„Naku*wiam Zen” Maria Peszek

fot. Marianna Patkowska

wydawnictwo: Marginesy
rok wydania: 2022

Minęło już trochę czasu od wydania tej książki i choć od początku byłam nią zaintrygowana, nie przypuszczałam, że w końcu jednak po nią sięgnę. Nie przypuszczałam, bo mam problem z pisanymi przez Marię Peszek tekstami piosenek, co nie jest najlepszą wróżbą. Ponieważ jej teksty uchodzą za kontrowersyjne, jest całkiem sporo osób mających z nimi problem. Zanim więc ktoś odruchowo zaliczy mnie do szufladki „święcie oburzonych obrazoburczą Marią”, wyjaśnię, w czym dokładnie tkwi mój problem. Otóż, mówiąc w skrócie, w jej literackiej nierówności. Byłabym w piórze Marii zakochana po uszy od wysłuchania krążka „Jezus Maria Peszek” z 2012 roku – mojej ulubionej płyty tej artystki. Każdy tekst na tym albumie (może z wyjątkiem bardzo odstającej od reszty piosenki „Amy”) jest małym arcydziełem; przemyślanym, konsekwentnym. Nawet niezbyt oryginalna maniera posługiwania się naiwnymi, częstochowskimi rymami nie drażni – całość jest spójna. I jest o czymś. Do całkiem niezłych, choć niewybitnych tekstów z debiutanckiej „Miasto Manii” mam jeszcze pewien sentyment, ale już te z następnej „Marii Awarii” irytują mnie niesamowicie swoją pretensjonalnością. Na tamten czas (2008 rok) były być może „odważne” czy przełamujące jakieś tabu, jednak nie jest to kryterium nadrzędne, jeśli mamy oceniać literacką jakość. Mogłabym to jednak zrzucić na karb stopniowego rozwoju artystki. Obie płyty powstały przed przełomową „Jezus Maria Peszek”. Ale w 2016 roku ukazuje się „Karabin”, na którym czuć wyraźny spadek tekściarskiej formy autorki. Kilka tekstowych perełek (mowa o fragmentach, a nie całych tekstach), reszta niedbała, niedopracowana, zbyt łopatologiczna. Ważne tematy spłycane nieumiejętnością odpowiedniego ich przedstawienia. Ta dziecięca naiwność narracji, która była jakimś urokiem czy wręcz siłą płyty „Jezus Maria Peszek”, tu staje się nieznośnym grafomaństwem. I ostatnia „Ave Maria” to powtórka z rozrywki, z tym że do częstochowskich rymów wplecione są jeszcze angielskie sformułowania, co zmienia teksty w swoje własne karykatury. Nie piszę tego z przyjemnością, tym bardziej czując, że autorka podejmuje próby mówienia o tematach trudnych i bolesnych, a jej stanowisko w wielu kwestiach podobne jest do mojego. Do tego naprawdę lubię każdą z tych płyt od strony muzycznej, jednak wychowana na literackiej wrażliwości Jeremiego Przybory, którego nawet najsłabsze wydane na światło dzienne teksty były nadal wybitne, nie uważam tekściarstwa Marii Peszek za dobre, a raczej przypadkowe i chaotyczne. Każdy twórca ma prawo do gorszej formy, oczywiście. Problemu nie widzę w tym, że Maria pisze słabiej, lecz w tym, że coś, co powinno pozostać szkicem, który warto byłoby dopracować, bo tkwi w nim spory potencjał, pokazuje światu jako dzieło skończone. Więcej, uważa „Ave Marię” za „najpiękniejszą płytę, jaką nagrała”, co przyjmuję jako deklarację, że wszystkie jej elementy autorkę satysfakcjonują. Cóż więc z tego, że potrafi pisać teksty doskonałe, skoro nie umie odróżnić ich od tych niedopracowanych?

Wbrew, być może, pozorom, ten wstęp przyda nam się w późniejszej analizie książki.

„Naku*wiam Zen” Maria Peszek

fot. Marianna Patkowska

Tym razem nie używam zapałek. Nie wzniecam rewolucji. Nie krzyczę: „Róbmy dym”. Zeszłam z barykad. Chcę się podzielić opowieścią o niełatwej, ale wspaniałej relacji z ojcem, i ogrzać nią serca. Chcę zabrać was w podróż do źródła mojej siły, a przy okazji sama zrozumieć, skąd się wzięłam, taka, a nie inna. To opowieść o sensie rozmowy i szansie na szczęście w każdych okolicznościach. O afirmacji życia. Jest trochę jak kompas, dzięki któremu łatwiej nawigować przez niespokojny czas.

– wewnętrzne skrzydło okładki, „Naku*wiam Zen” Maria Peszek

Po „Naku*wiam Zen” sięgnęłam, kiedy okazało się, że mamy ją w naszej stogowej bibliotece. Po lekturze „Sclavusa” Tymona Tymańskiego nie mogłam do siebie dojść. Potrzebowałam czegoś lżejszego, ale na przyzwoitym poziomie. Pomyślałam, że rozmowy córki artystki z ojcem artystą będą odpowiednie. I po niedługiej chwili książka zaczęła mnie drażnić swoją  – a to niespodzianka! – nierównością. Odłożyłam ją więc i wróciłam do niej dopiero po jakimś czasie.
Z początku miałam wrażenie, że zderzyły się tu dwa światy: autystyczny z ADHD-owym. Maria zadając ojcu pytania, oczekuje, że odpowie jej on „konkretnie”: krótko, zwięźle i na temat. Ten jednak nie umie, bo rzeczy, o które pyta go córka, nie są czarno-białe. Odpowiada z sensem, ale nie w sposób, który sobie zażyczyła, więc – jak uparte dziecko – przerywa mu zniecierpliwiona. Wtedy z kolei ja się niecierpliwię, bo to, że ona nie rozumie jego sposobu odpowiadania, nie oznacza wcale, że ja go nie rozumiem, a Jan Peszek mówi pięknie i mądrze. Po jakimś czasie to się jednak nieco zmienia i w głowie coraz nachalniej pojawia mi się zwrot „pamiętnik starego pierdoły”. Nie chodzi o tytuł pewnego dzieła i idące za nim specyficzne poczucie humoru, wyjątkowy styl czy abstrakcyjność Rolanda Topora, lecz o nazwę coraz bardziej adekwatną dla wspominków Peszka z dzieciństwa, które są w wielu miejscach – mówiąc brutalnie – zwyczajnie nudne. (Podobnie zresztą, jak opis pochodzenia mojego taty nakreślony wątpliwej jakości piórem Agnieszki Pindery, z tym, że w przeciwieństwie do jej książki, „Naku*wiam Zen” jest przyzwoicie napisane.) Z tyłu głowy miałam wrytego w nią „Sclavusa”, ale nie tylko. Również zupełnie inne, ale doskonałe i wstrząsające „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” oraz niedawno przeczytane „Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak i w żaden sposób nie udało mi się tych przydługich opisów dzieciństwa Peszka obronić: ani wartością merytoryczną, ani historyczną, ani humorystyczną. Piękne są natomiast końce rozdziałów, w których Maria maluje słowem zdumiewające, poetyckie obrazy, uciekając w swoje własne światy. Potem znowu robi się ciekawie. Maria zaczyna nieco odpuszczać. Przestaje być natarczywa i powoli wychodzi z roli dziecka. Chce zrozumieć, czemu jest taka, jaka jest. W dodatku, przechodząc kryzys twórczy i – jak rozumiem – egzystencjalny, bardzo chce się dowiedzieć, jak jej ojcu udaje się zachowywać pogodę ducha. Skąd bierze się jego pogodzenie z życiem. Rozpaczliwie próbuje uszczknąć tego trochę dla siebie.
Zastanawiałam się, czemu ta książka wzbudza we mnie tak mieszane odczucia. W „Naku*wiam Zen” wszystko teoretycznie powinno grać. Rozmówca Marii, Jan Peszek, to wszak osobowość twórcza, mądra, intrygująca. Znakomity, ceniony aktor, który z racji wykonywanego zawodu obracał się w świecie elitarnym, interesującym, inspirującym; członek doskonałego awangardowego Zespołu MW2 (Ensemble MW 2). Do tego (wbrew tezie mojej mamy, że aktor nie powinien mówić swoim własnym tekstem, bo wtedy cały czar pryska) pięknie i ze swadą władający językiem, a na domiar dobrego ciągle młody duchem. Ciekawy świata, ale życiowo doświadczony. Idealny interlokutor! Co więc nie gra? Przecież nie kilka dłużyzn, dla mnie zbytecznych, ale dla innego czytelnika być może ważnych. Wielu recenzentów podkreśla, że siłą tej książki jest wskazanie, jak można ze sobą szczerze rozmawiać. No i tutaj właśnie czuję pewien zgrzyt. Bo, owszem, Maria rozmawia z ojcem otwarcie. Mogą przy sobie kląć (co, nota bene, w wykonaniu Jana nie brzmi naturalnie), poruszać tematy śmierci, seksu, religii czy puszczania bąków, ale co im to tak naprawdę daje? Ci, którzy takiej otwartości w rozmowach nie zaznali, mogą być zszokowani lub/i zachwyceni, ale prawda jest taka, że mamy do czynienia z dorosłą poranioną kobietą, której umiejętność prowadzenia takich rozmów z rodzicami najwyraźniej nie uchroniła przed znalezieniem się w bardzo ciemnym i trudnym miejscu. (Może nawet tkwi w nim od zawsze, bo o towarzyszącym jej od maleńkości strachu wspomina w książce wielokrotnie.) Chciałabym być dobrze zrozumiana – umiejętność prowadzenia rozmów i otwierania się w nich jest niebywale cenna. Uważam jednak, że źle pojętą „szczerością” jest debatowanie z ojcem na temat jego pożycia z własną matką i słuchanie, co ta w łóżku lubiła, a czego nie (kwestię smaku pozostawiam ocenie czytelników), podczas gdy między wierszami wyrzuca się z siebie niemy krzyk:

Czemu taka jestem?! Czemu mi to ZROBILIŚCIE?!

Wyrzuca i udaje, że się go w sobie nie nosi. Co więcej, choć pojawia się kilka słów o żalu dzieci Jana (zwłaszcza brata Marii) do ojca za pewne rzeczy z ich dzieciństwa, Maria sama w pewnym momencie stwierdza, że obwinianie rodziców o to, z czym się dziś, jako dorośli ludzie, borykamy, jest bez sensu. A jeśli nie jest? Reakcja Jana na wytknięcie mu jego zaniedbań jest poruszająca. Robi mu się autentycznie przykro. Z wielu rzeczy nie zdawał sobie sprawy. Choć nie lubię tego argumentu, to jednak czasy i świadomość społeczna były wtedy całkiem inne. Jan słucha, przyjmuje, przeprasza, przeżywa swój smutek, nie stosując wobec Marii żadnej manipulacji, ani szantażu emocjonalnego. Bierze to na klatę. Zapewnienie Marii, że obwinianie rodziców o to, z czym sobie w dorosłym życiu nie radzimy, jest bez sensu, to zamknięcie się na prawdę, która mogłaby wyzwolić. Tak, to na naszych rodzicach (lub prawnych opiekunach) spoczywa odpowiedzialność takiego ukształtowania nas, żebyśmy sobie z mnogością pojawiających się w dorosłym życiu problemów poradzić umieli. Jeśli jesteśmy pozbawieni podstawowych narzędzi do wejścia w dorosłość, to przyczyna tkwi w błędach lub zaniedbaniach rodziców. Nie chodzi o „winę”, a raczej odpowiedzialność za taki stan rzeczy. Dopiero z tego punktu można ruszyć dalej, widząc że nasi rodzice również nie byli dobrze wychowywani, ich rodzice tak samo, itd., itd. Nie ma sensu chować urazy, bo jako dorośli ludzie przejmujemy od swoich rodziców odpowiedzialność za siebie i możemy stać się dla siebie najlepszymi opiekunami. Być może nawet to właśnie Maria Peszek miała na myśli, ale to nie wybrzmiało. Zabrakło mi wiele razy – mimo bezsprzecznej otwartości całej tej rozmowy – prawdziwej szczerości; ponazywania tego, co zostawia w książce ślad w postaci jakiegoś przemilczanego napięcia. W wielu momentach podczas lektury miałam wrażenie, że jestem świadkiem rozmowy, w której jedna osoba bardzo cierpi i – nie mając w siebie do końca wglądu – nie wie, dlaczego, a druga, choć tę pierwszą niezwykle kocha, nie może nic z tym cierpieniem zrobić. I tu się w moim odczuciu kończy magiczna moc rozmowy, a zaczyna konieczność zrozumienia siebie poprzez terapię. I zanim ktoś stwierdzi, że przecież w najbardziej nawet szczerej książce nie trzeba obnażać się ze wszystkim, zaznaczę, że moim zarzutem wobec „Naku*wiam Zen” nie jest nieujawnienie wszystkich tajemnic z życia rodziny Peszków. Moim zarzutem wobec tej książki jest ukazanie tylko powierzchownego obrazu szczerości i autentyczności, którymi wcale nie jest sama swoboda w mówieniu o seksie, śmierci czy bąkach. Autentyczność to odpowiedni do niej punkt wyjścia, czyli bycie ze sobą spójnym, rozumienie, co się w nas aktualnie dzieje, co już wiemy, a czego jeszcze nie, w którą stronę zmierzamy, a która jest nam obca. Wspominałam o tym w recenzji „Sclavusa”, bo autentyczność Tymona mnie zmiażdżyła. Czy pisał o tak mi bliskim wielogodzinnym trudnym do opanowania wzruszeniu po wysłuchaniu jakiejś płyty, czy o robieniu kupy do zlewu (swoją drogą, naprawdę znakomita totartowa anegdota), czy snuł przejmujące refleksje o swoim zmieniającym się przez lata stosunku do Polski, był tak samo sobą. W przeciwieństwie do tego towarzyszącego mi podczas lektury „Naku*wiam Zen”, tu nie miałam wrażenia, że autora jest w jakimś obszarze mniej, więc ucieka w inny; taki, z którym potrafi sobie lepiej poradzić. Bardzo trudno ubrać w słowa coś tak nieuchwytnego. Całą sobą czułam – tak, to tylko, albo odczucie, – że szczerość w rozmowie Peszków jest obecna, ale równocześnie też chwiejna.
Aż dotarłam w książce do fragmentu, przy którym sobie dopiero przypomniałam medialną burzę, jaką niedługo po premierze książki wywołał. Ponieważ byłam wtedy przed lekturą, nie chciałam się ekscytować czymś, co być może wyjęte z kontekstu zabrzmiało gorzej niż mogło. Teraz jednak wszystko zaczęło mi się składać w całość, bo – uwzględniając kontekst – fragmentowi można zarzucić wiele, ale z pewnością nie brak szczerości i autentyczności. Podczas rozmowy o zawodowej i artystycznej drodze Marii, Jan stwierdza:

Przez twoje pójście w śpiewanie, komponowanie i pisanie tekstów, które stały się dla mnie zupełnie, powiedziałbym, zjawiskowe i odrębne, próbuję zrozumieć, gdzie jest ojciec, który pragnie twojego spełnienia, a gdzie artysta, który jest w stanie ocenić, jakie to robi na nim wrażenie. Każda płyta jest skrajnie inna. To jest tak oryginalne, że z niczym nieporównywalne. Człowiek mimowolnie wchłania różne interesujące zjawiska w sztuce i prędzej czy później gdzieś ma to wpływ na jego ostateczną wypowiedź, ale to, co ciebie cechuje jako artystkę, to że nigdy w twojej twórczości nie ma cechy kopistki. Czym przesiąknięte są te wszystkie cipy z naszego polskiego rynku, które po prostu nie mają nic do powiedzenia. Śpiewają o niczym, posiłkując się jakąś imitacją pseudopoetyckich albo pseudowywrotowych spraw.
Nie chcę rzucać w tej chwili nazwisk, ale te tak zwane skarby narodowe, no, dla mnie to gówno. Szalenie utalentowane, w sensie, że elastyczne, muzykalne, no ale to natura dała. Na przykład piękny głos, barwę. Tylko że to jest totalnie o niczym. Mnie o wiele bardziej stabilizuje w moim poglądzie wypowiedź Jarosława Mikołajewskiego, wybitnego poety, który twoje teksty nazywa nową poezją. I ja też tak je rozumiem. Przede wszystkim ty zawsze piszesz o czymś.

[…]

  • Jak będziesz spisywać, to chcę, żeby te „cipy” padły.

– str. 193, 194, „Naku*wiam Zen” Maria Peszek

I gdzieś się nagle rozmywa obraz dobrego, mądrego, nowoczesnego i nastawionego do świata z życzliwością feministy. Obraz, w którym od początku wyczuwałam fałsz (nawet jakoś to sobie wyrzucając), by ustąpić miejsca innemu – zbyt dobrze znanemu. Oto rozparty w swoim wygodnym, przetartym patriarchalnym fotelu dziaders autorytarnie rozdaje kobietom łatki i objaśnia nam wszystkim świat. To znaczy wyczytuję z epitetu, że rozdaje je kobietom i jeśli się w tym nie mylę, to nasuwa mi się pytanie, czemu porównuje swoją tworzącą muzykę córkę wyłącznie z kobietami z rodzimej muzycznej sceny, a nie po prostu ze wszystkimi, którzy się na niej znajdują? Ta karykaturalnie pojęta „odwaga” kończy się jednak tam, gdzie mogłoby się za swoje słowa ponieść odpowiedzialność. Chętnie dowiedziałabym się więc, czy te wszystkie „śpiewające o niczym niechcęrzucaćwtejchwilinazwisk cipy” to: Katarzyna Nosowska, Ramona Rey, Monika Brodka, Natalia Kukulska, Paulina Przybysz, Kasia Stankiewicz, Anita Lipnicka, Mery Spolsky, Anja Garbarek, Alicja Janosz, Julia Marcell (żeby wymienić tylko kilka artystek, które mają w swoim dorobku co najmniej jedną płytę, która bez problemu mogłaby ze znakomitą „Jezus Maria Peszek” konkurować i nawet wygrać)?
Ta wypowiedź jest fatalna na bardzo wielu płaszczyznach. Już nawet nie o obnażenie swojej gigantycznej ignorancji tu chodzi, bo Jan Peszek ma do niej prawo – nie musi orientować się w polskim rynku muzycznym ostatnich dwóch, trzech dekad. Ma prawo myśleć, że oprócz Marii Peszek istnieje tylko Edyta Górniak. Ma też prawo się mylić, uważając, że w rzeczywiście niezwykle oryginalnej twórczości Marii Peszek nie da się odnaleźć żadnych inspiracji muzyką i tekstami już istniejącymi. Da się i nie jest to zarzut. Chodzi o pogardę. Jeśli nosimy w sobie rzeczywistą miłość bliźniego oraz jesteśmy orędownikami równości i wolności (a taki wizerunek Jana Peszka nakreśla nam książka), nie przyjdzie nam do głowy, by obrażać kogokolwiek tylko dlatego, że irytuje nas lub boli zjawisko, w które się on swoim zachowaniem wpisuje. Tworzenie wyrobów sztukopodobnych dla mas jest rzeczywiście zatrważające. Warto o tym mówić, warto nie przebierać w słowach, jednak nazwanie chłamu chłamem jest czymś kompletnie innym od nazwania konkretnych osób (których nazwisk się jednak nie wskazuje) „cipami”.
Zrozumiałam też, dzięki temu wielce niefortunnemu fragmentowi istotę swojego problemu z tą książką. Gdyby mój tata – akurat również, co mi schlebiało, ceniący moją muzyczną twórczość – mówiąc mi szczerze, co o niej myśli, czułby się zobligowany do porównywania jej do czegokolwiek, zwłaszcza obrażając przy tej okazji innych, nasza relacja nie byłaby tak bliska i dobra, jak była. Gdyby musiał, chwaląc mnie, sięgać po zachwycone mną autorytety, żeby umocnić swoją opinię, byłoby mi przykro. W końcu jakie znaczenie ma to, że ten czy inny wybitny kompozytor był moją wczesną twórczością zainteresowany. Nasza relacja była nasza, nie musieliśmy znajdywać żadnych zewnętrznych punktów odniesienia.
Reasumując, mimo wielu pięknych i niewątpliwie cennych momentów w „Naku*wiam Zen”, nie mogę się po lekturze pozbyć wrażenia, że zostałam nabita w butelkę.

 

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanna Kuciel-Frydryszak

fot. Bożena Szuj

wydawnictwo: Marginesy
rok wydania: 2023

Oprócz faktu, że za młodu fascynowały mnie skanseny, nie byłam nigdy ani specjalną pasjonatką polskiej wsi, ani polskiej tradycji, ani nawet historii. I piszę o tym nie po to, żeby pochwalić się swoją ignorancją, ale po to, by podkreślić, że choć po rozsławione „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak sięgnęłam raczej z poczucia obowiązku, niż żywego zainteresowania tematem książki, szybko okazało się, że była to jedna z ciekawszych i bardziej wartościowych pozycji, jakie w ostatnim czasie przeczytałam! Opowieść, która pochłonęła mnie bez reszty, wryła się w moją głowę i jeszcze na długo po przeczytaniu w niej została (i zapewne zostanie).

O czym jest ta książka?

fot. Bożena Szuj

Z jakiego powodu te, było nie było, ponad pięćset stron opisów polskiej wsi (począwszy od lat dwudziestych dwudziestego wieku), niewyobrażalnej biedy, głodu i katorżniczej pracy ponad siły, a także poniżeń i wyzysku tak wciąga?

  1. Po pierwsze Joanna Kuciel-Frydryszak ma doskonałe pióro, wyczucie i styl, choć – co wzbudza mój gigantyczny podziw – trzyma się niejako z boku swojej opowieści, oddając pierwszy plan i głos swoim bohaterkom oraz ich potomkom.
  2. Po drugie, dzięki swojej niebywale rzetelnej, imponującej pracy badawczej, dysponuje ogromem materiałów, którymi się z czytelnikami dzieli. Możemy przeczytać autentyczne listy i zapiski chłopek z różnych zakątków Polski pisanych w różnym czasie, z różnych powodów. Mamy niesamowitą możliwość obcować z ich językiem, stanem ich wiedzy i świadomości. Oprócz tego o niektórych z nich dowiadujemy się więcej również od ich żyjących dzieci i wnuków, z którymi autorka przeprowadza wywiady. Reasumując, stykamy się w książce z różnymi perspektywami oraz narracjami, co czyni książkę różnorodną.
  3. Po trzecie chłopi zostali wreszcie opisani z kobiecej perspektywy. Wcześniej mieliśmy do czynienia z narracją męską, patriarchalną. Tę znamy aż nadto dobrze. „Chłopki” zajmują się kobietami z polskich wsi, co nie znaczy, że nie poznajemy podczas lektury żadnej prawdy o otaczających je mężczyznach. Jednak nie oni są tu bohaterami.

„Chłopki. Opowieść o naszych babkach” nie ma fabuły – to opowieść składająca się z wielu pomniejszych opowieści. Do niektórych opisywanych kobiet autorka powraca, więc możemy poznać je trochę lepiej, o innych dowiadujemy się mniej. Widzimy między nimi wspólny mianownik – jest nim niesłychanie trudne życie. Trudne podwójnie: po pierwsze ze względu na ogrom obowiązków każdego chłopa, a po drugie ze względu na fakt bycia kobietą. Kobiety (i dzieci, o czym za chwilę) znajdowały się jeszcze niecałe sto lat temu w zdecydowanie gorszym położeniu od mężczyzn. Z jednej strony ta „słaba płeć” potrzebowała najpierw męża (zostawała przehandlowana przez ojca temu, kto najbardziej odpowiadał finansowo… rzecz jasna, ojcu), a potem „zgody męża” na niemal wszystko, ale z drugiej strony wykonywała nie tylko prace „babskie”, ale też te „chłopskie”, podczas kiedy wszechwładnym mężczyznom… nie zawsze się chciało. Niedożywione, przepracowane, często doświadczające w swoich domach przemocy, traktowały swój kobiecy los jak dopust boży. Znosiły go przeważnie z pokorą, czasem się buntując, ale w pełnej świadomości, że o równości płci nie mają nawet co marzyć.

Pokoleniowa trauma

fot. Bożena Szuj

Każda dobra i wartościowa książka na ogół odwołuje się do jakiejś uniwersalnej prawdy, w której mogą odnaleźć się czytelnicy różniący się zarówno od opisywanych bohaterów, jak i siebie nawzajem. „Chłopki”, choć przedstawiają losy kobiet pochodzących z polskiej wsi, w dodatku tej wsi sprzed lat, rozprawiają się z pewną pokoleniową traumą. Druga część tytułu: „Opowieść o naszych babkach” nie jest wcale przekorna lub na wyrost. Opisywane kobiety mogłyby być naszymi babkami, a przynajmniej dzielić z nimi niedolę. W zdecydowanej większości, jako naród, pochodzimy od chłopów pańszczyźnianych, a więc niewolników. (Ci nieliczni z nas, którzy mają szlacheckie korzenie, nieczęsto zdają sobie sprawę z tego, że ceną takiego rodowodu jest często przemoc, którą przodkowie wyrządzali.) Podobnie jak czarnoskórzy, mamy do przepracowania traumy, jakie na nas ciążą z powodu zarówno doświadczania, jak i wyrządzania przemocy. Czarni, o czym już kiedyś pisałam, poradzili sobie z tym znacznie lepiej od nas.
Nie będzie prawdą stwierdzenie, że książka Joanny Kuciel-Frydryszak jest o kobietach i dla kobiet. Ofiarami patriarchatu są w pierwszej kolejności kobiety, ale nie tylko one. Nierówne traktowanie jednej płci, ale też dzieci, zbiera żniwa w postaci chorego, niesterapeutyzowanego społeczeństwa, a potem kolejnego wychowywanego przez nie pokolenia i kolejnego, i kolejnego aż do momentu zbiorowego wyleczenia się z traumy (czemu sprzyja m.in. lektura tej książki). Najtrudniejsze dla mnie do czytania fragmenty dotyczyły wykorzystywania dzieci od bardzo wczesnego dzieciństwa do ciężkich prac (pasanie zwierząt już od szóstego roku życia), odmawiania – zwłaszcza zdolnym i rokującym – maluchom prawa do edukacji ze względu na trudną sytuację materialną oraz samego traktowania dzieci jak obywateli gorszej kategorii.

I proszę sobie argument pod tytułem „takie były czasy” wsadzić między bajki. Nikt nie przekona mnie, że przyzwolenie na przemoc i kompletny brak szacunku dla istot żyjących może być kwestią czasów!

Niesłychanie trudno czytało mi się też fragmenty o polskim antysemityzmie. Ohydne, uwłaczające ludzkiej godności, ale równocześnie mówiące niezwykle dużo o ludzkiej naturze. Wystarczy, że tłum usłyszy od polityków lub z ambony jakiekolwiek bzdury, by ochoczo i bezmyślnie pójść za nimi, jak stado posłusznych owiec. Zresztą wyłaniająca się z książki rola kościoła katolickiego w szerzeniu bezsprzecznego zła również daje do myślenia. Choć to z jednej strony szokować nie powinno, jednak w pewnym momencie uderzyła mnie zbieżność dawnego języka z tym używanym przez partię wreszcie już nie rządzącą (m.in. moje ulubione „cnoty niewieście”). Okazuje się, że zacofanie jest czymś uniwersalnym, posiada swój własny język, swoją własną retorykę oraz autorytety, do których się odwołuje. Nie ma związku ani z wsią jako taką, chociaż rzeczywiście w opisywanych czasach różnice między miastem a wsią były ogromne. Historia kołem się toczy. Znajduje to odzwierciedlenie także w języku.

Pytanie, które dość szybko pojawiło się w mojej głowie było następujące:

Co sprawiało, że niektóre z opisywanych kobiet były tak wspaniałe i wyjątkowe, a inne kompletnie zwyczajne? Że niektóre w tych trudnych dla nich i dla dzieci czasach okazywały się fantastycznymi matkami, do końca życia pełnymi niesamowitych, różnorodnych pasji, które, od kiedy nauczyły się czytać, pochłaniały mnóstwo doskonałej literatury, zachowywały ciepło i pogodę ducha? A z kolei inne opisywane kobiety pozostawały zgorzkniałe, zacofane, zabobonne, zamknięte, pielęgnujące w sobie zło?

Chciałoby się jednoznacznie odpowiedzieć, że edukacja. Że pierwsze miały szczęście ją zdobyć i wyjść na ludzi, a drugie takiego szczęścia nie miały. Jednak ten podział wcale nie przebiegał w ten sposób. Najczęściej na większą otwartość głowy wpływały, owszem, czynniki zewnętrzne, takie jak znakomity nauczyciel z powołania, z którym chłopka zetknęła się w szkole (jeśli do niej trafiła), albo wylądowanie na służbie u mądrych, światłych i dobrych ludzi, którzy wzięli ją pod swoje skrzydła. Którzy – nie traktując jej jak niewolnicy, lecz członka rodziny – otoczyli ją troską, pokazali teatry, biblioteki, zarazili miłością do dobrej sztuki, wcześniej ją objaśniając. Wszystkie opisane fascynujące mnie przykłady kobiet niezwykłych, wcale nie zawsze wykształconych, były opowieściami o pięknych umysłach, którym jedynie stworzono warunki, by mogły jak najlepiej się rozwinąć i pracować. Edukacja pojęta jako szkoła, nauka czytania i pisania tego nie daje, w przeciwieństwie do otrzymania sporej dawki szacunku i życzliwości od choćby jednej, wyjątkowej osoby. Jak jest natomiast z umysłami zamkniętymi, ulegającymi naciskom, myślącymi sztampowo i wąsko? Tu niestety nie jestem optymistką. Myślę, że o ile mózgom pięknym, kreatywnym i buntowniczym wystarczy tylko nie przeszkadzać, o tyle mózgom zamkniętym na niewiele się zda ani edukacja, ani obycie z kulturą i sztuką. Coś im ono oczywiście da, ale ile będzie to warte, jeśli w chwili słabości dadzą radę zachłysnąć się antysemityzmem? To przecież przegrana w boju o człowieczeństwo.
„Chłopki. Opowieść o naszych babkach” to książka nie tylko o polskich wiejskich kobietach. To opowieść o nas wszystkich. Opowieść odkuta z dawno już nam niepotrzebnego pretensjonalnego sienkiewiczowskiego mitu założycielskiego. Opowieść oparta na prawdzie, krzywdzie, ale też nadziei na lepszą przyszłość, która może nadejść tylko, kiedy uporamy się z trudną przeszłością. W mądrej lepszej szkole z pewnością lektura obowiązkowa!

P.S. A na deser łączę pieśń „Koło mego ogródecka” w wykonaniu Laboratorium Pieśni.

fot. Bożena Szuj

 

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Władza i jednostka” Bertrand Russell

fot. Marianna Patkowska

tłumaczenie: Hanna Jankowska
wydawnictwo: Książka i Wiedza
rok wydania: 1997
oryginalny tytuł: Authority and the Individual

Z nazwiskiem Bertranda Russella po raz pierwszy zetknęłam się we wczesnym dzieciństwie, bo zaczytywał się jego dziełami po polsku i angielsku mój tata. Russell – angielski logik (jeden z twórców współczesnej logiki matematycznej), matematyk, filozof, myśliciel społeczny, działacz społeczny, eseista oraz laureat literackiej nagrody Nobla (otrzymał ją w 1950 roku za twórczość, w której bronił idei humanitaryzmu i wolności myśli) – to niewątpliwie jeden z najpotężniejszych umysłów XX wieku. Z ogromną radością odkryłam więc jego „Władzę i jednostkę” po polsku na półce imponującej, wspaniałej Biblioteki Społecznej Stowarzyszenia „Przyjazne Pomorze”, podziwiając jej doskonałość, kiedy miałam zaszczyt pracować w utworzonej przez jej założyciela Jana Urbanika i mieszczącej się na jej terenie świetlicy dla dzieci. (Bibliotece właśnie urodziła się nowa przepiękna i całkowicie adekwatna nazwa: Biblioteka Książek Ważnych.) Niestety nie zdążyłam jej już przed wyjazdem wypożyczyć. Na pierwszym miejscu były inne pozycje, które podsunął mi Jan – przewrotowe Społeczeństwo bez szkoły” Ivana Illicha, pokrzepiająca Godzina wychowawcza. Rozmowy o polskiej szkole” Aleksandry Szyłło oraz „Prawa naturalne dziecka” autorstwa Céline Alvarez, na której lekturę również niestety zabrakło czasu (ale książka zasiliła niedawno mój prywatny księgozbiór, więc nadrobię niebawem). Kiedy przyjechałam do Warszawy, z jeszcze większą radością odkryłam „Władzę i jednostkę” po polsku… na półce dawnego pokoju taty. Pomyślałam, że to najwyraźniej znak, żeby się za nią wreszcie zabrać!
Z jakiegoś powodu Russell zawsze mnie onieśmielał. Owo onieśmielenie objawiało się trudnością w sięgnięciu po jego dzieła z obawy przed… sama nie wiem czym. Że ich nie zrozumiem, nie obejmę intelektualnie, że może nawet nie jestem godna ich czytania. Pakując ją z pewnym wahaniem do walizki zabieranej na pierwsze od czasów pandemii wakacje na Thassos doszłam do wniosku, że Russellowi od mojego czytania nie ubędzie (tym bardziej, że od pięćdziesięciu trzech lat nie żyje), a ja, jeśli przebrnę, zdobędą ogromny kapitał.

fot. Marianna Patkowska

Oczywiście szybko okazało się, że głupoty to ja miałam w głowie, ale przez trzydzieści osiem lat, nie sięgając po książki Russella! Jego przenikliwość, niespotykana jasność umysłu i umiejętność niezwykle szerokiego, perspektywicznego myślenia to jedno, a znakomity, przystępny, niesłychanie współczesny język (polskie wydanie ukazało się w 1997 roku, ale wydanie oryginalne – w roku 1949) – to drugie. Jednym słowem najczystsza przyjemność, w dodatku konsumowana w przepięknych okolicznościach przyrody.
„Władza i jednostka” to sześć przepysznych wykładów, które autor wygłaszał w formie półgodzinnych radiowych pogadanek na antenie radia BBC w audycji „Prelekcje Reitha” w 1948 roku opatrzonych znakomitą przedmową Kirka Willisa. Dowiemy się z niej m.in. o tym, że w 1907 roku Russell „działał w ruchu domagającym się praw wyborczych dla kobiet”, ale też jak bardzo niepopularny podczas wybuchu I wojny światowej miał pogląd na temat jej sensu. (Z dzisiejszej perspektywy jego sprzeciw wydaje się oczywisty, jednak w tamtym czasie Russell był w nim niemal całkowicie odosobniony i przypłacił go ostracyzmem społecznym.)

We „Władzy i jednostce” mamy do czynienia z Russellem w najbardziej dlań typowym (a przez to przekonującym) stylu: jest klarowny, przenikliwy, poważny, ale nie namaszczony. Autor nie zajmuje się szczegółami rządu światowego, reformy samorządów lokalnych czy aktów prawnych gwarantujących swobody obywatelskie, lecz usuwa wątpliwości i formułuje podstawowe zasady. Ten precyzyjny logik i utalentowany nauczyciel wyjaśnia nam, jakie pytania należy w ogóle postawić, zanim będzie się można zająć opracowaniem konkretnych planów.

– pisze w „Przedmowie” Kirk Willis (str. 16)

I z tego ostatniego powodu uważam, że jest to (wraz z „Uległością” Houellebecq’a, choć z zupełnie innych powodów) lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego. Russell nie tylko uczy myślenia logicznego i analitycznego. On pokazuje, jak się do myślenia przygotować, co przydaje się w każdej dziedzinie życia, nawet jeśli uparcie deklarujemy „brak zainteresowania polityką”. W dodatku posiada cudowną, lewicową wrażliwość, nieprawdopodobne poczucie humoru i dystans, w czym przypomina mi mojego tatę.
Urzeka mnie, kiedy pisze o odpowiedzialności, która spoczywa na każdej pojedynczej jednostce. Zachwyca, kiedy pisze o ludzkiej naturze, ale też tym, że to, co ewolucyjnie przestało nam być już potrzebne, odkąd zeszliśmy z drzew i przestaliśmy żyć w jaskiniach, powinno powoli w nas zanikać. I że to… często wymaga naszej pracy. To bardzo odkrywczy punkt widzenia. Często, zwłaszcza poruszając tematy feministyczne, spotykam się z bezmyślnym odwoływaniem się do biologii. Tymczasem od pozostałych zwierząt odróżnia nas świadomość. Musimy najpierw zrozumieć, skąd w nas takie czy inne uwarunkowania, a potem zastanowić się, jak sobie dostarczyć potrzebnych emocji przy pomocy środków innych niż te, do których byliśmy przyzwyczajeni, a które dziś nie mają racji bytu. (Doskonałym przykładem są tu łowcy głów, o których rozpisuje się Russell.) Gdybym tylko mogła, zacytowałabym tu całą książkę, kawałek po kawałku, bo jest zbiorem fantastycznie napisanych mądrości i spotkaniem z umysłem niewiarygodnym, pięknym, widzącym więcej i głębiej. Niestety muszę wybrać, więc zacytuję fragment, który jest dla mnie pięknym zderzeniem dwóch światów: oklepanego banału i szybującego nad naszymi głowami wizjonerstwa. Za możliwość obserwowania tego drugiego i delektowania się nim, naprawdę uwielbiam tę książeczkę!

Bez przerwy dostaję listy o takiej o to treści: „Widzę, że świat jest w fatalnym stanie, ale co może zrobić jeden skromny człowiek? Życie i własność są na łasce nielicznych jednostek decydujących o pokoju lub wojnie. Reguły działalności gospodarczej na szerszą skalę ustalane są przez tych, którzy rządzą państwem, albo wielkimi korporacjami. Nawet tam, gdzie formalnie panuje demokracja, pojedynczy obywatel ma zazwyczaj znikomy wpływ na decyzje polityczne. Czy nie lepiej w takiej sytuacji zapomnieć o sprawach publicznych i czerpać z życia jak najwięcej radości, póki czas pozwala?” Bardzo mi trudno odpowiadać na takie listy i jestem pewien, że stan umysłu, który skłania do ich pisania, jest niezmiernie szkodliwy dla zdrowego życia społecznego.

– Bertranda Russell „Władza i jednostka” (str. 44)

fot. Zofia Mossakowska

 

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to