„Naku*wiam Zen” Maria Peszek

fot. Marianna Patkowska

wydawnictwo: Marginesy
rok wydania: 2022

Minęło już trochę czasu od wydania tej książki i choć od początku byłam nią zaintrygowana, nie przypuszczałam, że w końcu jednak po nią sięgnę. Nie przypuszczałam, bo mam problem z pisanymi przez Marię Peszek tekstami piosenek, co nie jest najlepszą wróżbą. Ponieważ jej teksty uchodzą za kontrowersyjne, jest całkiem sporo osób mających z nimi problem. Zanim więc ktoś odruchowo zaliczy mnie do szufladki „święcie oburzonych obrazoburczą Marią”, wyjaśnię, w czym dokładnie tkwi mój problem. Otóż, mówiąc w skrócie, w jej literackiej nierówności. Byłabym w piórze Marii zakochana po uszy od wysłuchania krążka „Jezus Maria Peszek” z 2012 roku – mojej ulubionej płyty tej artystki. Każdy tekst na tym albumie (może z wyjątkiem bardzo odstającej od reszty piosenki „Amy”) jest małym arcydziełem; przemyślanym, konsekwentnym. Nawet niezbyt oryginalna maniera posługiwania się naiwnymi, częstochowskimi rymami nie drażni – całość jest spójna. I jest o czymś. Do całkiem niezłych, choć niewybitnych tekstów z debiutanckiej „Miasto Manii” mam jeszcze pewien sentyment, ale już te z następnej „Marii Awarii” irytują mnie niesamowicie swoją pretensjonalnością. Na tamten czas (2008 rok) były być może „odważne” czy przełamujące jakieś tabu, jednak nie jest to kryterium nadrzędne, jeśli mamy oceniać literacką jakość. Mogłabym to jednak zrzucić na karb stopniowego rozwoju artystki. Obie płyty powstały przed przełomową „Jezus Maria Peszek”. Ale w 2016 roku ukazuje się „Karabin”, na którym czuć wyraźny spadek tekściarskiej formy autorki. Kilka tekstowych perełek (mowa o fragmentach, a nie całych tekstach), reszta niedbała, niedopracowana, zbyt łopatologiczna. Ważne tematy spłycane nieumiejętnością odpowiedniego ich przedstawienia. Ta dziecięca naiwność narracji, która była jakimś urokiem czy wręcz siłą płyty „Jezus Maria Peszek”, tu staje się nieznośnym grafomaństwem. I ostatnia „Ave Maria” to powtórka z rozrywki, z tym że do częstochowskich rymów wplecione są jeszcze angielskie sformułowania, co zmienia teksty w swoje własne karykatury. Nie piszę tego z przyjemnością, tym bardziej czując, że autorka podejmuje próby mówienia o tematach trudnych i bolesnych, a jej stanowisko w wielu kwestiach podobne jest do mojego. Do tego naprawdę lubię każdą z tych płyt od strony muzycznej, jednak wychowana na literackiej wrażliwości Jeremiego Przybory, którego nawet najsłabsze wydane na światło dzienne teksty były nadal wybitne, nie uważam tekściarstwa Marii Peszek za dobre, a raczej przypadkowe i chaotyczne. Każdy twórca ma prawo do gorszej formy, oczywiście. Problemu nie widzę w tym, że Maria pisze słabiej, lecz w tym, że coś, co powinno pozostać szkicem, który warto byłoby dopracować, bo tkwi w nim spory potencjał, pokazuje światu jako dzieło skończone. Więcej, uważa „Ave Marię” za „najpiękniejszą płytę, jaką nagrała”, co przyjmuję jako deklarację, że wszystkie jej elementy autorkę satysfakcjonują. Cóż więc z tego, że potrafi pisać teksty doskonałe, skoro nie umie odróżnić ich od tych niedopracowanych?

Wbrew, być może, pozorom, ten wstęp przyda nam się w późniejszej analizie książki.

„Naku*wiam Zen” Maria Peszek

fot. Marianna Patkowska

Tym razem nie używam zapałek. Nie wzniecam rewolucji. Nie krzyczę: „Róbmy dym”. Zeszłam z barykad. Chcę się podzielić opowieścią o niełatwej, ale wspaniałej relacji z ojcem, i ogrzać nią serca. Chcę zabrać was w podróż do źródła mojej siły, a przy okazji sama zrozumieć, skąd się wzięłam, taka, a nie inna. To opowieść o sensie rozmowy i szansie na szczęście w każdych okolicznościach. O afirmacji życia. Jest trochę jak kompas, dzięki któremu łatwiej nawigować przez niespokojny czas.

– wewnętrzne skrzydło okładki, „Naku*wiam Zen” Maria Peszek

Po „Naku*wiam Zen” sięgnęłam, kiedy okazało się, że mamy ją w naszej stogowej bibliotece. Po lekturze „Sclavusa” Tymona Tymańskiego nie mogłam do siebie dojść. Potrzebowałam czegoś lżejszego, ale na przyzwoitym poziomie. Pomyślałam, że rozmowy córki artystki z ojcem artystą będą odpowiednie. I po niedługiej chwili książka zaczęła mnie drażnić swoją  – a to niespodzianka! – nierównością. Odłożyłam ją więc i wróciłam do niej dopiero po jakimś czasie.
Z początku miałam wrażenie, że zderzyły się tu dwa światy: autystyczny z ADHD-owym. Maria zadając ojcu pytania, oczekuje, że odpowie jej on „konkretnie”: krótko, zwięźle i na temat. Ten jednak nie umie, bo rzeczy, o które pyta go córka, nie są czarno-białe. Odpowiada z sensem, ale nie w sposób, który sobie zażyczyła, więc – jak uparte dziecko – przerywa mu zniecierpliwiona. Wtedy z kolei ja się niecierpliwię, bo to, że ona nie rozumie jego sposobu odpowiadania, nie oznacza wcale, że ja go nie rozumiem, a Jan Peszek mówi pięknie i mądrze. Po jakimś czasie to się jednak nieco zmienia i w głowie coraz nachalniej pojawia mi się zwrot „pamiętnik starego pierdoły”. Nie chodzi o tytuł pewnego dzieła i idące za nim specyficzne poczucie humoru, wyjątkowy styl czy abstrakcyjność Rolanda Topora, lecz o nazwę coraz bardziej adekwatną dla wspominków Peszka z dzieciństwa, które są w wielu miejscach – mówiąc brutalnie – zwyczajnie nudne. (Podobnie zresztą, jak opis pochodzenia mojego taty nakreślony wątpliwej jakości piórem Agnieszki Pindery, z tym, że w przeciwieństwie do jej książki, „Naku*wiam Zen” jest przyzwoicie napisane.) Z tyłu głowy miałam wrytego w nią „Sclavusa”, ale nie tylko. Również zupełnie inne, ale doskonałe i wstrząsające „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” oraz niedawno przeczytane „Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak i w żaden sposób nie udało mi się tych przydługich opisów dzieciństwa Peszka obronić: ani wartością merytoryczną, ani historyczną, ani humorystyczną. Piękne są natomiast końce rozdziałów, w których Maria maluje słowem zdumiewające, poetyckie obrazy, uciekając w swoje własne światy. Potem znowu robi się ciekawie. Maria zaczyna nieco odpuszczać. Przestaje być natarczywa i powoli wychodzi z roli dziecka. Chce zrozumieć, czemu jest taka, jaka jest. W dodatku, przechodząc kryzys twórczy i – jak rozumiem – egzystencjalny, bardzo chce się dowiedzieć, jak jej ojcu udaje się zachowywać pogodę ducha. Skąd bierze się jego pogodzenie z życiem. Rozpaczliwie próbuje uszczknąć tego trochę dla siebie.
Zastanawiałam się, czemu ta książka wzbudza we mnie tak mieszane odczucia. W „Naku*wiam Zen” wszystko teoretycznie powinno grać. Rozmówca Marii, Jan Peszek, to wszak osobowość twórcza, mądra, intrygująca. Znakomity, ceniony aktor, który z racji wykonywanego zawodu obracał się w świecie elitarnym, interesującym, inspirującym; członek doskonałego awangardowego Zespołu MW2 (Ensemble MW 2). Do tego (wbrew tezie mojej mamy, że aktor nie powinien mówić swoim własnym tekstem, bo wtedy cały czar pryska) pięknie i ze swadą władający językiem, a na domiar dobrego ciągle młody duchem. Ciekawy świata, ale życiowo doświadczony. Idealny interlokutor! Co więc nie gra? Przecież nie kilka dłużyzn, dla mnie zbytecznych, ale dla innego czytelnika być może ważnych. Wielu recenzentów podkreśla, że siłą tej książki jest wskazanie, jak można ze sobą szczerze rozmawiać. No i tutaj właśnie czuję pewien zgrzyt. Bo, owszem, Maria rozmawia z ojcem otwarcie. Mogą przy sobie kląć (co, nota bene, w wykonaniu Jana nie brzmi naturalnie), poruszać tematy śmierci, seksu, religii czy puszczania bąków, ale co im to tak naprawdę daje? Ci, którzy takiej otwartości w rozmowach nie zaznali, mogą być zszokowani lub/i zachwyceni, ale prawda jest taka, że mamy do czynienia z dorosłą poranioną kobietą, której umiejętność prowadzenia takich rozmów z rodzicami najwyraźniej nie uchroniła przed znalezieniem się w bardzo ciemnym i trudnym miejscu. (Może nawet tkwi w nim od zawsze, bo o towarzyszącym jej od maleńkości strachu wspomina w książce wielokrotnie.) Chciałabym być dobrze zrozumiana – umiejętność prowadzenia rozmów i otwierania się w nich jest niebywale cenna. Uważam jednak, że źle pojętą „szczerością” jest debatowanie z ojcem na temat jego pożycia z własną matką i słuchanie, co ta w łóżku lubiła, a czego nie (kwestię smaku pozostawiam ocenie czytelników), podczas gdy między wierszami wyrzuca się z siebie niemy krzyk:

Czemu taka jestem?! Czemu mi to ZROBILIŚCIE?!

Wyrzuca i udaje, że się go w sobie nie nosi. Co więcej, choć pojawia się kilka słów o żalu dzieci Jana (zwłaszcza brata Marii) do ojca za pewne rzeczy z ich dzieciństwa, Maria sama w pewnym momencie stwierdza, że obwinianie rodziców o to, z czym się dziś, jako dorośli ludzie, borykamy, jest bez sensu. A jeśli nie jest? Reakcja Jana na wytknięcie mu jego zaniedbań jest poruszająca. Robi mu się autentycznie przykro. Z wielu rzeczy nie zdawał sobie sprawy. Choć nie lubię tego argumentu, to jednak czasy i świadomość społeczna były wtedy całkiem inne. Jan słucha, przyjmuje, przeprasza, przeżywa swój smutek, nie stosując wobec Marii żadnej manipulacji, ani szantażu emocjonalnego. Bierze to na klatę. Zapewnienie Marii, że obwinianie rodziców o to, z czym sobie w dorosłym życiu nie radzimy, jest bez sensu, to zamknięcie się na prawdę, która mogłaby wyzwolić. Tak, to na naszych rodzicach (lub prawnych opiekunach) spoczywa odpowiedzialność takiego ukształtowania nas, żebyśmy sobie z mnogością pojawiających się w dorosłym życiu problemów poradzić umieli. Jeśli jesteśmy pozbawieni podstawowych narzędzi do wejścia w dorosłość, to przyczyna tkwi w błędach lub zaniedbaniach rodziców. Nie chodzi o „winę”, a raczej odpowiedzialność za taki stan rzeczy. Dopiero z tego punktu można ruszyć dalej, widząc że nasi rodzice również nie byli dobrze wychowywani, ich rodzice tak samo, itd., itd. Nie ma sensu chować urazy, bo jako dorośli ludzie przejmujemy od swoich rodziców odpowiedzialność za siebie i możemy stać się dla siebie najlepszymi opiekunami. Być może nawet to właśnie Maria Peszek miała na myśli, ale to nie wybrzmiało. Zabrakło mi wiele razy – mimo bezsprzecznej otwartości całej tej rozmowy – prawdziwej szczerości; ponazywania tego, co zostawia w książce ślad w postaci jakiegoś przemilczanego napięcia. W wielu momentach podczas lektury miałam wrażenie, że jestem świadkiem rozmowy, w której jedna osoba bardzo cierpi i – nie mając w siebie do końca wglądu – nie wie, dlaczego, a druga, choć tę pierwszą niezwykle kocha, nie może nic z tym cierpieniem zrobić. I tu się w moim odczuciu kończy magiczna moc rozmowy, a zaczyna konieczność zrozumienia siebie poprzez terapię. I zanim ktoś stwierdzi, że przecież w najbardziej nawet szczerej książce nie trzeba obnażać się ze wszystkim, zaznaczę, że moim zarzutem wobec „Naku*wiam Zen” nie jest nieujawnienie wszystkich tajemnic z życia rodziny Peszków. Moim zarzutem wobec tej książki jest ukazanie tylko powierzchownego obrazu szczerości i autentyczności, którymi wcale nie jest sama swoboda w mówieniu o seksie, śmierci czy bąkach. Autentyczność to odpowiedni do niej punkt wyjścia, czyli bycie ze sobą spójnym, rozumienie, co się w nas aktualnie dzieje, co już wiemy, a czego jeszcze nie, w którą stronę zmierzamy, a która jest nam obca. Wspominałam o tym w recenzji „Sclavusa”, bo autentyczność Tymona mnie zmiażdżyła. Czy pisał o tak mi bliskim wielogodzinnym trudnym do opanowania wzruszeniu po wysłuchaniu jakiejś płyty, czy o robieniu kupy do zlewu (swoją drogą, naprawdę znakomita totartowa anegdota), czy snuł przejmujące refleksje o swoim zmieniającym się przez lata stosunku do Polski, był tak samo sobą. W przeciwieństwie do tego towarzyszącego mi podczas lektury „Naku*wiam Zen”, tu nie miałam wrażenia, że autora jest w jakimś obszarze mniej, więc ucieka w inny; taki, z którym potrafi sobie lepiej poradzić. Bardzo trudno ubrać w słowa coś tak nieuchwytnego. Całą sobą czułam – tak, to tylko, albo odczucie, – że szczerość w rozmowie Peszków jest obecna, ale równocześnie też chwiejna.
Aż dotarłam w książce do fragmentu, przy którym sobie dopiero przypomniałam medialną burzę, jaką niedługo po premierze książki wywołał. Ponieważ byłam wtedy przed lekturą, nie chciałam się ekscytować czymś, co być może wyjęte z kontekstu zabrzmiało gorzej niż mogło. Teraz jednak wszystko zaczęło mi się składać w całość, bo – uwzględniając kontekst – fragmentowi można zarzucić wiele, ale z pewnością nie brak szczerości i autentyczności. Podczas rozmowy o zawodowej i artystycznej drodze Marii, Jan stwierdza:

Przez twoje pójście w śpiewanie, komponowanie i pisanie tekstów, które stały się dla mnie zupełnie, powiedziałbym, zjawiskowe i odrębne, próbuję zrozumieć, gdzie jest ojciec, który pragnie twojego spełnienia, a gdzie artysta, który jest w stanie ocenić, jakie to robi na nim wrażenie. Każda płyta jest skrajnie inna. To jest tak oryginalne, że z niczym nieporównywalne. Człowiek mimowolnie wchłania różne interesujące zjawiska w sztuce i prędzej czy później gdzieś ma to wpływ na jego ostateczną wypowiedź, ale to, co ciebie cechuje jako artystkę, to że nigdy w twojej twórczości nie ma cechy kopistki. Czym przesiąknięte są te wszystkie cipy z naszego polskiego rynku, które po prostu nie mają nic do powiedzenia. Śpiewają o niczym, posiłkując się jakąś imitacją pseudopoetyckich albo pseudowywrotowych spraw.
Nie chcę rzucać w tej chwili nazwisk, ale te tak zwane skarby narodowe, no, dla mnie to gówno. Szalenie utalentowane, w sensie, że elastyczne, muzykalne, no ale to natura dała. Na przykład piękny głos, barwę. Tylko że to jest totalnie o niczym. Mnie o wiele bardziej stabilizuje w moim poglądzie wypowiedź Jarosława Mikołajewskiego, wybitnego poety, który twoje teksty nazywa nową poezją. I ja też tak je rozumiem. Przede wszystkim ty zawsze piszesz o czymś.

[…]

  • Jak będziesz spisywać, to chcę, żeby te „cipy” padły.

– str. 193, 194, „Naku*wiam Zen” Maria Peszek

I gdzieś się nagle rozmywa obraz dobrego, mądrego, nowoczesnego i nastawionego do świata z życzliwością feministy. Obraz, w którym od początku wyczuwałam fałsz (nawet jakoś to sobie wyrzucając), by ustąpić miejsca innemu – zbyt dobrze znanemu. Oto rozparty w swoim wygodnym, przetartym patriarchalnym fotelu dziaders autorytarnie rozdaje kobietom łatki i objaśnia nam wszystkim świat. To znaczy wyczytuję z epitetu, że rozdaje je kobietom i jeśli się w tym nie mylę, to nasuwa mi się pytanie, czemu porównuje swoją tworzącą muzykę córkę wyłącznie z kobietami z rodzimej muzycznej sceny, a nie po prostu ze wszystkimi, którzy się na niej znajdują? Ta karykaturalnie pojęta „odwaga” kończy się jednak tam, gdzie mogłoby się za swoje słowa ponieść odpowiedzialność. Chętnie dowiedziałabym się więc, czy te wszystkie „śpiewające o niczym niechcęrzucaćwtejchwilinazwisk cipy” to: Katarzyna Nosowska, Ramona Rey, Monika Brodka, Natalia Kukulska, Paulina Przybysz, Kasia Stankiewicz, Anita Lipnicka, Mery Spolsky, Anja Garbarek, Alicja Janosz, Julia Marcell (żeby wymienić tylko kilka artystek, które mają w swoim dorobku co najmniej jedną płytę, która bez problemu mogłaby ze znakomitą „Jezus Maria Peszek” konkurować i nawet wygrać)?
Ta wypowiedź jest fatalna na bardzo wielu płaszczyznach. Już nawet nie o obnażenie swojej gigantycznej ignorancji tu chodzi, bo Jan Peszek ma do niej prawo – nie musi orientować się w polskim rynku muzycznym ostatnich dwóch, trzech dekad. Ma prawo myśleć, że oprócz Marii Peszek istnieje tylko Edyta Górniak. Ma też prawo się mylić, uważając, że w rzeczywiście niezwykle oryginalnej twórczości Marii Peszek nie da się odnaleźć żadnych inspiracji muzyką i tekstami już istniejącymi. Da się i nie jest to zarzut. Chodzi o pogardę. Jeśli nosimy w sobie rzeczywistą miłość bliźniego oraz jesteśmy orędownikami równości i wolności (a taki wizerunek Jana Peszka nakreśla nam książka), nie przyjdzie nam do głowy, by obrażać kogokolwiek tylko dlatego, że irytuje nas lub boli zjawisko, w które się on swoim zachowaniem wpisuje. Tworzenie wyrobów sztukopodobnych dla mas jest rzeczywiście zatrważające. Warto o tym mówić, warto nie przebierać w słowach, jednak nazwanie chłamu chłamem jest czymś kompletnie innym od nazwania konkretnych osób (których nazwisk się jednak nie wskazuje) „cipami”.
Zrozumiałam też, dzięki temu wielce niefortunnemu fragmentowi istotę swojego problemu z tą książką. Gdyby mój tata – akurat również, co mi schlebiało, ceniący moją muzyczną twórczość – mówiąc mi szczerze, co o niej myśli, czułby się zobligowany do porównywania jej do czegokolwiek, zwłaszcza obrażając przy tej okazji innych, nasza relacja nie byłaby tak bliska i dobra, jak była. Gdyby musiał, chwaląc mnie, sięgać po zachwycone mną autorytety, żeby umocnić swoją opinię, byłoby mi przykro. W końcu jakie znaczenie ma to, że ten czy inny wybitny kompozytor był moją wczesną twórczością zainteresowany. Nasza relacja była nasza, nie musieliśmy znajdywać żadnych zewnętrznych punktów odniesienia.
Reasumując, mimo wielu pięknych i niewątpliwie cennych momentów w „Naku*wiam Zen”, nie mogę się po lekturze pozbyć wrażenia, że zostałam nabita w butelkę.

 

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Porozumienie z granicami

fot. Marianna Patkowska

Pisząc, jakiś czas temu, swój „List do Artystów – sympatyków partii obecnie rządzącej”, oberwałam – co było do przewidzenia – od obydwu stron. „Lewa” (czyli ponoć moja) zarzuciła mi, że „w ogóle gadam z tymi ciemnymi fanatycznymi homofobami pełnymi nienawiści i pogardy do ludzi” i że moje pisanie do nich to „perły przed wieprze”. Zabolało mnie to, bo znając ludzi, do których pisałam, wiedziałam, że musi być gdzieś jakaś neutralna przestrzeń, na której możemy się spotkać i porozmawiać z czułością i życzliwością. Przecież się lubimy. Przecież to istotniejsze niż jakikolwiek populista w źle skrojonym garniturze. Nie ma we mnie zgody na wkładanie wszystkich do jednego wora. Nie uwierzę, że wybitny kompozytor muzyki współczesnej zaciera ręce w zachwycie na wieść, że obecny rząd pokazuje całemu jego środowisku środkowy palec, odbierając mu dotacje, równocześnie przyznając ogromne pieniądze wyrobnikom disco-polo. Nie chciałam też wierzyć, że ktoś, dla kogo LGBTQ to z założenia nie pomiot szatana i przy okazji skrót, którego nie umie rozwinąć, tylko ŻYWI LUDZIE, których spotyka na każdym festiwalu muzycznym i których muzykę ceni, może dać się uwieść złu w czystej postaci, jakim jest homofobia. Pisząc swój list, czułam, że dla wyborców partii obecnie rządzącej musi istnieć w niej jakaś niedostrzegana przeze mnie wartość, dla której są w stanie nieść na swoich barkach poczucie obciachu i oddawać w kolejnych wyborach swoje głosy na takich ludzi.
„Prawa” strona z kolei oskarżyła mnie o „podjęcie nieoryginalnej próby oświecenia upośledzonych intelektualnie wyborców partii obecnie rządzącej, brak wystarczającej wiedzy i zapożyczenie tytułu od Jana Pawła II” (choć kwintesencją nieoryginalności był przecież właśnie tytuł mojego wpisu), obnażając równocześnie ogromną, przygniatającą pogardę i poczucie wyższości wobec wszystkich ludzi myślących odmiennie i wręcz histeryczne obrzydzenie związane ze środowiskiem LGBTQ.
Cóż – okazuje się, że każda ze stron miała jakąś swoją rację. „Lewa” w tym, że homofobia nie musi się brać z niewiedzy, lecz można się nią po prostu w jakimś momencie życia zarazić. „Prawa” natomiast w tym, że – choć nie jest prawdą, że z takim nastawieniem pisałam swój tekst, bo nie przyszło mi to nigdy wcześniej do głowy – popieranie partii obecnie rządzącej jest faktycznie rodzajem upośledzenia, z którym trudno dyskutować merytorycznie.
Czy żałuję, że napisałam swój list? Ani trochę! Nie zdarza mi się żałować swoich tekstów. Ćwiczenie warsztatu, to ćwiczenie warsztatu. Zawsze. A poza wszystkim – jestem zwyczajnie z tego wpisu dumna.

Patrząc w inNą stronę

fot. Marianna Patkowska

Wierząc w potrzebę i siłę dialogu, podciągnęłam nogawki i ugrzęzłam po kostki we wspomnianych pogardliwych homofobicznych fanatycznych wynurzeniach pokrytych warstwą jadu, próbując się doszukać powodu, dla którego wrażliwy człowiek decyduje się przyjąć tak upadlającą i przy okazji niewiarygodnie niebezpieczną filozofię. Chciałam zrozumieć, co jest w jego odczuciu warte płacenia tak wysokiej ceny. Skrawki sensów, jakich się doszukałam, jednoznacznie wskazywały na „obronę wartości cywilizacji łacińskiej”. Biorąc pod uwagę to, że tzw. cywilizacja łacińska wywodzi się również ze starożytnej Grecji, wszyscy mieliśmy ostatnio szansę przekonać się, jak dzielnie węgierski europoseł Jozsef Szajer próbuje ocalić od zapomnienia starożytny grecki zwyczaj uczestnictwa w analnych orgiach.
Uświadomiłam sobie, że problem z porozumieniem tkwi w tym, że by uwierzyć w potrzebę obrony czegokolwiek, najpierw trzeba mieć poczucie zagrożenia tegoż. To zresztą działa w obydwie strony. Ja widzę zagrożoną Konstytucję, demokrację i wolność, ktoś inny widzi zagrożoną cywilizację łacińską. Dla mnie szczytem hipokryzji jest twierdzenie, że ktokolwiek dziś „atakuje” kościół przy całkowitym pominięciu sposobu, w jaki przeprowadzał on onegdaj krucjaty, dla kogoś innego hipokryzją wykazuję się ja, oburzając się na łamanie Konstytucji w naszym kraju, a nie oburzając się tym, że prywatny portal banuje łamiącego jego jasno określone zasady byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Próbując być grzeczna oraz postępować jak trzeba, zastałam się w brudnych i nieciekawych rejonach, próbując dogrzebać się czegoś, co byłabym w stanie zrozumieć, aż zadałam sobie pytanie kluczowe:

Co ja tu w ogóle robię?

– pytanie kluczowe, jakie sobie zadałam

Nie muszę rozumieć. Chciałam, ale nie pisałam się na takie atrakcje. Ostatnim razem dyskryminujący tekst (akurat dla odmiany antysemicki) miałam w rękach na studiach, kiedy musiałam kupić pewien narodowy dziennik na ćwiczenia z profesorem Bralczykiem, na których mieliśmy interpretować najgorsze aktualnie wydawane gazety. Kupowałam tego szmatławca dwie dzielnice od swojej, żeby nikt mnie przypadkiem nie rozpoznał w kiosku. I do dziś pozostaje we mnie niesmak, że coś tak ohydnego przyniosłam do swojego domu. Czy można mnie oskarżyć o pogardę do antysemitów i homofobów? Wszystko można, choć to uproszczenie. Nie gardzę ludźmi – brzydzi mnie natomiast zarówno świadomy wybór dyskryminacji, jak i brak reakcji na nią. Moje drzwi są otwarte dla ludzi – nie wpuszczam za nie jedynie niektórych ideologii. Wiem, że skrajna niechęć do wszelkich mniejszości bierze się z kompleksów, niepewności siebie i bycia nieszczęśliwym. Po ludzku współczuję, nie jest to jednak wystarczający powód, by pozwolić komukolwiek w swoim towarzystwie obrażać jakąkolwiek mniejszość. Każdy proces zdrowienia można rozpocząć dopiero od odstawienia tego, co toksyczne. Zaproponowałam spokojną życzliwą rozmowę, licząc się z tym, że nie każdy może jej chcieć. Jeśli proponujesz komuś walca, a on nie odmawia, ale zaczyna od kroków capoeiry, to najwyraźniej woli tańczyć sam.

Nie mogę w tym miejscu nie przywołać pewnej cudownej anegdoty o moim tacie. W ostatnich latach swojego życia dosyć regularnie odwiedzał lekarzy. Pewnego razu w kolejce zaczepił go jakiś rozmowny pan i oblał od stóp do głów antysemickimi pomyjami. Tata cierpliwie wysłuchał do końca, po czym łagodnie spytał (a warto w tym miejscu zaznaczyć, że miał przeszywająco niebieskie oczy i typowo wręcz aryjskie rysy):
– Ale czemu mi pan to wszystko mówi? Przecież pan widzi, że jestem Żydem!
Dokładnie w tym momencie otworzyły się drzwi do gabinetu i lekarz osobiście wezwał tatę:
– Profesor Patkowski!
Więc, jeśli komukolwiek tak będzie łatwiej, to zanim otworzy usta, mając mi do przekazania jakąkolwiek homofobiczną, antysemicką, rasistowską, seksistowską, szowinistyczną, ksenofobiczną treść, niech sobie po prostu wyobrazi, że jestem tymi wszystkimi znienawidzonymi przez niego grupami społecznymi naraz!

„Nie z każdym”

fot. Marianna Patkowska

Tuż po podjęciu decyzji, by grzecznie, acz stanowczo naszkicować swoje granice przekraczającym je bliźnim i nie katować się dociekaniem tego przekraczania powodów, trafiłam na doskonały tekst „Nie z każdym…” swojego nauczyciela i literackiego mentora – Jerzego Sosnowskiego. Bardzo zależałoby mi na tym, żeby dotarł on do jak najliczniejszej grupy czytelników, nie śmiałabym więc go  streszczać. Zdradzę jedynie, że autor zmierza się z tematem, który od dłuższego czasu mocno we mnie rezonuje – mianowicie gdzie są granice relatywizmu. I czy rzeczywiście wszystko (jak chcę często wierzyć) jest względne?
Osobiście wydaje mi się, że operujemy coraz większymi skrótami, przez co – mocniej chyba niż kiedykolwiek wcześniej – szufladkujemy innych. Ten sam wybór w przypadku każdego człowieka będzie powodowany czymś innym, a my często nie chcemy tego widzieć (pisior zawsze będzie dla nas pisiorem, a lewak lewakiem). Mimo, że zaprosiłam „drugą stronę” na spacer po bezpiecznym, neutralnym gruncie, a ona wolała jednak pozostać w swoich okopach (do czego, nawiasem mówiąc, miała przecież pełne prawo),  nie oznacza że się „wobec kogokolwiek pomyliłam”. Myliłam się wcześniej, wierząc w potrzebę i siłę dialogu. Nie z każdym…

P.S. Na deser nie mogłabym nie zamieścić wyjątkowego Freddiego Mercury’ego i piosenki o pasującym do dzisiejszego wpisu tytule.

fot. Marianna Patkowska