Subiektywny odbiór rzeczywistości

fot. Marianna Patkowska

Dorastałam w katolickim przekonaniu o istnieniu jakiejś obiektywnej prawdy, co w podejrzanie łatwy sposób dzieliło ludzi na tych, którzy mają rację i tych, którzy jej nie mają. Dziś myślę, że świat składa się z kilku miliardów subiektywnych, wielobarwnych odbiorów rzeczywistości, co do której obiektywnego kształtu mam coraz mniejszą pewność.
Oczywiście można wyróżnić uniwersalną zasadę współżycia, tożsamą dla wielu kultur: nie należy nikogo świadomie krzywdzić (choć, jeśli to nie jest możliwe – a często nie jest – najbardziej nie wolno nam krzywdzić siebie samych). Z niej wynika, że kiedy np. skłamiemy, zdradzimy, ukradniemy czy zabijemy, to na ogół zdajemy sobie sprawę z tego, że postąpiliśmy źle. Zło, zwłaszcza jeśli wejście z nim w przelotny romans przytrafi się osobie mądrej i pokornej, może wiele nauczyć. Sęk w tym, żeby umieć wyciągnąć z gorzkiej lekcji sensowne wnioski i starać się już więcej nie zbłądzić.
Co jednak mam na myśli, pisząc o subiektywnym i unikalnym dla każdego człowieka odbiorze rzeczywistości? Przede wszystkim to, że każdy z nas jest odrębnym, pięknym i jedynym w swoim rodzaju Wszechświatem. Skoro więc jest, to patrzy na wszystko, co mu się przydarza ze swojej perspektywy. Czy to egocentryzm? Jeśli potrzebuje się koniecznie etykietek, można też tak to nazwać. (Przez całe dzieciństwo byłam o egocentryzm oskarżana, dziś wiem, że nieudane próby tępienia go we mnie były aktem przemocy.)

👀 Właściwy człowiek
we właściwym momencie

fot. Marianna Patkowska

Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek spotkać kogoś w przedziwnych okolicznościach? Mnie najgłębsze (choć bardzo często krótkie) znajomości przydarzały się w sytuacjach niejednoznacznych. Dawno temu w nocnych klubach, kiedy jeszcze byłam miła i nie bardzo potrafiłam postawić jakąkolwiek sprawę obcesowo, obserwowałam z troską odprawiane wokół siebie męskie tańce godowe, nie wspominając niezłomnym adoratorom, że nie jestem dziewczyną, którą można ot tak wyrwać, nie tracąc dla niej uprzednio kompletnie głowy i nie zmieniając dla niej diametralnie całego swojego życia. Choć miałam (umiarkowany, ale jednak) szacunek do pań, które zadowalały się ochłapami z pa(nie)ńskich stołów, wiedziałam jednak, że się do nich nie zaliczam (nomen omen). Co jednak – oprócz chwilowego zażenowania – zyskiwałam? Niesamowite rozmowy z mężczyznami, którzy – kiedy już załapali, że kwalifikuję się bardziej na kumpla niż trofeum – otwierali się przede mną, pomagając mi zrozumieć inny punkt widzenia. W wielu sprawach. Celowo zresztą nie piszę „męski”, bo to bardzo niesprawiedliwe, a przede wszystkim głupie uproszczenie. Wielokrotnie czułam się otaczana niesamowitą, braterską wręcz troską i wpuszczana w najciemniejsze zakamarki ich dusz. Umiem słuchać. Jak jednak obiektywnie opisać taką historię? Czy ma jakieś znaczenie nieudany początek znajomości, rozbieżność intencji? Ludzie pojawiają się w naszych życiach z przeróżnych powodów w najbardziej kuriozalny czasem sposób. Liczy się tylko to, co w te życia wzajemnie wnoszą.
Wszystko tak naprawdę zależy od naszego nastawienia i tego, jak dobrze czujemy się sami ze sobą. Jeśli wypracujemy doskonałą relację własną, odpuścimy innym. Można traktować się tak źle, by we wszystkim dookoła, nawet zachowaniu najbliższych, doszukiwać się podstępku, ale ranimy w ten sposób tylko siebie. Innych w najgorszym wypadku jedynie doprowadzamy do szału. Jeśli zaufamy sobie i swoim wyborom, będziemy doskonale wiedzieć, co jest dla nas zagrożeniem realnym, a co urojonym. Ja niedawno dzięki niezaprzeczalnemu urokowi osobistemu swojego partnera, estymie, którą darzy płeć piękną oraz jego łatwości w nawiązywaniu znajomości, poznałam przepiękną, cudowną Kobietę, z którą niemal od razu się zaprzyjaźniłam (poczułam, że tak się stanie, jak tylko mi o niej opowiedział). Jej obecność w moim życiu z pewnością nie jest przypadkowa! Ale czy nie jest przypadkowa obiektywnie? Czy ma to w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Może po prostu dobrzy ludzie przyciągają dobrych ludzi?

👀 Tak, właśnie o Tobie piszę!

fot. Marianna Patkowska

Często spotykam się z głosami blogowych Czytelników, którzy odnajdują w moich tekstach siebie samych. Jest to dla mnie na ogół niesamowicie miłe i wzruszające, bo po pierwsze umacnia mnie w przekonaniu, że skoro moje obserwacje siebie i otaczającego mnie świata coś w bliźnich potrafią otworzyć, to więcej nas – ludzi łączy, niż dzieli, a po drugie to wielki komplement dla mojego warsztatu pisarskiego. Nawet jeśli niezamierzony, szczerze go doceniam.
Druga strona medalu jest natomiast taka, że żyjąc nie na pustkowiu, codziennie słysząc różne historie,  trawiąc je i filtrując przez siebie, nie mogę zupełnie uciec od zarzutu, że opisałam czyjeś zachowanie. Wrażliwość i empatia nakazują zastanowienie się, jak uniknąć niecelowego ewentualnego zrobienia komuś przykrości. Rozsądek i umowa, którą ze sobą kiedyś zawarłam, każą nigdy pod żadnym pozorem nie uciekać się do autocenzury. Gdybym, pisząc o jakichkolwiek toksycznych i złych zachowaniach, miała za każdym razem przywoływać w pamięci wszystkie bliższe i dalsze osoby, które się ich dopuściły (o czym wiem – i one, że wiem, też wiedzą), odmówiłabym być może istotnych blogowych wpisów ludziom, których nie znam, ale którzy ich potrzebują.
Dobre teksty (jakich tworzenie jest moją wielką ambicją) powinny być lustrami, w których przeglądają się ich czytelnicy. Więc, jeśli czujesz się zaniepokojony i obsesyjnie potrzebujesz deklaracji, że jakikolwiek ustęp czyjegokolwiek tekstu nie jest o Tobie, mogę Cię zapewnić: Twoja reakcja jest dowodem na to, że jest właśnie o Tobie! Intencja autora, na którego próbujesz zrzucić odpowiedzialność za swoje wybory, nie ma tu kompletnie nic do rzeczy. Podobnie, jak rzadko kiedy intencja artysty ma cokolwiek do rzeczy, jeśli jakieś dzieło mocno na nas wpłynie. Historia zna przecież przypadki interpretacji znacznie głębszych niż sam ich obiekt – tu nie może być mowy o jednej racji.

👀 Przejmowanie cudzych narracji

fot. Marianna Patkowska

Ostatnio, rozmawiając z również nadwydajną mentalnie przyjaciółką, uświadomiłam sobie, że nie tylko ja jedna z tak irytującą łatwością przejmuję nastroje i rodzaje narracji innych ludzi, zwłaszcza bliskich. Niby wiem, że istotą mojej natury jest optymizm i otwartość (które, owszem, narażane są czasem na ciężkie próby, ale jednak wychodzą z nich zazwyczaj zwycięsko), a jednak wystarczą dwa dni z kimś, kto np. nieustannie narzeka, żeby zacząć widzieć świat w czarnych barwach. Przecież wiem, że to tylko czyjś subiektywny odbiór rzeczywistości. W dodatku szkodliwy. A jednak się temu poddaję. Czemu? Może to to kołaczące się w mojej głowie od zawsze pytanie:

A jeśli się mylę?

– kołaczące się w mojej głowie od zawsze pytanie

Sęk w tym, że mylić można się niemal we wszystkim… z wyjątkiem swojego własnego, unikalnego widzenia świata. Pewnie, że to, które nam samym nie służy i przy okazji zatruwa też innych (jak wspomniane czarnowidztwo) warto trochę skorygować. Nie jest natomiast prawdą, że skoro jedna osoba jest niepoprawnym optymistą, a druga – pesymistą, to któraś z nich ma rację, a druga nie. Po prostu życie pierwszej jest na ogół przepełnione szczęściem, a drugiej – nieszczęściem. I nie chodzi tu o sytuacje, które przydarzają się każdej z nich, tylko o dokonany w pewnym momencie życia wybór.
Z przeróżnych możliwych narracji, zdecydowanie najciekawsze rodzą się w głowach artystów. To Sztuka potrafi poruszyć nas do żywego, motywować, opisywać nasze historie, dodawać skrzydeł, dotykać naszych ran, leczyć… Pamiętajmy o tym i pozwólmy się jej czasem nawet trochę zmanipulowaćświatów jest tyle, ile chcemy, żeby ich było. Zadbajmy, żeby przebywać tylko w tych najwspanialszych.

P.S. Na deser łączę swój cover ponadczasowego hitu Roberty Flack „Killing me softly” (z przepięknym, znalezionym w sieci akompaniamentem). Jej tekst pasuje tu idealnie.

fot. Marianna Patkowska

Duchowy triathlon

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Na ogół, idąc, decydowałam się na wyboistą drogę, mam jednak wrażenie, że trzy ostatnie lata mojej wędrówki przez życie zaczęły przypominać nieoczekiwany triathlon. Przez ten niespecjalnie długi czas udało mi się:

  • wbrew czyjemukolwiek zrozumieniu zakończyć bezpieczny związek (a właściwie rozpocząć zupełnie inny jego, równie dla mnie ważny, przyjacielski etap),
  • zachorować na depresję,
  • odkryć w sobie powołanie, jakim jest praca z dziećmi,
  • poznać z bliska wyrachowanych manipulatorów, padając ofiarą mobbingu z ich strony,
  • zrozumieć dwa terminy definiujące moją inNość: cyklotymia oraz nadwydajność mentalna,
  • stracić dwudziestkę siódemkę ukochanych istot, co uświadomiło mi, że jednak nie tylko umiem tęsknić (o co się nigdy nie podejrzewałam), ale też że dojmujące cierpienie duszy potrafi wpędzić w całe mnóstwo psychosomatycznych dolegliwości, w które kiedyś nie bardzo wierzyłam,
  • zostać odtrąconą przez przyjaciółkę z powodu różnic światopoglądowych (agnostycy jednak kiepsko się wpisują w uporządkowany religijny krajobraz),
  • stanąć na nogi, dzięki wszechogarniającej życzliwości osób, które wyciągnęły do mnie rękę w potrzebie,
  • odkryć duchową jedność z przepiękną Kobietą – znajomą od lat, ale tak bliską dopiero od niedawna,
  • poznać kogoś, kto przewrócił moje życie do góry nogami, uświadamiając mi, jak ważne jest stanie się swoim własnym punktem odniesienia,
  • zacząć chcieć być do końca życia samą i w tym momencie uświadomić sobie, że przydarzyła mi się nieoczekiwanie Miłość.

Czy wybrałabym tę (lub tak naprawdę jakąkolwiek) dyscyplinę sportu samodzielnie? Oczywiście nie! Czy mam wrażenie, że dotarłam w ten sposób w najciekawsze zakamarki siebie samej? Jak najbardziej tak!

🏅 Pod wodą

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Do nie tak bardzo dawna miałam dosyć znikomą świadomość siebie. Pozwoliłam światu wmówić sobie jedną z największych i najbardziej niebezpiecznych bzdur, mianowicie że oczekiwania innych ludzi są ważniejsze od nas samych. Nie są. Byłam tak zajęta przejmowaniem się, co (jakikolwiek) ktoś sobie o mnie pomyśli i gimnastyką akrobatyczną, żeby przypadkiem nie pomyślał sobie o mnie źle, że nie starczało mi już ani czasu, ani energii na wnikliwe zastanowienie się, czego sama potrzebuję do prawidłowego rozwoju, co mi służy, a przed czym powinnam się bronić, bo jest dla mnie niebezpieczne. Straciłam niesamowicie dużo czasu na ludzi, którzy nie byli go warci. Pozwoliłam złej energii się całkowicie zdominować, co praktycznie przekreśliło moje szanse na poznawanie wartościowych osób, bo te są na ogół świadome zagrożeń i trzymają się od nich  z daleka. Jak mieliby mnie niby znaleźć, skoro ja w zagrożenia wchodziłam jak ćma w ogień?
Wchodziłam jak ćma w ogień, ale równocześnie znajdowałam się głęboko pod wodą i tonęłam. Dziś już wiem, jak ważna jest umiejętność zanurzenia się w sobie. Nauczyło mnie tego chyba przede wszystkim spotkanie z Drapieżnikiem. Chaos – który ma prawo przerażać – należy do świata zewnętrznego i nad nim ani nie możemy, ani nie powinniśmy chcieć zapanować. Jedyne, nad czym mamy kontrolę, to nasze wnętrze. Kiedy doszłam do punktu, w którym poczułam to całą sobą (a, biorąc pod uwagę moją wrodzoną niechęć do sportu, było czym poczuć!), zaczęłam w coraz większej liczbie sytuacji odpuszczać światu. Oczywiście, że bywają jeszcze momenty, w których wiem, że powinnam – jak mawiał mój dziesięcioletni wychowanek – mieć wywalone, a porusza mnie do żywego coś, na co nie mam wpływu. Wiem jednak, że nie powinno i mam wrażenie, że ta wiedza przybliża mnie do kolejnego zwycięstwa nad swoimi słabościami.
Jeśli nauczymy się, że jedynym obszarem, w którym nie tyle można, ale nawet trzeba wprowadzić porządek, jest nasze wnętrze, zaczniemy doceniać zewnętrzny, niedający się ogarnąć, nieład. Zwłaszcza ci z nas, którzy są artystami, cenią nieprzewidywalność tego, czego nie mogą kontrolować. Nie mogą tego kontrolować zresztą jedynie pozornie, bo filtrując przez swoją wrażliwość i umiejętność unikalnego odbioru wszystko, czego doświadczają, malują całkowicie własny obraz świata. (Tak, uważam artystów za nadludzi i myślę, że to małe zboczenie jest ciągle lepsze od nacjonalizmu.)
Tonęłam, zapominając, że dryfować w czymkolwiek obcym można bezpiecznie tylko, jeśli spuści się wcześniej kotwicę. Kotwicą w życiu jest na pewno jasno sprecyzowana moralność i świadomość, co nas rozwija, a co w rozwoju cofa. Tego nie wolno nam przerzucać na nikogo – zadbanie o siebie jest tylko i wyłącznie naszym obowiązkiem.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

🏅 Z kijem w szprychach

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Jadąc rowerem, zdecydowanie lepiej nie mieć kija w szprychach. (Z tego, co mgliście pamiętam, gdyż moja przygoda z tą dyscypliną sportową zakończyła się dwadzieścia jeden lat temu, w momencie – prawdopodobnie nadal pozostającym w żywej pamięci naocznych świadków – w którym spektakularnie przelatywałam nad swoim bicyklem na żwir). W życiu, wspomnianym kijem w szprychach są najczęściej właśnie opisywane wcześniej oczekiwania innych, nie zawsze jednak wynikające z ich wrogiego nastawienia czy złej woli. Ostatnio zrozumiałam, że życząc innym dobrze, nie mamy prawa przy okazji układać dla nich naszym zdaniem dobrych scenariuszy. Na przykład, jeśli przy najlepszych intencjach życzymy komuś: znalezienia idealnej pracy, związku, który nie okaże się niewypałem kosztującym sporo łez czy zdania jakiegoś ważnego egzaminu, próbujemy zaspokoić swoje potrzeby względem tej osoby. Brzmi to może trochę kontrowersyjnie czy przewrotnie (aka niedorzecznie), ale każdy ma do przerobienia jakieś konkretne lekcje. Dla jednego będzie to fatalna praca, która pomoże zrozumieć, jakiej powinien szukać (i z którymi prawnikami prawa pracy warto podjąć współpracę), dla innego kolejny nieudany związek, po którym łzy wreszcie w pełni go oczyszczą i pomogą mu zrozumieć popełniane latami błędy, a komuś potknięcie się na ścieżce kariery być może uzmysłowi, że kilka lat wcześniej pomylił drogi, ale ciągle nie jest za późno na radykalną zmianę (nigdy nie jest!). Można powiedzieć, że

przesadzam, bo słowa nie mają przecież aż takiej mocy, a ludzie chcą na ogół dla bliźnich tego, co ucieszyłoby ich samych.

– to, co można powiedzieć, chociaż nie mając racji

Jestem jednak absolutnie pewna, że mądre życzenie dobrze zakłada, że nie chcemy dla bliźniego jedynie chwilowej i powierzchownej przyjemności, tylko prawdziwego, bezgranicznego szczęścia. To bywa trudne, kiedy koliduje ono z naszym. Żal związany z koniecznością całkowitej lub częściowej utraty bliskiej osoby (rozstanie z partnerem, zmiana miejsca zamieszkania przyjaciela czy dorastanie i usamodzielnianie się dzieci) jest jak najbardziej naturalny. Równocześnie nie zniszczy nas tylko, jeśli przypomnimy sobie, że domeną tego, co zewnętrzne, jest zmienność i chaos. Zanurkujmy w głąb siebie. To jedyne miejsce, w którym odnajdziemy spokój i harmonię. Ludzie pojawiają się w naszym życiu z określonych powodów na określony czas. Bywa, że na wiele lat; bywa, że na zawsze. Sęk w tym, że nigdy nie wiemy, co jest nam pisane. Pewne jest jedno: im szybciej nauczymy się tego, czego jeszcze nie umiemy, tym mniej nas będzie czekało przykrych lekcji. To niestety nie historia, gdzie można z powodzeniem przespać oblężenie Malborka i nadal brylować z rozbiorów Polski. To matematyka. Jak nie ogarniemy funkcji liniowej, nie ruszymy z wykładniczą.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

🏅 Na właściwej trasie

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Bez względu na to, czy punkt ciężkości postawimy na jakimś konkretnym, zaplanowanym wcześniej celu (w sporcie będzie nim meta), czy na samym pokonywaniu do niego drogi, przede wszystkim musimy się upewnić, że jesteśmy na właściwej trasie. Nie ma nic złego w pomyleniu dróg, złe jest dopiero kurczowe trzymanie się tej nieodpowiedniej. Nie bójmy się więc wielkich życiowych rewolucji, nawet jak nikt wokół nie będzie rozumieć ich sensu. Jeśli coś w środku podpowiada nam, że musimy zawrócić – po prostu to zróbmy. Jedyną osobą, wobec której naprawdę mamy zobowiązania i której nie wolno nam zawieść, jesteśmy my sami.

fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska
fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. A na deser łączę swój cover piosenki Boba Marleya „Turn your lights down low”. Wszystkie nasze relacje z bliźnimi są odzwierciedleniem naszej relacji z sobą. Zadbajmy więc o to, żeby dawać sobie jak najwięcej miłości! 💙

Dzikość serca

fot. Valantis Nikoloudis/ Marianna Patkowska

Nigdy nie miałam wątpliwości co do tego, że jesteśmy narodem posiadającym najwięcej na świecie specjalistów hobbystycznych. Na ulicy, przy świątecznym stole czy też w internetowych komentarzach nikt nie wypowie się na temat medycyny, prawa, poprawnej polszczyzny czy chowania dzieci z tak idealnie utrzymywanymi pozorami znawstwa, jak statystyczny Polak. Od niedawna nie mogę jednak wyjść z podziwu, że do dziedzin skomplikowanych, na które tenże Polak się porywa, dołączyła również… psychologia dzikich zwierząt.
Kiedy przeczytałam historię polskiego weterana wojny w Afganistanie, który kilka lat temu kupił sobie w Czechach pumę, rejestrując w tym celu działalność cyrkową (umówmy się, że raczej fikcyjną) i zaczął ją hodować zupełnie, jak by nie była dzikim, niebezpiecznym kotem, zaczęłam się zastanawiać, jak (i czy w ogóle) państwo wspiera żołnierzy, których psychika musi być tak straszliwą wojną przynajmniej w jakimś stopniu zdewastowana. Ponieważ hodowanie drapieżników przez osoby prywatne nie jest na szczęście dopuszczone przez polskie prawo, Nubia prawomocnym wyrokiem sądu została przekazana Poznańskiemu Zoo. Wydawałoby się, że to tragiczna historia z happy endem. Tragiczna z kilku powodów: wyrwane ze swojego naturalnego środowiska zwierzę potrzebuje fachowej opieki kompetentnych, stabilnych emocjonalnie, specjalnie wyszkolonych do tego osób, z kolei pomysłem na poradzenie sobie z prawdopodobnym zespołem stresu pourazowego na pewno nie jest zżywanie się z pumą. Opory żołnierza związane z oddaniem ukochanej Nubii, grożenie pracownikom Zoo nożem i odebraniem sobie życia, a finalnie ucieczka z przerażonym sytuacją kotem, wydały mi się nieuniknioną niestety konsekwencją feralnego czeskiego zakupu. Dogłębnie smutna historia, jednak świadomość, że zwierzę zostało powierzone Ewie Zgrabczyńskiej (dyrektorce Poznańskiego Zoo) napawała mnie spokojem – nie mogło trafić lepiej. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy nieopatrznie zaczęłam czytać w internecie komentarze…
Przecierałam oczy, czytając, jak bardzo krzywdzony jest właściciel Nubii oraz ona sama, a także na jak wielką traumę (rozstania) się ją skazuje. Nie zliczę, ile razy natrafiłam na sugestię, że Zoo w taki oto bezduszny, podły sposób „załatwiło sobie pumę”. Zdruzgotała mnie świadomość, jak szybko przychodzi ludziom rezygnowanie z myślenia. Kiedy jakiś pojedynczy internetowy głos rozsądku przywołał argument oczywisty, czyli że przecież mogłoby dojść do tragedii, gdyby Nubia kogoś pogryzła, ten został „zbity” pytaniem:

A po co niby miałaby kogoś pogryźć?

Zrozumiałam wtedy, że część internautów musiała w swojej głowie po prostu spersonifikować drapieżnika. Jako osoba, która nie ma pojęcia o psychologii dzikich zwierząt, nie umiem się wypowiedzieć na temat rzekomej traumy, jaka miałaby czekać Nubię po rozłące z właścicielem. (Mam jedynie pewność, że mój nieżyjący już niestety królik, gdyby go ode mnie zabrano, nawet by tego nie zauważył – cechowało go głęboko buddyjskie podejście do rzeczy, na które nie miał wpływu.) Nie mam też najmniejszych wątpliwości co do tego, że puma była przez swojego pana kochana i otaczana ogromną troską. Sęk w tym, że złe traktowanie zwierząt nie objawia się tylko poprzez znęcanie się nad nimi. Można mieć najlepsze intencje, a i tak – nieświadomie – wyrządzać zwierzęciu krzywdę, przede wszystkim traktując je niezgodnie z jego naturą. Dzikie koty nie są maskotkami i nie mogą być tak traktowane. Obrona żołnierza to upieranie się przy tym, że skoro on swoje maskotki szanuje, to wszystko jest w porządku. Niestety nie jest.

P.S. Łączę jeden z najlepszych i najbardziej merytorycznych tekstów na ten temat, jakie – już po opublikowaniu swojego wpisu – przeczytałam. Gorąco polecam go uwadze:

P.S.2 Na deser łączę moje ulubione akustyczne koncertowe wykonanie piosenki „Wild” Jessie J.

Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, czyli dlaczego warto nauczyć się ze sobą wytrzymywać

fot. Marianna Patkowska

Słowa Iyanli Vanzant:

Jeżeli sam nie jesteś w stanie ze sobą wytrzymać, nie skazuj na to innych!

– Iyanla Vanzant

mocno do mnie trafiły. Rozumiałam je jako sugestię, że nie wolno nam traktować drugiego człowieka jako wybawiciela od nas samych. Takie oczekiwanie jest niewiarygodnym obciążeniem, którego żaden niezaburzony partner na siebie nie weźmie (przyciągniemy więc do siebie partnerów toksycznych, z którymi możemy zbudować jedynie toksyczne związki).

♠️ Nieumiejętność bycia samemu

fot. Marianna Patkowska

Dlaczego nieumiejętność bycia samemu i idąca za nią ciągła potrzeba trwania w jakimkolwiek związku to rodzaj emocjonalnego kalectwa, nie trzeba pewnie nikomu tłumaczyć. Jeśli nasza własna relacja ze sobą nie jest na tyle dobra, żebyśmy umieli ze sobą żyć, oznacza to tylko jedno – jesteśmy słabymi partnerami. I o ile – z niemożliwości rozstania się z samym sobą – można, na ogół dopiero poprzez długi i żmudny proces terapii, stać się w końcu dla siebie partnerem idealnym już podczas trwania tego związku, o tyle żadnej innej osoby nie da się zobowiązać (ani szczerym uczuciem, ani jakąkolwiek przysięgą) do znoszenia tego, co w nas nie do zniesienia. My musimy – nikt inny już nie. Uporanie się z tym to tylko i wyłącznie nasz obowiązek. Literatura pokazuje nam romantyczne trzpiotki, zakochane w byciu zakochaną, skaczące z jednej relacji w drugą, nieszczęśliwe u boku siebie samych. Wydaje się to nawet umiarkowanie urocze, kiedy opisywana niewiasta jest młodziutka i niedoświadczona. Wzbudza to może chwilową opiekuńczość i chęć wybawienia, ale w rzeczywistości to pułapka. Jeśli chcemy ratować kogoś (niezależnie od jego płci oczywiście) od dramatu… bycia z nim, wchodzimy na sporej wielkości minę. Jako osoba długo lecząca się ze współuzależnienia wiem doskonale, o czym piszę, bo byłam tam nie raz. Nie można pomóc komuś w jego własnej relacji z nim samym.
Pozostawmy romantyczne mrzonki tam, gdzie ich miejsce, czyli w zamkniętej w wieku lat piętnastu i odłożonej na półkę książce, i spróbujmy sobie uświadomić, że jest tylko jedna osoba, która może zapełnić pustkę, którą czujemy. Najwspanialszy, najbardziej namiętny i najczulszy kochanek, wpatrzony w nas jak w obraz, skłonny za nami skoczyć w ogień, nie jest w stanie, choćby nawet chciał, dać nam tego, czego potrzebujemy… od siebie samych. W każdym z nas jest jakiś brak. Tylko jeśli go dobrze rozpoznamy (a na to potrzeba czasu), będziemy umieli go sobie wypełnić. Wiedza, czego nam trzeba jest głęboko w nas. Nie zagłuszajmy tego niepotrzebnym szumem. Najpiękniejsze perfumy i dezodoranty też na nic się zdadzą, jeśli zaniedbamy higienę.
Dobrze też pamiętać, że związek sam w sobie nie jest żadną wartością. (Jeśli nie mamy tej pewności, warto uważnie prześledzić losy bohaterów serialu dokumentalnego „Chłopaki do wzięcia”.) Wartością jest człowiek. Zróbmy wszystko, by stworzyć najlepszą relację z samym sobą, bo nasze stosunki z innymi ludźmi są tylko jej odbiciem.

No i… postarajmy się nie być bohaterami krążącego po sieci żartu:

ZWIĄZEK ZE MNĄ

zalety: związek

wady: ze mną

♠️ Nieumiejętność bycia w związku

fot. Marianna Patkowska

Wsłuchanie się w siebie i świadomość, że możemy liczyć tylko i wyłącznie na siebie samych, zwłaszcza jeśli jest to stan, który wypracowaliśmy dopiero niedawno, może paradoksalnie stanowić pewną przeszkodę dla wejścia w zdrowy związek. Prawdopodobnie najbardziej dla tych z nas, którzy byli wcześniej w relacjach toksycznych i pamiętają, jak może się skończyć zbyt duża uległość (na ogół przemocą). Odnaleziona w sobie siła – u mnie w pełni dopiero na początku tego roku dzięki Drapieżnikowi – cieszy nas jak nowa zabawka. Nie chcemy się nią ani dzielić, ani jej choć na chwilę odłożyć. Jednak w partnerstwie od czasu do czasu będziemy musieli. I to też jest w porządku. Jeśli zwiążemy się z kimś, kogo bezgranicznie kochamy, kogo uważamy za dobrego człowieka, kto nas idealnie uzupełnia i jest naszym najlepszym przyjacielem, nie pozbawiajmy go możliwości zobaczenia nas, kiedy jesteśmy słabi i bezbronni – to jeden z piękniejszych dowodów zaufania, a zarówno obdarzenie zaufaniem, jak i świadomość, że się jest nim obdarzonym, są podstawą dobrej relacji. Niezdrowe jest tylko odkrywanie się z tym przed manipulatorami i przemocowcami. Jeśli kiedykolwiek nam się to przydarzyło, pamiętajmy, że dziś jesteśmy o to doświadczenie mądrzejsi. Uwierzmy w siebie. Nie bójmy się, że stracimy w czyichkolwiek oczach, pokazując wszystkie swoje barwy. Nawet jeśli tak się stanie, to dobrze – zdobędziemy pewność, że z odsuwającą się od nas w naszej bezradności osobą nie warto niczego budować. Podziękujmy jej za to. Dużo poważniejszy problem będziemy jednak mieli, jeśli nie zdołamy się obnażyć przed kimś, kto na to zasługuje. Zaryzykujmy!

♠️ Zdrowy balans

fot. Marianna Patkowska

Spośród wszystkich rodzajów nałogów, udało mi się nie wpaść w żaden oprócz… uzależniania się od partnera. Tymczasem zdrowy związek to związek dwóch całości, a nie dwóch połówek, o czym już wielokrotnie pisałam (i zamierzam o tym do złudzenia przypominać, również sobie samej). Jak więc z jednej strony zachować siebie i być silnym, a z drugiej – umieć przed ukochaną osobą zdjąć zbroję? Odpowiedź jest prosta: trzeba znaleźć w sobie zdrowy balans. Oczywiście dużo łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Mnie bardzo pomogło zdobyte w kontakcie z Drapieżnikiem doświadczenie trzech płaszczyzn: zewnętrznej (którą można nazwać w uproszczeniu „obiektywną”), wewnętrznej naszej oraz wewnętrznej drugiej strony. Pisałam o tym wtedy tak:

Przy skrajnie odmiennych światopoglądach z Drapieżnikiem, przed walką i ranieniem się chroniło nas oboje częste spotykanie się na płaszczyźnie zewnętrznej i dyskusja oparta na starej, dobrej, wypróbowanej […] metodzie majeutycznej – wygrywały argumenty logiczne, a więc… Prawda. […]
Gdyby moje uczulenie na relatywizm moralny zderzyło się z niepewnością i zakrzykiwanymi ranami Drapieżnika, oprócz bólu i rosnącej  frustracji nic by z tego nie było. Co dowodzi, że płaszczyzna wewnętrzna (któregokolwiek z nas) nie byłaby miejscem odpowiednim.
Z kolei do jakiegoś odsłonięcia się, które też jest przecież ważne, potrzebujemy się odwiedzać w swoich wnętrzach. Tym jest troska – leży nam na sercu, jak druga osoba się z czymś poczuje, próbujemy zrozumieć motywy jej zachowania. Trzeba jednak mimo wszystko uważać. Pamiętać, że czyjeś wnętrze nie jest tożsame z naszym i nigdy się w nim zbyt długo nie zasiedzieć. Relacja może być wręcz idealna, jeśli będziemy się po tych w sumie trzech płaszczyznach sprawnie przemieszczać.

„Wycieczka na planetę Dyskomfort”

To odkrycie było dla mnie przełomowe. Okazało się, że ukojenie w postaci powrotu do wnętrza siebie nie musi przychodzić dopiero przy rozstaniu. Można – a nawet trzeba! – rozpostrzeć nić między opisanymi wyżej płaszczyznami i systematycznie na niej balansować. (Przygoda z Drapieżnikiem ma zresztą kompletnie zaskakujący dalszy ciąg, ale o tym innym razem.)
Zaopiekowanie się samym sobą jest już sporym wyzwaniem – wymaga uważnego przyglądania się swoim emocjom i reakcjom oraz konfrontowania ich ze światem zewnętrznym. (Tylko w taki sposób dowiemy się, co jest rzeczywiście częścią nas, a co mechanizmem, który nam nie służy i wymaga poświęcenia mu większej uwagi.) Wejście w związek to przejście do jeszcze bardziej skomplikowanego poziomu. Nie dość, że ciąży na nas ogromna odpowiedzialność w postaci zadbania o swoją równowagę psychiczną (i od tego, choćbyśmy chcieli, nie uciekniemy), to jeszcze dochodzi odpowiedzialność zarówno za partnera, jak i związek. Do dwóch płaszczyzn – zewnętrznej i wewnętrznej naszej dochodzi jeszcze trzecia, wewnętrzna partnera. Jeśli nie umiemy siebie znieść czy – o zgrozo! – nigdy nie próbowaliśmy być sami, wtedy najprawdopodobniej albo odpuścimy sobie płaszczyznę zewnętrzną i zanurkujemy w wewnętrznej partnera, stapiając się z nim w jedno (już mu współczuję), albo położymy krzyżyk na kwestiach wewnętrznych i zajmiemy się jedynie płaszczyzną zewnętrzną, co jest równoznaczne z brakiem pracy zarówno nad sobą, jak i nad związkiem (czyli zawaleniem dwóch spraw, nie tylko jednej).
Byłabym też bardzo uważna, jeśli chodzi o kwestię odrębności w związku. W moim odczuciu sytuacja powinna wyglądać tak, jak na poniższym schemacie:

schemat zdrowej relacji

Jakiekolwiek próby zawłaszczenia partnera w całości lub wchłonięcia go w trzeci, sztuczny byt, jakim jest związek, uważam za niesamowicie niebezpieczne. Żaden człowiek nie może być własnością ani drugiego człowieka, ani związku. Osoby opisane w pierwszym podrozdziale dążą do nałożenia się obu zbiorów ze schematu na siebie. (Brzmi jak brak oddechu, prawda?) Osoby opisane w podrozdziale drugim – w tym ja – najchętniej po prostu nazwałyby związkiem dwa odrębne zbiory. A tak też się nie da, bo dwie osoby to dwie osoby, a związek dwóch osób, mających w nim sporo wolności, to jednak w dalszym ciągu związek. Nie sprawia mi trudności ani bycie samej, ani stapianie się z partnerem w toksyczne jedno (choć bardzo tego nie lubię). Problem widziałam do tej pory w opisywanym wyżej balansowaniu. Odkrycie tej umiejętności niesamowicie wzmocniło moją relację z samą sobą i zmotywowało do dalszej nad nią pracy.

P.S. Na deser łączę swój cover hitu Arethy Franklin. Tylko my sami możemy odkryć w sobie jedność, jednak jeśli w naszym życiu pojawi się ktoś, dzięki komu poczujemy się w pełni ze sobą zintegrowani – miejmy świadomość, że to ktoś nieprawdopodobnie wyjątkowy.

Kwestia zaufania

fot. Bożena Szuj

Zaufanie z jednej strony jest fundamentem każdego związku, a z drugiej, pracuje się na nie latami. Jak więc pogodzić jedno z drugim? Wchodzić w relację z kimś, komu się nie ufa? Oczywiście nie. Rozwiązaniem może być pewien kredyt zaufania, którym obdarzymy ukochaną osobę na początku. Nie ma co się bać, bo z takim kredytem jest podobnie, jak z samym zaufaniem – druga strona w każdej chwili może nas zawieść. Nie mamy na to żadnego wpływu. Nikt nie da nam gwarancji, że nigdy nas nie skrzywdzi. Cały trik polega na tym, że inni mogą nas skrzywdzić tylko na tyle, na ile im na to pozwolimy. Co to oznacza w praktyce? Paradoksalnie właśnie to, że im więcej wolności dajemy drugiej osobie, tym mniejsze są szanse, że będziemy cierpieć. Po pierwsze dlatego, że człowiek obdarzony zaufaniem odczuwa zazwyczaj wielką odpowiedzialność z tym związaną i dokłada wszelkich starań, żeby go nie zawieść, a po drugie dlatego, że jeśli jednak zbłądzi, nie będziemy mieć sobie nic do zarzucenia. Teoretycznie w większości sporów wina rozkłada się na obydwie strony, jednak jeśli otwieramy przed kimś swoje serce i obdarzamy go zaufaniem oraz wolnością, a on… wykorzysta to do skrzywdzenia nas, to wychodzimy z tego obronną ręką. O winie czy ewentualnej głupocie można mówić dopiero, kiedy dajemy komuś drugą, trzecią czy jeszcze kolejną szansę, a on ciągle nas zawodzi. Wierzmy ludziom, kiedy pokazują nam swoje prawdziwe barwy. Jeśli twierdzą, że są źli, przyjmijmy, że widocznie tacy właśnie w tym momencie życia są – ostatecznie to oni sami znają się najlepiej. Wierzmy im, nie oceniajmy i absolutnie nie chciejmy tego zmieniać. Nie mamy do tego prawa. Człowiek będący z natury flirciarzem i erotomanem gawędziarzem będzie zawsze wzbudzał poczucie zagrożenia w drugim, który jest zasadniczy i niepewny siebie. Czy jedna ze stron powinna zmieniać drugą (lub się do niej naginać), jeśli ten sam rubaszny figlarz będzie idealnym partnerem dla kogoś silnego i otwartego, a z kolei zasadniczość tej drugiej osoby spełni marzenia kogoś bardziej obyczajowo konserwatywnego? Nie zmieniajmy ani siebie, ani nikogo innego „dla dobra związku”. Związek będzie udany tylko, kiedy od początku partner spełni nasze oczekiwania, będąc takim, jakim jest.

Najlepiej podsumowała to moja mentorka, nieoceniona Iyanla Vanzant:

Pisałam już kiedyś, co myślę o tezie: „nie ma miłości bez zazdrości” – to niezwykle niebezpieczna mądrość, sankcjonująca coś, co jest naprawdę złe. Czy część mnie nie czuje się połechtana, kiedy Ukochany jest o mnie odrobinę zazdrosny? Oczywiście, czuje się. Czy nie zdarza mi się odczuwać lekkich ukłuć zazdrości, nawet kiedy wiem, jak bardzo jest to irracjonalne? Oczywiście, zdarza mi się. Sęk w tym, że w momencie złapania się na tym trzeba się zatrzymać i nie dać się ponieść za daleko. Zazdrość jest potężną i niewyobrażalnie destrukcyjną siłą. Zaczyna zbierać żniwa, zanim w ogóle zdamy sobie z tego sprawę.

fot. Bożena Szuj

Istnieje ogromna nierówność w podejściu do zazdrości kobiecej i męskiej. Mężczyzna obsesyjnie zazdrosny i kontrolujący swoją partnerkę jest na ogół odbierany – nota bene całkiem słusznie! –  jako niebezpieczny tyran. Tymczasem obsesyjnie zazdrosna i kontrolująca partnera kobieta ma na zachowania niedopuszczalne absolutne społeczne przyzwolenie. „On i tak pewnie coś przeskrobał”, no a „skoro nie ma nic na sumieniu, to w czym problem”.
Zachowania, o których samo wspominanie budzi moją odrazę, czyli przeglądanie czyjegoś komputera, telefonu, rzeczy osobistych w celu przyłapania go na zdradzie, jest zawsze bezsprzecznie złe i nie można znaleźć na nie żadnego usprawiedliwienia. Wiele rzeczy umiałabym w związku wybaczyć. Myślę, że nawet zdradę, gdybym rozumiała jej przyczynę i widziała możliwość wzajemnej pracy nad tej przyczyny likwidacją. Nie wyobrażam sobie jednak kontynuacji relacji, w której już nigdy nie mogłabym zostawić przy partnerze otwartego komputera, komórki czy prywatnych zapisków i wiedzieć, że nawet nie przyjdzie mu do głowy zajrzenie do nich bez zapytania. To zaufanie, którego myślę, że nie da się odbudować. Co do przyczyn takiego zachowania – pojawia się ono tylko, kiedy zdrada miała już miejsce, ale niekoniecznie w sposób oczywisty. Na ogół to osoby szpiegujące dopuszczają albo dopuściły się kiedyś zdrady. Przeważnie względem samych siebie. Opuściły siebie wtedy, kiedy były sobie potrzebne. Nie mogły na sobie polegać. Z pomocą przyjdzie wtedy odpuszczenie sobie, wybaczenie i stanie się dla siebie prawdziwym oparciem. Zdarza się też oczywiście, że to osoba szpiegowana przekroczyła kiedyś granice i dziś mamy podejrzenia, że sytuacja się powtarza. Warto się wtedy zastanowić, czy przyznana jej wtedy druga szansa nie została właśnie przez nią zmarnowana. Ostatecznie nie ma znaczenia, czego się dogrzebiemy w czyichś rzeczach osobistych – jeśli ktoś, kto miał za zadanie upewnić nas w tym, że już nigdy więcej nie postąpi źle, sprawił, że znowu pojawiają się w nas poważne wątpliwości, to to samo w sobie jest nie w porządku. Umowa była inna. Jeśli ktoś nie umie się z niej wywiązać, odpowiedzialność za to, czy będziemy skrzywdzeni (podpisując umowy kolejne) czy nie, leży – jak pisałam na początku – tylko i wyłącznie po naszej stronie.

P.S. Na deser łączę fantastyczny cover (rozbrajający mnie kwintą w chórkach w refrenie) obłędnej Róisín Murphy. To cover utworu z repertuaru Miny. Jego tekst wydaje mi się dobrym dopełnieniem dzisiejszego wpisu.

fot. Bożena Szuj

Wirtualne pożycie

fot. Marianna Patkowska/Valantis Nikoloudis

Od kiedy zlikwidowałam konto na Instagramie, nie mając już czasu i energii na kasowanie kilkudziesięciu prywatnych wiadomości tygodniowo od obcych mężczyzn z całego globu (zaczęłam się tam czuć, jak na Tinderze, na którego – z powodu swojego stosunku do szukania miłości, opisanego wyczerpująco TUTAJ – nigdy się nie zapisywałam), jedynym medium społecznościowym, z jakiego korzystam, jest Facebook. Widząc pewne rozbieżności między moim do niego podejściem a podejściem innych użytkowników, postawiłam przyjrzeć się dziś temu tematowi.

Środki bezpieczeństwa

Oczywiście, że publikowanie czegokolwiek w sieci niesie za sobą ryzyko, że treść dostanie się w niepowołane ręce; zhakowanie konta jest przykładem ekstremalnym, ale wystarczy, że ktoś z naszych znajomych zrobi screenshota (zdjęcie ekranu) i post, który udostępniliśmy węższej grupie ludzi, przekaże szerszej. Środki ostrożności są dwa: bardzo uważna selekcja wirtualnych znajomych oraz branie pełnej odpowiedzialności za każde opublikowane słowo. W jednym i drugim jestem całkiem niezła, więc nie boję się tego medium.
Skąd bierze się strach przed Facebookiem? Jak zwykle, z niewiedzy i nieumiejętności korzystania ze wszystkich jego funkcji. Często spotykam się z przekonaniem (na ogół osób starszych, ale nie tylko), że obnażanie się ze swoimi myślami i odczuciami w sieci jest niewiarygodnie niebezpieczne i może być przez kogoś wykorzystane. Z całym szacunkiem, ale nie przeceniając wartości publikowanych przez większość użytkowników Facebooka myśli, nie bardzo rozumiem, kto i do czego miałby je wykorzystywać.
Warto na pewno pamiętać, że każdemu, kogo przyjmujemy do grona wirtualnych znajomych, możemy ograniczyć dostęp – osoba z ograniczeniem dostępu widzi  jedynie te nasze posty, którym ustawimy status publiczny, a tych ze statusem prywatnym już nie. Do tego jeszcze dla każdej jednorazowej publikacji da się wybrać status niestandardowy określający, dla których osób nie będzie ona widoczna. Taka funkcja jest szczególnie przydatna, jeśli mamy wśród znajomych ludzi o odmiennym światopoglądzie i kiedy wiemy, że udostępniana przez nas treść ich urazi.

Dzieci w sieci

Choć powstanie nowego życia jest niekwestionowanym cudem i umiem zrozumieć, że zakochani w maluszku rodzice czują wewnętrzną potrzebę zalewania mediów społecznościowych zdjęciami swojej opuchniętej pociechy, jednak… zdecydowanie nie powinni jej realizować. Przede wszystkim dlatego, że nie mamy prawa zamieszczać w internecie zdjęć osób, które nie wyraziły na to zgody, a w przypadku niemowlaka jej uzyskanie nie jest możliwe. Trzeba pamiętać, że w sieci właściwie nic nie ginie i nie tak łatwo usunąć z niej na zawsze coś, co się raz do niej wrzuciło. O tym, czy chcą czy nie, żeby ich zdjęcia z dzieciństwa krążyły po mediach społecznościowych, niech zadecydują główni zainteresowani. Najlepiej jako świadomi i pełnoprawni użytkownicy Facebooka (profil można założyć, mając skończone trzynaście lat). Powinien nam wystarczyć facebookowy wysyp fotografii znajomych z ich wczesnego dzieciństwa, atakujący nas rokrocznie w Dniu Dziecka. To już naprawdę całkiem sporo tego dobrego.

Zbawienna funkcja blokowania

Jako użytkowniczka, której liczba zablokowanych osób aż sześciokrotnie przewyższa liczbę znajomych, o blokowaniu wiem sporo. Co zyskujemy, blokując? Absolutny brak możliwości kontaktowania się. Od momentu blokady stajemy się dla siebie nawzajem niewidzialni. Nasze profile znikają w niebycie, nie możemy do siebie pisać ani dzwonić przez Messengera. Brzmi fantastycznie, prawda?

  • Kogo i dlaczego blokuję? 
  1. Pierwszą grupę stanowią ludzie, których nie chciałabym w swoim otoczeniu również w realnym życiu. Na ogół, widząc ich komentarze albo u wspólnych znajomych, albo na stronach publicznych, mam silną potrzebę odseparowania ich od siebie i nie dopuszczenia nigdy do wejścia z nimi w żaden rodzaj interakcji. Zaliczają się do nich: osoby niezrównoważone i emanujące złą energią, antysemici, homofobi, rasiści, narodowcy, ludzie agresywni i niekulturalni.
  2. Druga grupa to obecni oraz przyszli pracodawcy, nierzadko też współpracownicy. Mam głębokie przekonanie, że relacje w pracy, zwłaszcza z szefem, powinny pozostawać formalne. Przyjaciół dobieram sobie sama, wg sobie tylko znanego klucza, uważnie i z rozwagą. W pracy jednak ludzie mają być przede wszystkim profesjonalni i skuteczni. Natrafimy tam więc na pewną zbieraninę ludzi, którzy mogą, ale wcale nie muszą, okazać się nam bliscy. Ponieważ Facebook jest moją oazą, a krępowanie się i spinanie na nim to ostatnia rzecz, której potrzebuję, poprzez blokady oczyszczam sobie tę przestrzeń. (Oczywiście zdarzają się też fantastyczni szefowie, którzy potrafią dobrać rewelacyjny, zgrany, uwielbiający się również prywatnie team – mnie się taka sytuacja zdarzyła raz i wspominam ją wspaniale – jednak to na ogół niestety rzadkość.)
  3. Do trzeciej grupy zaliczają się uciążliwi znajomi. Na ogół takie blokady poprzedzam grzecznym, acz stanowczym ostrzeżeniem. Powody pokrywają się z punktem pierwszym. Średnio też toleruję brak umiejętności czytania z tzw. zrozumieniem. Jeśli proszę o cokolwiek na, jakby nie było, mojej ścianie, to wychodzę z założenia, że nie jest to zaproszenie do wzięcia udziału w gorącej dyskusji na temat sensu lub zasadności mojej prośby. Jeśli apeluję o nieporuszanie pewnych kwestii czy zrezygnowanie ze słów, które uważam za agresywne, to od znajomych oczekuję uszanowania tego. Blokuję również w sytuacjach, w których uznam, że wirtualne odseparowanie się od kogoś sprawi, że odzyskam równowagę, jaka została przez ten kontakt na jakimkolwiek poziomie zachwiana. Jest to oczywiście na ogół trudne do zaakceptowania dla drugiej strony, jednak trzeba pamiętać, że tylko my sami wiemy, co jest dla nas najlepsze i to na nas spoczywa odpowiedzialność zadbania o siebie. Bolesne informacje można zawsze przekazać w sposób możliwie jak najmniej przykry, a ustalanie swoich granic ma to do siebie, że nie jesteśmy zobligowani do tłumaczenia się z nich komukolwiek.

Prywatne wirtualne poletko

Dlaczego przywiązuję tak dużą wagę do tego, kim się otaczam na Facebooku? Prawdopodobnie dlatego, że oprócz bycia narzędziem do komunikacji z bliskimi, jest on dla mnie też rodzajem oazy i odskoczni od zewnętrznego chaosu. Świadomość posiadania kontroli nad swoim wycinkiem wirtualnej rzeczywistości w postaci prywatnego profilu, jak by nie była złudna, daje mi jednak ukojenie. Czy więzi z ludźmi w sieci są mniej prawdziwe niż te rzeczywiste? Są na pewno inne, ale tylko od nas zależy ich jakość. Mam w realnym świecie znajomych, których uwielbiam, a z którymi mimo wszystko nie chcę się mieć na Facebooku,  bo nasze skrajnie różne podejścia do tego serwisu sprawiają, że krępowałoby mnie to.  Drzemie we mnie ekshibicjonistka potrzebująca atencji i uwagi ludzi, których nie przeraża pisemna część mnie – którzy lubią mnie czytać i są mi życzliwi. Jeśli gdziekolwiek można podjąć próbę wykreowania idealnego świata, to właśnie tu!

Wpis tyczył się oczywiście profili prywatnych, ale wszystkich swoich Czytelników zachęcam do polubienia i śledzenia fanpage’a oczami nNi 👀 👀 👀

P.S. Na deser łączę jak zawsze wspaniałą Laurie Anderson.

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Głupia cycatka

fot. Marianna Patkowska

Niedawno dowiedziałam się, że istnieją kobiety, które ukrywają swoje piękne seksualne atuty przed światem ze strachu, że zostanie im przypięta łatka głupiej cycatki. Moją reakcją na tę rewelację było niedowierzanie. Problem dostrzegam nie w tym, rzecz jasna, że nie wszystkie kobiety odczuwają potrzebę dzielenia się ze światem swoim pokaźnym biustem. Widzę go w przedziwnym pomyśle, że duży biust noszony dumnie, miałby cokolwiek mówić o intelekcie jego posiadaczki. Podobnie jak z tym zającem z żartu:

kawa nie zając, praca nie zając, właściwie… tylko zając to zając

– żart o zającu

TYLKO MÓZG TO MÓZG
Koncepcja, że coś nam o nim powie zajrzenie w spory dekolt właścicielki jest równie mądra, jak ocenianie wydolności czyjejś wątroby poprzez omiatanie wzrokiem jego łydek. Oczywiście można, ale przyczynia się to do powiększania sumy bezsensu we Wszechświecie i rzeczywiście mówi coś o intelekcie. Omiatającego.

👀 Dziewczyny, serio?!

fot. Marianna Patkowska

Wiele kobiet (w tym do niedawna ja sama) nie zdaje sobie chyba sprawy z tego, że dużego biustu nie da się za bardzo ukryć. Z jednej strony więc jego dumne noszenie nie ogranicza się jedynie do zakładania ubrań z głębokimi dekoltami – proste skromne, zabudowane bluzki i dobrze dobrany biustonosz też mogą zrobić furorę; z drugiej zaś, jeśli włożymy na siebie wielki worek, będziemy wyglądać jak ktoś z dużym, acz zakrytym workiem biustem, w dodatku budząc podejrzenia, że posiadamy równie duży brzuch, co już nie zawsze musi być prawdą. Mam wrażenie, że ten idiotyczny mit głupiej cycatki tyczy się bardziej kobiet pogodzonych z własną seksualnością niż tych po prostu posiadających spore biusty (zakryte, a zwłaszcza te, za które ich właścicielki przepraszają swoim ubraniem, są przecież przez wszystkich akceptowane).
To, że mężczyźni wychodzą czasem z założeń podszytych niedużym nakładem myślowym, umiem jeszcze przyjąć. (Można nazwać to seksizmem, można też pewnym doświadczeniem życiowym.) Nic jednak nie usprawiedliwia kobiet myślących o swoich siostrach wrogo czy przedmiotowo tylko z powodu ich pewności siebie. Same wiemy najlepiej, jak trudno kobiecie taką pewność (i siebie, i swojego ciała) w ogóle zbudować. Jeśli spotkamy na ulicy piękną, atrakcyjną kobietę, uśmiechnijmy się do niej. Nie doszukujmy się w niej rywalki czyhającej na naszego człapiącego u boku partnera. Przeciwnie, wskażmy mu ją, żeby zapamiętał, jakie chcemy być (jeśli jeszcze takie nie jesteśmy), lojalnie przy okazji uprzedzając, że taki ideał kobiecości będziemy wpajać naszej córce.
Mam swoich Czytelników za osoby inteligentne, ale na wszelki wypadek wyjaśnię: mojego podziwu nie wzbudza, rzecz jasna, samo wbicie się w ciuch z dekoltem, lecz duma, z jaką prezentuje się swoje atuty (nawet, jeśli robi się to bez dekoltu).

👀 O czym mówi nasz strój

fot. Marianna Patkowska

Nasz strój mówi przede wszystkim o naszym samopoczuciu, podejściu i guście, ale też o tym, czy jesteśmy wyposażeni w pewną wiedzę. Choć od końca XIX wieku kobiety dumnie noszą już spodnie, pojawienie się w nich na Wigilii jest pewnym naruszeniem etykiety. Podobnie jak nie ma nic zdrożnego w noszeniu dżinsów, ale założenie ich do filharmonii czy opery obnaża naszą nieznajomość zasad savoirvivre’u. Przykłady można mnożyć: strój wieczorowy, jak sama nazwa wskazuje, nie nadaje się na przyjęcie w środku dnia, strój sportowy na oficjalne spotkania, a najbardziej smakowity dekolt nie przystoi, kiedy jest się w świątyni (o czym panny młode zdają się rzadko kiedy pamiętać). Z czym więc musimy się liczyć, jeśli ubierzemy się nieodpowiednio? Z tym, że ktoś to zauważy i być może skomentuje. Każdy może mieć inny gust od naszego, inną od naszej wiedzę. Jednego swoim ubiorem zachwycimy, innego zirytujemy. To wszystko jest absolutnie normalne… dopóki nie zaczniemy jakiegokolwiek rodzaju przemocy (również słownej) tłumaczyć czyimś strojem. Pamiętajmy, że przerzucanie odpowiedzialności za przemoc seksualną wobec kobiet na ubiór tychże pochodzi z kultury gwałtu, na którą w żadnym szanującym się człowieku nie ma przecież zgody.

👀 Strach przed staniem się
obiektem seksualnym

fot. Marianna Patkowska

Czemu, kiedy nie jesteśmy zobowiązane żadnym dress code’em i savoirvivre’em, czasem mamy ochotę wyeksponować swoje atuty, a czasem wręcz przeciwnie? Z wielu różnych powodów. Nie zawsze czujemy w sobie chęć wyglądania zbyt zmysłowo. Nie musimy. Wszystko jest okay, póki nie zacznie przez nas przemawiać strach przed staniem się obiektem seksualnym w głowie naszego interlokutora (na ogół płci odmiennej). Strach ten jest irracjonalny, bo – jak pisałam dwa podrozdziały wyżej – dopóki nie przyodziejemy się w wielki karton, nasze atuty będą zauważalne i jeśli trafimy swoją sylwetką w gust rozmówcy, to choćbyśmy dyskutowali wyłącznie o gramatologii w ujęciu Derridy, on (rozmówca, nie Derrida!) najprawdopodobniej choć raz pomyśli o nas w sposób seksualny. I nie ma w tym nic złego. Stawanie się w czyjejś głowie choćby chwilowym obiektem seksualnym jest zdecydowanie zbyt mocno demonizowane.  Biust lub jakiekolwiek inne fizyczne atuty nie wykluczają się z mózgiem. Są zupełnie gdzie indziej. Problem pojawia się wtedy, kiedy któraś ze stron o tym nie wie.
Kilka lat temu przed egzaminem na studia doktoranckie (spieszę wszystkich uspokoić – nie dostałam się) zżerała mnie potworna trema połączona z niemałą ekscytacją, ponieważ komisji przewodził profesor, którego wiedzę i intelekt niesamowicie ceniłam, a napisane przezeń książki były moją stałą pomocą w pracy redaktora. Wyglądałam elegancko, ale skromnie. Biała zapięta pod szyję koszula i prosta spódnica za kolano miały odciągnąć uwagę od mojej wewnętrznej kokietki i przyciągnąć do mojego wewnętrznego językoznawcy (miałam – nadal mam! – naprawdę porywający temat pracy doktorskiej). Gdybym zdjęła szpilki i wbiła się w habit i celibat, można byłoby mnie z powodzeniem pomylić z zakonNicą. Poznanie wzmiankowanego profesora wspominam jako jedno z największych rozczarowań, zostawiających po sobie niesmak do dzisiaj. Moje – nieskrywane, ale pozostawione w imię profesjonalizmu za drzwiami – dobre samopoczucie związane z własną kobiecością i seksualnością nie pozostało niezauważone, a pewien wyczuwalny błysk w oku profesora szybko ustąpił miejsca pasywnej agresji. Miałam wrażenie graniczące z pewnością, że gdybym była mężczyzną, nie zostałabym potraktowana tak bardzo z góry i z tak dużym, nieprzystającym człowiekowi kulturalnemu, lekceważeniem. Czy to wpłynęło na moją własną samoocenę? Wtedy na pewno. Dziś mogę powiedzieć jedno:

Panie Profesorze, cieszę się, że oprócz swojego w całości spowitego materiałem biustu mogłam Panu przedstawić również nieznaną Panu do tej pory sylwetkę Stanisława Dróżdża. Cała przyjemność po mojej stronie.

– nie ma za co

👀 Źródło do/uwodzenia

fot. Marianna Patkowska

Całkowite pogodzenie się ze swoją fizycznością może nastąpić, paradoksalnie, dopiero wtedy, kiedy sobie uzmysłowimy, że źródło dowodzenia mamy ulokowane w… mózgu.

P.S. Na deser łączę swój cover piosenki Elli Eyre „We don’t have to take our clothes off”, polecając uwadze jej znakomity tekst!

Czy musimy być na ty?

fot. Marianna Patkowska

Powiedzmy to sobie szczerze i otwarcie – osobisty kontakt z ludźmi nie należy do aktywności mojego pierwszego wyboru, ale jeśli już jestem do niego zmuszona, irytuję się bezpardonowym przechodzeniem na ty. Nie mam rzecz jasna na myśli spotkań w większej grupie rówieśniczej, gdzie może to być niezwykle naturalne, czy określone z góry jakimś rodzajem etykiety (jak np. większość kontaktów w mediach społecznościowych).  Mam na myśli sytuacje, w których podczas spotkania dwóch dorosłych nieznających się osób jedna z nich – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn – formy per pan/pani nie uznaje za wyjściową. Pomijający ją ludzie dzielą się na dwa typy: uważających nas albo siebie za bardzo młodych. Obydwa te założenia są zresztą na ogół mylne (a jeśli nawet nie są, to za chwilę będą).
Formy pan/pani budują dystans potrzebny do ustawienia nowej relacji (można ją np. zacząć od przejścia na ty za obopólną zgodą lub uwarunkować to przejście zauważeniem, że rozmawia się nam dobrze). Bywają oznaką szacunku, ale też zaznaczeniem granicy, czasami pokoleniowej. Na pewno są usta, w których nie lubię słyszeć swojego imienia. Poprzedzenie go zwrotem grzecznościowym „pani” na niewiele się zda, gdyż „pani marianNa” (akurat w moim przypadku) to jedno z najbardziej pretensjonalnych sformułowań o irytującym zabarwieniu urzędowego spoufalania się, w których próżno doszukać się elegancji.

fot. Marianna Patkowska

Warto też przypomnieć, kto komu może zaproponować przejście na ty, a komu takiej propozycji złożyć nie wypada. Oczywiście w rozmowie osoby (zauważalnie) starszej z młodszą tylko ta pierwsza może zaoferować skrócenie dystansu. Podobnie w kontaktach, najogólniej rzecz ujmując, damsko-męskich. Jedynie kobieta ma taki przywilej. Nie oznacza to jednak wcale, że musimy się na przejście na ty od razu zgadzać. Nie czujmy się do tego zobligowani. Wielokrotnie zdarzało mi się odmawiać, kiedy w danym momencie nie dostrzegałam potrzeby minimalizowania z kimś dystansu.
Z drugiej strony nie mam towarzyszącego wielu nauczycielom poczucia, że przejście na ty (zwłaszcza z młodzieżą czy dziećmi) musi się wiązać z puszczeniem wzajemnego szacunku do siebie w niepamięć. (Moje byłe szkolne koleżanki z pracy prawdopodobnie nie odnalazłyby do mnie żadnych jego okruchów nawet, gdyby zwracały się do mnie per pani, choć pewnie trudniej byłoby im wtedy mnie mobbingować, a uwielbiające mnie i często mówiące do mnie po imieniu maluchy nie byłyby wpatrzone we mnie bardziej, gdybym zaczęła im zwracać na to uwagę.)
Szacunek definiuję przede wszystkim jako brak inwazyjności w stosunku do bliźnich. Wszystko inne jest kwestią umowy.

P.S. Na deser mogę dołączyć tylko jedną piosenkę.

fot. Marianna Patkowska

Schudłaś, wyglądasz lepiej!

fot. Zofia Mossakowska/Marianna Patkowska

Ostatnio, słysząc po raz kolejny ten tytułowy wątpliwy komplement, zaczęłam się zastanawiać, czemu budzi we mnie aż tak wielki sprzeciw.
Historia mojej wagi jest bardzo prosta. Przez ćwierć wieku miałam niedowagę, a zależność tycia od jedzenia znałam jedynie ze słyszenia. Pewnego pięknego pobytu na Thassos – o czym już raz wspomniałam – mój metabolizm się ocknął i przybrałam wreszcie 10 kilo. Nagle przestałam być niewidzialna dla mężczyzn pozbawionych pedofilskich skłonności i oficjalnie stałam się z wyglądu kobietą. Choć minęła już prawie dekada i nie zapowiada się raczej, żebym niespodziewanie wróciła do wyglądu tamtej zagubionej i nieszczęśliwej dziewczynki, nadal istnieją osoby, które nie zdążyły się pogodzić z nieuniknioną transformacją mojego ciała, nie akceptując jej i regularnie zauważając, kiedy mimo nieodchudzania się schudłam i wyglądam przez to ich zdaniem lepiej. (Postanowiłam zilustrować ten wpis zestawieniami zdjęć, które ukazują dawną i obecną mnie.)
Dlaczego uważam, że takie uwagi są rodzajem pasywnej agresji przyobleczonej w kształt komplementu i warto ugryźć się przed ich wypowiedzeniem w język? Przede wszystkim dlatego, że ludzie chudną i tyją z bardzo różnych powodów – często nagłe schudnięcie jest ściśle związane z gorszym samopoczuciem psychicznym (depresją, stresem), a przytycie z procesem zdrowienia (np. pod wpływem leków). Możemy przez swoje zupełnie subiektywne preferencje (niedowaga, nawet jeśli się komuś podoba, nie jest wcale jedynym kanonem piękna) utwierdzić taką osobę w fałszywym przekonaniu, że jedynie, kiedy cierpi, wygląda najpiękniej. Zagrożenie płynące z takiego komunikatu widzę na kilku poziomach.  Pierwszy jest oczywisty: piękno – ani nasze, ani cudze – nie powinno się nam nigdy kojarzyć z cierpieniem. Prawdziwe piękno wynika z bycia szczęśliwym. Za bardzo niebezpieczne i destrukcyjne uważam też sprowadzanie piękna do wyizolowanej tylko jednej jego składowej (w dodatku jedynej subiektywnej) jaką jest wygląd fizyczny z pominięciem pozostałych, znacznie ważniejszych, takich jak: pewność siebie, integralność ze sobą, otwartość, dobro i intelekt. Piękna twarz czy ciało szpetnieją, kiedy ich posiadacz okazuje się ohydnym i głupim człowiekiem. Z drugiej strony tak zwana trudna uroda może nas rozłożyć na łopatki, kiedy będzie połączona z niesamowitymi możliwościami umysłu, objawiającymi się nie tylko przecież w filozoficznych dysputach, ale też w błysku w oku czy uśmiechu w odpowiednim momencie. (Spędziłam wiele lat w Grecji, przyglądając się całym zastępom mężczyzn przypominającym greckich bogów, a nadal, jeśli mam wytypować jakikolwiek ideał męskiego piękna, bez wahania wskazuję profesora Józefa Tischnera.)

fot. Valantis Nikoloudis/Marianna Patkowska

Jest pewną oczywistością, że pełna akceptacja siebie (która też się składa na piękno, którym emanujemy) pozwala nam spojrzeć na wszelkie niezbyt nawet fortunne komplementy z dużym dystansem i pobłażaniem, bo chroni nas przed przejmowaniem się czymkolwiek, co nie jest prawdą. Akceptacja siebie to na ogół dość długi i żmudny proces. To, że na niektórych jego etapach można bez specjalnego problemu zachwiać naszą mozolnie wydawałoby się wypracowaną już pewnością siebie, nie znaczy wcale, że cały nasz włożony w budowanie własnej integralności wysiłek poszedł zupełnie na marne. Przeciwnie, bądźmy wdzięczni tym, którzy poruszają nasze czułe struny – dzięki nim wiemy, nad czym musimy się pochylić mocniej. Chwila słabości na drodze służącej wzmocnieniu się niczego nie przesądza i o niczym nie świadczy. Dostrzegam jednak swoją własną niekonsekwencję – z jednej strony fizycznie rzeczywiście nie chcę schudnąć, bo czasy dawnego wyglądu kojarzą mi się z byciem niezwykle odległą od prawdziwej siebie, a z drugiej strony wiem już, że źródło mojego piękna nie tkwi wcale w wyglądzie, a m.in. jego akceptacji, jaki by nie był. Czemu więc, będąc gotowa na kolejne, oczywiste i pewne transformacje własnego ciała, tak bardzo się boję powrotu do wyglądu, na który nie mam już najmniejszych przecież szans? Nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Komentowanie cudzej wagi zawsze stało tak daleko poza strefą mojego komfortu, że aż potrafię jej w ogóle nie dostrzec. Dlatego też niesamowicie trudno mi zrozumieć ludzi, którym przychodzi ono z łatwością. Czym innym jest pewnie wsparcie kogoś, kto podjął starania, by zmienić swój wygląd. Jeśli dużo ćwiczy, żeby osiągnąć jakiś konkretny, zaplanowany przez siebie cel i zauważymy efekty jego pracy, pewnie warto mu o tym powiedzieć, zwłaszcza jeśli wiemy, że taka wiadomość może dodać mu skrzydeł.
W innych przypadkach lepiej się, moim zdaniem, skupić na każdym człowieku jak na odrębnym Wszechświecie, pięknym na swój własny, wyjątkowy i niepowtarzalny sposób. Odkryjmy w nim jego piękno – tylko tak możemy ciągle redefiniować nasze własne, subiektywne jego pojmowanie.

P.S. Na deser wszyscy chyba spodziewają się właśnie tej piosenki, więc niech będzie w nietypowej (mojej zdecydowanie ulubionej, bo ociekającej seksem) wersji.

fot. Geo Dask/Marianna Patkowska

nNie mariankuj!

fot. Marianna Patkowska

1. Wewnętrzna integralność,
czyli zrozumieć siebie

fot. Marianna Patkowska

Przez wiele lat, wchodząc w nowe środowisko, próbowałam być neutralna, dostosować się i pozostawać w miarę możliwości niezauważona. Wychodziło mi to fatalnie, bo mam alergię na fałsz i śliskość, od razu je wyczuwając, a kiedy już je wyczuję, moją neutralność od razu trafia szlag, bo jestem urodzonym wojownikiem i bez mrugnięcia okiem ruszam (niczym na tego Bolszewika, wymachując szabelką, jak prawdziwa Polka nieomal) do boju. Ponieważ fałsz rzadko kiedy idzie w parze z inteligencją, czuję palącą potrzebę dosadnego zaznaczenia, że go widzę i że się na niego w swoim pobliżu nie godzę.
Odłóżmy jednak na bok mój absolutny brak skuteczności i zastanówmy się dlaczego tyle lat ciągle próbowałam bywać neutralna i dopasowana? Otóż dawno temu uwierzyłam w dwa społeczne mity, oba powtarzane małym dziewczynkom od pokoleń. Pierwszy taki, że kobiety na cudzą serdeczność muszą sobie zasłużyć, będąc grzeczne i posłuszne; drugi taki, że jeśli będą grzeczne i miłe, wszyscy będą je lubić. (Nie, te zasady nie dotyczą chłopców. Nigdy nie dotyczyły.) Choć wierzę swojemu mózgowi dużo bardziej niż wszelkim mądrościom ludowym, te mity wdrukowały się w (nie tylko) moje kobiece DNA.
Zrzuciłam z siebie ogromny ciężar, kiedy zrozumiałam w końcu, że nie muszę próbować zasługiwać na niczyją serdeczność. Przede wszystkim dlatego, że wcale jej nie potrzebuję. Każdy z nas odpowiada tylko (albo aż) za siebie samego; jest odrębnym Wszechświatem. Podczas zetknięcia z drugim odrębnym Wszechświatem, jakim jest inny człowiek, mogą wydarzyć się cuda (zadziać się w nas kosmiczne zmiany), ale może też nie wydarzyć się nic. I to też jest ok. Serdeczność bliźnich jest bardzo miła, ale nie jest wcale konieczna do prawidłowego funkcjonowania i rozwijania się. Od kiedy nie oczekuję od innych, że będą dla mnie mili, po prostu sama traktując ich tak, jak chcę być traktowana, jest mi lepiej. Im szybciej uwierzymy komuś, kto wyraźnie daje nam do zrozumienia, że nas nie polubił, tym dla nas lepiej. Nigdy nie będzie tak, że polubią nas wszyscy. Oczywiste jest dla mnie to, że szybkie wchodzenie w intelektualne bójki, kiedy coś wzbudzi mój sprzeciw, nie przysparza mi zwolenników (ja z kolei nie przepadam za ludźmi, którzy wykazują się tchórzostwem, więc w takich sytuacjach niechęć jest obustronna). Jednak nie lubić można mnie też zupełnie bez powodu. Przestałam się nad tym zastanawiać w momencie, w którym uświadomiłam sobie, że to sprawa jedynie osoby, która podejmuje decyzję o tym, jakie uczucia w niej wzbudzam. Wspaniale, jeśli mogę jej udowodnić, że w ogóle ma jakiekolwiek!
Reasumując, oderwanie się od tej pozornej zależności od tego, co myślą o nas inni ludzie, pomogło mi się ze sobą zintegrować i zrozumieć siebie jako całość. Na pewno w ogromnej mierze zawdzięczam to Drapieżnikowi.

2. Dawanie się poznać inNym
w prawdziwym świetle

fot. Marianna Patkowska

Kiedy odrzuciłam nieudolnie podejmowane próby bycia neutralną, okazało się jak wielkim ułatwieniem życia jest wysyłanie ludziom prostych komunikatów o tym, kim się tak naprawdę jest. Początek tego roku obfitował w zupełnie przełomowe dla mnie wydarzenia. Zarówno lektura drugiej książki Christel Petitcollin o osobach nadwydajnych mentalnie, jak i niesłychanie intensywny intelektualnie kontakt z Drapieżnikiem pomogły mi zrozumieć siebie jako kobietę, która nie tylko może, ale nawet powinna mieć i wskazywać innym swoje granice oraz którą na pewno definiuje jej prawopółkulowość. Zostałam też niezwykle szybko i ciepło przyjęta przez grupę fantastycznych osób w nowej pracy. Okazało się, że wystarczyło jedynie być sobą, by szybko usłyszeć (w ich rozmowie ze sobą) jeden z najcudowniejszych neologizmów na świecie:

– Nie mariankuj!

– jeden z najcudowniejszych neologizmów na świecie, utworzony przez moich znajomych z pracy

3. Myślenie rozgałęzione i overthinking
czyli czym jest mariankowanie

fot. Marianna Patkowska

Kiedy przez przypadek weszłam w sam środek gorącego (nomen omen) sporu i koledzy zadali mi jednogłośnie pytanie:

– Czy lepsze są małe czy duże piersi?

– pytanie moich kolegów

nie umiałam udzielić odpowiedzi bez zadania im pytania pomocniczego, mianowicie:

 

– Ale u kobiet, czy u mężczyzn?

– pytanie pomocnicze, które musiałam zadać przed udzieleniem odpowiedzi

Nie dlatego, żebym miała coś przeciwko dużym męskim piersiom, ale o ile u mężczyzn wcale nie muszą one być lepsze od małych, o tyle duże kobiece piersi są lepsze od większości rzeczy na tej planecie, więc w co najmniej kilku sensach mogę z czystym sumieniem nazwać je „lepszymi”.
To jeden z wielu przykładów na typowe mariankowanie. W mojej głowie uruchamia się maszyneria i rozkładam każdą usłyszaną rzecz na czynNiki pierwsze, próbując ogarnąć problem równocześnie i w ogóle, i w szczególe. Mózg wysyła mi faksem obszerną bazę danych, czyli zestawienie wszystkich prawdopodobieństw. Każde z nich biorę na warsztat. Potrafię równocześnie rozpatrywać kilkanaście ewentualnych intencji nadawcy komunikatu i, w drugiej otwartej karcie, wszystkie możliwości interpretacji każdej z tych potencjalnych intencji. Potem pozostaje mi przefiltrowanie tych interpretacji przez siebie samą, bo przecież fakt, że ktoś skrajnie ode mnie inny zareagowałby jakoś (i w swoich obliczeniach muszę to uwzględnić!), nie oznacza wcale, że moja moralność, mój światopogląd i doświadczenia na taką reakcję mi w ogóle pozwolą. Najbardziej się zawsze boję tego, że mogłam cokolwiek na jakimś etapie pominąć.
Lawina myśli, która mnie zalewa za każdym razem, kiedy rozmówca stymuluje mój mózg, na ogół wzbudza w nim pozytywne emocje; czasami rozbawienie, czasami troskę, że mój umysł pewnego pięknego dnia po prostu eksploduje, czasami chęć zaopiekowania się mną (tu doradzałabym dużą ostrożność). Na pewno nie jestem przez to łatwym partnerem, ale z drugiej strony na pewno też odróżniającym się od wszystkich potencjalnych innych. (Przeszłych, ewentualnych teraźniejszych i przyszłych…)
Odkryłam jednak sytuację, w której moje myślenie rozgałęzione (to, o czym pisałam wyżej to jeden z jego aspektów, ale nie jedyny), overthinking czy właśnie mariankowanie sprawdza się znakomicie – to praca z dziećmi! Jeśli w porę nie przewidzę wszystkich realnych możliwości interpretacyjnych, wiadomo, że ubiegną mnie dzieci. I często – mimo moich skłonności – ubiegały, pokazując mi, gdzie w moim myśleniu są jeszcze jakieś luki. Jednym z cudowniejszych przykładów jest ten:

Moje cudowne chłopaki z piątej klasy, w której miałam wychowawstwo.
Na lekcji polskiego mówiliśmy o wierszu „Noc”, którego podmiotem lirycznym jest tytułowa noc. Podręcznik stawia dość dziwaczną tezę, że „noc nie poznała autora wiersza”, więc pytam:

– Zgadzacie się z tym? Możemy w jakikolwiek sposób udowodnić, że noc nie poznała autora wiersza? Bo że autor – jak każdy inny człowiek – poznał noc, to raczej jasne.
– Proszę pani, a ja znam przykład dziecka, które nie poznało nocy.
– Jaki?
– No takie dziecko, co się urodziło rano i nie dożyło nocy.
– Masz oczywiście, przy całej dramatyczności tego przykładu, rację! No dobra, więc każdy człowiek, który przeżył dobę, poznał noc, prawda?
– Nie, jeszcze nocy nie poznało dziecko, które urodziło się latem na Antarktydzie i zmarło po kilku miesiącach!

No przecież! Myślałam, że spalę się ze wstydu, że na to w porę nie wpadłam. Na szczęście moje uczucie do chłopców było odwzajemnione i oni wybaczali mi moje wolniejsze czasem działanie mózgu, w pełni rozumiejąc, ze mam po prostu już nie te lata

4. Destrukcyjność obsesyjności

fot. Marianna Patkowska

Choć zaprzyjaźniłam się ze swoim umysłem i bardzo lubię obserwować sposób, w jaki pracuje, widzę jedno, ale za to ogromne, niebezpieczeństwo myślenia za dużo. Jest nim wszelka obsesyjność. Zapętlenie myśli, zwłaszcza, kiedy przydarzy się na jakimś grząskim, mulistym gruncie, z którego trudno się wydostać, jest szalenie destrukcyjne. Rzadko kiedy jesteśmy pustelnikami, więc destrukcyjność naszej wewnętrznej obsesyjności na ogół nie ogranicza się jedynie do autodestrukcji, ale niszczy też nasze relacje z innymi. Im są nam bardziej bliscy, tym mocniej.
Zdaję sobie sprawę z tego, że moja samoświadomość jest naprawdę duża. (Wynika to pewnie trochę z mojej osobowości, ale włożyłam – i nadal wkładam – naprawdę ogrom pracy w to, żeby ją powiększać.) A mimo wszystko mam czasem słabsze chwile, w których atakują mnie przerażające obsesyjne myśli. Umiem już to odróżniać od rzeczywistości, podobnie jak leczący się schizofrenicy, którzy wiedzą, kiedy głosy są jedynie wytworem ich głowy. Uczę się w takich momentach opiekować sobą bardziej. (Bywam wtedy bezbronNa i biedna, ale wiem już, że nie ma to nic wspólnego z brakiem siły, której mam akurat w sobie mnóstwo.) Mogę się jedynie domyślać, że osobom, które nigdy nie doświadczyły terapii, może przyjść do głowy radzenie sobie z obsesjami w najbardziej niebezpieczny sposób, czyli poprzez szukanie ich źródła na zewnątrz. Ofiarami tego sposobu mogą padać najbliżsi (obsesja często łączy się z podświadomą potrzebą chorobliwej kontroli).
W ramach deseru łączę dziś swój cover piosenki „In my head” zespołu No Doubt, której tekst (tak, jasne że się w nim pomyliłam!) idealnie obrazuje to, o czym pisałam wyżej. Obsesyjność, kiedy schowa się pod płaszczykiem zazdrości, jest niestety ciągle społecznie akceptowalna, bo kolejnym powielanym mitem jest ten, że nie ma miłości bez zazdrości. Tymczasem miłość jest dawaniem wolności, a zazdrość wiąże się z jej ograniczaniem. Jedno drugie wyklucza. Jeśli ktokolwiek w to wątpi, odsyłam do znakomitego i do bólu prawdziwego tekstu Kasi Nosowskiej:

Są chwile
gdy wolałabym martwym widzieć Cię
Nie musiałabym
Się Tobą dzielić nie nie

Gdybym mogła schowałabym
Twoje oczy w mojej kieszeni
Żebyś nie mógł oglądać tych
Które są dla nas zagrożeniem

Do pracy
Nie mogę puścić Cię nie nie
Tam tyle kobiet
Każda w myślach gwałci Cię

Złotą klatkę sprawię Ci
Będę karmić owocami
A do nogi przymocuję
Złotą kulę z diamentami

„Zazdrość” Hey

To opis zazdrości w swojej najbardziej toksycznej odmianie. Jeśli kochamy (siebie i drugą osobę), musimy z tej drogi szybko zawrócić. Jeśli nie umiemy jeszcze kochać, ona będzie nas intrygować. Uwaga, to pułapka!!!
Nasze mózgi są fascynującymi, pięknymi narzędziami, jednak wytwarzane przez nie myśli nie są nami. Warto się im przyglądać, sprawdzać, kiedy są najbardziej wartościowe (jaka literatura, sztuka, filozofia pozytywnie je kształtuje), a kiedy obniżają swoje loty (w ciemno polecam ograniczenie oglądania telewizji). Jednak czasami nas oszukują. Pamiętajmy o różnych perspektywach i o tym, że jeśli do głosu dopuścimy przez przypadek nasze lęki, obraz, który pojawi się w naszej głowie nie będzie w żaden sposób odzwierciedlał rzeczywistości, a jedyne, co naprawdę może nas wyzwolić, to prawda.