Pobyt na Oddziale DzienNym Psychiatrycznym

fot. Marianna Patkowska

Swoje fatalne doświadczenia z próbą dostania się na OLZON (Oddział Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic w Szpitalu Klinicznym im. dr. Józefa Babińskiego w Krakowie) opisywałam kilka miesięcy temu, od tego czasu często podlinkowując swój tekst. Dalszy ciąg tej historii jest taki, że dostałam odpowiedź dyrektora wspomnianego szpitala. Chroni on swoich przemocowych pracowników, podpisując się tym samym pod traktowaniem pacjentów jak śmieci (co mnie nawet niestety nie zaskoczyło). Równocześnie zaczęli się ze mną kontaktować byli pacjenci pani kierownik OLZON-u o bardzo podobnych do moich doświadczeniach, więc nie ma ona najmniejszych powodów, by w najbliższym czasie spać spokojnie.
Kiedy opowiedziałam swojej pani doktor o nieprzyjęciu na OLZON (oraz jego okolicznościach), zapytała mnie krótko i zwięźle:

– Dobrze pani Marianno, więc co robimy teraz?

– rzeczowe pytanie mojej pani psychiatry

Nie miałam planu B, a wszystkie moje wyobrażenia o leczeniu legły właśnie w gruzach. Wtedy dowiedziałam się, że dosłownie kilka kroków od gabinetu mojej pani doktor jest Oddział Dzienny Psychiatryczny Podhalańskiego Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II w Nowym Targu (gdyż tam się właśnie leczę). Dostałam skierowanie, z którym od razu poszłam się zapisać i niecałe dwa tygodnie później zaczęłam trzymiesięczną terapię grupową pod opieką fantastycznego, fachowego i empatycznego personelu.
Terapia na Oddziale Dziennym zajmuje pięć godzin każdego dnia od poniedziałku do piątku przez sześćdziesiąt dni (wyłączając z nich weekendy i dni świąteczne). Każdy dzień wypełniony jest różnego typu zajęciami, które opiszę szczegółowo poniżej. Bez względu na to, czy grupa uczestniczy w terapii pod okiem dwóch psychoterapeutek, w psychorysunku (pod okiem jednej), terapii zajęciowej polegającej na różnego typu aktywnościach plastycznych prowadzonych przez terapeutkę zajęciową, czy ma przerwę, przez cały czas pacjenci są obserwowani, a obserwacje wszystkich specjalistów (w tym dwóch psychiatrów, którzy również spotykają się co najmniej raz w tygodniu z każdym pacjentem) są przez nich regularnie omawiane. Na tej zresztą podstawie (oraz robionych pacjentom pod koniec pobytu testów osobowości, mających jednak drugorzędne znaczenie) wystawia się pacjentom diagnozę, którą mu się szczegółowo podczas wypisu tłumaczy. Piszę o tym przede wszystkim w kontekście praktyk krakowskiego OLZON-u, gdzie – dowiedziałam się o tym dopiero po otrzymaniu dokumentacji medycznej z tegoż – już podczas pierwszej 50-minutowej wizyty psychiatra widzący pacjenta po raz pierwszy w życiu wystawia mu diagnozę, a na jej podstawie trzech kolejnych specjalistów odbywa z pacjentem następne spotkania wcale się nią nie sugerując… Na końcu pani kierownik pod pierwszą diagnozą się podpisuje, a tej nikt pacjentowi nie wyjaśnia.
Dziś rozumiem już, że brak wytłumaczenia, czym jest zdiagnozowane u pacjenta zaburzenie osobowości jest tak samo krzywdzące, jak zła diagnoza. W moim przypadku w Krakowie miały niestety miejsce obydwie te rzeczy. Dziś chciałabym wykrzyczeć:

Jednak nie osobowość narcystyczna, tępa Ruro!

Po pobycie na oddziale dziennym z prawdziwego zdarzenia rozumiem, że nie oszalałam, czując gdzieś pod spodem, że OLZON jest niebezpieczny i przemocowy, bo oczywiście równocześnie też obwiniałam siebie (inne ofiary tego miejsca również to robiły). Obwiniałam za swoje może wygórowane wymagania czy idealizowanie terapeutów i terapii w ogóle. Tymczasem idealny terapeuta to wcale nie taki, który jest przesadnie miły, nad wyraz troskliwy czy serdeczny. Idealny terapeuta to kompetentny terapeuta, który szybko zorientuje się, w którym miejscu występuje u pacjenta problem i zacznie nad nim fachowo pracować. Tak to właśnie czułam i dokładnie taką opiekę dostałam na Oddziale Dziennym Psychiatrycznym w Nowym Targu. (Nie mylić z fatalnie prowadzonym oddziałem psychiatrycznym tegoż, gdzie dochodzi do szeregu nadużyć ze strony personelu wobec pacjentów; podczas Świąt jeden z nich się powiesił, o czym niestety milczą lokalne media.)
Konieczność codziennego wstawania o 5:40 (której generalnie nie ma na moim zegarku), żeby zdążyć do Nowego Targu przed 8:00 umożliwiła mi podziwianie niesamowitych, zapierających dech w piersiach wschodów słońca. Uświadomiła mi też, że wbrew temu, co do tej pory myślałam, zdecydowanie lepiej funkcjonuję, zaczynając i kończąc dzień wcześniej.

Dla kogo jest psychoterapia?

fot. Marianna Patkowska

Będę zawsze i do znudzenia powtarzać, że terapię powinien przynajmniej raz w życiu odbyć każdy człowiek! Jeśli jednak chodzi o specyfikę oddziałów dziennych, to na terapię grupową w takim miejscu nie są przyjmowani pacjenci uzależnieni, w stanach psychotycznych oraz ciężko chorzy psychicznie. Każdy z przyjętych na oddział dzienny pacjentów boryka się najczęściej z zaburzeniem osobowości, które leczy się właśnie terapią. Z mojego doświadczenia wynika, że pacjenci są też równocześnie leczeni farmakologicznie, jednak dobrane leki nie powinny zaburzać głębokiego wglądu w siebie, który jest punktem wyjścia dla skutecznej psychoterapii.
Wścibskie pytania sąsiadów, znajomych czy nawet taksówkarzy (Podhale…) o to, dokąd idziemy, idąc na terapię, są ciągle niewygodne nie dlatego, że wciąż jako naród nie do końca rozumiemy, że nie wypada ich zadawać, ale dlatego, że często wstydzimy się, że terapii potrzebujemy. Oczywiście wcale nie musimy odpowiadać, a informacje o naszym zdrowiu mamy pełne prawo zachowywać w tajemnicy. Jednak piszę ten tekst m.in. po to, żeby pokazać wszystkim, którym takiej pewności jeszcze ciągle brak, że wstydem nie jest dbanie o swoje psychiczne zdrowie, wstydem jest nieodbycie terapii nigdy. Tak, kontrowersyjna teza. Tak, niektórzy Czytelnicy poczują się niewygodnie, a nawet będą próbowali ze mną na ten temat dyskutować. I dobrze – ten dyskomfort to sygnał od organizmu, że coś jednak jest na rzeczy.
Problemem nie jest zdiagnozowane zaburzenie osobowości. Problemem jest niezdiagnozowane zaburzenie osobowości, które utrudnia życie dotkniętej nim jednostki i – co gorsza – wszystkich jej bliskich. Zgoda co do tego, że nie każdy człowiek jest zaburzony, jednak każdy ma pewne cechy różnych zaburzeń i trzeba takie rzeczy o sobie wiedzieć.
Dziś już po niedługiej rozmowie z drugim człowiekiem na ogół umiem rozpoznać, czy kiedykolwiek terapię przeszedł. I nie boję się ani tych, którzy poważnie psychicznie chorują, ani tych, którzy są zaburzeni, ale się leczą. Boję się tych w swoim własnym mniemaniu „normalnych” i „zdrowych”.

Język terapeutów

fot. Marianna Patkowska

Nie byłabym sobą, gdybym podczas psychoterapii nie poczyniła pewnych językowych obserwacji. Każda branża ma przecież swój własny język. Pewne sformułowania są używane w sposób nie do końca właściwy (patrząc z perspektywy czystej polszczyzny), inne w sposób właściwy, ale niespotykany nigdzie indziej. Tak czy siak, czuję potrzebę odnotowania tego.

  • wyższościowość – słowo, z którym po raz pierwszy zetknęłam się w OLZON-ie. Jest to jakiś koszmarny twór niewystępujący oczywiście w Słowniku Języka Polskiego. Ponieważ pani kierownik OLZON-u nie umie poprawnie napisać „w Zakopanem”, uznałam, że z polszczyzną mówioną też ma kłopot. Tymczasem na Oddziale Dziennym Psychiatrycznym również było ono w użyciu. Szybko więc zrozumiałam, że to rodzaj psychologicznego żargonu. Rzeczywiście najczęściej pojawiało się ono w kontekście narcystycznego zaburzenia osobowości i oznaczało poczucie wyższości, nie zawsze w pełni uświadomione.
  • psychopatologia – cytując Wikipedię, psychopatologia to:

gałąź psychiatrii i psychologii klinicznej, której domeną jest opisywanie, wyjaśnianie i porządkowanie nieprawidłowych, chorobowych zjawisk psychicznych, którym przypisuje się znaczenie kliniczne, czyli objawów psychopatologicznych lub zespołów objawowych, a których rozpoznanie, analiza i ocena są przydatne w postępowaniu terapeutycznym. W szerszym rozumieniu, za przedmiot psychopatologii przyjmuje się opisywanie zaburzeń psychicznych (ten sposób rozumienia pojęcia psychopatologii dominuje w piśmiennictwie anglosaskim). Mianem psychopatologii określa się również zaburzenia psychiczne.

Wikipedia

Podczas psychoterapii ten termin był używany na ogół w tym ostatnim znaczeniu. Terapeutki wyjaśniały nam przy jego pomocy, które trudności wynikają u nas z samej konstrukcji naszego zaburzenia.

  • zwiewnie – użycie tego słowa dosyć mnie ujęło. Terapeutki posługiwały się nim wtedy, kiedy mówiliśmy o czymś nie do końca wprost. Kiedy coś było trudno uchwytne, ale odczuwalne.
  • fantazja – na szereg pytań dotyczących np. naszych reakcji nie umieliśmy odpowiedzieć. Ta niemoc była całkowicie akceptowalna, natomiast wtedy terapeutki często posługiwały się zwrotem:

– Nie pytam, jak jest. Pytam, jaką ma pani/pan fantazję. A może grupa ma jakąś fantazję, skąd u pani/pana X taka reakcja?

Fantazją nie są luźne skojarzenia, ale łączenie różnych faktów na nieco głębszym i bardziej psychologicznym poziomie. Dla przykładu jeśli ktoś po bardzo trudnej terapii zapada na anginę lub grypę, można powiedzieć, że po prostu zachorował, bo teraz wiele osób choruję, a można pofantazjować, która informacja na terapii była dla niego na tyle trudna, że jego organizm, broniąc się przed kontynuacją, się poddał, obniżając tym samym swoją odporność. (Oczywiście zasada numer jeden – nigdy nie mówimy o pacjencie, którego fizycznie z nami nie ma!)

  • i tu się zatrzymajmy… – to nasza ulubiona fraza kończąca albo cały terapeutyczny set, albo dany temat.

Zajęcia: psychoterapia grupowa

fot. Marianna Patkowska

Psychoterapii grupowej mieliśmy sześć godzin w tygodniu (dwa razy w tygodniu po dwa półtoragodzinne sety) i była ona zawsze prowadzona przez dwie psychoterapeutki. Przez określony czas mówi grupa (zaczyna kto chce i porusza temat, jaki chce). Potem do rozmowy dołączają terapeutki, na ogół stwierdzeniem:

– Rozumiem, że grupa mówi dziś…

I próbują podsumować naszą rozmowę. Tak, bardzo z grubsza, można opisać te zajęcia.
Jak bardzo wiele osób, które miały już do czynienia z terapią indywidualną, ale nie uczestniczyły jeszcze w grupowej, wierzyłam w następujące mity:

  • terapia grupowa mniej mi da niż indywidualna
  • nie zdążę poruszyć wszystkich swoich problemów
  • terapeutki nie zdążą się mną należycie zająć
  • nie dam rady się otworzyć tak jak podczas terapii indywidualnej

Uwaga, to wszystko nie jest prawdą! Żeby zrozumieć dlaczego, trzeba przyjrzeć się temu, jaki jest sens, a przede wszystkim cel psychoterapii grupowej. Rzadko kiedy jest tak, że pacjent zgłasza się do specjalisty z tym, że dotyka go konkretne zaburzenie, które chce leczyć. Na ogół nie jesteśmy świadomi swoich zaburzeń, nie umiemy ich nazwać. Idziemy do specjalisty, kiedy jesteśmy na tyle refleksyjni, by nie obwiniać całego świata o nasz utrudniony kontakt z nim. Czujemy, że jest w nas jakiś problem, którego nie umiemy nazwać. Jest to najczęściej problem, który uwidacznia się w naszych relacjach z ludźmi. Mądry lekarz (a do mądrej lekarki mam ogromne szczęście) szybko odkryje, że możemy mieć zaburzenie osobowości. Podczas terapii zarówno terapeuci, personel, grupa, jak i my sami przyglądamy się sobie właśnie w relacjach z grupą, personelem i terapeutami. Na tej podstawie, o czym pisałam wyżej, na sam koniec ustalana jest diagnoza.
Niemal każdy pacjent przechodzi (w dowolnej kolejności) przez spore zaangażowanie się w sprawy innych pacjentów oraz całej grupy, próbę zaistnienia na terapii ze swoimi problemami oraz frustrację i irytację tym, że konflikty w grupie (których na pewnym etapie nie da się uniknąć) i konieczność zażegnywania ich marnują jego cenny czas i oddalają możliwość rozwiązania tego, z czym przyszedł. I tu jest właśnie plot twist! Na terapii grupowej nie rozwiążemy problemów z osobami, których na terapii nie ma (z członkami rodziny, partnerami, małżonkami, pracodawcami, etc.)! Na terapii uzyskujemy głęboki wgląd w siebie, w swoje mechanizmy obronne, w pewien schemat, w jakim funkcjonujemy w grupie. Dlatego wszystko to, co podczas pobytu na terapii może się nam wydawać błahe, nieważne i marnujące nasz czas, jest niesamowicie istotne. Choć przed niektórymi otwieramy się mocniej i szybciej, a przed innymi nam trudniej, jednak trzy miesiące to wystarczająco dużo czasu, żeby wprawne terapeutyczne oko dostrzegło w naszym zachowaniu jakąś powtarzalność. Co ciekawe, terapeutyczne oko wbrew pozorom wcale nie musi należeć wyłącznie do wykwalifikowanych (i w nowotarskim szpitalu naprawdę wspaniałych!) terapeutek. Ale na ten temat napiszę więcej w rozdziale „Pacjent pacjentowi terapeutą”.
Jeśli miałabym spróbować opisać jednym tylko słowem sedno terapii grupowej, byłoby nim „wytrzymywanie”. Każdy z nas mierzył się z czymś trochę innym (tutaj znów muszę dać wyraz niesamowitemu podziwowi dla terapeutek, które pracując z grupą ludzi zaburzonych w rozmaity sposób, potrafiły z każdym z nich rozmawiać w sposób najbardziej dla niego terapeutycznie korzystny). Jeden „wytrzymywać” musiał swoje lęki, drugi agresję i chęć wyjścia z terapii, a trzeci senność, która miała go ochronić przed zbyt trudnymi do przyswojenia treściami. Każdy z nas wykonywał tytaniczną nieraz pracę. I z każdego z nas jestem niesamowicie dumna.

Zajęcia: psychoterapia
indywidualna na tle grupy

fot. Marianna Patkowska

Psychoterapia indywidualna na tle grupy odbywała się raz w tygodniu (półtoragodzinny set). Prowadziła ją jedna z terapeutek prowadzących także psychoterapię grupową. Jak sama nazwa wskazuje, podczas tych zajęć brane pod lupę były nie tyle relacje w całej grupie, ale konkretni pacjenci. Każdy mógł zacząć, wnosząc swój temat, a terapeutka wraz z resztą grupy przyglądała się sposobowi funkcjonowania pacjenta. Informacje zwrotne na swój temat, zarówno od terapeutki jak i grupy, są czymś niesłychanie cennym i ważnym, bo ludzie na ogół odbierają nas w dosyć podobny i spójny ze sobą sposób, choć często trudno się nam pogodzić z tym, że nasz obraz w ich głowie różni się od tego, który jest w naszej. Równocześnie od dawna powtarzam i będę powtarzać, że nie istnieje coś takiego jak prawda obiektywna. Nie chodzi więc o to, że ktoś, jakoś nas postrzegając, ma rację czy że my, jakoś widząc siebie, ją mamy. Chodzi o przyjęcie, że w oczach większej grupy osób pewien nasz obraz będzie przeważnie zbliżony. Na co składa się nie tylko to, co mówimy, ale też jak to mówimy i – co najważniejsze – jakie podświadomie wysyłamy sygnały. Więc jeśli chcemy, żeby był inny, musimy popracować nad sobą.

Zajęcia: psychorysunek

fot. Marianna Patkowska

Psychorysunek albo się kocha, albo się go nie znosi, ale zawsze, zawsze pokazuje o nas prawdę, której często boimy się wywlekać na światło dzienne. Przede wszystkim jest to praca z głęboką podświadomością, co może przerażać, ale ogromnie dużo daje. Podobnie jak psychoterapia indywidualna na tle grupy, psychorysunek również miał miejsce raz w tygodniu, ale trwał trzy godziny, a czasem nawet dłużej. (Prowadziła go druga z terapeutek prowadzących także psychoterapię grupową.)
W pierwszej części zajęć przy zgaszonym świetle, zamykając oczy relaksowaliśmy się. Psychoterapeutka kojącym głosem czytała tekst, przy którym mieliśmy po kolei rozluźniać wszystkie części ciała, a potem opisywała nam sceny, które mieliśmy sobie dokładnie wyobrazić. Zadawała też pytania, które nas nakierowywały. Na przykład:

Wyobraź sobie łąkę. Jaka jest teraz pora roku? Połóż się na niej i dotknij trawy. Jaka jest w dotyku? Jak się na tej łące czujesz? Co chciałbyś na niej zrobić? Możesz sobie wyobrazić wszystko, co zechcesz. Żadne wyobrażenie nie jest złe.

Przy głębokim rozluźnieniu i równocześnie skupieniu, można zobaczyć przed zamkniętymi oczami niesamowite obrazy. Potem każdy z pacjentów opowiadał o tym, co widział. (Nawet jeśli ktoś miał problem, żeby zobaczyć to, co sugerowała terapeutka, każde wyobrażenie było przydatne i potrzebne do dalszej pracy.) Czy było mi na samym początku łatwo opowiedzieć grupie obcych ludzi, że czułam się na łące bardzo nieswojo i źle, i jedyne, co mi przyszło do głowy, kiedy miałam sobie wyobrazić cokolwiek zechcę, to kompulsywna masturbacja? No, nie było. Dziś, kiedy już kilka psychorysunkowych symboli umiem odczytać, rozumiem, jakie to ważne, że odważyłam się powiedzieć wszystko. Bo rzeczywiście wszystko ma tu gigantyczne znaczenie.
Po opowiedzeniu snów na jawie, dostawaliśmy pół godziny do czterdziestu minut na narysowanie tego, co widzieliśmy. Nie byłam odosobnionym przypadkiem pacjenta przerażonego tym, że mój kompletny brak umiejętności rysowania po pierwsze mnie skompromituje (!), a po drugie wpłynie na interpretacje moich rysunków. Nic bardziej mylnego!
Potem każdy wystawiał swój rysunek na środek, a terapeutka wraz z grupą puszczali wodze fantazji, interpretując w najbardziej czasem odjechany sposób to, co na rysunku widzą (lub czasem też to, czego nie widzą). Nie potrafię wyjaśnić ki diabeł, ale wnioski, do jakich dochodziła czasem grupa były przerażająco trafne. I pod tą tezą myślę, że może się podpisać cała moja grupa.
Psychoterapeutka na końcu wyjaśniała nam symboliczne znaczenia poszczególnych pojęć oraz klucz, wg którego czyta się psychorysunek. Z tym, że wielokrotnie podkreślała, że nie ma to nic wspólnego z sennikami czy innymi pseudopsychologicznymi bzdetami. Zaznaczała też, że jest daleka od tego, by wszystkie nasze psychorysunki rozszyfrowywać wg jednego sztywnego wzoru. Bo choć istnieje pewien klucz, to nie można stosować go w oderwaniu od konkretnego pacjenta.

Zajęcia: psychoedukacja

fot. Marianna Patkowska

Psychoedukację mieliśmy raz w tygodniu. Były to godzinne zajęcia z trzecim psychoterapeutą, który przy pomocy slajdów omawiał z nami pewne psychologiczne zagadnienia, zapraszając nas do ciekawych dyskusji. Kiedy próbowałam Partnerowi o nich opowiedzieć, ale zapomniałam ich nazwy, nasz dialog wyglądał następująco:

– To takie zajęcia, na których pan nam pokazuje slajdy. Kurczę, to chyba z jakiegoś niemieckiego programu psychologicznego jest, bo on przepraszał, że w slajdach pojawiają się błędy z powodu automatycznego tłumaczenia ich z niemieckiego – wyjaśniam.
– Aha, czyli oglądacie na nich niemieckie slajdy. Ok, nic już więcej nie muszę wiedzieć.

– terapeutyczne Kochanków rozmowy

Od tego czasu cała grupa z nieskrywaną radością nazywała psychoedukację niemieckimi slajdami.

Zajęcia: terapia zajęciowa

fot. Marianna Patkowska

Terapia zajęciowa, nazywana przez większość „zajęciami plastycznymi”, wypełniała cały pozostały czas naszego pobytu na oddziale, wyłączając z tego piętnastominutowe przerwy (co półtorej godziny) oraz obiad. Z początku wydawało mi się, że to takie zajęcia zapchajdziura, bo nikt nie zniósłby przecież pięciu godzin terapii dziennie pięć dni w tygodniu. Po jakimś czasie okazało się, że terapia zajęciowa, na której kiedy mieliśmy mniej czasu, kolorowaliśmy kolorowanki i mandale, a kiedy więcej – wyszywaliśmy, lepiliśmy z masy papierowej czy uczyliśmy się wiązać makramy, ma zdecydowanie głębszy sens. Uczy nas odrywać się od bardzo trudnych i intensywnych myśli (terapie bywają naprawdę bolesne) i przekierowywać całe swoje napięcie na realne bycie tu i teraz. Dla większości z nas wyjście z wiru własnego nakręcania się było wręcz nieosiągalne. Tymczasem dopiero podczas terapii zajęciowej prowadzonej przez dwie najwspanialsze istoty na świecie nieoczekiwanie zyskaliśmy narzędzia do radzenia sobie z tzw. odpuszczaniem. Kiedy wpadam w swoje lęki, nie umiem wyhamować na zakrętach, a co dopiero odpuścić. Dziś po terapii nałogowo szyję, co potrafi mnie tak pochłonąć i zmienić tor moich myśli, że w krytycznych momentach męczę się już dużo mniej niż kiedyś.

Pacjent pacjentowi terapeutą

fot. Marianna Patkowska

Pewnym paradoksem terapii grupowej jest ten, że przychodzimy po pomoc do wykwalifikowanych terapeutów, a tak naprawdę otrzymujemy ją nie tylko od nich, ale też (jeśli wręcz nie przede wszystkim) od grupy, która składa się z osób zaburzonych i również potrzebujących pomocy. Jeśli nasze zaburzenie nie łączy się z brakiem empatii, szybko odkryjemy, że sami też możemy okazać się całkiem niezłymi terapeutami dla innych. Stwierdzenie wypowiedziane przez jedną z psychoterapeutek, które wywróciło do góry nogami światopogląd wielu pacjentów, w tym także mój, brzmiało następująco:

– Wielu z was chce się najpierw naprawić, by móc tworzyć zdrowe relacje. Tymczasem naprawić was mogą… właśnie zdrowe relacje.

Z tym, że nie chodzi tu wcale o wejście w byle jakie relacje, otaczanie się masą dalekich znajomych i uciekanie od samego siebie. Kluczem są tu właśnie zdrowe relacje. Naprawianie siebie to trwająca latami praca terapeutyczna – zarówno terapia ze specjalistą, jak i autoterapia. Im bliżej jej końca, tym będzie nam łatwiej budować zdrowe relacje, w których to my będziemy partnerem nietoksycznym. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by w trakcie terapii nawiązywać wartościowe relacje przy świadomości, że sami jesteśmy ciągle jeszcze w procesie zdrowienia. Myślę, że należy mówić o tym głośno.
Przez cały mój pobyt na oddziale zarówno w mojej głowie, jak i podczas terapii przewijał się wątek balansowania między wybieraniem siebie samej, a wybieraniem innych ludzi. Na jednej z moich ostatnich terapii poruszaliśmy temat lęku przed powrotem do normalnego życia, bo wraz ze mną odchodziło jeszcze kilka osób z grupy. Kiedy jedna z terapeutek zapytała, co tak mocno odróżnia życie poza oddziałem od życia na oddziale, bez wahania stwierdziłam, że „wytrzymywanie”. Znam siebie i wiem, że kiedy sytuacja mnie przerasta, uciekam od relacji, by w zupełnie nierelacyjny sposób, czyli… poza relacją, przeżyć wszystko to, co mnie w niej zabolało. Innymi słowy zamiast zobaczyć swoją część w relacji, dostrzec swoją w niej obecność, pozwolić sobie na wyrażenie frustracji, złości czy smutku, ja zabieram sobie te wszystkie trudne emocje do pudełeczka, zamykam relację na cztery spusty i zostaję z tym całym bagażem zupełnie bez sensu. I bez relacji. Konieczność „wytrzymywania” sprawiła, że ze łzami w oczach i z ogromnym trudem powiedziałam osobie, z którą się bardzo podczas terapii zżyłam, że się na nią pogniewałam. I choć gdzieś tam wiedziałam, że wina nie była całkowicie po jej stronie, moim zadaniem było nie tłumaczenie jej, nie szukanie prawdy obiektywnej czy bycie najsprawiedliwszą wśród sprawiedliwych, tylko skupienie się na własnych emocjach. A te były takie, że się chwilowo, acz intensywnie zezłościłam na koleżankę. Zmierzenie się z koniecznością wytrzymania tego było jednym z najważniejszych punktów zwrotnych terapii. Terapeutka – kiedy przypomniałam tę sytuację – zadała proste pytanie:

– A dlaczego łatwiej wytrzymywać na oddziale niż poza oddziałem?

I wtedy pojawiło się olśnienie! Gdybym miała się na oddziale zachować w przytoczonej sytuacji tak, jak zwykle w relacjach poza nim, musiałabym przerwać terapię (czyli… definitywnie uciec od relacji), a choć niesamowicie zbliżyłam się do ludzi, z którymi na terapię chodziłam, jednak poszłam na nią przecież ze względu na siebie samą. Czułam więc, że jak by nie było trudno, ucieczka z terapii nie wchodzi nawet w grę, bo to coś, co robię dla siebie. Chyba po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, że mam w sobie prawdziwe wsparcie. No i… terapeutki miały rację! Poza oddziałem też tak można, a nawet trzeba. Ale ktoś musiał mi to wcześniej pokazać.

Odpowiedzialność rodziców

fot. Marianna Patkowska

Odpowiedzialność rodziców za zaburzenia dzieci jest czymś bardzo bolesnym i trudnym do przyjęcia. Zarówno dla rodziców, jak często samych zaburzonych zdrowiejących pacjentów. Rodzice z biegiem lat doświadczają też często niestety cudu niepamięci.
Myślę, że trzeba pozwolić sobie na przeżycie zdrowej i oczyszczającej złości na rodziców nie za bliżej nieokreślone wszystko, tylko za faktyczne błędy, które popełnili i które umiemy po latach dostrzec i nazwać. Złości pozbawionej poczucia winy za jej odczuwanie, czy równoległego tłumaczenia sobie intencji rodziców (przy realnych krzywdach intencje sprawcy mają drugorzędne znaczenie). Złości niepodszytej nienawiścią. Złości, która jest bardzo potrzebną emocją, a którą najczęściej w sobie tłumimy (i każemy tłumić bardzo małym dzieciom – w nas najprawdopodobniej również była kiedyś tak tłumiona). Złości, która przeminie i nie zostawi po sobie zgliszczy. Złości, która oderwie nas od wpajanego nam od najmłodszych lat poczucia odpowiedzialności za samopoczucie innych ludzi (nie, ta odpowiedzialność wcale nie jest nasza!). Złości, która być może przerwie ciągle nieprzerwaną pępowinę. Wreszcie złości, która uświadomi nam, że dziś tylko i wyłącznie my sami odpowiadamy za siebie. Możemy uleczyć swoje rany, stworzyć lepsze relacje czy w końcu wybrać nieobciążanie siebie chowaniem urazy. Innymi słowy złości, która sprawi, że wreszcie wybierzemy siebie, co uzdrowi wszystkie nasze relacje.

Diagnoza

fot. Marianna Patkowska

Pogodzenie się z diagnozą – jaka by się nie okazała – jest często dla pacjentów czymś trudnym. Tak też było w moim przypadku. W połowie terapii zaczęłam dostrzegać w sobie cechy narcystyczne, co w połączeniu z diagnozą osobowości narcystycznej, którą bez słowa wyjaśnienia dostałam na OLZON-ie, wpędziło mnie w panikę. To zresztą był ważny moment w mojej terapii, bo sama moja reakcja na, jak to uroczo ujęła jedna z terapeutek:

słowo na „n”

na pewno pomogła obserwującym mnie specjalistom w ustaleniu właściwej diagnozy.

osobowość histrioniczna

Dlaczego ta diagnoza tak mnie zszokowała? Pewnie dlatego, że mało o tym zaburzeniu wiedziałam. Kojarzyło mi się z teatralnością, przerysowaniem, mocnym makijażem, dużymi kapeluszami (choć nie mam nic do kobiet w kapeluszach), głośnym mówieniem i egzaltacją. A choć jestem w stanie przyjąć, że teatralność realizuję podczas swoich blogowych sesji fotograficznych – które są jednak bardziej spełnieniem moich fantazji i artystycznych wizji, a nie odwzorowywaniem rzeczywistości  – nie czułam, że powyższy opis do mnie pasuje.
Terapeutki podczas wypisu bardzo szczegółowo wytłumaczyły mi, że choć tak pojęta teatralność czy przerysowanie mnie akurat nie dotyczą, to jest we mnie duża potrzeba aprobaty, która jednak nie wynika, jak w przypadku narcystycznego zaburzenia osobowości, z poczucia pustki, ale z lęku. Podziw innych mnie uspakaja i niestety to w nim właśnie (na bardzo wczesnym etapie rozwoju) ulokowałam swoje poczucie wartości. Dziś ma to dla mnie ogromny sens i wyjaśnia mi, czemu w bardzo konkretnych sytuacjach dopadają mnie irracjonalne, ale kompletnie destrukcyjne lęki. Równocześnie dowiedziałam się, że choć przez całą terapię (nie licząc czterech ostatnich przełomowych dni) chodziłam na oddział bez makijażu w wygodnych, niezwracających uwagi ubraniach, cały czas wyróżniałam się i uwodziłam grupę swoim dobrem, empatią i rozumieniem wszystkich. I teraz bardzo chciałabym być dobrze zrozumiana. Po pierwsze biorę słowa terapeutek raz, że na klatę, a dwa całkowicie na serio. Wiadomo, że fajnie jest być dobrym, empatycznym czy rozumiejącym. Całkiem spoko jest też uwodzić bez makijażu i sexy ciuszków (trochę żartuję, a trochę nie). Jeśli komukolwiek przez swoją psychopatologię mogłam coś dać, to fantastycznie. Jednak problem tkwi w tym, że mogłam to nieświadomie robić też po to, by zyskać wspomnianą aprobatę i z niej czerpać poczucie wartości. A jego nie tam powinnam się dopatrywać! Plus im lepiej rozumiałam innych, tym bardziej znikałam. Na jednej terapii któraś z psychoterapeutek zapytała:

Czy chcę być zapamiętana przez grupę jako ta, która czasem bywa nieznośna, czasem irytująca, ale czasem dobra i pomocna, mająca swoje zdanie i charakter? Czy jako ta dobra, zawsze rozumiejąca, zawsze będąca obok, ale nie do końca określona, rozmyta?

Oczywiście tym razem cytuję z pamięci. Pytania te były bardzo trudne, ale zadane w sposób empatyczny i otwierający mi szeroko oczy. Jeśli niektórzy z moich Czytelników, znając mnie tylko z moich tekstów, zaczną dyskutować z tym, że mój charakter mógłby być rozmyty czy niewyraźny, pragnę zaznaczyć, że pisanie nie jest relacyjne. Na terapii nie zajmujemy się tym, jaki ktoś jest w głębi duszy, tylko tym, jaki jest w relacjach z innymi ludźmi. Kiedy usłyszałam te słowa, postanowiłam przypomnieć sobie oglądany przeze mnie już chyba pięć razy, ale dawno temu, najwybitniejszy moim zdaniem film Woody’ego Allena „Zelig”. I wbiło mnie w fotel, bo w przerysowany, nomen omen, i przezabawny sposób Allen ukazał mój problem – zlewanie się z tłem w relacji. Nieumiejętność dostrzeżenia swojej relacyjnej odrębności.
Czy zakończenie pobytu na oddziale dziennym i poznanie diagnozy sprawi, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie problemy same się rozwiążą? Oczywiście nie. Proces terapii trwa nadal, a ja mam do przyswojenia całą masę trudnych wiadomości i zmienianie swoich mechanizmów obronnych. A że mózg bardzo się w takich sytuacjach buntuje, więc na razie przypomina to raczej drogę przez mękę. Jednak nie udałoby mi się dostrzec tylu rzeczy w tak krótkim czasie, gdybym nie trafiła po pierwsze na oddział dzienny, a po drugie do tak wspaniałego miejsca!

P.S. Na deser łączę piosenkę, od której zdołałam się uzależnić i której słuchałam przeważnie w drodze do Nowego Targu na rozbudzenie, a potem z Nowego Targu do domu, by się trochę porozpraszać.
Przyznam szczerze, że nie przypuszczałam, że opuszczenie Oddziału będzie takie trudne…

Rok 2022 oczami nNi – podsumowanNie

Do tej pory pewną blogową tradycją było moje podsumowywanie każdego kończącego się roku w jego ostatnim dniu wyborem najważniejszych dla mnie tekstów – po jednym z każdego miesiąca. W mijającym roku niestety nie zdążyłam z takim wpisem. Przytłoczył mnie nadmiar obowiązków i niemal całkowity brak wolnego. Wracam jednak z podsumowanNiem 2022 roku w troszkę odmienionej formie dzisiaj, pod koniec pierwszego tygodnia nowego roku.

W styczniu przede wszystkim czytałam i recenzowałam przeczytane książki, a szczególne miejsce w moim sercu zajęła „Moja lewa joga” Pauliny Młynarskiej. Niechętnie cytuję tu siebie samą, ale wydaje mi się, że wszystko, co najważniejsze, zawarłam w tekście „8 kobiet na 8 marca (kwiecień 2021 – marzec 2022)” we fragmencie poświęconym właśnie Paulinie Młynarskiej.

„Moja lewa joga” Pauliny Młynarskiej jest jedną z tych książek, które mnie zachwyciły, porządkując mi w głowie wiele spraw. Dodatkowo poczułam jakąś więź z Autorką, co mnie ostatecznie pchnęło ku temu, by do niej napisać i podesłać swoją recenzję. Kiedy następnego dnia rano dostałam od Pauliny Młynarskiej przemiłą odpowiedź wraz z pytaniem, czy może opublikować na swoim fanpage’u link do mojej recenzji, bo ją „poruszyła”, myślałam, że śnię. Wtedy również poznałam magię tzw. zasięgów – w ciągu niecałej doby miałam prawie 2,5 tysiąca blogowych wyświetleń, co nie zdarzyło się tu nigdy wcześniej, ani też nigdy później (dla porównania, w ciągu doby są to na ogół liczby dwucyfrowe). 24 stycznia jest dniem, który bardzo się w moich blogowych statystykach wyróżnił, bezpowrotnie zmieniając drugą połowę miesiąca w wielkiego graficznego fucka.
Pani Paulino, serdecznie dziękuję! 🌷

„8 kobiet na 8 marca (kwiecień 2021 – marzec 2022)”

Styczniowym tekstem niech więc zostanie recenzja:

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Z tekstów powstałych w lutym wybór jednego jest dla mnie bardzo trudny, więc wskażę dwa. Pierwszy to buntowniczy:

Wpis powstały pod wpływem lektury wspomnianej wyżej „Mojej lewej jogi” Pauliny Młynarskiej w poświątecznej goryczy i poczuciu stłamszenia.

A drugi to walentynkowy:

Bo czym byłoby blogowe życie bez obchodzenia Walentynek stosownym tekstem…

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Lektura poruszającej książki „Dar. 12 lekcji, dzięki którym odmienisz swoje życie” Edith Eger, bardzo dużo we mnie pootwierała, więc z przyjemnością podzieliłam się z Czytelnikami mojego bloga jej recenzją:

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

W kwietniu udało się nam wyskoczyć na pierwsze wspólne – i po sezonie bardzo zasłużone! – mini wakacje… do Krynicy Zdroju. Mój wewnętrzny kronikarz nie pozwolił mi nie pozostawić po tym wydarzeniu blogowego śladu:

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

W maju było tu bardzo cicho i pusto. Siedziałam nad morzem, zmuszając się do długich spacerów i uładzenia w ich trakcie myśli. Przeczytałam też znakomitą książkę, którą zrecenzowałam dopiero w czerwcu, mianowicie:

Najwyraźniej patronką mijającego roku była dla mnie Paulina Młynarska; nie mógł więc być aż tak zły, jak mi się czasem wydawało…

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

W czerwcu podzieliłam się z Czytelnikami swoją pierwszą w tym sezonie nadmorską sesją zdjęciową, którą zilustrowałam wpis:

Zawsze, kiedy piszę tekst, w którym poruszam ważny dla siebie feministyczny temat, czuję się przytłoczona koniecznością tłumaczenia kwestii dla mnie kompletnie oczywistych, a dla tak wielu ludzi nadal niezrozumiałych. Przytłoczenie nie wynika z faktu, że myślimy inaczej (to bywa irytujące, ale bywa też bardzo inspirujące). Przytłoczenie wynika z przekonania, że bardzo chcę dla siebie i swoich dzieci świata tolerancyjnego, otwartego, empatycznego, czułego, mądrego, wymagającego. A wszystko to, co ważne, zaczyna się od edukacji na najwcześniejszym poziomie. I do niej jest niestety potrzebna świadomość nie tylko wybranych jednostek, które coś tam dzieciom przekażą w domu, tylko całego społeczeństwa, mediów, szkół, osób rządzących i tych, którzy rządzących wybierają. Można się w wielu kwestiach z feministkami nie zgadzać. Można wielu osób głoszących dość radykalne feministyczne (czy aby na pewno feministyczne…?) przekonania nie poważać. Ale… w XXI wieku przy powszechnym dostępie do wiedzy stanowcze odżegnywanie się od feminizmu czy wręcz szczycenie się tym, że się, będąc kobietą, feministką nie jest, to coś, co mnie nieustająco zasmuca. Feminizm to równość. Nie ma we mnie zgody na odrzucanie równości. Nie oznacza to jednak, że nie warto dopytać, co ktoś pod tym pojęciem rozumie, bo ludzie mają bardzo różne kompetencje intelektualne.

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

W lipcu miałam jedno z milszych doświadczeń swojego życia, mianowicie psa pod dwutygodniową opieką! Tę cudowną przygodę opisałam w tekście:

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

W sierpniu pracowałam przez dosłownie chwilę w gdańskim sex shopie i była to jedna z lepszych prac poniżej moich kwalifikacji ever! Ogrom fascynującej wiedzy, którą musiałam w krótkim czasie przyswoić mocno mnie stymulował intelektualnie. Poznałam też przemiłe osoby i przekonałam się, że moja niezdrowa relacja z pornografią na coś się jednak może czasem przydać. Nie udało mi się tam zagrzać miejsca z przyczyn od nikogo niezależnych, ale jestem niezwykle wdzięczna losowi, że mogłam mieć takie doświadczenie. Swoje wrażenia opisałam w tekście:

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Wrzesień obfitował w ważne dla mnie teksty, spośród których nie dam rady wybrać jednego. Pierwszym był opis moich zmagań z przemocową krakowską służbą zdrowia:

Na drugim miejscu są dwa teksty, które mogą stanowić dwie części jednej historii – opisu moich nadmorskich refleksji:

Trzeci, choć ściśle wiąże się z przygodami, jakie miałam na północy Polski, ma jednak inny charakter niż dwa powyższe wpisy. Po raz pierwszy po przeszło dwóch dekadach wsiadłam na rower, oswoiłam swoją  związaną z nim traumę i zaczęłam się poruszać prawie wszędzie w ten właśnie sposób. Wszystko opisałam w tekście:

Dodatkowo sesja zdjęciowa do niego była jedną z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych tego lata; po drugiej stronie obiektywu stanął oczywiście mój nieoceniony Partner.

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

Do napisania październikowego tekstu dojrzewałam co najmniej od czerwca, choć potrzeba poruszenia tego tematu narastała we mnie już od kilku dobrych lat. Co oznaczają w naszym życiu nagłe utraty bliskich ludzi? W jaki sposób wycofać się z relacji, która przestała nam służyć? Jak przetrwać bycie zranionym? Jak przetrwać nieuniknione zranienie innych swoimi decyzjami? Jak ranić jak najmniej? Czy po napisaniu tego tekstu już wiem? Nadal nie, ale wyrzucenie z siebie tych wszystkich pytań otworzyło we mnie przestrzeń do dyskusji z samą sobą i ze światem. Dziś te pytania przerażają mnie mniej. Budzą mniej napięcia.

Równocześnie w październiku ruszyłam też z czymś zupełnie dla siebie nowym. Zaczęłam prowadzić podcast:

Towarzyszyła mi ekscytacja, ale też przerażenie. Przemiła i ciepła reakcja Słuchaczy przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Odcinki nie pojawiają się regularnie, bo sama formuła podcastu wymaga ode mnie bardzo dużych nakładów czasu i pracy. Na razie na stronie podcastu można posłuchać tylko dwóch odcinków, nad dwoma kolejnymi pracuję, mam więc nadzieję, że pojawią się niebawem.

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

W listopadzie odbyło się jedno z najważniejszych dla mnie wydarzeń kulturalnych tego roku, o ile nie kilku ostatnich lat:

koncert zainicjowany przez kompozytora i wiolonczelistę Roberta Jędrzejewskiego. Nie dodam już nic do swojego tekstu (dokończonego i opublikowanego dopiero na początku grudnia), bo napisanie go kosztowało mnie mnóstwo stresu. Z jednej strony chciałam jak najwierniej przekazać swoje wrażenia, a z drugiej, nie pomylić się w faktach. Kompozytorzy żyjący przy całym swoim uroku mają ten minus, że kiedy napiszemy coś nie tak, zdołają to błyskawicznie wychwycić!

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

W mijającym roku przeżyłam swoje pierwsze nie-Święta i było to doświadczenie absolutnie cudowne! Opisałam je w tekście:

Pewną coroczną tradycją jest kpienie z Sylwestra Marzeń w Zakopanem, który odbywa się tuż pod moimi oknami. (Chociaż bardziej od samego Sylwestra drażnią mnie zaczynające się już na kilka dni przed nim próby, podczas których cały dom drży w posadach.) Pomijając już kwestię ogłupiania narodu plebejską muzyczną papko-żenadą, zastanawiam się, co o naszym narodzie mówi kosztowne i huczne obchodzenie Sylwestra w kontekście trwającej tuż za naszą granicą wojny

 fot. Bożena Szuj/Marianna Patkowska

P.S. Na deser wrzucam piosenkę Melanie C, która niezwykle mi zaimponowała decyzją o niewystąpieniu na wspomnianym Sylwestrze podjętą w momencie, w którym została uświadomiona o homofobicznej propagandzie uprawianej w naszej „publicznej”, choć już dawno reżimowej telewizji. Nie jestem fanką jej muzyki, ale była jedyną spicetką, na którą zwróciłam uwagę, ze względu na ciekawą barwę głosu. Publikuję dość starą jej piosenkę, do której zawsze miałam pewną słabość.

P.S. 2 Wszystkim swoim Czytelnikom życzę spokoju, wewnętrznej harmonii i odnalezienia swojej drogi w tym ciągle jeszcze nowym, 2023 roku!

Grinch: Świąt nie było

fot. Marianna Patkowska

W tym roku po raz drugi w życiu postanowiłam obejść Święta inaczej. Za pierwszym razem był to wyjazd na ukochane Thassos trzynaście lat temu, trudny dla mnie o tyle, że nierozumiany przez nikogo z bliskich. Atakowano mnie zewsząd straszliwymi argumentami o tym, że święta się powinno spędzać z rodziną, a nie ukochaną wyspą, choć czułam to zupełnie inaczej. Magiczne Thassos nie ferowało wyroków, co wypada, a co nie. Magiczne Thassos uwodziło i wzywało, a ja się temu poddałam. Niestety uczucia ulokowałam nie tylko w wyspie… Koniec końców połowę Wigilii spędziłam zamknięta w łazience, siedząc i płacząc na zimnej posadzce. Bałam się, że wściekłość mojego ówczesnego konkubenta przerodzi się w przemoc fizyczną, która jawiła mi się jak najgorszy z możliwych scenariuszy. Dopiero trzy lata później miałam się przekonać, że nie jest ona wcale od psychicznej gorsza. (Jeśli ktoś zapyta, czemu było tak źle właśnie w Wigilię, spieszę wyjaśnić, że w kulturze, z której się wywodził konkubent, Wigilii się nie obchodzi; podczas pierwszego dnia Świąt był za to najlepszą wersją siebie – uroczy i czarujący dla mnie oraz gości, przed którymi zagrałam jedną z najlepszych ról życia.)
W tym roku moje wyłamanie się ze schematu nie było obarczone poczuciem winy (tak, ofiary wpadają niestety w kompletnie irracjonalne poczucie winy), nie było igraniem z niebezpieczeństwem czy próbą udowodnienia komukolwiek czegokolwiek. W tym roku po prostu nie miałam na Święta ani ochoty, ani siły. I była to najcudowniejsza decyzja, która przyniosła mi szczęście i spokój!

🎄W procesie terapeutycznym

fot. Bożena Szuj

Po szokujących doświadczeniach w Szpitalu im. dra Józefa Babińskiego w Krakowie bałam się dalej szukać pomocy. Na szczęście mam bardzo mądrą psychiatrę, dzięki której jestem właśnie w procesie terapeutycznym. Terapia grupowa prowadzona przez profesjonalistów, którzy nie są – jak w Krakowie – przypadkową zbieraniną sadystycznych psychopatów, to coś, przez co każdy człowiek na jakimś etapie swojego życia powinien przejść. Profesjonalizm i empatia personelu nie oznacza wcale, że słyszymy tylko to, co chcemy usłyszeć. Zaryzykowałabym wręcz tezę, że rzadko kiedy słyszymy to, co chcielibyśmy usłyszeć i że to, co słyszymy często nas boli, często czujemy się (a nawet jesteśmy) tym, co słyszymy, atakowani. Każdy dzień to ogrom wiedzy do przyswojenia; to masa powodów do refleksji, ale też buntu. Mózg lubi wygodę. Kiedy zmieniamy swoje mechanizmy, on tak łatwo nie odpuszcza. Świadoma terapia to codzienna niełatwa praca. Częste upadki i nieopuszczające uczucie pogubienia. Żeby poskładać się na nowo, trzeba się najpierw rozłożyć. Jestem dziś chyba najmniej w swoim życiu stabilna, ale cel, który przed sobą widzę, dodaje mi sił. Cel i oczywiście mój nieoceniony Partner, którego bliskość, cierpliwość i miłość są moim oparciem. Czułam, że to, czego najmniej teraz potrzebuję, to napięcia, które niosą ze sobą wspólne rodzinne święta. Być może moje terapeutki byłyby innego zdania, bo relacje mają też moc uzdrawiania, ale to nie był jeszcze dla mnie dobry czas.
Moja prośba została przyjęta z dużym zrozumieniem i życzliwością. Kropką nad „i” była grypa, która złapała mnie przed Świętami i trzyma niestety do dzisiaj, ale nawet ona nie przeszkodziła mi cieszyć się tym czasem!

fot. Bożena Szuj

🎄Wszystko (i tylko) to, co lubimy

fot. Marianna Patkowska

Jeśli chodzi o nieobchodzenie Świąt, nie było to coś, do czego musiałam Partnera przekonywać. On, tak samo jak ja, nigdy za Bożym Narodzeniem specjalnie nie przepadał. W dzieciństwie lubiłam oczywiście prezenty (właściwie do dziś je lubię), ale ze świąt tak naprawdę i szczerze uwielbiałam tylko Wszystkich Świętych. Potem coś we mnie drgnęło, kiedy pracowałam w szkole. Widząc radość dzieci, zmieniłam swoje nastawienie do Bożego Narodzenia na nieco bardziej przychylne.
Kiedy jednak zaczęłam się zastanawiać, co najbardziej w tych świętach lubię dzisiaj, uświadomiłam sobie, że tylko ich komercyjną i powierzchowną stronę. Nie zamierzam się tego wstydzić. Dekorowanie świątecznego kącika w domu sprawiło mi ogromną przyjemność. Już tydzień wcześniej zaczęłam wyszywać i sklejać świąteczne stroiki (widoczne na zdjęciach). Spełniłam swoją estetyczną potrzebę, równocześnie spełniając się też artystycznie. Ale nic więcej. Żadnej przyciężkawej pięknej czy niepięknej (kwestia gustu) tradycji. Żadnego gryzienia się w język i kopania w kostki pod stołem oraz poczucia winy za bycie sobą. Żadnego urabiania się po łokcie, by i tak docelowo któregoś elementu nie przygotować wystarczająco tradycyjnie. I wreszcie – last but not least – żadnych kolęd – tylko wszechogarniająca lekkość!

fot. Marianna Patkowska

🎄Burgery w Wigilię?

fot. Bożena Szuj

Oprócz potrzeby świątecznego przystrojenia jednego kącika, odczuwałam też inną, żeby dom był wysprzątany, w czym znacznie mnie (chorą i osłabioną) odciążył mój nieoceniony Partner. Kiedy wszystko było już posprzątane i gotowe, poczuliśmy obydwoje błogość wynikającą z faktu, że absolutnie niczego nie musimy. Nie przygotowaliśmy Wigilii. Kiedy zgłodnieliśmy, zjedliśmy mój specjalnie na tę okazję skomponowany krem bryndzowo-oscypkowy z borowikami i czosnkową nutą. Na drugie miały być wege burgery naszych marzeń i snów, ale… okazało się, że jesteśmy przejedzeni zupą. Żadnego przymusu, żadnej presji. Dokończyliśmy oglądanie serialu na Netflixie, a wieczorem wypiliśmy po grzańcu (choć w chorobie nie piję, niedużo tego właśnie trunku chyba dobrze mi zrobiło).
Pierwszego dnia Świąt zafundowaliśmy sobie za to burgerowe szaleństwo! Nawet nie wiem, czemu to tak ważna dla nas potrawa, ale od kiedy przygotowałam ją po raz pierwszy, Partner często ją wspomina. Kiedyś nawet podjęliśmy nimi gościa, który stwierdził tylko, że „to nie mięso”. (No jacha, że nie mięso, przecież jesteśmy wege!) Dobra Kaloria wypuściła burgery roślinne à la wołowe, które postanowiłam przetestować. Zwykły ser zastąpiłam pomarańczowym Mimolette, a gotowy sos do hamburgerów własnym dipem czosnkowym. Dodałam też oprócz liści sałaty mieszankę młodych liści. Partner zrobił doskonałe jak zawsze frytki i do końca dnia nie mogliśmy się ruszać. A wieczorem orgazm dla duszy – „Miasto Kobiet” Felliniego…

fot. Marianna Patkowska

🎄Żadnych napięć…?

fot. Bożena Szuj

Jestem introwertykiem i samotnikiem. Obecność ludzi, zwłaszcza w większym natężeniu, mnie męczy. Definicja tłoku to dla mnie „≥ 2”. Jesteśmy ponoć gatunkiem stadnym. Terapia uczy mnie tego, że dobre relacje z ludźmi nas uzdrawiają i naprawiają. Jednak czasem możemy znieść tylko tyle, ile możemy. Czy, będąc w jakiejkolwiek relacji, da się w ogóle uniknąć napięć? Myślę, że nie, ale im lepsza relacja, tym po pierwsze jest ich mniej, a po drugie – chyba jeszcze ważniejsze – tym lepiej umiemy sobie z nimi radzić.
Wiem, że pokonuję właśnie dość trudną i wyboistą drogę po to, żeby się w relacjach z ludźmi odnajdywać. By przestać się rozpaczliwie miotać między dobrem własnym a subiektywnie pojętym „dobrem cudzym” i zacząć w zdrowy i asertywny sposób wybierać zawsze siebie, nie krzywdząc przy okazji innych. Czasem jednak tęsknię za swoją wymarzoną we wczesnym dzieciństwie pustelnią w skale i wyobrażeniem, że mogłabym ludzi po prostu nie potrzebować.

fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser jedna z kilku świątecznych piosenek, które naprawdę lubię.

fot. Marianna Patkowska

Kochanków rozmowy… cz. 8

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Ponieważ moje, trwające już dwa i pół roku, życie w związku obfituje w codzienną porcję dialogów, które uwielbiam, jakiś czas temu zaczęłam prowadzić na swoim fejsbukowym profilu cykl „Kochanków rozmowy”. Ponieważ cieszy się on dużą sympatią i popularnością wśród znajomych, postanowiłam publikować go w postaci blogowych wpisów.
Wybór takiego właśnie tytułu, jak zwykle u mnie, nie był przypadkowy, lecz głęboko przemyślany. Podkreśla dwie rzeczy, bez których udany związek nie istnieje: nieplatoniczność relacji oraz rozmowę. Mam w ogóle wrażenie, że rozmawiamy ze sobą bezustanNie, nawet milcząc, choć już słyszę uchem wyobraźni przytyki Kochanka, że ja milczę zdecydowanie rzadziej. Niech Mu będzie!

Zapraszam na kolejny, ósmy już, wpis „Z cyklu kochanków rozmowy”.

☎️ Z cyklu telefoniczne kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy przez telefon…

Z cyklu telefoniczne kochanków rozmowy…
– Wracam już do domu – melduję Kochankowi. – A Ty? Gdzie jesteś?
– No właśnie idę do ślusarza.
– Mmm 😈 I będzie dużo śluzu? 😈
– 🙉🙉🙉 Ślusarza, a nie „śluzarza”, głupia Babo! Zboczona! 🙈🙈🙈
🤣🤣🤣 #NoDobra #ToNieByłMójNajlepszyTekst #AleWartoByło #Zaryzykować

👟 Z cyklu spacerowe kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy na spacerach…

Z cyklu spacerowe kochanków rozmowy…
Rozmawiamy o dniu Wszystkich Świętych i generalnie grobach.
– Wiesz – mówię Kochankowi, – z jednej strony lubię chodzić na Powązki, a z drugiej nie lubię stać nad grobem taty. On żyje w innych ludziach, w ich sercach, głowach. Zawsze był wolnym duchem. A takie ograniczenie go do jednego smutnego miejsca i do tych… No, tych…
– ? – patrzy pytająco Kochanek.
– No tych… Co zostaje po ludziach po kremacji? – próbuję doprecyzować.
– Crème de la crème? – pyta Kochanek.
🤣🤣🤣 #Prochy #ChodziłoOProchy #ChoćNiewieleMająWspólnego #ZeSłowemKremacja

☕ Z cyklu poranNe kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy rano…

Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
– Ale coś mówiłeś i przerwałeś – irytuję się na Kochanka. – Że „najlepszą obroną jest…” Co? Atak?
– … serca.
– 🤣🤣🤣
#MądrzePrawi #ToCałkiemDobraObrona

Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
Łaskoczę Kochanka i mówię:
– Gili gili gili 🤪 Gili gili gili 🤪
– 🤣🤣🤣
– Pamiętasz? Był taki mem, gdzie dwa gile siedziały na gałęzi i się łaskotały, mówiąc: „ludzi ludzi ludzi”?
– Tak, pamiętam! 🤭 – przypomina sobie Kochanek.
– Myślisz, że one naprawdę mogą tak robić? 🤔 – pytam.
– Tak, zwłaszcza te z nosa 🤷🙈
🤣🤣🤣 #NoI #Nadal #NieWiem

Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
Przytulam mocno Kochanka, bo dał mi rozmowę, wsparcie i zrozumienie, kiedy bardzo tego potrzebowałam.
– Jesteś moim nNajlepszym przyjacielem – mówię Mu.
– … człowieka…
– „Jak pies!- powiedział do siebie. Było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć” – zarecytowałam. 🤷‍♀️
#KiedyKafkaWjedzieZaMocno #JeszczePrzedPorannąKawką

Z cyklu poranne kochanków rozmowy…
– Wiesz, że nasz kolega może być też wysoko wrażliwy, jak ja? – pytam, podekscytowana Kochanka.
– Nawet jeśli tak, to on to znakomicie ogarnął – stwierdza Kochanek. – Jest spokojny, wyważony, skupiony, uważnie słucha. Nie jest, jak pewna znana mi osoba, która najpierw powie, potem to usłyszy, a na końcu się ustosunkuje 🤣🙈 No a twoje myśli są jak kury na polu minowym. Ciągle wybuchają i z tych kawałków powstają nowe kury, które znowu wybuchają i nad tym wszystkim unosi się grzyb atomowy… I wiesz, normalnie by to oznaczało koniec świata, a u Ciebie jest: „ok, to teraz weźmy drugą myśl!” 🤷🙈
🤣🤣🤣 🐓🐓🐓 #NajlepszePodsumowanieMojejWysokiejWrażliwości #Ever

🫖 Z cyklu popołudniowe kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy po południu…

Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
Każde z nas pracuje na swoim stanowisku pracy w milczeniu. Nagle pytam:
– Powiedziałeś „bambetle”?
– Ale że kiedykolwiek? 🤔🤔🤔
– Nie no, teraz, przed chwilą – doprecyzowuję.
– 😮😮😮 No nie, nic nie mówiłem – odpowiada Kochanek zaskoczony.
– To czemu się z tego słowa właśnie śmieję w głowie? 😱😱😱
– … bo jesteś psychiczna???
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #Kurczaki #NoINadal #NieWiem #Czemu

Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
– Wiesz, świat byłby dużo prostszy, gdyby mężczyźni, którzy chcą z kobietą seksu, mówili o tym wprost, bo niby po czym się tego domyślić, jak tak mówią naokoło? – mówię Kochankowi. – Generalnie chamskie podrywy są strasznie demonizowane. A ja wolałabym jednak stary wypróbowany sposób grecki na „Ładne buty. Połykasz?”
– Ale wiesz – zaczyna Kochanek, – że gdyby Ci ktoś tak powiedział, to na bank pomyślałabyś, że chodzi o połykanie butów…?
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #WSumie #TakByByło #JakOnMnieZna

Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
Kochanek zmywa, a ja, międląc Jego pośladek, stwierdzam:
– Ale Ty masz fajnego dupala! 😍
– A Ty ciągle o sobie mówisz! 🙈
🤣🤣🤣 #No #CoRacja #ToRacja #TeżJestemFajna

Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
Proszę Kochanka o przetarcie papierem ściernym i naoliwienie drewnianej walizki dla mojej lalki (dłuższa historia).
– I będzie z Ciebie taki stolarz? – pytam w swoim odczuciu zalotnie.
– Stolarz, stolarz, niech żyje żyje nam! 🎶 – śpiewa Kochanek, a ja mu wtóruję…
🤣🤣🤣 #IWszyscyŚmialiSię #IDokazywali

Z cyklu popołudniowe kochanków rozmowy…
Dorwał mnie wirus, wróciłam od lekarza z zaleceniem, żeby leżeć. Czuję się koszmarnie, choć najwyższa gorączka, którą do tej pory miałam to 38,3°C.
– Czuję, że nikt mnie nie rozumie – żalę się Kochankowi, – bo to niby tylko mały wirus, ale rozwala mnie straszliwie. Wiem, że bardziej spektakularnie byłoby mieć 40…
– … bez przesady, ja mam 55! 🤷 – przerywa mi Kochanek w pół słowa.
🤣🤣🤣🤧🤧🤧😷😷😷🤯🤯🤯 #ŹleMiDziś #Bardzo

🍻 Z cyklu wieczorne kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy wieczorem…

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Oglądamy jakiś zły film i pada w nim kwestia: „rodzice zawsze dają dzieciom wygrać w gry”.
– Serio? – pytam Kochanka. – Sorry, ale ja nigdy nie dam dziecku wygrać!
– Ty na pewno nie dasz mu wygrać – podsumowuje Kochanek. – Ty będziesz po prostu przegrywać 🤷
🤣🤣🤣 #TakBędzie #NaBank

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Szykujemy się do wieczornego wyjścia ze znajomymi. Akcja rozmowy – łazienka. Ja się maluję, Kochanek susząc włosy, podchodzi do lustra, wyglądając ze swoją burzą włosów jak połączenie Kuzyna To z „Rodziny Addamsów” z człowiekiem pierwotnym i stwierdza:
– Ha! Byłem w prehistorii pierwszym kochankiem Edzi Durniak.
– Fakt, to były jeszcze czasy, w których intelekt kochanki nie był dla Ciebie kwestią kluczową – mówię, patrząc na Jego odbicie w lustrze. Po czym, odwracam się do Niego i stwierdzam – podobnie zresztą, jak dla niej Twój wygląd 🤷‍♀️
🙈🙈🙈 #TerazKochanekJestPrzystojniejszy #IMaZdecydowanieLepszyGust

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
Kochanek leży w łóżku, a ja się na niego ochoczo wdrapuję. On zaniepokojony stwierdza:
– Zaraz mi coś złamiesz 🙉🙉🙉
– Złamać to ja Ci mogę… Wiesz co… 😊😊😊 Wiesz co?
– Już się boję 🙉
– Serce!!! 🥰🤭😘
– Dobra, tylko czemu, k…a,  kolanem? 🤔
🤣🤣🤣 #Niedobry #WyśmiewaSięZMojego #BrakuGracji

Z cyklu wieczorne kochanków rozmowy…
– Ej – mówię Kochankowi. – Moja mama używała takiego strasznego słowa i właśnie mi się przypomniało.
– Jakiego? – dopytuje Kochanek.
– „Odbytnica” 🤢🤢🤢
– Tylko od niej je słyszałaś? 🤔
– Tak! Daj spokój, straszne. Prawie tak straszne, jak „bozia”… – stwierdzam zniesmaczona.
– Łączysz te rzeczy?
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #OdbytnicaJestJednakGorsza #BoIstnieje

Z cyklu na imprezach kochanków rozmowy…
Siedzimy ze znajomymi na piwie. Kochanek opowiada o graniu na perkusji i stwierdza:
– Nigdy nie gram solówek. Uważam, że solówki to onanizowanie się przed publicznością.
– Ej, co jest złego w onanizowaniu się przed publicznością? – pytam, pobudzona.
– Cicho!🤦
– 🤷‍♀️
🤣🤣🤣 #ZnajomiWŚmiech #AJa #NadalNieWiem

Z cyklu netflixowe kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy, oglądając Netflixa…

Z cyklu netflixowe kochanków rozmowy…
Odpalamy Netflixa, żeby dalej oglądać fantastyczny, wciągający serial o moim „ulubionym” mordercy, nekrofilu i kanibalu – Jeffrey’u Dahmerze. Z przyczyn oczywistych, nie oglądamy go do obiadu (znaczy mnie – znającej biografię Dahmera na pamięć – to nie robi, no ale Kochanek…), więc pozostaje wieczór.
– Czy ja wczoraj przypadkiem nie zasnąłem? – pyta Kochanek.
– Zasnąłeś – odpowiadam – dokładnie wtedy, kiedy Dahmer się masturbował, fantazjując o oglądanych za dnia wnętrznościach ryby.
– O, k…a, jprdl… 🙉🙉🙉🙈🙈🙈
– Nie przejmuj się, przewinę Ci, żebyś mógł zobaczyć tę scenę 🤗
– 🤨🤨🤨
#ChybaNieTymSięPrzejmował #ASerialDoskonały #SkrobnęReckęJakObejrzę #IPrzemyślę

Z cyklu netflixowe kochanków rozmowy…
Oglądamy film, na którym mężczyzna wchodzi do pokoju i pyta siedzącej w nim kobiety „jak ci leci?”, a na to Kochanek:
– Jak co miesiąc 🤷
🤣🤣🤣🙈🙈🙈 #PonoćToStaryŻart #AleŻeJestemMłoda #ToBardzoMnieRozbawił

🛏 Z cyklu nocne kochanków
rozmowy…

Rozmawiamy w nocy…

Z cyklu nocne kochanków rozmowy…
– Wiesz, słyszałam właśnie, że wejście w zimie do baniaka z zimną wodą działa, jak kokaina – mówię Kochankowi. – Pobudza endorfiny.
– Też o tym słyszałem – odpowiada Kochanek.
– To co? – pytam. – Zaczniemy brać kokę? 🤔
🤣🤣🤣 #ChociażNiestetyZimnaWoda #WyjdzieTaniej #Trudno #EndorfinWTymRoku #NieBędzie

P.S. Na deser piosenka z filmu, który niedawno oglądaliśmy (ja po raz pierwszy), mianowicie „Czy leci z nami pilot?”. Komedia głupia jak but, ale śmieszna. Natomiast poniższą scenę Kochanek skwitował tak: „o, cała Marianka!”, mając oczywiście na myśli piękność z gitarą. Być może bawiłoby mnie to trochę bardziej, gdyby nie było prawdą…

Krem bryndzowo-oscypkowy z borowikami i czosnkową nutą

fot. Marianna Patkowska

Mój dzisiejszy prze(w)pis będzie pewnie trudny do wykonania dla osób, które nie mieszkają na Podhalu. Cóż, mogę je tylko zachęcić, żeby, będąc tu przejazdem, nabyły fantastyczne produkty, jakimi są bryndza i wszelkie sery. Oscypek jest od jakiegoś czasu nazwą zastrzeżoną dla sera, który ma konkretny kształt, konkretną wagę, konkretny wytłoczony wzór i konkretne proporcje mleka owczego do krowiego (musi mieć 60 – 80% mleka owczego). Nie oznacza to jednak, że wszelkie gałki czy inne serki nie są „prawdziwe”. Trzeba tylko wiedzieć, od kogo warto kupować. Nawet na Krupówkach jest kilka stoisk, które z czystym sumieniem mogę polecić!
Mój krem był – jak zazwyczaj – kompletną improwizacją. Efekt, mówiąc szczerze, zdecydowanie przerósł moje oczekiwania. Z ogromną dumą polecam gorąco!

🥣 SKŁADNIKI:

fot. Marianna Patkowska

– pół opakowania mrożonej włoszczyzny
szklanka suszonej włoszczyzny
– cebula w łupinie
– 6 ząbków czosnku w łupinie
– 300 g suszonych borowików
– garść świeżego, umytego i drobno posiekanego lubczyku
– garść suszonego lubczyku
– ziele angielskie
– liście laurowe
– ziarna pieprzu
– 3 kostki warzywne (najlepiej własnej produkcji)
– 2 kostki grzybowe
– 2 natki pietruszki umyte i drobno posiekane
– pojemnik prawdziwej bryndzy (nigdy nie będzie w 100% owcza, to ceperski mit!)
– 3 małe bryndze „sklepowe”
– starta góralska gałka kozia
– starta góralska gałka wędzona kanapkowa
– 400 g jogurtu greckiego
– kilka kropli mleka
– kilka kropli świeżo wyciśniętego soku z cytryny
– sól
– olej

🥣 PRZYGOTOWANIE:

fot. Marianna Patkowska

Borowiki namoczyć w miseczce z zimną wodą. Do dużego garnka włożyć mrożoną i suszoną włoszczyznę, zalać je wodą, doprowadzić do wrzenia i zacząć gotować. Cebulę oraz 3 ząbki czosnku opalić z każdej strony ogniem i wrzucić je do garnka. Dodać świeży i suszony lubczyk, ziele angielskie, liście laurowe oraz pieprz. Gotować wszystko na wolnym ogniu ok 30 minut. Po ich upływie wyłowić ziele angielskie, liście laurowe, ziarna pieprzu, cebulę i ząbki czosnku. Ząbki obrać z łupin i wrzucić z powrotem do bulionu. Dodać połowę namoczonych borowików i kostki bulionowe oraz grzybowe. Gotować wszystko jeszcze ok. 10 minut.
Wrzucić do miksera naszą zupę, dodając do niej oba starte góralskie sery, wszystkie bryndze, posiekane natki pietruszki, jogurt grecki i kilka kropli mleka. Zmiksować na gładką, jednolitą masę.

fot. Marianna Patkowska

Na końcu skropić wszystko kilkoma kroplami soku z cytryny i w razie potrzeby dodać odrobinę soli.

fot. Marianna Patkowska

Drugą część namoczonych borowików odsączyć, podsuszyć i usmażyć z niewielką ilością soli. Podawać je na kremie.

fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser piosenka okolicznościowa…

Projekt Patkowski

slajd stanowiący integralną część strony wizualnej koncertu

Półtora roku temu, ujarzmiając swój galopujący introwertyzm, wyszłam z domu na kawę z nieznajomym wiolonczelistą, kompozytorem i organizatorem życia muzycznego – Robertem Jędrzejewskim. Nie byłam nawet pewna, czy go kiedykolwiek poznałam osobiście (okazało się, że nie), wiedziałam natomiast, że odszukał mnie, bo miał do mnie sprawę, co podniosło jeszcze stopień mojego permanentnego niepokoju.
Na samym początku spotkania Robert ujął mnie tym, że  zrozumiał moją recenzję książki „Patkowski. Ambasador muzyki z Marsa” Agnieszki Pindery w sposób inNy od tego, z którym się do tej pory stykałam. Docierały do mnie głosy albo podziwu, że pojechałam po autorce, albo niepokoju, że muszę jej bardzo nie lubić. Oczywiście, że swoją książką wzbudziła we mnie irytację – jak każdy inny autor, który nie dość, że pisze słabo, to jeszcze zabiera się za poważny temat, który go przekracza. (W tej irytacji mieści się i wkurzenie na promocję słabej literatury, i oburzenie na haniebne zaniechania redaktorów, i złość na straszliwe dla naszej Planety marnowanie papieru.) Jednak do pozwolenia sobie na złośliwość czy kąśliwą uwagę nie potrzebuję takich nakładów czasu, pracy i energii, jak te, które musiałam poświęcić na bardzo uważną lekturę tej książki, a potem napisanie swojej recenzji, co jest przecież aktem szacunku nie tylko do moich Czytelników, ale również do autorki. I to wielu osobom umknęło. Tymczasem Robert zdawał się dostrzegać to wszystko, co było pod spodem, co było sednem, mięsem – zauważył, że mimo wszystko zapraszam do dialogu, nawet jeśli nikt nie chce go podjąć. Szybko zrozumiałam, że jesteśmy na tej samej stronie, w dodatku całkiem niezłej książki.
Powód naszego spotkania okazał się fascynujący. Najkrócej mówiąc, kontakt Roberta z amerykańskim kompozytorem Rogerem Reynoldsem, który Warszawską Jesień kojarzył przede wszystkim z Patkowskim (a mnie z kolei kojarzył się przede wszystkim z jedzonymi ponad trzy dekady temu w jego domu w Kalifornii truskawkami), zaintrygował Roberta i sprowokował go do pochylenia się nad postacią Patkowskiego. Pochylenie to stało się na tyle głębokie, że w jego artystycznej głowie zrodził się pomysł projektu, który ukazałby elementy rozwoju muzyki elektroakustycznej. Światłem i centrum tego projektu miał być Józef Patkowski, ale niejako bezpośrednią inspiracją stał się Roger Reynolds, który – jak się nagle okazało – pisał właśnie utwór na… wiolonczelę i elektronikę. W tym wszystkim pojawił się też trochę dziś niestety zapomniany znakomity polski malarz Jerzy Stajuda. Historia znajomości tych trzech panów była następująca: tata, kiedy jego zagraniczni znajomi i przyjaciele chcieli kupić jakieś obrazy, zabierał ich do galerii, która sprzedawała wtedy m.in. sporo prac Stajudy. Tam się jego twórczością zachwycił. Reynolds był jednym z artystów, którzy dzięki tacie nabyli obrazy Stajudy, a jakiś czas później tata Stajudę poznał osobiście i zrodziła się między nimi ogromna przyjaźń.
Zachwyciła mnie pasja, z jaką Robert opowiadał o tym wszystkim, o ciągach przyczynowo-skutkowych, o powiązaniach, jakie widzi i do jakich ciągle się dokopuje. Nie miałam co prawda pojęcia, co kryje się pod enigmatycznym słowem „projekt”, ale czułam jego moc. Nie wiem nawet, czy sam Robert miał w tamtym momencie jasność, czy mówi o koncercie, cyklu koncertów, wystawie połączonej z muzyką, czy jeszcze jakiejś innej formie. Ale było w tym pomyśle coś tak nowego, było też tak ogromne zaangażowanie, tak cudowny artystyczny chaos, że po pierwsze poczułam się zaszczycona, że zechciał się tym ze mną podzielić, a po drugie znów poczułam bliskość taty, który wymykał się zawsze wszelkim utartym, zamkniętym i skostniałym schematom.

Koncert w ramach
Festiwalu Audio Art

Robert Jędrzejewski, fot. Adam Walanus

Z ogromną przyjemnością obserwowałam, jak pomysł się rozwija, jak zaczyna nabierać kształtu. Ostatecznie przybrał formę koncertu pod nazwą „PROJEKT PATKOWSKI” i został wykonany najpierw w Krakowie w ramach fantastycznego Festiwalu Audio Art, a potem jeszcze w Warszawie oraz w Wilnie, co mnie już kompletnie urzekło, bo stamtąd tata pochodzi.
Zawsze ciekawi mnie, jak to wszystko się łączy (i czy się łączy naprawdę, czy tylko ja te połączenia widzę). Niedawno publikowałam drugi odcinek swojego podcastu ustami nNi, zatytułowany „Córka Patkowskiego”. Wspominałam o dwóch festiwalach, na których zaraz po śmierci taty byłam. Co prawda pomyliłam kolejność, ale to dziś chyba nieistotne. Jednym z tych festiwali był właśnie Festiwal Audio Art, na którym doświadczyłam realnej obecności i bliskości taty, gdyż wiele osób czuło potrzebę podejścia do mnie i poopowiadania mi o tacie i tym, ile mu zawdzięcza, jak był dla nich ważny. Cudownie było więc w ramach tego właśnie festiwalu usłyszeć 26.11.2022 wspaniały, dopracowany i poruszający koncert Roberta.
W programie usłyszeliśmy „Solo” na każdy instrument melodyczny i elektronikę Karlheinza Stockhausena z 1966 roku, „Près” na wiolonczelę i elektronikę Kaiji Saariaho z 1992 roku oraz (pra)prawykonanie „Persistence” na wiolonczelę i muzyka komputerowego (w tej roli Jacob Sundstrom) Rogera Reynoldsa. Wszystko to rozpoczęte, zakończone oraz przeplatane intrygującymi „Intersekcjami” na solistę i multimedia Roberta Jędrzejewskiego, do których użył jako sampli fragmentów nagrań ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, a także rozmów i audycji związanych z tatą i Jerzym Stajudą. Marek Chołoniewski – kompozytor i twórca Festiwalu Audio Art – nazwał je później „utworami, w których utwory tworzą intersekcje”.
Jedną z ważniejszych rzeczy i przy planowaniu posiłku, i przy zapraszaniu gości, i w końcu przy organizowaniu koncertów była dla taty kompozycja całości. Być może dlatego i ja w swoich recenzjach zawsze zwracam na nią uwagę, bo dobry koncert to nie tylko przypadkowy zbiór znakomitych utworów. To też (o ile nie przede wszystkim) takie ich skomponowanie ze sobą, by stały się elementami tworzącymi nową, równie znakomitą całość. Robertowi wyszło to doskonale i to w dodatku na kilku poziomach. Po pierwsze – i chyba najważniejsze – ten koncert był zwyczajnie piękny. Poruszające kompozycje, choć każda z nich powstała w innym czasie i trochę innej stylistyce, zbudowały niepowtarzalny nastrój. Audiowizualne „Intersekcje” tak inne od reszty, a jednak bardzo ze sobą spójne, ożywiły całość, nadając jej jakąś urzekającą świeżość; co ciekawe, zważywszy na użyte w nich sample. Równocześnie wszystko do siebie idealnie pasowało, było wysmakowane.
Po drugie żaden z utworów nie znalazł się w programie przez przypadek. Z jednej strony – jak wspominałam wcześniej – można było zauważyć narrację ukazującą rozwój muzyki elektroakustycznej. Z drugiej zaś, powiązania z tatą, który był postacią centralną, ale w sposób nienachalny i dający duże pole do interpretacji. Karlheinz Stockhausen to kompozytor, którego nie można pominąć, kiedy chce się uczciwie opowiedzieć o muzyce elektroakustycznej. Tata bardzo go cenił, a sam Stockhausen był w 1985 roku na tyle poruszony wyrzuceniem taty ze Studia Eksperymentalnego, że napisał w tej sprawie list do władz Polskiego Radia, w którym domagał się jego przywrócenia. Z Kaiją Saariaho – również przez tatę cenioną – łączy się z kolei inna historia. W 2001 roku Robert Jędrzejewski uczestniczył w kursach muzyki elektroakustycznej organizowanych przez paryski IRCAM i tam po raz pierwszy nabył płytę z kompozycjami Reynoldsa, pod wrażeniem których pozostaje do dzisiaj. Tam też pracował  z fińskim kompozytorem i wiolonczelistą Anssim Karttunenem, dla którego i we współpracy z którym Kaija Saariaho napisała utwór „Près”. Ircamowskie brzmienie było przystankiem w podróży po historii muzyki elektroakustycznej dla Roberta ważnym. Roger Reynolds, od którego wszystko się zaczęło, koncert zakończył utworem… niedokończonym (ściślej skończona jest partytura, ale testy z elektroniką nadal trwają)! (Nie umiem odgonić od siebie natrętnych skojarzeń z „początekońcem” Stanisława Dróżdża.)

Coda

Jerzy Stajuda, Józef Patkowski, fot. Aleksandra Semenowicz

Bardzo specyficzną i – jak ją nazwał Robert – „pomnikową” „Intersekcją” była „Coda”. Kompozycja utkana z wypowiedzi m.in. taty, różnych osób o tacie, ale też o Jerzym Stajudzie. Wypowiedzi te wyrwane z kontekstu, nie do końca zrozumiałe i pozbawione dalszych ciągów, oblane gęstym sosem smakowitych elektronicznych dźwięków tworzyły nowe znaczenia, ale też brzmienia. Jeśli przyjrzymy się całości, „Codę” być może można nazwać najbardziej pomnikową częścią koncertu, jednak mam z tym sformułowaniem pewien problem. Jedyną doSŁOWnością były SŁOWA, jednak powypuszczane z klatek Polskiego Radia na wolność. Te, które najłatwiej było uchwycić, wywołały we mnie najpotężniejsze emocje. Nie rozpoznałam głosu, nie wiedziałam więc ani kto, ani o kim mówi, ale całą sobą czułam, że jest w nich przekaz, który mogłabym usłyszeć od taty. Właśnie teraz.

Powiedział: „Nie bój się, przecież strach cię tylko hamuje. Wiara w to, co czujesz, cię otwiera. Ja cię mogę uczyć chińskiego, ale ty się ucz, czego chcesz. Jesteś wolnym człowiekiem”.

– Paweł Althamer o Jerzym Stajudzie

Dzisiaj wiem już, że to wypowiedź Pawła Althamera o Jerzym Stajudzie. Dysponując, dzięki uprzejmości Roberta, różnymi fragmentami nagrań, które się w „Codzie” znalazły, mam jeszcze silniejsze wrażenie, że słowo „pomnikowość” coś „Codzie” odbiera, jakoś ją dewaluuje. Bo jej moc wcale nie tkwi w pewnym nieuniknionym dookreśleniu, które niosą słowa. Operowanie samą muzyką uwalnia nas, przynajmniej pozornie, od tego typu dylematów. Pozornie, bo musielibyśmy przyjąć, że słowa są najmniej abstrakcyjnym tworzywem artystycznym, a to jedna z nielicznych akurat kwestii, często podnoszonych przez Pawła Szymańskiego, w których się z nim nie zgadzam. Oczywiście, że podstawową funkcją języka jest komunikacja i to odróżnia go od każdego innego języka artystycznego, jednak jeśli potraktować słowa jak najbardziej wymagający, ale jednak element składowy kompozycji, szybko okaże się, że to nie one same nas w niej poruszają, lecz nadany im nowy kontekst; to, jak zostały użyte. Tu zresztą znowu przychodzi na ratunek jako przykład Stanisław Dróżdż ze swoją poezją konkretną.
Dlatego też część „Cody”, w której pojawiły się zacytowane wyżej słowa Althamera, wywołała moje łzy i ogromne emocje, a czytanie ich po spisaniu nawet nie budzi u mnie przesadnego zachwytu. Podobnie, jak dźwięk klucza telegraficznego jest wielce intrygujący, ale nie on doprowadza mnie przecież za każdym razem, kiedy słucham utworu „Telegraphic” do łez (a znam ten utwór już na pamięć), tylko wrażliwość i geniusz Yannisa Kyriakidesa.
Reasumując, choć nie ucieknę od wzruszenia, które wywołuje we mnie słuchanie dziś głosu taty czy treści, które idealnie wpisują się w proces terapeutyczny, w którym jestem („nie bój się, strach cię tylko hamuje”), to nie one poruszyły mnie podczas koncertu do żywego. Zrobił to Robert Jędrzejewski swoją niesamowitą kompozycją – „Codą”.

Projekt

Jerzy Stajuda, Józef Patkowski, plakat ze strony festiwalu Audio Art

W którymś z wywiadów mój ukochany profesor Bralczyk opowiadał, jak pewien młody człowiek z przejęciem pochwalił się tym, że w swojej firmie zrealizował „aż sześć projektów”, na co profesor miał mu ze smutkiem odpowiedzieć:

– Ojej. I żadnego pan nie skończył?

Słowo „projekt” stało się w pewnym momencie bardzo modne, więc siłą rzeczy zaczęto go używać także niepoprawnie. Przypomnijmy więc jego słownikową definicję:

projekt
1.
«plan działania»
2. «wstępna wersja czegoś»
3. «dokument zawierający obliczenia, rysunki, itp. dotyczące wykonania jakiegoś obiektu lub urządzenia»

Słownik Języka Polskiego PWN

Językowi puryści mogą stwierdzić, że taka nazwa jest nadużyciem, bo koncert to koncert, żaden tam „projekt”, tutaj również nie mając racji, bo już sam fakt, że utwór „Persistence” Rogera Reynoldsa nie osiągnął jeszcze swojej finalnej formy sprawia, że i cały koncert staje się swoją własną wersją wstępną. Na uwagę zasługuje też to, że tytułem jedynej niedokończonej kompozycji jest właśnie słowo „persistence” (ang. wytrwałość, trwałość).
Nazwa koncertu mnie urzekła, bo tam się dzieją rzeczy niesamowite. Niby mamy do czynienia z dwoma rzeczownikami. Zapis wersalikami daje nam jednak możliwość zinterpretowania drugiego członu jako przymiotnika. Nazwa „PROJEKT (JÓZEF) PATKOWSKI” jest kategorycznie i nieodwołalnie jednoznaczna. Ale jeśli „projekt” miałby być „patkowski”, to jaki tak naprawdę by był? Od razu otwierają się przed nami interpretacyjne hektary!

Pamiętam jak tata, zakładając sobie adres mailowy (w tamtych czasach nie było to takie proste, bo nazwę użytkownika trzeba było uzgadniać z administratorem serwera), zachwycił się możliwością zamienienia banalnego „jpatkowski@” na „patkowskij@”. Ostatecznie nie pamiętam na czym stanęło, ale kiedy kilka lat po jego śmierci wpadłam na pomysł zrobienia mini festiwalu pod nazwą, która wydała mi się jedyną oczywistą – „eksperyment patkowskij”, okazało się, że jestem jedyną osobą, którą to śmieszy, a starsi cenieni w środowisku panowie z rozczulającą powagą objaśnili mi świat, wybijając tę niepoważną nazwę z głowy. (Pomysł ostatecznie umarł, bo nie umiałam zawalczyć o potrzebne wsparcie, co nie oznacza, że go nie wskrzeszę.)

Konferencja

zdjęcie pochodzi ze strony festiwalu Audio Art

Ważnym wydarzeniem było prowadzone przez Marka Chołoniewskiego spotkanie z Robertem Jędrzejewskim dzień po koncercie, 27.11.2022. Konferencja w ramach Festiwalu Audio Art odbyła się w Akademii Muzycznej w Krakowie w Studiu Muzyki Elektroakustycznej (które zostało założone przez tatę w 1973 roku i było pierwszym dydaktycznym studiem muzyki elektronicznej w Polsce; od tego czasu zdążyło już zmienić siedzibę). W bardzo kameralnym gronie mieliśmy okazję posłuchać Roberta. W fascynujący sposób opowiadał, jak koncert powstawał. Opowiadał o każdym z utworów, puścił nam też krótki kompletnie magiczny film „Nad Tatrami” z muzyką taty i Krzysztofa Szlifirskiego, którego nie znałam i pod którego wrażeniem pozostaję. Głos zabrał też Jacob Sundstrom – amerykański kompozytor i asystent Rogera Reynoldsa wykonujący podczas koncertu z Robertem utwór „Persistence” – wprowadzając nas w techniczne meandry tego poruszającego utworu.

Zarówno sam koncert, jak i konferencja po nim, były pięknymi  i bardzo dla mnie ważnymi wydarzeniami. Dziękuję!

P.S. Na deser dziś oczywiście sam opisywany koncert oraz konferencja. Gorąco zachęcam do odsłuchania obydwu!

fot. Marianna Patkowska

ustami nNi: 2. Córka Patkowskiego

fot. Bożena Szuj

W drugim odcinku podcastu ustami nNi opowiadam o swojej relacji z tatą – słynnym polskim muzykologiem i pięknym, fascynującym człowiekiem. Data, którą wybrałam na emisję tego odcinka – 15.11 – jest nieprzypadkowa, gdyż gdyby tata żył, obchodziłby właśnie dziś swoje 93. urodziny.
„Córkę Patkowskiego” nagrywałam kilka miesięcy temu. Dziś mogę dodać tylko to, że wszystko jest względne i że celowo mówię tu o niewielu twardych faktach, a skupiam się bardziej na swoich uczuciach, odczuciach i wrażeniach, z którymi nie sposób dyskutować. Ta niemożność dyskusji dotyczy zresztą zarówno Słuchaczy, jak i mnie samej teraz i w kolejnych punktach życia, w których się znajdę. Dziś widzę bardzo wyraźnie, że próbując opisać moją relację z tatą, opisałam tak naprawdę przede wszystkim moje wyobrażenie relacji. Być może relacji w ogóle; relacji jako takiej. Terapeutycznie to dla mnie ciekawe, zmuszające do przystanięcia, refleksji, przeanalizowania raz jeszcze, co mi służyło (i czy na pewno), a co mi już nie służy.
Niezależnie jednak od tego, jak niektóre sprawy będę widzieć za kilka miesięcy czy lat, jedno od zawsze pozostaje i pozostanie w moim postrzeganiu taty niezmienNe – był człowiekiem magnetycznym, niesamowitym i absolutnie niepowtarzalnym, a jego odejście jest ogromną stratą dla świata widzianego oczami nNi. Serdecznie zapraszam do wysłuchania drugiego odcinka podcastu ustami nNi!

P.S. Pomyliłam się, mówiąc, że festiwal Musica Electronica Nova był przed festiwalem Audio Art. Ten drugi jest w listopadzie, pierwszy zaś w maju, a tata zmarł pod koniec października. Więcej błędów merytorycznych nie pamiętam.

Pierogi z bryndzą i czosnkiem niedźwiedzim

fot. Marianna Patkowska

Powiedzieć, że nie lubię lepić pierogów, to nic nie powiedzieć! Przed Świętami Bożego Narodzenia jest to raczej przykry obowiązek (przykry, bo nie dość, że pierogi, to jeszcze uszka), który sobie zawsze umilam oglądaniem filmów dokumentalnych o seryjnych mordercach, kanibalach i nekrofilach. Poza Świętami prawie w ogóle u mnie do aktów lepienia pierogów nie dochodzi, a kiedy dochodzi, są one incydentalne.
Wczoraj jednak otworzyłam szafkę, z której puścił do mnie oczko słoiczek liści czosnku niedźwiedziego w oliwie zakupiony pod sam koniec Jarmarku Dominikańskiego u moich wspaniałych podhalańskich pracodawców. Uświadomiłam sobie wtedy, że już dawno zamarzyły mi się pierogi z bryndzą i czosnkiem niedźwiedzim własnej produkcji, więc całkiem nawet ochoczo zabrałam się za wymyślanie farszu, a potem lepienie pierogów, na których punkcie mój Partner całkowicie oszalał.*

*W tym miejscu warto chyba zaznaczyć, że nie piszę o tym z powodu wyznawania straszliwej i głupiej patriarchalnej filozofii, że jako kobieta zostałam stworzona do gotowania „swojemu” mężczyźnie (on nie mój, on swój chłop jest!), czy że w kuchni jako kobiety walczymy między sobą, która lepiej mężczyznę przy sobie utrzyma, trafiając przez jego żołądek do serca! Wspomniałam o mocno zauważalnym zauroczeniu Partnera moimi pierogami (😈) nie po to, by w Czytelnikach wzbudzić większy zachwyt. Ot, moje pierogi wyszły, okazały się przepyszne i są właśnie tak widziane nie tylko oczami nNi.

🥟 SKŁADNIKI:

fot. Marianna Patkowska

FARSZ
– 4 średnie ziemniaki
410 g bryndzy
– 100 g twarogu
– 200 g liści czosnku niedźwiedziego w oliwie
– sól himalajska
– pieprz cytrynowy
– pieprz ziołowy

CIASTO
mąka pszenna
– woda (zwykła i odrobina mineralnej naturalnie gazowanej)
– sól

🥟 PRZYGOTOWANIE:

fot. Marianna Patkowska

FARSZ
Ugotować ziemniaki w lekko osolonej wodzie (czas gotowania ok. 20 minut). Ubić je na gładkie purée, nie dodając do nich ani śmietany, ani masła. Odstawić i odczekać, aż wystygną.
Do zimnego purée dodać bryndzę i twaróg. Porządnie wymieszać i wycisnąć wszystko przez praskę do ziemniaków trzy razy. Do gładkiej masy dodać liście czosnku niedźwiedziego, odrobinę soli, pieprzu cytrynowego oraz ziołowego. Jeszcze raz wszystko dobrze wymieszać.

fot. Marianna Patkowska

CIASTO
Połączyć wszystkie składniki na ciasto i chwilę je wyrabiać. Rozwałkować bardzo cienko i wyciąć szklanką kółka. Farsz układać łyżeczką na samym środku wyciętego z ciasta kółka i uformować pierogi.

fot. Marianna Patkowska

PIEROGI
W dużym garnku i osolonej wodzie z kilkoma kroplami oleju gotować pierogi do wypłynięcia. Wrzucać po kilkanaście pierogów do garnka na jeden raz, żeby się ze sobą nie pozlepiały.  Podawać z niewielką ilością masła!

🥟 Jeśli gotujemy większą liczbę, najlepiej zamrozić porcje na kolejne dni! 🥟

fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser serwuję dziś całą płytę, do której mam ogromny sentyment. Pierwszy raz wysłuchałam jej, mając 14 lat, na obozie językowym. Uczący nas angielskiego Amerykanin używał jej jako pomocy dydaktycznej. Korzystając z jego uprzejmości, przegrałam ją sobie wtedy na kasetę. Ben Folds Five nie był u nas wtedy zespołem popularnym (w dalszym zresztą ciągu chyba nie jest), więc poprosiłam wujka z Ameryki o oryginalne CD. Często do tej płyty wracam. Ostatnio właśnie podczas gotowania. Mój zachwycony pierogami z bryndzą i czosnkiem niedźwiedzim Partner wpadł po uszy również w te intrygujące rytmy i bogate harmonie, porównując je do twórczości samego Maestro Tymańskiego. Kto wspomnianej płyty nie zna – temu serdecznie polecam się z nią zapoznać!

fot. Marianna Patkowska

„Jak mniej się męczyć w zwyczajnym świecie; dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” Christel Petitcollin

fot. Bożena Szuj

tłumaczenie: Łukasz Musiał
wydawnictwo: Feeria
rok wydania: 2021
oryginalny tytuł: J’ai pas les codes! Comprendre enfin le monde qui nous entoure

Dostawanie książek Christel Petitcollin o nadwydajności mentalnej (lub też wysokiej wrażliwości) z okazji imienin oraz urodzin powoli zaczęło stawać się u mnie nową świecką tradycją. Tym razem upatrzyłam sobie w księgarni tuż przed swoimi urodzinami najnowsze dzieło tej autorki zatytułowane „Jak mniej się męczyć w zwyczajnym świecie” i… po prostu zażyczyłam je sobie od Partnera.
Christel Petitcollin jest dla mnie już od kilku lat jak przyjaciółka, która najlepiej rozumie, nie ocenia i nie doradza. Z którą można od czasu do czasu usiąść wygodnie na kanapie z trunkiem alkoholowym lub niealkoholowym i porozmawiać o wszystkim. Przyjaciółka, która trochę matkuje oraz dużo lepiej ogarnia mnie rozumem (i praktyką terapeutyczną) niż ja sama. Przyjaciółka, do której mogę się przytulić i poczuć bezpiecznie; przed którą nie muszę się z niczego tłumaczyć.
Przyjaźń jest jednak zawsze pewnym wyzwaniem i prędzej czy później przychodzi moment, w którym zaczyna nas zwyczajnie irytować, że przy wszystkich swoich niezaprzeczalnych zaletach przyjaciółka kładzie swoją torebkę na naszym stole, notorycznie się spóźnia, czy woli koty od psów. Dla mnie ten moment w mojej jednostronnej relacji z Christel Petitcollin przyszedł na początku lektury książki „Jak mniej się męczyć w zwyczajnym świecie; dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że byłam w bardzo specyficznym momencie swojego życia – tuż po przemocy, której padłam ofiarą w krakowskim szpitalu, dochodziłam do siebie, koiłam nerwy i łapałam się wszystkiego, co mogło dać mi chociaż ułudę normalności i spokoju. To z pewnością wywindowało moje oczekiwania wobec tej książki. (Choć, żeby była jasność – ona nie jest, przynajmniej językowo, gorsza od pozostałych z tej serii.) Tymczasem najpierw autorka spuściła bombę w postaci informacji, że… sama również jest osobą nadwydajną mentalnie, a potem pokusiła się o kilka stwierdzeń (być może skrótów myślowych), które mnie zaniepokoiły. Ale po kolei.
Petitcollin wyjaśniła, że było dla niej oczywiste, że domyślimy się, że rozumie nas tak dobrze właśnie dlatego, że jest jedną z nas. Jednak wielu czytelników – o czym napisała w tej książce – było wręcz zdruzgotanych faktem, że i ona jest prawopółkulowcem, bo oznacza to, że nasze wyobrażenie (tak, moje też), że jakiś empatyczny neurotypowy terapeuta z czułością zajął się naturą naszych neuroatypowych mózgów legło właśnie w gruzach. Naszą neurologiczną urodą zajmujemy się wyłącznie my sami, różnice między neurotypowym a neuroatypowym światem chcemy zgłębiać tylko my, a choć wszyscy wiemy jak ważny jest dialog, otwartość i umiejętność pójścia na kompromis, w sytuacji prawopółkulowości to my musimy zrozumieć lewopółkulowy świat i nauczyć się w nim jakoś funkcjonować. On nami w najmniejszym nawet stopniu zainteresowany nie jest. (Taką przynajmniej wizję przedstawia nam autorka.) Ta informacja przy ciągłym wylizywaniu ran zadanych mi przez panią kierownik krakowskiego OLZON-u to było dla mnie trochę za dużo. Oczywiście – z właściwą dla nadwydajnych skłonnością do nadinterpretowywania faktów – szybko wyciągnęłam z tego wniosek, że jesteśmy niesłyszalni, irytujący dla bliźnich oraz musimy się godzić na całe zło, które się nam przydarza. (Wielką przesadą było towarzyszące mi wtedy przekonanie, że na opisywanym oddziale spotkałam się z „niemiłą normalnie myślącą osobą” – spotkałam się z podłym, przemocowym manipulatorem, który – jak wiemy z innej książki tej autorki – jest dla nas największym zagrożeniem.)

Kiedy napisałam: „Otóż lejka nie wciśniesz do rury”, wydawało mi się, że aluzja jest jasna: lejek da się wcisnąć tylko do lejka. Dla jednych nie ulegało wątpliwości, że ponieważ tak dobrze was rozumiem, stanowię część rodziny nadwydajnych; dla innych absolutnie nie było to oczywiste. Kompletnie mnie to zaskoczyło. Pisaliście, że – „jak na normalnie myślącą” – odwaliłam kawał dobrej roboty. Wasze niezasłużone peany były dla mnie szalenie krępujące, ale tak naprawdę dopiero o wiele później zdałam sobie sprawę z rozmiaru szkód, jakie wyrządziłam swoim nieumyślnym oszustwem: zmyleni moją pseudoneutralnością, uwierzyliście, jak Simon, że ktoś normalnie myślący mógł w pełni was zrozumieć. Gorzej, że studiowanie waszego przypadku mogłoby być dla niego pasjonujące. Niestety, dzisiaj już wiem, że to mrzonki. Czytając tę książkę, niejeden raz będziecie mieli okazję przekonać się dlaczego.

– „Jak mniej się męczyć w zwyczajnym świecie; dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” Christel Petitcollin, str. 16

Dziś myślę, że to bez znaczenia, czy autorka serii dobrych i niesłychanie trafnych książek o wysokiej wrażliwości sama również jest wysoko wrażliwa, czy nie. Będąc wysoko wrażliwa (prawopółkulowa, nadwydajna mentalnie), widzi więcej, głębiej, cechuje ją większa dociekliwość, empatia. Jedynym ewentualnym minusem może być opisywanie problemu od środka, więc mniejszy być może dystans. Z drugiej strony, gdyby była normalnie myśląca (lewopółkulowa), może i miałaby potrzebny dystans do tematu swojej książki, ale pewnie brak tak charakterystycznego dla prawopółkulowców analitycznego podejścia i potrzeby zagłębiania się we wszystko w nieosiągalny dla lewopółkulowców sposób skutkowałoby dużo gorszym efektem. Trzeciej możliwości (czegoś pomiędzy neurotypowością a neuroatypowością) nie ma!

🧿 O czym jest ta książka?

Najprościej rzecz ujmując, autorka rozkłada w niej na czynniki pierwsze wszystko to, czego nie wiemy o świecie, ale boimy się zapytać, bo dla większości (normalnie myślących, rzecz jasna) to oczywiste. Dowiemy się z niej więc, czym jest opowieść zbiorowa, dlaczego podczas small talku lepiej nie poruszać tematów egzystencjalnych (np. śmierci), po czym poznać, że ktoś z nami flirtuje (albo że my flirtujemy z nim), czemu normalnie myślący nie lubią prawdy za wszelką cenę (i przed czym chroni to społeczność, poza której nawias na ogół czujemy się wyrzucani), a także jak nieprawdziwą wizję naszych intencji często mają normalnie myślący. Jest to w pewnym sensie praktyczny poradnik dla prawopółkulowców jak nie zrażać do siebie ludzi i tym samym ograniczyć liczbę wykluczeń, jakich na co dzień doświadczamy. Sama w kilku momentach przyjrzałam się sobie przez pryzmat przeczytanych rozdziałów i udało mi się w krytycznych momentach ugryźć w język, co znacząco poprawiło jakość relacji, w jakie weszłam.
Bardzo poruszyły mnie słowa Petitcollin zdające się obserwacją boleśnie prawdziwą:

Aż wreszcie, przyjrzawszy się problemowi z bliska, zrozumiałam, jak dalece nadwydajny może być uciążliwy. Radośnie rozprawia o śmierci, wolności, autonomii czy sensie życia. Wytrąca rozmówców z równowagi, mówiąc nie to, co trzeba. Gardzi udawaniem, z którego normalnie myślący są tak dumni. Nigdy nie wczuwa się w klimat. Uprawia mało subtelny podryw, ale zupełnie nieświadomie. Burzy konwenanse. Uwielbia kontrowersje. Nigdy nie jest tam, gdzie się go oczekuje. Wymaga wyczerpujących odpowiedzi na wszystkie – również te prowokujące – pytania. A przede wszystkim, sądząc, że jest mądrzejszy od całej reszty, twierdzi, że potrafiłby rozwiązać każdy problem świata. Musiałam przyznać, że to dość trudne do zniesienia – nawet dla kogoś wybitnie cierpliwego!
Potem odkryłam, że osoby neurotypowe noszą w sobie pasywno-agresywny pierwiastek, który sprawia, że za fasadą ich uprzejmości kryje się wrogość – bardziej realna, niż mi się do tej pory wydawało. Fasada ta zaczyna pękać, gdy zaczynamy poruszać temat nadwydajności. Jean-Paul Brighelli mówi o prawdziwej „nienawiści wobec intelektu” i zauważa, że już w szkole podstawowej dobrzy uczniowie są systematycznie nękani.

– „Jak mniej się męczyć w zwyczajnym świecie; dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” Christel Petitcollin, str. 196

Oczywiście widzę tu jak na dłoni swoje krakowskie przejścia. Nasuwa mi się jednak pytanie:

Czy naprawdę mamy skulić uszy po sobie i zgadzać się na wspomnianą ukrytą wrogość, albo przynajmniej przyjąć, że tę po prostu będziemy wzbudzać?

Mnie taki pomysł nie odpowiada. Alternatywą jest – tak mi przez wielu serdecznych znajomych odradzana – walka i nazywanie agresji po imieniu. Niezgoda na nią. Nawet, jeśli to walka z wiatrakami, wolę głupio walczyć niż zasilić liczne już przecież szeregi mądrych tchórzy.

🧿 Zastrzeżenia

fot. Bożena Szuj

Muszę się przyznać, że jest to pierwsza z czterech przeczytanych przeze mnie książek Christel Petitcollin z tej serii (po „Jak mniej myśleć”, „Jak lepiej myśleć”, „Jak nie dać sobą manipulować”), co do której moje uczucia są mieszane. Moje bardziej krytyczne podejście do tej pozycji może mieć przeróżne powody. Mam jednak pewność, że jednym z nich wcale nie jest zmiana tłumacza (poprzednie książki tłumaczyła Krystyna Arustowicz) – językowo nie mam do niej żadnych zastrzeżeń.

  • Po pierwsze początkowy szok wywołany wyznaniem autorki, że również jest nadwydajna mentalnie, nie opuszczał mnie przez lekturę co najmniej połowy książki, z pewnością utrudniając mi przyswajanie zawartych w niej informacji. Ściślej, nie umiałam czytać jej bez – co, znowu, charakterystyczne dla nadwydajnych – jednej natrętnej myśli. Mianowicie, że może ta cała prawopółkulowość to też szuryzm. Ludzi patrzących na świat znacznie głębiej charakteryzuje przecież doszukiwanie się sensu niemal wszędzie. Może doszukujemy się go również tam, gdzie go nie ma? Równocześnie wiem przecież każdą cząstką siebie, że – jak by tego nie nazwać – jest pewna rzeczywiście mała grupa ludzi, z którą postrzegamy rzeczy w niezwykle zbliżony sposób. Wiem też, że druzgocąca większość postrzega je w sposób dla nas z kolei nieosiągalny. Sposób, którego ani nie rozumiem, ani nie bardzo lubię. Czy faktem jest „inne okablowanie mózgu” i to, że u 80 – 85% populacji głównodowodzącą półkulą mózgową jest półkula lewa, a u nas jest to półkula prawa? Nie wiem tego. Ufam Christel Petitcollin, której nie sposób przecież odmówić imponującej wiedzy, zaangażowania w badanie wysokiej wrażliwości, ogromu przeczytanych na ten temat specjalistycznych książek i długoletniej praktyki w zawodzie terapeuty.
  • Po drugie, albo nie zwróciłam na to uwagi wcześniej, albo dopiero w tej książce pojawiały się czasem dość niepokojące uproszczenia. Zirytowała mnie na przykład opowieść o wirtualnej naturze pieniądza (str. 57). Streszczając, anegdotka opowiada o tym, jak jednym banknotem turysta zapłacił za hotel z góry, hotelarz za pranie, właściciel pralni  mechanikowi, a mechanik piekarzowi, a na końcu hotelarz musiał zwrócić nowy banknot o tym samym nominale turyście, który jednak musiał z noclegu zrezygnować.

Historia ta ma za zadanie obnażyć wirtualny aspekt pieniądza. Przypuszczam, że ekonomista z łatwością wytknąłby nieścisłości logiczne takiego myślenia, ale mam to w nosie; księgowość to nie moja działka, a poza tym uwielbiam tę historię, tak jak uwielbiam świadomość, że lis w moim ogrodzie obchodzi się bez karty kredytowej.

– „Jak mniej się męczyć w zwyczajnym świecie; dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” Christel Petitcollin, str. 57

No ja ekonomistą nie jestem. Więcej, powiedzieć, że się na ekonomii nie znam, to nic nie powiedzieć! Jednak również z łatwością mogę wytknąć nieścisłości logiczne takiego myślenia. To, że księgowość nie jest działką autorki, widzimy, nie rozumiem jednak, czemu przytoczona opowiastka ma służyć. Mój bunt rodzi podejście „nie znam się, nie mam pojęcia, fachowcy to na pewno wytłumaczą, ale pozostanę przy swoich oderwanych od rzeczywistości bajkach, bo je lubię”, gdyż łudząco przypomina właśnie każdy szuryzm. Nieważne, że antycovidowe szczepionki są bezpieczne, przebadane i bazują na tym, co już od dawna istnieje. Nieważne, że mówią o tym do znudzenia wirusolodzy i lekarze. Hasła „spisek koncernów farmaceutycznych”, czy „eksperymenty na ludziach” dla niektórych ciągle brzmią nie dość idiotycznie, by nie powtarzać ich głośno. Parafrazując autorkę: „mam to w nosie; wirusologia to nie moja działka, a poza tym uwielbiam tę historię”. No nie. Bądźmy odpowiedzialni i tępmy głupotę w zarodku. Pani Petitcollin, przywołuję Panią do porządku!

  • W końcu po trzecie – teza postawiona w książce jest następująca: świat jest wyraźnie podzielony na prawo i lewopółkulowców. Z tym, że ci pierwsi są niedostosowanymi do twardych społecznych norm patologicznymi wrażliwcami czującymi zbyt mocno, liczącymi zaledwie niecałe 20% populacji, a ci drudzy to głupkowata większość niezainteresowana niczym, co inne od banalnych reguł, którymi się kierują. Spójrzmy na to z zewnątrz. Tak przecież nie jest. Linia podziału jest nieoczywista, nie zawsze uchwytna. Nadwydajni mogą być w swojej cudownej przypadłości (a tak naprawdę, po prostu neurologicznej urodzie) niesamowicie pogubieni, a mogą też – zwłaszcza po terapii – znakomicie w społeczeństwie funkcjonować, kiedy zrozumieją, ile mogą światu zaoferować, ale też jakie są ich ograniczenia odróżniające ich od normalnie myślącej większości. Tak samo w drugą stronę. Normalnie myślący mogą być nadwydajnymi zmęczeni i zirytowani, ale mogą się też intrygującą umiejętnością postrzegania świata nadwydajnych zwyczajnie zachwycić. (Wiem co mówię, bo mam jeden taki bardzo wyjątkowy normalnie myślący Egzemplarz w domu!) Kluczem jest tu świadomość zarówno u jednych, jak i drugich. I tu nie zgodzę się, że przytaczaną przeze mnie wyżej obserwację autorki, którą nazwałam „boleśnie prawdziwą” można uznać za reprezentatywną dla 80% (!!!) populacji. Owszem, ponieważ czujemy mocniej, każdy przejaw odrzucenia interpretujemy jak „zdanie całego świata na nasz temat”.  Jednak naprawdę potrafimy fascynować swoją zauważalną innością. Pytanie, co z tym zrobimy. Pytanie, co zrobią z tym normalnie myślący.
    Reasumując, idźmy wszyscy na dobrą terapię (oczywiście omijając krakowski OLZON szerokim łukiem)!

P.S. A na deser łączę jedną z moich ulubionych piosenek, w których charyzmatyczna Selah Sue opowiada o niełatwych relacjach ze światem.

fot. Bożena Szuj

Przeczytaj też moje recenzje innych książek tej autorki:

ustami nNi: 1. Co ja tu w ogóle robię?

fot. Bożena Szuj

Pamiętacie, kiedy w tekście „Bezpieczna przystań” w rozdziale „Dojście do głosu” pisałam:

Wieczorne nadmorskie spacery bardzo często stanowiły tło dla naszych rozmów. Przyjaciółce morze potrzebne jest do życia tak samo, jak mnie, więc uwielbiałam się nim z nią dzielić. Bardzo też często spacery były tym spokojnym momentem, w którym mogłam odsłuchać wiadomości, które nagrała mi wcześniej ona, a potem nagrać jej swoje (i też ich odsłuchać). W akompaniamencie morskich fal. Obserwowanie własnego głosu, uważne przyjrzenie się temu, co robię z językiem mówionym (który mnie od zawsze przerastał) i pochylenie się z czułością nad tym, co da się przecież jeszcze wypracować; to wszystko zrodziło w mojej głowie pomysł, którego realizacja pochłonęła dużo mojego czasu, pracy i energii, ale stworzyłam coś, czym już niedługo się z moimi Czytelnikami podzielę. A to niebywale mnie cieszy i ekscytuje!

„Bezpieczna przystań”, rozdział „Dojście do głosu”

?

No jasne, że nie pamiętacie, dlatego Wam przypomniałam. A wracam do tego, ponieważ oto nastał dzień, w którym mogę wreszcie wyjaśnić, o co chodzi.

STWORZYŁAM PODCAST!!!

Zainteresowanych, po więcej informacji odsyłam do jego blogowej strony – matki: „ustami nNi”.

W pierwszym odcinku przedstawiam się, badam możliwości, sprawdzam, z czym i dlaczego mam problem, a co sprawia mi przyjemność. Pomyślałam, że jeśli w końcu nauczę się mówić, mogę Wam przy pomocy głosu pokazywać jeszcze inne barwy świata widzianego oczami nNi. Zapraszam!