Tęsknię za przyszłością

fot. Bożena Szuj

Już od dawna mam nieodparte wrażenie, że podczas niecałych czterech dekad, przez które dane mi chodzić po tym łez padole, czasy zmieniają się w zdecydowanie szybszym tempie, niż to miało miejsce wcześniej. Pokolenie i naszych rodziców, i dziadków, chociaż w większości na starość stwierdzało z grymasem dezaprobaty, że ta dzisiejsza młodzież to jest dopiero, czy też że drzewiej to było, jednak świat nie stawiał przed nimi tak potężnych wyzwań jak dzisiaj. Urodzili się w kompletnie innej rzeczywistości, a umrą w świecie obcym, dziwnym, niezrozumiałym dla nich i rządzącym się całkiem odmiennymi prawami od tych, które zostały im kiedyś wpojone. Brzmi to przerażająco, lecz przesadne demonizowanie tego, co nowe, prowadzi do budowania murów, a nie mostów. Tymczasem, może nie zawsze udolnie, i nie zawsze drogą pozbawioną wybojów, ale zmierzamy w kierunku zdecydowanie lepszym od poprzednio obranego. Psychologia rozwija się w zawrotnym tempie, wiemy o ludzkiej psychice coraz więcej, nie poruszamy się więc – jak kiedyś – po omacku. Przestajemy się dostosowywać do otaczającej nas czasem przykrótkiej, a czasem przydługiej rzeczywistości i zaczynamy skrajać ją sobie na miarę. Wiemy już, że życie nie musi nas uwierać. Czy przyszłość w świecie, w którym mamy dostęp do tak rozległej wiedzy o ludzkiej psychice tylko mnie jawi się jako cud?

fot. Bożena Szuj

Sentyment i futurystyka

fot. Bożena Szuj

Licentia poetica licentią poeticą, ale czy można tęsknić za przyszłością? Pamiętam, kiedy mój ówczesny sporo starszy ode mnie przyjaciel stwierdził, że

urodziłam się zdecydowanie za późno.

Być może powiedział tak, bo jest we mnie niesłabnąca fascynacja Kabaretem Starszych Panów; a może dlatego, że jako typowa panienka z dobrego domu latami organizowałam proszone kolacje (wszystko przygotowując samodzielnie) i dawałam po nich gościom mały koncert, podczas którego śpiewałam własne piosenki, akompaniując sobie na ukochanym Blüthnerze. Być może dlatego, że do dziś za lepsze rozwiązanie od pokazania się w Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej, w Operze Narodowej oraz na Wigilii w spodniach, uważam śmierć. Choć najprawdopodobniej jednak dlatego, że gdybym urodziła się czterdzieści lat wcześniej i była jego rówieśnicą, bez wątpienia weszlibyśmy w płomienny romans. Wtedy przytaknęłam, myśląc, że faktycznie należę do lat już minionych, bo:

  • miałam dwadzieścia parę lat
  • rówieśników niemal nie zauważałam, w przeciwieństwie do ludzi co najmniej kilka wieków ode mnie starszych, których obierałam za przyjaciół, mentorów oraz życiowych partnerów
  • zatapiałam się w melancholii (w rzeczywistości były to myśli samobójcze wynikające z niezdiagnozowanej depresji oraz ADHD)
  • uwielbiałam delektować się samotnością i smutkiem na łonie natury
  • wzruszały mnie niektóre piękne wycinki przeszłości (m.in. wspomniany Kabaret Starszych Panów, muzyka Jana Sebastiana Bacha czy malarstwo Hieronima Boscha)

Jednak równocześnie byłam przecież nieodrodną córką swojego taty – Człowieka Przyszłości.

Nota bene był tylko jeden moment, kiedy mnie naprawdę zdenerwował. Otóż, w okresie mojej największej fascynacji Kabaretem Starszych Panów, z rozbrajającą szczerością stwierdził:
– Kurczę, gdybym wiedział, że tak ich pokochasz, poznałbym Cię z Przyborą, póki żył.

Człowieka, który poświęcił całe swoje zawodowe życie muzyce współczesnej, szamocząc się najpierw z głupią, głuchą i ślepą na sztukę komuną a potem z wszelkim głupim, głuchym i ślepym na sztukę betonem urzędniczym (m.in. zakopiańskim w ramach pracy społecznej). Jestem córką człowieka, który choć zdawał sobie sprawę z zacofania, z jakim musiał notorycznie obcować, wierzył, że warto pokazywać ludziom to, co najlepsze, najbardziej wartościowe i wyjątkowe. Jego studenci do dziś wspominają, że otwierał im oczy, pokazywał zachodnie trendy i poszerzał horyzonty. Uwielbiał wszystko, co nowe i młode, męczyło go to, co stare. Z tym, że oczywiście nie miał dla niego znaczenia wiek metrykalny, lecz wiek ducha. Więc owszem, ciągnęło mnie do ludzi starszych, pewnie dlatego, że byłam w niektórych obszarach bardziej od rówieśników dojrzała (znów typowe ADHD), ale to dzięki tym konkretnym osobom, do których mnie ciągnęło, stykałam się ze sztuką i literaturą współczesną oraz myśleniem wykraczającym daleko poza ramy umysłów przeciętnych. (Żeby niedaleko szukać, jednym z moich pierwszych ulubionych dorosłych był Władysław Hasior.) To ich nietuzinkowość mnie pociągała, nie zaś wiek.
Kiedy miałam pewien problem z połączeniem we własnej głowie umiłowania muzyki współczesnej, zwłaszcza elektronicznej, z potrzebą otoczenia się ze wszystkich stron – również dźwiękowo – naturą (na pewno ukształtowały mnie nasze częste wyjazdy do słynnego domu Oskara i Zofii Hansenów w Szuminie), usłyszałam pewien niesamowity wywiad z Björk. Powiedziała w nim coś, co intuicyjnie wyczuwałam. Musiał to też czuć mój tata. Elektronika jest nam (ludziom) bliska i w jakimś sensie dla nas naturalna. Więc jak najbardziej możemy nią wyrażać swoją własną naturę. Jest jakimś potężnym nieporozumieniem przeciwstawianie elektronice – jako czemuś „sztucznemu” – natury. (Zwłaszcza, jeśli przysłuchamy się uważnie cykadom podczas ciepłej letniej greckiej nocy.) Inną kwestią jest ta, że instrumenty są tylko narzędziami (patrz sonoryzm).
Reasumując, jak najbardziej można wyprzedzać swoje czasy, czerpać z najlepszych wzorców i być inspiracją dla innych oraz zachwycać się równocześnie geniuszem Bacha czy obrazami Boscha. Dawne czasy wypluły z siebie również innych geniuszy: Mozarta i Chopina, na których muzykę osobiście reaguję alergicznie (wyjątkiem jest tylko wstrząsające Requiem pierwszego kompozytora). Może to fantastyczny słodki Bosch pomógł mi znaleźć kontekst dla niesamowitych, ale też mrocznych i przerażających prac Davida Nebredy. Stare jest wartościowe, kiedy można na nim budować. Kiedy daje nie tyle korzenie, lecz właśnie konteksty nowemu. Pozwala się przekształcać, ale też dekonstruować. Budować można wszak również w kontrze.
Patrząc w przyszłość, czekając na nią oraz w nią wierząc, nie trzeba obowiązkowo przyodziewać futurystycznych srebrnych kostiumów – można równie dobrze korzystać z uroków mody lat 30.; przyszłość, w którą zmierzamy charakteryzuje się przede wszystkim empatią, zrozumieniem inności i pełną wolnością, której granice wyznacza krzywda jakiejkolwiek czującej istoty. Gdybym miała ją nakreślić przy pomocy materiału, byłby to plusz symbolizujący wszystko, co przytulne, bezpieczne i miłe.

fot. Bożena Szuj

Ordynarna plemienność
vs. empatyczne zrozumienie jednostki

fot. Bożena Szuj

Pamiętam, że kiedy już studiowałam, jakaś krewna mamy, goszcząc nas obie, zaczęła pewne zdanie od słów:

My katolicy…

Zdanie, w którym – by zachować jego sens – słowa „katolicy” można byłoby użyć zamiennie z „Polacy”. Nie ukrywam, że zrobiło to mnie ogromne wrażenie. Wrażenie negatywne. Poczułam, że wyraźnie przekroczyła moją granicę, nie mając pojęcia, czy katoliczką nadal jestem, czy nie. Gdybym już nie była (prawdopodobnie pociągał mnie wtedy jeszcze agnostycyzm), powinnam poczuć się wykluczona? Inna? Wybrakowana? Dziś chętnie zasiałabym ferment, podkreślając, że z katolicyzmem już całkiem formalnie nie mam nic wspólnego. Jednak wtedy poczułam się prawdopodobnie tak, jak mogłaby się poczuć osoba homoseksualna lub biseksualna, słysząc słowa:

My heteroseksualiści…

Chciałabym być dobrze zrozumiana – problemem jest dla mnie nie samo sformułowanie, ale zakładanie czyjegoś światopoglądu, stosunku do wiary czy orientacji seksualnej bez całkowitej pewności, jakie one są. (Pamiętajmy, że światopogląd czy stosunek do wiary mogą się zmieniać, a odkrycie swojej orientacji seksualnej czasem zajmuje wiele lat.) Zdanie rozpoczęte od „my katolicy” w katechetycznej salce podczas spotkania katolików jest całkowicie w porządku. Podobnie jak „my hetero/homo” wypowiadane przez osoby, które doskonale znają wzajemnie swoją orientację i wiedzą, że mogą ze sobą o niej rozmawiać. Na spotkaniu fanów/kibiców artystów/drużyny też można raczej założyć, że nazwanie wszystkich przybyłych fanami/kibicami jest całkowicie na miejscu.
Wiąże się to z plemiennością. Jesteśmy stworzeniami stadnymi i teoretycznie nie ma niczego złego w szukaniu tego, co nas łączy. Widzę jednak coś mocno niepokojącego, kiedy łączyć ma nas nie wypływające z naszego człowieczeństwa podobne przeżywanie pierwszych rozstań czy złość, którą w nas wywołuje krzywda dziecka lub zwierzęcia, a indoktrynacja czy niezwykle indywidualne, osobiste, a wręcz intymne kwestie. Plemienność, o czym należy pamiętać, nie tylko łączy, ale też dzieli. Skoro jesteśmy my, to też są jacyś oni. I my nie jesteśmy tacy jak oni. Nie da się obronić tezy, że nie wybrzmiewa w ostatnim zdaniu pogarda do innych i nasze własne poczucie wyższości. Niezależnie od tego, czy stanowimy większość („my katolicy”, od których wyszłam, miały wydźwięk „my Polacy”), czy mniejszość (statystycznie osób nieheteronormatywnych jest w tym kraju mniej od heteronormatywnych).
W moim – i nie tylko moim – odczuciu, dobra i mądra plemienność to wyznawanie podobnych wartości bez względu na to, czy w cokolwiek wierzymy, czy jesteśmy agnostykami albo ateistami. Bez względu na kolor skóry, narodowość, płeć, przynależność etniczną czy orientację seksualną. Nie sposób  o wzajemny szacunek, kiedy posługujemy się różnymi kompasami moralnymi, a ów kompas kształtują wcale nie wyżej wymienione czynniki, ale nasze wychowanie, środowisko, życiowe doświadczenie oraz geny. Bliska jest mi wspólnota niezwiązana z szufladkowaniem i często podświadomym szukaniem wrogów. Nie użyłabym więc do określenia własnej tożsamości sformułowań:

  • my Polacy
  • my kobiety
  • my ateiści
  • my filolodzy,

bo w każdym z tych zbiorów są ludzie, z którymi mi całkowicie nie po drodze. Równocześnie – choć ten zbiór łączy ich wszystkich – nie mam problemu z zaliczeniem się do grupy:

  • my ludzie

To zresztą problem, jaki mam z dzisiejszym feminizmem. Nie jest mi bliski duch siostrzeństwa, bo fakt, że ktoś też, jak ja, jest kobietą, nie oznacza, że zrozumiemy się w naturalny sposób lepiej niż z jakimkolwiek mężczyzną. Nie mam bolesnych miesiączek, nie urodziłam dziecka, nie brałam ślubu – brakuje mi więc doświadczeń, które wiele kobiet łączy. Równocześnie nie chcę przez to powiedzieć, że z mężczyznami dogaduję się lepiej z automatu. Dogaduję się lepiej z osobami:

  • wrażliwymi
  • empatycznymi
  • inteligentnymi
  • dobrymi
  • pełnymi pasji
  • oczytanymi
  • inspirującymi
  • twórczymi

Najczęściej są artystami. Ich płeć obchodzi mnie w tym samym stopniu, co ich narodowość, orientacja seksualna, rasa, wiek czy podejście do wiary – czyli w ogóle. Nawet im więcej przy tym, co mnie do nich przyciąga różnic, tym więcej uczę się o świecie, jego barwach.
Myślę, że dzisiejszy świat przezierający tylko cienką strużką do naszego polskiego grajdołka obrał kierunek, w którym coraz więcej ludzi zacznie czuć gruby nietakt w dziwnych, nietrafionych generalizacjach. Plemienność powoli zaczyna odzyskiwać swój sens, przypominając nam o tym, czym jest człowieczeństwo. Przyszłość, o której marzę i którą nam wróżę, to czas, kiedy przy świątecznych stołach będą padać zdania zaczynające się np. od:

My ludzie…

Ja, jako katoliczka…

itd…

fot. Bożena Szuj

Zmierzch lubieżnego dziada

fot. Bożena Szuj

Nazwa tego rozdziału jest oczywiście bezwstydnie zaczerpnięta ze zbioru felietonów Pauliny Młynarskiej pod tym samym tytułem. Nie ma w nowoczesnej przyszłości miejsca dla zwietrzałego patriarchatu. Nie ma. Nowoczesność i przyszłość, która powoli nadchodzi, zakłada równość i brak dyskryminacji. Słyszę już, rzecz jasna, w głowie kontrargument, że ludzie nigdy nie są równi. Że jedni są bogaci, drudzy biedni. Jedni mają w życiu łatwo, inni pod górkę. Jedni urodzili się w krajach, w których ich prawa nie są respektowane, a drudzy w cywilizacyjnych rajach. Nie będę z tym dyskutować. To rodzaj taniej demagogii. Tak, mamy różne losy i nieczęsto jakikolwiek na nie wpływ. Równość nie polega jednak na tym, że jesteśmy tacy sami, mamy tyle samo, czy że stać nas na to samo, ale na tym, że mamy równe prawa. Że bez względu na to, co nas różni, wszyscy, osiągnąwszy pełnoletność, możemy brać udział w wyborach. Że na tym samym stanowisku, mając te same kwalifikacje, za pracę w takim samym wymiarze godzin zarabiamy tyle samo bez względu na wiek, płeć, orientację seksualną czy kolor skóry. Że skoro nikt nie pyta mężczyzny, jak godzi swoje rodzicielstwo z pracą zawodową (bo to pytanie wydaje się nieco dziwne i nieco nie na miejscu), nikt z tego samego powodu nie zapyta o to kobiety. Że skoro do patologicznej rzadkości należą obrzydliwe aluzje do męskich genitaliów padające pod adresem mężczyzn podczas damsko-męskiej rozmowy (zwłaszcza niebędącej randką), nikt normalny nie pozwoli sobie w swobodnej rozmowie z kobietą na aluzje dotyczące jej biustu. Że skoro liczba zmarszczek u słynnych mężczyzn zdobiących okładki magazynów dodaje im uroku, seksapilu i męskości, słynne kobiety zdobiące okładki tych samych magazynów po czterdziestym roku życia nie będą photoshopowane tak, by ich cera przypominała twarz niemowlaka, a zrobione ukradkiem zdjęcia ukazujące ich zmarszczki nie staną się g…o sensacją na skalę światową.
Jakiś czas temu, stawiając mi zresztą kawę, napisał do mnie znajomy, komentując jeden z moich blogowych wpisów. Było to raczej miłe i serdeczne, ale wywołało we mnie dobrze znany ucisk. Mówiąc wprost – zaleciało starym dobrym mansplainingiem. I znowuż, nie chciałabym być źle zrozumiana, bo sens wiadomości był taki, że jest pod wrażeniem mojego pisania i uważa, że mogłoby być naprawdę na znakomitym poziomie, gdybym zmieniła kilka w sumie niedużych elementów. Miał w tym nawet sporo racji. Rada teoretycznie cenna, zwłaszcza, że od sporo starszego, ale jednak kolegi po fachu. Co więc zgrzytnęło? Najpierw jedno mocno niefortunne słowo. Mianowicie, że z czymś mi „odbiło”. Niby drobiazg, ale mnie uruchomił. Może była to kwestia braku językowego wyczucia. (Z drugiej strony, właściwie dlaczego ktoś, kto wykazał się w liście do mnie problemem akurat z wyczuciem językowym, poucza mnie, o ironio, jak lepiej pisać?) To zgrzytnęło mi najpierw, więc pomyślałam, że choć to w moim stylu, nie będę przecież linczować go w myślach za jedno niestosownie dobrane słowo. Jednak potem poczułam vibe mansplainingu. Oto mężczyzna objaśnia mi świat. Piszę prawie doskonale i on wręczy mi klucz do pisania zjawiskowego. Kiedy wspomniałam o tym, autor zarzekał się, że żaden mansplaining to nie był, „bo mansplaining jest tym i tym, a on mężczyźnie napisałby to samo”. Mężczyzna objaśniający kobiecie mansplaining to chyba metamansplaining. Wtedy przypomniałam sobie, że nie prosiłam nikogo o radę, więc jest jakoś wyjątkowo nadprogramowa, przez co uwierająca. I to jest punkt, w którym brzmi się jak buc, który jest w swoim własnym mniemaniu „najmądrzejszy z całej klasy” (słyszałam tę frazę całe swoje dzieciństwo). Tymczasem kiedy byłam gotowa na rady, poszłam na studia – kierunek filologia polska – i wybrałam sobie fantastycznych mentorów (m.in. często tu wspominanego profesora Jerzego Bralczyka, profesora Włodzimierza Gruszczyńskiego, profesora Krzysztofa Kłosińskiego, Jacka Wasilewskiego czy niedościgniony wzór pisania – Jerzego Sosnowskiego), a potem cierpliwie znosiłam wszelką krytykę, czasem nawet płacząc ze złości (najczęściej po niebywale kulturalnych i tak samo druzgocących recenzjach tego ostatniego). Poszłam uczyć się warsztatu, nie tylko zresztą pisarskiego, a moje większe lub mniejsze polonistyczne osiągnięcia były oceniane oraz omawiane. Z najmniej nawet przyjemnymi komentarzami na ogół się zgadzałam, ważne jednak było co innego – z tymi ludźmi miałam zaszczyt i chciałam pracować. Tych ludzi o „rady” prosiłam. Chciał nie chciał, byli również w większości mężczyznami, ale nasze relacje cechowała przejrzystość: to byli profesorowie/wykładowcy, nie znajomi (moi czy rodziców). Ich stopnie naukowe były wyższe od moich, ich wiedza obiektywnie znacznie przewyższała moją i z tych powodów spotkaliśmy się w takim a nie innym miejscu. Z tych powodów poddawałam ich ocenie swoje postępy w gramatyce opisowej, literaturoznawstwie czy pisaniu. Nasze pozycje były z założenia nierówne. Po to zresztą idzie się do szkoły, a potem na studia. Nauczyciel czy wykładowca niekoniecznie jest mądrzejszy od ucznia, ale na ogół w swojej dziedzinie bardziej kompetentny.
Przez swoje ADHD często zajmuję pozycję uległą; wydaję się sama sobie małą dziewczynką, która wie mniej i każdy starszy od niej, a już zwłaszcza mężczyzna, na pewno ma w swojej krytyce rację i powinnam być wdzięczna, że zechciał mnie nią uraczyć. Z drugiej strony ten lepszy świat, w kierunku którego zmierzamy, ciągle powtarza, że:

  1. po pierwsze nieproszone rady są formą przemocy
  2. po drugie dzielenie się swoją wiedzą, doświadczeniem czy mądrością musi odbywać się za zgodą i przyzwoleniem osoby, z którą się dzielimy (podobnie – co dla wielu panów szokujące – jak z seksem; każda ze stron musi być dorosła, świadoma i wyrazić na niego niewymuszoną niczym zgodę)

Mało co mnie tak wkurza, jak mówienie „proszę panią” zamiast „proszę pani”, „wziąść” zamiast „wziąć” czy „w cudzysłowiu” zamiast „w cudzysłowie”, ale nie wyobrażam sobie, żeby kogokolwiek poprawiać w rozmowie, m.in. dlatego, że jest to niebywale pasywno-agresywne. Wyjątkiem była szkoła, w której pracowałam. Jako pani od polskiego, poprawiałam dzieci również na korytarzach i w świetlicy (nie „na” niej!). Nauczyły się dzięki temu tak ładnie, że kiedy byłam na kolejnym L4 (czy też – jak mawiały koleżanki z pracy – „sobie na nie poszłam”), zaczęły poprawiać panie, mówiące błędnie. Nie ociepliło to relacji z współpracownicami, ale zaowocowało czymś znacznie ważniejszym i lepszym. Mam wśród bliskich osoby, którym bardzo zależy, żeby mówić poprawnie. Często korygują swoje błędy same, ale też mnie proszą, bym – jeśli coś wyłapię – im o tym mówiła. I to są jedyne przypadki, kiedy poprawiam swoich rozmówców.
Wracając jednak do mojego czytelnika, dziś widzę, że jego komentarz był ze wszech miar nie na miejscu. Czy „nie można mi nic powiedzieć”? Taka teza jest typową formą obrony. Oczywiście, że można, jednak trzeba wiedzieć, jak. Jeśli mamy nieodparte wrażenie, że ktoś byłby w swojej dziedzinie genialny, gdyby wyzbył się tego, owego, czy tamtego, wystarczy napisać mu, co się nam podoba i zasygnalizować, że chcielibyśmy mu coś poradzić i jeśli on będzie na to gotowy – jesteśmy dla niego. Wywalanie rady, bo mamy taką kompulsję (jak nazywa to przywołana w tytule Paulina Młynarska), jest robieniem dobrze nam samym, nie osobie, której dobrze radzimy. Wcale nie chcemy pomóc, a jedynie połechtać własne ego. Wiemy lepiej, nauczymy uczniaka, stworzymy z niego wybitnego w dziedzinie, którą sam wybrał (ale w domyśle my jesteśmy w niej lepsi). My – osoby starsze, my – mężczyźni, tak naprawdę wszystko jedno, jednak kiedy pouczana jest kobieta, pouczenia trafiają na bardziej podatny grunt. (Gdybym nie zgodziła się nie tylko z formą, ale i treścią samej krytyki, byłabym zadufana w sobie, wydawałoby mi się, że zjadłam wszystkie rozumy, brakowałoby mi pokory.) Nierówność między płciami polega również na nierówności w wychowywaniu dziewczynek i chłopców. Dziewczynki mają być potulne i spełniać oczekiwania otoczenia – zadziorni mogą być chłopcy. To również zaczyna się na szczęście zmieniać i prowadzi nas w lepszą, normalniejszą i kierującą się równością przyszłość.

fot. Bożena Szuj

Świadomość przemocowości

fot. Bożena Szuj

Od dawna powtarzam ukutą przez siebie kiedyś frazę, że „zło nie jest jaskrawe”. Lata 90., na które przypadła większość mojego dzieciństwa, zdawały się nie przyjmować tej prostej prawdy do wiadomości. Gwałcicielem był więc obleśny typ wyskakujący w nocy zza krzaka na obcą kobietę. W dodatku kobietę na bank wracającą z dyskoteki, pijaną i w zbyt „wyzywającym” (moje ulubione słowo) stroju, więc niby przykra sprawa, ale tak naprawdę pani była sama sobie winna, bo typów zza krzaków nie powinno się „prowokować”. (Podobnie, jak innych psychopatów nie należy prowokować do morderstw, a złodziei do kradzieży.) Dziś wiemy już, że statystycznie najczęściej gwałcą bliscy oraz partnerzy ofiar. Wiemy już, czym jest „gwałt małżeński”. Zdajemy sobie sprawę, jak cienka granica dzieli „tak” od „nie”. Wiemy, że coś, co rozpoczęło się jak piękny i namiętny wstęp do seksu za obopólną zgodą, może skończyć się przerażeniem jednej strony wywołanej nieoczekiwaną agresją drugiej. „Nie” nie zawsze musi być wypowiedziane. Czasem ze strachu sztywniejemy. Empatyczny, delikatny człowiek momentalnie to wyczuje i się wycofa. Zaburzony i agresywny partner może tego nie zauważyć. I jest to nadal gwałt, choć polskie prawo ciągle nie jest dostosowane do powszechnej już psychologicznej wiedzy.
„Przemocą” nazywaliśmy pod koniec ubiegłego wieku przypadki skrajne, więc również rzadkie. Katowanie na śmierć maleńkich dzieci czy zwierząt, akty bestialstwa opisywane w podręcznikach do kryminologii. Tak, jest to bez wątpienia również rodzaj przemocy, ale zdarzającej się sporadycznie. Ta ma jednak wiele barw i odcieni. Nie jest jaskrawa, bywa pastelowa. Nakładanie dziecku w stołówce zbyt dużej dla niego porcji jedzenia, a potem przymuszanie go do jej dokończenia, „bo dzieci w Afryce głodują” jest również przemocą. Powtarzanie dziecku przez całe jego dzieciństwo, że jest „beznadziejne”, że „ciągle potrzebuje pochwał”, „jest skupione tylko na sobie” czy „rozpuszczone” jest przemocą i czyni z rodzica przemocowca nawet, jeśli nigdy nie podniósł na dziecko ręki. To rolą rodzica jest zaopatrzenie dziecka w pewność siebie i poczucie sprawczości, to rolą rodzica jest nauczenie dziecka funkcjonowania w świecie. Jeśli dziecko ma deficyt pochwał, to znaczy, że dawaliśmy mu ich zbyt mało. Jeśli jest „rozpuszczone”, zażalenia możemy kierować wyłącznie do siebie. Przekonanie, że karaniem cokolwiek uzyskamy na szczęście odchodzi powoli do lamusa. Uzyskamy wszystko… przykładem i pokazaniem nieprzekraczalnych granic, które nasze dziecko ochronią. W czasach mojego dzieciństwa dorośli mścili się na dzieciach za swoje własne trudne dzieciństwo. Z kolei pokolenie naszych dziadków przeżyło wojnę, która z pewnością nie pomogła im być rodzicami wzorowymi. Rewolucja, która się w podejściu do dzieci dokonuje (w Polsce dużo wolniej, ale mimo wszystko), pomaga się mojemu pokoleniu radykalnie odciąć od błędów naszych rodziców. Mamy coś, czego nie mieli oni – wiedzę i narzędzia. Szczytem ignorancji jest niekorzystanie z nich. Wkrótce to, co dziś dla niektórych jest wywrotowe, stanie się normą. Przyszłość będzie miękka, empatyczna i wyda na świat cudowne wrażliwe istoty.

fot. Bożena Szuj

Kiedyś to będzie…

fot. Bożena Szuj

Podobnie jak tata, jestem uczulona na mentalną starość. Mierzi mnie więc, kiedy ktokolwiek – bez względu na to, czy ma lat osiemdziesiąt, czy dwadzieścia dziewięć – zaczyna zawodzić fałszywie starą śpiewkę „kiedyś to było” i krytykować teraźniejszość. Czy jest dziś idealnie? Nie jest. Czy mierzymy się tylko z problemami przeszłości? Nie tylko. Część tych problemów zniknęła, pojawiły się za to nowe, związane z obecnymi czasami. Nagle za dawną dobrą kindersztubą i znajomością zasad savoirvivre’u u innych zaczynają tęsknić osoby, którym można z powodzeniem wytknąć braki w kulturze osobistej. Nagle oburzający się zniszczonym przez komputery i niewychodzenie na podwórko dzieciństwem dzisiejszych dzieci okazują się tymi samymi, którym te dzieci przeszkadzają, biegając i krzycząc beztrosko w przestrzeni publicznej. Może to właściwy moment na zaangażowanie się w budowanie większej liczby placów zabaw dla najmłodszych? Czasy narzekania trwały zdecydowanie zbyt długo, dziś – by mieć prawo głosu – trzeba działać. Jakkolwiek. Nie trzeba mieć worka z pieniędzmi, wystarczy napisać pismo, podpisać apel, wyjść na ulicę w ramach manifestacji albo strajku. Jest dużo form wspierania ważnych inicjatyw – nie wszystkie łączą się z wydatkami.
Myślę, że największym problemem dzisiejszych czasów jest skrótowość. Szukanie szybkich bodźców i uciekanie od wszystkiego, co bardziej dla mózgu wymagające. Łatwiej nam (piszę niestety przede wszystkim o sobie samej) zobaczyć kilka króciutkich filmików na Fejsbuku czy Instagramie, niż przeczytać książkę czy wręcz dłuższy, wartościowy wpis. To rozleniwia mózg i z pewnością mierzymy się z tym, jako ludzkość, po raz pierwszy. Przynajmniej w takiej formie. Wolimy szybko zmieniające się obrazki niż cokolwiek, co będzie wymagać od nas skupienia. Posługujemy się też skrótami – co jest łatwe do zaobserwowania przy wszelkich kłótniach w mediach społecznościowych. Sztuka dyskutowania umiera – wymiana zdań w formie pisemnej z kimś obcym na ogół zamienia się w jatkę. Niektórzy nazywają to ogłupieniem społeczeństwa. W moim odczuciu to raczej pogubienie. Oczywiście, poprzedni rząd (w wielu zresztą krajach) oddał głos dyskretnym do tej pory idiotom. Usłyszeliśmy ich i doznaliśmy szoku. Jednak to, że wcześniej byli ciszej, nie oznacza przecież, że nie istnieli.
Kolejnym problemem tych czasów jest kwitnąca pseudonauka. Nagle byle chłopek roztropek płci wszelakiej ze średnim wykształceniem „myśli samodzielnie”, aż wymyśli, że nie należy się szczepić i staje się zagrożeniem dla całego społeczeństwa. Brak mu wiedzy, kompetencji i dostępu do badań, ale czuje się ważny, bo jakiś wywalony z własnej uczelni profesor oszołom napisał niebezpieczne i nieprawdziwe bzdury w swoim artykule i cała masa jemu podobnych to łyka. Na wszelki wypadek zmienia się optykę – łatwiej jest wierzyć, że to ci kurczowo trzymający się zdania specjalistów w swojej dziedzinie (wirusologów, lekarzy) są jak stado baranów idących za swoim przywódcą, który – wiadomo – uczestniczy w wielkim spisku koncernów farmaceutycznych. Z boku wydaje się to niemal tak absurdalne jak płaska Ziemia czy teoria, że smugi kondensacyjne są toksycznymi opryskami. Najwyraźniej jednak opór wobec racjonalności jest dla pewnej grupy charakterystyczny i spaja ją ze sobą, działając na starej zasadzie plemienności.
Pogubiliśmy się też w indywidualności. Oczywiście, każdy z nas jest wyjątkowy i unikalny, co paradoksalnie oznacza równocześnie, że nikt z nas nie jest bardziej wyjątkowy od innych. Jest taki moment w terapii, kiedy uświadamiamy sobie na nowo siebie samych. Mówimy: „wow, to są moje ręce, które mogą bardzo dużo. A to nogi, którym zawdzięczam to i to. A to jest moja głowa, która również jest niesamowita. A to są moje emocje – żadna z nich nie jest zła czy dobra”. To fajny moment zachłyśnięcia się sobą. Bez oceny, w której nas wychowywano, bez wyrzutów, bez wstydu czy poczucia winy. We wszystkim mamy rację. Nie jakąś „obiektywną”, ale naszą własną, indywidualną. Jest bezpiecznie. Mamy prawo być sobą, odrzucając jakiekolwiek ramy, które nam to utrudniają. Zaczynamy akceptować siebie tu i teraz. W takiej formie, w jakiej jesteśmy w danym momencie. Nie za kilka lat, kiedy doczytamy tysiąc wartościowych książek i będziemy mądrzejsi. Nie za kilka miesięcy, kiedy skończymy kurs języka obcego i będziemy się w nim mogli dogadać. Nie za jakiś czas, kiedy po regularnych treningach na siłowni i zmianie nawyków żywieniowych schudniemy tyle a tyle kilogramów. Teraz. Akceptowanie siebie nie oznacza uznania swojej idealności. Oznacza, że nie dajemy sobie warunków, by zacząć ze sobą dobrą relację. Nie jestem dziś dość mądra – ok, niedługo będę, bo mi na tym zależy i pracuję nad tym. Nie jestem dość szczupła – ok, niedługo będę, bo mi na tym zależy i pracuję nad tym. Ale miłość do siebie zaczynam od teraz. Bezwarunkowo. Gdzie zatem haczyk? Każdy jest wyjątkowy, ale nie każdy jest dość mądry, charyzmatyczny, czy merytorycznie przygotowany, by stać się idolem mas. A – w przeciwieństwie do czasów minionych, w których osoby znane zyskiwały sławę dzięki swojemu talentowi i naprawdę ciężkiej pracy (jako aktorzy, piosenkarze, modele czy dziennikarze) – dziś każdy może być samozwańczym idolem w mediach społecznościowych. I to nie zawsze jest dobre. Nie wszystko, co wygłaszamy do internetowej kamerki tonem mentora jest wartościowe. Choć mogą kryć się pod tym najszczersze intencje, samozwańczy idole robią krzywdę zarówno swoim fanom, jak i samym sobie. Do tego żyjemy w kraju, w którym nigdy nie uczono nas pracy zespołowej. Wszyscy kultywujemy własny indywidualizm, ale nie wiemy, jak pracować w grupie. A jest to umiejętność niezwykle ważna i przynosząca ogromne sukcesy.
Jeśli mam wymieniać dalej rzeczy, które mnie w dzisiejszych czasach uwierają, to na pewno muszę wspomnieć źle pojętą polityczną poprawność. Jej celem jest nienaruszanie niczyich granic, okazanie szacunku i delikatności, możliwość łatwiejszego porozumienia się, więc samo dobro! Jeśli osoby czarnoskóre proszą nas o zrezygnowanie ze słowa „Murzyn”, bo mają z nim problem, to każdy empatyczny i wrażliwy człowiek przestaje tego słowa używać, a nie zapuszcza się w bezsensowną pseudo-filologiczną gadkę (pisałam o tym i TU, i TU). Jeśli ktoś, kogo na oko uznajemy za przedstawiciela jakiejś płci okazuje się osobą transpłciową i prosi nas, byśmy nazywali go imieniem płci przeciwnej – szanujemy to. (Jedna Anna będzie tylko i wyłącznie „Anką”, inna Anna – „Hanią”! Nie robimy im na ogół obszernego wyjaśnienia, że wszystkie formy jednego imienia są synonimami, tylko przyjmujemy do wiadomości, jak ktoś sobie życzy, żeby go nazywać.) Równocześnie kiedy Instagram obcina zasięgi twórcom, którzy użyją m.in. słów:

  • seks
  • gwałt
  • przemoc
  • samookaleczenie
  • samobójstwo
  • pedofilia,

mam wrażenie, że poszliśmy w tym wszystkim za daleko, bo to nie ma akurat żadnego sensu. Skoro rzeczywiście pojawiają się w sieci filmiki nawołujące młodych ludzi do samookaleczania czy wręcz samobójstw, trzeba stworzyć system, który to wykryje i zlikwiduje. Jednak jakimś absurdem jest to, że znakomita instagramerka zajmująca się statystyką, opowiadając o statystykach związanych z samobójstwami, musi sobie to konkretne słowo cenzurować, a inna, przywołująca badania dotyczące seksualności, musi dla niepoznaki używać słowa „sensualność”. I nie do nich mam, rzecz jasna, pretensje – one robią wszystko, by nie stracić zasięgów i dotrzeć ze swoimi naprawdę wartościowymi treściami jak najszerzej. Jednak przecież to nie słowa są problemem. W książkowy sposób wylewamy tu dziecko z kąpielą, utrudniając podstawową funkcję języka – funkcję komunikacyjną. Tu niestety feministki również oszalały, wciskając wszędzie, gdzie widzą rodzaj męski, również rodzaj żeński do kompletu. Przykłady omawiałam już przy okazji recenzji książki „Miłość to pies” Pauliny Młynarskiej. „Każdy i każda”, podobnie jak „obywatele i obywatelki” wypacza język, likwidując jego wieloznaczność. W końcu „każdy” to nie tylko „każdy mężczyzna”, ale też „każdy człowiek”, a „obywatele” to nie tylko obywatele mężczyźni, ale też „obywatele i obywatelki” właśnie. Nikt się jakoś nie oburza, kiedy nazywamy suczkę „psem”, bo gdzieś podskórnie czujemy dwa znaczenia ostatniego słowa. „Pies” to zarówno gatunek zwierzęcia, jak i samiec tego gatunku. Zdania:

Mam psa. To suczka.

będą więc poprawne.
Równocześnie każde przymuszanie i do używania feminatywów, i do ich nieużywania jest przemocowe właśnie. Tym bardziej, że panuje w tym względzie językowa dowolność. Zarówno używanie, jak i nieużywanie przez kobiety feminatywów jest poprawne. Osobiście wierzę w równość, w której cechy płci nie są podkreślane, bo nie ma ona specjalnego znaczenia. Ale szanuję kobiety, które feminatywów używają. Mają do tego pełne prawo.
Burza, jaka rozpętała się po ogłoszeniu pomysłu, żeby nie zadawać dzieciom prac domowych, pokazuje, że ciągle jeszcze tkwimy w przeszłości, więc ta nasza teraźniejszość zmierza w lepszą przyszłość dość wolno i koślawo. Wydaje nam się, że skoro myśmy musieli, to dzisiejsi mali ludzie też muszą. Tymczasem oni już żyją w innych niż my czasach. Największą różnicą jest powszechny dostęp do internetu. To stawia pod sporym znakiem zapytania celowość uczenia się sporych partii materiału na pamięć. Oczywiście, jest to ćwiczenie mózgu (co zawsze samo w sobie będzie dobre); oczywiście, jakąś wiedzę dobrze jest mieć w głowie. Jednak punkt ciężkości zdecydowanie powinien się przenieść w stronę wiedzy o tym, jak i gdzie szukać. Jak rozpoznać wartościowe źródła w sieci, w której może publikować absolutnie każdy. Jak znaleźć bezpłatny dostęp do całkiem niezłych słowników, jak do encyklopedii. Dlaczego Wikipedię można traktować tylko jako naprowadzenie, a nie poważne źródło. Te wszystkie wiadomości trzeba przekazywać dzieciakom jak najwcześniej. Bo to, że sami mieliśmy pierwszą komórkę, i to bez dostępu do internetu, w wieku lat siedemnastu, nie oznacza, że dzisiejsze dzieci nie śmigają po internecie bez problemu już w wieku lat trzech. Do tego zawalanie dzieci często nieprzerobionym podczas lekcji materiałem nie jest w porządku. W dodatku badania wyraźnie pokazują, że odrabianie prac domowych w żaden sposób nie wpływa na przyswojenie danego materiału. Czyż nie bardziej wartościowe będą rozmowy z dziećmi o tym, czego (i dlaczego) w sieci szukają i na tej podstawie korygowanie ich złych bądź niepokojących nawyków?
Dzisiejsze czasy są dalekie od ideału, ale… są najlepsze jak do tej pory. Ewolucyjnie idziemy zawsze do przodu. Czasem szybciej, czasem wolniej, ale do przodu. Wojny ciągle się niestety toczą (co pokazuje też, w którym momencie ewolucyjnym znajduje się Rosja), ale już inaczej niż kiedyś. Mamy większą świadomość ich zła, dążymy więc do łączenia się w jak największe grupy, które nie zostaną zaatakowane oraz nie będą atakować. Wychowywanie dzieci z siermiężnego, traumogennego, leczonego w moim pokoleniu latami na terapiach, powoli się zmienia (Janusz Korczak był wizjonerem i zdecydowanie wyprzedzał myślą swoje czasy). Tak, część rodziców pozwala dzieciom na wszystko i nie ma to żadnego związku z jakimkolwiek wychowaniem. Pamiętajmy jednak, że w przestrzeni publicznej widzimy tylko wycinki ludzkich historii. Nie wiemy, co stoi za jakimś zachowaniem. Czasami faktycznie zwykłe chamstwo rozwydrzonych dorosłych, a czasami autyzm lub ADHD dziecka i mozolna praca z nim zmęczonego, nieraz samotnego rodzica.
Starsi ludzie z lubością narzekają na „młodych z nosami w telefonach”. Nawet niedawno słyszałam anegdotę o parze, która w kawiarni „zamiast rozmawiać, siedziała w telefonach”. Roześmiałam się w duchu, bo to wypisz wymaluj my. Kiedy idę gdzieś ze swoim Partnerem, zwłaszcza do Boto, w którym aż się roi od wspólnych znajomych ekscentrycznych muzyków, a w powietrzu unosi się muzyka na żywo, zapach piwa i trawki, on w przerwach między własnym graniem siada w kącie i rozwiązuje w telefonie Sudoku, a ja mogę spokojnie poflirtować ze wszystkimi. W końcu nie bez kozery mam na sobie cokolwiek z dekoltem do pępka. Kiedy znajomych jest mniej, czasem sama również wyjmuję komórkę. Z nikim nie miałam nigdy takiego porozumienia i tak wspaniałych nieustających rozmów jak ze swoim Partnerem. Jednak z nikim też tak cudownie mi się nie milczy. Jak wyglądamy z zewnątrz? Pewnie jak najgorsza para świata tuż przed nieuniknionym rozstaniem. I co z tego? Czy ma to cokolwiek wspólnego z prawdą? Kompulsywne ocenianie innych jednak prawdopodobnie umrze śmiercią naturalną z poprzednimi pokoleniami, a nowe już się z niego masowo leczą. Powoli zaczynamy się uczyć empatii i wyrozumiałości. Przyszłość jawi się więc w bardzo jasnych barwach.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser nie mogłabym zaserwować twórczości artysty innego niż Björk. „Hyperballad” nigdy nie była utworem, na który zwracałam szczególną uwagę, dopóki nie usłyszałam magicznej wersji tej piosenki na przedziwnej płycie z remiksami „Telegram”. Wersji z samym kwartetem. Bez elektroniki. Od tamtego czasu (a było to już wiele lat temu) śpiewałam ją wielokrotnie i akompaniując sobie na fortepianie, i równolegle z płytą, nie mogąc się pozbyć pewnego cudownego wyobrażenia, że w jakimś innym wymiarze będzie mi kiedyś dane zaśpiewać i nagrać tę wersję z Kwartetem Śląskim. Nie odważyłam się z tym nigdy przed Ślązakami odsłonić. W końcu wiadomo – gdzie oni, a gdzie ja. Ale pomarzyć, że to się zdarzy kiedyś w przyszłości… zawsze można…

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

fot. Bożena Szuj

Karma z wołowiną, kaczką, wątróbką, warzywami i jabłkiem

fot. Marianna Patkowska

Od kiedy mamy psióreczkę, postanowiłam nieco rozbudować kategorię „Smak absolutny”, w której umieszczam swoje przepisy. Rozbudować o przepisy na karmy dla psa, nadając im podtytuł „Karma wraca”. Do gotowania Żuli zachęciła mnie przyjaciółka – wybitna w sztuce kulinarnej i doświadczona z psami. Pierwszym prostym daniem, które odważyłam się zrobić wg jej wskazań był gotowany kurczak z marchewką, pietruszką i ryżem. Żulisia była zachwycona, no i tak jakoś poszłam za ciosem.
Oczywiście nie jestem dietetykiem, więc nie będę tu podawać ani wagi porcji dziennej dla psa o określonej masie, ani nie uwzględniam w przepisach jakichkolwiek psich alergii lub problemów zdrowotnych, z jakimi się mierzą przedstawiciele poszczególnych ras. Mamy kundelka, który może jeść niemal wszystko, ale nie wiem jeszcze tak naprawdę, co preferuje. Uzbroiłam się w wiedzę z zakresu tego, co pies jeść może oraz co jest dla niego zdrowe i dobre, a czego jeść nie powinien lub mu wręcz nie wolno. O suplementach również nie będę pisać, bo uważam, że o tym powinien zdecydować weterynarz. Wiem, że do gotowania nie używa się soli, mięsa lepiej nie gotować długo (żeby nie wygotować z niego cennych składników odżywczych) oraz że warto z kolei rozgotować warzywa (miksowanie na papkę ułatwia psom trawienie). Wiem, że jako wypełniacz można stosować ryż lub – zdrowiej – płatki owsiane, ale że już kasza, ziemniaki czy makaron z różnych powodów nie są najlepszym pomysłem. Informacją frapującą była dla mnie ta, że psy nie są ponoć wielkimi entuzjastami częstych zmian w swoim menu, co daje nam, gotującym, mniejsze pole do popisu. Najistotniejsze jest jednak to, by nasz czworonożny przyjaciel był szczęśliwy, najedzony i zdrowy. Warto więc obserwować swojego pupila, regularne go ważyć, brać pod uwagę jego dzienną ilość ruchu, no i sprawdzać, co o spożywanej karmie mówi jego kupa. Bo przecież… karma wraca.

Znowu mięso

fot. Marianna Patkowska

Od kiedy przestałam jeść mięso (a przestałam już cztery lata temu), brakowało mi tylko jednej rzeczy – możliwości mycia i dotykania surowych podrobów. To mnie zawsze uspokajało i miało dla mnie niemal metafizyczny wymiar. Odstawiłam mięso zresztą z powodu trywialnego i obnażającego moje chore ego. Mianowicie, kiedy na samym początku znajomości z moim obecnym Partnerem wegetarianinem (z kilkudziesięcioletnim stażem) zapytałam go, czy widzi różnicę w smaku kobiety mięsożernej a niemięsożernej, po dłuższym zastanowieniu odparł, że nie wie, bo nigdy nie spotykał się z wegetarianką. No i… to było to. Odkryłam niszę i pole, na którym będę lepsza, będę nad nimi wszystkimi (tymi prehistorycznymi eks, nie zawsze już w pełni sprawnymi, czy nawet żyjącymi) górowała, zyskując przewagą etyczną. Motywacja była taka a nie inna, a ja już jestem dzięki terapii w całkiem innymi punkcie, nie mniej jednak dopiero kiedy radykalnie odstawiłam mięso (oprócz rybiego, choć to jem już bardzo sporadycznie) zrozumiałam sens i konieczność decyzji, którą podjęłam pod wpływem impulsu. Choć byłam kiedyś największym mięsożercą ze wszystkich, choć wierzyłam w mit, że jakaś grupa i rodzaj krwi może predestynować do jedzenia mięsa, dziś jego niejedzenie jest dla mnie całkowicie naturalne i oczywiste. To coś, co uważam, że w XXI wieku dla planety i pozostałych istot powinien zrobić każdy świadomy i empatyczny człowiek. Ciężko mi zrozumieć siebie samą z „okresu mięsnego”, ale widać musiałam do tego dorosnąć. Czy tęsknię za smakiem mięsa? Nie, bo jego zamienniki są na coraz wyższym poziomie i w każdej chwili mogę zjeść nie tylko przyzwoitą parówkę, ale też pulpety, sznycla, kiełbaski czy gyros w wersji wege. Ale tego też potrzebuję już coraz mniej. Wystarczają mi warzywa, ryże i kasze.
Sprawa ma się jednak inaczej z małymi dziećmi i zwierzętami. Pies potrzebuje w swojej diecie mięsa. Ucieszyłam się więc niesamowicie, że znowu będę mogła je od czasu do czasu gotować i mrozić porcje na cały tydzień (oprócz tego Żuli je też karmy z puszki, a także powoli uczy się jedzenia suchej karmy). Wiedząc, co jest wskazane i dobre dla niej, puściłam wodze swojej wyobraźni i wyczarowałam kilka aromatycznych karm. Zacznę od ostatniej!

fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:

– 568 g porcji rosołowej z kaczki
– 626 g porcji rosołowej wołowej
– 500 g mięsa wołowego na gulasz
– 287 g steku wołowego z antrykotu
– 450 g wątróbki z kurczaka
– 4 marchewki
– 3 pietruszki (korzenie)
– ¼ selera
– cukinia
– ½ jabłka
– 1,5 szklanki ryżu

fot. Marianna Patkowska

PRZYGOTOWANIE:

Marchewki, pietruszki, selera i cukinię umyć, obrać i pokroić w drobną kostkę.

fot. Marianna Patkowska

Zalać niedużą ilością wrzątku i gotować ok. 35 – 40 minut. Po ich upływie dodać porcję rosołową z kaczki, porcję rosołową wołową, mięso na gulasz i stek z antrykotu. Gotować jeszcze 15 minut.

fot. Marianna Patkowska

Na końcu wrzucić do gotującej się reszty przemytą wątróbkę.

fot. Marianna Patkowska

Gotować całość jeszcze ok. 5 minut.

fot. Marianna Patkowska

Łyżką cedzakową wyłowić wszystkie mięsa i przełożyć je do miski. Warzywa gotować jeszcze kilka minut z połówką umytego, obranego i pokrojonego w kostkę jabłka. Potem przy pomocy durszlaka lub sitka wyłowić warzywa z jabłkiem (bulion zostawiamy w garnku!) i zmielić je na papkę.

fot. Marianna Patkowska

Z bulionu z garnka odlewamy połowę (i zostawiamy do ewentualnego podlania).

fot. Marianna Patkowska

Bulion w garnku doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień i dodajemy 1,5 szklanki ryżu. Ryż gotujemy wg wskazówek na opakowaniu, dodając do tego jeszcze 5 minut, żeby się rozgotował. Co jakiś czas sprawdzamy, czy nie należy ryżu podlać resztą bulionu. Gotowy ryż pozostawiamy do ostygnięcia, a potem łączymy ze zmiksowanymi warzywami i jabłkiem.

fot. Marianna Patkowska

Ostudzone ugotowane mięso kroimy w dość małą kostkę. Z kaczki wyciągamy i wyrzucamy wszelkie kostki i chrząstki. Kawałki mięsa łączymy i mieszamy z ryżem, warzywami i jabłkiem. Całość dzielimy na porcje dzienne dla naszego pieska i zamrażamy na kolejne dni. Ja podaję jej porcję dzienną w dwóch ratach.

fot. Marianna Patkowska

Jeśli nasz psiak lubi napoje typu Psie Piwko, możemy mu, oprócz wody, podać w misce również bulion, który nam został (jeśli po podlaniu ryżu nam oczywiście został), choć nie każdy pies będzie rozumiał taką płynną sytuację. Jeśli wiemy, że takie podanie nie przejdzie, bulion można zamrozić i skorzystać z niego przy gotowaniu następnej karmy.

fot. Marianna Patkowska

WRAŻENIA

fot. Marianna Patkowska

Żuli – skończywszy dwukwadransowy strajk głodowy, na który przeszła tuż po zobaczeniu i powąchaniu mojego dania – zjadła wszystko z apetytem, a z każdym następnym razem coraz bardziej się na moją karmę rzucała. Z moich obserwacji wynika, że woli jednak kawałki rozgotowanych warzyw niż papkę z nich, co osobiście rozumiem. Jednak równocześnie rzeczywiście prawdą jest, że trawi gotowane warzywa znacznie lepiej, kiedy są zmiksowane (na co nie zawsze zbite dowody za każdym razem po niej zbieramy).
Po niemal tygodniu podawania jej tego posiłku mogę śmiało powiedzieć, że bardzo jej smakuje, chociaż nic nie przebije ulubionego przez nią kurczaczka z warzywami i ryżem. Ale sam kurczaczek w zbyt dużych ilościach nie jest dla psa dobry, w przeciwieństwie do wołowiny z podrobami (które nie powinny stanowić więcej niż 20% mięsnej porcji karmy).
Zimny bulion jej absolutnie nie przekonał. Nie jest w ogóle przesadną fanką płynów – stąd też pewnie niechęć do papek – więc zamroziłam go do kolejnych karm!

fot. Marianna Patkowska
Satysfakcja własna po przygotowaniu karmy: 10 /10  
Satysfakcja mojego psa po powąchaniu karmy: 0 /10  
Satysfakcja mojego psa po zjedzeniu karmy: 10 /10 

P.S. Na deser łączę smakowitą „Double Fiestę” znakomitej Meredith Monk!

fot. Marianna Patkowska

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ważka sprawa

fot. Bożena Szuj

Kiedy mój Partner wyjeżdżał ode mnie na niecały miesiąc, wyjeżdżał z psem – Kochim, którym się chwilowo opiekowaliśmy. Niedługo potem coś we mnie pękło i poczułam całą sobą, że to już ten moment, o którym wiedzieliśmy, że kiedyś nastanie. Zrozumiałam, że oto stałam się gotowa na psa. Rozmawialiśmy o tym coraz częściej i wiedzieliśmy, że ta zaplanowana przez nas przyszłość coraz bardziej się przybliża. Postanowiliśmy nawet, że kiedy jakiś potrzebujący pies pojawi się na naszej drodze, po prostu go przygarniemy. Od tamtej chwili każdą powsiłapę uważałam za naszego potencjalnego przyszłego pupila, nie zważając, że ma już opiekunów. Kiedy Partner zabrał Kochiego, owładnęła mnie pustka, jakiej już od dawna nie czułam. Zadzwoniłam do Ukochanego, który… zadziwiająco szybko stwierdził, że podziela moją gotowość na psa. (Całe szczęście zapomniał o swojej złotej myśli, że „jeśli chodzi o opiekę nad kimkolwiek, to powinno się ją zacząć od kwiatków doniczkowych”. To test, który już wielokrotnie oblewałam.) Być może dla psich opiekunów moja ekscytacja jest niezrozumiała – jak chce się mieć psa, trzeba go zaadoptować i tyle. Jednak – inaczej niż Partner – ja nigdy nie miałam psa. Ani jako dziecko, ani jako osoba dorosła. Dziś więc cieszę się i nie dowierzam, bo – choć zaznałam tylko takiego – mam gdzieś w środku przekonanie, że życie bez psa jest życiem smutniejszym i gorszym. Umówiliśmy się z Partnerem, że kiedy wróci, pojeździmy po małopolskich schroniskach i znajdziemy naszego psiego przyjaciela. Zrobiłam telefoniczny rekonesans i kiedy uświadomiłam Partnerowi, że dziś nie jest tak, jak on to pamięta (czyli że się przyjeżdża do schroniska i wraca z psem), ale że jest cała procedura adopcyjna, to zapytał mnie, czy nie łatwiej będzie przy okazji adoptować też dziecko. (Franciszek lubi to.)
Od tamtej pory mój każdy kolejny dzień wypełniony był oczekiwaniem na nasze małe psie szczęście i przeglądaniem mediów społecznościowych wszystkich możliwych schronisk. W najśmielszych snach nie przypuszczałam jednak, że mój Partner wróci do mnie… już z naszym pieskiem! Bo procedurę da się przyspieszyć, spotkanie odbyć i przez telefon, i potem online, a psa wziąć przy pierwszym z nim spotkaniu od razu po podpisaniu umowy, jeśli ten ma tragiczne warunki i wymaga dobrego domu na cito.

fot. Bożena Szuj

Pies naszych marzeń

fot. Bożena Szuj

Choć marzył mi się zawsze duży pies, a Partner nie chciał do tej pory psa mniejszego niż średni, opieka nad Kochim ukazała nam jasne strony psów kompaktowych: łatwiej je podnieść (a ruchome schody, niektóre psie choroby czy psia starość mogą to na nas wymusić), jedzą nieco mniej, robią mniejsze kupy i mogą być równie urocze. Byliśmy więc zgodni co do rozmiaru i schroniskowego pochodzenia psa, jego wielorasowości (w grę wchodziły jedynie najcudowniejsze kundelki) i wieku. Trudno było nam sobie wyobrazić szczeniaczka, który jest jeszcze – jak stwierdził Partner – „kompletnym siusiakiem”, więc wymaga nauk od podstaw. Chcieliśmy pieska młodego, ale nieco odchowanego, postanowiliśmy więc szukać takiego, który ma od roku do trzech lat. Jednak to wszystko nie było aż tak istotne, jak nasza chęć pomocy zwierzęciu, które tego naprawdę potrzebuje i na które nie zdecyduje się każdy. Moją prywatną preferencją, być może również przez zażyłość z Kochim, była u psiaka płeć męska. Chowana w patriarchalnej, nieuświadamianej od pokoleń niechęci do kobiet; w sztucznie wzbudzanym w kobietach poczuciu zagrożenia ze strony innych kobiet, miałam graniczące z pewnością przekonanie, że byłaby ze mnie fatalna matka zarówno córki, jak i suczki. Dodatkowo cieczki, o których nie miałam pojęcia, no i najgorsze – możliwość zajścia w ciążę. (Najbardziej nieszczęśliwym zwierzęciem, jakie kiedykolwiek widziałam, była pewna młoda sunia niedługo po urodzeniu gromadki szczeniaków, autentycznie nimi wykończona.) Z kolei prywatną preferencją Partnera była psia umiejętność fajnego chodzenia na smyczy oraz bez niej. Cóż, jak mawia moja ukochana Khloé Kardashian: „kiedy chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach”. Dziś mamy półtoraroczną sunię (warunkiem adopcji było nasze zobowiązanie się do jej sterylizacji), która z początku – choć już nie jest szczeniakiem – przez fatalne warunki, w których wzrastała, nie umiała jeszcze załatwiać swoich potrzeb poza domem, ani chodzić po schodach, ani w szelkach, ani na smyczy.
Historia naszej adopcji jest dosyć niesamowita. Przeglądając miliony zdjęć i filmików, w środku kolejnej bezsennej nocy trafiłam na ten jeden, który wstrząsnął mną chyba najmocniej. Pani trzymała na rękach przerażoną prześliczną sunię, która trzęsła się cała ze strachu, a nagrywająca ją inna pani – z przytuliska dla psów, które nadzorowało adopcję – apelowała o szybkie znalezienie dobrego domu dla niej, żeby nie musiała trafić do schroniska. Wysłałam filmik Partnerowi i słysząc jego reakcję wiedziałam, że musimy spróbować. Następnego dnia zadzwoniłam na podany pod filmikiem numer, dopytując o szczegóły oraz enigmatyczny fragment, że „jej pan szybko nie wróci”. Okazało się, że poprzedni opiekun spędza dłuższy urlop na koszt państwa za rozbój i że ze względu na obawę, że sunia nie wytrzyma nerwowo większych stresów, można będzie ją wziąć już przy pierwszej wizycie, jeśli poprzedzimy ją rozmową online. Jako osoba, która nigdy w życiu niczego nie wygrała, w dodatku wiedząc, że chętnych na opiekunów tej piękności będzie mnóstwo, od początku bałam się, że jestem na przegranej pozycji. Gdyby chodziło zresztą o cokolwiek innego, poddałabym się bez walki. Jednak… okazało się, że warto było spróbować. Mała znajdowała się nie do końca na trasie Partnera do Zakopanego, ale to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko, że będzie ją mógł odebrać. Ja, choć kupowałam już dla niej legowisko, smaczki, różne saszetki z jedzeniem (nie wiedzieliśmy, co będzie chciała i umiała jeść) i choć szyłam jej zabawki, cała składałam się z niepewności. Stwierdziłam, że uwierzę, że jest nasza, dopiero, jak ją tu zobaczę. Po drodze jeszcze przecież wszystko mogło się wydarzyć.

fot. Bożena Szuj

Kwestia imienia

fot. Bożena Szuj

Nad imieniem zastanawiałam się długo. Z królikiem sprawa okazała się prosta – Psubrat było pod każdym względem idealne. Prawdopodobnie śmieszyło tylko mnie, wnioskując po często słyszanym pytaniu:

– A czemu Psubrat?

Zawierało w sobie dokładnie to, czego od dobrego imienia oczekiwałam. W przypadku psa, w dodatku na etapie wyobrażania sobie dopiero jakiegokolwiek, sytuacja się skomplikowała. Kiedy zrozumiałam, że ze względu na zbyt małą liczbę sylab odpada ŋ czy π, rozważałam Radosia lub Rajtka, Partner wrzucił pod rozwagę Traktora, ale wszystko to nadal jednak nie było tym. Zaczęłam nawet poszukiwania słownika polsko-staropolskiego, czując, że może być nieocenionym źródłem dobrych pomysłów, ale wtedy właśnie niespodziewanie okazało się, że będzie sunia i że już (z grubsza) wiem, jak wygląda. Była jednym wielkim przerażeniem z ogromnymi oczami. Pomyślałam wtedy, że trzeba dać jej mocne imię, którego znaczenie doda jej sił. Zadzwoniłam więc zaaferowana do Partnera, z dumą prezentując mu przyszłe imię naszej kruszyny:

– Nerio! Nazwiemy ją Nerio!
– Nie no, bez sensu. Źle się to będzie wołać. Czemu akurat „Nerio”?
– Bo to w rzymskiej mitologii bóstwo pomniejsze i jest kojarzona m.in. z odwagą – recytuję z pamięci za Wikipedią.
– Matko! Pies się cały trzęsie ze strachu, a Ty chcesz go nazwać imieniem bogini odwagi. K…a, jprdl…

I wtedy do mnie doszło, że to faktycznie… dość niefortunNe imię. Szalenie – po przemyśleniu – pretensjonalne miało się nijak do tego biednego psiaka wyciąganego właśnie z najgłębszej kutnowskiej patologii. Na horyzoncie zaczął więc majaczyć mocny faworyt – Ważka. Uznałam, że jest to imię niemal idealne, bo opisywało jej wagę równocześnie dosłownie i w przenośni. Była drobna i lekka (8 kg), w dodatku z tymi wielkimi ślepiami, a równocześnie już stała się dla nas niesłychanie ważna i wiadomo było, że to już nigdy się nie zmieni – co najwyżej będzie się nasilać. Partner przyznał, że z moich wszystkich dotychczasowych pomysłów ten jest najsensowniejszy, ale uznał, że będziemy wiedzieć, czy faktycznie jest Ważką dopiero, kiedy ją poznamy.
Przyjechali bladym świtem we wtorek 27 lutego. (Została przez nas zaadoptowana dzień wcześniej.) Partner co prawda uprzedzał mnie o tym telefonicznie, ale jej odór przerósł moje najśmielsze wyobrażenia. Konieczność umycia jej była dla nas od początku oczywista, ale szybko stało się jasne, że pozbawienie jej aromatu poprzedniego domu nie będzie kwestią tylko jednego czy dwóch pryszniców. Pierwsza woda, którą została przeze mnie potraktowana, spłynęła z niej – jeszcze zanim zdążyłam użyć szamponu dla psów – całkowicie czarna. Oczywiście naraziliśmy ją na dodatkowy stres, więc mycie samej głowy zostawiłam już na kolejny raz.
Kiedy po odespaniu siedzieliśmy na kanapie, głaszcząc i pieszcząc naszą kochaną BezimienNą, powąchałam jej główkę i stwierdziłam, że ona ciągle zajeżdża żulem. Znałam tę charakterystyczną woń doskonale z okolic kościoła na Placu Narutowicza w rodzinnej Warszawie. Było tam kilku bezdomnych osiedlowych panów wydzielających dokładnie ten sam fetor: mocz, fekalia, rzygi, pot, brud, ropa, mocne tanie papierosy, alkohol, a wszystko to stare i już dawno zdołało się ze sobą – używając terminologii kulinarnej – „przegryźć”. Na Placu Narutowicza we wczesnej młodości po raz pierwszy doświadczyłam też tak zwanego paradoksu żula:

jak żul jedzie tramwajem, to tramwaj jedzie żulem.

– paradoks żula

Znałam zapach wystraszonego psa (ten udało się z małej zmyć), znałam zapach psa mokrego i brudnego. Nigdy jednak nie spotkałam się z tym, by choć fragment psa wydzielał to, o czym zdołałam już lata temu zapomnieć. Rzuciłam więc w żartach do Partnera:

– Ej, a może ona jest Julie?
Spojrzeliśmy wtedy na siebie, na nią, znowu na siebie i doprecyzowaliśmy jak jeden mąż:
– Ale koniecznie przez „Ż”!

Tak ostatecznie okazało się, że jej imieniem jest Żuli (z piękną francuską wymową i akcentem na ostatniej sylabie). Jako marianNa mam pewien sentyment do francuskich imion. Dodatkowo uhonorowaliśmy też jej poprzedniego opiekuna, którym ewidentnie musiała przesiąknąć, w myśl pięknej polskiej tradycji, by szanować swoją rodzinę zawsze, bez względu na to, jak by nie była patologiczna. Żart nas rozbawił. Oczywiście miałam pewne wątpliwości, czy imię jej nie ośmieszy, czy jest fair i tak dalej, ale ostatecznie nasza słodka Żulica, zwana przez nas również pieszczotliwie Żulisią, Żulką czy Żulinką wydaje się nim ukontentowana. A że ja jestem dla Partnera często Pato, a nierzadko również Patologią, można powiedzieć, że wszystko do siebie idealnie pasuje.

fot. Bożena Szuj

Żulisia w nowym domu

fot. Bożena Szuj

Żuli została po raz pierwszy w swoim życiu okutana w przypadkowe szeleczki i smyczkę, a potem posadzona w samochodzie Partnera na fotelu pasażera i przypięta do niego specjalnym paskiem. Była absolutnie przerażona, z Partnerem spędziła przedtem zaledwie kilka minut. Niedługo po ruszeniu popuściła ze strachu. Równocześnie dosyć szybko zaczęła się do Partnera przytulać, nie pozwalając mu trzymać kierownicy obydwiema rękami, bo kiedy przestawał ją głaskać, piszczała. Całą ich podróż mocno przeżywałam, dowiadując się na bieżąco co i jak. Kilka razy po drodze została wyprowadzona, ale ponoć chodzenie na smyczce było dla niej mocno stresujące. Każdy moment, w którym poczuła napięcie smyczy, był dla niej na tyle przerażający, że zaczynała piszczeć, więc Partner robił wszystko, by napięcia nie poczuła. Ja w międzyczasie kończyłam szycie zabawek dla niej i obmyślałam, jak mam ją przywitać, żeby nie przestraszyć jej jeszcze bardziej i żeby nie poczuła się o Partnera zazdrosna. Kiedy pożaliłam się przez telefon swojej mamie:

– No super, teraz to Bartek będzie tym kochanym, dobrym tatusiem, który ją uratował, a ja będę złą matką, która zacznie naszą relację od stresującego mycia…

odpowiedziała rzeczowo:

– I wreszcie zobaczysz, jak to jest.

Jednak wbrew obawom, Żuli przyjęła mnie bardzo dobrze. Co prawda nie miała pojęcia, jak jeść małe (ale drogie) smaczko-kosteczki z koniny, które dla niej miałam, więc je wypluwała w przeciwieństwie do starego, wyrzuconego na podwórko makaronu (XXI wiek, Europa Środkowa, małopolska prowincja), na który rzuciła się z apetytem. Wiedzieliśmy, że nigdy nie chodziła po schodach i mieliśmy w planach przez pierwszy tydzień ją po nich nosić. Wszystko, co było dla niej nowe i nieznane, przyprawiało ją o drżenie, ale też całkiem szybko się oswajała. Jej pobyt w korytarzu, łazience i pokoju uświadomił mi jedno – niezwykle intrygowały ją lustra, w których się ewidentnie przeglądała. Nie warczała ani nie szczekała na swoje odbicie. Ona się nim… delektowała.

– Ja pier…lę, druga Patkowska!

– skwitował Partner

Już pierwszego dnia, kiedy z nią wracałam ze spaceru i wnosiłam po schodach, postanowiłam sprawdzić, czy da radę sama pokonać ostatnie półpiętro do nas. Była nieco zdziwiona i onieśmielona, ale kiedy pierwsza weszłam na dwa schody i na nią zaczekałam, poczuła się pewniej i weszła sama. Następny spacer należał do Partnera, który przy okazji, wracając, kończył wypakowywać samochód. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wszedł obładowany do domu, a Żuli stała obok niego.

– Nie byłem w stanie wziąć na ręce i bagażu, i jej, więc ją postawiłem na dole i przyszła o własnych siłach.

– wyjaśnił sytuację Partner

Nie mogłam uwierzyć, że zaledwie dwie godziny po nieśmiałym przemierzeniu półpiętra, z zatrzymywaniem się, niepewnością i nieporadnością, przeszła całe cztery piętra sama! Nie pozostało mi więc nic innego, jak przy następnym spacerze zachęcić ją do samodzielnego zejścia po schodach. Dałam jej czas, nagradzałam za każdy półpiętrowy sukces, a ona nim motywowana schodziła coraz pewniej i zgrabniej. Przepełniała mnie prawdziwa duma!
Mieliśmy wrażenie, że jest z nami szczęśliwa. Pierwsze spanie miało miejsce tuż po ich przyjeździe rano. Zarówno dla prowadzącego samochód Partnera, jak i dla wpatrującej się w niego uważnie przez całą drogę Żuli, była to noc nieprzespana. I potrzebowali od tej 6:00 do przynajmniej 11:00 się zdrzemnąć. Szybko okazało się, że po traumie prysznica, nie ma mowy o spaniu w kupionym jej pięknym legowisku. W grę wchodziło tylko nasze łóżko. Po piątym przełożeniu jej do postawionego tuż obok naszego łóżka legowiska i jej powrocie do nas, Partner się poddał i zasnął.
Choć Żulisia zdumiewająco szybko nam zaufała (już na drugi poranek całkowicie odsłoniła brzuszek!), nasze malutkie mieszkanko wzbudzało jej niepokój, bo kryło przed nią jeszcze wiele nieznanego. Wiem, że nie powinno się pozwalać psu wszędzie za sobą chodzić, bo oznacza to, że jego rolą jest pilnowanie naszego stada, a tego nie chcemy. Jednak wyszliśmy z założenia, że z niczego nie będziemy robić przed nią tajemnicy. Chciała wejść z nami do łazienki – trudno, na początku zostawialiśmy zawsze uchylone do niej drzwi (a nie jesteśmy jedną z tych par, które czynności fizjologiczne załatwiają w swojej obecności). Nie ukrywam, że to trochę dziwne, kiedy pies wpatruje się w nas w takich momentach, ale z drugiej strony my też mu towarzyszymy. Co więcej, zbieramy jego kupy! Chciała sprawdzić, co robimy w kuchni – wchodziła. Oczywiście tu pojawił się pierwszy problem, czyli żebranie o ludzkie jedzenie, jednak moja zadziwiająca w tej akurat kwestii asertywność sprawiła, że szybko sobie odpuszczała, wiedząc, że nie ma sensu marnować energii. Zawsze jednak uważnie obwąchiwała moje usta, kiedy kuchnię opuszczałam. Nawet jeśli nic tam akurat nie jadłam, kontrolę musiałam przejść. Niedużo rzeczy da się przed nią ukryć, bo jest niezwykle ciekawska, ale też nie mamy specjalnej potrzeby ukrywania czegokolwiek. Jej czujność z czasem też się osłabiła – na pewno początkowo była spowodowana paniką, że nas straci. W rekordowo szybkim czasie zrozumiała, że nie musi cały czas leżeć nam na kolanach. Że kiedy jesteśmy wszyscy razem, każdy z nas może zajmować się swoimi sprawami. (Tu pomogły żwacze i kości, zajmujące jej długie godziny.)
Ponieważ wiedzieliśmy, że drugi (i trzeci) prysznic będzie musiał nastąpić szybciej niż później, chcieliśmy jakoś znormalizować samą wannę. Partner stwierdził:

– Przecież ona nie ma nawet pojęcia, że my też się myjemy. Może pokażmy jej, że bierzemy regularne prysznice, żeby zrozumiała, że się tego nie boimy i że to jest naturalne. Może wtedy sama przestanie się bać kąpania!

Przez niemal tydzień w trakcie naszych pryszniców, podczas których dość teatralnie przy pomocy pantomimy próbowaliśmy zareklamować mycie się, zaglądała nam zaciekawiona do łazienki. Partnerowi próbowała nawet wskoczyć do wanny. Zadowoleni podeszliśmy więc na większym luzie do drugiego mycia psa. Cóż, po tym doświadczeniu mogę tylko napisać, że… to jednak nie było to. Może zrozumiała, że się myjemy i mamy z tego fun, ale nie oznaczało to, że automatycznie ona sama jest skłonna polubić własne prysznice.

fot. Bożena Szuj

Pies w łóżku? Nigdy!

fot. Bożena Szuj

Nasze pierwsze wspólne życie z psem (opieka nad Kochim) opisałam w tekście „Pieskie życie”. Wyjaśniłam w nim szczegółowo stosunek Partnera do psa w łóżku. Co do Kochiego, który spędzał u nas też część wakacji w Gdańsku rok później, a także niedawno ferie zimowe w Zakopanem, wiedzieliśmy już, że trafiony zatopiony. Trudno będzie wytłumaczyć mu nowe zasady, zwłaszcza, że jesteśmy jego stadem zastępczym, z którym na co dzień nie mieszka. Co do własnego psa, Partner miał równie jasno sprecyzowane stanowisko:

– Nasz pies nie będzie z nami spał w łóżku, bo nie wyśpię się w nim nigdy.

W grę prawdopodobnie wchodził fakt, że śpiąc ze mną, Partner już ma dla siebie tylko ⅛ łóżka, co z psem mogłoby jeszcze ulec zmianie na jego niekorzyść. Pierwsze wspólne spanie z Żuli uznaliśmy za część oswajania jej. Ułożyła się grzecznie w nogach na pledzie, w dodatku po mojej stronie. Po obudzeniu przywitała nas najsłodszym i najzabawniejszym uśmiechem, wyszczerzając przednie śnieżnobiałe krzywe zęby w komicznym grymasie, i przypominając tym samym uśmiechniętą fokę. Podczłogała się do nas, merdając ogonkiem. Dwa dni później okazało się, że:

  1. po pierwsze początkowe spanie w nogach było raczej oznaką kurtuazji, a nie miejscem, w którym nasz pies widzi się co noc, bo między mną a Partnerem zostają na ogół niepokojąco wolne aż trzy centymetry
  2. Żuli umie w pewną sztuczkę: mianowicie jest znakomita w ryciu tuneli w kołdrze i szybkim przemieszczaniu się pod nią.

Pan Naszpieswłóżkunigdy – zakochany w przysposobionej córci tatuś – na to ostatnie reaguje spazmatycznym śmiechem. Cóż, może Żuli kiedyś usiądzie w swoim prześlicznym legowisku na dłużej niż 5 sekund. Natomiast to, w jakiej dokładnie konfiguracji śpimy we trójkę, niechaj pozostanie naszą słodką tajemnicą.

fot. Bożena Szuj

Parentingowe skille

fot. Bożena Szuj

Jeden z kilku moich ulubionych memów zawiera taki oto dialog:

– Czemu adoptowaliście psa?
– Wiesz, niestety nie mogliśmy go mieć drogą naturalną.

Żuli jest naszą przysposobioną psióreczką. I choć dorastałam w czasach, w których psy miały raczej „właścicieli”, a te wiejskie dodatkowo łańcuch, wszystko się w zawrotnym tempie zmieniło na lepsze. Sama – co dziś przyznaję ze wstydem – kiedy po raz pierwszy usłyszałam o „psim psychologu”, roześmiałam się, bo myślałam, że to żart. Psy, choć kochane i słodkie, były traktowane mniej więcej tak, jak dzieci – były maskotkami swoich „właścicieli”. Dzisiaj i dzieci, i zwierzęta mają swoje prawa, za których łamanie grożą poważne kary. Myślę, że wiele par powinno swoje rodzicielstwo zacząć od opieki nad psem, a wiele z nich również na nim się zatrzymać.
Jesteśmy oboje z Partnerem rozanieleni i przepełnieni miłością, jakiej jeszcze nigdy nie zaznaliśmy. Miłość i wdzięczność w oczach Żuli jest najwspanialszym, co mogło się nam przydarzyć. Nie chcemy zresztą, by jej uczucia warunkowała wyłącznie wdzięczność. Chcemy na ten niesamowity kredyt uczucia zasłużyć. Z drugiej strony jest to psiak wymagający, straumatyzowany, przerażony. Dopiero kiedy do nas trafiła, dowiedzieliśmy się, że przez całe swoje półtoraroczne życie… tylko dwa razy wyszła z domu. Oba do weterynarza, ostatni niedługo przed samą adopcją. Była zamknięta w śmierdzącym mieszkaniu z trzema innymi psami: bratem i rodzicami. Jako najmniejsza ze stada często nie była przez resztę dopuszczana do jedzenia. Ponoć w mieszkaniu znajdowała się kanapa, z której aż skapywały psie ekskrementy. Musiała mieć też jakieś trudne doświadczenia związane z drzwiami, bo wychodzenie i wchodzenie do pomieszczeń nastręcza jej trudności – za każdym razem upewnia się, że drzwi są całkowicie otwarte. Nie umiem zrozumieć, jakim cudem znalazła w sobie tak szybko zaufanie do nas. W dodatku tak bezgraniczne…
Chodzenie w szelkach i na smyczy, podobnie jak chodzenie po schodach, okazało się dla niej bardzo łatwe do nauczenia. Z cichutkiego, chodzącego za nami (nawet na smyczy) krok w krok psiaka dość szybko przeobraziła się w psa nieraz ciągnącego, ale – co gorsza – okrutnie ujadającego na spacerach. Partner stwierdził, że brzmi wtedy, jak by miała w sobie tak dużo jadu, że równie dobrze może być też Jadźką. Szczeka na: ludzi, psy, koty, wózki, ptaki, hulajnogi, dzieci, radiowozy, nienaturalnych rozmiarów wielkanocne jaja, kosze na śmieci, walizki na kółkach, własne zniekształcone odbicia (lustra są ok, ale już ciemne witryny czy piekarnik – nie bardzo), worki ze śmieciami, nicość w ciemności, zbyt nisko położone słońce, a także plakat wyborczy Mariusza Koperskiego (jedynego sensownego kandydata na burmistrza tego miasta).

– Musicie ją nauczyć, że nie może tak szczekać!

– radzą nam ludzie, którzy uważają krzyk za naturalną formę komunikacji. Nie jestem w stanie oczekiwać od małego zestresowanego psa, żeby nauczył się w tydzień tego, czego dobrze radzący nie przyswoili przez kilkadziesiąt lat swojego życia – panowania nad własnymi emocjami. Umiejętność niekrzyczenia, jak i nieszczekania, to tak naprawdę umiejętność zawiadywania własnym strachem lub/i złością. Owszem, Żuli vel Jadźka rzuca się z zębami i szczeka tak, jak by miała wszystkich pozabijać (i  – nie oszukujmy się – nie jest to dla nas jakoś super komfortowe), ale równocześnie wiemy też, że robi to z gigantycznego strachu. Strachu o to, że nas straci. Jej światem do tej pory był świat patologiczny, trudny, opierający się na walce o przetrwanie i poczuciu zagrożenia. Dlaczego miałaby po kilku spacerach na świeżym powietrzu, którego praktycznie nie zna, pomyśleć, że ten pies lub człowiek, który idzie w naszą stronę z przeciwka nie ma złych intencji wobec jej, czy też mnie (lub Partnera – najczęściej wyprowadzamy ją na zmianę)? Dzieci są o tyle dziwne, że są dużo mniejsze od normalnych człowieków, zwracają na nią uwagę i są od niej tylko trochę większe. To może być niepokojące. Z wieloma rzeczami, na które szczeka, styka się po raz pierwszy. Nie jest ich pewna, więc próbuje je przepędzić. Czasem jest mi szalenie przykro, kiedy widzę, że ona szczeka, ale równocześnie patrzy z pewną zazdrością na bawiące się ze sobą beztrosko pieski. Jest jak niektóre dzieci, które obserwowałam, ucząc. Z jednej strony chciałaby należeć do grupy podobnych sobie, z drugiej – przez własny strach robi wszystko, by ta grupa jej nie chciała przyjąć. Dodatkowo miejsce spacerów jest oczywiście pełne ekspertów i każdy coś doradzi. Że trzeba z nią koniecznie iść do behawiorysty, że trzeba ją koniecznie szarpać smyczą czy na nią krzyczeć (kiedy przyjaciółka usłyszała przez telefon, jak w akcie desperacji próbuję krzyczeć, żeby Żuli przestała szczekać, stwierdziła, że na jej miejscu sama by szczekała dalej). Moje metody, te intuicyjne, gdzieś z trzewi, polegają na wspieraniu mojej małej spokojem. Być może efektownie jest krzyknąć (ona zmienia wtedy szczekanie w piszczenie, więc płacze i nadal czuje się niekomfortowo, w dodatku jest upomniana przeze mnie – swój cały świat, swoją ostoję), mniej efektownie iść z psem i przy każdym potencjalnym zagrożeniu mówić mu pewnym głosem:

Wszystko jest dobrze, nic się nie dzieje, jesteś dzielna, dasz sobie radę.

Ale jest to na dłuższą metę efektywne. Nauczyliśmy się jej nie wspierać (branie na ręce, do czego dąży) wtedy, kiedy szczeka, a za to okazywać dezaprobatę dla samego zachowania. Jednak nie chcemy jej tresować, a wychowywać. Mamy bardzo mądrą psióreczkę. Niejednokrotnie dowiodła swojej inteligencji. Nie potrzebujemy więc przedpotopowych metod wychowawczych dla półgłówków. Na szczęście w sklepie zoologicznym pracuje psia behawiorystka, która przyklaskuje najczęściej wcielanym przeze mnie rozwiązaniom. Przypomina o spokoju, wsparciu, ale też niewyręczaniu psa we wszystkim. Przypomina, że to proces, który będzie trwać tyle, ile potrzeba. Dziś np. Żuli była dosyć rozdrażniona i szczekała, więc skróciłam jej smycz (równocześnie rozluźniając, żeby nie pokazywać jej napięcia) i próbowałam rozproszyć biegiem po pustej stronie trawnika. W tym momencie mijał nas stary dziad z laską, mamrocząc pod nosem:

– Wściekłe gówno.

To mnie, nie powiem, uruchomiło i biegnąc dalej przed siebie, krzyknęłam do niego:

– Sam pan jest wściekłe gówno, fiucie!

Aż się zdziwiłam, skąd się w mojej wypowiedzi w ogóle wziął ten „pan”.
Jednym z piękniejszych doświadczeń jest dla mnie obserwowanie zabaw Partnera z małą. Miłość, jaką się oboje darzą jest urzekająca. Równocześnie nie pozwalam, żeby to, co widzę, w jakikolwiek sposób wpływało na moją relację z Żuli. Nie rozdzielamy z Partnerem ról: ty będziesz dobrym policjantem, a ja złym. Ty ją będziesz rozpieszczać, a ja trzymać w ryzach. Każde dziecko, również to psie, potrzebuje stabilizacji od każdego z opiekunów, jeśli jest ich kilku. Kochamy ją całym sercem, rozpieszczamy jak umiemy, a kiedy trzeba, pokazujemy jej granice, których również bardzo potrzebuje. Nie karzemy za złe zachowanie, ale nagradzamy za dobre. Pozytywnie ją wzmacniamy.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze nauka załatwiania wszystkich swoich potrzeb wyłącznie poza domem (co idzie już coraz lepiej, ale jeden pokój mamy na wszelki wypadek jeszcze wyłożony podkładami antysikowymi) oraz tego, że wyjście jednego z nas na chwilę… nie jest opuszczeniem. Na początku było bardzo ciężko. Żulinka nie dawała się pocieszać osobie, z którą zostawała (a było to zawsze któreś z nas). Całkowicie się emocjonalnie od niej odcinała, wręcz sztywniała, rzucała się pod drzwi i płakała. Dowiedziałam się, że to odcinanie może mieć związek z panicznym strachem, że zaraz utraci także drugie z nas. To są momenty, w których kraja się serce, ale znowu, im częściej takie sytuacje mają miejsce, tym krócej płacze i bardziej zauważa osobę, z którą została. Nie wytłumaczymy jej tego słowami (choć wierzę w magiczną skuteczność spokojnego tonu), musimy pokazywać czynami. Z czego, nota bene, jako ludzie, moglibyśmy w tych międzygatunkowych relacjach czerpać.
Na samym początku urzekało nas patrzenie, jak z dnia na dzień rozkwita. W domu chciała siedzieć i leżeć tylko na naszych kolanach. Ocieranie się o nas, fizyczne odczuwanie naszej obecności ją wzmacniało. Choć to wzruszające i przesłodkie, wiedzieliśmy, że kiedy już poczuje się pewniej, musi dostrzec, że może mieć w tym domu też swoje niezależne od nas życie. Dziś jestem szczęśliwa, kiedy np. daje mi znać, że nie chce być w danym momencie w jakiś sposób przytulana. To znaczy, że jest już nas na tyle pewna, żeby się nie bać, że pokazanie nam swoich granic zrazi nas do niej. Mam ogromną nadzieję, że już niedługo zauważy, że z niektórymi psami można się też świetnie bawić. I że te wszystkie małe/duże codzienne sprawy nie mają wpływu na naszą miłość do niej, której nikt nigdy jej nie odbierze.

fot. Bożena Szuj

Pies na ADHD

fot. Bożena Szuj

Dopiero od terapeutki specjalizującej się w leczeniu ADHD dowiedziałam się, że opiekowanie się psem ma niezwykle pozytywny wpływ na leczenie tego zaburzenia. Wymusza chociażby jakiś tryb dnia, wychodzenie z domu. To wszystko, co jest nam potrzebne i czego często nie potrafimy zrobić dla siebie, ale ponieważ nie umiemy odmawiać innym, to będziemy się z tych obowiązków znakomicie wywiązywać, sami czerpiąc korzyści.  Czy żałuję, że nie miałam psa w dzieciństwie? Bardzo. Tak samo, jak tego, że nikt nie umiał mnie dobrze zdiagnozować i leczyć.
Moja kreatywność – podobnie jak wrażliwość – jest silnie związana z ADHD, więc nie byłabym sobą, gdybym samodzielnie nie uszyła:

  • ETUI NA WORKI DO ZBIERANIA KUP
fot. Bożena Szuj
fot. Bożena Szuj
  • SAKIEWKI NA SMACZKI
fot. Bożena Szuj
  • TORBY W KSZTAŁCIE KOŚCI NA SPACERY
fot. Bożena Szuj
fot. Bożena Szuj
fot. Bożena Szuj

No i kolczyków z tej sesji, ale to chyba wiadomo.

fot. Bożena Szuj

Pies to uwiązanie

fot. Bożena Szuj

Jednym z najgorszych tekstów, jakie słyszałam za młodu, był ten, że „pies to uwiązanie”, wypowiadany dodatkowo cierpiętniczym tonem, choć cierpienie w naszej kulturze ma przecież całkiem niezłe notowania. Nie twierdzę rzecz jasna, że każdy powinien się na psa zdecydować. To poważna decyzja wymagająca odpowiedzialności. Nie można psa kupować komuś z zaskoczenia w prezencie. Nie można uczynić dziecka psim opiekunem. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że nie wszędzie z psem wejdziemy czy przyjedziemy (choć z drugiej strony jest z tym o niebo lepiej niż kiedyś) i mieć w razie czego plan awaryjny – kogoś, kto nam w podbramkowej sytuacji pomoże. To wszystko jest oczywiste. Jednak ja tym straszliwym „uwiązaniem” zostałam pozbawiona złudzeń, że kiedykolwiek będę mogła się na psa zdecydować. Przecież kocham wolność, podróżowanie, a tu nie dość, że te demonizowane spacery, czy to w słońce, czy to w deszcz, to jeszcze karmienie, weterynarz… No męka okrutna! I nagle okazało się, że zalecony mi na ADHD przez psychiatrę spacer do maksymalnie godziny po wstaniu jest mniej (w mojej głowie) kuriozalny z psem niż bez niego. I nagle okazało się, że przy moim zamiłowaniu do gotowania, odnajduję się również znakomicie w gotowaniu… psu. Wystarczy pamiętać o składnikach, których można użyć, o braku soli, o konieczności rozgotowania warzyw i niedogotowania mięsa i… można tworzyć, jak dla ludzi! A ile radości sprawia zadowolony pies, który po zjedzeniu przychodzi ci podziękować, bo wie oczywiście, że to ty gotowałaś, gdyż nic się przed nim nie ukryje. I nagle okazało się, że wynikające z poczucia odpowiedzialności wizyty u weterynarza lub (jeśli zajdzie potrzeba) behawiorysty są jak najbardziej oczywiste. Jeśli kochamy kogoś, kto jest jeszcze od nas całkowicie zależny, a on do tego podnosi nam poziom dopaminy (której niedoborem jest ADHD), to robimy wszystko, żeby był szczęśliwy, zdrowy i stabilny. I tak, jest to rzeczywiście rodzaj „uwiązania”, jeśli wejdziemy w rolę egoisty. Takiego samego zresztą „uwiązania”, jakim są wszelkiego rodzaju relacje międzyludzkie.

fot. Bożena Szuj

P.S. Na deser łączę piosenkę o Żuli w taksówce… albo o pewnej Portugalce, która uciekła do Paryża przed prześladowaniami osób LGBT i została taksówkarką, wożącą w nocy klientów do klubów LGBT.

fot. Bożena Szuj

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

fot. Bożena Szuj

 

„Małe końce świata” Justyna Mazur

fot. Bożena Szuj

wydawnictwo: Helenka
rok wydania: 2021

Co do „Małych końców świata” od samego początku miałam dobre przeczucia. W którymś z wywiadów z Justyną Mazur (dzisiaj Justyną Mazur-Kudelską) słyszałam odczytany przez przeprowadzającą go dziennikarkę ich fragment i chwycił mnie za serce. W dodatku krążące po sieci zdjęcia książki zdradzały, że jest przepięknie wydana. Niestety nie było mnie na nią w tamtym momencie stać, a potem na horyzoncie pojawiło się całkiem sporo innych tytułów must read i o „Małych końcach świata” zdołałam niemal całkowicie zapomnieć. Ostatnio przypomniały mi o sobie same w aplikacji BookBeat i z ogromną niekłamaną przyjemnością wysłuchałam dostępnego tam audiobooka czytanego przez samą autorkę.
Justynę Mazur usłyszałam po raz pierwszy, kiedy wystąpiła gościnnie w jednym z odcinków mojego ulubionego podcastu Joanny Okuniewskiej „Ja i moje przyjaciółki idiotki” (finalnie zresztą „Małe końce świata” – po wielu problemach z wydawnictwem, które miało je pierwotnie wydać – zostały wydane właśnie w prywatnym wydawnictwie Joanny Okuniewskiej). Urzeczona głosem i łagodnością Justyny odkryłam jeden z trzech prowadzonych przez nią podcastów – „Piąte nie zabijaj” o tematyce kryminalnej i od razu wpadłam jak śliwka w kompot. Wysłuchałam wszystkich zaległości i zaczęłam na bieżąco wyczekiwać każdego nowego odcinka. Byłam zachwycona, bo nikt nie opowiadał tak pięknie o polskich zbrodniach jak ona. Ciepły, przyjemny głos koił nerwy, a niespotykana wrażliwość i empatia sprawiały, że nie czułam się w swojej „dziwnej fascynacji zbrodniami” sama. (Wreszcie ktoś udowodnił światu, że ludzie interesujący się tematyką true crime wcale nie muszą być psychopatami, których podnieca zło. Więcej, mogą nie popierać przemocy w żadnej formie, a równocześnie rozumieć, że przy pewnych splotach wydarzeń, w określonych warunkach biologicznych i środowiskowych ludzie pozornie zwyczajni są w stanie dokonać rzeczy przerażających, a to samo w sobie jest niesamowite.) Do teraz słucham podcastu z ciekawością, ale bywają odcinki, które trochę męczą mnie dłużyznami, niepotrzebnymi dygresjami czy nieistotnymi detalami. Równocześnie całkowicie rozumiem autorkę i jest mi to niesłychanie bliskie, gdyż sama mam gigantyczny problem z koncentracją, a także ustaleniem priorytetów i kiedy mówię, wszystko wydaje mi się jednakowo ważne. (Dziś wiem, że wynika to u mnie z ADHD.) Wspominam o tym zresztą nie po to, by krytykować „Piąte nie zabijaj”, ale żeby przestrzec przed wyrabianiem sobie opinii na temat pióra Justyny na podstawie samego podcastu. Mam wrażenie, że kiedy mówi, wiele rzeczy ją dekoncentruje. Natomiast kiedy ma czas na zredagowanie myśli, wychodzi jej coś naprawdę wyjątkowego; a „Małe końce świata” są wyjątkowe.
Choć książka opowiada o życiu Justyny, nie jest typową autobiografią. Autorka opisała w niej różne swoje doświadczenia z różnych etapów życia. Doświadczenia, które wydawały jej się wówczas końcami świata. Dzieli się nimi z dzisiejszej perspektywy – perspektywy osoby, która te trudne momenty przetrwała, wyszła z nich silniejsza, spokojniejsza i bardziej ze sobą zintegrowana. Dzieli się, wiedząc, jak wielką moc ma słowo. Jak ważne może być dla kogoś, kto znalazł się właśnie na życiowym zakręcie, zrozumienie, że ktoś inny był w podobnym miejscu i wyszedł z tego suchą stopą; że w tych wszystkich trudach i znojach nie jest sam. To niezwykle terapeutyczne, kiedy uświadomimy sobie, że choć bardzo się od siebie różnimy, jesteśmy jednak ulepieni z tej samej gliny i niemal wszyscy przeżywamy sytuacje opierające się na zbliżonych schematach. Niezwykle często reagujemy w nich podobnie. To krzepiące, kiedy dopuścimy do siebie myśl, że jesteśmy częścią jednego organizmu i więcej nas łączy niż dzieli.
To, co mnie w pisaniu Justyny Mazur absolutnie zachwyca, to jej cudowna bezpośredniość i autentyczność. Mamy do czynienia z autorką niezwykle delikatną, kulturalną i wrażliwą, która się przed nami niemal całkowicie obnaża i nie jest to tani nachalny ekshibicjonizm, lecz prawda, która musi wybrzmieć. To jest mi również niesłychanie bliskie – kiedy piszę, zdarza mi się zanurzać w rejonach trudnych, intymnych, bolesnych czy niewygodnych. Czuję, że wygładzone, ocenzurowane i ugrzecznione nie jest prawdziwe. Bardzo sama też jako czytelnik, ale również odbiorca jakiejkolwiek sztuki chcę być traktowana – traktowana autentycznością, która nie zawsze musi być komfortowa.
Nie będę tu niczego spojlerować, choć „Małe końce świata” warto przeczytać nie tylko ze względu na wciągającą treść, ale też samą formę, sam literacki styl. Z przyjemnością, zwłaszcza po „Wszyscy wiedzieli” Karoliny Korwin-Piotrowskiej, zanurzyłam się w lekturze ukazującej nieoczywistość i nieświadomość przemocy w latach, w których sama dorastałam (jestem od Justyny niecały rok starsza). Co dokładnie mam na myśli? Przywykliśmy dziś do narracji potępiającej w czambuł ewidentne zło i przemoc, w których dorastało nasze pokolenie. Z jednej strony to dobre i terapeutyczne (w przypadku znakomitej książki „Wszyscy wiedzieli” całkowicie oczywiste i konieczne), ale z drugiej, wydaje się, że zapomnieliśmy, jaki był wtedy stan naszej wiedzy. Dopiero czytając „Małe końce świata” zrozumiałam, jak bardzo potrzebowałam narracji przypominającej mi drogę, którą sama musiałam przejść, by stać dziś w miejscu, z którego przemoc i nierówność widać wyraźnie. Drogę zadziwiająco podobną do tej, którą przeszła Justyna. Moje relacje z kościołem i wiarą (bardzo głęboką i ważną przez całe dzieciństwo i wczesną młodość), moje związane z tym rozterki dotyczące pierwszego razu, moja wiara w przyjaźń damsko-męską, która jest również jakimś rodzajem miłości, moja niestabilność i potrzeba bycia kochaną przyciągająca partnerów manipulujących, moje przekonanie, że definiuje mnie dopiero zdanie innych ludzi na mój temat czy w końcu moje podejście do osób homoseksualnych i feminizmu – to wszystko przerażająco dosłownie opisała autorka… pisząc przecież o sobie. Czytając, wreszcie uzyskałam od samej siebie rozgrzeszenie. Rzekoma „homofobia” we wczesnym etapie mojego życia, o którą się latami oskarżałam, okazała się – kiedy przeczytałam swoją własną historię ubraną w życie Justyny – czymś kompletnie innym. Wychowałam się w duchu katolickim, a więc w pewnym jednak potępieniu homoseksualnych praktyk. Podobnie jak Justyna nie rozumiałam żądania równych praw dla osób homoseksualnych, bo również byłam przekonana, że jest ich tylko garstka i że skoro ja szanuję wszystkich dookoła, to wszyscy inni robią tak samo. Krótko mówiąc, to wcale nie była „homofobia”, lecz nieznajomość realiów, brak świadomości, ile osób homoseksualnych żyje tuż obok i – by mieć łatwiej – ukrywa swoją orientację. To było rozbrajająco naiwne mierzenie innych własną miarą. Skoro jestem otwarta i dobra, nie zaglądam nikomu do łóżka i uważam, że traktowanie kogokolwiek gorzej z powodu orientacji, pochodzenia, koloru skóry czy przynależności religijnej jest złem w czystej postaci, to zakładam, że większość ludzi myśli jak ja. Że ci jacyś dyskryminujący to zaledwie niecały promil społeczeństwa wywodzący się z dzikiej patologii, a kiedy dodać do tego fakt, że wśród nas homoseksualistów prawie nie ma, to właściwie faktycznie nie wiadomo o co niektórzy kruszą kopie. Myślę, że obydwie (ja i autorka) żyłyśmy bardzo długo w przeświadczeniu, że skoro wiara jest dobra, to kościół też jest dobry, więc wszystko co złe jest daleko od nas. I dopiero kiedy kolejne elementy przestały do siebie pasować, a zaczęły wzajemnie sobie przeczyć, po jakimś czasie spadły nam z oczu klapki. Chyba obydwie w podobny sposób poczułyśmy się oszukane. Podobnie z prawami kobiet: nie doświadczyłyśmy (lub nie zauważyłyśmy, że doświadczamy) nierównego traktowania, na które nigdy świadomie nie wyraziłybyśmy zgody. Nasz sceptyczny stosunek do feminizmu i feministek nie wynikał z uwielbienia patriarchalnego porządku, lecz niewiedzy. Może też niewiary w rozmiary otaczającego nas zła.
Droga Justyny, podobnie jak moja, również prowadzi przez uzdrawiającą i porządkującą wszystko terapię. Poruszył mnie opis jej rozmowy z matką, realne skonfrontowanie się z przeszłością. Nazwanie po imieniu tego, co niedopuszczalne. Zrozumienie uwikłania poprzednich pokoleń w krzywdzące modele wychowawcze. To wymaga ogromnej odwagi.
Nie chcę więcej zdradzać. Uważam, że ogromną stratą byłoby nieprzeczytanie „Małych końców świata”. Gdybym miała opisać książkę w trzech słowach, były nimi: osobista, przejmująca, wspaniała.

P.S. A na deser łączę piosenkę nawiązującą do książki nie tylko tytułem, ale też niezwykłą wrażliwością wykonującej ją Billie Eilish.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Wszyscy wiedzieli” Karolina Korwin-Piotrowska

fot. Marianna Patkowska

wydawnictwo: Mando
rok wydania: 2022

Po książkę „Wszyscy wiedzieli” sięgnęłam ponad dwa lata po jej premierze. Oczywiście wiedziałam o niej od dawna i od samego początku miałam ją w swoich czytelniczych planach. Jednak przed lekturą… powstrzymywał mnie jakiś irracjonalny lęk. W końcu udało mi się go pokonać i nadrobić zaległość. Okazało się, że po pierwsze nikt nie jest w stanie przestraszyć mnie mocniej niż projekcja mojego własnego mózgu, a po drugie, że książka jest (co podejrzewałam) znakomita, a jej ukazanie się na polskim rynku – niezwykle ważne.
Bezpośrednim powodem jej powstania był facebookowy post Anny Paligi – młodej aktorki i absolwentki Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi. Post obnażający przemocowe zachowania kadry tej uczelni. Wywołał on ogromne poruszenie, zwłaszcza w środowisku aktorskim, które dość szybko się podzieliło na wdzięcznych Palidze i wkurzonych na nią. Wszystkie reakcje ukazały jeszcze chyba gorszy od samej przemocy problem. Problem przyzwolenia na zło. Czasem to przyzwolenie wynikało z panicznego strachu i braku świadomości swojej siły i sprawczości, czasem z małej empatii na ludzką krzywdę połączonej ze ślepą wiarą w „autorytety”, czasem z kolei z traumy własnego przemocowego dzieciństwa lub/i przemocowej edukacji. Tak czy inaczej… wszyscy wiedzieli.
Karolina Korwin-Piotrowska, chcąc zrozumieć, jak to możliwe – jak można wiedzieć i nie reagować – stworzyła książkę w najlepszej z możliwych form: w formie wywiadów. Autorka oddała głos nie tylko pokrzywdzonym (w zdecydowanej większości aktorkom i jednemu aktorowi), ale też wykładowcom oraz specjalistom zajmującym się ofiarami mobbingu i przemocy. Wspaniałym pomysłem był wspólny dla wszystkich tych wywiadów punkt wyjścia: post Anny Paligi. Każda z wypowiadających się w książce osób została o jego odbiór zapytana i choć odpowiedzi były bardzo różne, ze wszystkich wybrzmiewał jeden znakomity przekaz: mamy szansę realnie oddziaływać na ludzi wokół nas, kiedy mówimy głośno swoją prawdę, jak by nie była niewygodna dla kogokolwiek, nas samych nie wyłączając. Słowa (nie tylko te pisane, ale nimi łatwiej dotrzeć dalej) mają gigantyczną moc. Dla mnie, jako osoby często krytykowanej za „zbyt ostre pióro” (czego, rzecz jasna, sama nie dostrzegam), za „czepianie się”, za „dzielenie włosa na czworo”, jest to ważne szczególnie. Ludzie nas uciszają, bo chcą spokoju. Jednak do zmian potrzebna jest zawsze rewolucja, a ta rzadko przebiega w ciszy i harmonii.
Książkę otwiera wstęp autorki, która dzieli się z czytelnikami swoimi wstrząsającymi doświadczeniami mobbingu sprzed lat. Nie jest nam nic winna, nie musi wyjaśniać, czemu ten akurat temat jest jej bliski. Jednak odsłania się ze swoimi ranami. Choć inna od opisywanej, bo dziennikarska branża, schemat jest zawsze ten sam: psychopatyczny szef/nauczyciel/wykładowca otumaniony władzą pastwiący się nad podwładnymi. W idealnym świecie to sytuacja nie do pomyślenia. W idealnym świecie bardziej realnym wydaje się napad i rabunek na ulicy niż to, że jakiekolwiek zagrożenie czyha na nas na uczelni czy w pracy, gdzie są przecież jakieś zasady, jakiś kodeks, a ci, którzy są w jakikolwiek sposób „ponad nami” nie są przecież anonimowi. Cóż… Nic bardziej mylnego. Jest odwrotnie. Wszelkie akty przemocy dokonywane przez przypadkowych i nieznanych ofiarom katów zdarzają się statystycznie o wiele rzadziej niż te w wykonaniu ludzi, których ofiary znają dobrze. I rzecz jasna nie mówimy tu o rzucaniu się na studenta/pracownika z siekierą. Mówimy o systematycznym poniewieraniu drugą osobą w sposób, który jest przeważnie bardzo trudny do uchwycenia, ale pozostawia w tej osobie nieodwracalny ślad. (Przeważnie, bo mówienie do studentek per „kurwa” jest łatwe do uchwycenia, a okazuje się, że tak zachowujący się wykładowca nie został po pierwszej takiej odzywce zgłoszony i wyrzucony na zbity pysk.)
Po wstępie możemy zapoznać się z treścią postu Anny Paligi, a pierwszym wywiadem jest wywiad z samą Paligą. Wspaniały, osobisty, ukazujący prawdziwy kontekst tego wpisu, bo – jak je nazywa Karolina Korwin-Piotrowska – debilomedia dopisały sobie już całkiem sporo własnych, wyssanych z… palca, ale za to clickbaitowych. Miałam, czytając, przyjemne uczucie, że choć temat jest bardzo dla mnie trudny (#metoo – stąd pierwotny lęk przed lekturą), to poznaję właśnie wspaniałą młodą kobietę o ogromnej wrażliwości i kulturze osobistej, znakomicie władającą słowem, z wizją i pomysłem na to, jak wydostać się z impasu, w który zabrnęło szkolnictwo wyższe, a przynajmniej uczelnie teatralne. Czułam, że wreszcie ktoś mówi to wszystko, co dla mnie było od dziecka oczywiste, ale szybko okazało się, że… tylko dla mnie. Przy każdym kolejnym wywiadzie z zaskoczeniem odkrywałam, że choć każda z występujących w książce osób jest inna, miała inną drogę oraz inne traumy, jednak łączy je ten sam mianownik: wrażliwość i mądrość połączone z nowoczesną wizją dobrej, nowoczesnej szkoły. Choć z pewnością łatwo byłoby stworzyć wywiady z pokrzywdzonymi, z których wyziera beznadzieja i „użalanie się” nad kimkolwiek (brr, straszne sformułowanie), „Wszyscy wiedzieli” to rozmowa na temat tego, co zrobić, żeby było dobrze. A w pierwszej kolejności, żeby nie było tak źle, jak było do tej pory.

fot. Marianna Patkowska

Ciekawe jest też to, że choć każda z pokrzywdzonych przez PWSFTviT osób nazywa doświadczaną na wydziale przemoc po imieniu, jednak wyłaniająca się z tych relacji prawda jest niejednoznaczna. Nazwisko jednego wykładowcy przewija się przez niemal wszystkie wywiady, ale w jednych jest on potworem, a w innych – znakomitym pedagogiem i ostoją. To doskonale zresztą pokazuje coś, o czym już od lat piszę: zło nie jest jaskrawe. Łatwo ulegamy wrażeniu, że jeśli coś już jest złe, to jest złe do cna – ma tylko czarne barwy. Tymczasem ludzie są znacznie bardziej skomplikowani. Z różnych powodów potrafią być katami dla jednych i aniołami dla innych. To rzecz jasna nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla zachowań karygodnych, ale może tłumaczyć sympatię, jaką niektóre z tych osób są darzone. Inna sprawa to też kwestia tego, co dzieje się z nieodpowiednio wyrażonym komunikatem. Doskonały tego przykład podał w wywiadzie Piotr Witkowski:

Podam ci przykład koleżanki, która twierdzi, że była przez nią niszczona. Ewa Mirowska jej powiedziała kiedyś coś takiego: „Zuziu, mówisz ten tekst jakbyś była głupia i nie miała poczucia humoru”. Zuzia zapamiętała, że jest głupia i nie ma poczucia humoru. A ona chciała z niej wyciągnąć coś więcej.

– „Wszyscy wiedzieli” str. 167

Gdyby był to opis rozmowy „równych sobie” osób, czyli kumpli, przyjaciół czy znajomych, można byłoby to nazwać niezręcznym uproszczeniem, nieporozumieniem, które łatwo i szybko da się wyjaśnić. Koleżanka bez większej krępacji mogłaby zapytać: „czekaj, masz mnie za głupią i w dodatku drętwą?”, a nadawca tego komunikatu zorientowałby się, że średnio mu wyszło i wyjaśnił, co miał na myśli. Jednak… wykładowca ma nad studentami przewagę, wystawia im oceny i od niego nieraz zależy ich uczelniany los. Tutaj nie ma równości, więc automatycznie nie ma też miejsca na tego typu niedopowiedzenia. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy Zuzia ma ADHD i z tego powodu przyjęła rozumienie mniej dla siebie korzystne, czy czegoś nie dosłyszała, czy miała zwyczajnie słabszy dzień. Ewa Mirowska jako wykładowczyni zrobiła błąd tak formułując swoją myśl! Powinna przewidzieć możliwość błędnej jej interpretacji. Tutaj nie ma usprawiedliwienia.
Bardzo niejednoznaczną postacią okazuje się Wojciech Malajkat, który choć przez większość studentów był odbierany jako ich orędownik i ktoś niebywale empatyczny i wspierający, jednak wspierał również… dawny system, niedużo z nim wtedy robiąc. Z tym większym zaciekawieniem przeczytałam wywiad z nim. Widzimy tu jeszcze inną postawę: można tak długo tkwić w starych schematach, że nie widzi się ich toksyczności. Nie rozumie się potrzeby rozprawienia z nimi. Nigdy na szczęście nie jest za późno, by przejść na dobrą stronę mocy.
Kiedy sięgnę pamięcią do czasów własnej podstawówki, staje się dla mnie całkowicie jasne, że moje pokolenie (oraz pokolenia starsze) wychowało się w czasach przemocowych. I choć w nie wszystkich domach miała ona miejsce, jednak przemocowość czasów rozumiem przede wszystkim jako powszechne na przemoc przyzwolenie. Ktoś bił dzieci? Nie przesadzaj, to tylko klaps! Ktoś wyśmiewał ucznia przed całą klasą, obniżał jego budzącą się dopiero samoocenę do zera? Widocznie smark się nie przygotował do zajęć! Na wszystko była jakaś głupia odpowiedź lub powiedzonko. Na przykład „dzieci i ryby głosu nie mają”. Pijany wujek pozwalał sobie na niewybredne żarty o rosnącym biuście zawstydzonej siostrzenicy? On ma takie poczucie humoru. Chłopcy jeszcze mieli to szczęście, że jak już przeżyli fazę podczłowieka-dziecka, zmieniali się w pełnoprawnego człowieka mężczyznę. Dziewczynki z fazy podczłowieka-dziecka przeobrażały się w podczłowieka-kobietę. I tak jest w wielu miejscach niestety do tej pory (nie wskazując palcem, na przykład na Podhalu, gdzie obecnie mieszkam). I to wszystko znajduje odzwierciedlenie w często wstrząsających opisach wykładowców z PWSFTviT. Z daleka „wielki aktor, geniusz, wielki człowiek”, z bliska owszem, ktoś o ogromnym talencie i wypracowanym doskonałym warsztacie, ale alkoholik, przemocowiec, gbur i seksistowski cham.
Z książki wynika jeszcze jedna ważna refleksja: ci często zdegenerowani ludzie, pławiący się we własnej znakomitej opinii na swój temat, byli tak samo traktowani, kiedy studiowali; a jeszcze wcześniej – ich wykładowcy-kaci. To znowu nie jest nawet próba usprawiedliwienia. To wskazanie strasznego mechanizmu, który wreszcie młodzi są gotowi zmienić. Któremu wreszcie głośno się sprzeciwiają. I niech grono starych, lubujących się w przemocy „wielkich Polaków” nazywa ich „roszczeniowymi” czy „trudnymi”. I niech się w końcu zacznie wstydzić, że nigdy nie miało tyle odwagi, ile miała Anna Paliga, by zacząć tak głośną i ważną dyskusję. Bo najgorsze nie jest wcale bycie oprawcą. Najgorsze jest niereagowanie, kiedy wokół nas dzieje się zło.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę bardzo ciekawy wywiad z Karoliną Korwin-Piotrowską w Sekielski Brothers.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

ADHD – mam i ja!

fot. Marianna Patkowska

Partner wybył mi w Polskę (nie, nie w takim sensie!) i zostałam na kilka tygodni słomianą wdową. A jak najlepiej uczcić samotnie spędzane Walentynki? Otóż to! Wizytą u psychiatry marzeń i diagnozą, która ostatecznie rozwikła najtrudniejsze zagadki naszego życia i sprawi, że wszystko połączy się ze wszystkim. (Czyli tak, jak mój nadwydajny mózg lubi najbardziej!) Mam ADHD. To już nie domysły, dreszcze przy oglądaniu wykładów dra hab. n. med. Jarosława Jóźwiaka wywołane wrażeniem, że mnie opisuje, silna intuicja, że „to to”, kiedy natknę się na jakikolwiek filmik o tym zaburzeniu czy podskórne przekonanie, że „chyba to mam”. To medyczna diagnoza poprzedzona testem z psychologiem i długim wywiadem z psychiatrą. Ale zacznijmy od początku.

fot. Marianna Patkowska

Moda na ADHD

fot. Marianna Patkowska

Chociaż to w sumie nie będzie sam początek. Do początku jeszcze przejdziemy. Nie będzie to początek, ale bardzo istotny punkt zwrotny. Kiedy słyszę o „modzie na ADHD”, to aż mną telepie. To coś równie mądrego jak „moda na depresję”, o której swego czasu w mediach wypowiadała się pani Magdalena Środa. Nawet, kiedy panuje wirus i ludzie tłumnie zapadają na przeziębienia, nikt nie wspomina o „modzie na anginę”. Pamiętam, jak chyba w okolicach przełomu wieków, niemal wszystkie przypadki śmierci wśród znajomych w kwiecie życia były spowodowane nowotworem. Kiedy ktoś bliski chorował (a dużo bliskich chorowało), łączyło się to z gigantycznym lękiem o jego życie. Czy było to spowodowane zbyt późną wykrywalnością raka? A może zbyt małą świadomością, jaką można stosować profilaktykę? Z pewnością duża zachorowalność łączyła się ze stanem wiedzy medycznej. Już nigdy później nie spotkałam się z tak dużą liczbą chorych w tak krótkim czasie, a z kolei tym, których nowotwór dotknął, częściej udawało się wyzdrowieć. Jednak czy komukolwiek wpadłoby do głowy coś tak absurdalnego, jak stwierdzenie, że ludzie chorzy na tę ciężką i niebezpieczną, często śmiertelną, chorobę są „modni”? Że jest ona „modna”? To niesłychanie niestosowne, co chyba wszyscy czują. Natomiast ADHD, które śmiertelne nie jest (za to towarzyszy nam od urodzenia do śmierci) jest zaburzeniem niezwykle utrudniającym, a czasem wręcz uniemożliwiającym tzw. normalne życie. Bez gruntownej psychoedukacji wspomaganej odpowiednimi lekami, pacjenci dotknięci ADHD są bezradni i często skazani na ogromne cierpienia i porażki w swoim życiu. A przede wszystkim… skazani na niezrozumienie.
Tak więc owszem, temat zdrowia psychicznego, a wraz z nim ADHD wykrywanego późno, bo u ludzi już dorosłych jest rzeczywiście popularny. Mówi się i pisze o nim znacznie więcej niż kiedyś. W związku z tym osoby dotknięte tym zaburzeniem coraz liczniej zgłaszają się na testy i badania, a co za tym idzie, otrzymują diagnozę: stwierdzenie lub wykluczenie ADHD. Jednak owa popularność tematu nie sprawia, że zdrowi ludzie szturmują gabinety psychologów i psychiatrów w celu zrobienia testów, a te – magicznym zrządzeniem losu – wykazują u nich zaburzenie, którego w rzeczywistości nie mają. Popularność tematu sprawia, że ludzie, którzy czują się jak nieogarniający własnego życia odmieńcy, nagle mają możliwość zetknięcia się z tekstem, wykładem czy krótkim filmikiem w mediach społecznościowych wskazującym przyczyny, czemu może być im tak trudno. Kiedy zaczynają zgłębiać temat, okazuje się, że to nie życie ich boli, a raczej konieczność dostosowania się do zasad skrojonych z myślą o mózgu działającym inaczej niż ten, który mają. Oczywiście, że po latach cierpień pójdą za tym głosem. Wszystkie rozsądne i merytorycznie wartościowe źródła (a do takich łatwo dotrzeć) szybko podpowiedzą im, że powinni zrobić testy i dowiedzieć się, czy intuicja, że „to ADHD” ich nie zawodzi.
Jeszcze do niedawna moja wiedza na temat ADHD była zbliżona do wiedzy ogółu. Jak każdy ignorant myślałam, że jest to przypadłość małych biegających chłopców. Potem w dosyć niedługim odstępie czasu, niezależnie od siebie, trzy obserwowane przez mnie instagramerki ogłosiły, że mają ADHD i że ta diagnoza zmieniła ich życie. Niezwykle mnie to zaintrygowało, bo choć dziewczyny są od siebie całkowicie inne i mają odmienny content, wszystkie łączy: duża wrażliwość, dbałość, by przekazywany temat był umieszczony w szerszym kontekście oraz podpieranie się źródłami i odsyłanie do specjalistów w danej dziedzinie. Jedna z nich poleciła zobaczenie wykładu dra hab. n. med. Jarosława Jóźwiaka na temat ADHD u kobiet i był on dla mnie przełomowy. Od czasu jego pierwszego odtworzenia zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie znalazłam wreszcie odpowiedzi na dręczące mnie przez całe życie pytanie:

Co mi jest?

Zaczęłam więc regularnie do wykładu wracać i robić notatki. Solidnie przygotowałam się do wizyty z moją panią psychiatrą, zadowolona, że wykonałam za nią całą pracę, znajdując zaburzenie pasujące do tego, z czym się borykam i dowiadując się, jak się je leczy. Pomyślałam nawet, że zasługuję na część jej pensji (na wypłatę za ćwierć etatu, które wyrabiam na kasach samoobsługowych w Biedronce ciągle czekam). W końcu to, co powinno być dla niej – z uwagi na jej wykształcenie – proste, mnie kosztowało całkiem sporo, łącznie z trzema latami brania leków nie na to, co trzeba. Poprosiłam więc o skierowanie na testy na ADHD w ramach NFZ-u. Skierowania nie dostałam. W odpowiedzi dowiedziałam się, że

na oko pani doktor nie mam ADHD, a nawet gdybym miała, to nie da mi amfetaminy.

Zrozumiałam, że mój entuzjazm związany z nowotarskim leczeniem musiał być najwyraźniej lekko na wyrost, prawdopodobnie ze względu na doskonałą terapię, na którą dzięki pani doktor trafiłam. (Inna sprawa, że po trzech miesiącach intensywnej obserwacji żaden terapeuta ani lekarz nawet się nie zająknął, że moje objawy mogą być wynikiem ADHD i że warto to sprawdzić.) Leczenie „na oko” mnie osłabiło, radykalne odmówienie amfetaminy przy uznaniu, że być może będę jej potrzebować i przy całkowitym braku mojej jakiejkolwiek używkowej historii sprawiło, że zgłupiałam. Nie wiem, co zawierają leki na ADHD. Nie proszę o żaden ich składnik, lecz o pomoc w problemach, których od trzech lat nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Jednak pani doktor ostatecznie wykluczyła się z grona lekarzy mnie prowadzących słowami:

No, ADHD jest ostatnio bardzo modne.

fot. Marianna Patkowska

Diagnoza

fot. Marianna Patkowska

Dzięki wsparciu najbliższych mogłam sobie pozwolić na test w najlepszym wg mojej wiedzy w Polsce ośrodku zajmującym się pacjentami z ADHD, mianowicie w Centrum Terapii ALMA, w którym przyjmuje właśnie wspominany dr hab. n. med. Jarosław Jóźwiak (z zapisami dopiero na lipiec, więc niestety nie udało mi się do niego dostać). Do ustalenia diagnozy potrzebne są dwie wizyty, które można odbyć również w trybie online. Pierwszą stanowi test DIVA w postaci rozmowy z psychologiem, a drugą konsultacja z psychiatrą w oparciu o wyniki testu DIVA (osobą diagnozującą, co ważne, musi być psychiatra).
To właśnie na dziś przypadła moja wizyta u psychiatry. I dziś odebrałam diagnozę, a także plan dalszego działania. Ulga i radość, jakie poczułam, były ogromne. Zdaję sobie sprawę z tego, że z boku może to wyglądać nieco dziwnie. Dostaję diagnozę całkiem poważnego zaburzenia, a cieszę się jak dziecko. Jednak… do objawów ADHD przez trzydzieści osiem lat zdążyłam przywyknąć. Uprzykrzają mi życie, odbierają czasem do niego chęć, blokują mnie przed robieniem tego, co znacznie polepszyłoby jego jakość, ale je znam. Natomiast pierwsza w życiu psychiatryczna diagnoza, z którą się całkowicie zgadzam, i z którą przede wszystkim specjaliści wiedzą, co dalej robić (a na takich w końcu trafiłam), to naprawdę pełnia szczęścia!

fot. Marianna Patkowska

Psychiatrzy

fot. Marianna Patkowska

O psychiatrach, jakich spotkałam w swoim życiu, mogłabym napisać książkę, ale z szacunku do własnego zdrowia, poświęcę im tylko ten krótki rozdział. W sumie – nie licząc dzisiejszej wizyty – miałam konsultacje z siódemką różnych lekarzy. Troje z nich prowadziło mnie przez dłuższy czas. Podstawowym problemem wszystkich było diagnozowanie. Jedna pani doktor miała zasadę, że nie mówi swoim pacjentom, jaką mają diagnozę, bo się nią później usprawiedliwiają. I ja wcale nie twierdzę, że w każdym przypadku jest to założenie błędne. Uważam jednak, że pacjenci się między sobą różnią, więc mają też różne potrzeby. Ja należę do osób, które odczuwają spory niepokój, kiedy nie wiedzą. Byłam więc długi czas utrzymywana w mglistym przeświadczeniu, że choruję na depresję. Ba, byłam nawet leczona na depresję, lecz pani doktor stwierdziła, że „mi tego nie powie”. Potem trafiłam do przemiłego lekarza, który przyjechał na rodzinne Podhale po latach pracy za granicą. Ujął mnie swoją bezpośredniością i serdecznością. Gorzej było… z leczeniem. Stwierdził, z rozbrajającą szczerością, że właściwie „mogę brać antydepresanty, ale mogę też ich nie brać”, nie zaproponował jednak niczego w zamian. W terapię również niespecjalnie wierzył. Nie odważyłam się wtedy na całkowite ich odstawienie, bo panicznie bałam się powrotu myśli samobójczych i stanów lękowych. Jednak już sam pomysł, że to ja mogłabym podjąć taką decyzję – zupełnie, jak byśmy mówili o Rutinoscorbinie – dziś przyprawia mnie o dreszcze. Wtedy… nie umiałam lekarza zmienić, bo był miły, a ponadto zwierzył mi się kiedyś, że „bardzo lubi, jak przychodzę, bo tu na Podhalu, to tylko ze mną może sobie tak fajnie ponarzekać na PiS”. Czy chodziłam przez prawie dwa lata do kiepskiego lekarza, żeby… miał z kim sobie narzekać na PiS? Tak. (Co zabawne, ma to pewien związek z ADHD, którego u mnie nie wykrył.)
Są też czasem sytuacje, kiedy naszego lekarza akurat nie ma, albo kiedy jesteśmy w innym mieście, a potrzebujemy kolejną receptę lub przedłużenie zwolnienia. W takich okolicznościach poznałam najstarszą chyba psychiatrkę świata, której każdy swój objaw musiałam powtarzać po kilka razy, gdyż miała zaawansowane problemy ze słuchem. Powiedzieć, że to sytuacja niekomfortowa, to nic nie powiedzieć!
Dysponuję też doświadczeniem z pewnym panem doktorem, który miał mnie zakwalifikować (lub nie) na terapię w ramach NFZ-u dla osób współuzależnionych. (Kwalifikację psychiatryczną przeszłam, ale koniec końców się nie dostałam – najwyraźniej z NFZ-em mi nie po drodze.) Kiedy zapytał, czy ktoś z mojej najbliższej rodziny był alkoholikiem, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że „żadne z moich rodziców i nikt z bliskiej rodziny, ale większość moich partnerów była uzależniona”. Na co on spojrzał na mnie w jeden z najbardziej obleśnych sposobów i, z rechotem, spytał:

„Większość”? To ilu ich było, chłe, chłe?

Odpowiedziałam coś w stylu, że „nie jego zas…ny interes”, tylko grzeczniej, a on mi zaczął robić wykład, że to „istotne dla konsultacji”. Stwierdziłam tylko, że „nie sądzę” i nie odpowiedziałam. Natomiast po chwili się rozpłakałam, co w sumie wyszło mi na dobre, bo doktor stwierdził, że jestem niestabilna i bez problemu wypisał mi receptę, z prośbą o którą również przyszłam. Jednak wszyscy wiemy, że wizyta nie powinna tak wyglądać.
A skoro już jesteśmy przy tym, jak wizyta nie powinna wyglądać, to na wspomnienie zasługuje oczywiście rozkoszna dwójka z piekła rodem, znaczy, przepraszam, ze Szpitala Klinicznego im. dr. Józefa Babińskiego w Krakowie z moją ulubioną jego panią kierownik OLZON-u na czele. (Kto nie czytał, niech łapie tekst.) Koniec końców trafiłam na moją obecną, a właściwie już byłą, panią doktor, której zawdzięczam terapię. Tym razem na NFZ.
Co uderzyło mnie podczas dzisiejszej wizyty w Almie? To, że byłam nareszcie traktowana poważnie. Rozmawiałyśmy z panią doktor o ADHD, jak o zaburzeniu, które u siebie podejrzewam. Przede wszystkim nie czułam się – jak to bywało wcześniej – ustawiona, że „od diagnoz to jest lekarz, a nie pacjent” (to oczywiste, ale nie wyklucza przecież wiedzy pacjenta na temat swoich objawów; nawet wiedzy obszernej). Pani doktor, w oparciu o wyniki testu, chciała się dowiedzieć, w których objawach ADHD się odnajduję i wyjaśniała mi krok po kroku, z czego biorą się moje trudności. Czułam się traktowana przez lekarza jak partner, co mi uświadomiło, że nigdy wcześniej nie miałam takiego doświadczenia. Czyli da się.

fot. Marianna Patkowska

Wysoka wrażliwość

fot. Marianna Patkowska

Obiecany początek. Kiedy niecałe pięć lat temu przeczytałam książkę „Jak mniej myśleć; dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” Christel Petitcollin, mój świat na chwilę zamarł. Nawet nie wtedy – zamarł już podczas czytania. Po latach wrażenia, że spadłam z Księżyca, że jestem całkowicie inna od ogółu, latach osamotnienia i poczucia bycia niezrozumianą, wreszcie okazało się, że… jest nas więcej i że to ma nazwę. Wysoka wrażliwość, od której zdecydowanie wolę określenie „nadwydajność mentalna” to – jak to pięknie ujęła autorka – „inne okablowanie mózgu”. Osoby dotknięte taką przypadłością są w zdecydowanej mniejszości, ale nadal jest ich całkiem sporo. I muszą codziennie mierzyć się ze światem zaprogramowanym przez „normalnie myślących” (czyli tych pozostałych) dla „normalnie myślących”. Lektura pozwoliła mi się na nowo zbudować. Zrozumiałam, jak ważne jest trafić na swoją reprezentację. Nigdy dotąd nie czytałam o ludziach jakoś do mnie podobnych. Przez pewien czas dopatrywałam się w wysokiej wrażliwości własnej tożsamości. Moja radość nie trwała jednak długo. Szybko okazało się, że nie jest to termin medyczny, że lekarze i psychologowie są dosyć podzieleni w tej kwestii, że termin wzbudza sporo kontrowersji. Choć intuicyjnie czułam, że czytam o sobie (przeczytałam później cztery kolejne książki Petitcollin poświęcone tej tematyce), jednak trudność w zbadaniu i zaklasyfikowaniu takiej urody mózgu, nie dawała mi spokoju. W książce „Pomóż dziecku mniej myśleć; o wrażliwych dzieciach, które za bardzo się przejmują” autorka pisze m.in. o krzywdzących w jej odczuciu etykietach związanych z błędnym diagnozowaniem autyzmu lub ADHD wtedy, kiedy dzieci są tylko wysoko wrażliwe. O ile miałam świadomość, że pewne cechy związane z wysoką wrażliwością mogą przypominać spektrum autyzmu, o tyle o ADHD w takim kontekście usłyszałam po raz pierwszy.
Dziś, po zaznajomieniu się ze swoją diagnozą, wszystko zaczyna mi się łączyć w całość. Czy żałuję, że nie wiedziałam wcześniej o przebiegu ADHD u dorosłych kobiet? Bardzo. Natomiast zorientowanie się, że opisywane wcześniej przez Petitcollin cechy są charakterystyczne dla ADHD, pomogło mi szybciej zareagować. To akurat można zbadać.

fot. Marianna Patkowska

Co mi jest?

fot. Marianna Patkowska

Nie chcę tu streszczać wykładu dra Jóźwiaka. Jestem też niemal pewna, że z biegiem czasu zrozumiem lepiej, co w moim funkcjonowaniu wynika z ADHD, a co z niego nie wynika. (Nie wszystkie wymienione dziś przeze mnie pani doktor objawy okazały się mieć z nim związek.) Tu – oprócz farmakoterapii – lekarze kliniki zalecają psychoedukację. Czyli naukę obsługi swojego nieco inaczej działającego mózgu. Mogę jednak wymienić kilka problemów, za które odpowiedzialne jest – dzisiaj to wiem – ADHD.

  • Koncentracja jest tym podstawowym. Bardzo trudno mi się nad czymkolwiek skupić… dopóki nie jest to związane z moją pasją. Innymi słowy mogę rzeczywiście utknąć w nieciekawej książce i nie być w stanie ruszyć dalej, mogę nie dać rady wykonać prostej, acz żmudnej czynności typu układanie czegoś, segregowanie, zdejmowanie naczyń z suszarki czy prania z suszarki do ubrań, jednak równocześnie jestem w stanie skoncentrować się na tyle, by napisać długi i wymagający tekst, nagrać i zrealizować piosenkę albo podcast, czy uszyć lalkę. Z wykładu wiem już, że ten stan skupienia nazywa się hiperfokusem. Moim pamiętnym na niego przykładem był dzień, kiedy siedząc sama w domu, pisałam blogowy tekst. Po jakimś czasie poczułam, że potrzebuję do toalety. To uświadomiło mi, że właściwie jestem też straszliwie głodna. Spojrzałam na zegarek – okazało się, że pisałam dziewięć godzin bez przerwy. I najczęściej jestem oazą spokoju, ale niech ktoś spróbuje mnie podczas takiego skupienia dotknąć. Wtedy naprawdę potrafię być agresywna.
  • Moja pamięć nigdy nie była wybitna. Co prawda moi byli partnerzy śmiali się ze mnie, że mam pamięć słonicy, ale byli toksyczni („większość”, chłe, chłe) i już ich w moim życiu nie ma, więc to ja się śmieję ostatnia. Owszem, pamiętam swoje krzywdy, więc to, jakie ktoś przede mną odkrywa karty (i nie wyciągam z tego niestety wniosków), ale nieustająco zapominam o małych rzeczach, takich jak konieczność wykonania jakiegoś telefonu, napisania maila czy wyjścia do sklepu. Zdarza mi się zapomnieć, że pozostawiłam coś na palniku. Do tego nie pamiętam niemal żadnych dat. Daty urodzin rodziców sprawdzam w Wikipedii w haśle o tacie (mama ma urodziny dwa dni po nim… albo przed nim, w każdym razie 15. i 17. tego samego miesiąca). Nauczenie się na pamięć słów piosenki, której słucham w zrozumiałym języku non stop, jest dla mnie absolutnie nierealne. Równocześnie, kiedy jakiś czas temu włączyłam swoją starą kasetę (!!!) Elektrycznych Gitar po ponad dwudziestu latach, okazało się, że wszystkie te najbardziej odjechane i abstrakcyjne teksty śpiewam wraz z Kubą Sienkiewiczem bez najmniejszych problemów. Podobnie jest z abstrakcyjnymi wierszykami, które czytał mi tata. Dowiedziałam się dziś, że moje pamiętanie nie ma związku z abstrakcyjną naturą tych tekstów, lecz z ładunkiem emocjonalnym, jaki mi towarzyszył, kiedy je poznawałam. I że z ADHD związane jest tylko to, że nie pamiętam.
  • Energia, a raczej jej częste spadki, to coś, co przez lata myliłam (wraz z kolejnymi lekarzami) z depresją. Dr Jóźwiak użył dokładnie mojego określenia w swoim wykładzie. Powiedział o wrażeniu, że ktoś nam wyłącza wtyczkę z prądu. Dokładnie w ten sposób opisywałam wszystkie moje depresyjne zjazdy. Całkowity brak zasilania. Równocześnie dla równowagi są też zwyżki energii, ale zdarzają się rzadziej. Łączę to z silną potrzebą snu. Gdybym tylko mogła, spałabym po szesnaście godzin dziennie i nie byłoby mi mało.
  • Impulsywność włączają we mnie tematy dla mnie ważne, dotyczące przede wszystkim społecznej odpowiedzialności. One mnie podnoszą i sprawiają, że nie potrafię być spokojna. Ale równocześnie w bardzo wielu momentach swojego życia czułam też całkowity brak zainteresowania jakimkolwiek tematem rozmowy. Czasem nawet odrętwienie.
  • „Śnienie na jawie” to termin, którym mogłabym nazwać całe swoje dzieciństwo i młodość. Dziś bardziej rozumiem, że to ucieczka od bycia tu i teraz. I choć bardzo się staram świadomie praktykować osławione tu i teraz, to jednak… ono mnie rozczarowuje. W życiu potrzebuję ekscytacji, magii, niesamowitości. To daje sztuka. I konsumowanie jej, i tworzenie. Natomiast szarość zwyczajnego życia, lub po prostu… życia, jest dla mnie przeważnie niesłychanie trudna do udźwignięcia. Dlatego piszę, dlatego stwarzam piosenki i płyty, dlatego szyję, fotografuję, wymyślam własne sesje i stylizacje, dlatego pozuję. Czuję obsesyjną potrzebę stwarzania sobie przestrzeni, którą dam radę znieść.
  • Lęk jest irracjonalny, a strach odczuwamy przed czymś konkretnym. Lęki nie są mi obce, jednak nie jest mi obcy też strach. Za każdym razem, kiedy na jakiejkolwiek grupie w social mediach cokolwiek skomentuję, a potem widzę powiadomienie, że obca osoba skomentowała mój komentarz, odczuwam strach. Strach przed krytyką, przed niemiłymi słowami, a nawet przed… wyrażeniem innego niż moje zdania. To strach przed odrzuceniem. Podobno bardzo przy ADHD typowy.
  • Niezależnie też, czy gdzieś się spóźnię, czy też przyjdę punktualnie, wybieranie się gdziekolwiek, a przede wszystkim szacowanie czasu, jaki jest mi potrzebny do przygotowania się do wyjścia, jest dla mnie niesłychanie stresujące. Od dawna już mało gdzie się spóźniam, natomiast kiedy się nie spóźniam, to jestem dużo za wcześnie. I to również dostarcza mi stresu. Nie potrafię rozsądnie zarządzać czasem. (Znaczy… nie potrafię nigdy.)
  • Uwielbiam porządek. Rzadko jednak udaje mi się go zrobić, a jeszcze rzadziej – jak twierdzi mój Partner – udaje mi się go utrzymać. Trudno mi się zmobilizować do sprzątania, bo tworzę w głowie jakieś niedoścignione wzory porządków z myciem okien i karniszy (prawdopodobnie, żeby było ekscytująco). Tymczasem zwykłe przyzwoite sprzątanie jest… zwyczajne, nudne, odpychające. Rozprasza mnie wtedy absolutnie wszystko. Ale jeśli już posprzątam – co samo w sobie może być spektakularne, – to trudno mi ten stan rzeczy utrzymać. Utrzymywanie porządku z całą pewnością spektakularne nie jest.
  • Przerywanie wypowiedzi rozmówcy jest niebywale niegrzeczne. Bardzo nie lubię, kiedy mi się przerywa, ale… trzeba to w końcu powiedzieć głośno: sama to robię. Karcę się w myślach i ganię, ale jest to silniejsze ode mnie. Mam wrażenie, że przerywając, jestem faktyczną częścią rozmowy, a kiedy muszę czekać na swoją kolej (kolejki w urzędach… następna rzecz, na którą mam zerową tolerancję), tracę chęć na uczestnictwo w rozmowie w ogóle.
  • Wykład dra Jóźwiaka uświadomił mi też, że jeśli mam ADHD, to kwestia moich tajemniczych bóli głowy z dzieciństwa, wreszcie się wyjaśni. Od piątego roku życia właściwie niemal do mojego wyjazdu z Warszawy cierpiałam na silne bóle głowy. W wieku siedmiu lat byłam z rodzicami u wszystkich możliwych lekarzy wszystkich możliwych specjalizacji, a badania wychodziły mi dobrze. Lekarze rozkładali ręce. Nikt nie stwierdził też nigdy migreny. To był przegląd bóli głowy wszelakich, a mnie dzień bez bólu przydarzał się z taką częstotliwością, jak dziś dzień z bólem – był zauważalny. Otóż zagadka rozwiązana – to było ADHD.
  • Myślenie rozgałęzione, któremu sporo miejsca poświęca w swoich książkach Christel Petitcollin, samo w sobie nie jest problemem. Problemem jest wynikająca z niego niezborność myśli. Dziś po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że kogoś (pani doktor) absolutnie nie dziwi, że łatwiej mi się pisze niż mówi, bo mówienie i myślenie równocześnie ma prawo nastręczać mi trudności i że są to w dalszym ciągu problemy z koncentracją, o których pisałam wyżej. Partner powtarza mi, jak mantrę:

kiedy proszę Cię o listę zakupową, idąc do sklepu, potrzebuję dostać prostą informację typu „pięć pomidorów”, a nie całą historię, że obudziłaś się i wstałaś, i poszłaś do kuchni, i tam już były trzy pomidory, i generalnie nie prosiłabyś o kupienie kolejnych pięciu, ale pomyślałaś sobie, że zjesz na śniadanie jednego, a chętnie zrobiłabyś zupę, więc nie wystarczy, chociaż w sumie nawet gdybyś nie zjadła na śniadanie jednego, to i tak by nie wystarczyło!

I liczba razy, jaką wygłosił ten tekst świadczy o tym, że kompletnie nad tymi opowieściami nie panuję. Że to silniejsze ode mnie. Wydaje mi się, że muszę mu to wszystko opowiedzieć, bo to jest ważne. Nie umiem zrobić selekcji, stwierdzić, co ma jaki priorytet. Łatwiej mi już czasem nic nie powiedzieć, niż wydusić z siebie to nieszczęsne „pięć pomidorów”, w którym przecież czai się tyle niedopowiedzeń.
Ale nie tylko mówienie jest problemem. Przyswajanie wiedzy również. Kiedy w szkole, a potem na studiach, miałam się nauczyć jakiegoś zagadnienia, nie umiałam go zamknąć. Stwierdzić, że mam się nauczyć od do. Im więcej przyswajałam wiedzy, tym bardziej istotny wydawał mi się kontekst oraz tło i gubiłam esencję.

  • Prokrastynacja to coś, co w tym momencie stanowi chyba mój najpoważniejszy problem. Z daleka może wydawać się czymś niegroźnym, jednak zamieranie w przerażeniu swoją bezproduktywnością jest naprawdę straszne i wyniszczające.
  • Brak umiejętności czytania między wierszami doskwiera mi… wyłącznie w relacjach. Recenzuję przeróżne formy sztuki. Jestem swoistym mistrzem doszukiwania się w niemal wszystkim drugiego, trzeciego i sześćdziesiątego ósmego dna. Autor zdoła ze zgryzoty zejść z tego świata i pięć razy przekręcić się w grobie, a ja mu to dno odnajdę!  Jeśli cokolwiek da się z czymkolwiek jakkolwiek powiązać, ja to zrobię! Puszczanie do Czytelników oczek też mi obce nie jest. Piszę czasem między wierszami i wierzę, że mój przekaz do Czytelników dociera. Jednak niech sobie tylko przypomnę swoich partnerów (nie „większość” – wszystkich, mój obecny również nie jest wyjątkiem!) – z całkowitą powagą mogę oznajmić, że nie mam zielonego pojęcia, skąd się wie, że ktoś chce z tobą iść do łóżka, jeśli się z nim w tym łóżku nie wyląduje. Ponoć to się czuje, są jakieś znaki, symptomy. Nie czytam ich. Nie mam pojęcia, czy ktoś uważa mnie za ładną czy brzydką, póki mi tego nie powie. Jeśli nie mówi, nie drążę tematu i zakładam, że ma mnie za brzydulę. Mój nieromantyczny Partner skomplementował moją urodę dopiero po dwóch tygodniach. Przez cały ten czas myślałam więc, że mu się nie podobam. Kiedy to zrozumiał, załamał się i oznajmił, że powinnam to wyczuć. Niby jak? Nie zgrywam się. Naprawdę tego nie wiem.

Jak pewnie widać, ADHD to zaburzenie, w którym występuje sporo sprzeczności. Że niby bardzo coś, ale czasami zupełnie coś odwrotnego. Że trochę tak, ale raczej wręcz przeciwnie. Uczę się siebie. Nie jestem i nie zamierzam być specjalistką od ADHD (większa wiedza przyjdzie wraz z psychoedukacją i doświadczeniem). Zamierzam jednak być specjalistką od siebie samej.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę wspomniane Elektryczne Gitary z piosenką oczywistą, bo rozpiera mnie… radość! Wreszcie wiem, co mi jest. I wreszcie jestem na właściwej drodze, żeby sobie z tym poradzić.

fot. Marianna Patkowska

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Obsesja”

scenariusz: Samy Burch
reżyseria: Todd Haynes
gatunek: dramatthriller
produkcja: USA
rok powstania: 2023
oryginalny tytuł: May December
pełny opis filmu wraz z obsadą

Przy okazji recenzji fantastycznych „Biednych istot” Yórgosa Lánthimosa wspominałam o tym, że wybrałam się do kina również na drugi film znajdujący się niestety na przeciwległym biegunie jakości artystycznej. Mowa o „Obsesji” Todda Haynesa. Jedynym pożytkiem, jaki widzę z tych – w moim odczuciu – zmarnowanych pieniędzy i czasu, jest możliwość napisania o tym.

Fabuła

Będzie to też pierwsza moja recenzja zawierająca spojler, bo tym, którzy filmu nie widzieli, z całego serca oglądanie odradzam. O czym więc jest „Obsesja”? Poznajemy na pierwszy rzut oka typową amerykańską rodzinę. Po drugim rzucie oka dostrzegamy sporą różnicę wieku między panią domu Gracie Atherton-Yoo (doskonała Julianne Moore) a jej młodszym o ponad dwie dekady mężem, Joe Yoo (Charles Melton). Na odbywającego się u nich grilla przyjeżdża Elizabeth Berry (Natalie Portman) – przygotowująca się do swojej roli aktorka. Ma w realizowanym właśnie fabularnym filmie o rodzinie Yoo zagrać Gracie. Widać, że rodzina jest nastawiona do tego pomysłu dosyć sceptycznie. Nie chce utrudniać powstawania filmu, ale też nie bardzo chce więcej krępującego rozgłosu.
Dlaczego „więcej” i co jest w historii tej rodziny tak ciekawego, że ktoś postanowił zrealizować na jej podstawie film? Otóż ponad dwie dekady wcześniej Gracie rodziła ich pierwsze dziecko… za kratami. Jej zdjęcia ilustrowały niemal wszystkie amerykańskie tabloidy, a ona odsiadywała wyrok za pedofilię, gdyż Joe – ojciec dziecka – miał wtedy zaledwie trzynaście lat. Obecność Elizabeth w ich miasteczku, wspólne posiłki, rozmowy, wciąganie jej w codzienne życie domu rozgrzebuje dawne rany. Joe ma dziś trzydzieści sześć lat (czyli dokładnie tyle, ile miała Gracie, wdając się z nim w romans), jego prawie dorosłe dzieci zaraz wyfruną z gniazda, ma długi małżeński staż, sprawia wrażenie ciepłego, kochającego i wspierającego męża. Nie przypomina dziś zmanipulowanego i wykorzystanego trzynastolatka. Podobnie Gracie. Zimna jak lód, antypatyczna, niestabilna, ale ukrywająca się za maską perfekcyjnej i statecznej pani domu nie przypomina dziś trzydziestosześcioletnego wampa, który uwodzi… dziecko, rozbijając swoją rodzinę (nota bene Joe był przyjacielem jej syna). Żadne z nich nie chce wracać do dawnej roli, żadne z nich nie chce też być przez te role przez świat postrzegane, a Elizabeth zapewnia, że film może pokazać światu prawdę. Prawdę o ich ogromnej miłości.
Joe od poznania Elizabeth (swojej rówieśniczki, gdyż film ma opowiadać o początkach ich związku) zaczyna mieć coraz więcej dylematów. Zastanawia się, co by było, gdyby. Od trzynastego roku życia jest wierny jednej kobiecie. Nie zaznał, jak inni jego koledzy, różnych przygód, krótszych i dłuższych relacji podczas dorastania. Nie poznał do końca samego siebie, własnych potrzeb. Pozostał zahukanym chłopcem w ciele dorosłego małomównego mężczyzny, z czego reżyser robi niepotrzebnie groteskę. Trudno nawet powiedzieć, że się w Elizabeth zakochuje, czy nawet że jest nią zauroczony. Jest jej ciekaw, ale przede wszystkim kontakt z nią potęguje jego zagubienie. Przypadkowy krótki jednorazowy seks z nią nie wydarza się bez przyczyny. Coś mu uświadamia i nie jest ani o Elizabeth, ani o nich. Jest o nim. Ta zdrada z jednej strony kompletnie nic dla niego nie znaczy (choć zatapia go w zrozumiałym poczuciu winy), ale z drugiej przewartościowuje jego małżeństwo.

Co się nie udało

Zarys fabuły nie brzmi źle, prawda? To wcale nie jest słaby pomysł na film, a przynajmniej na jego porządne tło. Co więc poszło nie tak? To, co zawsze – łopatologiczna dosłowność. Począwszy od samej pretensjonalnej czołówki z koszmarną, głośną, pompatyczną muzyką rodem z kiepskich filmów z lat 90., która będzie dla nas przez cały czas wskazówką, kiedy mamy być… zaniepokojeni (może dobrze, gdyby nie ona, nie mielibyśmy pojęcia). Widzimy liście, a na nich poczwarki zmieniające się w motyle. Jak się szybko okaże, Joe je hoduje. Jakąż w ten sposób przyciężkawą metaforę przemyca reżyser? Bingo! Zmianę chłopca w mężczyznę. Finezja, że palce lizać!
Dalej jest już tylko gorzej. Kiedy w pierwszej scenie – akcja zaczyna się od szykowania grilla dla gości – Joe sięga do lodówki po piwo,  Gracie upomina go, że „to już drugie”. Widzimy więc dynamikę, w której żona wchodzi w rolę matki. Czy to jednak celowy zabieg, żeby widz zrozumiał różnicę wieku, którą może z powodzeniem sam zaobserwować? Jeśli tak, to nieudany, bo niestety w wielu związkach, bez względu na wiek każdego z partnerów, kobiety przejmują role matek. Jest to bardzo niezdrowe i szkodliwe, ale dosyć powszechne.
Joe jest dla mnie postacią dosyć zagadkową. Nie umiem go czytać, bo nie mam pewności, co jest przyczyną wrażenia, jakie na mnie wywiera. Jego koreańskie korzenie sprawiają, że wydaje mi się kulturowo prawdopodobnie bardziej odległy niż rzeczywiście jest. Niemal w ogóle się nie uśmiecha, do tego jego małomówność i skrytość wywołują pewien dystans. To może nawet dodawać mu męskości, natomiast kiedy już się odzywa, zwłaszcza przy Gracie, słyszę chłopca. Grzecznego, dojrzałego, bardzo dobrze wychowanego, ale… chłopca. Nie może jednak pozostać w niedopowiedzeniu. Nie obyło się więc bez odziania go w krótkie spodnie i najazdu kamery na jego lekko przybrudzone białe skarpety, kiedy Gracie prosi go, by „zabrał swoje robaki z salonu, bo przyjdą goście”. Jego – taka  a nie inna – pasja jest dla żony tym, co dla każdej matki rozrzucone w salonie klocki Lego. Żeby nam przez przypadek nie umknęło, że dzielą ich dwadzieścia trzy lata różnicy. (#Pamiętamy)
Jedyną naprawdę mocną stroną tego filmu jest znakomita gra Julianne Moore. Wykreowana przez nią Gracie jest przekonująca, prawdziwa, przy czym całkowicie odpychająca, ale również, podobnie jak Joe, niejednoznaczna. To kobieta aktywna, która dużo pracuje, dba o dom, pięknie wygląda (przemawia przeze mnie też ogromna słabość do Moore) i jest odbierana jako „miła”, choć są to dopracowane do perfekcji pozory. Maska szybko spada, chociażby w scenie, w której jej córka Mary wybiera sukienkę na graduację. Gracie zaprasza do salonu sukien Elizabeth, z którą wspólnie podziwiają Mary wychodzącą z przebieralni w kolejnych kreacjach. Przy sukience, którą Mary jest wyraźnie zachwycona, Gracie stwierdza z teatralnym uśmiechem, że „zazdrości jej odwagi pokazania takich ramion i nieprzejmowania się obowiązującymi standardami piękna”. Elizabeth jest zszokowana, wdeptana w ziemię Mary ze smutną miną stwierdza, że zmierzy jeszcze inne sukienki, a Gracie zdaje się kompletnie nie pojmować skali swojej pasywnej agresji. Nie do końca wiem, na ile sobie zdaje sprawę ze swojej oziębłości, swojego nietaktu czy tłumionej agresji. Żyje w stworzonym przez siebie świecie jak w bańce i prawdopodobnie Joe jest jedyną osobą, którą do siebie dopuszcza, kiedy się załamuje. A kiedy jest z nim sama, często płacze. Małe rzeczy urastają do rangi potworów. Wychodzi z niej stres i przerażenie, z jakim musi sobie prawdopodobnie radzić każdego dnia.
Mamy więc dwie dość ciekawe, mocno złożone, być może za słabo przez reżysera psychologicznie rozebrane, a równocześnie pokazywane w zbyt dużych i zbyt banalnych skrótach postacie. Pojawia się trzecia – Elizabeth – która mogłaby być dla nich przeciwwagą, a jest… karykaturalną katastrofą. Nie wiem, czy to kwestia fatalnie napisanej roli, czy jej zagrania. (Po „Czarnym Łabędziu”, nad którym zachwytów kompletnie nie rozumiem, i koszmarnym „Vox Lux” mam przykre wrażenie, że Natalie Portman gra w sposób manieryczny, pretensjonalny, przesadzony, a do tego występuje w filmach słabych.) Elizabeth ma być w założeniu taką „dziewczyną z sąsiedztwa”: ciepłą, serdeczną, bezpośrednią. Aktorką, która nie „gwiazdorzy”, tylko przyjeżdża wykonać swoją pracę – przygotować się do roli. I właśnie z powodu wyżej wymienionych cech, trudno się jej odnaleźć przy nieco onieśmielającej Gracie. Jednak kiedy z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu zaczyna jej się chyba podobać Joe (nic mu nie ujmując, po prostu nie czuć między nimi żadnej chemii), zachowuje się jak podlotka. Wyobrażam sobie, że jako aktorka (a taką gra w filmie) mogłaby przynajmniej zagrać profesjonalizm, odwiedzając Joe w pracy, zamiast robić maślane oczy i szeptać zalotnie: „masz niesamowitą pracę”. Znaczy żaden przyzwoity pornol by się nie powstydził takiego podrywu, ale rozumiem że reżyser wyżej mierzył. Elizabeth nie ma żadnej głębi. Jest wydmuszką, a swoją nijakość rekompensuje teatralnością. Nie widzimy ani jej przekonującego zachwytu Joe, ani pasji do swojego zawodu. Jej wnętrze jest płaskie jak naleśnik. Po seksie z nieco przerażonym swoją zdradą Joe, obśmiewa jego poczucie winy. Wykrzykuje mu, że „tak się zachowują dorośli”. Owszem, dorosły człowiek ma absolutne prawo pójść do łóżka z drugim dorosłym człowiekiem (jeśli obie strony wyrażą na to zgodę) kiedy chce, w jaki sposób chce i nie musi się nikomu z tego tłumaczyć. Pełna zgoda. Czy jednak zdradzanie lub spanie z kimkolwiek bez żadnych uczuć jest faktycznie „miarą dorosłości”? Polemizowałabym. Joe, choć pozostaje w kryzysie i wewnętrznym konflikcie między swoją dziecięcą a męską stroną, wydaje się tu dużo od niej dojrzalszy.
Najbardziej żenująca jest jednak ostatnia scena, w której widzimy rezultaty przygotowań Elizabeth. Zostajemy zaproszeni na plan filmu, w którym gra Gracie sprzed lat. Film, który powstaje, jest – choć trudno w to uwierzyć – jeszcze gorszy od „Obsesji”.

Co mogłoby się udać

Historia małżeństwa Gracie i Joe jest oparta na faktach. To, co w „Obsesji” wybrzmiewa, to dewastacja, jakiej uległ Joe pod wpływem gwałtu Gracie. I jest to wątek, w moim odczuciu wart pociągnięcia. Opowieści Gracie, w końcu cytowany w filmie list sprzed lat, jaki napisała do Joe, malują tę sytuację jak potężną, romantyczną miłość o niezwykłej sile rażenia, która połączyła dwoje ludzi, z których „jedno urodziło się za późno, a drugie za wcześnie”. Brzmi pięknie. Teraz odwróćmy sytuację i wyobraźmy sobie, że mężczyzna pod czterdziestkę przeżywa miłość swojego życia z trzynastolatką. Włos mi się na głowie jeży, kiedy sobie przypomnę, że uczyłam dzieci w tym wieku. Miałam wychowawstwo w klasie liczącej zaledwie kilku chłopców tylko dwa lata młodszych. Nigdy nie kastrowałam dzieci w myślach – zawsze miałam pełną świadomość, że są to od narodzin istoty seksualne. Szanowałam ich prywatność, odrębność, intymność. Z niektórymi nad wyraz rozwiniętymi intelektualnie chłopcami rozmawiałam z nieskrywaną przyjemnością i dumą, że są tacy mądrzy, licząc po cichu, że wniosę coś pozytywnego do ich myślenia. Coś, co im w przyszłości pomoże. Jednak nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by traktować ich jak w pełni rozwiniętych, ukształtowanych mężczyzn, a zdrowa heteroseksualna kobieta szuka partnera wyłącznie wśród takich. Interpretowanie zachwytu nad dzieckiem jako romantycznej miłości jest dowodem poważnego zaburzenia. To próba zrekompensowania sobie jakichś deficytów. Romantyzowanie tego, idealizowanie, wychodzenie z założenia, że skoro potem się pobrali i spędzili ze sobą ponad dwadzieścia lat, to to musi być miłość, niestety jest przyklaskiwaniem złu. Po jednej stronie szali jest zaburzona dorosła kobieta, po drugiej skrzywdzone dziecko. I nie mam tu na myśli demonizowania samego seksu. Jestem w stanie uwierzyć, że Joe nie został do niego zmuszony. Problemem jest nierówność w rozwoju emocjonalnym jednego i drugiego.  Efekty wyrządzonej Joe krzywdy widzimy dzisiaj. Jest kompletnie pogubiony. Żadne z dwojga nie przepracowało swoich traum, ale wina za traumy Joe spoczywa wyłącznie na Gracie. Niesterapeutyzowanie w żaden sposób jej nie usprawiedliwia. I mam tu odrobinę wdzięczności dla Haynesa, który próbuje to pokazać. Zwłaszcza w scenie, w której Joe po raz pierwszy podejmuje z Gracie rozmowę na temat początku ich związku i… zaczyna się jąkać. Przemawia do niej mały chłopiec. Pyta: „a co, gdyby się okazało, że to jednak wydarzyło się za wcześnie?” A Gracie, jak każdy przemocowiec przypomina mu, że „to on ją uwiódł”. Joe nie padł ofiarą przemocy dawno temu raz. On żyje z przemocowcem cały ten czas. Przemocowcem przerażonym, że dziś dorosły już Joe, atrakcyjny dla kobiet w swoim wieku i młodszych, może w każdym momencie odejść. Przemocowcem biednym, ale ciągle niebezpiecznym.
Ten film naprawdę mógł się udać. Mógł drapieżnie, bezkompromisowo wtargnąć w to pozornie ułożone życie i rozwalić je na strzępy. Obnażyć kryjące się pod ładnym obrazkiem zło. Pokazać (delikatnie tylko wspomniane) cierpienie pierwszej rodziny Gracie, od której odeszła do Joe. Oddać na dłużej głos jej starszym dzieciom, którym również zniszczyła życie. Tymczasem wszystkie te ważne problemy są zaledwie muśnięte. Złożoność wszystkich trudnych emocji jest sprowadzona do jednej, dwóch czy trzech kwestii starszych dzieci. A przecież tragedią tych dzieci jest nie tylko gigantyczny żal do matki, ale też miłość do niej, poczucie odrzucenia, być może upokorzenia. W zamian za to ekran wypełnia zadowolona z siebie Elizabeth, która nic tak naprawdę z całej tej trudnej sytuacji nie rozumie, co doskonale udowadnia swoją „brawurową” grą w kręconym w „Obsesji” filmie. Szkoda.

P.S. Na deser łączę zwiastun.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Biedne istoty”

scenariusz: Tony McNamara
reżyseria: Yórgos Lánthimos
gatunek:romanssci-fi
produkcja: USA, Irlandia,
Wielka Brytania

rok powstania: 2023
oryginalny tytuł: Poor things
pełny opis filmu wraz z obsadą

Od kiedy mamy w domu dużą używaną plazmę służącą nam jako ekran do oglądania filmów i seriali, prawie w ogóle nie chodzimy do kina. Nowe filmy prędzej czy później lądują na platformach, na których można je legalnie obejrzeć, a brak ludzi dookoła, ich mlaskania, siorbania, zapachu i komentarzy to dodatkowy atut pozostania w zaciszu własnego domu. Jednak są czasem tytuły, które chcemy obejrzeć szybko, kiedy jest o nich głośno. Zostałam na jakiś czas słomianą wdową, uczę się siebie, więc w ramach wzniecania dawnego ognia i zakochiwania się w sobie na nowo, wzięłam samą siebie na dwie randki do kina właśnie. Dzień po dniu zobaczyłam w naszym uroczym studyjnym Kinie Miejsce najpierw „Biedne istoty” Yórgosa Lánthimosa, a potem „Obsesję” Todda Haynesa. O tym drugim nieszczęsnym nieporozumieniu napiszę kiedy indziej, natomiast dziś z przyjemnością spróbuję zrecenzować dzieło Lánthimosa. Nie ukrywam, że do wybrania się na ten film najbardziej zachęciła mnie relacja przyjaciela, który tuż po seansie stwierdził, że ma całkowicie mieszane uczucia – od zachwytu po jakiś rodzaj wstrętu. Pomyślałam, znając jego gust, bezpruderyjność i liberalne spojrzenie na świat i sztukę, że to niezwykle ciekawe. Tak skrajne emocje zazwyczaj budzi prawdziwa Sztuka. Zresztą na innym genialnym filmie tego samego reżysera – „Lobsterze” – byliśmy wiele lat temu razem w kinie i bardzo nam się podobał.

Już od pierwszej sceny do samego końca filmu miałam jedno dominujące wrażenie – ten film jest pod każdym względem arcydziełem. Sztuką totalną, oryginalną, głęboką, zwariowaną, bezkompromisową, przerażającą, rozbawiającą i miażdżącą swoją wielkością. Niemal każdy kadr to doskonały obraz, który można byłoby godzinami kontemplować. Gra koloru (roztańczonego, krzykliwego, przerysowanego) z czarno-białą narracją zdumiewa, wprowadza pewien chaos i sprzeczność. Jednak pozorną. To jedno z tych dzieł, w których czuję, że twórca nad wszystkim całkowicie panuje.
Dziwność tego filmu jest dokładnie tym, czego od Sztuki oczekuję. „Biedne istoty” oparte na książce Alasdaira Graya pod tym samym tytułem, to przedziwna historia Belli Baxter (w tej roli fenomenalna Emma Stone), która została wskrzeszona przez szalonego naukowca dra Godwina Baxtera, nazywanego przez nią Bogiem, co po angielsku stanowi zdrobnienie jego imienia (w Godwina wcielił się równie znakomity Willem Dafoe). Nie wchodząc w dosyć pokręcone szczegóły, Bella jest jego eksperymentem. W ciele dorosłej kobiety widzimy najpierw dziecko, a potem dorastającą dziewczynkę, zmieniającą się w kobietę. Niektórzy recenzenci porównywali ją do lalki, co jest ciekawym skojarzeniem. Momentem przełomowym oraz inicjacyjnym zaplanowanym dla niej przez dra Godwina ma być ślub z wybranym przez niego kandydatem, ale… sprawy się komplikują, kiedy Bella stwierdza z rozbrajającym urokiem, że ślub, owszem, chętnie, ale na inicjację woli wybrać wyprawę do Europy z Duncanem Wedderburnem (świetny Mark Ruffalo), który obiecuje jej mnóstwo seksu i brak bezpieczeństwa. Jej oczy w momencie tego wyznania błyszczą (w czym przypomina mi do złudzenia mnie samą sprzed lat).

Duncan Wedderburn jest zabawnie-żenującym lovelasem, który nie przepuści żadnej okazji, by wdać się w przelotny romans; typowy samiec alfa, zdobywca. Amant łamiący serca, bo – jak wiadomo – podczas „nic nieznaczącego” seksu zakochują się tylko kobiety, których tym wspaniałym mężczyznom zawsze żal. Więc rzucają między drugim a trzecim stosunkiem wyświechtane: „tylko się we mnie nie zakochaj”, na wszelki wypadek wtrącając również coś o tym, że „żaden inny kochanek nie umie tego, co oni” (miałam wątpliwą przyjemność usłyszeć ten tekst od mężczyzny, który mnie zostawiał; dopiero po latach zrozumiałam, co dokładnie panowie sobie rekompensują takimi słowami). I najcudowniejsza jest w tym wszystkim Bella, przypominająca trochę autystyczne dziecko. Ona go… nie rozumie. Obiecał jej dużo seksu i brak bezpieczeństwa, więc po to przyjechała i bawi się doskonale. Oczywiście nie trudno się domyślić, jak bardzo nie umie się w tym odnaleźć sztampowy Duncan. Bella w żaden sposób nie wchodzi w rolę „typowej kobiety” (czegokolwiek byśmy pod tym dziwacznym sformułowaniem nie rozumieli). Bella nie czyta między wierszami, nie kokietuje, nie flirtuje, nie bawi się w dwuznaczne słowne gierki (scena w restauracji, w której jedzą obiad z przyjaciółmi Duncana jest cudownym tego przykładem). Bella lubi seks, bo doskonale rozumie, że dzięki niemu poznaje samą siebie. Że to jej droga do pełnego zintegrowania się ze sobą. Chodzi o miłość. Ale… do siebie. Jest w tym piękna, niewinna, przejrzysta, uczciwa, doskonała. (W tym podejściu również odnajduję siebie samą sprzed lat.) Więcej fabuły nie zamierzam już zdradzać.
Nie umiem odebrać tego filmu inaczej niż poprzez swój feministyczny filtr. Jednak nawet przy użyciu tego jednego filtra widzę kilka różnych komunikatów. Na pierwszy plan wysuwa się to, co oczywiste – widzimy kobietę, która nie rozumiejąc konwenansów lub odrzucając je, w sposób czysty i nieskrępowany odkrywa swoją seksualność (która zresztą nie musi być czytana wyłącznie dosłownie – może symbolizować wiele kwestii). Odrzuca to, w co próbują ją – nomen omen – ubrać mężczyźni. Począwszy od pomysłu, by jej pierwszy seks miał miejsce dopiero po ślubie, po zjedzenie tylu babeczek, ile „się powinno”. Patrzy na świat oczami dziecka. Wybiera z niego to, co ją zainteresuje, a potem sprawdza, czy dana rzecz jej pasuje, czy nie. Empirycznie doświadcza życia i wyciąga z tego własne wnioski. (Czym, na Godwina, jest rozwój, jeśli nie właśnie tym?) Jest w tym fantastycznie wolna i równocześnie przedziwna. Zniewala i onieśmiela, ale też gorszy. Z drugiej strony – tak, jest inna, jest wolna i robi, co chce, ale… choć zdaje się tym zupełnie nie przejmować, jest jednak nieustająco oceniana. Nazywana (i wyzywana) w sposób uprzedmiotawiający. Oklejana od stóp do głów etykietami, na które w żadnym wypadku nie zasługuje. Jeśli „rozwiązłością” można nazwać absolutną wierność sobie, chęć dogłębnego poznania siebie i bezkompromisową szczerość, to żyjemy w świecie złych nazw. Wspaniale, że inność Belli pozwala jej nie zauważać tego, jak jest odbierana, ale nie zmienia to faktu, że żyje w męskim świecie, w którym głupkowaty i na swój sposób czarujący Piotruś Pan Duncan jest „zdobywcą” i „mężczyzną niebezpiecznym”, a przeobrażająca się z dziewczyny w kobietę Bella przez realizowanie swoich pragnień i odkrywanie wszystkich swoich warstw szybko zdobywa wiadomy tytuł, choć inteligencją i wglądem w siebie przewyższa Duncana o kilka głów.

Myślę, że – abstrahując już od filmu – kobieta nie musi jak Bella nawet spełniać tych wszystkich fantazji. Wystarczy, że je ma, że o nich mówi. Męski świat wrzuca ją do wora „łatwych”, zupełnie, jak by oczekiwał od niej zaprzeczenia, że jest istotą seksualną. Może być seksualnym obiektem – bardzo proszę, ale nie istotą z własną odkrytą i dobrze poznaną seksualnością, która wie, czego chce, a co jej nie służy.
Jak w tym wszystkim interpretować dra Godwina Baxtera, jej stwórcę, ojca, boga, no i… przy okazji również mężczyznę? Kompletnie niejednoznacznego, fascynującego, intrygującego… Myślę, że tu pole jest naprawdę duże. On daje jej mnóstwo swobody. Trudno się dziwić – skoro Bella jest jego eksperymentem, sam jest ciekaw, czego dokonał. Jednak głową jakiego świata może być męski bóg? Męskiego świata, przepełnionego męską narracją. Oczywiście, każdy człowiek, a więc także mężczyzna, jest inny (również pominięta przeze mnie postać poczciwego Maxa McCandlessa, zagrana przez Ramy’ego Youssefa). Nie chcę więc zapuszczać się w debaty na temat jednostek, które szanują kobiety i tych, które ich nie szanują. Chcę zauważyć, że „męski świat” (określenie być może niefortunne, a w każdym razie nad wyraz często niezrozumiałe) to inaczej „świat patriarchalny”. Świat nierówny, traktujący ludzi inaczej ze względu na płeć. Z jednej strony wspaniale jest widzieć na ekranie kobietę, która odstaje od wszystkich przyjętych norm i żyje po swojemu, nie zmieniając się na niczyją modłę i będąc tym samym wzorem dla innych kobiet. Z drugiej zaś strony, przykro jest patrzeć na świat nadal nienaprawiony. Nadal oceniający, nadal hołdujący nierównościom. Pytaniem, które się nasuwa jest to, kim tak naprawdę są tytułowe „biedne istoty”? Istoty, będące wynikami chorych eksperymentów dra Baxtera? A może ci wszyscy, których Bella zostawiła bezwiednie daleko za sobą w tyle? A może my czytelnicy/widzowie, próbujący rozwikłać te dylematy… Jedno jest pewne – Yórgos Lánthimos stworzył arcydzieło.

Oprócz wspomnianych przepięknych kadrów i znakomitych kostiumów na słowa ogromnego uznania zasługuje też fantastyczna, elektryzująca muzyka Jerskina Fendrixa, budująca nastrój filmu. 

Film dostał aż 11 nominacji do tegorocznych Oscarów w następujących kategoriach:

  • najlepszy film Andrew Lowe, Ed Guiney, Emma Stone, Yórgos Lánthimos
  • najlepsza aktorka pierwszoplanowa Emma Stone
  • najlepszy aktor drugoplanowy Mark Ruffalo
  • najlepszy reżyser Yórgos Lánthimos
  • najlepszy scenariusz adaptowany Tony McNamara
  • najlepsza charakteryzacja i fryzury
  • najlepsza muzyka oryginalna Jerskin Fendrix
  • najlepsza scenografia James Price, Shona Heath, Zsuzsa Mihalek
  • najlepsze kostiumy Holly Waddington
  • najlepsze zdjęcia Robbie Ryan
  • najlepszy montaż Yorgos Mavropsaridis

P.S. A na deser łączę zwiastun filmu.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pieskie życie w ośnieżonych górach

fot. Marianna Patkowska

Półtora roku temu po raz pierwszy przeżyłam mieszkanie pod wspólnym dachem z psem, którym miałam się opiekować. Właśnie wtedy moja przyjaciółka z podstawówki obdarzyła nas ogromnym zaufaniem, zostawiając pod naszą opieką swojego cudownego pieska Kochiego, w którym niedługo wcześniej oboje się zakochaliśmy, nocując u niej w Warszawie. Cały ten piękny czas opisałam na blogu. Było to w okresie letnim, więc psie wakacje miały miejsce w Gdańsku, gdzie wtedy przebywaliśmy. Rok później sytuacja się powtórzyła, tym razem Kochi przyjechał do nas już nie na dwa tygodnie, ale na cały miesiąc. Pamiętał i nas, i okolice. Spacery po plaży sprawiały mu wyraźną radość. Za drugim razem samo morze również, choć i tak przegrywało z piaskiem, a zwłaszcza z zamkami z tegoż.
Jakaż więc była moja radość, kiedy przyjaciółka nieśmiało zapytała, czy jego dwutygodniowy pobyt u nas (teraz, kiedy ma już dwa latka i trzy miesiące) byłby możliwy również podczas zimy, którą tradycyjnie spędzamy w Zakopanem. Nasza odpowiedź znowu była dla nas oczywista, ale oprócz radości pojawił się we mnie również niewielki strach. Pies w Gdańsku, w domu z ogródkiem, który jest otoczony uliczkami wręcz stworzonymi do chodzenia z psem; w domu, z którego 40 minut zajmuje dojście na plażę, w dodatku w środku lata, kiedy jest ciepło, słonecznie i pięknie to zupełnie co innego niż pies mroźną zimą w Zakopanem w (co prawda rodzinnej, ale) kamienicy. Tak przynajmniej myślałam. Że to całkiem inne uniwersum. W lecie wszystko wydaje się łatwiejsze. Począwszy od szybszego znajdywania chęci do życia rano, przez bardziej aktywne spędzanie czasu poza domem po niewiele warstw, jakie trzeba na siebie założyć, żeby być gotowym do wyjścia na zewnątrz. Moje życie w Zako przypomina długi zimowy sen. Niechętnie wychodzę z domu (gdybym mogła zupełnie pominąć ten przykry obowiązek, nie wychodziłabym prawdopodobnie wcale). W związku z tym też wyjście urasta do rangi wielkiego wydarzenia i raczej nie ma mowy o tym, żebym – kiedy już wrócę do domu – wyszła z niego ponownie. A pies wiadomo, potrzebuje wyjść na spacer nie tylko raz, ale nawet trzy razy dziennie. Druga sprawa to… nasza nowa wykładzina. Małymi krokami próbujemy sobie uwić tu przyzwoite gniazdko i jednym z nich było zakupienie i rozłożenie nowej wykładziny w pokoju, w którym już nie miałam pomysłu na podłogę, a stara doprowadzała mnie do rozpaczy. Zrobiło się naprawdę ciepło i przytulnie. Miałam jakiś irracjonalny lęk, że psie łapki wykładzinę pobrudzą, podrapią i generalnie sponiewierają, zupełnie jak bym od czasu, kiedy ją mamy, sama nie wylewała na nią regularnie kawy. Partner spojrzał na mnie z politowaniem, poprosił, żebym bardziej uważała z kawą i objaśnił procedurę wycierania psich łapek w korytarzu. Zaczęłam powoli wierzyć, że damy ze wszystkim radę.

fot. Marianna Patkowska

Kochi w zakopiańskich włościach

fot. Marianna Patkowska

Kochi przyjechał do nas… BlaBlaCarem, co jest samo w sobie przesłodkie i napełniło nas ogromną dumą. Nasz mały podróżnik. Zawiozła go pani, której nie znał. W Warszawie drżała o niego przyjaciółka, w Zakopanem drżeliśmy o niego my, ale w końcu dotarł. Cały i zdrowy. Choć wszystko było dla niego nowe i inne, jednak pamiętał doskonale nas. Byliśmy na początku jedynym elementem, dzięki któremu mógł się poczuć w miarę swojo. W domu po odebraniu go, dużo się tuliliśmy. Szybko znalazł swoje idealne miejsce – na wierzchu złożonej kanapy, skąd mógł patrzeć przez okno. Na początku nie bardzo wiedział, jak tam wskoczyć, a tym bardziej – jak zeskoczyć. Ale wystarczyło kilka prób, żeby stał się w tym mistrzem. Od tamtego momentu potrafił godzinami wpatrywać się w życie ulicy, które najwyraźniej jest w tym miejscu szalenie ekscytujące. Raz na jakiś czas ktoś stanie przed apteką, raz ktoś do niej wejdzie, raz z niej wyjdzie. Czasem zbiorą się przed nią trzy osoby, a czasem ktoś wysiądzie z autobusu, który od niedawna ma tu przystanek. Akcja do tej pory co prawda nigdy nie wciągnęła mnie na tyle, by przy oknie przesiadywać, ale najwyraźniej Kochi był zachwycony.
Zastanawialiśmy się też, gdzie zechce spać. Od początku został poinformowany, że jest tylko jedno miejsce w domu, na które nie wolno mu wchodzić – również niedawno zakupione siedzisko na skrzynię z pościelą (nota bene też w pokoju z wykładziną – moim gabinecie, pełniącym czasem rolę pokoju gościnnego). Wchodził tam więc tylko, kiedy nie widzieliśmy, a jak został na siedzeniu na nim nakryty, szybko schodził z miną pod tytułem „nie było tematu”. Kanapa stała zawsze dostępna, a mojego ukochanego fotela nie zakazałam, ale był mój. Kochi często układał się na mnie i zasypiał, kiedy w nim czytałam. Jeśli jednak wstałam, szybko zamieniał się w Kochiego Podsiadłę, potrafiąc się przy tym przykryć kocem. Jednak odpoczynek odpoczynkiem, ale kiedy kładliśmy się spać w sypialni, rozłożył się na naszym łóżku. Czyli niby nowe miejsce, ale wszystko było po staremu. Pierwszej nocy w samym jej środku, odkopał nasze głowy spod poduszek i zaczął nas lizać – mimo że zaczął od spania w nogach. Drugiej nocy tak samo. Mam wrażenie, że bardzo potrzebował nas w chwilach, w których czuł jakąś niepewność, rozstanie ze swoim stadem, nowość miejsca. Znał tylko nas. I potrzebował tylko nas. Przynajmniej na początku.

fot. Marianna Patkowska

Oczekiwania vs. rzeczywistość

fot. Bożena Szuj

Jak do tego doszło – nie wiem, ale poranne spacery okazały się… moje. Partner był skłonny wziąć nawet dwa spacery w ciągu dnia – popołudniowy i wieczorny, żeby tylko nie mieć porannego. Stwierdziłam, że to jest fair, bo w Gdańsku moim obowiązkiem był popołudniowy spacer na plażę, więc kilkugodzinny. Kochi dorósł i przestał nas budzić o 8:00, kiedy tylko spostrzegł, że otwieramy któreś oko. Leżał z nami cierpliwie, przeciągał się i ziewał, i dawał głaskać po brzuszku. Uprawiał zawsze psią jogę z przewagą psa z głową w dół, a potem znowu zasypiał. Mogliśmy się z nim bawić, tulić się i nie domagał się wyjścia, ale… wystarczyło, że zaczęłam wstawać z łóżka, zmieniał się w Waszą Niecierpliwość i pokazywał podnoszonymi przednimi łapkami i kłapaniem szczęką, że chce wyjść na spacer. Nigdy nie rozumiał, że odświeżenie się, przebranie, włożenie butów zimowych i kurtki nie zajmie mi nigdy mniej niż 5 – 7 minut. Co, swoją drogą, było jakimś moim rekordem. Zaczęłam być w tym coraz szybsza. Oczywiście nie było mowy o śniadaniu czy całkowitym rozbudzeniu. Chęci do życia również musiałam szukać już poza domem. Muszę uczciwie przyznać, że szybkie wychodzenie rano bez myślenia, bez przygotowywania się może być… nawet całkiem fajne. Równia Krupowa, czyli rozciągająca się nieopodal przestrzeń pełna psów i dzieci wraz z opiekunami jednych i drugich, okazała się dla mnie po raz pierwszy miejscem magicznym. Podczas naszych spacerów wysłuchałam w sumie kilku audiobooków, równocześnie pilnując swojego uroczego pupila i od czasu do czasu zamieniając kilka słów z opiekunami psów, do których podchodził. Najtrudniejsza w tych nowo zawieranych znajomościach była całkowita bezkompromisowa szczerość Kochiego, który czasem się wyrywał, widząc z daleka jakiegoś ciekawego pieska, po czym, kiedy podeszliśmy bliżej, potrafił obwąchać mu genitalia i językiem ciała szybko stwierdzić „eeee, jednak nie” i pójść sobie dalej, pozostawiając zaintrygowanego już nim psiaka w wyraźnej konsternacji. (Być może przemawia przeze mnie zazdrość. Gdybym i ja swojego czasu umiała zaraz po obwąchaniu genitaliów stwierdzić przed samą sobą, że „to jednak nie to”, oszczędziłabym sobie wielu toksycznych relacji.)
Te poranne – wcześniejsze lub późniejsze, ale przedśniadaniowe – spacery od samego początku przestały być „przykrym obowiązkiem”, jak o nich początkowo myślałam. Owszem, wychodziłam z poczucia obowiązku i wyłącznie dla Kochiego, ale szybko polubiłam to sprawdzanie, jak każdego kolejnego dnia wygląda świat poza domem. Do tego mamy z Równi widok na góry, więc czy było pięknie i słonecznie, czy szaro i ponuro, nigdy nie zabrakło w tym wszystkim magii. Kochi zachwycił się muldami śniegu, bo w tak wysokich jeszcze nigdy nie skakał. Wyraźnie go cieszyły te śnieżne zabawy, a ja z zaskoczeniem odkryłam, że zbieranie jego kup ze śniegu jest prawie tak komfortowe, jak zbieranie ich z plaży: śnieg, podobnie jak piasek, pełnił rolę wypełniacza między kupą a woreczkiem, który trzymałam gołymi rękami. Zdecydowanie lepsza opcja, niż wygrzebywanie kupy z trawy w lecie.
Po powrocie wycieraliśmy (to z nas, które z nim wyszło) mu łapki w specjalnie do tego przeznaczone szmatki. Czasem trzeba było wytrzeć też brzuszek i wąsiki. Czy jednak zdarzyło mu się mimo braku takich zachowań wcześniej nasikać nam w domu… oczywiście na nową wykładzinę? Tak. Czy następnego dnia po tej feralnej sytuacji zrobił dokładnie to samo niemal w tym samym miejscu? Również tak. (Wrażliwych na losy mojej wykładziny informuję, że za każdym razem wszystko udało się porządnie i dokładnie umyć tak, by nie został żaden ślad, natomiast sypialnię zaczęliśmy po prostu zamykać na noc.)

fot. Bożena Szuj

Zdobywanie Gubałówki

fot. Bożena Szuj

Mój Partner, jako człowiek odważny, podczas swoich wieczornych spacerów z Kochim po Równi, spuszczał go ze smyczy. Odwaga polegała w tym wypadku na tym, że nie jest to pies nauczony wracania do opiekuna, kiedy się go przywoła. Jednak na początku, kiedy wszystko było nowe, Kochi trzymał się Partnera. Momenty mniejszego posłuchu u psa Partner łączył z wyższą temperaturą. Rzeczywiście, im było zimniej, tym Kochi był bardziej posłuszny.
Pewnej pięknej niedzieli, postanowiliśmy wspiąć się razem na Gubałówkę, od strony Walowej Góry. To piękna trasa. Trochę rzeczywiście tym razem oblodzona, ale znaleźliśmy przejście po polu w całości przykryte śniegiem. Partner spuścił naszego urwisa ze smyczy, a ten biegał jak szalony w poprzek oraz wzdłuż trasy. Zrobił ją chyba z pięć razy (ja po pierwszym prawie umarłam). Nie umiałam zrozumieć, skąd w takim maleńkim ciałku tyle energii. Był ewidentnie szczęśliwy, a my co jakiś czas go przywoływaliśmy, i wracał, pokazać, że jest. Ostatnia część trasy prowadzi wzdłuż lasu, z którego co jakiś czas do nas przybiegał, a potem… stał się zupełnie głuchy na nasze wołania. Las go wchłonął, a że jest najprawdopodobniej przedziwną krzyżówką borsuka z dzikiem, być może poczuł zew natury. Kiedy doszliśmy na skraj lasu, a on nadal nie dawał znaku życia, postanowiliśmy się z Partnerem rozdzielić. Ja czekałam na Kochiego na górze, Partner zszedł niżej, ze smyczą. W pewnym momencie zobaczyłam biegnącego w moim kierunku zadowolonego pieska i wściekłego Partnera, który, wręczając mi smycz, kazał mi wziąć sierściucha, bo jest na niego za bardzo wkurzony. Co się stało? Otóż Kochi, wołany wielokrotnie, w końcu wyszedł z lasu z miną pod tytułem „ale po co mnie wołasz, skoro tu jestem?”, po czym odwrócił się i pobiegł w drugą stronę. Brak subordynacji doprowadził Partnera na skraj załamania, a ja śmiałam się w duchu w głos, bo jeśli to prawda, że psy mają mózgi zbliżone do dwulatków, to bunt musi być wpisany w jego psiosobowość! Od tamtego momentu do samego końca naszej wyprawy (wracaliśmy tę samą drogą) Kochi prowadzony był na dość krótkiej smyczy.

fot. Bożena Szuj; zdjęcie zrobione tuż po opisanej sytuacji

Nigdy nie widziałam tak wymęczonego psa, jak po tym spacerze. Oczywiście wyprowadziliśmy go jeszcze wieczorem, ale przespał cały ten czas między spacerami, również następnego dnia.

fot. Bożena Szuj

Kupa radości

fot. Marianna Patkowska

Ludzie straszą koniecznością wielu spacerów w ciągu dnia, kosztami jedzenia i weterynarzy, w końcu problemami z częstym podróżowaniem, kiedy ma się psa. To wszystko jednak nic wobec tego… o czym nie mówi nikt.
Pewnego dnia Partner, wracając z nocnego spaceru z Kochim, spędził z nim podejrzanie mało czasu w przedpokoju, wchodząc pospiesznie do pokoju wprost na wykładzinę. Zanim zdążyłam go upomnieć, że co z butami i z wytarciem łapek, on przemierzył odległość do łazienki, rzucając pospiesznie, pełne obrzydzenia:

trzeba go umyć, wytarzał się w gównie.

Wbiegłam do łazienki, widząc w wannie tylko ogromne, wybałuszone oczy, wkurzonego Partnera trzymającego zwierzę, żeby nie wyskoczyło z wanny oraz… cudzą kupę na szelkach i kawałku grzbietu Kochiego. Przejęłam kontrolę nad sytuacją i wymyłam go szamponem. Myślałam, że polubi – jak mój królik – suszarkę. Nie polubił. Nawet mu nie współczułam. Priorytetem była wykładzina oraz pozbycie się tego straszliwego smrodu, gryzącego nozdrza. Kilkakrotnie wymyłam i uprałam ręcznie szelki. Choć miałam stuprocentową pewność, że wszystkie ekskrementy zostały dawno wymyte i spuszczone w czeluściach toalety, jednak nie udało się pozbyć tego odoru, który już dawno przestał przypominać typowy zapach kupy, a stał się czymś zgoła innym, ale również przeszywającym nieprzyjemnością. W akcie rozpaczy zabrałam prawie już suchego psa i wyszorowałam go szamponem po raz drugi. Przez półtora dnia był na mnie ewidentnie obrażony (prawdopodobnie i o podwójny prysznic, i o suszenie, i o pozbawienie go kupy, którą sam z jakiegoś powodu wybrał), ale okazuje się, że warto było, bo już następnego dnia fetor opuścił nasze mieszkanie.
Najbardziej nieprzyjemna z tego wszystkiego była dla mnie świadomość, że to nie była kupa żadnego z nas. Że to nie nasza choroba postawiła nas w tak niekomfortowej sytuacji. Że to była całkiem obca kupa. Do dziś oboje żywimy cichą nadzieję, że psia.

fot. Marianna Patkowska

W stadzie

fot. Marianna Patkowska

Przyjaciółka przyjechała z siedmioletnią córeczką nie tylko odebrać Kochiego, ale też spędzić z nami cztery dni. Byłam niesamowicie szczęśliwa, bo ten rok rozpoczął się już od jednej fantastycznej wizyty naszej wspaniałej koleżanki z Gdańska i miałam przekonanie, że to przełamało jakąś barierę i ci, których zawsze zapraszaliśmy do Zako, naprawdę zaczną przyjeżdżać. Te cztery dni okazały się chaosem, na który trudno byłoby mi się przygotować, gdybym miała świadomość jego rozmiarów, ale też był to jeden z najwspanialszych momentów, jakiego od dawna doświadczyłam. Siedmioletnie dziecko i pies równocześnie to już jest kosmos. Do tego moja cudowna i piękna przyjaciółka, którą najlepiej zilustruje ta oto anegdota.

Kiedy po raz pierwszy od momentu, kiedy jestem z Partnerem, przyjechała do mnie sama do Zakopanego, Partner nie bardzo rozumiał, czemu mu ciągle powtarzam, że „ona jest do mnie niezwykle podobna”. Cieszył się moim szczęściem i podekscytowaniem, ale wychodził z założenia, że to nie jego sprawa. Że przywita się, zawiezie nas i odwiezie, gdzie tylko będziemy chciały, ale że to ma być nasz czas, a jemu nic do tego. Jednak gdy podczas naszej telefonicznej rozmowy, kiedy stała na dworcu w Krakowie, powiedziała mi:

– O nieeee…. Włożyłam swój bagaż, okazuje się, nie do tego autobusu i… właśnie odjechał beze mnie… do Bukowiny…

… zrozumiał wreszcie nasze podobieństwo. Stwierdził tylko:

– Aaaaaa! W TAKIM sensie podobna! No, ok. Teraz tylko przeżyć ten weekend.

Ogarnianie trójki dzieciaków i psa w pojedynkę, w dodatku mając własną działalność wychodzi jej znakomicie, czym mi niesamowicie imponuje, natomiast w związku z tym ma opanowaną do perfekcji sztukę improwizacji, w której ja z kolei nie sprawdzam się najlepiej. Jednak słodycz siedmioletniej wpatrzonej we mnie piękności sprawiła, że wydostałam się ze swojej depresyjnej skorupy, stając się ciocią, która maluje pazurki, bawi się w SPA oraz… wyszywa ubranka dla misia (a, ściślej, misi), a wieczorem, ogląda z niekłamanym zaciekawieniem bajki. Kochi, kiedy zobaczył część swojego starego stada… na chwilę zgłupiał. Nie był pewien, czy nie będzie nam zaraz zabrany, a więź, jaka się wytworzyła zwłaszcza między nim a Partnerem, jest naprawdę silna. Jednak kiedy okazało się, że ma swoje dwa światy w jednym miejscu, trochę jakby odetchnął z ulgą. Z jednej strony szaleństwo dziecięcych rączek, z drugiej – mój zrównoważony, przepełniony spokojem (zazwyczaj) Partner. Zapanowała harmonia. W dodatku nadeszła dla nas wspaniała wiadomość z Watykanu. Papież Franciszek pozwolił parom posiadać psa… pod warunkiem, że będą mieć również dziecko. Następnym razem weźmiemy od przyjaciółki Kochiego z dzieckiem. Na pewno przynajmniej jedno będzie nam mogła pożyczyć.

fot. Marianna Patkowska

Smutek rozstania

fot. Bożena Szuj

Dostaliśmy od losu dwa dodatkowe dni, bo Partner jechał do Warszawy samochodem dwa dni po przyjaciółce. Postanowiliśmy, że dla wszystkich będzie wygodniej, jeśli Kochi wróci z nim. Chciałam Kochiego wycałować i wyprzytulać na zapas, ale to niestety tak nie działa. Wwąchiwałam się w jego słodki brzuszek, który od pamiętnego wydarzenia zdążył wywietrzeć i zaczął w końcu pachnieć esencją Kochiego – delikatnym, ciepłym kurzem połączonym z popcornem. Rozstawanie się z psem jest o tyle trudne, że on w jakiejś części rozumie, że coś się dzieje, że coś się zaraz zmieni. Był trochę markotny, często domagając się od każdego z nas na zmianę brania na ręce, tulenia, pieszczenia.
W dniu wyjazdu pomagałam Partnerowi, szykując prowiant dla niego i przekąski dla Kochiego. Ponieważ Partner nie je mięsa i ma – w przeciwieństwie do mnie, również niejedzącej mięsa – pewien do niego wstręt, wyjęłam wszystkie kupione psu kabanosy z opakowania, pokroiłam je w krótsze paski, przecięłam opakowanie, żeby Partner nie musiał w nim zbyt głęboko grzebać i związałam gumką recepturką. Na stoliku w pokoju postawiliśmy skrzynkę z prowiantem, do którego stopniowo dokładałam jedzenie i picie dla Partnera oraz psa. Kabanosy były na samym spodzie. Kochi Podsiadło siedział na moim fotelu, bacznie obserwując sytuację. Poszłam do samochodu zanieść coś z Partnerem, a kiedy wróciłam (minęło góra pięć minut), zastałam taki oto obrazek. Na stoliku stała nietknięta skrzynia, a na wykładzinie, otoczony pogryzionymi i wyplutymi kawałkami opakowania kabanosów wraz z kawałkiem z nietkniętą gumką recepturką, siedział uśmiechnięty Kochi, przełykając ostatni kawałeczek kabanosa. Kadr jak z kreskówki. Nie mogłam w to uwierzyć, a tym bardziej w to, jak mocno był z siebie zadowolony. Choć słyszałam od przyjaciółki opowieści o tym, jakim jest mistrzem pomysłowości w porywaniu mięsa.
W końcu… obaj moi chłopcy pojechali. Jeden na chwilę, drugi na dłuższą chwilę, bo mam ogromną nadzieję, że część wakacji spędzi z nami w Gdańsku. Jednak to kolejne psie doświadczenie dużo pozmieniało w mojej głowie. Na pewno nauczyłam się od Kochiego, że nawet krótki mały spacer może być czymś przyjemnym i że można się na niego cieszyć jak dziecko. Przecież radość Kochiego nie wynikała wyłącznie z tego, że opróżni swój psi pęcherz. Tam było znacznie więcej. Cieszył się za każdym razem tak samo, że powącha nowe zapachy, że spotka i nowe, i już poznane psy, że sprawdzi, jaka pogoda, że poczuje całym psiosobą śnieg. Wyraźnie witał każdy dzień, dotykając (całkiem dosłownie) rzeczywistości poza oknem, w które lubił się później tak wpatrywać. To było dla mnie zdumiewające i dało mi wiele do myślenia. Zaczęłam wręcz wypatrywać każdego kolejnego wyjścia rano. Jego entuzjazm, nawet w szary deszczowy dzień zaczął mi się udzielać. Za tym również tęsknię.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser łączę fragment koncertu dla psów mojej ukochanej, zawsze inspirującej Laurie Anderson.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanna Kuciel-Frydryszak

fot. Bożena Szuj

wydawnictwo: Marginesy
rok wydania: 2023

Oprócz faktu, że za młodu fascynowały mnie skanseny, nie byłam nigdy ani specjalną pasjonatką polskiej wsi, ani polskiej tradycji, ani nawet historii. I piszę o tym nie po to, żeby pochwalić się swoją ignorancją, ale po to, by podkreślić, że choć po rozsławione „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak sięgnęłam raczej z poczucia obowiązku, niż żywego zainteresowania tematem książki, szybko okazało się, że była to jedna z ciekawszych i bardziej wartościowych pozycji, jakie w ostatnim czasie przeczytałam! Opowieść, która pochłonęła mnie bez reszty, wryła się w moją głowę i jeszcze na długo po przeczytaniu w niej została (i zapewne zostanie).

O czym jest ta książka?

fot. Bożena Szuj

Z jakiego powodu te, było nie było, ponad pięćset stron opisów polskiej wsi (począwszy od lat dwudziestych dwudziestego wieku), niewyobrażalnej biedy, głodu i katorżniczej pracy ponad siły, a także poniżeń i wyzysku tak wciąga?

  1. Po pierwsze Joanna Kuciel-Frydryszak ma doskonałe pióro, wyczucie i styl, choć – co wzbudza mój gigantyczny podziw – trzyma się niejako z boku swojej opowieści, oddając pierwszy plan i głos swoim bohaterkom oraz ich potomkom.
  2. Po drugie, dzięki swojej niebywale rzetelnej, imponującej pracy badawczej, dysponuje ogromem materiałów, którymi się z czytelnikami dzieli. Możemy przeczytać autentyczne listy i zapiski chłopek z różnych zakątków Polski pisanych w różnym czasie, z różnych powodów. Mamy niesamowitą możliwość obcować z ich językiem, stanem ich wiedzy i świadomości. Oprócz tego o niektórych z nich dowiadujemy się więcej również od ich żyjących dzieci i wnuków, z którymi autorka przeprowadza wywiady. Reasumując, stykamy się w książce z różnymi perspektywami oraz narracjami, co czyni książkę różnorodną.
  3. Po trzecie chłopi zostali wreszcie opisani z kobiecej perspektywy. Wcześniej mieliśmy do czynienia z narracją męską, patriarchalną. Tę znamy aż nadto dobrze. „Chłopki” zajmują się kobietami z polskich wsi, co nie znaczy, że nie poznajemy podczas lektury żadnej prawdy o otaczających je mężczyznach. Jednak nie oni są tu bohaterami.

„Chłopki. Opowieść o naszych babkach” nie ma fabuły – to opowieść składająca się z wielu pomniejszych opowieści. Do niektórych opisywanych kobiet autorka powraca, więc możemy poznać je trochę lepiej, o innych dowiadujemy się mniej. Widzimy między nimi wspólny mianownik – jest nim niesłychanie trudne życie. Trudne podwójnie: po pierwsze ze względu na ogrom obowiązków każdego chłopa, a po drugie ze względu na fakt bycia kobietą. Kobiety (i dzieci, o czym za chwilę) znajdowały się jeszcze niecałe sto lat temu w zdecydowanie gorszym położeniu od mężczyzn. Z jednej strony ta „słaba płeć” potrzebowała najpierw męża (zostawała przehandlowana przez ojca temu, kto najbardziej odpowiadał finansowo… rzecz jasna, ojcu), a potem „zgody męża” na niemal wszystko, ale z drugiej strony wykonywała nie tylko prace „babskie”, ale też te „chłopskie”, podczas kiedy wszechwładnym mężczyznom… nie zawsze się chciało. Niedożywione, przepracowane, często doświadczające w swoich domach przemocy, traktowały swój kobiecy los jak dopust boży. Znosiły go przeważnie z pokorą, czasem się buntując, ale w pełnej świadomości, że o równości płci nie mają nawet co marzyć.

Pokoleniowa trauma

fot. Bożena Szuj

Każda dobra i wartościowa książka na ogół odwołuje się do jakiejś uniwersalnej prawdy, w której mogą odnaleźć się czytelnicy różniący się zarówno od opisywanych bohaterów, jak i siebie nawzajem. „Chłopki”, choć przedstawiają losy kobiet pochodzących z polskiej wsi, w dodatku tej wsi sprzed lat, rozprawiają się z pewną pokoleniową traumą. Druga część tytułu: „Opowieść o naszych babkach” nie jest wcale przekorna lub na wyrost. Opisywane kobiety mogłyby być naszymi babkami, a przynajmniej dzielić z nimi niedolę. W zdecydowanej większości, jako naród, pochodzimy od chłopów pańszczyźnianych, a więc niewolników. (Ci nieliczni z nas, którzy mają szlacheckie korzenie, nieczęsto zdają sobie sprawę z tego, że ceną takiego rodowodu jest często przemoc, którą przodkowie wyrządzali.) Podobnie jak czarnoskórzy, mamy do przepracowania traumy, jakie na nas ciążą z powodu zarówno doświadczania, jak i wyrządzania przemocy. Czarni, o czym już kiedyś pisałam, poradzili sobie z tym znacznie lepiej od nas.
Nie będzie prawdą stwierdzenie, że książka Joanny Kuciel-Frydryszak jest o kobietach i dla kobiet. Ofiarami patriarchatu są w pierwszej kolejności kobiety, ale nie tylko one. Nierówne traktowanie jednej płci, ale też dzieci, zbiera żniwa w postaci chorego, niesterapeutyzowanego społeczeństwa, a potem kolejnego wychowywanego przez nie pokolenia i kolejnego, i kolejnego aż do momentu zbiorowego wyleczenia się z traumy (czemu sprzyja m.in. lektura tej książki). Najtrudniejsze dla mnie do czytania fragmenty dotyczyły wykorzystywania dzieci od bardzo wczesnego dzieciństwa do ciężkich prac (pasanie zwierząt już od szóstego roku życia), odmawiania – zwłaszcza zdolnym i rokującym – maluchom prawa do edukacji ze względu na trudną sytuację materialną oraz samego traktowania dzieci jak obywateli gorszej kategorii.

I proszę sobie argument pod tytułem „takie były czasy” wsadzić między bajki. Nikt nie przekona mnie, że przyzwolenie na przemoc i kompletny brak szacunku dla istot żyjących może być kwestią czasów!

Niesłychanie trudno czytało mi się też fragmenty o polskim antysemityzmie. Ohydne, uwłaczające ludzkiej godności, ale równocześnie mówiące niezwykle dużo o ludzkiej naturze. Wystarczy, że tłum usłyszy od polityków lub z ambony jakiekolwiek bzdury, by ochoczo i bezmyślnie pójść za nimi, jak stado posłusznych owiec. Zresztą wyłaniająca się z książki rola kościoła katolickiego w szerzeniu bezsprzecznego zła również daje do myślenia. Choć to z jednej strony szokować nie powinno, jednak w pewnym momencie uderzyła mnie zbieżność dawnego języka z tym używanym przez partię wreszcie już nie rządzącą (m.in. moje ulubione „cnoty niewieście”). Okazuje się, że zacofanie jest czymś uniwersalnym, posiada swój własny język, swoją własną retorykę oraz autorytety, do których się odwołuje. Nie ma związku ani z wsią jako taką, chociaż rzeczywiście w opisywanych czasach różnice między miastem a wsią były ogromne. Historia kołem się toczy. Znajduje to odzwierciedlenie także w języku.

Pytanie, które dość szybko pojawiło się w mojej głowie było następujące:

Co sprawiało, że niektóre z opisywanych kobiet były tak wspaniałe i wyjątkowe, a inne kompletnie zwyczajne? Że niektóre w tych trudnych dla nich i dla dzieci czasach okazywały się fantastycznymi matkami, do końca życia pełnymi niesamowitych, różnorodnych pasji, które, od kiedy nauczyły się czytać, pochłaniały mnóstwo doskonałej literatury, zachowywały ciepło i pogodę ducha? A z kolei inne opisywane kobiety pozostawały zgorzkniałe, zacofane, zabobonne, zamknięte, pielęgnujące w sobie zło?

Chciałoby się jednoznacznie odpowiedzieć, że edukacja. Że pierwsze miały szczęście ją zdobyć i wyjść na ludzi, a drugie takiego szczęścia nie miały. Jednak ten podział wcale nie przebiegał w ten sposób. Najczęściej na większą otwartość głowy wpływały, owszem, czynniki zewnętrzne, takie jak znakomity nauczyciel z powołania, z którym chłopka zetknęła się w szkole (jeśli do niej trafiła), albo wylądowanie na służbie u mądrych, światłych i dobrych ludzi, którzy wzięli ją pod swoje skrzydła. Którzy – nie traktując jej jak niewolnicy, lecz członka rodziny – otoczyli ją troską, pokazali teatry, biblioteki, zarazili miłością do dobrej sztuki, wcześniej ją objaśniając. Wszystkie opisane fascynujące mnie przykłady kobiet niezwykłych, wcale nie zawsze wykształconych, były opowieściami o pięknych umysłach, którym jedynie stworzono warunki, by mogły jak najlepiej się rozwinąć i pracować. Edukacja pojęta jako szkoła, nauka czytania i pisania tego nie daje, w przeciwieństwie do otrzymania sporej dawki szacunku i życzliwości od choćby jednej, wyjątkowej osoby. Jak jest natomiast z umysłami zamkniętymi, ulegającymi naciskom, myślącymi sztampowo i wąsko? Tu niestety nie jestem optymistką. Myślę, że o ile mózgom pięknym, kreatywnym i buntowniczym wystarczy tylko nie przeszkadzać, o tyle mózgom zamkniętym na niewiele się zda ani edukacja, ani obycie z kulturą i sztuką. Coś im ono oczywiście da, ale ile będzie to warte, jeśli w chwili słabości dadzą radę zachłysnąć się antysemityzmem? To przecież przegrana w boju o człowieczeństwo.
„Chłopki. Opowieść o naszych babkach” to książka nie tylko o polskich wiejskich kobietach. To opowieść o nas wszystkich. Opowieść odkuta z dawno już nam niepotrzebnego pretensjonalnego sienkiewiczowskiego mitu założycielskiego. Opowieść oparta na prawdzie, krzywdzie, ale też nadziei na lepszą przyszłość, która może nadejść tylko, kiedy uporamy się z trudną przeszłością. W mądrej lepszej szkole z pewnością lektura obowiązkowa!

P.S. A na deser łączę pieśń „Koło mego ogródecka” w wykonaniu Laboratorium Pieśni.

fot. Bożena Szuj

 

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to