Morze jest jakby mniejsze, czyli kilka słów o filtrach

fot. Bożena Szuj

Po trudnym zimowym czasie na Podhalu, nieświątecznych świętach, przełomowej terapii w nowotarskim szpitalu, zmaganiach z podhalańską bogoojczyźnianą toksymentalnością, a także kolejnym sezonie wytkniętej mi (niewymagającej intelektualnie, to fakt) pracy na Gubałówce, znalazłam się wreszcie nad ukochanym morzem. I znów zamieniliśmy z Partnerem trzydzieści sześć metrów kwadratowych przytulnego mieszkanka, które powoli, ale sukcesywnie dopasowujemy do wspólnych potrzeb, na siedemnaście metrów kwadratowych niewykończonego apartamentu z malutką łazienką. Łazienką, gdzie podczas dnia wnosimy suszarkę na naczynia, które tam myjemy – w najmniejszej umywalce świata. Nie ma w naszej łazience co prawda lustra, ale za to brak w niej również światła. Apartament posiada ogromny atut, jakim jest spory taras. Na razie bez zadaszenia, więc w upały jest za gorąco, a w zimne dni za zimno by przebywać nań bez ograniczeń, ale ostatnio pogoda jest łaskawa i serwuje hojnie dni w sam raz. Uwielbiam kłaść się na nim z książką w swoim ukochanym – całkiem, jak na cenę, wygodnym – leżaku, opalając łydki i zatapiając się w rozważaniach Carla Junga, Julia Cortázara czy Christel Petitcollin.
Obok apartamentu mamy do dyspozycji prawie kuchnię z maleńkim pokoikiem pełniącym rolę składzika na artykuły bieliźniano-chemiczne oraz zestawy perkusyjne. Prawie kuchnia byłaby kuchnią z prawdziwego zdarzenia, gdyby posiadała zlew i choćby jeden palnik. Zresztą źle się wyraziłam, bo zarówno zlew, jak i dwa palniki – śladami wielu innych rzeczy, takich jak niezliczone plastikowe pojemniki na niezliczone mniejsze i większe narzędzia lub też samotne samochodowe kierownice – gdzieś są. Należy je tylko zamontować. Innymi słowy remont in progress. No i jakież pole dla wyobraźni! Wymyślanie sensownych, pożywnych, w miarę możliwości zdrowych i oczywiście smacznych obiadów na mikrofalę i toster to też całkiem niezłe ćwiczenie na kreatywność.

⚓ Z wiatrem w żaglach

fot. Bożena Szuj

Pierwszy tydzień od przyjazdu był niezwykle intensywny. Dwa pierwsze dni upłynęły nam na generalnych porządkach w apartamencie wynajmowanym gościom w sezonie. W międzyczasie rozpakowywaliśmy rzeczy, które przywieźliśmy na prawie pięć miesięcy życia tu. U mnie bagaż stanowiły nie tylko ubrania na wiosnę, lato i początek jesieni, ale jeszcze na Warszawską Jesień, a do tego kosmetyki, dyplomy, świadectwa i książeczka Sanepidu (pracować trzeba), no i obowiązkowo kostium oraz ręcznik do opalania, które do tej pory nie miało jeszcze miejsca. Wspólne rozpakowywanie bardzo wielu rzeczy w bardzo małej przestrzeni nastręcza problemów, których próba rozwiązania może zakończyć się zarzutem o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. My jednak podeszliśmy do sytuacji zadaniowo i finalnie bez krwi na rękach.
Pod koniec pierwszego tygodnia byłam po dwóch rozmowach kwalifikacyjnych i… z pracą! Ani jedno, ani drugie miejsce, do którego przyszłam na rozmowę nie wydało mi się pracą marzeń, dla której zostanę w Trójmieście już na zawsze, ale gastro bierze pod swoje skrzydła wielu chętnych a często nawet zdesperowanych (jak ja w tamtym momencie) pracowników. Posiadanie książeczki i jakiegoś doświadczenia – trochę z Zako, trochę z Thassos – było moim dodatkowym atutem, przyspieszającym procedurę przyjęcia. Fantastyczna świadomość posiadania wyboru dodała mi pewności siebie. Zrozumiałam, że nie muszę się godzić na to, by odbyć najpierw bezpłatny dzień próbny, a potem pracować na umowę zlecenie po dwanaście godzin dziennie sześć dni w tygodniu za „zobaczymy jaką stawkę” dla kogoś, kto spóźnia się na rozmowę ze mną pół godziny i nawet za to nie przeprasza. Nie muszę, kiedy jestem równocześnie zaproszona na płatny dzień próbny z jasną godzinową stawką rokujący wakacyjną współpracę w niesamowicie miłym miejscu sprawiającym wrażenie solidnej, profesjonalnej firmy. Pierwsze wrażenia mają to do siebie, że też nas mogą wyprowadzić na manowce, ale miła atmosfera, która wydawała mi się wówczas najważniejszym kryterium (przestrzeganie przez pracodawcę prawa pracy przyjęłam, naiwnie, za oczywistość – mój błąd), pozostała taka do tej pory.
Poczułam wiatr w żaglach wtedy, kiedy uświadomiłam sobie, że podczas jednego tylko tygodnia zrobiłam znacznie więcej niż przez wiele miesięcy zimowego letargu (nie licząc oczywiście bardzo intensywnej terapii). Zrozumiałam, że bieg, który stał się moim udziałem, jest biegiem – uwaga, wjedzie ciężki kaliber pretensjonalności – po lepsze jutro. Kiedy nie pracowałam, pomagałam sprzątać apartament. Kiedy nie sprzątałam apartamentu i nie pracowałam – próbowałam nadrobić blogowe zaległości, wliczając w to również lekturę książek, które chcę tu zrecenzować. Bardzo malutko czasu zostawało na życie towarzyskie, ale również robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby go nie zaniedbywać. Moje nadmorskie spacery z oczywistych powodów przestały być codziennym rytuałem, jednak robiłam wszystko, by chłonąć morze tak często, jak się tylko da. By się w nie wsłuchiwać, a tak naprawdę wsłuchiwać się  w siebie samą. Zrozumiałam, że ustalanie priorytetów nie musi oznaczać, że czynność, której poświęcamy więcej czasu i z różnych powodów musi stać w naszej hierarchii wyżej (np. praca zarobkowa) ma większą wartość niż czynność, której nie możemy poświęcić chwilowo tyle czasu, ile byśmy chcieli (np. nasze hobby). Tak, poświęcanie energii temu, czego nie uważam za przesadnie wartościowe czy ważne zawsze budziło mój bunt. Jednak… to przecież postawa dziecka. Więc tłumaczyłam tej małej zbuntowanej dziewczynce, że owszem, czytanie, recenzowanie, pisanie własnych przemyśleń, nagrywanie piosenek ma dla mnie większą wartość niż noszenie talerzy (które w moim wykonaniu ma naprawdę małą wartość), ale za to pierwsze nie jestem w stanie zapłacić swoich rachunków, a za to drugie (jakoś…) jestem. To pacyfikowanie w sobie dziecka i naginanie czegoś, co uznawałam za swoje zasady (dziś widzę, że jednak trochę myliłam pojęcia) dało mi poczucie sprawczości. Tak, jestem w takim, a nie innym punkcie, nie stać mnie na zmienienie w sekundę tego, z czym nie czuję się aktualnie komfortowo, więc po pierwsze wytrwam, a po drugie, wytrwam, dążąc równocześnie do zmiany małymi i przemyślanymi krokami. To dla mnie bardzo nowe, bo do tej pory po prostu rzucałam zabawkami i się obrażałam, albo zaciskałam zęby i wytrzymywałam to, czego wcale wytrzymywać nie powinnam, nie układając w głowie nawet planu zmiany.
Bilans pod koniec maja (przyjechaliśmy tu w ostatnich dniach kwietnia) był następujący: miałam pracę, jakieś małe pieniądze z mocno okrajanych przymusowym haraczem napiwków, odbyłam cztery rozmowy kwalifikacyjne (w tym dzień po dniu jedną w żłobku, a drugą w sex shopie, co wydało mi się zabawne) i zdobyłam nowe doświadczenie podczas płatnego dnia próbnego w tym pierwszym miejscu. W dodatku po całym sezonie niejeżdżenia wsiadłam na rower i czułam się, jakbym nie miała żadnej przerwy! Jednak, żeby nie było zbyt kolorowo, znowu dopadły mnie straszne bóle pleców, co ostatecznie przekonało mnie do tego, żeby pozwolić Partnerowi na podwyższenie w mojej damce siodełka do prawidłowej wysokości. Czy przez pierwszy tydzień jeździłam jak paralityk, schodząc z roweru przy każdej konieczności zatrzymania się przerażona wizją ponownego ruszenia? Tak. Czy jeździłam najpierw głównie pod osłoną nocy i przy każdym ruszaniu modliłam się, żeby nikt mnie nie zobaczył, ale i tak właśnie wtedy na najmniej ruchliwych ulicach Wrzeszcza pojawiały się tłumy przepuszczających mnie i oślepiających reflektorami samochodów? Również tak. Jako że jeżdżę raczej agresywnie, szybko, wyzywając kiedy trzeba wszystkich wokół (a w pozostałych przypadkach robiąc to w myślach), ta nauka jazdy praktycznie od podstaw na podwyższonym siodełku dała mi do wiwatu. Ale warto się było przemęczyć, bo ból pleców rzeczywiście ustąpił. W ciągu tego miesiąca podjęłam też jedną z bardziej w tym czasie dla mnie ryzykownych decyzji, mierząc się z niezrozumieniem, ale mimo wszystko wsparciem Partnera i pokazując samej sobie, gdzie dokładnie przebiegają moje granice i na co mogę, a nawet powinnam godzić się wbrew sobie (wbrew beztroskiemu dziecku, które nie zna jeszcze ciężaru odpowiedzialności), a na co godzić się nie mogę.
Życie bywa przekorne i ostatecznie to, na co się zdecydowałam, miało się nie wydarzyć z przyczyn kompletnie ode mnie niezależnych. Jednak sama decyzja, samo moje nastawienie, samo odkrycie jakiejś nowej mojej strony sprawiło, że doznałam w pewnym momencie takiego przypływu ciepła i czułości do samej siebie, że… kupiłam sobie kwiatki! Tak się jakoś fortunnie złożyło, że cud samouwielbienia spłynął na mnie akurat podczas zakupów w Biedrze, a mają tam przeurocze goździki. I tu nie chodzi o jakąś niesamowitość kupowania sobie kwiatków, bo czasem mi się to zdarza, ale to nie były kwiatki do domu czy żeby było miło. Nie. To były kwiatki dla wspaniałej, cudownej kobiety, która jest silna, która wykonała i ciągle wykonuje dużo pracy, która nie boi się nowych wyzwań i choć nie jest jej łatwo, wybiera wychodzenie ze swojej strefy komfortu i próbuje sięgać po więcej. Poczułam, że jestem z niej niesamowicie dumna i naprawdę ją uwielbiam! Była to co prawda pierwsza i jak dotąd jedyna taka sytuacja, ale bardzo chcę zapamiętać punkt, w jakim się wtedy znalazłam. Chcę do niego wracać. Nie było w tym ani zadufania, ani pogardy dla innych – tam w ogóle nie było innych. Tam było oddanie sobie hołdu, szacunek do siebie i szczery podziw tego, co na podziw zasługiwało. Przepiękne uczucie!

fot. Bożena Szuj

⚓ Siła słabości

fot. Bożena Szuj

Kiedy jest się w nowym miejscu, potrzebuje się jakichkolwiek pieniędzy, ubezpieczenia i możliwości wypisania się z Urzędu Pracy z widokiem na Giewont, żeby nie musieć się w nim w połowie maja stawić na umówioną wizytę, obniża się poprzeczkę i szuka byle czego. No i tu pojawił się we mnie pierwszy konflikt – przecież terapię zakończyłam z zaleceniem od terapeutek, żeby przestać uciekać w prace „poniżej kwalifikacji”. (Nie przepadam za tym określeniem, ale bądźmy szczerzy – jeśli studiujemy wymagające kierunki wiele lat, to na ogół nie po to, by potem wybierać oferty pracy, do wykonywania których nie potrzebna jest nawet matura. A ja tak właśnie długi czas robiłam, bojąc się własnych możliwości.) Miałam zacząć stawiać poprzeczkę wyżej, widząc swoje realne zasoby (m.in. dobre wykształcenie), miałam szukać tam, gdzie trudniej się dostać i – jeśli znowu spotka mnie mobbing, zająć się tym w należyty sposób. Stawiać czoła problemom wtedy, kiedy będą miały miejsce, a nie bać ich, bazując na przykrych doświadczeniach z przeszłości. No ale te argumenty zostały szybko zakrzyczane przez inne: potrzebuję zacząć zarabiać w tej chwili, będę tu na pewno określoną liczbę miesięcy, na wymarzone prace czeka się miesiącami, a nawet latami, a mnie pewnie brakuje odpowiedniego doświadczenia, no i… tak się właśnie wpada w błędne koło. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że jedno wcale nie wyklucza drugiego. Jednak najpierw trzeba przeżyć.
Praca kelnerki to ciężki kawałek chleba. Wymaga nie tylko ogromnej uważności, koncentracji, doskonałej pamięci (nie wszystko i nie zawsze da się zanotować na kartce), ale przede wszystkim kondycji. Do tego dochodzi konieczna umiejętność pracy z klientem, czyli kultura osobista, cierpliwość, serdeczność, życzliwość, pozytywne nastawienie i zdolność łagodzenia konfliktów. Pracując przez lata w turystyce, opanowałam to wszystko niemal do perfekcji, więc dziś nie stanowi to dla mnie większego problemu (co może dziwić, kiedy wie się o mojej zdiagnozowanej fobii społecznej). Reszta okazała się wyzwaniem na bardzo wielu polach. Postanowiłam jednak wyciągnąć z tej nieidealnej sytuacji najwięcej, ile się da. Pierwszą lekcją była ta, że oczekiwanie od innych pochwał za pokonywanie własnych trudności jest kolejnym oczekiwaniem dziecka. (Choć oczywiście to, że pracodawca nie ma obowiązku nas chwalić nie oznacza, że może nas okradać, ale to zostawiam sobie na całkiem inny wpis o smutnych realiach polskiego januszobiznesu.) Tylko ja wiem, ile mnie kosztowało w mojej pracy dojście od kompletnego zera do punktu, w którym znajduję się w tej chwili. Rozumiem skróty myślowe, znam kolejność wykonywania zadań, robię coraz mniej błędów, nie boję się przyjmować stolików. Czy jestem dobrą kelnerką? Prawdopodobnie nie. Działam ciągle nie dość szybko. Równocześnie słyszę przemiłe komplementy od obsługiwanych gości i – co chyba w tym wszystkim najważniejsze – wypełniam swoje obowiązki najlepiej jak w danej chwili mogę. Nawet jeśli moje 100% to tylko 40% jakiegoś doświadczonego kelnera z prawdziwym drygiem i sercem do tej pracy, to nadal nie zmienia to faktu, że jest to moje 100%. Z punktu widzenia pracodawcy nie ma to oczywiście najmniejszego znaczenia, bo liczy się efekt. Ale… ja nie jestem swoim pracodawcą, więc nie muszę sobie zaprzątać głowy jego punktem widzenia. Pisałam już kiedyś, że drażni mnie narracja insynuująca, że wystarczy się postarać i we wszystkim da się odnieść spektakularny sukces. Nie każdy ma predyspozycje do wszystkiego i nie widzę sensu w zmienianiu tego na siłę. Myślę natomiast, że wykonywanie swojej pracy (jaka by nie była) rzetelnie i z ogromną starannością jest wartością samą w sobie. W końcu chcę z tego doświadczenia wyciągnąć dla siebie coś sensowniejszego niż kelnerskie skille – uczę się tu przecież nie kelnerstwa, lecz życia (gdybym patrzyła na to inaczej, perspektywa wykonywania bardzo trudnej i wymagającej pracy w nieludzkich warunkach za śmieszne pieniądze byłaby rozczarowująco beznadziejna).

fot. Bożena Szuj

⚓ Morze jest jakby mniejsze

fot. Bożena Szuj

Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy wiele lat temu po bardzo długiej przerwie znalazłam się w końcu na ukochanym Thassos z ówczesnym partnerem. Był to mój pierwszy w życiu nietoksyczny związek, uczyłam się normalności. Stawiałam w niej swoje pierwsze, nieporadne kroki. Przepiękna grecka wyspa tak ważna w moim życiu kojarzyła mi się niestety nie tylko z zapierającą dech w piersiach przyrodą, spokojem, górami oglądanymi z ciepłego morza czy wszechobecnym słodkim zapachem sosen, ale też przemocą, jakiej zaznałam wiele lat wcześniej, mieszkając na niej ze swoim byłym partnerem alkoholikiem. Rozczarowanie płynęło stąd, że choć wyspa nadal była przecudna i magiczna, a ja w stabilnym, zdrowym i szczęśliwym punkcie swojego życia, nie umiałam zachwycić się nią tak mocno, jak dawniej. Kiedy zwierzyłam się z tego swojej tasyjskiej znajomej z psychologicznym wykształceniem, ona odparła:

Wcale mnie to nie dziwi. Kiedyś nosiłaś w sobie pustkę, którą wypełniałaś tą wyspą. Dziś jesteś pełna i nie potrzebujesz wypełnienia z zewnątrz. Możesz się zachwycać niekwestionowanym pięknem Thassos, ale go nie potrzebujesz, bo wreszcie czerpiesz z piękna, które jest w Tobie!

– niezwykle mądre słowa mojej znajomej, od lat zamieszkującej Thassos

Nie ukrywam, że te słowa mną wstrząsnęły. Jak to? Straciłam tę niesamowitą zdolność zachwytu, jaką zawsze w sobie ceniłam? Zdolność odczuwania mocniej i głębiej? Nie. Ta zdolność jest powiązana z moją nadwydajnością i nawet gdybym chciała, nigdy się jej nie pozbędę. To nie utrata zdolności zachwytu, to uczucie pełności było dla mnie nowe i niezrozumiałe. Dziś widzę, że noszenie w sobie pustki – fetyszyzowane w dużej mierze przez niesterapeutyzowanych artystów – jest przereklamowane. Od tamtego czasu przeżyłam pokojowy, niesamowicie kulturalny, pełen wzajemnego szacunku i serdeczności (choć też oczywiście smutny) rozpad tamtego nietoksycznego związku, po raz pierwszy pozostając z byłym partnerem w relacjach przyjacielskich. Do dziś oboje wiemy, że możemy na siebie liczyć i życzymy sobie wzajemnie jak najlepiej. A przypomniałam sobie o tym wszystkim podczas któregoś z moich nadmorskich spacerów, czując, że morze jest jakby mniejsze. Że choć nadal mam słabość do jego bezkresu i surowości, choć nadal mogę się w nie wpatrywać godzinami, urzeczona spektaklem, jaki odgrywają nad nim co wieczór chmury, ono już… mnie nie wypełnia. Jest tylko, albo aż, tym, czym jest – morzem, nie częścią mnie. Nie potrzebuję go tak, jak rok temu, pogubiona przed ostatnią rozmową w krakowskim OLZON-ie, a potem kompletnie roztrzęsiona po niej. Nie jestem już porozrzucanymi fragmentami, których nie umiem pozbierać i na pewno w ogromnej mierze zawdzięczam to terapii na Oddziale Dziennym w Nowym Targu (tym bardziej boli mnie barbarzyństwo i uwikłanie w politykę oddziału patologii ciąży tego szpitala). Jest w tej refleksji coś, co mnie przeraża. Jeśli aspekty świata zewnętrznego nie muszą już być moją podporą, oznacza to, że muszę być nią dla siebie ja sama. I znowu wracamy do kwestii brania za siebie odpowiedzialności. Do wykonywania pracy, która pozwoli się jakkolwiek utrzymać, niezależnie od jej wad. Do realizowania równolegle planu polepszenia swojej sytuacji. Do zmieniania tego, w czym pozostanie godzi w moje poczucie sprawiedliwości. Do wyjścia z roli bezwolnej ofiary i wejścia w rolę kogoś, kto sobie radzi. Tylko w razie niepowodzenia kogo będzie można obwinić? No i stąd płynie kolejne odkrycie – obwinianie również nie ma większego sensu. Postępujemy zawsze tak, jak w danej chwili umiemy i możemy, a potem mierzymy się z konsekwencjami. To zawsze są lekcje, z których dobrze coś jednak dla siebie wyciągnąć, żeby nie musieć dostawać od losu tych samych w nieskończoność.

fot. Bożena Szuj

⚓ Ludzie

fot. Bożena Szuj

Kiedy jest się introwertykiem cierpiącym na fobię społeczną, kontakt z ludźmi nie jest, mówiąc eufemistycznie, priorytetem. Moje podjęcie pracy w żaden sposób nie było więc motywowane potrzebą poznawania nowych osób i chęcią podtrzymywania codziennego kontaktu z nimi, ale koniecznością zarobienia pieniędzy. Nie mam pojęcia, czy jestem w swojej restauracji jedyną osobą neuroatypową, czy nie, ale wiem, że większość miejsc pracy posiada zasady stworzone przez osoby neurotypowe dla osób neurotypowych. Oznacza to, że jest mi trudniej się do nich dostosować, bo ich nie rozumiem. To, co oczywiste dla innych i niewarte wyjaśniania, dla mnie jest enigmatyczne. Uczę się więc, jak dziecko, przez naśladowanie. Dlatego tak istotna była dla mnie miła atmosfera pracy, bo kiedy czuję się strofowana za swoją neurologiczną inNość, której nie zmienię, spinam się i pracuję mniej wydajnie.
Jednak, skoro już znalazłam się w sytuacji niemal codziennego narażania się na przebodźcowanie (oprócz naprawdę sporej liczby współpracowników, kontaktuję się też bezpośrednio z ogromną liczbą klientów), mogę wykorzystać tę sytuację do swoich obserwacji. Pierwszą i najbardziej szokującą obserwacją jest ta, że nigdy nie należy się kierować tzw. pierwszym wrażeniem. Wszystkie moje pierwsze wrażenia były całkowicie nieadekwatne do rzeczywistości. Ludzie, których po pierwszym dniu wspólnej pracy wkładałam do szufladki z napisem „na pewno się nie zaprzyjaźnimy” okazywali się naprawdę życzliwi, godni zaufania i bezinteresownie oferujący swoją pomoc w sytuacjach kryzysowych, a z kolei z tymi, którzy rokowali na „docelowo najbliższych kumpli”, drogi się jakoś szybko rozchodziły (choć nadal pozostawali przemili). Odkryłam też, że można lubić w kimś pewne jego cechy, doceniać jego poczucie humoru czy w końcu podziwiać jego pracownicze umiejętności, ale nie musi to automatycznie oznaczać, że się go lubi. Żeby kogoś nie lubić nie trzeba wyszukiwać argumentów, które nam na to pozwolą. Nie lubienie kogoś nie musi też wcale oznaczać wrogości czy braku szacunku. Od kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam jakąś nieznaną do tej pory lekkość. Mogę obserwować. Czerpać z tego, co dla mnie wartościowe, a odrzucać to, czemu nie chcę poświęcać energii. Najtrudniejszą lekcją było dla mnie też zrozumienie, że to, że ktoś jest dla mnie miły nie neutralizuje faktu, że postępuje wobec mnie nieuczciwie (lub kogoś takiego reprezentuje). Można go szczerze polubić, ale na nieuczciwość nie należy się godzić, jeśli marzy nam się świat uczciwy. Mnie się marzy. I znów jak bumerang powraca temat odpowiedzialności – każdy ponosi odpowiedzialność za swoje postępowanie i to, że jest miły, nie może mu tego odbierać.

fot. Bożena Szuj

⚓ Teoria filtrów

fot. Bożena Szuj

Już dawno temu odkryłam coś, co na własny użytek nazwałam teorią filtrów. W pewien luźny sposób wiąże się ona z fantastycznym angielskim powiedzeniem:

what you focus on grows

– „to, na czym skupisz uwagę, będzie rosnąć”

Wybieramy (świadomie lub podświadomie) to, czemu chcemy poświęcać swoją uwagę, czyli przyjmujemy filtr, przez który odbieramy świat. Przydarzają się nam różne historie, czasem los doświadcza nas naprawdę okrutnie, jednak nadal mamy wybór, czemu nadamy jakie znaczenie. Znam ludzi, których nie dotykają dramaty, ale tak mocno skupiają się na negatywach, że są wiecznie nieszczęśliwi, a nieszczęść dostarczają im nie tylko sytuacje trudne, ale też te neutralne. Znam też ludzi, którzy mogliby przyjąć pozę męczenników, bo wychowywanie niepełnosprawnego dziecka jest ogromnym wyzwaniem, ale tryskają niespożytą energią, apetytem na życie i szczęściem. Są zwycięzcami noszącymi dumnie podniesione głowy. Moja teoria filtrów mówi o tym, że uwrażliwiamy się na konkretne tematy i widzimy wszystko tylko poprzez ich pryzmat. Feministki są na przykład wyczulone na wszelkie przejawy przemocowego patriarchatu i je piętnują, a ci, których ten ważny temat nie wzrusza są po jakimś czasie poirytowani „przesadą”, jaką widzą w feministycznych postulatach. Powiem coś niepopularnego, ale mimo że sama jestem feministką i większość feministycznych postulatów popieram (sprzeciwiam się tylko zmuszaniu wszystkich kobiet do używania feminatywów – język jest w tej kwestii dużo bardziej liberalny), rozumiem obie strony. Rozumiem, choć wiem, że ta druga nie ma racji. Irytacja, której skutkiem jest uznanie słusznych argumentów za „przesadę” wynika z niezrozumienia filtra, przez które patrzą na świat feministki. Filtra słusznego, by cokolwiek w kwestii nierówności płci zmienić, ale kiedy się na świat patrzy bez niego, zachowanie feministek rzeczywiście można uznać za dziwny upór. Filtry, które stosujemy mogą się oczywiście zmieniać. Zarówno z biegiem lat, jak i w zależności od sytuacji. Widzę po sobie, że moje zaangażowanie w tematy ważne pomaga mi po swojemu walczyć ze złem, ale nie pomaga mi zrozumieć drugiej strony. Do tego trzeba na chwilę zdjąć swój filtr i spróbować namówić swojego interlokutora do tego samego.
Pracując z klientem (już bardzo wiele lat, w wielu branżach, choć najdłużej w turystycznej), widzę jak łatwo patrzeć na klientów przez filtr „głupich pytań”, który umacnia w pracownikach w sektorze usług niezdrowe poczucie wyższości. Na ogół podszyte oczywiście kompleksami, bo – jak pisałam wcześniej – przeważnie nie są to prace wymagające solidnego wykształcenia. To, że ludzie faktycznie zadają wiele pytań, w których trudno doszukać się logiki to jedno, ale drugą stroną medalu jest to, że ludzie, którzy po raz pierwszy znajdą się w zupełnie nowym miejscu mają prawo być zdezorientowani. Jeśli do tego są jakoś zaburzeni lub introwertyczni, zapytanie o cokolwiek może być dla nich wyzwaniem. To dla nas, pracowników, oczywiste jest, gdzie jest toaleta i że wisi nad nią wielki napis o tym informujący. Dla kogoś, kto jest być może przebodźcowany nowością miejsca, w którym się znalazł, ten napis może stać się niezauważalny. No i filtry filtrami, ale czerpanie satysfakcji z tego, że ktoś zapytał o coś nielogicznie, jest już pierwszym objawem toksyczności, której łatwo się nabawić, pracując z ludźmi. Tu uratować nas może jedynie życzliwość i wyrozumiałość.
Po raz kolejny w swoim życiu dochodzę do wniosku na wskroś banalnego – mianowicie, że Platon wielkim filozofem był. Koncepcja jaskini platońskiej, w której skuci tyłem do wyjścia ludzie biorą za świat rzeczywisty tylko jego odbicie – a więc jedynie to, co przed sobą widzą i zniekształcone głosy zza jaskini, które w jej wnętrzu słyszą, jest absolutnym filozoficznym majstersztykiem. Od wczesnego dzieciństwa mam silne podejrzenie, że nie jest nam dane widzenie świata, jakim jest. Że być może nawet nie ma świata takiego, jakim jest. Że stwarzamy go swoimi wyobrażeniami, doświadczeniami i nastawieniem, a więc filtrami, jakie zakładamy. Czy jest przez to bardziej czy mniej barwny, no i mniej czy bardziej barwny od czego, to już kompletnie nowe filozoficzne rozważanie…

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser zaserwuję dziś swoją własną piosenkę, a ściślej… swój pierwszy własny kanon! Od momentu opublikowania ostatniego wpisu ze wzmożoną siłą powróciła do mnie ciekawość, jak konstruuje się taką formę. Zaczęłam dopytywać, ale odpowiedzi fachowców były na tyle enigmatyczne, że się wkurzyłam i postanowiłam zrobić to na czuja. Wyszło tak, jak na załączonym obrazku  i uważam to za osobisty sukces z samego początku czerwca. Miłego słuchania!

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Obsesyjno-kompulsywnie

fot. Bożena Szuj

Uważni obserwatorzy mojego bloga zauważyli, że ostatnio bardziej się odsłaniam ze swoimi problemami natury psychicznej (z tego też względu utworzyłam całkiem nową kategorię blogową). Kiedyś napisałam tekst o depresji, ale moje większe otwarcie się przed Czytelnikami w tych kwestiach zaczęło się od wpisu „Niezgoda na przemoc”, w którym opublikowałam swoją skargę na zachowanie pani Ewy Niezgody – kierownik Oddziału Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic w Szpitalu Klinicznym im. dr. Józefa Babińskiego w Krakowie. Udostępnienie jej treści na blogu okazało się słuszne, bo dzięki temu tekstowi odezwały się do mnie inne poszkodowane w podobny sposób osoby. Jednak musiałam – mniej już chętnie – nakreślić swoim Czytelnikom kontekst i wyjaśnić, czemu zostałam zakwalifikowana przez swoją psychiatrę na półroczną terapię w krakowskim OLZON-ie.
Od tamtych wydarzeń minęło już trochę czasu. Zdążyłam odbyć znakomitą terapię na Oddziale Dziennym Psychiatrycznym w nowotarskim szpitalu, dowiadując się o sobie bardzo dużo. Uznałam, że skoro już i tak – chciał nie chciał – opisałam na blogu sporo, warto opisać tu też dalszą część mojej historii, czyli wspomnianą terapię jaką przeszłam w miejscu naprawdę wartym polecenia. Przede wszystkim, opuszczając oddział, poznałam diagnozy swojej osobowości wynikające z trzymiesięcznej obserwacji moich zachowań przede wszystkim na tle grupy (choć nie tylko) dokonane przez zespół specjalistów złożony z psychiatrów i terapeutów.

Stwierdzili oni:

Pod koniec terapii zostałam poddana testom osobowości MMPI – 2, których wyniki odebrałam i omówiłam z przeprowadzającą je terapeutką dopiero niedawno, już po opuszczeniu oddziału. (W tym miejscu przypomnę, że z udostępnionej przez Szpital im. dr. Józefa Babińskiego dokumentacji wynika, że moja krakowska diagnoza – osobowość narcystyczna – została stwierdzona już podczas pierwszej konsultacji z psychiatrą, a więc jedynie na podstawie 50 minut dosyć drętwej rozmowy; zespół nowotarskich specjalistów na podstawie terapii oraz testów osobowości ją zdecydowanie wykluczył.) Uściśliły one, jakie dokładnie zaburzenia lękowe mi doskwierają. Te zresztą od dawna sama w sobie wyczuwałam, używając jednak medycznych terminów z ogromną dozą ostrożności:

  • obsesyjno-kompulsywne zaburzenie osobowości

I tu właściwie dotarłam do samego sedna siebie, tego jak funkcjonuję, co mi to funkcjonowanie utrudnia, a nieraz nawet uniemożliwia. Dotarłam do źródła swoich cierpień, problemów ze światem, ale też tej swojej najbardziej wstydliwej części, którą zawsze zakrywałam przed ludźmi wszystkim, co znalazłam pod ręką, a w swoim związku po raz pierwszy nie umiem, bo… jest zdrowy. Oparty na prawdzie. Nie da się tu niczego zamieść pod dywan, bo brakuje i dywanu, i zmiotki. Tak, to mój Partner jako pierwszy zauważył, że mam problem, który wymaga profesjonalnej pomocy. Było mi zdecydowanie łatwiej się przed nim obnażyć dosłownie niż przyznać, co zżera mnie od środka i sprawia, że czuję się bliska obłędu. Terapia pomogła mi jednak oddzielić moją zdrową część od części chorej. Bez oceny, bez potępienia. Z życzliwością, ale zadaniowo podchodząc do celu nadrzędnego – zdrowienia. Moje życie zyskało nową jakość. Chcę się tym dzielić na blogu, bo ciągle istnieje wiele krzywdzących przekonań, przez które ludzie potrzebujący pomocy ostatecznie do specjalistów nie trafiają. To trudne tematy, ale myślę, że warto je poruszać.

Moda na modę

fot. Bożena Szuj

W którymś tekście już o tym pisałam, że jeśli jakiegoś tematu robi się w przestrzeni publicznej zbyt dużo, najprostszym „argumentem” dla zmęczonych nim jest ten, że:

to takie modne.

„To takie modne” – czytaj:

temat, o którym chcesz rozmawiać nie jest mi obojętny, ale nie jestem na tyle ze sobą zintegrowany, żeby rozpoznać dlaczego, więc mnie irytuje i chętnie cię usadzę na miejscu: gadasz o tym, co wszyscy, nie jesteś za grosz oryginalny.

Ostatnio w ten sposób błysnęła w mediach profesor Magdalena Środa, pisząc o „modzie na depresję”. Dlaczego w przypadku chorób psychicznych i zaburzeń to nie tylko bezdennie głupie (głupota ma niestety tę przewagę nad rzeczami modnymi, że jest ponadczasowa), ale też niebezpieczne? Dlatego, że edukacja dotycząca zdrowia psychicznego jest u nas ciągle w powijakach. Psychiatrzy są bardzo różni (przykład słynnego przecież krakowskiego OLZON-u pokazuje, że wiele placówek jedzie na opinii sprzed lat, choć ma się ona nijak do dzisiejszej rzeczywistości), interniści potrafią nie rozpoznać konieczności zapisania pacjenta na konsultacje psychiatryczne, a do tego ciągle jeszcze w wielu środowiskach – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – pokutuje przekonanie, że problemy ze zdrowiem psychicznym są z jakiegoś powodu bardziej wstydliwe niż problemy ze stawami czy zębami. Jeśli jedna, druga, czy trzecia gwiazda nie największego nawet talentu muzycznego czy aktorskiego wyzna w prasie brukowej, że cierpi na depresję, pani Środa – jeśli jej się to nie podoba – może z powodzeniem nie kupić gazety z tym wywiadem, nie kliknąć w clickbaitowy tytuł w internecie, wywrócić oczami, czy nawet poplotkować o tym z koleżanką. Albo kimś. Jednak kiedy wierny fan takiej gwiazdy (a nie zapominajmy, że wśród nich są całe rzesze nastolatków) przeczyta taki wywiad i zrozumie, że nie jest ze swoją niemocą, myślami samobójczymi czy brakiem umiejętności cieszenia się czymkolwiek sam na świecie, a co więcej, że ten demonizowany przez znanych mu dorosłych psychiatra, psychoterapeuta, czy nawet psycholog może mu pomóc, to taka modna gwiazdka jest w stanie, udzielając wywiadu o swojej depresji i wychodzeniu z niej, realnie uratować ludzkie życie. I to, że ludzie niebędący adresatami tego wynurzenia są nim zniecierpliwieni, w żaden sposób nie jest na szczęście w stanie powstrzymać płynącego z tego dobra.
Sama wychowałam się w domu z depresją – tata zachorował na ChAD długo przed moim urodzeniem. Większość członków mojej dalszej rodziny również cierpiała na tę chorobę. Bliska mi osoba straciła życie, opiekując się kimś w ciężkiej, źle leczonej depresji (tragiczna w skutkach próba samobójstwa rozszerzonego). Wydawać by się mogło, że zarówno ja sama już jako dziecko, jak i otaczający mnie dorośli, byliśmy tak depresją (własną lub cudzą) obciążeni i poranieni, że mieliśmy wszyscy bardzo wysoki poziom świadomości, czym ona tak naprawdę jest, jak się objawia, jakie ma rodzaje. Wydawać by się mogło, że towarzyszyło nam jakieś przeczulenie na tym punkcie, że mieliśmy wbudowane w siebie radary wykrywające tego typu problemy u innych. Jednak nikt z najbliższych nie zauważył, że już w wieku dwunastu lat miałam swoje pierwsze poważne epizody depresyjne. Ostatnio nawet usłyszałam, że „to dziwne, bo byłam takim wesołym dzieckiem”. Wesołym dzieckiem obsesyjnie myślącym o śmierci. Nie umiejącym mówić o tym wprost, ale za to rozpaczliwie krzyczącym o tym w swoich dziwnych i trudnych piosenkach. Do czego zmierzam? Do tego, że pewne mity są tak mocno zakorzenione w naszej kulturze, że powtarzamy je bezwiednie i bezmyślnie nawet wtedy, kiedy posiadamy narzędzia do ich weryfikacji. (Oczywiście całkiem inną i dużo bardziej skomplikowaną kwestią są mechanizmy wyparcia.)

Ciągle – wbrew pozorom – świadomość:

  • powszechności depresji (ale też wielu zaburzeń osobowości)
  • tego, jak bardzo depresje mogą się od siebie różnić i jak inaczej przebiegać (mój tata w jej trakcie nie był w stanie wstać z łóżka, ale znam też ludzi, którzy podczas depresji znakomicie się maskują i potrafią być całkiem efektywni w pracy, z kolei ja sama w najtrudniejszych depresyjnych stanach nie jestem w stanie zrobić niczego… poza pisaniem)
  • że stwierdzenie „człowiek w depresji nie może się śmiać, czy śmieszkować” jest fałszywe, bo każdy ma trochę inne mechanizmy obronne, a dodatkowo depresja przebiega u każdego nieco inaczej

jest niesłychanie niska. Nawet, jeśli wiemy coś, to jest to ciągle zbyt mało. Niech więc temat dbania o swoje zdrowie psychiczne będzie modny jak najdłużej! Niech irytuje, drażni i pobudza do refleksji. Bo mówienie o depresji czy wszelkich innych chorobach lub zaburzeniach psychicznych nie ma na celu pochwalenia się nimi (a nawet jeśli tak się zdarzy w jakichś sporadycznych przypadkach, to jakie mają znaczenie intencje nadawcy, jeśli realne dobro „zadziewa się” po stronie odbiorcy?). Po pierwsze komunikuje innym cierpiącym: nie tylko ty – ja też, a po drugie jest świadectwem drogi, którą ktoś przeszedł, by znaleźć się w znacznie lepszym miejscu. Zresztą sama terapia grupowa opiera się właśnie na mówieniu o tym, co trudne i słuchaniu innych, którzy mówią o tym, co dla nich trudne. To w jakiś niesamowity sposób pomaga lepiej zrozumieć siebie, rozbudza empatię na innych i odkrywa w każdym z nas terapeutę dla drugiego człowieka, którym w odpowiednich warunkach możemy się stać.
Będę więc może zbyt dla niektórych modna, a dla innych niemodna. Może oryginalna, a może banalna. Może do czytania fascynująca, a może wręcz nie do zniesienia. Jednak zamierzam pisać o tym, z czym się borykam, bo uważam, że temat zdrowia psychicznego jest jednym z ważniejszych i że mało co ma tak dużą moc jak dzielenie się własnymi trudnymi doświadczeniami z innymi ludźmi.

fot. Bożena Szuj

Co wykazał u mnie
test osobowości?

fot. Bożena Szuj

Sam test osobowości MMPI – 2, o czym już wspominałam, poprzedzony był długą i wnikliwą rozmową. Jednak zanim otrzymałam napisaną na podstawie jego wyników opinię, terapeutka nie szczędziła czasu na szczegółowe omówienie ich ze mną krok po kroku z uwagą i empatią. Pytała, czy zgadzam się z poszczególnymi punktami i zarówno, jeśli się zgadzałam (a zgadzałam się w zdecydowanej większości), jak i kiedy się nie zgadzałam, pytała dlaczego. Po lekturze opinii rozumiem, że to bardzo ważne. Jak by taka rozmowa nie była serdeczna, terapeuta w jej trakcie nas przede wszystkim diagnozuje. To może być niekomfortowe, zwłaszcza, kiedy przeczytamy o sobie w opinii coś, z czym się nie zgadzamy (mnie na przykład trudno jest zaakceptować tylko jedno zdanie: „bywa oporna wobec interpretacji psychologicznych”). Warto jednak pamiętać, że dobry terapeuta widzi w nas to, czego często sami nie umiemy dostrzec. Nie oznacza to, że jest nieomylny i że zawsze we wszystkim ma rację, ale jednak ma nad nami – jeśli można tak to ująć – przewagę w co najmniej dwóch kwestiach:

  1. ma inną perspektywę niż my i nasi bliscy, bo jest z zewnątrz – ani nie siedzi w naszej głowie, ani nie jest z nami emocjonalnie związany
  2. ma wykształcenie kierunkowe, więc patrzy na nas pod kątem psychologicznym, dostrzega strukturalnie mechanizmy naszego działania

Tak więc nawet, jeśli nawet gdzieś się myli, nie ma to większego znaczenia. Jeśli jest niezłym terapeutą – mechanizmy zdiagnozuje dobrze.
Niezwykłe wrażenie wywarła na mnie sama konstrukcja testu. Na 567 pytań zadanych w formie zamkniętej odpowiedziałam najszybciej, bo w 44 minuty. Okazały się niezwykle proste i niewymagające. Zahaczały o to, jakie są moje relacje ze światem, z bliskimi, rodziną, ale dosyć luźno. Starałam się nie zastanawiać zbyt długo – odpowiadałam szybko i zgodnie z tym, co myślałam i czułam tu i teraz. Szokiem więc było dla mnie, że te moich 567 prostych odpowiedzi wskazało nie tylko, z czym się tak naprawdę całe życie borykam, ale też, że:

  • „podeszłam do badania w sposób rzetelny”
  • „nie udzielałam odpowiedzi w sposób, który wskazywałby podejście obronne”
  • „nie wyolbrzymiałam swoich objawów i problemów”

oraz że jeden z wyników „prezentuje wiarygodność udzielanych odpowiedzi”. Dokładnie ta sama magia, jaka nas zawsze wprawiała w osłupienie na psychorysunku!

Jeśli chodzi o moją osobowość, test wychwycił:

  • poczucie zagrożenia i niższości
  • skłonność do introspekcji i samoponiżania
  • labilność w nastawieniu do przyszłości
  • obsesyjne myślenie
  • kompulsywne i zrytualizowane zachowanie
  • skłonność do ruminacji
  • samokrytycyzm
  • przewrażliwienie
  • alienację społeczną
  • zniechęcenie
  • introwersję
  • dużą nieśmiałość
  • perfekcjonizm
  • nadmierne racjonalizowanie

To oczywiście w dużym skrócie i uproszczeniu. Udało nam się też z terapeutką (prawie) rozwikłać zagadkę wysokiej wrażliwości. Choć nie jest to termin medyczny i ciągle budzi sporo kontrowersji, jednak łączy w sobie wiele cech mieszczących się w skalach: psychastenii, paranoi i schizofrenii, w których uzyskałam najwyższe wyniki. Część z nich terapeutka opisała też jako charakterystyczne dla artystów.

fot. Bożena Szuj

Obsesje, kompulsje

fot. Bożena Szuj

Obsesji, które lęgną się w mojej głowie się wstydzę, bo są niewygodne, dziwne i wyniszczające. Z niezrozumiałych powodów już od najmłodszych moich lat krążą… wokół seksualności. To dziwna mieszanka katolickiej surowej oceny seksualnych wyborów bliźnich (i poczucia wyższości w związku z własnymi poglądami) połączona z jakąś perwersyjną przyjemnością podglądactwa (nawet jeśli ulokowanego w sferze własnych domysłów) i całkowitym brakiem łączności ze sobą, własnymi potrzebami, ale też granicami. Na pewno kościół katolicki odegrał tu ogromną rolę. Budowane przez niego chore, oderwane od wszystkiego, co już dawno naukowo udowodnione wizje seksualności, fetyszyzowanie dziewictwa i wstrzemięźliwości, demonizowanie seksu i sprowadzanie go wyłącznie do prokreacyjnej roli lub – od stosunkowo niedawna – aktu miłości „dopuszczalnego” wyłącznie w sakramentalnym małżeństwie może małego, całkowicie niestabilnego, mającego obsesyjne skłonności człowieka nieodwracalnie skrzywić. Z pewnością kościół nie był jedynym budowniczym mojego zaburzenia, jednak już sama moja religijność również już od najmłodszych lat była mocno przerysowana i dziś, jako przyszła matka, patrzę na jej dowody z niemałą dozą przerażenia.
Równocześnie kłóciło się to wszystko z moją najprawdziwszą dziką naturą, która uważała wolność, a więc brak oceny (i innych wobec mnie, i mojej wobec innych), za najwyższą wartość. Moja dzika natura czuła, że jak kochać, to dawać i brać bez ograniczeń, bez kontraktów, bez zasad ustanowionych odgórnie, zwłaszcza tych narzucanych kobietom przez mężczyzn (kościół zrzesza głównie niepogodzonych ze swoim homoseksualizmem mężczyzn żywiących podświadomą pogardę do kobiet). Pisałam już o tym i będę to powtarzać do skutku – nie ma nic ani złego, ani dobrego w wyborze życia bez seksu, nie ma też nic ani złego, ani dobrego w czekaniu z seksem do ślubu (pod warunkiem, że jest to świadoma, dobrowolna decyzja obu stron). Nie ma też nic ani złego, ani dobrego w poligamii, poliamorii, czy niewiązaniu seksu z trwałym związkiem (tu, ponieważ należę do osób, których taki układ głęboko by skrzywdził, nie chcę się wypowiadać – prędzej czy później psychologia odpowie na pytanie, czy rzeczywiście tego typu wybory mogą nie pozostawić na psychice żadnych ran; mam na razie przekonanie, że to niezwykle indywidualne). Jednoznacznie złe jest natomiast narzucanie jednego stylu życia wszystkim ludziom. I w tym kościół jest niezrównany. Co, kiedy wolnościowa natura napotka na tamę w postaci rygorystycznego wychowania i narzucenia norm „moralnych” wyssanych z palca? Co, kiedy kolejną częścią składową tej natury jest perfekcyjność oraz potrzeba dostosowania i dopasowania się? Konflikt wewnętrzny. Nasilający się z latami coraz bardziej.
Kiedy zaczęłam dojrzewać i wchodzić w swoje pierwsze związki, natrafiałam na manipulatorów, którzy szybko i sprawnie rozgryzali, jak zdobyć nade mną kontrolę. Wystarczyło zacząć grzebać przy kruchej, kształtującej się dopiero seksualności – potędze dzikiego pierwotnego ognia – gorliwej i naiwnej katoliczki, jaką byłam, a potem przy pomocy umiejętnego władania zawstydzaniem zabijać jej maleńkie, niemal niewykształcone poczucie własnej wartości. Przyjdźcie do mnie teraz, tchórze, kiedy możemy powalczyć jak równy z równym!
Od kiedy pamiętam, byłam zbyt jakaś. Zbyt nienasycona, zbyt cnotliwa, zbyt bezwstydna, zbyt wstydliwa, zbyt bezpruderyjna, zbyt pruderyjna. Nigdy nie umiałam się znaleźć w niczyim środku. Od kiedy pamiętam potrzebowałam być brana głębiej. Tak, ta co najmniej dwuznaczność jest w pełni zamierzona i dobrze oddaje to, co zazwyczaj dzieje się w mojej głowie. Kiedy już kogoś w ogóle wokół siebie dostrzegałam, miałam ochotę bez reszty mu się oddać w każdym możliwym sensie. Przy tym dziwnym poczuciu własnej uległości, chciałam go równocześnie też posiąść, zawładnąć nim emocjonalnie, duchowo, a bardzo często też seksualnie. Miałam ochotę na kontakt całkowity, bez krygowania się, wstydu czy zbędnej pruderii. Jeśli cokolwiek miałoby to uniemożliwić, paraliżował mnie strach, że ominie mnie coś ważnego. Dziś myślę, że ten „człowiek na horyzoncie” mógł być w tamtym czasie niemal dosłownie jedynym zauważonym przeze mnie. Wiodłam tak rozbudowane życie wewnętrzne, że realna rzeczywistość mi umykała.
Dopiero dziś, kiedy już od trzech lat jestem w najważniejszym w swoim życiu związku ze stabilnym, zrównoważonym mężczyzną, zaczynam powoli rozprawiać się ze swoimi obsesjami. Dość płynnie uciekłam od tego tematu, ale pora wrócić tam, gdzie boli. Moje niepokojące reakcje na seksualność innych ludzi, które towarzyszyły mi jeszcze w bardzo wczesnym dzieciństwie i których genezy niestety najprawdopodobniej nigdy nie poznam, z biegiem lat przerodziły się w niezrozumiałą dla mnie chorobliwą zazdrość o seksualną przeszłość moich partnerów. I na samym początku, i później, te „niepokojące reakcje” stanowiły obsesyjne zadręczanie się triggerem bez próby wglądu w to, czemu informacje na temat czyjejś seksualności w ogóle triggerem są. Kiedy znalazłam się w całkiem zdrowym punkcie swojego życia, poznając obecnego Partnera, mój problem nagle stał się jaskrawy – znacznie odstawał od mojej dojrzałości w pozostałych aspektach. Nagłe, niespodziewane ataki furii przesłaniające nie tylko racjonalne myślenie, ale też blokujące mi kontakt z własnymi emocjami wyniszczały nie tylko mnie, ale też psuły jedną z najważniejszych w moim życiu relacji. Na opisanie własnych kompulsji nie jestem gotowa, ale sam mechanizm wygląda następująco: obsesje mogą być związane z każdym tematem, niektóre mogą wydawać się realne, inne są niemal całkowicie abstrakcyjne. Kiedy myślę o swoich obsesjach, widzę oczami wyobraźni koło, zapętlenie. Pewnym rodzajem wyjścia podsuwanym przez umysł jest kompulsja – jakaś czynność, którą „musimy wykonać, żeby poczuć się lepiej”. Ona również może być kompletnie abstrakcyjna (Jennette McCurdy w książce „Cieszę się, że moja mama umarła” wspominała o kilku podskokach, kręceniu się wokół własnej osi czy klepaniu się po brzuchu), ale może też być zupełnie naturalna. Problemem staje się, kiedy uczynimy z czynności naturalnej przedmiot kompulsji, bo trudniej się wtedy z całego tego szaleństwa wyplątać. Tak było (jest) w moim przypadku. Ciągle się uczę, jak przekierowywać myślenie i zachowanie chore na zdrowe tory. Moim kompulsjom towarzyszyło zadręczanie się, a wszystko kończyło się chwilową i wątpliwej jakości ulgą. Tylko wiele, wiele lat nie miałam pojęcia, że moje obsesje z moją kompulsją są powiązane. Wiele, wiele lat cierpień.

fot. Bożena Szuj

Bycie więźniem własnej głowy

fot. Bożena Szuj

Pamiętam jeden wieczór, jakieś dwa lata temu. Przytłoczyło mnie wrażenie, że to, co dzieje się w mojej głowie, jest tak straszne i trudne do wytrzymania, że nie mogę tego znieść. Chciałam się poddać, pokazać białą flagę, błagać to coś, żeby opuściło moją głowę i dało mi spokój. Myślę, że kiedy mamy obsesje, a uczymy się radzić sobie inaczej niż za pomocą kompulsji (czyli te kompulsje na chwilę odstawiamy), to wszystko się jeszcze bardziej komplikuje. Leżałam w łóżku zwinięta w kłębek, szukałam w internecie jakiegoś numeru telefonu, na który mogłabym zadzwonić, będąc w ciężkim kryzysie. Ostatecznie znalazłam kilka i nie zadzwoniłam na żaden. Znalazłam też jakąś muzykę, która miała działać odstresowująco. Nie bardzo w takie rzeczy wierzę, ale być może na zasadzie placebo ona rzeczywiście rozluźniła mój brzuch. Bo moje obsesje przeżywam przede wszystkim brzuchem. Pamiętam też inne swoje załamanie, sprzed stosunkowo niedawna, kiedy płakałam w ramionach Partnera, wyznając mu, że wiem, że muszę o siebie zadbać i zmienić sposób myślenia, ale zwyczajnie nie umiem tego zrobić. W każdym z obydwu przypadków czułam, że jestem bliska obłędu. Wydaje mi się, że w takich momentach bardzo ważna jest czułość wobec siebie; nie dowalanie sobie, nie pretensje i wyrzuty, że myśli się tak, a nie śmak. Zaakceptowanie, że jest się w danej chwili słabszym, otoczenie się życzliwością i opieką, przytulenie samego siebie i przede wszystkim zrozumienie, że to minie to najwięcej, ile możemy dla siebie zrobić. Potem stopniowo można wprowadzać w życie obserwowanie kiedy i jak reagujemy na to, co dla nas trudne. Ustalenie, co jest dla nas trudne. Czy faktycznie jakaś starsza pani, którą w prehistorii połączyło z moim partnerem coś już wtedy dla niego nieistotnego jest dla mnie triggerem? No niekoniecznie. Więc co nim jest? Czemu raz mi się odpala najczystsza i najsilniejsza nienawiść wobec kogoś (jakichś „nich”), kogo nie znam i funkcjonuje w mojej głowie wyłącznie jak zdehumanizowany symbol ohydy, a innym razem mi się nie odpala? Partner w międzyczasie nie zmienił przecież swojej przeszłości. Czemu raz myślę o jego przeszłości, a innym razem o niej nie myślę? Czemu raz, myśląc o niej, odczuwam ścisk w żołądku i robi mi się niedobrze, a innym – jest mi całkowicie obojętna, bo w końcu jakie ma znaczenie dziś, skoro jesteśmy razem, codziennie tworząc piękny związek? Niedużo udało mi się ustalić, ale trochę mi się udało. Po pierwsze obsesyjne wyniszczające myśli nasilają mi się w momentach stresu, a ten jest u mnie spowodowany przede wszystkim kontaktem z osobami toksycznymi. Jeśli dłuższy czas jestem w stresie, spada moje nadal dosyć niskie poczucie własnej wartości i wtedy całe na biało wchodzą obsesje. Krąg strasznych, toksycznych myśli o urojonych albo mocno zniekształconych przez mój umysł sytuacjach i ludziach, o których wymyślam i mówię najgorsze rzeczy. Czy daje mi to poczucie ulgi i mocy? Bardzo duże i równie niestety chwilowe. Kiedyś dawałam się po wszystkim wpędzać (przede wszystkim samej sobie) w poczucie winy, że pomyślałam o kimś źle. Dziś rozumiem, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Znaczenie ma natomiast, że te obsesje robią realną krzywdę mnie samej i oczywiście także mojemu związkowi.
Czy da się z tym funkcjonować? Poradziliśmy sobie z tym oboje w całkiem dobry sposób. Nauczyłam się siebie na tyle, żeby złapać moment, w którym „to się zbliża”. I wtedy mówię o tym Partnerowi. Problemem moich obsesji jest to, że mam pokusę, by komunikować swój ból sarkazmem. Jednak to jest toksyczne i na pewno nie pomaga. Więc mówię, na ogół płacząc, że „się zbliża”. A Partner, rozumiejąc już (do czego też musiał dojść), że wszystko, co nastąpi, będzie nie o nim, ale o mnie, pyta spokojnie, co się stało, co sobie pomyślałam, co mi się skojarzyło i z czym. I bardzo się staramy tak prowadzić rozmowę, żeby wyciągnąć ją z toksycznych rewirów (inni ludzie, moja do nich niechęć) i sprowadzić na bezpieczną drogę (komunikat ja). Dziś wiem, że pod moją złością, wściekłością czy nienawiścią kryje się przeważnie lęk przed porzuceniem. Z jakiegoś powodu zaplątała się w to seksualność. Jednak nie ona jest tematem głównym. Rozumienie tego daje mi ogromną siłę. I – co najważniejsze – od bardzo, bardzo dawna nie miałam takich ataków. Stały się coraz rzadsze, a przede wszystkim całkowicie zmieniły intensywność.

fot. Bożena Szuj

Obsesyjny pociąg

fot. Bożena Szuj

Terapeutka przeprowadzająca test osobowości MMPI – 2, a potem omawiająca ze mną jego wyniki, powiedziała mi coś, co pozwoliło mi zwizualizować swój problem. Porównała obsesyjne myśli do pociągów. Jestem na peronie, a te wszystkie przejeżdżające i odjeżdżające pociągi to obsesyjne myśli. Szokujące było dla mnie odkrycie, którego szybko dokonałam:

O matko! Przecież mogę do nich nie wsiadać! – wykrzyknęłam.

Mam wrażenie, że potrzeba wsiadania jest pewnego typu kompulsją. Że obsesja może płynnie przeradzać się w kompulsję, a kompulsja w obsesję, ale najważniejsze jest to, że możemy nie wsiadać. I dobrze poprowadzona terapia nam w tym pomoże.

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę swoje wykonanie urzekającego kanonu Jerzego Wasowskiego „Już noc”. Moi znajomi kompozytorzy pewnie się teraz uśmiechną, bo z całą pewnością można to sobie matematycznie wyliczyć, ale jestem absolutnie zafascynowana formą kanonu i ciągle mnie zdumiewa, jak można napisać melodię, która powtarzana kolejnymi głosami w pewnych odstępach czasowych tworzy sama ze sobą sensowną harmonię. Bardzo chciałabym się tego nauczyć. Tymczasem pozostaje mi śpiewanie ze sobą na głosy kanonów już napisanych. One też mają formę koła – zupełnie jak obsesje.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kochanków rozmowy… cz. 9

fot. Marianna Patkowska

Ponieważ moje, trwające już trzy lata, życie w związku obfituje w codzienną porcję dialogów, które uwielbiam, jakiś czas temu zaczęłam prowadzić na swoim fejsbukowym profilu cykl „Kochanków rozmowy”. Ponieważ cieszy się on dużą sympatią i popularnością wśród znajomych, postanowiłam publikować go w postaci blogowych wpisów.
Wybór takiego właśnie tytułu, jak zwykle u mnie, nie był przypadkowy, lecz głęboko przemyślany. Podkreśla dwie rzeczy, bez których udany związek nie istnieje: nieplatoniczność relacji oraz rozmowę. Mam w ogóle wrażenie, że rozmawiamy ze sobą bezustanNie, nawet milcząc, choć już słyszę uchem wyobraźni przytyki Kochanka, że ja milczę zdecydowanie rzadziej. Niech Mu będzie!

Zapraszam na kolejny, dziewiąty już, wpis „Z cyklu kochanków rozmowy”.

☎️ Z cyklu telefoniczne kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy przez telefon…

Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Nie udało mi się niestety spotkać z naszym przyjacielem – mówi Kochanek, będący aktualnie w stolicy, – bo nie ma go w mieście, siedzi w lesie.
– Ooo! To musimy go tam kiedyś odwiedzić! – wykrzykuję z entuzjazmem.
– A nie pomyślałaś, że on tam siedzi właśnie dlatego, że nie chce się spotykać z ludźmi? 🤔
#NoKurczę #NiePomyślałam

Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
Kochanek właśnie nad morzem, ja w górach (nasza miłość taka od Giewontu po Bałtyk…). Dzwoni do mnie po wyjściu od naszej wspólnej cudownej koleżanki i stwierdza uchachany oraz lekko wstawiony:
– Wiesz, jaką miała minę, kiedy jej powiedziałem, że z tym naszym planowanym trójkątem, o którym ciągle gadacie, to nie są żarty? 🤣🙈
– Yyy, ale to przecież… są żarty 🤷‍♀️ Czemu tak jej powiedziałeś? 🧐
– Yyyyy… Dla Ciebie! 😍 Myślałem, że tego chcesz, przecież to Wyście zaczęły ten temat… 🙉
– Co dokładnie podpowiedziało Ci, że mogłabym postawić dziewczynę, którą uwielbiam w takiej sytuacji? Czy kiedykolwiek zdradziłam jakiekolwiek oznaki śladowego choćby szacunku do kogokolwiek, kogo (jak sam to nazywasz) trykałeś?
– No nie 🙈🙈🙈
– Ale w sumie skoro już zaczęliśmy ten temat, to może koledze z pracy zaproponuję trójkąt! 🙋‍♀️ Lubisz go! 😉
– Ok, a czy, jeśli się zgodzi, mogę w tym nie brać udziału?
🤣🤣🤣 #DoFantazjowania #ToPierwszy #TylkoRobić #NieMaKomu #WszystkichZestresowanych #Uspokajam #JesteśmyZwiązkiemWPełniMonogamicznym

🚗 Z cyklu samochodowe kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy w samochodzie…

Z cyklu samochodowe kochanków rozmowy…
– Edmund Kolanowski – zagajam niezobowiązującą rozmowę, – był taki. Słynny polski nekrofil.
– Edmund Kolonoskopowski🙅
– 🤣🤣🤣
#Mocne

☕ Z cyklu poranNe kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy rano…

Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
Opowiadam Kochankowi o wspaniałym webinarze na temat zaburzeń osobowości dla studentów SWPS-u.
– Wiesz, ta prowadząca uczulała na to, że rzadko do gabinetu trafia ktoś z jednym zaburzeniem osobowości w jakiejś książkowej formie. Na ogół są to zaburzenia lub cechy zaburzeń, które są mieszane. Nie ma szablonu – opowiadam z przejęciem Kochankowi.
– Nie ma szablonu??? – pyta Kochanek. – To co robią ci wszyscy psychiatrzy pozbawieni intelektu?
– Trafiają do pracy na OLZON-ie w Szpitalu Specjalistycznym im. dr. Józefa Babińskiego… 🤷‍♀️
– … W KRAKOWIE!!!
🙈🙈🙈 #KrakówToStanUmysłu #TakJestNiestety #JadąNaOpiniiSprzedLat #ASkalaIchNieprofesjonalizmu #Powala

Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
Pokazuję Kochankowi rolkę z szympansem i się rozmarzam:
– Zawsze chciałam mieć w domu takie urocze szympansiątko…
– Wystarczy, że urodzisz średnio inteligentne dziecko 🤷 – odpowiada Kochanek.
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #WSumie #CośWTymJest #TylkoBędzieMniejOwłosione #ISłodkie

Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
– Wiesz, nasza relacja jest tak unikalna i wyjątkowa, bo ja od samego początku czułam się w niej zdana tylko na taką wiesz, prawdziwą siebie – zwierzam się Kochankowi. – Bo na początku myślałam, że jesteś lovelasem i creepem.
– 🙄
– Dopiero potem się okazało, że jesteś tylko creepem 😆
– 🤣🤣🤣
🤣🤣🤣 #Najważniejsze #ŻeSięRoześmiał

Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
– A Twój tata śpiewał szanty? – zadaję Kochankowi trudne pytanie i oddycham z ulgą, słysząc odpowiedź.
– Nie, no co Ty! Marynarze nie znoszą szant! Szanty śpiewają ludzie z kompleksami, którym się wydaje, że są wilkami morskimi. Lądowe, k…a, ciecie!
– 🤣🤣🤣😘
#Uff #CzyliMojaIntuicja #SięNieMyliła

🫖 Z cyklu popołudniowe kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy po południu…

Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
– Bo Ty mnie zaniedbujesz i nie masujesz! – stwierdzam smutny fakt.
– Hę? 🤔
– Zaniedbujesz mnie! Nawet kolega z pracy to stwierdził! – wytaczam działa.
– To niech Cię kolega z pracy masuje 🤷
– Ale on mnie masuje!
– No to świetnie! W takim razie ja nie muszę 🤷
– Ej, ale w ubraniu…
– 🤷
– … na siedząco…
– 🤷🤷
– … przy innych ludziach…
– 🤷🤷🤷
#NoIWyszłamNaTym #JakHimilsbach #ZAngielskim

Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
Oglądamy rolkę z pieskiem.
– To corgi? – pyta Kochanek.
– Tak, one są słodkie – odpowiadam. – Chociaż Królowa je lubiła, więc mogą nie być inteligentne.
– Ona nawet swoich dzieci nie lubiła, więc może właśnie są bardziej inteligentne 🤷 – stwierdza Kochanek.
#MożeWłaśnie #TakCzyTak #SkłaniamySięKu #MieszańcowiZeSchroniska

Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
Puszczam Kochankowi cover, jaki właśnie nagrałam.
– I nagrałaś to wszystko tylko teraz? – pyta Kochanek.
– Tak. Znaczy wokal główny dwa razy – odpowiadam speszona, – a pozostałe głosy już po razie.
– Nie gadam z Tobą – stwierdza Kochanek.
– Że źle? – dopytuję.
– Inni ludzie wywalają miliony na porządne studio i sprzęty, a Ty, kiedy idę zmywać, bierzesz Zooma, wchodzisz do szafy i nagrywasz raz z takim efektem. Nie gadam z Tobą 🙈
🤣🤣🤣 #CzyliChyba #JednakDobrze

🍻 Z cyklu wieczorne kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy wieczorem…

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Kochanek w łazience podcina mi grzywkę, a ja Go dopytuję:
– A czy Ty „dźwięk flamastra drzesz”?
– Tak – odpowiada Kochanek zdecydowanie.
– Taaaak? 😱 A czy na koncertach krzyczysz „więęęęcej….
– … czaaaaaaduuuuu”? Też tak!
– Wow! Poważnie? – pytam, nie dowierzając. – To „cały Ty”? 😱😱😱
– Tak, i jeszcze „mistrzem świata w Radości” jestem. Radość to taka miejscowość pod Warszawą.
🤣🤣🤣 #CałeSzczęścieŻeNieWWesołej #KryśkaToGoJednakZna #JestemLekiemNaCałeZło #IJegoCycemNaPrzyszłyRok

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Oglądamy film, podczas którego zbiera mi się na czułości wobec Kochanka, więc stwierdzam (w swoim odczuciu) zalotnie:
– Popatrz, a Ty masz na własność dużo lepszy biust niż denatka ☺️ – i wdrapuję się na Niego w celu okazania rzeczonego.
– Musisz mi tu o denatkach napomykać? – pyta Kochanek, któremu biustem przesłoniłam właśnie świat.
– Ty to jesteś taki, taki… – zachwycam się Kochankiem.
– … sraki!
– Musisz mi tu o srakach napomykać? 🤔
– NapomyKAŁ 💩
🤣🤣🤣 #IPoSeksach #Żartowałam #Chociaż #NiesmakPozostał

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Uchylam rąbek szlafroka i zapytowywuję Kochanka:
– Czy ja jestem piękna? … czy gruba? 😱
– Jedno drugiego nie wyklucza 🤷
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #NaLeczenieKompleksów #Kochanka #NiePolecam

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Leżąc w naszym zakopiańskim gniazdku, oglądamy „Dzień Świstaka”. Pod koniec pytam Kochanka:
– Ale gdybyśmy mieszkali w takiej dziurze, to nie chodzilibyśmy na takie imprezy, prawda? 🥺
– Mieszkamy w takiej dziurze 🤷
🤣🤣🤣 #WSumiePrawda #JeszczeTylkoObchodów #DniaŚwistaka #TuBrakuje

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Kochanek leży na łożu boleści. Wchodzę do pokoju i patrzę na niego z góry, uwodzicielsko. A On przepowiada przyszłość, taką oto historią:
– Na co umarł pani mąż?
Na miażdżycę!
Jak to się stało?
Usiadłam na nim.
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #IZnowuSięWykpił #NiechNoTylkoWyzdrowieje

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Oglądamy „Fargo” i w pewnym momencie pytam Kochanka:
– Ale gdybyś kiedyś chciał zlecić moje porwanie, to mógłbyś wynająć bardziej gramotnych gangusów niż ci filmowi?
– Przecież Ty się sama zgubisz, jak Ci się wyłączy światło 🤷
#WSumie #TeżPrawda

Z cyklu netflixowe kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy, oglądając Netflixa…

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Oglądamy film „Bielmo” na Netflixie. Kiedy jeden bohater pyta drugiego „co go gryzie”, Kochanek opowiada:
– Wszy!
– „Wszak” – nawiązuję do tego, co od kilkudziesięciu minut słyszymy z ekranu.
– „Zawżdy” – kontynuuje Kochanek.
– „Azaliż”!
– „Onegdaj”…
I to by było na tyle, jeśli chodzi o moją recenzję…
#NibyZawżdy #Precz #IAzaliż #AJednakRównież #BrzydalJebany #CośPanuTłumaczowi #NieDoKońcaWyszło

Z cyklu netflixowe kochanków rozmowy…
Oglądamy trzecią część „Ojca Chrzestnego” i próbuję się zorientować w papieżach.
To on był przed naszą papą?
– Nie, jeszcze wcześniej. Przed naszą papą był Jan Paweł I, ale bardzo krótko.
– No właśnie. Jak mu się zmarło?
– Zdania są podzielone. Niby naturalnie, ale są też głosy, że kiedy odkrył watykańskie przewały, to został zdematerializowany.
– I wtedy wybrali naszą papę!
– Tak, liczyli, że on nic nie odkryje.
– I rzeczywiście! Przez cały pontyfikat wp…alał kremówki i nic nie odkrył! 🤷‍♀️
– I jeszcze mu Dziwisza dowalili! „Co się Dziwisz?” 🤣
– „Stevie Wonder” 🤣🙈
#NieDziwiNic

🛏 Z cyklu nocne kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy w nocy…

Z cyklu nocne kochanków rozmowy…
Wchodzę do sypialni cała na biało (dosłownie) i wdrapuję się na Kochanka, szepcząc zalotnie:
– To ja, Twoja Śnieżynka ❄️❄️❄️
– 🙉🙉🙉 Ojprdl… Lawina! 🙈🙈🙈 – gasi mnie Kochanek.
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #LawinaŚnieżynek

🤯 Z cyklu o snach kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy też o… moich snach…

Z cyklu o snach kochanków rozmowy…
– Wiesz, śniło mi się…
– Znowu się zaczyna… – przerywa mi Kochanek.
– Ej! Śniło mi się, że mieliśmy brać ślub i się na klatce schodowej przebierałam, ale nie podobały mi się te ciuchy wcale. No i przyszły do mnie pieski cioci [mieszkamy w tej samej kamienicy]. Wiesz, miały być naszymi świadkami… – kontynuuję.
– 🙉🙉🙉
– To dziwne… Myślisz, że matka z synem mogą być świadkami?
– Znaczy… mnie bardziej dziwne się wydaje to, że były nimi psy 🙈🙈🙈
#WSumie #PoPrzemyśleniu #TrochęRacjiMa 🤷‍♀️

P.S. A na deser łączę perełkę, którą pokazał mi Kochanek – piosenkę „Magiczne ognie tej jesieni” Grażyny Łobaszewskiej. Utwór cudownie zaśpiewany, zrealizowany i zharmonizowany. Do życzenia pozostawia wiele jedynie tekst (w tym moje ulubione „oczy przepastne”), ale generalnie rzecz biorąc, więcej tu dobra niż zła.

Polub i zaobserwuj nas na Facebooku:

 

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Zasługujesz na miłość” Sylwia Parol

fot. Bożena Szuj

wydawnictwo: ReWizja
rok wydania: 2023

Któż z nas nie lubi czasem przeczytać opowiadania erotycznego, które rozpali zmysły, pobudzi wyobraźnię, a może stanie się inspiracją lub wstępem do namiętnych chwil z ukochaną osobą lub samym sobą? No właśnie… ja.
Być może przez swoje długoletnie uzależnienie od pornografii, być może przez naprawdę fatalne opowiadania, na które natrafiałam w sieci (nic nie gasi pożądania szybciej niż słaba interpunkcja), w końcu może przez gustowanie w wersjach hard nie soft nigdy nie ciągnęło mnie do czytania ani romansów, ani delikatnych opowiadań erotycznych dla pensjonarek (jak o nich zawsze myślałam).
Tymczasem na mojej fejsbukowej drodze życia stanęła przeurocza, arcyciepła Sylwia Parol, której e-bookowego debiutu byłam niezwykle ciekawa. Po pierwsze dlatego, że wiem, jak cudownie i zmysłowo posługuje się językiem. Po drugie dlatego, że na miejsce akcji swojego opowiadania wybrała Zakopane, w którym mieszkam już od trzynastu lat.

 O czym jest opowiadanie?

fot. Bożena Szuj

Opowiadanie ma nieskomplikowaną fabułę, co przy jego długości (zaledwie 81 stron) jest atutem. Główna bohaterka Alicja jest trzydziestosześcioletnią mieszkanką Warszawy. To kobieta z lekką nadwagą, już prawie rozwódka, matka szesnastolatka, a przede wszystkim stereotypowa matka Polka, zamartwiająca się i zajmująca wszystkim, tylko nie sobą. Przekonana, że już nic jej w życiu nie spotka i nieznosząca swojego ciała, powoli wpada w schemat pruderyjnego myślenia oraz mentalną starość. Weekendowy samotny wyjazd do Zakopanego ma być dla niej odskocznią od trudnego i bolesnego rozwodu, a także możliwością podładowania akumulatorów. Choć wszyscy wokół pozwalają sobie na mniej lub bardziej subtelne aluzje, że

powinna sobie przygruchać jakiegoś górala na te kilka gorących nocy,

– niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu

ją cieszy perspektywa odpoczynku w pięknej górskiej scenerii. Na przystojnego hydraulika nie trzeba długo czekać, a rozwój wypadków łatwo przewidzieć.

Warsztat językowy

fot. Bożena Szuj

Nie ukrywam, że była we mnie pewna obawa, że Sylwia zagubi się w góralszczyźnie równie spektakularnie jak twórcy „Szpilek na Giewoncie”, którzy popełnili wszystkie możliwe błędy od doboru garderoby swoich bohaterów po włożenie w ich usta koślawej, żenującej gwary góralsko-warszawskiej. Na szczęście w opowiadaniu „Zasługujesz na miłość” udało się uniknąć tego typu wpadek. Czego natomiast się nie udało uniknąć? Pewnej naiwności na samym początku, która jednak dość szybko ustąpiła miejsca stopniowemu budowaniu erotycznego napięcia, w czym Sylwia jest naprawdę doskonała!
Jerzy Sosnowski, którego uważam za literackiego mentora, opowiadał nam podczas studiów na prowadzonych w naszej grupie przez dwa semestry warsztatach „twórcze pisanie”, że opisy erotyczne są szczególnie trudne i wymagające. Z jednej strony trzeba się dosyć mocno obnażyć, z drugiej trafić w jakiś uśredniony gust ogółu (ja ze swoim trafiłabym pewnie tylko do małej garstki zwyroli), z trzeciej z kolei nie stać się w tym wszystkim groteskowym. W pisaniu Sylwii bardzo cenię jej niesłychane wyczucie tego, co w erotyce jest uniwersalne. Mogę sobie pozwolić na drobne uszczypliwości w związku z fabułą, ale skłamałabym mówiąc, że opowiadanie na mnie nie zadziałało.

Podhale z marzeń i snów

fot. Bożena Szuj

Podhale ma swój niepowtarzalny urok. Tatry zapierają dech w piersiach nawet tym, którzy nie zamierzają ich zdobywać. Góralskie stroje są piękne, a górale to – mówiąc szczerze i obiektywnie –  najprzystojniejsi mężczyźni w całej Polsce. Muzykę Skalnego Podhala się albo kocha, albo się jej nienawidzi. Surowa, szorstka, chropowata, z gruba ciosana, ostra – najlepiej odzwierciedla góralski charakter; górale choć słyną z gościnności i serca na dłoni, są też uparci, przekorni i charakterni. Zakopane przyciągające onegdaj najciekawszych artystów z całej Polski, stanowiło swego czasu jedną wielką artystyczną bohemę. To wszystko sprzyja budowaniu podhalańskiego mitu – mitu surowego i pięknego miejsca zamieszkanego przez surowych i pięknych ludzi będących bliżej Prawdy. Bliżej Absolutu…
Tymczasem w rzeczywistości jest trochę inaczej. Już nie czepiając się tego, że Tatry są owszem, cudowne, ale najwspanialsza ich część leży po stronie słowackiej. Czy tego, że góralskie portki mają kolor kremowy, a nie – jak u większości fiakrów po latach nieprania – brunatno-szary. Nie czepiając się też tego, że w karczmach – mimo zapewnień, że jest inaczej – od wielu lat kapele góralskie nie grają muzyki Skalnego Podhala, lecz łatwiejsze dla ucha przygrywki słowackie i węgierskie. (Oryginalną podhalańską muzykę usłyszymy już tylko na tradycyjnych weselach oraz pogrzebach.) Przymykając oko na fakt, że góralskie świętości sprowadzają się w praktyce przede wszystkim do dutków, czy inny, że górale nie są nauczeni etyki pracy z klientem, więc na turystów, do których nie potrafią dotrzeć, głównie narzekają. Spuszczając na to wszystko zasłonę milczenia i utrzymując, że to kwestia „zmieniających się czasów” (nie sądzę)… największym odstępstwem od tego mitu są mężczyźni. Rzeczywiście przypominający na ogół urodą samego Adonisa, jednak najczęściej kiedy otwierają usta, wydobywają z siebie dyskryminacyjne hasła podlane bogoojczyźnianym ciężkostrawnym sosem. Jeśli jest się, jak ja, kobietą sapioseksualną, trudno rozpatrywać przeciętnego górala nawet w kategoriach one night stand’u. Podczas swojej działalności w Strajku Kobiet Podhale usłyszałam mnóstwo dramatycznych historii o przemocy domowej. Zgodnie z tradycją sprawcami byli mężczyźni, a ofiarami kobiety i dzieci. (Niewybredne „żarty” niektórych radnych pokazują dobitnie, że patologia w tej części kraju jest niestety normą.) Nadal – większość, to nie wszyscy, jednak świadomość skali zła każe trochę przewartościować początkowy zachwyt.
Czytając opowiadanie Sylwii Parol, przeniosłam się w świat mitycznego magicznego Podhala z wyobrażeń i snów reszty Polski. Z sielanki wytrąciła mnie co prawda sytuacja, w której przystojny hydraulik Maksymilian zaproponował Alicji, że odwiezie ją na pogotowie – zmroziła mnie perspektywa przeniesienia akcji do Szpitala Powiatowego w Zakopanem, który wystarczyłoby opisać jeden do jednego, żeby uzyskać efekt opowiadania grozy. Na szczęście szybko odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się, że ta przyjemność ominie nieświadomą niczego Alicję.

Romantyczna wizja miłości

fot. Bożena Szuj

Z romantyczną wizją miłości, o czym już tu wielokrotnie pisałam, mam spory problem. Bo pociąg seksualny to jedno, a budowanie zdrowej więzi, to zupełnie co innego. Oczywiście kiedy mówimy o relacjach romantycznych, trudno o to drugie bez pierwszego. Jednak pierwsze nie jest gwarancją drugiego, co romantyczna literatura i filmy zdają się kompletnie pomijać.
Sylwia poradziła sobie z tym całkiem nieźle, pokazując czułość i rodzącą się między bohaterami intymność. Cieszy mnie bardzo, że bohaterką opowiadania jest kobieta dojrzała o sylwetce „nieidealnej”, która jednak rozpala zmysły mężczyzny „obiektywnie” bardzo atrakcyjnego. To doskonale pokazuje, że w przyciąganiu seksualnym nie chodzi o wykreowane przez media, kulturę i popkulturę wzorce, tylko o bardzo subiektywne potrzeby każdej jednostki, które kształtują się w człowieku na bardzo wczesnym etapie rozwoju pod wpływem często zupełnie przypadkowych sytuacji. Jest sporo prawdy w tym, że chociaż poczucie wartości trzeba sobie samemu w środku wypracować, nie żyjemy na pustyni; otaczają nas inni ludzie, którzy mogą nas albo swoją serdecznością i otwartością uskrzydlić, albo za pośrednictwem wrogości wbić w ziemię. To potrafi wpłynąć na poczucie wartości, zwłaszcza, gdy nie jest ono wysokie. Kiedy Maksymilian próbuje pokazać Alicji ją samą widzianą jego oczami, może na chwilę oderwać ją od perspektywy, do której się przyzwyczaiła, zasiać w niej ziarno samoakceptacji, zaintrygować. Jednak w pewnym momencie spada na niego cały ciężar odbudowania jej poczucia wartości, co nie jest niestety najlepszą wróżbą. Po pierwsze dlatego, że nie jest to jego rola, a po drugie dlatego, że to praca na długie lata. Lata, które może spędzą razem, a może nie, co nie powinno mieć wpływu na decyzję Alicji o tym, by wziąć za siebie i swoje szczęście odpowiedzialność. A na płynącą z tego satysfakcję i polepszoną jakość życia, jak każdy, zasługuje!

P.S. Opowiadanie „Zasługujesz na miłość” znajdziemy na platformach:

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Cieszę się, że moja mama umarła” Jennette McCurdy

fot. Bożena Szuj

tłumaczenie: Magdalena
Moltzan-Małkowska
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
rok wydania: 2022
oryginalny tytuł: I’m glad
my mom died

Głośny literacki debiut Jennette McCurdy „Cieszę się, że moja mama umarła” porusza niesamowicie ważne kwestie, które w wielu kulturach (m.in. naszej) ciągle jeszcze uchodzą za tematy tabu. Jest to również znakomita, wciągająca, pełna fantastycznego humoru, doskonale napisana… wstrząsająca powieść autobiograficzna o tym, jak wiele nieodwracalnych błędów można popełnić, wychowując dziecko i jak kompletnie przez nikogo nieweryfikowana władza absolutna matki może zniszczyć życie jej dziecka. Jest to też powieść o piekle anoreksji, bulimii, alkoholizmu, współuzależnienia i show biznesu, w którym dorastają pod niewyobrażalną presją dziecięce gwiazdy, spełniające na ogół marzenia swoich rodziców.

Kwestia tytułu

fot. Bożena Szuj

Nie ukrywam, że tytuł wywołał we mnie początkowo mieszane uczucia. Oczywiście w połączeniu z przepiękną okładką i cukierkowym na niej zdjęciem McCurdy trzymającej różową urenkę, bardzo mnie rozbawił. Równocześnie okazywanie radości z powodu czyjejkolwiek śmierci budzi mój sprzeciw. Amerykańska gawiedź, która wytoczyła się z szampanem na ulice po zamordowaniu Saddama Husajna utożsamiała w moim odczuciu najohydniejsze instynkty nie dlatego, żeby mi było Husajna szkoda, czy żebym uważała, że na śmierć nie zasłużył. Podobny niesmak czułam, kiedy jedna z instagramerek stwierdziła, że „po śmierci Putina otworzy szampana” (co oni mają z tym szampanem?). Znowu nie dlatego, żebym nie uważała, że najlepszą przysługą dla świata będzie unicestwienie tego zbrodniarza. Czułam jednak, że czym innym jest odetchnąć z ulgą po czyjejś śmierci, a czym innym poświęcać swoją energię na jej celebrowanie.
W przypadku tytułu recenzowanej dziś przeze mnie książki jest jednak trochę inaczej. Po pierwsze Jennette McCurdy łączyły ze zmarłą silne więzy. Była to relacja mająca długą historię. Relacja, której częścią było więc również samopoczucie autorki po śmierci matki i własne na ten temat przemyślenia, czy – co najbardziej tragiczne – nieumiejętność wyodrębnienia ich z wdrukowanych w siebie przekonań i manipulacji matki, z którą dwadzieścia parę lat swojego życia była emocjonalnie zlana w jedno.
McCurdy w wielu wywiadach powtarzała, że od początku chciała tak właśnie nazwać swoją książkę. Zależało jej na tym, żeby tytuł przyciągnął uwagę i taką funkcję z całą pewnością spełnił, jednak nie ograniczył się tylko do niej… W słowach „cieszę się, że moja mama umarła” autorka mówi o własnych uczuciach, co – jak się z biegiem lektury przekonamy – jest krokiem milowym w jej późniejszej terapii. To właśnie z rozpoznawaniem i nazywaniem własnych uczuć miała najpoważniejszy problem, wskutek skandalicznych, przemocowych zachowań swojej matki. Tytuł można więc nazwać rodzajem zwycięstwa nad wszystkimi traumami dzieciństwa, zaburzeniami i nałogami, z jakimi musiała się mierzyć.

fot. Bożena Szuj

Amerykański sen

fot. Bożena Szuj

Ach, być młodziutką gwiazdą amerykańskiego kanału telewizyjnego dla dzieci i młodzieży Nickelodeon, uśmiechającą się do wszystkich Amerykanów z ogromnych billboardów… Gwiazdą pracującą z samą Arianą Grande i zarabiającą na tym przez całe lata mnóstwo pieniędzy… Któż z nas nie chciałby nią zostać? Z pewnością trochę osób, a wśród nich Jennette McCurdy: drobniutka dziewczynka pochodząca z ubogiej mormońskiej rodziny. Grzeczna, spokojna i całkowicie zdominowana przez swoją zaborczą, narcystyczną i ukochaną matkę. Trudno wymagać od małych dzieci, żeby umiały wyznaczyć swoją ścieżkę kariery, nie popełniając przy tym żadnego błędu. Mała Jennette była jednak pewna dwóch rzeczy: że chce być pisarką oraz że nie chce być aktorką.

Bezwzględnie wolę pisać, niż grać. […] Lubię prywatność tej czynności. Nikt nie patrzy. Nie poddaje ocenie. Nie krytykuje. Nie ma kierowników obsady, agentów, menedżerów, reżyserów ani mamy. Tylko ja i kartka. Pisanie to dla mnie przeciwieństwo grania. Granie jest z gruntu fałszywe. Pisanie z gruntu prawdziwe.
– Doskonale. – Mama obserwuje mnie bacznie, jakby oceniała, czy można mi wierzyć. – Pisarze są grubi i niechlujni, wiesz? Nie zniosłabym, gdyby twój aktorski tyłeczek zamienił się w wielkie dupsko pisarki.
Zanotowałam. Moje pisanie unieszczęśliwia mamę. Moje granie sprawia jej radość. Zabieram kartki i wsuwam je z powrotem pod pachę.

– Jennette McCurdy „Cieszę się, że moja mama umarła” str. 112

Matka nie pozwoliła jej jednak ani rozwijać niewątpliwego talentu literackiego, ani zrezygnować z pięcia się po szczeblach aktorskiej kariery. Ktoś niezorientowany w treści książki mógłby stwierdzić, że „dzięki matce przynajmniej do czegoś w życiu doszła”. Tak, owszem: do poważnych zaburzeń odżywiania, alkoholizmu, łatwości wchodzenia w toksyczne relacje z mężczyznami i przede wszystkim pogardy dla całego show biznesu, w którym się zwyczajnie marnowała, grając latami w – jak to ujęła – „gównianym sitcomie” (mowa o popularnym serialu dla młodzieży „iCarly”).
Niektórzy mogą Jennette McCurdy również kojarzyć jako piosenkarkę (krótka kariera muzyczna również nie była oczywiście ani jej marzeniem, ani nawet pomysłem). O piosence „Not That Far Away”, którą nagrała, mając osiemnaście lat, pisze tak:

Nie znam się na muzyce, ale piosenka mi się nie klei, aranżacja jest przestarzała, a melodia jednostajna. Nie mówię tego na głos, ponieważ mama jest zachwycona. Łzy płyną jej po twarzy. Fakt, nie sądzę, że są to jedynie łzy radości, coś za nimi stoi i mam pewne podejrzenia, o co chodzi. Życie dogoniło sztukę, jeśli tak można nazwać tę piosenkę. (Nie można.)

– Jennette McCurdy „Cieszę się, że moja mama umarła” str. 167

Czym zdradza dobry gust i umiejętność trzeźwego osądu sytuacji, a przede wszystkim doskonałe, lekkie, choć miejscami ostre jak brzytwa pióro.

fot. Bożena Szuj

Cała ta przemoc

fot. Bożena Szuj

Paulina Młynarska w swoich mediach społecznościowych tuż po zamieszczeniu recenzji znakomitego miniserialu Netflixa „Sprzątaczka” skarżyła się w kolejnym poście na komentarze podważające przemoc, jakiej padła ofiarą (i przed którą uciekała) główna bohaterka serialu. Wtedy całkowicie się załamałam, zaczynając rozumieć, że istnieją ludzie, dla których przemoc faktycznie oznacza tylko i wyłącznie zaciukanie kogoś na śmierć, najlepiej z zimną krwią. Tymczasem… o czym po raz pierwszy pisałam na blogu już bardzo dawno temu i od tego czasu przypominam regularnie: zło nie jest jaskrawe! Nie rzuca się w oczy i nie jest aż tak proste do oddzielenia od dobra, jak nam się wydaje. To, że bohater, przed którym uciekała tytułowa sprzątaczka nie był uosobieniem Lucyfera i – kiedy był trzeźwy – dał się nawet i lubić, i zrozumieć, nie oznacza, że nie stosował wobec niej przemocy i że zostając z nim, byłaby wraz z dzieckiem bezpieczna.
Obawiam się, że z odbiorem książki „Cieszę się, że moja mama umarła” może być podobnie. Przemocowość matki Jennette nie jest tak „spektakularna”. To nie Pearl Fernandez, Diane Downs czy Theresa Jimmie Knorr.  Ona wszystkie swoje dzieci kocha, a Jannette jest jej oczkiem w głowie i piszę to bez ironii. Problemem jest jednak to, że ta miłość jest na wskroś toksyczna, niezdrowa, krzywdząca i pozostawiająca po sobie gigantyczne blizny. To nie jest matka, która znęca się nad córką, trzymając ją w piwnicy, głodząc i gwałcąc butelką. To matka, która do szesnastego roku życia swoją córkę kąpie (czasem razem z synem w podobnym wieku, co wprawia rodzeństwo w ogromne zakłopotanie), a potem „bada” jej miejsca intymne. Czy to jest molestowanie seksualne? Tak. To jest molestowanie seksualne, nawet jeśli matka wypiera płynącą z tego własną przyjemność. (Ta zresztą nie musi być stricte seksualna – sytuacja daje jej jednak kontrolę.) Manipulowanie przebytym i pokonanym w młodym wieku nowotworem (kiedy dzieci były jeszcze bardzo małe), odtwarzanie w kółko momentów wspominanych przez całą rodzinę jako traumatyczne, do których zdrowiej byłoby już nie wracać, to również przemoc. W końcu nieszanowanie stawianych przez dziecko granic (co jest oznaką jego zdrowego rozwoju) i szantaże emocjonalne, mające na celu zburzenie wszystkich tych granic, by uczynić je całkowicie sobie poddanym i bezwolnym. Czy też zadecydowanie za dziecko, że w szóstym roku życia poświęci się aktorstwu, którego ani nie czuje, ani nie lubi (choć pobierane lekcje sprawiają, że staje się w tym dobre) i będzie w ten sposób zarabiać na rachunki. Zarabianie na dom nie jest zadaniem dziecka. Już nie wspominając o obsesyjnym ważeniu i wpędzeniu w anoreksję jedenastoletniej córeczki.
Nie mam wątpliwości co do tego, że wrażliwi czytelnicy już po kilku stronach książki zrozumieją toksyczność, w jakiej wychowywała się Jennette McCurdy. Bardzo bym jednak chciała, żeby umieli ją wychwycić wszyscy, bez względu na własne doświadczenia. To doskonały przykład zupełnie niejaskrawego, choć ogromnego zła.

fot. Bożena Szuj

Budowa książki

fot. Bożena Szuj

O tym, że McCurdy pisze znakomicie, lekko, z ogromnym poczuciem humoru okraszonym ironią, wspominałam już wcześniej, posiłkując się cytatami z książki. Moją uwagę zwrócił też pewien fenomenalny zabieg. Autorka przeprowadzając nas przez kolejne lata swojego życia (zaczyna powieść od swoich szóstych urodzin, a kończy ją, kiedy ma dwadzieścia dziewięć lat), dostosowuje język i opisywany sposób myślenia do kolejnych etapów swojego dorastania. Na początku ukazuje nam świat (czyli… głównie mamę) widziany oczami wrażliwej sześciolatki. Potem jedenastolatki, trzynastolatki, szesnastolatki – dojrzewającej, ale ciągle bardzo grzecznej mormonki, która boi się spróbować nawet łyka alkoholu. Osiemnastoletnia już alkoholiczka pokazuje nam świat z nieco innej perspektywy. Nie traci swojej ogromnej wrażliwości, w dalszym ciągu humoru i zmysłu obserwatorskiego, ale boryka się już z innymi problemami. Anoreksja płynnie przeradza się w bulimię, bohaterka przeżywa swoje pierwsze miłości i sercowe rozterki, a wszystko to krąży ciągle wokół jej matki, choć wydawać by się mogło, że nie powinno być już z nią związane.
Warta odnotowania jest też sama budowa książki. Początkowe „PRZED” uznałam za tytuł części, niespecjalnie się nad nim zastanawiając. Kiedy po lekturze większości natrafiłam na „PO”, zrozumiałam, że książka podzielona jest na to, co przed śmiercią matki oraz to, co po niej. Wstrząsające jest uświadomienie sobie, że tak właśnie autorka widzi swoje własne życie, a nawet w jakimś momencie siebie samą. Rozdziela życie, siebie na dwie części: przed śmiercią matki i po jej śmierci, a sama najpierw żyje dla matki, a potem nie bardzo nawet wie, po co i dla kogo miałaby żyć.

fot. Bożena Szuj

Zdrowienie

fot. Bożena Szuj

Na samym początku napisałam, że Jennette McCurdy porusza w swojej książce tematy, które w wielu kulturach są uznawane za tematy tabu. Jednym z nich jest mówienie o zmarłych własnej prawdy (bo o zmarłych przecież dobrze albo wcale), a drugim podważenie autorytetu matki, którą trzeba bezwarunkowo szanować za to, że nas urodziła (o co nigdy nie prosiliśmy) i wychowała (co jest naturalną konsekwencją zdecydowania się na urodzenie dziecka).
I tu chciałabym być dobrze zrozumiana. Nie jestem zwolennikiem wylewania pomyj na ludzi, którzy nie żyją, po pierwsze dlatego, że nie mogą się przed tym obronić, a po drugie dlatego, że generalnie nie jestem zwolennikiem wylewania pomyj również na ludzi, którzy żyją. Jednak jakoś niesłychanie łatwo nam przychodzi wkładanie każdej niewygodnej prawdy do wora z napisem „pomyje”, czego najlepszym przykładem jest obecna histeria związana z Karolem Wojtyłą. Nie każdy i nie przed wszystkim powinien „móc się obronić”. Jeśli McCurdy przeżyła piekło przez matkę, która długie lata była jej całym światem, jeśli ta miłość zniszczyła jej życie, pozostawiając po sobie zgliszcza, jeśli trafiła na terapię, na której dowiedziała się, że to, co uważała za normalne, było całkowicie niezdrowe, musi mieć dziś prawo do powiedzenia tego głośno. I to nie jest rodzaj odwetu, lecz proces odzyskiwania siebie. W książce nie ma nienawiści. W żadnym miejscu nie przeczytamy w niej też, że matka autorki była potworem. Zobaczymy jedynie skutki jej toksycznych zachowań i być może otworzy nam to oczy na to, co w nas samych niezdrowe i warte skorygowania. Zwłaszcza, kiedy jesteśmy matkami lub planujemy nimi zostać.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser łączę znakomity wywiad z Jennette McCurdy w The Daily Show, w którym m.in. wyjaśnia, czemu wybrała taki tytuł dla swojej książki.

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?” Natalia Tur

fot. Bożena Szuj

rok wydania: 2023

Natalią Tur – socjolożką, mediatorką rodzinną, a także przyszłą terapeutką, znaną większości internautów jako Nishka, – zachwyciłam się już dawno temu, trafiając na prowadzonego przez nią  vloga i stając się wierną fanką jej kanału. Zostałam absolutnie oczarowana jej niesamowitym radiowym głosem, ale też tym, ile merytorycznych i mądrych treści (przede wszystkim z zakresu psychologii) potrafi w swoich krótkich i lekkich filmikach zmieścić.
Kiedy dowiedziałam się, że napisała książkę… moje uczucia – jak zwykle w tego typu sytuacjach – były mieszane. Z jednej strony oczywiście przepełniała mnie ciekawość i intuicja, że będzie to pozycja wartościowa, a z drugiej (i to też powód, dla którego nie czytuję zbyt wielu blogów) obawiałam się, czy zadowoli mnie językowo, bo czytelnikiem jestem niestety wybrednym. Koniec końców zwyciężyła intuicja i nabyłam książkę zarówno w wersji papierowej, jak i w formie audiobooka. Ten zresztą polecam wszystkim szczególnie, bo czyta go sama Autorka ze wsparciem Patryka Ołdziejewskiego, a jak już wspominałam, głos Nishki jest jej ogromnym atutem.
Dziś, po lekturze (głównie odsłuchiwanej, ale nie tylko), mogę się tylko uderzyć w piersi, że przed zakupem na chwilę się zawahałam. Książka jest rzeczywiście znakomita, i to na wielu poziomach.

  • W stopce nie zostało wyszczególnione nazwisko redaktora i korektora, ale czuć tu obecność specjalistów z obu tych dziedzin, z czym niestety różnie dziś bywa, nawet kiedy wydaje się książki w cenionych wydawnictwach.
  • Projekt graficzny, sam na niego pomysł (o czym za chwilę), font, jego wielkość, czy w końcu format i wielkość całej książki zachwycają!
  • No i the last but not least, sam styl pisania Natalii jest wciągający, lekki. Autorka nierzadko wywoła na twarzach czytelników uśmiech (żeby wspomnieć moje ulubione „bielinki zakochanielinki” czy „Dolcze & Zakochana” ze strony dwudziestej), a pisze przecież o sprawach niełatwych i – jeśli podejdziemy do lektury poważnie i zechcemy pod jej wpływem coś w sobie zmienić – niewygodnych.

Na 231 stronach (samego tekstu) o formacie (mniej więcej) B6 Nishka upchnęła tony merytorycznej wiedzy, w żadnym miejscu – mówiąc kolokwialnie, – nie lejąc wody. To, co wymagało powtórzenia, umieściła w podsumowaniu każdego rozdziału, porządkując przekazywaną wiedzę. W bardzo rozbudowanej bibliografii znajdują się tak ważne nazwiska, jak: Eric Berne, Erich Fromm, John M. Gottman, Pia Mellody, Jürg Willi czy Bogdan Wojciszke, żeby wymienić tylko kilka. Mottem książki są dwa cytaty: Ericha Fromma i Carla Gustava Junga, z których ten drugi wydaje mi się najlepszym wyjaśnieniem, czemu warto odłożyć na półkę stare romansidła i sięgnąć po „Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?”:

Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.

– Carl Gustav Jung

Jak książka jest zbudowana

fot. Bożena Szuj

Autorka zdradziła, że pierwotnie jej książka miała być dostępna wyłącznie w wersji elektronicznej, a więc w formie audiobooka i e-booka, jednak pod wpływem próśb swoich obserwatorów zdecydowała się też na trudniejszą w dystrybucji wersję papierową. Rozczulił mnie (widoczny na powyższym zdjęciu) pomysł ukrycia tytułu na wewnętrznym skrzydełku:

skrzydełko ukrywa tytuł, by dać komfort osobom, które nie chcą eksponować zawartego w nim dylematu.

– wyjaśnia Natalia

Bardzo podoba mi się projekt okładki (autorstwa Bartka Goldyna).

Kłębek symbolizuje chaos myśli i emocji, których często doświadczamy, i który lektura książki może pomóc rozplątać.

– pisze dalej w swoich mediach społecznościowych Natalia

i podkreśla, że kolor fioletowy również jest nieprzypadkowy, gdyż stanowi połączenie niebieskiego symbolizującego rozum (książka naszpikowana jest wiedzą) oraz czerwonego symbolizującego emocje, „które Autorka chce w nas wzbudzić”. Ja bym się jednak pokusiła o jeszcze inną interpretację: z lektury dowiadujemy się bardzo wiele o ludzkich emocjach, o tym, jak sobie z nimi radzić zdrowo, ale też jak próbujemy sobie z nimi radzić niezdrowo. Nishka nie tylko stawia pytanie, kto jest odpowiedzialny za nasze emocje, ale przede wszystkim bardzo konkretnie i rzeczowo na to pytanie odpowiada. A to, oczywiście, może w czytelnikach wzbudzić przeróżne emocje.

fot. Bożena Szuj

O czym jest ta książka
i do kogo jest skierowana?

fot. Bożena Szuj

We Wstępie Autorka wyjaśnia tytuł w następujący sposób:

Tytuł „Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?” ma podwójne znaczenie. Z jednej strony odnosi się do dylematu związanego z dalszymi losami związku. Z drugiej strony nawiązuje do rozstania się z dziecięcymi strategiami funkcjonowania, które wpędzają i nas, i nasz związek w chorobę. Tymczasem do zbudowania zdrowego związku potrzebne są dwie dorosłe osoby.

– „Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?” Natalia Tur, str. 14

I w tym prostym wyjaśnieniu mieści się odpowiedź na pytanie, dlaczego czasem jest nam w relacjach z innymi trudno. Dziecięce strategie funkcjonowania stosowane w dorosłym życiu (bez względu na to, czy bezwiednie sami się nimi posługujemy, czy posługują się nimi nasi bliscy) unieszczęśliwiają nas wszystkich i generują relacyjne problemy. Kiedy dorastałam (a jesteśmy z Nishką prawie równolatkami), panowało przekonanie, że dzieci to dzieci, a dorośli to dorośli. Zupełnie jak by z biegiem lat wszystko to, co było w nas dziecięce, automatycznie zamieniało się w dorosłe i nie było już do poprzedniego stanu rzeczy żadnego powrotu. Jak by wszystkie deficyty naszego dzieciństwa z latami wyparowywały bez konieczności przepracowania. Tymczasem nie da się wyrosnąć z dzieciństwa jak z za małych spodni, które oddajemy komuś bez żalu. Wszystko to, co poszło w naszym dzieciństwie nie tak, pozostanie w nas do końca, jeśli nie przepracujemy tego terapeutycznie sami lub z pomocą fachowca. Dorosłości, rozumianej jako umiejętność wzięcia za siebie odpowiedzialności, musimy się dziś nauczyć. W tym miejscu warto też zaznaczyć, że nasze pokolenie (osoby urodzone w latach 80.) było wychowywane przez pokolenie, które swoje wychowanie otrzymało z kolei od osób dotkniętych traumą wojny. Brak zdrowych wzorców w poprzednich pokoleniach oznacza, że wszystko to, co do tej pory uznawaliśmy za naturalne, może – zwłaszcza w świetle najnowszych psychologicznych badań i odkryć – się okazać niezdrowe. I nie chodzi tu ani o czyjąkolwiek winę, ani o złe intencje (ten rodzaj myślenia również należy do „dawnego świata”).
Przeczytałam całkiem sporo cenionych psychologicznych książek, obserwuję znakomite zagraniczne naukowe kanały internetowe, odbyłam kilka terapii (z czego za najważniejszą i najbardziej otwierającą oczy uważam terapię grupową), ale tak naprawdę dopiero dzięki lekturze „Związku na zakręcie”, który znakomicie uporządkował moją wiedzę, widzę, że wiele osób, które przez lata odbierałam jak poważne, surowe i budzące posłuch, używa w gruncie rzeczy dziecięcych strategii funkcjonowania. Widzę też drugą, równie ważną, o ile nie ważniejszą rzecz – sama wpadam czasem w dziecięce strategie funkcjonowania. Wpadam w nie w bardzo konkretnych sytuacjach. Kiedy zmierzenie się z życiem, stanięciem z nim twarzą w twarz jak dorosła osoba, mnie przerasta. Żeby cokolwiek w sobie zmienić, żeby nad czymkolwiek pracować, musimy to sobie najpierw uświadomić. To najbardziej bolesna część terapii, bo nasz mózg się broni. Nie po to używał tyle lat wszelkich mechanizmów obronnych (które były adekwatne np. wtedy, kiedy byliśmy dziećmi, ale potem zaczęły nam utrudniać życie), żeby teraz się z nimi bez walki rozstać. Nie chcemy przyznać przed terapeutą (lub/i grupą), a przede wszystkim sami przed sobą, że jest w nas część niezdrowa, część do naprawy, bo utożsamiamy tę część z naszą osobowością. I niestety poniekąd mamy w tym rację (co również dość boleśnie uświadomiły mi terapeutki). Jednak – jak pisałam wyżej – kluczem do wszelkich zmian jest świadomość.
Książka „Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?” w wielu miejscach przypomina terapię, więc też może być dla czytelników czasami niewygodna. Sama łapałam się na tym, że póki w jakimś opisie widziałam zachowania bliskich, czułam się pewnie, a kiedy olśniło mnie, że sama podlegam podobnym mechanizmom czy strategiom funkcjonowania, moja pewność siebie diametralnie malała. Jednak pewną cudowną mądrością kilkukrotnie przez Natalię powtarzaną, jest ta, że zdrowym jest widzenie rzeczy takimi, jakie są, a nie zaklinanie ich (jak to mają w zwyczaju… dzieci).

O czym jest ta książka?

Najkrócej mówiąc, „Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?” Natalii Tur jest o zdrowych relacjach. Autorka odnosi się do współczesnej psychologii, podaje też wiele znakomitych przykładów w formie scenek rodzajowych, rozkładając na czynniki pierwsze sytuacje konfliktogenne i pokazując, jak zdrowo i bez niepotrzebnych napięć rozmawiać o tym, co nas uwiera. Przede wszystkim jednak, jak nie przerzucać odpowiedzialności za nasze samopoczucie na drugą osobę, tylko wziąć ją na siebie.

Książka zawiera głównie przykłady z obszaru relacji romantycznych: związków partnerskich lub małżeństw, ale można na nią spojrzeć również pod kątem innych bliskich relacji, na przykład przyjacielskich lub rodzicielskich.

– „Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?” Natalia Tur, str. 14

Do kogo jest skierowana?

Wbrew być może pozorom, adresatami książki nie są wyłącznie osoby, których związek przechodzi kryzys. Zabrzmi to, jak banał, ale jestem przekonana, że każdy powinien po nią sięgnąć i nawet, jeśli wyniesie z niej niedużo (bo nie będzie na więcej w danym momencie gotowy), to korzyści z jej lektury będą w jego życiu odczuwalne.
Sama jestem czytelnikiem na pewno jeszcze nie do końca sterapeutyzowanym, ale ciągle w terapeutycznym procesie. Czytelnikiem, który poznał już swoją diagnozę, który wkłada wraz z partnerem sporo pracy w swój związek, czytelnikiem, który mimo że nie studiował psychologii, miał jej na swoich studiach bardzo dużo (SWPS, wiadomo). W końcu jestem też czytelnikiem otwartym na nowe, mocno zaciekawionym psychologią i posiadającym pewną całkiem niezłą intuicję, o czym za chwilę. Ogromną siłą tej książki jest to, w jaki sposób Autorka pomaga czytelnikom uporządkować zdobytą już wiedzę. Chociaż równocześnie nie mogę napisać, że z książki Natalii Tur nie dowiedziałam się niczego nowego. Dlatego na pewno polecam ją nie tylko laikom, ale też tym, którzy mają jakąś lub też całkiem rozległą psychologiczną wiedzę.

fot. Bożena Szuj

Dlaczego z całego serca ją polecam?

fot. Bożena Szuj

Jak pisałam wcześniej, jesteśmy pierwszym pokoleniem, które wychodzi z przekazywanych pokoleniowo m.in. wojennych traum. Pokoleniem, dla którego z całą pewnością jest ratunek. (W starszych pokoleniach to oczywiście kwestia indywidualna jednostek, ale skostniałość poglądów często niestety uniemożliwia już skuteczną terapię.) Oznacza to, że nierzadko musimy odciąć się grubą kreską od wszystkiego, co wtłaczano nam w dzieciństwie, zrozumieć przemoc, jakiej być może doświadczaliśmy (nie wypierać jej!)  i wyleczyć rany, przez które w naturalny sposób, podświadomie, możemy ranić dalej kolejne pokolenia. Każda książka, która w sposób merytoryczny i bez egzaltacji tłumaczy, na czym polegają zdrowe relacje międzyludzkie jest nam dziś bardzo potrzebna. Nishka nie dość, że taką właśnie pozycję wydała, ma wyjątkowy dar pisania o sprawach trudnych z ogromną empatią (która tak mnie poruszyła już w samym pomyśle ukrycia tytułu w wewnętrznym skrzydle okładki) i delikatnością. Wstrzymuje się od ocen, a poprzez przykłady w formie scenek pokazuje czytelnikom, jak można w spokojny sposób komunikować się ze sobą bez przemocy. Do odpowiednich wniosków mogą dojść sami.
Mam gdzieś w środku cichą satysfakcję, że wiele rzeczy intuicyjnie czułam, zanim o nich przeczytałam u mądrzejszych od siebie. Od powstania mojego bloga, począwszy od pierwszego walentynkowego tekstu „Czy bycie połową jest jednostką chorobową?”, piszę właśnie o tym, jak krzywdząca jest dawna romantyczna wizja miłości, ale też jak bardzo to, co przyjęliśmy jako normalne czy naturalne, nie jest zdrowe.  (Przypomniałam też sobie o wpisie „Stara baśń”, w którym powołuję się na pewien niezwykle inspirujący filmik Nishki.)
Dziś lektura książki „Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?” poskładała mi wiele elementów w jedną całość i mam ochotę wykupić cały nakład (na co mnie niestety nie stać) i porozdawać wszystkim ludziom, uważnie ich potem z lektury odpytując!

Osobiście nie jestem zwolenniczką audiobooków, jednak „Związek na zakręcie. Rozstać się czy być razem?” jest naprawdę wyjątkowy, więc z całego serca polecam nabycie zestawu wersja papierowa + audiobook. Śledzenie wzrokiem tekstu i równocześnie słuchanie czytającej go kojącym głosem Natalii przenosi przyjemność czytania w jakiś całkiem nowy, lepszy wymiar.

Na wszelki wypadek zaznaczę, że – jak zwykle – nie jest to wpis sponsorowany.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser serwuję dziś dostępny w sieci fragment tegoż audiobooka.

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jakby się kto pytał, „Franciszkańska 3”

Choć do kościoła katolickiego zostałam zwerbowana jako malutkie nieświadome dziecko (a więc – jak większość katolików – ohydnym, przebiegłym podstępem), udało mi się jakimś cudem nie zarazić kultem „naszego papy”. Od najmłodszych swoich lat podchodziłam do niego z pewną rezerwą – miałam wrażenie, że jakoś „źle mu z oczu patrzy”. Nie miałam zaufania do jego surowej zaciętej twarzy, kiedy mówił o miłosierdziu, nie śmieszyły mnie jego czerstwe żarty, czy w końcu nie rozczulał słynny „świetny kontakt z dziećmi i młodzieżą”. Zastanawiałam się też, czemu jego „intelektualnego, niezwykle głębokiego, filozoficznego pisania” nikt nie przybliżał nam ani w szkole (filozofii zaczęłam się uczyć już w liceum), ani na studiach, do końca których udało mi się przeczytać całkiem sporo doskonałej filozoficznej literatury. Pisanie Wojtyły owiane było mitem „zbyt trudnego dla zwykłego człowieka”, więc – jako zwykły katolik – przestałam drążyć. (Mit doskonałości papieskiego pióra ostatecznie upadł, kiedy internet obiegły fragmenty jego – nomen omen – dramatu „Przed sklepem jubilera”.)
Równocześnie na wyciągnięcie ręki miałam innego duchownego filozofa, którego ceniłam po stokroć bardziej – księdza Józefa Tischnera. Uwielbiałam jego niebywały urok, zawadiacki uśmiech, pełne autentycznej miłości i troski o bliźnich spojrzenie, fantastyczne poczucie humoru a także brak potrzeby silenia się na gwiazdorzenie. Odwiedzanie go z rodzicami w Łopusznej było prawie tak fajne, jak przychodzenie z tatą do mieszkanka Hasiora. Tutaj wszystko grało i jako mała dziewczynka to czułam. Z Wojtyłą nigdy mi do końca nie grało, począwszy od najważniejszego – nie podobał mi się pomysł nazywania obcego faceta „ojcem”. Miałam tatę i on był wystarczający. Najlepiej ujął moje rozterki nieoceniony Paweł Hajncel, trzymając podczas transmisji z beatyfikacji Jana Pawła II słynny transparent z hasłem:

To nie jest mój ojciec.

 – Paweł Hajncel

Emocje sięgające w narodzie zenitu po znakomitym reportażu Marcina Gutowskiego „Franciszkańska 3” – bo oczywiście do niego mój dzisiejszy wpis się odnosi – nie są moimi emocjami. Bo czego się z tego bardzo merytorycznego i zrealizowanego w niezwykle wyważony sposób filmu dowiadujemy? Tego, czego część z nas domyślała się od dawna, choć brakowało dowodów, do których dotarł Gutowski: Karol Wojtyła na długo przed swoim pontyfikatem wiedział o pedofilii w kościele i już jako biskup krył księży pedofilów, przenosząc ich po cichu do innych parafii, gdzie dopuszczali się kolejnych przestępstw seksualnych na dzieciach. Ja jednak nie jestem tym wszystkim ani zaskoczona, ani załamana. Patrzę na to z dystansu osoby, której udało się z KK wreszcie całkowicie wyzwolić i wszystko składa mi się w pewną logiczną całość. Oczywiście całym sercem jestem z ofiarami (w ogromnej, porażającej liczbie), do których krzywdy przyczynił się Wojtyła:

  1. albo bezpośrednio: poprzez przeniesienie pedofila do parafii, w której te ofiary gwałcił,
  2. albo pośrednio: poprzez krycie oprawców, którzy już zrobili ofiarom krzywdę.

W pierwszym przypadku winą jest narażenie ofiar na gwałty, których – gdyby nie decyzje Wojtyły – zdołałyby uniknąć. Można w tym miejscu zadać sobie pytanie, kto przy zdrowych zmysłach wysyła pedofila do parafii, w której do jego obowiązków będzie należało również prowadzenie katechezy, czyli… praca z dziećmi.

W drugim przypadku winą jest stawianie dobra oprawcy ponad dobro ofiar. A te zasłużyły nie tylko na wysłuchanie i opiekę duchową, ale przede wszystkim na dochodzenie sprawiedliwości w sądzie, co w przypadku zbrodni popełnianych przez duchownych jest bardzo trudne. Co szokuje, zważywszy na słowa Jezusa z Ewangelii św. Marka:

Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie.

– Ewangelia wg świętego Marka 9, 38-43. 45. 47-48

Próby obrony Wojtyły (czyżby przed prawdą? tą samą, która miała nas wyzwolić?) uważam za żenujące i niesmaczne, a przede wszystkim podłe wobec jego ofiar. Jednak dopatrywanie się całego kościelnego zła tylko i wyłącznie w Wojtyle również wynika ze skrzywionej optyki. Myślę, że ta polaryzacja społeczeństwa i postrzeganie przez „drugą stronę” Wojtyły wyłącznie jak zwyrodnialca (tych miał zadziwiająco dużo wśród najbliższych przyjaciół) nie służy sprawie nie dlatego, żebym umiała się doszukać czegokolwiek prawego w tuszowaniu przez niego pedofilii. Bardzo chciałabym być w tym punkcie dobrze zrozumiana. Upadek KK, którego jesteśmy właśnie świadkami i którego nie zatrzyma żadna pisana na kolanie uchwała, autentycznie mnie cieszy. Uważam tę instytucję za jedną z najbardziej zdeprawowanych i zakłamanych; pełną nienawiści do kobiet, dzieci i osób nieheteronormatywnych. Ubolewam, że rości sobie monopol na Boga, bezdusznie manipulując ludźmi w niego wierzącymi. Jestem zdruzgotana indoktrynacją maleńkich dzieci, którym najłatwiej namieszać w głowach, zanim będą w stanie samodzielnie i świadomie określić, czy chcą należeć do kościoła, czy też nie (wreszcie – późno bo późno, ale… – zaczęła się w Polsce dyskusja na temat zakazu spowiedzi dla osób poniżej osiemnastego roku życia). O absolutnym i ostatecznym końcu KK z całego serca marzę. Jednak… skupienie całej uwagi wyłącznie na grzechach Wojtyły odwraca uwagę od zepsucia całej tej instytucji. Rozpatrując jego zachowanie bez kontekstu (nie, to nie jest jego obrona), budujemy kolejny – równie nieprawdziwy jak „świętość” Wojtyły – obraz bestii, która pojawiła się w kościele (pnąc się po szczeblach kariery, aż w końcu stając się jego głową) i uczyniła w nim najwięcej zła. Tymczasem zło na długo przed Wojtyłą już tam było. On wszedł – z jakimiś oczekiwaniami i wyobrażeniami – do instytucji do cna zdemoralizowanej. Jego ukochanym, wielbionym przezeń mentorem był drapieżca seksualny kardynał Sapieha, co musiało się jakoś na nim odbić. Oczywiście, że im wyższe stanowisko w kościele Wojtyła zajmował, tym bardziej jego przesiąknięcie praktykowanym w nim złem i wypracowany brak empatii stawały się niebezpieczne. Nie łudźmy się jednak, że gdyby był kryształowy, odmieniłby oblicze instytucji (tej instytucji) na całkowicie zdrowe, bo w ten sposób pozostajemy w retoryce wielkiego Polaka, który miał jakąś nadludzką moc. Nie miał – nikt nie ma. Mógł jednak – co mniej egzaltowane – po prostu być przyzwoitym. I z tego, że nie był, katolicy mają pełne prawo, a nawet obowiązek, go rozliczyć.

Wiara w autorytety

Ogromne emocje (których – jak pisałam – nie podzielam) u obydwu stron są związane z wiarą (jednych i drugich) w autorytety. Autorytet nie może być wybitny w jednej dziedzinie, a absolutnie fatalny czy nieporadny w drugiej. Autorytet nie może być empatyczny dla jednych, a kompletnie empatii pozbawiony wobec drugich. Autorytet nie może być z jednej strony mądry i głęboki, a z innej płytki i trochę głupawy. Innymi słowy autorytet nie może być człowiekiem ze wszystkimi sprzecznościami, odcieniami szarości, a więc tym, co już o nim z nauki, jaką jest psychologia, wiemy. O autorytetach najcudowniej pisał Artur Schopenhauer:

Jeżeli zaś ma zdolności pierwszorzędne, wówczas bardzo mało albo wcale nie uznaje autorytetów. […] Przeciwnie, ludzie tuzinkowi mają głęboki szacunek do specyalistów. Nie wiedzą zupełnie, że ten, kto robi sobie z przedmiotu rzemiosło, lubi nie sam przedmiot, lecz wygodę z niego płynącą, ani też o tem, że ten, kto naucza przedmiotu innych, rzadko bardzo zna go sam gruntownie, ponieważ temu, co sam studyuje, zwykle mało czasu pozostaje na uczenie innych.

Autorytety, których przeciwnik wcale nie rozumie, po większej części oddziaływają najsilniej. Ludzie nieuczeni np. mają szczególny szacunek dla ozdób łacińskich i greckich. Z autorytetami można sobie pozwalać nie tylko na naciąganie, ale wprost na zupełne skażenie sensu. W nadzwyczajnych wypadkach można cytować autorytety własnego wynalazku. Po większej części przeciwnik nie ma pod ręką książki, zresztą nie umie sobie z nią poradzić.

– „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów” Artur Schopenhauer

Oczywistym aspektem wiary w autorytety jest idealizowanie ludzi w jakiejś dziedzinie ponadprzeciętnych i dosyć naiwne rozciąganie ich wyjątkowości na pozostałe dziedziny życia. Tymczasem wybitny reżyser, jakkolwiek by nas jego filmy nie poruszały, może być pedofilem, a wybitny malarz czy naukowiec bestialskim przemocowym tyranem. Tak, jedno jest wspaniałe, drugie ohydne, ale jeden człowiek może w sobie obie te rzeczy pomieścić. Ba, może nawet pomieścić po drodze jeszcze całą paletę odcieni szarości! Drugą, mniej oczywistą stroną wiary w autorytety jest to, co się dzieje, kiedy „autorytet upadnie”. Histeria, burzenie pomników (swoją drogą większość pomników w Polsce generalnie powinna zostać zburzona, bo są straszliwie brzydkie), odmawianie geniuszom ich geniuszu, który jest faktem, dlatego że ów geniusz jest równocześnie odrażającą kanalią czy przestępcą to nie są reakcje dojrzałe. Osoba sterapeutyzowana (albo – jak pisze Schopenhauer – „uczona i o zdolnościach pierwszorzędnych”) wie, że po człowieku można się spodziewać wielu rzeczy i te pozytywne dobrze dostrzegać i podziwiać, a te negatywne należy piętnować.

Odrzucanie autorytetów myli się niestety wielu osobom nieuczonym z odrzucaniem mądrości specjalistów i ekspertów. Przyświeca im na ogół motto „myśl samodzielnie”, a owo „samodzielne myślenie” doprowadza ich do wniosku, że Ziemia jest płaska lub że szczepionki szkodzą. Warto więc w tym miejscu uściślić, że eksperci i specjaliści zostają nimi nie bez powodu, ale nie oznacza to, że mają być dla nas wzorem do naśladowania we wszystkim.

Reasumując, nie wolno z przywiązania do swojskiego biesiadnego wizerunku „naszego papy” odwracać oczu od jego ofiar, ale też nie wolno określać go mianem pedofila, bo takich zarzutów nikt mu nie postawił. Trudno nazwać Wojtyłę kryjącego pedofili szczególnie wrażliwym na krzywdę ludzką, jednak trudno też z tego powodu odbierać mu niewątpliwe zasługi dla upadku komunizmu w Polsce. Choć z pewnością zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy Wojtyły zgodzą się ze sobą w jednym: aktorem okazał się rzeczywiście znakomitym!

Mieć kremówkę i zjeść kremówkę

Kościół, manipulując wiarą, w której z założenia nie o logikę przecież chodzi, w sposób mistrzowski wręcz wmawia wiernym, że rozmaite sprzeczności można ze sobą godzić, uchylając się przy tym od nieraz trudnego, ale koniecznego wyboru. Tym sposobem wielu katolików jest przekonanych, że ginekolog może odmówić wykonania aborcji ze względu na swój (!) światopogląd (!!!), a farmaceuta nie sprzedać czegokolwiek na receptę (lub bez niej) z tego samego powodu. Nie będę się tu wdawać w etyczne spory na temat tego, kiedy zaczyna się ludzkie życie; nie będę też próbowała autorytarnie rozstrzygać, czy używanie antykoncepcji jest złe czy dobre. Każdy ma niezbywalne prawo wyboru swojego światopoglądu i życia wg niego. Jeśli ktoś jest absolutnie przeciwny zabiegowi aborcji, a jednak decyduje się na specjalizację ginekologiczną, ma dwie drogi. Albo (co najzdrowsze) zatrzymać się na samym sobie i w razie dylematu, czy samemu poddać się aborcji, wybrać niepoddawanie się jej, albo – jeśli jednak wykonywanie jej innym ludziom jest dla niego zbyt trudne – wybrać inną specjalizację. To samo się tyczy farmaceutów – do ich obowiązków nie należy moralizowanie i ocenianie przychodzących do apteki ludzi, pouczanie lekarzy, którzy wypisali jakąś receptę czy w końcu utrudnianie pacjentom zakupu jakichkolwiek dostępnych w aptece produktów. Równocześnie sami mają pełne prawo nie korzystać ani z antykoncepcji, ani ze środków przeciwbólowych, a nawet z medycyny konwencjonalnej. Reasumując, jeśli coś nie jest zgodne z naszymi wartościami, uwzględniamy to, wybierając swoją ścieżkę kariery bądź pracę. Ale żeby pojąć, że nie mamy prawa obciążać innych ludzi zasadami, którymi sami się we własnym życiu kierujemy, musimy najpierw zrozumieć, że:

  1. istnieje bardzo dużo różnych systemów wartości oprócz naszego
  2. nie są od siebie lepsze lub gorsze – są od siebie inne

i to jest dla większości katolików niestety nie do przejścia. Wdrukowywana potrzeba chrystianizacji wszystkich dookoła oddala ich od tego, co zdrowe – zajęcia się sobą i życia wg zasad, które wydają się im słuszne i właściwe. Niechęć osób spoza KK do katolików nie bierze się – jak myślą – z wyśmiewania ich systemu wartości. Mało którego agnostyka czy ateistę on, mówiąc szczerze, obchodzi. Niechęć do katolików bierze się z ich obsesyjnego zaglądania obcym ludziom do talerza, łóżka czy gabinetu lekarskiego. Choć łatwiej i wygodniej poczuć się „prześladowanym”, warto pamiętać, że zdrowy i dojrzały człowiek sam ponosi odpowiedzialność za swoje zachowanie i wybory. Mam wrażenie, że zajmowanie się życiem i moralnością innych ludzi pochłania tyle energii, że na siebie samego zwyczajnie jej nie starcza.
Formatowanie wiernych w ten sposób okazuje się niezwykle skuteczne. Z jednej strony fakt, że osoba głosząca słowa „prawda was wyzwoli” równocześnie tuszowała pedofilię, w większości z nich nie zapala żadnej lampki, bo nie pierwsza to i nie ostatnia w KK sprzeczność. Z drugiej zaś strony tak ukształtowani wierni często obierają typową dla dzieci oraz osób niedojrzałych reakcję polegającą na buncie, obwinianiu ofiar (np. poprzez zarzut, że te kłamią) i przesadnej obronie kogoś, za kogo nie mogą odpowiadać. (Na wszelki wypadek wyjaśnię, że za nikogo oprócz nas samych nie możemy odpowiadać.)

Religia a wiara

Często spotykam się ze stwierdzeniem (wypowiadanym w różnych wariantach), że religia/kościół i wiara to dwie różne rzeczy. W domyśle religią/kościołem ma być cała instytucjonalna warstwa, a wiarą – duchowość. Każdy kto kiedykolwiek należał do jakiegokolwiek kościoła wie, że tak trudno się z niego wyrwać właśnie dlatego, że te dwie płaszczyzny się przenikają. Można jeździć na msze na drugi koniec miasta, żeby słuchać kazań mądrych, a nie głupich (jak swojego czasu robiłam). Ale zbojkotowanie kościoła jako instytucji jest dla osób głęboko wierzących i – co za tym idzie – praktykujących niezwykle trudne, bo kościół od chrztu zwinnie nimi manipuluje przede wszystkim pojęciem „grzechu”. Jeśli ktoś wierzy w świętość sakramentów, nie uwierzy nagle w to, że „Boga można wielbić również poza kościołem”, mimo że ten ma strukturę mafijną. Kwestię mechanizmu uzależnienia wiernych poprzez spowiedź a także przemocy, z którą kościół wdziera się w obszar seksualności wiernych, doskonale wyjaśnia profesor Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem.
Czy chcę przez to powiedzieć, że dla osób wierzących nie ma ratunku? Że jedyne, co mogą, to uchwycić się tego tonącego okrętu, jakim jest KK i z transparentami „naszego papy” „bronić” jego „świętości”? Nie. Oczywiście zdecydowanie łatwiej będzie dostrzec prawdę tym, którzy do kościoła chadzali tylko z przyzwyczajenia czy tradycji – ci łatwiej zobaczą kościelne zło, choć też w dużej części będą niestety nadal bezmyślnie chrzcić swoje dzieci. Jednak wyzwolenie się z wieloletniego prania mózgu, jakie w kościele niewątpliwie ma miejsce nie jest niemożliwe. Znam ludzi, którym się to udało. Co więcej, sama jestem na to doskonałym przykładem. Moja potrzeba szukania głębi i duchowości sprawiła, że nie umiałam być katolikiem pojawiającym się w kościele raz, najwyżej dwa razy w roku. Brałam wszystko na poważnie, chodziłam do kościoła co niedziela, nie jadłam mięsa w piątek (dziś, kiedy nie jem go w ogóle, w oczach wielu katolików wcale nie urosłam, a wręcz jakby przeciwnie) i starałam się żyć wg wielu bezsensownych reguł, biczując się za to, że… jestem człowiekiem zdrowym, a więc posiadającym własną seksualność. Poza tym od zawsze angażowałam się w coś albo całkowicie, albo wcale. Terror katolickiego wychowania i indoktrynacja przy pomocy sprawnych narzędzi sprawiły, że utknęłam w tej sekcie na długie lata, które przez kolejne lata musiałam „odkręcać” potem na trudnej i kosztownej terapii. Znam kościelne argumenty na wylot, więc nie dam już sobie wmówić, że „to kwestia księży, na jakich trafiłam” lub – moje ulubione – że „kościół to ludzie, a ludzie są grzeszni”. Problemem kościoła katolickiego nie są pojedynczy nieidealni ludzie. Problemem kościoła katolickiego jest kościół katolicki i jego samozwańczo ustanowiony monopol na Boga oraz jedyną słuszną interpretację Biblii. Szanuję ludzi, którzy wierzą, że istnieje jakkolwiek pojęty Bóg. Szanuję ludzi, którzy czytają Biblię i wyciągają z niej to, co pomaga im lepiej żyć (figura Jezusa jest absolutnie cudowna i równocześnie oddalona od nauczania kościoła o lata świetlne). Szanuję ludzi, którzy przestrzegają dekalogu, choć to zbiór zasad, który dla każdego zdrowego człowieka, bez względu na to w co i czy wierzy, jest czymś całkowicie oczywistym. Nie umiem jednak znaleźć w sobie szacunku do wiary w katolicyzm, choć jest we mnie współczucie dla ludzi, którzy zostali przez niego perfidnie oszukani.
Oczywiście bardzo trudno oczekiwać, że prawda o Wojtyle coś zmieni (a warto w tym miejscu zaznaczyć, że papież nie jest osobą, która ma, a przede wszystkim może kościół rewolucjonizować). Wiem, że katolicy nie przejrzą masowo na oczy, rozumiejąc, że dali się wywieźć na manowce. Część z nich przejrzy i poczuje wreszcie na KK tak wielką wściekłość, jaką i ja poczułam (rozpoczynając tym samym proces zdrowienia), a potem pójdzie zrobić jedyną w tej sytuacji właściwą rzecz – dokona aktu apostazji. Pozostali będą potrzebować bardzo dużo czasu albo wybiorą fanatyzm, żeby nie pochłonęła ich dogłębna rozpacz i poczucie skrzywdzenia. Tak, oni też są ofiarami m.in. Wojtyły. Zależy mi, żeby to wybrzmiało. Jednak przyzwoitość wobec tych, którzy zostali w kościele molestowani i gwałceni jako dzieci, tych, którzy żyją z tą straszliwą traumą do teraz (lub odebrali sobie z jej powodu życie) nakazuje nazywać „prawdziwego wroga” po imieniu, nie bacząc na to, że nie każdy będzie w stanie to udźwignąć. Prawda nie każdego i nie zawsze wyzwoli.

P.S. Na deser serwuję dziś piosenkę „War” Boba Marleya w słynnym, elektryzującym wykonaniu Sinéad O’Connor. Artystka zmieniła tekst, śpiewając o krzywdzie dzieci, a na końcu podarła zdjęcie ówczesnego papieża – Karola Wojtyły, krzycząc: „Walczcie z prawdziwym wrogiem”. Zamanifestowała w ten sposób swój sprzeciw wobec tuszowania pedofilii w kościele przez Wojtyłę. Mało kto w Polsce jej wtedy wierzył, bo mało kto cokolwiek w naszym kraju o tym wiedział. Przekreśliła tym odważnym gestem swoją doskonale się zapowiadającą mainstreamową karierę. Trzydzieści lat później Marcin Gutowski realizuje naszpikowaną faktami zdobytymi podczas rzetelnego dziennikarskiego śledztwa  „Franciszkańską 3” i… nadal część Polaków nie wierzy.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Trzech z dziesięciu

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Od momentu powstania bloga, obchodziłam na nim zarówno Dzień Kobiet, jak i Dzień Mężczyzn. Ten pierwszy wpisami w cyklu „8 kobiet na 8 marca”, a ten drugi wpisami w cyklu „10 mężczyzn na 10 marca”.
Nie chciałabym od tej formuły na blogu definitywnie odchodzić, ale ten rok jest dla mnie inny od pozostałych. Z okazji Dnia Kobiet napisałam bardzo osobisty tekst o samej sobie, więc pomyślałam, że wpis z okazji Dnia Mężczyzn też powinien być w tym roku nieco inny.
Zadałam sobie pytanie, których mężczyzn – gdybym nie była ograniczona liczbą dziesięć – wskazałabym jako najmocniej mnie inspirujących swoją osobą/sztuką/działalnością między kwietniem 2022 a marcem 2023. Odpowiedź przyszła do mnie szybko i była całkowicie jednoznaczna.

Bartek Szmit

fot. Sara Stima

Mojego Partnera oraz bohatera cyklu „Kochanków rozmowy” (cykl ten doczekał się zresztą własnego odrębnego facebookowego fanpage’a, na który serdecznie zapraszam) przedstawiłam w tekście „His name is Szmit. Bartek Szmit”, a także wielokrotnie wspominałam o nim na blogu w innych wpisach. Dziś wybrałam go do opisywanej trójki, ponieważ mamy za sobą najtrudniejszy jak do tej pory rok, który byłby trudniejszy nieporównywalnie bardziej, gdyby nie on.
Moje leczenie, zmiana lekarza i leków, skierowanie na terapię, krakowska trauma oraz w końcu trafienie na doskonałą terapię na nowotarskim oddziale dziennym stanowiły trudną i wyboistą drogę, którą jednak nie szłam sama. Dużo miejsca poświęciłam na blogu temu, że terapii potrzebuje w swoim życiu absolutnie każdy (choćby krótkiej), że dopiero ona pomaga skorygować naszą relację z samym sobą, przez co polepsza się też nasza relacja ze światem, bo jako dorośli ludzie sami odpowiadamy za swoje emocje i reakcje. Nie rozwinęłam jednak wątku niekoniecznie dla każdego oczywistego – w trakcie terapii pozwalamy terapeucie (terapeutom, grupie) rozłożyć się na maleńkie kawałeczki, by poskładać się na nowo z trochę nowych już części, którym na każdym etapie uważnie się przyglądamy. Pewne z nich trzeba będzie wyrzucić, inne mocno poczyścić, a część całkiem nieużywanych wyjąć w końcu z opakowań i zainstalować. Choć efekt, do którego dążymy znacząco poprawi jakość naszego życia oraz życia innych z nami, jednak do momentu jego uzyskania będą się z nami działy rzeczy trudne, niezrozumiałe dla nas i nie do końca przewidywalne. Równocześnie dużo miejsca poświęciłam na blogu temu, że zdrowa relacja to relacja, w której jest wzajemność, a więc w której dostajemy tyle samo, ile sami dajemy. Zdrowa relacja romantyczna wyklucza bycie dwiema połówkami – zdrowa relacja romantyczna to związek dwóch zdrowych, samodzielnych, odpowiedzialnych za siebie jednostek, które siebie nie potrzebują, lecz wybierają wspólne życie, bo taka jest ich wola. Dziś mogę z przykrością stwierdzić, że przechodzenie przez proces terapeutyczny, kiedy jest się w związku, na jakiś czas zaburza definicję zdrowej relacji. Przez ostatni rok dostawałam od Partnera znacznie więcej, niż byłam w stanie mu dać. Nie byłam ani zdrowa, ani samodzielna, ani całkowicie za siebie odpowiedzialna, a z Partnerem nie tylko być chciałam, ale też potrzebowałam go jak nigdy wcześniej.
Za wszelkimi sukcesami mojej terapii (które raz widzę wyraźnie, a innym razem nie widzę ich wcale) stoi on. Spokojny, wyważony, kochający, wyrozumiały. Zawsze gotowy do pokazania mi perspektywy zdrowszej niż ta, która pojawia się czasem w mojej głowie, sprawiając mi ból. Niewiarygodnie cierpliwy, zawsze wspierający, podnoszący mnie z trudnych stanów nie tylko poważną rozmową, ale też podsuwaniem mi znakomitej sztuki, której jestem zawsze złakniona. W tym roku odegrał jedną z najważniejszych i najtrudniejszych ról w naszym związku, w dodatku usuwając się w nim trochę w cień – po prostu był… i patrzył.
Kochanie, dziękuję!

Robert Jędrzejewski

fot. Adam Walanus

Postać Roberta Jędrzejewskiego i historię naszej znajomości przybliżyłam na blogu w swojej recenzji jego znakomitego koncertu „Projekt Patkowski”.

Półtora roku temu, ujarzmiając swój galopujący introwertyzm, wyszłam z domu na kawę z nieznajomym wiolonczelistą, kompozytorem i organizatorem życia muzycznego – Robertem Jędrzejewskim. Nie byłam nawet pewna, czy go kiedykolwiek poznałam osobiście (okazało się, że nie), wiedziałam natomiast, że odszukał mnie, bo miał do mnie sprawę, co podniosło jeszcze stopień mojego permanentnego niepokoju.
Na samym początku spotkania Robert ujął mnie tym, że  zrozumiał moją recenzję książki „Patkowski. Ambasador muzyki z Marsa” Agnieszki Pindery w sposób inNy od tego, z którym się do tej pory stykałam. […] Tymczasem Robert zdawał się dostrzegać to wszystko, co było pod spodem, co było sednem, mięsem – zauważył, że mimo wszystko zapraszam do dialogu, nawet jeśli nikt nie chce go podjąć. Szybko zrozumiałam, że jesteśmy na tej samej stronie, w dodatku całkiem niezłej książki.

– „Projekt Patkowski”

Dlaczego nie tylko sam koncert był tak wyjątkowy i ważny, ale też cała jego otoczka, filozofia oraz historia towarzysząca jego powstaniu, opisałam szczegółowo w swojej recenzji, do lektury której gorąco zachęcam.
Dziś wskazuję Roberta jako jednego z trzech mężczyzn najmocniej mnie w tym roku inspirujących, ponieważ stwarzając jeden z najpiękniejszych hołdów dla taty, wyrażał równocześnie swój zdecydowany sprzeciw wobec budowania pomników. (Do tego stopnia zresztą, że kiedy jedna część jego pomysłu wydała mu się zbyt pomnikowa, zdecydował się z niej zrezygnować w późniejszych edycjach koncertu.) Obserwowanie tej postawy ośmieliło mnie do czegoś, na co nie umiałam się zdobyć przez całe życie. Ośmieliło mnie mianowicie do tego, żeby zburzyć w sobie pomnik Patkowskiego i sięgnąć wreszcie po to, na co zasługuję – bycie córką fantastycznego, ale jednak tylko człowieka.
Robercie, dziękuję!

Józef Patkowski

fot. Jan Rolke

Kochany Tato,

nie bardzo możemy pić, bo Ty bierzesz leki i ja biorę leki, więc chodźmy na piwo. Nie mam kasy, a Ty masz pewnie jakieś niewielkie zaskórniaki, więc stawiasz. Szkoda, że nie ma już Baru Ochotka, do którego lubiłeś zapraszać mamę. Właściciel za każdym razem proponował jej do czerwonego wina lód, a na jej za każdym razem zdziwione spojrzenie i odmowę, reagował spojrzeniem zdziwionym jeszcze bardziej. Na pewno znajdziesz jakieś inne świetne miejsce – albo najbardziej speluniarską melinę w mieście, albo najbardziej wysmakowaną knajpkę, uchodzącą chwilowo za szpanerską. Nieważne, chodźmy gdzieś, gdzie będziemy się czuć dobrze. Może na sushi? To był nasz rytuał. No to wtedy nie na piwo, ale sake. Sake i sushi.
Wiesz, nastał ten moment, w którym postanowiłam sobie, że przestanę Cię idealizować. Co nie jest łatwe, bo byłeś bardzo wyjątkowy. Nikt, kogo znałam, nie dorównywał Ci ani wrażliwością, ani poczuciem humoru. Mało kto, jeśli się Tobą nie zachwycił, okazywał się potem w moim życiu osobą, z którą czułam się naprawdę dobrze. (Inna sprawa, że te osoby, które się Tobą zachwyciły, też rzadko okazywały się potem w moim życiu ludźmi, z którymi czułam się naprawdę dobrze.) Ojciec o Twoim intelekcie, a równocześnie tak dobry i ciepły jak Ty, to zawsze wyzwanie dla wszelkich późniejszych relacji córki.
Nigdy nie chciałeś stać na piedestale, a ja nie chciałam Cię na nim stawiać, ale tak się jakoś stało, że się tam znalazłeś. Stworzyliśmy od samego początku głęboką, ważną, przyjacielską więź. Często powtarzałeś, że mnie bardzo lubisz i że to wcale nie musi być takie oczywiste. Byłam Twoim oczkiem w głowie, a Ty moim nNajukochańszym dorosłym. Jednak w tym wszystkim zapomnieliśmy niestety o jednej ważnej rzeczy – Ty byłeś moim tatą. I o ile oboje mamy podobne podejście do konwenansów, jednak najważniejszą rolą rodzica nie jest przyjaźnienie się ze swoim dzieckiem, a wychowywanie go i monitorowanie tego, jak kształtuje się jego osobowość (moja jest zaburzona, więc coś w pewnym momencie poszło jednak nie tak). No i jeśli tak na to spojrzymy, to trochę sam na ten piedestał wszedłeś, pozwalając mi czerpać z tego, co mogę zaobserwować podczas wpatrywania się w Ciebie (i było tego rzeczywiście sporo), a wszelkie przyziemne sprawy wychowawcze, pozostawiając innym.
Kiedy sięgnę pamięcią w najczarniejsze momenty mojego dorastania, dostrzegam Twoją paraliżującą nieobecność. Moja niedojrzała strona już biegnie z odsieczą i chce tu koniecznie podkreślić, że cierpiałeś na bardzo ciężką chorobę, która wyłączała Cię z życia, na co nie miałeś wpływu. Jednak wiem dziś, że jednym z bardzo ważnych elementów zdrowienia jest umiejętność opowiadania historii własnych przeżyć bez umniejszania ich informacjami o cudzych intencjach czy niedyspozycjach.
Najbardziej przykre jest dla mnie to, że nie zdążyliśmy o tym nigdy porozmawiać, bo kiedy żyłeś, byłam w kompletnie innym punkcie. Mało wiedziałam o sobie. Zbyt mało. Gdybyś tylko zobaczył, ile udało mi się w sobie zmienić, ile wspaniałych osób poznać. Niedaleko szukać, dwie wyżej opisane skradłyby Twoje serce!  Ciekawe, czy polubiłbyś też taką nową mnie? Zawsze najbardziej pragnąłeś dla mnie szczęścia, więc na pewno tak! Jestem chwilowo pogubiona i targana lękami, ale równocześnie szczęśliwa, jak chyba nigdy wcześniej. Dziś, kiedy to całe moje dzieciństwo i dorastanie mamy odbębnione (a raczej Ty masz… na trójkę z minusem), moglibyśmy się wreszcie zacząć tak naprawdę przyjaźnić. Nie potrzeba by nam było dużo słów, bo w końcu jestem Twoją update’owaną wersją, ale stworzylibyśmy siłę, jakiej nie złamałby nikt. Dziś tak bardzo mi jej potrzeba, ale…

czuję tylko jej paraliżującą nieobecność.

TęsknNi


Kobieta mojego życia

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Od początku istnienia bloga obchodziłam na nim dzisiejsze święto wyborem ośmiu inspirujących mnie w danym roku kobiet w cyklu „8 kobiet na 8 marca”.
Ten rok jest inNy. Każe mi zwrócić oczy (nNi) ku kobiecie, która – bez względu na to, czy ją lubię, czy nie, czy się nią interesuję, czy nie, a nawet bez względu na to, co i czy o niej myślę – jest rzeczywistą kobietą mojego życia. Po zamknięciu jej książki, wyjęciu z odtwarzacza jej płyty czy zamknięciu karty jej bloga nie znika, jak inne, spowita w artystyczne niedomówienie, idealizację czy tajemnicę. Ciągle trwa obleczona w jedną z najohydniejszych i najbardziej odpychających szat – codzienność. Czy to mnie do niej zniechęca? Bardzo, ale w przeciwieństwie do innych ona jest właśnie tą, od której nie mogę w każdej (a nawet żadnej) chwili odejść.

Dziewczynka

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Nigdy nie lubiła tego słowa. Prawdopodobnie dlatego, że szło w parze z określeniem „grzeczna” jeszcze chyba gorszym od „miła” i „sympatyczna” (które są koszmarne ex aequo). W słowie „chłopcy” intuicyjnie wyczuwała pewną zawadiackość, jakiś luz, frywolność, podczas kiedy „dziewczynkom” nie było dane beztroskie nieprzejmowanie się konwenansami i opiniami innych ludzi (przynajmniej w czasach, w których sama nią była oraz w dalszym ciągu na Podhalu). Jeśli były krnąbrne, w grę wjeżdżała ulubiona zabawka patriarchatu – stare dobre zawstydzanie, potrafiące zdziałać cuda.
Kiedyś, jak miała pięć albo sześć lat, późnym wieczorem obudziły ją hałasy i przeświadczenie, że właśnie wrócił tata i to w dodatku nie sam. Po głosie rozpoznała jednego z jej ukochanych dorosłych – przemiłego artystę, w którym się nie do końca potajemnie podkochiwała. Przepełniona radością wybiegła z łóżka na spotkanie z tatą i znajomym, i co ją za tę piękną spontaniczną reakcję spotkało? „Żartobliwa” (niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu) uwaga, że „podejmuje gościa w majtkach”. Dziś już wie, że ukochanych mężczyzn najlepiej podejmować bez nich, ale – na Boga – miała tylko pięć albo sześć lat!
Jedynymi rówieśnikami (no dobra, byli od niej ciutkę starsi), wśród których świetnie się odnajdywała, była paczka jej wyimaginowanych przyjaciół, którzy jednak kontaktowali się z nią poprzez podglądanie (w sensie, że oni podglądali ją). Ten nieco dziwny rodzaj kontaktu bardzo jej odpowiadał, bo lubiła być podglądana. Dlatego też nigdy nie zasłaniała okien, mieszkając naprzeciwko poprawczaka dla chłopców. Już wtedy lubiła fantazjować.
Resztę rówieśników znosiła z przykrej konieczności. Równocześnie dorośli, do których lgnęła, i od których ciągle potrzebowała atencji, również koniec końców nie okazali się odpowiednim adresem. Kiedy miała jedenaście lat, w jej głowie zalęgły się obsesyjne myśli o śmierci. Jak się później okazało, miały z nią zostać do teraz. Choć depresje bliskich dorosłych stanowiły nieodłączny element otaczającego ją przez całe dzieciństwo krajobrazu, nikt nie zauważył jej depresji.
Jaka była? Skryta i chorobliwie nieśmiała przy obcych oraz kompulsywnie obsesyjna przy bliskich. Bardzo wrażliwa, dociekliwa i czujna, ale też charakterna i wyraźna. Potrzebująca przestrzeni, więc stroniąca od ludzi, choć bardzo ich w gruncie rzeczy potrzebująca.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Dziewczyna

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Kiedy – przedwcześnie zresztą – weszła w okres dojrzewania, jej ciało zaczęło się zmieniać. Nigdy nie wiadomo, co się wykluje z nieopierzonego pisklęcia, ale z niej – ku uciesze otaczających ją kobiet – wykluła się tzw. figura modelki. Czyli, innymi słowy, miała sporą niedowagę (mimo pochłaniania kosmicznej ilości jedzenia) i wystające kości (ale za to przynajmniej duży biust). No wszystkie panie się zachwycały! Ona mniej, bo regularnie zahaczała miednicą o meble.
Czasu buntu nie przeżyła nigdy i równocześnie przeżywała go nieustająco. Dusiła ją dyscyplina, dusiło ją narzucanie norm, których nie uznawała za swoje (czego nikt zdawał się nie szanować), dusiło rodzinne miasto. Jedyne, które tak dobrze znała, ale też jedyne, w którym nie miała nikogo bliskiego. Nasilające się od jedenastego roku życia poczucie samotności i pustki uczyniło z niej wzorcową wręcz ofiarę wszelkich manipulatorów. Ciężko powiedzieć, kiedy podjęła decyzję o porzuceniu siebie samej. Czy kiedykolwiek była dla siebie wsparciem? Może trochę. Ale to wcześniej, za dzieciaka. Teraz, kiedy zaczęła być wreszcie spragniona towarzystwa rówieśników, wystarczyło trochę ciepła, miłych słówek, atmosfery „przyjaźni” (smak tej prawdziwej poznała dopiero wiele, wiele lat później) i już była „kupiona”. Już można z nią było robić wszystko. Taka przyjaciółka to skarb! Uległa, bez własnego zdania, troskliwa, przejmująca się, dająca się łatwo wpędzić w poczucie winy. (Swoją drogą, to dopiero doskonałe narzędzie manipulacji!) Nakrzyczysz – ona przeprosi! Wyśmiejesz – ona się popłacze! Nakłamiesz prosto w twarz – ona cię usprawiedliwi!
Jednak z drugiej strony środowisko ludzi dorosłych ciągle z jakiegoś niezrozumiałego powodu wydawało się jej bezpieczną przystanią, w której będzie mogła być tą jedyną, najmłodszą czy wyjątkową… Tam też zaczęła szukać miłości aż po – nomen omen – grób… Co przy swojej uległości, kształtującej się osobowości zależnej i całkowitej niestabilności psychicznej, szukając, znalazła? Nietrudno się domyślić.
Ta magma stworzona ze znienawidzonego rodzinnego miasta, poczucia samotności, pustki i niezrozumienia, bliskich relacji, które były wyłącznie toksyczne oraz relacji dalekich, które w ogóle mogłyby dla niej nie istnieć (choć wszyscy twierdzili, że istnieć jednak powinny, bo rodzina, bo powinowaci, bo dobrze mieć znajomych, bo to, bo tamto…), zalewała ją, a ona zaczynała się w niej topić i zastygać.
Jaka była? Lekko zakompleksiona, wierząca w zabobony, w nieustającym konflikcie między swoją seksualnością a narzucanymi z góry obcymi normami, gubiąca się w chaosie, więc pragnąca go uporządkować (tak, czyli kontrolująca). Autodestrukcyjna, niepewna swojej atrakcyjności, oddająca stery innym, sama siadająca z boku. Nienawidząca i kochająca. Odrzucająca wszystko, co byłoby pomiędzy, choć tam właśnie mogło być najbezpieczniej. Może zresztą dlatego odrzucająca.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Kobieta

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Tuż po studiach, które uwielbiała, bo stymulowały ją intelektualnie (ach, jak niektórzy wykładowcy stymulowali intelektualnie…), wyjechała wreszcie ze swojego strasznego miasta na prowincję, na której ciężko wytrzymać z zupełnie innych powodów. No ale wtedy na chwilę odetchnęła i wynurzyła się na powierzchnię.
Jej metabolizm stwierdził, że przestanie się wreszcie wygłupiać i zaczęła w końcu nie tylko być kobietą, ale też wyglądać jak kobieta. Doświadczyła po raz pierwszy w życiu korelacji między tym, ile jadła, a ile zaczęła przybierać na wadze. Niesamowite! Przez wiele kilogramów nie mogła wyjść z szoku, bo oto – stało się! Przestała mieć niedowagę i z impetem wbiegła w sam środeczek wskaźnika BMI na podium wagi idealnej. Już nie zahaczała miednicą o meble. Panie przestały się już nią zachwycać. Szybciuteńko sprowadziły ją do parteru słowami „jesteś gruba”, chociaż wcale nie była, ale udało im się bezpowrotnie odebrać jej tę cudowną radość z nowego ciała i kształtów, o jakich wcześniej marzyła. Zasiały w niej kompleks pierworodny i tak się z nim męczy do dzisiaj. Z pewną pomocą przyszli mężczyźni zachwyceni nową nią, dający jej od czasu do czasu powody, by na nowo swoje ciało pokochać, ale doskonale wiedziała, że ta miłość powinna płynąć z jej środka, a nie z tego, co dostanie z zewnątrz.
W środku za to zaczęły się dziać rzeczy ciekawe. Choć od zawsze utkana była ze sprzeczności i skrajności, powoli zaczęła się zakotwiczać w sobie samej. Powoli i z różnym skutkiem – czasem się udawało lepiej, czasem gorzej, jednak jej relacje zaczęły powoli wyglądać nieco inaczej niż wcześniej. Czy przyciągnęła do siebie rzesze nowych zdrowych osób? Nie. Na początku raczej potraciła tych, którzy woleli ją w tej zahukanej, bezwolnej wersji – pewniejsza siebie nie dawała im już tej frajdy, co kiedyś. Jednak z czasem rzeczywiście spotykała na swojej drodze ludzi mniej niebezpiecznych niż wcześniej. Jedni idą z nią do teraz, drudzy w pewnym momencie poszli w innym kierunku, czego zresztą nigdy nie żałowała, bo nie jest typem odczuwającym przesadną tęsknotę za dorosłymi ludźmi. Nigdy nie przejmowali jej aż tak.
Jaka jest? Spokojniejsza i pewniejsza siebie niż kiedykolwiek wcześniej, choć równocześnie przepełniona lękami i kompleksami. Świadoma tego, że dysponuje narzędziami, które naprawią w niej to, czego nikt w niej do tej pory nie naprawił, ale też unieruchomiona poczuciem niemocy. Silna, mądra i dobra, choć często słaba, zagubiona i targana demonami, przez które zna też smak prawdziwej, najczystszej nienawiści. Zabawna, roześmiana, zdystansowana, jednocześnie depresyjna, zrozpaczona i biorąca wszystko do siebie. Wrażliwa do granic możliwości. W bliskich kontaktach troskliwa, czuła i empatyczna, ale też nie do końca dostępna emocjonalnie. Skryta, ciągle niepewna tego, kim naprawdę jest.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Kim naprawdę jest?

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Gdyby to wiedziała, byłaby prawdopodobnie kimś kompletnie innym. Ludzie w większych dawkach bardzo ją męczą, bo wypompowują z niej całą energię. Jej „syndrom Zeliga” nie polega tylko na jej zlewaniu się z otoczeniem poprzez upodabnianie się do niego. Ona też łatwo i szybko umie wychwycić, w kim to otoczenie widzi wroga, z kogo szydzi, kto je oburza i równie często potrafi przyjąć cechy tej właśnie postaci. Czasem z wrodzonej przekory, czasem dla żartu, a czasem ze wzbierającej w niej i gromadzącej się gdzieś w mięśniach złości. Jesteście homofobami? Proszę bardzo – stanie się dla was lesbijką. Jesteście antysemitami? Proszę bardzo – dziś będzie Żydówką (ten numer zresztą wykręcił kiedyś jej tata). Gardzicie kobietami? Proszę bardzo – wbije się w najbardziej wyzywający strój, jaki uda jej się znaleźć w szafie i przypnie sobie czerwoną błyskawicę. Męczcie się teraz! Powiedzcie jej teraz te wszystkie nienawistne hasła w twarz! No ale, przyznajcie sami, to jest całkiem zabawne, choć pod spodem drzemie oczywiście gruba warstwa jej pasywnej agresji. Jest więc albo kopią swojego rozmówcy, w którym od razu odnajduje siebie, a w jego historii swoją, albo wywrotowcem, który wkurza, mierzi, irytuje, a czasem szokuje.
Czuje się sobą najbardziej wtedy, kiedy tworzy, ale jest to obraz skrzywiony, bo to dopiero relacje z innymi dają nam do ręki realne kawałki nas samych, które możemy sobie powoli i starannie układać w całość. Jest więc artystką i samotniczką, choć ludzie mają ją za osobę towarzyską, ciepłą i serdeczną.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Jaką kobietą chciałaby być?

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

To pytanie zadawano jej podczas terapii wielokrotnie i nigdy nie potrafiła na nie odpowiedzieć, chociaż próbowała. Prawdopodobnie chciałaby być kobietą bardziej spójną i mniej rozchwianą. Kobietą, która nie boi się swoich zasobów – a tych ma naprawdę sporo. Kobietą, która kiedy spuści kogoś, komu się należało, na drzewo, nie wzywa po pięciu minutach straży pożarnej, żeby go stamtąd ściągnęła. Kobietą konsekwentną, asertywną, opanowującą swoje lęki wobec świata, dla którego wcale nie jest – jak do niedawna myślała – przezroczysta. A przede wszystkim chciałaby być kobietą, która decydując się napisać z okazji Dnia Kobiet na własnym blogu tekst o samej sobie… nie musi go pisać w trzeciej osobie.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę piosenkę, którą wielokrotnie sobie śpiewałam i właściwie mogłabym znowu, bo tekst jest ciągle aktualny…

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

CzytanNi

fot. Bożena Szuj

Z zamiarem napisania tego tekstu nosiłam się długo. Temat raz wydawał mi się wart wpisu, inny razem nie wart. Początkowo chciałam się właściwie jedynie podzielić tym, jakie miejsce zajmują w moim życiu książki oraz moim stosunkiem do irytującej mody na licytowanie się na liczbę przeczytanych pozycji.
Ostatecznie pewna wypowiedź Olgi Tokarczuk sprzed jakiegoś już czasu zachęciła mnie, żeby jednak napisać. A przy okazji odnieść się do tej gigantycznej gównoburzy (jak ją ładnie – choć wykropkowując – podsumował Jerzy Sosnowski), która przetoczyła się nad polskimi strzechami. Potem znowu pisanie tekstu odłożyłam i kończę go dziś zupełnie bez związku z niczym.

Literatura nie dla idiotów

fot. Bożena Szuj

Żeby zrozumieć kontekst, z którego słowa Olgi Tokarczuk zostały wyrwane, i przede wszystkim zapoznać się z całą wypowiedzią noblistki, trzeba najpierw przeczytać wpis Jerzego Sosnowskiego, który przeprowadzał z nią tę rozmowę.
Ludzie, którzy najgłośniej jej słynne stwierdzenie:

literatura nie jest dla idiotów

krytykowali i oburzali się nim, kontekstu zgłębić nie chcieli (lub nie potrafili, co stanowi tylko potwierdzenie tezy Tokarczuk, że do czytania potrzebne są kompetencje). Przypomina mi to pewną moją daleką znajomą (wyznawczynię partii obecnie rządzącej, co jest nie bez znaczenia), która wiele lat temu obraziła się na sklep Media Markt, że jest „nie dla idiotów” i od momentu pojawienia się w mediach tej (znakomitej zresztą) reklamy, już tam nie kupuje. Niezwykle mnie to bawi, bo ja na to hasło zareagowałam skrajnie inaczej – pomyślałam sobie, że skoro bywam klientem tego sklepu, a nie jest on dla idiotów, to znaczy, że idiotką nie jestem. I to wszystko oczywiście z ogromnym przymrużeniem oka, bo inteligentny człowiek wie przecież, że założenie, że klienci jakiegoś sklepu są lub nie są idiotami, jest fałszywe. Na tym właśnie polegał żart (co jest bardziej żenujące od niezrozumienia żartu? konieczność wytłumaczenia go).
Jednak w przypadku literatury i zgrabnego – oraz… wypowiedzianego również z przymrużeniem oka – podłożenia jej pod słynne reklamowe hasełko jest już nieco inaczej. Bo literatura naprawdę nie jest dla idiotów. I tak, Tokarczuk ma sto procent racji, mówiąc:

Żeby czytać książki, trzeba mieć jakąś kompetencję, trzeba jakby mieć wrażliwość pewną, pewne rozeznanie w kulturze. Te książki, które piszemy – tak jak mówiłam – one są gdzieś zawieszone, zawsze się z czymś wiążą. Nie wierzę, że przyjdzie taki czytelnik, który kompletnie nic nie wie i nagle się zatopi w jakąś literaturę i przeżyje tam katharsis. Więc piszę swoje książki dla ludzi inteligentnych, którzy myślą, którzy czują, którzy mają jakąś wrażliwość. Uważam, że moi czytelnicy są gdzieś do mnie podobni. Piszę do… jakby do krajanów swoich.

– Olga Tokarczuk w rozmowie z Jerzym Sosnowskim

Skąd więc te rzesze osób całkiem nieraz inteligentnych, które poczuły się tymi słowami dotknięte do żywego; które w mediach społecznościowych skarżyły się na to, że gdyby nie dzieci i obowiązki, czytałyby znacznie więcej i które z jakiegoś kompletnie irracjonalnego powodu poczuły się zaliczone do pojemnego wora idiotów? Odpowiedź jest banalnie prosta: z kompleksów wynikających z niskiego poczucia własnej wartości. To bywa znacznie silniejsze niż zrozumienie, że ze zdania „literatura nie jest dla idiotów” ani nie wynika, że nieczytanie jest domeną idiotów, ani jakie są cechy i zainteresowania idioty. O idiotach tak naprawdę niczego się z tego zdania nie dowiadujemy. Jednak z reakcji na te słowa, dowiadujemy się bardzo dużo o tym, co większość społeczeństwa o sobie myśli.
Wartym odnotowania jest tu też oskarżenie Olgi Tokarczuk o klasizm. Przypomina mi to trochę uparte dążenie do tego, żeby przypadkiem nie sprawić komuś przykrości… prawdą. Otóż społeczeństwo (prawdopodobnie każde) rzeczywiście dzieli się na ludzi dorastających w domach z książkami oraz tych, którzy dorastali w domach bez książek. I nie, ci z książkami nie mieli ich, bo ich było na nie stać. Znam wielu posiadaczy imponujących domowych bibliotek i żaden z nich nie jest majętny – znam też właścicieli domów kompletnie książek pozbawionych i żaden z nich nie jest osobą ubogą. I znowu – bo czuję, że to również trzeba wyjaśnić – nie chodzi tu o miarę człowieczeństwa, dobroć czy nawet mądrość. Chodzi tu o pewien nawyk będący konsekwencją posiadania kompetencji, o których mówiła Tokarczuk. Można wychować się w domu bez książek i stworzyć własny dom pełen książek oraz na odwrót. Jednak nie upierajmy się, że to nie ma znaczenia. Ma, bo nas tworzy w określony sposób. I owszem – klasizm to czy nie klasizm – miałam ogromne i całkowicie niezasłużone szczęście wychowywać się w domu nie tylko wypełnionym książkami, ale też doskonałym współczesnym malarstwem. Zawdzięczam temu swoją wrażliwość (która, nie powiem, bywa też moim przekleństwem).
Równocześnie pewną być może ciekawostką jest to, że w całym moim życiu najmocniej zraniły mnie dwie osoby, które bez cienia przesady mogę nazwać erudytami. Czy oczytanie przekłada się w jakikolwiek sposób na bycie dobrym człowiekiem? Absolutnie nie, podobnie jak inteligencja ma się nijak do inteligencji emocjonalnej. Jednak trudno też udawać, że rozmowy z ludźmi oczytanymi nie są ciekawsze i dużo bardziej intelektualnie stymulujące niż z osobami nieczytającymi. (Z tego zresztą powodu nie uważam się za specjalnie interesującego rozmówcę.)

Literatura w moim życiu

fot. Bożena Szuj

Tata przez kilka pierwszych lat mojego życia, kiedy tylko był w domu niepogrążony w depresji, co wieczór mi czytał. Czytanie było ważne też w jego życiu. Dzięki niemu jako nastolatka zetknęłam się z twórczością jego ulubionego pisarza Eliasa Canettiego (na którego kunszcie poznał się długo zanim ten dostał Nagrodę Nobla i stał się w Polsce popularny) czy cudownego Bertranda Russella, którym się zaczytywał. Ale mój najwcześniejszy związek z literaturą, który właśnie tacie zawdzięczam, to przeuroczy „Kubuś Puchatek” A.A. Milnego i chyba absolutnie wszystkie książki Bogini mojego dzieciństwa – Astrid Lindgren. O ile „Małego Księcia” Antoine’a de Saint-Exupéry’ego nigdy nie umiałam odebrać inaczej niż jako atrakcyjnego dla mas zbioru banałów (nie przeproszę miłośników, to moja opinia), o tyle finezja Lindgren wywarła olbrzymi wpływ na moją wyobraźnię. Moją zdecydowanie ulubioną książką jej autorstwa była „Ronja, córka zbójnika”. Czytałam ją jeszcze wielokrotnie, jak już nauczyłam się robić to samodzielnie.
Poezja zawsze przegrywała u mnie z prozą, ale mieliśmy oboje z tatą ogromny sentyment do kompletnie pojechanego i abstrakcyjnego tomiku „Dwa źdźbła” Ryszarda Twardocha, z którego wiersze cytowaliśmy sobie na pamięć. (Do dziś szczególne miejsce w moim sercu zajmuje też poezja Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta.)
Potem poznałam twórczość Vladimira Nabokova, zaczynając oczywiście od arcydzieła „Lolita” i tak poszło. Przeczytałam chyba wszystkie dostępne w polskim tłumaczeniu książki tego autora i była to taka rozkosz, że rzeczywiście trudno było mi wziąć potem do ręki cokolwiek gorszego (np. jakąkolwiek lekturę). Kilku pisarzy zwróciło jednak moją uwagę (oprócz wspomnianego wyżej znakomitego Canettiego i Russela). Na pewno była to magiczna, subtelna i rozkosznie abstrakcyjna Aglaja Veteranyi, absolutny mistrz, zwłaszcza krótkich form, Julio Cortázar czy bóg Gabriel García Márquez. Zakochałam się też bez pamięci w twórczości Rolanda Topora oraz Franza Kafki, a Michel Houellebecq „Uległością” (którą uważam za lekturę obowiązkową dla każdego człowieka) przewartościował moje myślenie…
Nie umiałam się też nigdy oprzeć urokowi pióra Sławomira Mrożka, Witolda Gombrowicza czy Witkacego. Zachwycił mnie też Jacques Derrida („O gramatologii”, ach, jakież to smakowite!) i Arthur Schopenhauer. Zupełnie inną miłością kocham pióro Laurie Anderson, która jest artystką totalną, absolutnie doskonałą we wszystkim, co robi, a pisanie jest tylko pewnym tego wycinkiem. Wymieniam mało nazwisk i jeszcze mniej nazwisk kobiecych. „Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estés, którą zachwycają się tłumy, mnie wydała się książką dość ważną, ale nie wybitną – być może do niej wrócę, skoro mój biedny Nabokov ma u mnie na czas wojny w Ukrainie bana (spokojna głowa, kto jak kto, ale on by to zrozumiał). No ale tak to u mnie wyglądało.
Studia oczywiście pokazały mi literaturę, po którą sama prawdopodobnie bym nie sięgnęła, uzmysławiając mi, że łatwiej mi się czyta publikacje uchodzące za trudne (np. prace językoznawcze), w których jedno skomplikowane słowo ma tylko jedno znaczenie niż takie, które pozostawiają zbyt duże interpretacyjne pole. Moje myślenie rozgałęzione bardzo utrudniało mi skupienie się na czytanym tekście. Od tego momentu stopniowo coraz rzadziej sięgałam po literaturę piękną.
Dziś najczęściej czytam książki z zakresu neurologii, bo interesuje mnie ludzki mózg (przede wszystkim mózg psychopatycznych morderców). W dalszym ciągu interesuje mnie też filozofia, językoznawstwo oraz psychologia.

#52BookChallenge

fot. Bożena Szuj

Nie wiem, czy bardziej mnie śmieszą, czy mierżą wyścigi w mediach społecznościowych na przeczytanie jakiejś konkretnej liczby książek w roku. Bo o co w tym tak naprawdę chodzi? O szpan.  Nic więcej. Tymczasem czytanie jakiejkolwiek literatury na kilogramy samo w sobie nie ma żadnej wartości.

(Serio studiowałaś polonistykę?
Serio, nawet u profesora Bralczyka i mam do tego dyplom z wyróżnieniem!)

Owszem, czytanie rozwija mózg, zwłaszcza na wczesnym etapie życia. Jednak już później równie ważny jak samo czytanie jest wybór literatury, jaką się czyta. Wyobraźmy sobie, że jedna osoba wśród tych 52 książek, które pochłonie w ciągu roku, by to dumnie ogłosić na fejsbuku, przeczyta: 3 książki telefoniczne, „50 twarzy Greya”, powieść Blanki Lipińskiej i 47 dzieł Danielle Steel… A druga przeczyta tylko „Odeyseję” Homera czy choćby „Mini-wykłady o maxi-sprawach” Leszka Kołakowskiego (o „Ulissesie” Joyce’a nie wspominając). Ktoś tu coś wygrał? No i kto? Druga zyskuje dwukrotnie – nie tylko nie ma zaśmieconego mózgu słabizną intelektualno-językową, ale dostaje też dla niego solidną pożywkę. Nie warto więc czytać? Warto, ale rzeczy mądre! Pełna zgoda, co do tego, że lepiej przeczytać 52 wspaniałe książki w ciągu roku niż nie przeczytać żadnej. Myślę jednak, że zacząć należy od podstaw, pokazując już w szkole dzieciom z różnych domów (i tych z książkami, i tych bez nich), jak odróżniać literaturę wartościową od bezwartościowej. Ludzie zaopatrzeni w taką wiedzę nigdy nie wpadną na pomysł ścigania się na liczbę przeczytanych pozycji, rozumiejąc, dlaczego jest to niedorzeczne.

Czytanie „ze zrozumieniem”

fot. Bożena Szuj

Zwolennicy czytania grzmią nie tylko, że „nie czytamy”, ale również, że nie czytamy „ze zrozumieniem”. Ten językowy potworek przywędrował do nas ze Stanów i tak się w polszczyźnie zadomowił, że już nikt nie rozumie (nomen omen) nawet, czemu nie ma on najmniejszego sensu. Otóż „czytanie ze zrozumieniem” tyczyło się dzieci nieanglojęzycznych, z którymi praca wymagała od nauczycieli monitorowania, na ile przeczytany przez nie angielski tekst jest dla nich faktycznie zrozumiały.
Sam szybko podchwycony pomysł, żeby Polak mógł przeczytać polski tekst „bez zrozumienia” (na poziomie, rzecz jasna, podstawowym) jest kuriozalny. Czy chcę przez to powiedzieć, że każdy Polak rozumie, co czyta? Jestem idealistką, ale nie aż taką! Chcę powiedzieć jedynie, że w samym słowie „czytanie” zawiera się rozumienie czytanego tekstu. Oczywiście, można rozprawiać o różnych interpretacjach, a więc „rozumieniach” tego, co się czyta. Można rozprawiać o tym, jak nasza kondycja psychiczna, nasze doświadczenia czy w końcu oczytanie wpływa na rozumienie tego, co przyswajamy. Nie można jednak twierdzić, że statystyczny zdrowy Polak da radę płynnie przeczytać zdanie:

Ala ma kota,

ale nie zdoła go zrozumieć. A sformułowanie „czytanie ze zrozumieniem” dotyczyło takich właśnie sytuacji, mogących się przydarzyć każdemu, kto uczy się wymowy i znaczenia słów w nowym języku. W tym miejscu warto przypomnieć też, że wodzenie oczami za tekstem czytaniem nie jest.

Czy za mało czytamy?

fot. Bożena Szuj

Istnieje pewna pokusa, żeby postępujące zidiocenie społeczeństwa tłumaczyć spadkiem czytelnictwa graniczącym z wtórnym analfabetyzmem. Byłabym tu jednak ostrożna, stawiając tezę odwrotną. Nie dlatego głupiejemy, że mniej czytamy, ale mniej czytamy wartościowej (!!!) literatury, bo głupiejemy. Pytanie też czy rzeczywiście czytamy mniej. Statystyki pokazują, że tak. Z drugiej jednak strony nastąpił jakiś renesans wydawniczy i niemal każdy (pisarz, polityk, celebryta) pisze dziś i wydaje książkę, tylko w inny sposób niż przed laty. Autorzy często odwracają się od wielkich wydawnictw i wydają książki własnym sumptem, dzięki czemu zyskują niezależność. Drugą stroną tego medalu są ceny, które mogą wywoływać mylne wrażenie elitarności tych książek, podczas kiedy różnie z tym bywa. Dawniej wyznacznikiem jakości była renoma wydawnictwa, a w tym wypadku ten czynnik odpada. To z kolei też się zresztą zmienia, bo słynne niegdyś wydawnictwa (np. Znak) znacząco obniżają swoje loty, nie dbając już, jak kiedyś, o poprawność językową i zatrudniając redaktorów z przypadku (lub – to tylko moje przypuszczenie – wcale ich nie zatrudniając). Książki, których w księgarniach oraz w sieci pełno, to tak naprawdę jakościowa ruletka. Powrócę więc do przykładu wyścigów w social mediach na przeczytanie jak największej liczby książek. Czy naprawdę wolimy dziś, żeby rodacy czytali rocznie 180 słabych książek (załamując dłonie nad tym, że czytają rocznie jedną książkę), czy może zacznie nam zależeć, żeby nie tylko przeczytali, ale przede wszystkim potrafili wybrać do przeczytania choćby trzy arcydzieła?
Bo gdzie tak naprawdę tkwi problem? W szkolnictwie, w omawianiu z dziećmi lektur (w dodatku najczęściej słabych) pod jakiś klucz (???), w tępieniu samodzielnego myślenia, oryginalnych, nieraz odjechanych interpretacji. W zajmowaniu się tym, co autor miał na myśli zupełnie, jak by to miało jakiekolwiek znaczenie. To tu jest popełniany największy błąd.

Pogarda vs. ignorancja

fot. Bożena Szuj

Z niezrozumiałego dla mnie powodu, kiedy dochodzi do (na ogół internetowych) starć osób czytających z nieczytającymi, ci pierwsi odnoszą się do tych drugich z pogardą, zupełnie jak by serio wierzyli, że z jakiegoś powodu są od nich lepsi, natomiast ci drudzy obnoszą się z ignorancją, którą bezpieczniej byłoby zachowywać jedynie dla najbliższych.
Owszem, znajomość literatury to znajomość pewnych kulturowych kodów, a więc pewnego języka niedostępnego tym, którzy mają czytelnicze braki. Znajomość języka i możliwość porozmawiania w nim to frajda. Ale na tym polega różnorodność, że istnieją różne frajdy i w zależności od gustów/potrzeb/możliwości możemy ich szukać i je znajdywać w różnych rzeczach. One nie są lepsze czy gorsze od siebie. Są inne.
Nie umiem się umieścić po żadnej ze stron. Każdą z nich tak samo rozumiem i żadnej z nich w równym stopniu do końca nie rozumiem. Raczej nie byłam nigdy i w dalszym ciągu nie bywam osobą, która rocznie czyta tylko jedną książkę, ale są lata, w których pochłaniam książki w zawrotnych liczbach, a są i takie, kiedy czytam naprawdę mało. Nie umiem powiedzieć, od czego to zależy. Najprawdopodobniej od mojej koncentracji i stanu psychicznego. Czasem czytać uwielbiam, czasem trudno mi się do czytania przemóc. Jestem z pewnością idealnym odzwierciedleniem stwierdzenia, że „dziś się więcej pisze niż czyta”, bo zdecydowanie więcej piszę niż czytam. Może wynika to z tego, że piszę kompulsywnie, a czytam, próbując kompulsję pisania opanować (z różnym skutkiem).
Puenta będzie może nawet nie na temat, ale ważna – uczmy dzieci od najmłodszych lat samodzielnego myślenia, czytajmy im jak najwięcej w pierwszych latach ich życia, a potem pytajmy o ich interpretacje przeczytanych przez nie książek, no i – najważniejsze! – tępmy nauczycieli tępiących samodzielne myślenie naszych dzieci. Zadbajmy też o to, żeby miały jak najlepszych nauczycieli z przedmiotów ścisłych. Reszta przyjdzie sama.

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę swoją wersję piosenki dość luźno związanej z tematem wpisu.