszystko, co zostanie do nas wypowiedziane, czy wobec nas uczynione. Dopóki zresztą nie zareagujemy, będzie to jedynie po stronie nadawcy komunikatu. Jak list polecony – to my decydujemy, czy go odebrać, czy nie. Myślę, że kluczem w mądrym filtrowaniu powinno być pytanie czy to mi służy? (w moim przypadku ciąg dalszy brzmi „do stawania się lepszym człowiekiem”). I jeśli wiemy, że nie służy, ale jednak coś nas tak podgryza i gnębi (jak pisał Przybora), to mnie w takiej sytuacji pomaga postawienie kolejnego pytania, tego mojej cioci: a co mnie to obchodzi?

Porozmawiajmy o małżeństwie…

fot. Nika Zamięcka

Z okazji dzisiejszych Walentynek postanowiłam zrobić wpis językowy, w którym dogłębnie przyjrzę się słowu „małżeństwo”.

1. Jaka jest etymologia słowa „małżeństwo”

Cytując za Poradnią Językową Uniwersytetu Śląskiego:

Wyraz „małżeństwo” nie należy do polskiego słownictwa rodzimego. Jedna z hipotez omawiających etymologię tego słowa, podkreślająca złożony charakter wyrazu, wskazuje, że ów leksem wywodzi się od słowa „małżonka” – a ściślej – od wcześniej już używanego wyrazu „małżona” o znaczeniu ‘żona pojęta „na mal”, uroczyście’. Człon „mal-” wywodzi się od starogermańskiego „māl” lub „mahal” oznaczającego ‘umowę, kontrakt’ (w omawianym przykładzie byłby to kontrakt ślubny). Związek „māl” ‘umowy’ z uroczystościami weselnymi potwierdzają następujące germańskie słowa: „mahlschatz” ‘posag’, „mahlring” ‘pierścień ślubny’. Drugi człon złożenia – „žona” – ma już charakter słowiański.
Zauważyć ponadto należy, iż polszczyzna przejęła wyraz „małżonka” najprawdopodobniej w drugiej połowie XIV wieku z języka staroczeskiego – „malženka”. Było to zdrobnienie od „malžena” – ‘ślubna żona’.
Pierwsza połowa XVI wieku przynosi teksty dokumentujące użycie słowa „małżonek” (sporadycznie: „małżon”) utworzonego od leksemu „małżonka”. Natomiast słowo „małżeństwo” pojawia się wcześniej, bo już w pierwszej połowie XV wieku, prawdopodobnie też na wzór staroczeskiego „malženstvo”.
W XV wieku odnotowujemy również obecność wyrazu „niemałżeństwo” w znaczeniu ‘związek z żoną „niemałżeńską”, konkubinat’ (por. Aleksander Brückner „Słownik etymologiczny języka polskiego”, Andrzej Bańkowski „Etymologiczny słownik języka polskiego”).
Z kolei druga hipoteza zakłada, iż podstawą etymologiczną omawianego słowa był staroniemiecki leksem „gemahelo” (obecnie „gemahl”) – ‘małżonek’, przejęty przez Słowian bez nagłosowego „ge-” (Krystyna Dłogosz-Kurczabowa „Nowy słownik etymologiczny języka polskiego”).
Warto również przypomnieć dziś już zapomniane staropolskie wyrazy: „żeństwo” ‘małżeństwo’, „bezżeństwo”, rzadsze ‘bezmałżeństwo” czy wreszcie czasowniki „małżonkować”, „małżonkować się” w znaczeniu ‘zawierać związek małżeński’.

– Joanna Przyklenk, Poradnia Językowa UŚ

Łatwo więc zauważyć, że o ile da się w wyrazie „małżeństwo” doszukać „żony” i „umowy”, na próżno w nim jednak szukać „męża”, z którą to wiedzą przejdźmy do punktu drugiego.

2. Ze słowa „małżeństwo” wynika, że jest to „związek kobiety i mężczyzny”

Owszem, jest to definicja prawna (choć wbrew pozorom nie aż taka oczywista jak się zdaje, co wyjaśni się za chwilę), a także – jak na razie – słownikowa, jednak, o czym wyżej, w etymologii tego wyrazu bardzo trudno doszukać się „kobiety i mężczyzny”. Innymi słowy definicja ta wynika z pewnej umowy między użytkownikami języka, że wyraz „małżeństwo” oznaczać będzie formalnie zawarty związek między kobietą a mężczyzną (działają więc tu względy kulturowe), nie zaś z budowy samego słowa. Jest to niesamowicie istotna różnica, ponieważ język jest żywy i ewoluuje w zależności od potrzeb użytkowników (to on służy przecież nam, a nie na odwrót), w związku z czym niektóre słowa mogą zmieniać na przestrzeni lat swoje znaczenia; równocześnie jednak te wyrazy, których znaczenia bezpośrednio wynikają z ich budowy (np. „podnóżek” czy „podgłówek” to coś, co mamy „pod” „nogą” lub „głową”) nie mają wielkiego pola manewru i ich szansa na radykalną zmianę znaczenia jest niemal równa zeru. (W przypadku „podnóżka” i „podgłówka” obstawiałabym raczej stwarzanie nowych wyrazów na nich wzorowanych, jak np. „podnadgarstek”, „podplecek” czy „podrączek”, nie zaś zmienienie ich znaczenia na jakiekolwiek inne.)
Oczywiście można byłoby tu podać jako kontrargument np. kolory – znaczenie słów ich określających też wynika przecież z pewnej umowy, jednak punkt ciężkości stawiałabym na powyższe „w zależności od potrzeb użytkowników” (przez co rozumiem całe społeczeństwo na przestrzeni lat, nie zaś pojedyncze jednostki). Trudno mi wyobrazić sobie społeczną potrzebę zmiany znaczenia słowa „czarny”, tym bardziej, że weszło już do frazeologii („praca na czarno”, „nadciągają czarne chmury” czy „czarno na białym”); jednak ta najczęściej pojawiała się w przypadku słów określających sprawy dla nas od kolorów istotniejsze.
Jeśli więc zrozumiemy, że budowa słowa „małżeństwo” nie wskazuje wcale na „kobietę i mężczyznę”, szybko uświadomimy sobie, że znaczenie tegoż – gdyby prawna interpretacja konstytucyjnych zapisów uległa w naszym kraju zmianie – bez najmniejszego językowego problemu także może się zmienić, a ściślej mówiąc, rozszerzyć.

4. Krzesło to krzesło (a jak nie, to świat się rozsypie)

Znam bardzo wiele osób stojących na stanowisku, że

choć nie mają nic przeciwko homoseksualnym bliźnim, jednak nazwanie (ciągle jeszcze hipotetycznego w Polsce) usankcjonowanego prawem związku między dwoma osobami tej samej płci „małżeństwem” jest językowym nadużyciem, gdyż „małżeństwo” to „małżeństwo”, podobnie jak „krzesło” to „krzesło”, a „stół” to „stół”.

– zdanie wielu osób, które nie są homofobami, ale…

Na czym polega błąd takiego rozumowania? Przede wszystkim na tym, o czym pisałam już wyżej – opory nie są wcale językowe i dobrze mieć tego świadomość (i językiem się nie wykręcać), lecz kulturowe, a to różnica. Przez lata przyzwyczajamy się do różnych rzeczy i perspektywa zmiany najczęściej nie budzi naszego zaufania. Starsi ludzie do dziś będą traktować rzeczownik „radio” jako nieodmienny, mimo że od wielu lat nie tylko może, ale nawet powinien być odmieniany przez wszystkie przypadki. (Choć brak odmiany ciągle błędem nie jest, a raczej reliktem minionych czasów.) Świat się jednak z tego powodu nie skończył, a Ziemia nie przestała kręcić!
Inny problem tego rozumowania jest taki, że choć faktycznie u nas małżeństwa jednopłciowe jeszcze zawierane nie są, są jednak zawierane w innych krajach, więc stanowią zjawisko faktyczne, z którym nasz język powinien umieć się jakoś jednak zmierzyć. (Nota bene nie trzeba przecież brać ślubu w Polsce, żeby być małżeństwem przebywającym dłużej czy krócej w tym kraju.)

5. Co na to Konstytucja
Rzeczypospolitej Polskiej?

Z ogromną przyjemnością przytoczę tu postanowienie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (sygn. akt IV SA/Wa 2618/18) w sprawie Jakuba i Dawida:

Zgodnie z art. 18 Konstytucji RP małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo pozostają pod opieką i ochroną Rzeczypospolitej Polskiej. Zdaniem Sądu zgodzić można się ze Skarżącymi, iż z powyższej zasady konstytucyjnej wynika nie tyle konstytucyjne rozumienie instytucji małżeństwa, co gwarancja objęcia szczególną ochroną i opieką państwa instytucji małżeństwa, ale tylko w założeniu, że chodzi o związek mężczyzny i kobiety. Z tego względu treść art. 18 Konstytucji nie mogłaby stanowić samoistnej przeszkody do dokonania transkrypcji zagranicznego aktu małżeństwa, gdyby w porządku krajowym instytucja małżeństwa jako związku osób tej samej płci była przewidziana. Powyższy przepis nie zabrania przy tym ustawodawcy, by ten mocą ustaw zwykłych zinstytucjonalizował status związków jednopłciowych lub też różnopłciowych, które z sobie wiadomych przyczyn nie chcą zawrzeć małżeństwa w jego tradycyjnym rozumieniu.

– Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (sygn. akt IV SA/Wa 2618/18)

6. Dupa w drzewie, fajna dziwka i chujec w  zagrodzie

Wszelkim ciągle nieprzekonanym purystom językowym musiałabym doradzić używanie podanych w tytule słów w ich pierwotnym, niezmienionym znaczeniu. Niech więc „dupą” określają dziuplę, „chujcem” wieprza, a do dziewczyny zwracają się po staropolsku per „dziwko”. Jeśli nie chcą przypadkiem obrazić płci pięknej, muszą też wystrzegać się używania słowa „kobieta”, gdyż w XVI wieku było ono przecież nacechowane negatywnie i stanowiło wręcz obelgę. O tym, że „bielizna” może być tylko biała, a „miednica” jedynie miedziana, nie muszę na pewno przypominać. Szanujmy się, słowa w końcu mają swoje znaczenie!

P.S. Wszystkim w tym pięknym dniu życzę dużo, dużo miłości! Najlepiej zacząć od tej do siebie samego, bo im się jej ma więcej do siebie, tym więcej można jej dać innym i równocześnie od innych otrzymać!
A kiedy będziemy jej mieć już wystarczająco, szybko zrozumiemy, że żadne preferencje – ani seksualne, ani kulinarne, ani artystyczne – nas nie definiują. Definiuje nas natomiast nasze serce! ❤️❤️❤️

Stromae – Jacques Brel muzyki tanecznej

O Stromae usłyszałam – podobnie jak reszta świata – w 2009 roku, kiedy wyszedł jego cudowny singiel „Alors On Danse”, do dziś jeden z moich absolutnie ulubionych tanecznych hitów (o czym wspominałam niedawno we wpisie „Let’s dance”). Długi czas czułam odrobinę pewnie irracjonalny lęk przed zgłębieniem reszty jego twórczości, bo wspomniana piosenka wydawała mi się tak dobra i wyjątkowa, że nie chciałam sobie tego wrażenia w żaden sposób zepsuć (ten sam rodzaj lęku towarzyszył mi zresztą także po lekturze mojej ukochanej książki wszech czasów – „LolityVladimira Nabokova, na szczęście go przemogłam, odkrywając geniusz Nabokova w pełnej krasie).
Kilka lat później zaczęłam szukać w internecie kolejnych piosenek Stromae, stwierdzając z radością, że są bardzo dobre, choć ta pierwsza działa na mnie w zupełnie niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju sposób. Nie poświęciłam jednak wystarczającej ilości czasu i energii na przyjrzenie się temu artyście tak uważnie, jak na to zasługuje. Dopiero kilka tygodni temu, przy okazji swojego karnawałowego wpisu, nadrobiłam te zaległości i zachwyciłam się wielowymiarową znakomitością Stromae.

1. Stromae, kto zacz

W największym skrócie – Stromae to belgijski perkusista, raper, piosenkarz, producent muzyczny i autor tekstów pochodzenia rwandyjskiego. Swoją muzyczną przygodę zaczął od fascynacji rytmem i gry na perkusji. Potem wyrażał siebie również poprzez rap, a dopiero na końcu zajął się śpiewaniem.
Największy rozgłos, o czym pisałam już wyżej, przyniósł mu pierwszy singiel – „Alors On Danse”. Stromae śpiewa tylko po francusku, gdyż – jako perfekcjonista – twierdzi, że jego angielski nie jest wystarczająco dobry (co nie do końca jest prawdą, wnioskując po wywiadach, których udziela czasem w tym języku).

2. Maestro Stromae

Artysta ten mnie fascynuje, począwszy już od samego swojego pseudonimu, który jest anagramem słowa „maestro”. Jako językowca ciekawi mnie bardzo różnica wymowy członu „mae” w każdym z tych słów („maestro” [maestro], ale przecież „stromae” [stromè]!).
Język francuski nigdy mnie specjalnie nie ujmował swoją melodią (w każdym razie nigdy aż tak jak niemiecki, grecki, islandzki czy czeski), jednak Stromae jest w swojej twórczości tak spójny i przekonujący, że zachwyciłam się nim z tym wszystkim, co ze sobą wniósł do mojego świata, więc również jego językiem. A ciekawość tego, o czym śpiewa, skłoniła mnie do szukania tłumaczeń tekstów jego piosenek. Towarzyszyła mi jakaś intuicyjna pewność, że są one znacznie głębsze, niż znakomita większość tekstów tanecznych piosenek. Gdyby tak nie było, mógłby z powodzeniem, nawet mając mały zasób słów, śpiewać po angielsku (co jest gwarancją większego komercyjnego sukcesu).
Szybko okazało się, że się nie pomyliłam, bo z taką pasją, zaangażowaniem, a równocześnie przejmującym miejscami smutkiem, można śpiewać tylko o rzeczach, które nie są błahe.

3. Stromae – co mnie kręci,
co mnie podnieca

Parafrazując tytuł filmu jednego z moich ukochanych reżyserów, Woody’ego Allena, to, co mnie kręci, co mnie podnieca w cudownym artystycznym tworze, jakim jest Stromae, to niesamowita spójność obranej przez niego drogi, przy równoczesnej imponująco szerokiej gamie barw, z których się składa. Wszystko jest w nim nieoczywiste, a równocześnie bardzo charakterystyczne. Poczynając już od wyglądu; potrafi być równocześnie sympatycznym brzydalem, skromnym intrygującym chłopakiem, magnetyzującym i przystojnym dojrzałym mężczyzną, diabłem wcielonym, czy nawet przepełnioną po brzegi seksapilem kobietą! W każdej z tych odsłon jest jednak niezmiennie doskonale ubrany i w nienachalny sposób, jednak zawsze elegancki!
Z kolei od strony muzycznej urzeka mnie u Stromae wspominany tu już wielokrotnie smutek, intrygująca barwa głosu połączona z cudowną ekspresją, porywający rytm,  niebanalna harmonia i mocno przemyślana całość kompozycji.

4. Stromae – dzieła wybrane

Bardzo poruszającą ze względu na swój tekst, ale też fantastycznie współgrający z nią teledysk, jest piosenka „Papaoutai”. Traktuje o braku ojca i tęsknocie za nim. Najbardziej oczywistym wydaje się skojarzenie z biografią artysty, którego tata zginął podczas ludobójstwa w Rwandzie, kiedy muzyk miał dziewięć lat. Stromae jednak podkreśla w wywiadach, że podczas pisania tekstów mocno dystansuje się od swoich prywatnych doświadczeń, a ten konkretny utwór odnosi się do nieobecności lub też niewystarczającej obecności ojca w życiu dziecka, która w pewien sposób jest, zdaniem Stromae, wpisana rolę autorytetu ojcowskiego.
Zupełnie inny w klimacie jest humorystyczny kawałek „Tous les mêmes”, za którym nie przepadam aż tak bardzo jak za pozostałymi i pewnie bym o nim nie wspomniała wcale, gdyby nie objawiający się w wideoklipie aktorski talent Stromae, który gra równocześnie męskiego mężczyznę i kobiecą kobietę, i robi to po mistrzowsku! Jeszcze większy mój szacunek zyskał zresztą tym wykonaniem wspomnianej piosenki na żywo! (Z żartobliwych muzyczno-słownie numerów wart odnotowania jest też fantastyczny „Carmen”.)
Jeśli chodzi o utwory, które rzeczywiście uwielbiam i które mnie urzekają swoją muzyczną przestrzenią, muszę wymienić na pewno „Je cours” i „Ta fête”! A teledyski do obu z nich to fenomenalne krótkometrażowe filmy (zwłaszcza do „Je cours”!).
Wstrząsający jest za to zarówno numer „Formidable”, jak i obraz do niego – pomysł (doskonały i przejmujący w swojej prostocie) oraz sama jego realizacja powodują u mnie za każdym razem ciarki.
Zaintrygowała mnie natomiast sytuacja z inną piosenką – „Te Quiero”, do której oryginalny teledysk do mnie nie przemówił. Nie to, żeby mi się nie podobał, ale nic w nim mnie nie ujęło, dopóki… nie zobaczyłam tego absolutnie brawurowego wykonania, przywodzącego mi na myśl ekspresję przyklejonej do mikrofonu, tętniącej jednak emocjami Édith Piaf. Widzimy teatr jednego aktora, od którego nie sposób oderwać wzroku. Spektakl, który przeżywamy, nawet jeśli nie rozumiemy tekstu…
A jeśli idzie o te teksty, które możemy bez problemu zrozumieć (artysta umieścił w niektórych klipach angielskie napisy), to do tej pory największe wrażenie zrobił na mnie ten do piosenki „Quand c’est?”, którego początek, w moim tłumaczeniu, przedstawiam poniżej:

O tak, znamy się dobrze,
nawet próbowałeś zdobyć moją matkę,
zaczynając od jej piersi
oraz płuc mojego ojca.
Pamiętasz ich?
Raku, raku,
powiedz mi, kiedy…
Raku, raku,
kto jest następny?

Stromae „Quand c’est?”

Na uwagę zasługuje też muzyka (piękne chórki, cudownie zagospodarowana przestrzeń) oraz tradycyjnie sam teledysk – wszystko jest tu idealnie do siebie dopasowane.
Żeby jednak nie pogrążać swoich Czytelników w zbyt dużym smutku i zadumie, zakończę ten swój rozdział bardzo uroczym wykonaniem na żywo piosenki znacznie różniącej się od pozostałych, za to ukazującej jeszcze inną twarz Stromae„Ave Cesaria” in San Francisco.

5. Stromae, Jacques Brel

Porównanie Stromae do Jacques’a Brela nie jest niestety moje, ale pozwoliłam go sobie użyć w tytule tego wpisu, ponieważ wydaje mi się wyjątkowo trafne. Podobieństwa nie kończą się na wspólnej obydwu panom narodowości belgijskiej, czy pisaniu znakomitych, dających do myślenia tekstów w języku francuskim. Zarówno Brela, jak i Stromae można nazwać artystą totalnym, wychodzącym znacznie poza ramy jednej tylko gałęzi sztuki. Równoległe do muzycznych dokonania Jacques’a Brela na niwie filmowej są imponujące – był scenarzystą i reżyserem dwóch filmów, kompozytorem muzyki do ośmiu, a zagrał w jedenastu! Osiągnięcia Stromae w tej dziedzinie są co prawda znacznie skromniejsze (zagrał w jednym filmie i wyreżyserował dwa teledyski innych artystów), jednak łączy swój niewątpliwy aktorski talent z działalnością muzyczną, występując w swoich (zawsze znakomicie wyreżyserowanych!) wideoklipach i wcielając się w zupełnie różne od siebie role. Warto również wspomnieć o tym, że fantastycznie tańczy, wnosząc tym do każdej z opowiadanych przez siebie historii nową jakość.
Ciekawostką było też dla mnie pewne odkrycie: otóż Jacques Brel urodził się w tym samym roku, w którym na świat przyszedł mój tata (choć Brel był o kilka miesięcy od niego starszy), natomiast Stromae urodził się w tym samym roku, w którym na świat przyszłam ja (choć Stromae jest ode mnie o kilka miesięcy starszy). Przypadek?

P.S. Na deser łączę swoją wersję jednej z najpiękniejszych piosenek Jacques’a Brela w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego – „Nie opuszczaj mnie”). 🎹🎹🎹

Ludzie Węgorze

fot. Jan Lewandowski

Z góry przepraszam wszystkie węgorze za porównanie ich do ludzi, zwłaszcza takiego pokroju, ale frazeologicznie wydały mi się tu najwłaściwsze.

Dzisiejszy wpis będzie dla odmiany bardzo krótki, odkryłam mianowicie pewne punkty styczne w ludziach, od których staram się w miarę możliwości stronić i wyklarowała mi się jedna, dosyć spójna sylwetka. Mianowicie sylwetka Człowieka Węgorza.
Człowiek Węgorz jest śliski i się wije. Jeśli zahaczy o prawdę, to tylko przypadkiem, trącając ją pełzającym ogonem. Cieszy go intryga oraz wzbudzenie w innych poczucia winy i strachu, jednak jakkolwiek przyciśnięty do muru, od razu się wywija, gdyż nie potrafi się konfrontować. Choć typ to podły, jest na niego jeden niezawodny sposób – uczciwość i kierowanie się zawsze tylko i wyłącznie prawdą. Gorąco tę metodę polecam zresztą w każdej sytuacji. Wszystko staje się od razu jasne i proste. Z tej strony rzeczywistości zmienia się też optyka; zdecydowanie lepiej widać – np. to, że bycie Człowiekiem Węgorzem jest, owszem, zagrożeniem, ale… jedynie dla Człowieka Węgorza.

Przy okazji mogę zarekomendować bycie Człowiekiem Psem, przypominając na tę okoliczność doskonałą piosenkę pod tym właśnie tytułem z jednej z najlepszych w moim odczuciu polskich płyt ostatniej dekady,  „Jezus Maria Peszek” Marii Peszek.

Kundle, odmieńcy,
śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci
ej, duszy podpalacze,
róbmy dym
Ej, wy,
ludzie psy,
mokra wasza sierść
ej, będziemy dziś
smutek łyżkami jeść
ej, wy,
ludzie psy,
brudna wasza maść
ej, będziemy dziś
spokój ludziom kraść

– Maria Peszek „Ludzie Psy”

Kawiarenki, na, na, na…

fot. Mariusz Stępień

Za każdym razem, kiedy słyszę z ust ludzi, którzy mogliby być moimi rodzicami, (znamienne, że nigdy nie są to muzycy) słowa:

w naszych czasach śpiewano dużo lepsze piosenki niż teraz,

– słowa wypowiadane przez ludzi, którzy mogliby być moimi rodzicami

dziękuję w duchu losowi za podejście moich rodziców do tego zagadnienia. Otóż mama zawsze powtarzała:

za moich czasów śpiewano chłam jakich mało – naiwność i banalność zarówno muzyki, jak i tekstów, zwalała z nóg,

– moja mama o muzyce rozrywkowej swoich czasów (cytat nie jest wierny, ale dobrze oddaje sens jej wypowiedzi)

ceniąc chyba tylko Skaldów (bo niezaprzeczalna genialność Ewy Demarczyk polegała również na tym, że swój cudowny, magiczny, artystyczny świat stworzyła w pewnym sensie zupełnie poza czasem – mówienie więc o nim w tym samym kontekście, co o muzycznej aktywności Piotra Szczepanika, Karin Stanek czy Ireny Jarockiej, wydaje się co najmniej nietaktem). Tata zaś z licznych zagranicznych podróży przywoził mi zawsze nagrania młodych, intrygujących wschodzących tam gwiazd (nieznanych jeszcze w Polsce) oraz obowiązkowo kasety (!) The Prodigy, których słuchaliśmy później wspólnie. Nie zaznałam więc na szczęście w domu żadnych muzycznych podróży w czasie moich rodziców. Kilka dni temu dopadła mnie jednak wątpliwa przyjemność zmierzenia się z utworem z tych nie najlepszych czasów polskiej muzyki rozrywkowej – piosenką „Kawiarenki” (miałam zagrać i zaśpiewać ją dzieciom) i choć harmonię udało mi się jeszcze pozmieniać i wyciągnąć na prostą, niestety musiałam wczytać się w tekst. I wtedy umarłam. Umierałam zresztą wielokrotnie: głównie ze śmiechu, ale też z zażenowania i poczucia literackiej bezsilności, zastanawiając się, jak to możliwe, że coś tak kuriozalnego znalazło się w tej dość nawet przyjemnej (jeśli popracować nad aranżacją) piosence.
Poczułam, że moim językoznawczym obowiązkiem jest rozłożyć ten tekst na czynNiki pierwsze, bo zmieścić tyle zła w dwóch zwrotkach i dwóch refrenach to też swojego rodzaju sztuka, warta odnotowania na tym blogu. (Tym bardziej, że publikowałam tu już kiedyś wpis o tekście piosenki „M jak miłość”…)

„Kawiarenki”

1) A kiedy już przyjdzie czas,
pełne po brzegi są kawiarenki.

Pod okna ich, całun z gwiazd,
gdzieś w zakamarki wielkich miast ciągnie nas.

REF.: Kawiarenki, na, na, na, kawiarenki na, na, na
Małe tak, że zaledwieś wszedł, zniżasz głos aż po szept.
Mimochodem, kamień w wodę,
wpadnie coś z bardzo wielkich spraw
w czarną toń małych kaw.
Kawiarenki na, na, na, kawiarenki na, na, na
Z cienia w pół i ze światła w pół ty i ja, i nasz stół
Za witrażem szklanych marzeń ledwo świat
poznajemy już, choć jest tuż.

2) Miejsc w koło nas coraz mniej,
już dymi z okien złotym obłokiem
I barman już woła: „Hej”!
Już kawiarenka rusza w rejs, wielki rejs.

REF.:  Kawiarenki na, na, na kawiarenki na, na, na
Stolik nasz w nieważkości lamp krąży tu, krąży tam.
Filiżanki – białe ptaki
lecą wprost w kolorowy dym,
płyną w nim, giną w nim.
Pan i pani na, na, na, zaszeptani, na, na, na,
któż to wie, gdzie naprawdę są,
ona z nim i on z nią.
Kawiarenki, kawiarenki,
porwą gdzieś w siódme niebo aż stolik nasz…

Jerzy Kleyny

A kiedy już przyjdzie czas,
pełne po brzegi są kawiarenki.

„A kiedy już przyjdzie czas” jest frazą, która nie wnosi absolutnie żadnej wartości ani merytorycznej, ani estetycznej, ani nawet nie tworzy rymu (w tym przypadku do później użytego słowa „gwiazd”). Wszystko w życiu dzieje się przecież właśnie wtedy, „kiedy już przyjdzie czas”. „A kiedy już przyjdzie czas” zakochujemy się i odkochujemy, zdajemy egzamin, kupujemy dom, samochód, zwiedzamy upragnione miejsce, bierzemy ślub, upijamy się, a nawet idziemy skorzystać z toalety. Skoro ten przychodzący na daną aktywność czas żadnej aktywności w jakikolwiek sposób nie wyróżnia, nie jest też wart wspominania. Kolejnym problemem z tymi dwoma wersami jest niezgodność czasów. Niby w poezji lub tekstach piosenek nie jest to aż tak istotne, jednak skoro już się uprzeć na ten „czas”, który dopiero „przyjdzie”, to „pełne po brzegi” kawiarenki dopiero „będą”. Jeszcze nie „są”, bo czas na to nie „przyszedł”.

Pod okna ich, całun z gwiazd,
gdzieś w zakamarki wielkich miast ciągnie nas.

Przenośne znaczenie słowa „całun” – które oryginalnie oznacza tkaninę służącą do przykrywania zwłok – jest, cytując za Słownikiem Poprawnej Polszczyzny PWN, następujące: „coś pokrywającego, zasłaniającego”. Co więc ma zasłaniać „całun z gwiazd”, skoro został umieszczony przez autora pod oknami kawiarenek? Tę część, której i tak zza okna nie widać? Nie widać jej także z zewnątrz, gdyż – co sugerują gwiazdy – jest już ciemno. Jaki ma więc to walor estetyczny dla klientów tytułowych kawiarenek? No i czy to ten przykrywający i tak niewidoczną część elewacji lokalu całun „ciągnie nas w zakamarki wielkich miast”? W zakamarkach wielkich miast, z tego co się orientuję, prędzej natrafimy na meliny, niż kawiarenki, choć całun w znaczeniu dosłownym rzeczywiście najprędzej właśnie tam może się okazać przydatny.

Kawiarenki, na, na, na, kawiarenki na, na, na
Małe tak, że zaledwieś wszedł, zniżasz głos aż po szept.

Autorowi być może chodziło o to, że kawiarenki są tak małe, że trzeba się zniżyć, żeby do nich wejść, bo przecież wielkość miejsca, do którego wchodzimy ma się zupełnie nijak do mówienia szeptem. W ogromnych nieraz kościołach mówimy szeptem przez wzgląd na szacunek do miejsca sacrum, a do kawiarni przychodzimy odprężyć się i porozmawiać. Nie bardzo rozumiem też, co zniżenie głosu ma do szeptu. Kiedy zniżymy głos, mówimy – jak wynika z opisującego to zjawisko słowa – niżej. Niżej, więc – co z kolei wynika z praw fizyki – odrobinę wolniej. Jednak wcale nie ciszej. Jeśli efektem tego, co zrobimy z głosem będzie szept, mamy na myśli raczej „ściszanie głosu”. Jednak wtedy nie „po szept”, a „do szeptu”.

Mimochodem, kamień w wodę,
wpadnie coś z bardzo wielkich spraw
w czarną toń małych kaw.

Zasada nadawania większego i mniejszego znaczenia rzeczom, o których chcemy mówić, jest bardzo prosta – im bardziej podkreślamy ich znaczenie, tym jest ono mniejsze. „Bardzo piękny film” będzie więc zawsze mniej piękny, niż po prostu „piękny film”, a „bardzo pyszny obiad” mniej pyszny od „obiadu pysznego”. Analogicznie jest z „bardzo wielkimi sprawami” – są w rzeczywistości nie aż tak wielkie.
Co do frazeologizmu związanego z kamieniem i wodą, poprawnie brzmi on: „przepaść jak kamień w wodę”, ewentualnie, skrótowo, „jak kamień w wodę” i oznacza: „przepaść gdzieś bez śladu, nagle zniknąć”. „Kamień w wodę” jest więc dziwnym tworem nawiązującym do wspomnianych frazeologizmów, lecz nie będącym poprawną formą. W tym momencie warto też wrócić do słowa „mimochodem” i przypomnieć sobie jego słownikowe znaczenie: „nie przywiązując do czegoś wagi, przy okazji”, a potem spróbować odpowiedzieć na pytanie: przy okazji czego właściwie cokolwiek może wpaść jak kamień w wodę? Nawet jeśli tym czymś jest wcale nie aż tak wielka sprawa (co ustaliliśmy wyżej). No i skoro przepadła „jak kamień w wodę”, to „przepadła gdzieś bez śladu”. Nie wiemy gdzie. Skoro autor wie, że w „czarną toń małych kaw”, to niezupełnie aż tak „jak kamień w wodę”. Pomijając już fakt, że słowo „toń” oznacza „głębinę, głębię” i o ile istnieje możliwość użycia sformułowania „czarna toń kaw”, będącego zabiegiem poetyckim, przydawka „małych” tę możliwość skutecznie udaremnia.

Z cienia w pół i ze światła w pół ty i ja, i nasz stół
Za witrażem szklanych marzeń ledwo świat
poznajemy już, choć jest tuż.

Jedynym niezaprzeczalnym plusem tych trzech koszmarnych wersów są dwa dobre rymy: pół – stół oraz już – tuż. Ciężko mi się nawet odnieść do „witraża szklanych marzeń” (niemniej trudno mi się oprzeć wrażeniu, że szkło w procesie powstawania tego tekstu odegrało rolę kluczową). Niepokoi mnie natomiast  fragment: „ledwo świat poznajemy już, choć jest tuż”. Świat zawsze jest nie tyle „tuż”, co po prostu nas otacza, bo w nim żyjemy. Pomijając autora, który podczas pisania znalazł się w jakiejś równoległej czasoprzestrzeni, jednak większość żywych przedstawicieli homo sapiens żyje w świecie.

Miejsc w koło nas coraz mniej,
już dymi z okien złotym obłokiem

„Miejsc w koło nas coraz mniej”… Jak rozumiem, chodzi tu o miejsca wolne – czyli że stoliki się zapełniają – nie zaś o to, że ktoś sukcesywnie składa stoliki przy nas. Dlaczego też coś dymi z okien? Czy to może całun z gwiazd? On był przecież na zewnątrz i pod oknami… Jeśli zaś chodzi o to, że kiedyś niestety palono w miejscach publicznych, to unoszący się nikotynowy obłok „dymi” chyba raczej od strony stolików, nie zaś okien? Czy się mylę?

I barman już woła: „Hej”!
Już kawiarenka rusza w rejs, wielki rejs.

Te dwa wersy z kolei nie miały szczęścia ani do sensu, ani do rymu…

Kawiarenki na, na, na kawiarenki na, na, na
Stolik nasz w nieważkości lamp krąży tu, krąży tam.

„Stan nieważkości” oznacza brak grawitacji. Jak więc brak grawitacji lamp (?) ma wpływać na stolik, a tym bardziej na jego „krążenie tu i tam”? Jeśli lampy faktycznie z jakiegoś powodu zaczęłyby istnieć poza grawitacją, to w praktyce oznaczałoby to jedynie tyle, że mogłyby być nieumocowane do sufitu i nie spadałyby na dół (lecz przestałyby świecić, bo jedynym celem ich umocowania do sufitu nie jest przecież lęk o to, że spadną…). Ta mocno hipotetyczna sytuacja miałaby się jednak zupełnie nijak do stolików (które, jak rozumiem, zasady grawitacji nadal obowiązują).

Filiżanki – białe ptaki
lecą wprost w kolorowy dym,
płyną w nim, giną w nim.

Mocno dyskusyjne z higienicznego punktu widzenia wydają mi się wszelkie porównania zastawy stołowej do jakiegokolwiek ptactwa, nawet najładniejszego. Jednak ptak to ptak, załatwia swoje potrzeby fizjologiczne gdzie popadnie, a z filiżanki się pije… Ustami… Nie byłabym też specjalnie zadowolona, gdyby moja filiżanka w kawiarni, w której zamówiłam gorący napój, zaczęła najpierw „latać”, potem niespodziewanie „pływać w kolorowym dymie” (jak rozumiem, chodzi o kolor złoty…?), a na końcu w nim „ginąć”.

Pan i pani na, na, na, zaszeptani, na, na, na,
któż to wie, gdzie naprawdę są,
ona z nim i on z nią.

Jak to: „któż to wie, gdzie naprawdę są, ona z nim i on z nią”? Wie to przecież nawet najmniej inteligentny odbiorca tego tekstu, zważywszy na przeplatający się przez całą piosenkę (pozbawioną wątków pobocznych) temat główny: są w kawiarence! Strach zapytać raczej, kto jeszcze tego nie wie…

Kawiarenki, kawiarenki,
porwą gdzieś w siódme niebo aż stolik nasz…

Choć wyobraźnię mam całkiem bujną, jednak dwa ostatnie wersy znacznie przekraczają jej możliwości. Podmiot liryczny (do którego nota bene autor ma podejście dosyć luźne) siedzi z partnerem przy stoliku w kawiarence i jest przekonany, że „w siódme niebo aż” porwą ich… jakieś inne kawiarenki? W jaki niby sposób miałyby tego dokonać?

P.S. Istnieje oczywiście możliwość – którą uważam za najbardziej prawdopodobną, – że powyższy tekst opisuje wrażenia autora po wizycie w inNego typu kawiarence, mianowicie w coffee shopie, będąc tym samym, jak na tamte czasy, swoistego rodzaju powiewem Zachodu. Jeśli mam rację, myślę, że warto jednak omijać ten konkretny coffee shop szerokim łukiem.

El cztery – pracownicze eLdor4do

fot. Jan Lewandowski

Po wielu latach pracy na umowie zleceniu, co przy wszystkich swoich plusach miało też drugie tyle minusów, naiwnie myślałam, że jedną z największych wygód pracy etatowej zaraz po wolnym weekendzie w każdym tygodniu i odkładaniu pieniędzy na fikcyjną, ale jednak emeryturę, będzie w razie zachorowania możliwość wzięcia L4 i nie tracenia na tym 100% swojego dziennego wynagrodzenia, a jedynie 20%. Chorowita nigdy nie byłam, lecz kontakt z dziećmi i niedoleczonymi nauczycielkami osłabił moją odporność. Wtedy przyszło przykre zderzenie z rzeczywistością i weryfikacja moich poglądów. Okazało się bowiem, że w pracy etatowej nie idzie się na chorobowe, lecz robi się to współpracownikom (ewentualnie idzie się „sobie” na L4).
Po przestudiowaniu internetowych forów na stronach prawniczych uzmysłowiłam sobie, że niewiedza wśród osób zatrudnionych na umowę o pracę związana z ich własnymi prawami jest tak wielka, że warto jeszcze raz przypomnieć te najbardziej podstawowe (wynikające nawet z samej logiki) informacje, z którymi ochoczo spieszę. Z ciekawości, skonsultowałam się też z Inspektoratem Pracy, który z dużą serdecznością odpowiedział na wszystkie moje pytania.

1. Leżeć to leżeć,
czyli L4 z kodem 1

W przypadku wszelkiego typu przeziębień, które wymagają wygrzania i wyleżenia, najczęściej dostaniemy od lekarza zwolnienie L4 z kodem 1, który oznacza, że nie wolno nam w jego trakcie wychodzić z domu. Powinno być to dla chorego raczej oczywiste, bo trudno przecież nawet myśleć o opuszczeniu łóżka, a co dopiero mieszkania, mając wysoką gorączkę czy nieustający, wyczerpujący katar, jednak z tego co zaobserwowałam, wcale nie zawsze takie jest. Warto mieć świadomość tego, że lekarz nie przypisuje lekarstw i nie tłumaczy nam zasad ich przyjmowania z nudów czy dla fanaberii i jeśli odbyta u niego wizyta ma mieć w ogóle jakiś sens, musimy się zastosować do jego zaleceń. Przyjmowanie więc tak silnego leku jak antybiotyk tylko przez trzy dni, mimo że mieliśmy go stosować przez pięć (i do tego nie wychodzić z domu) i ruszenie do pracy podczas kończącego się nam L4, nie jest wcale bohaterską postawą wobec swoich współpracowników, a zwykłą głupotą, która może się dla nas skończyć nawet tragicznie (powikłania po pozornie błahych chorobach mogą w przyszłości zagrażać nawet naszemu sercu!).  Do tego sami stanowimy zagrożenie; jeśli przyjdziemy do pracy z np. niedoleczonym wirusem –  możemy nim przecież zarazić kogoś, kto ma tego dnia obniżoną odporność.
Jednak pomijając już kwestię rozsądku i odpowiedzialności za siebie i innych, z prawnego punktu widzenia pojawienie się w pracy podczas L4 z którymkolwiek kodem lub poza domem, jeśli dostało się L4 z kodem 1 jest przestępstwem. ZUS w każdej chwili ma prawo nas skontrolować, a pracodawca – jeśli pojawimy się „wspaniałomyślnie” w pracy, donieść na nas do ZUS-u.
L4 to dokument wydany przez lekarza, przyznający pracownikowi – na podstawie badań – określony czas na wyzdrowienie. Jedynym obowiązkiem pracownika, który przebywa na L4 jest skuteczne doprowadzenie się do stanu zdrowia, w którym będzie mógł efektywnie pracować. Z tego zresztą powodu dostaje przez ten czas 80% pensji, a nie 100%. Nie tylko nie musi w tym czasie robić niczego związanego z pracą, ale wręcz nie wolno mu tego robić, nawet gdyby chciał.
Warto też sobie uświadomić, że technicznie więc rzecz biorąc, namawianie do zajęcia się podczas L4 jakąkolwiek czynnością związaną z pracą (nawet gdyby było nią podpisanie jakichś podwiezionych nam do domu dokumentów) jest podżeganiem do złamania prawa.

2. Chory może chodzić,
czyli L4 z kodem 2

Kod 2 na L4 oznacza, że chory może wychodzić z domu, ale nie może to kolidować z jego dochodzeniem do zdrowia (może wyjść np. na zakupy, jeśli mieszka sam, po leki, do lekarza, w ostatnich dniach zwolnienia nawet na mały spacer, jednak w razie kontroli z ZUS-u musi bardzo dokładnie wytłumaczyć, że jego wyjście z domu było konieczne). Nadal jednak nie wolno mu pojawić się w pracy. Najczęściej tego typu zwolnienia (raczej na dłuższy czas) dostają osoby, których dolegliwość uniemożliwia im pracę, ale niekoniecznie samo wychodzenie z domu (np. złamana ręka czy zapalenie spojówek nie wymagają leżenia czy wygrzania, nie przeszkadzają też w chodzeniu, ale nie pozwalają pracownikowi w pełni wywiązać się z obowiązku świadczenia pracy).

3. Po prostu uczciwość

Nie ukrywam, że szokuje mnie proceder tzw. lewych zwolnień. Przede wszystkim pewnie dlatego, że nie mieści się w moim własnym systemie wartości. Z drugiej strony, znając przepisy prawne, dziwi mnie, że – choć przynajmniej część zwolnień dość łatwo zweryfikować – nie tłumi się takich rzeczy w zarodku. ZUS ma przecież narzędzia…
Będąc pracownikiem sumiennym i obowiązkowym, łatwo wpaść w pułapkę marginalizowania swojej choroby (to tylko katar, to tylko przeziębienie, to tylko podwyższona gorączka), żeby… no właśnie. Żeby co? Nikt takiego, źle pojętego zresztą, „poświęcenia” przecież nie doceni (nie miejmy złudzeń!), a jedyne, co się może wydarzyć, to późniejsze konsekwencje naszego zaniedbania własnego zdrowia. I wtedy zasłużone pretensje możemy mieć tylko do siebie.
Dbajmy więc o swoje zdrowie, próbujmy do choroby, o ile to tylko możliwe, nie dopuścić, jednak jeśli nas już dopadnie, porzućmy wszelkie niesłuszne skrupuły, najlepiej wyłączmy telefon i zajmijmy się w 100% po prostu sobą. Tak jak nakazuje (o dziwo równolegle) zarówno polskie prawo, jak i zdrowy rozsądek.