nNiebieski punNk

fot. Marianna Patkowska

fot. Marianna Patkowska

Po ostatnim wydarzeniu, jakim było nakręcenie swojego pierwszego w życiu tutorialu makijażowego, – trwającego aż trzy filmiki! – postanowiłam iść za ciosem i spróbować nakręcić kolejny: krótszy i z trochę lepszym, bo naturalnym, oświetleniem. Tym sposobem zaprosiłam Was też do swojego mieszkania.
Byłam trochę w punkowym nastroju, czemu wyraz postanowiłam dać w swojej stylizacji i przede wszystkim robionym makijażu. (W tle zaś leciała ważna dla mnie płyta „Smash” grupy The Offspring.)
Jeśli można mówić o jakimś motywie przewodnim, to niech będzie nim namówienie wszystkich, żeby nie bali się kolorów i eksperymentowania z nimi na swojej twarzy. Nie zawsze przecież chodzi o to, żeby wyglądać „ładnie” w klasycznym rozumieniu tego słowa!

Oto zapowiedziany filmik:

A poniżej jeszcze kilka zdjęć:

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

To tylko klaps

fot. Geo Dask

Temat właściwie stary jak świat, ale że cofamy się właśnie jako społeczeństwo – z uśmiechem i znakomitym samopoczuciem – do mroków średniowiecza, wciąż niestety aktualny. Czym jest mianowicie mityczny „tylko klaps”, będący jakoby metodą wychowawczą?

1. Co ty wiesz o dzieciach?

Ktoś zapyta z pewnością co ja tam wiem o dzieciach i karaniu ich, sama matką nie będąc. Odpowiem to, co zazwyczaj – każda myśląca jednostka ma w moim głębokim odczuciu nie tylko prawo, ale też obowiązek zgłębiać tematy, które jej samej być może bezpośrednio nie dotyczą, ale dotyczą społeczeństwa w jakim wzrasta. Ma do dyspozycji zarówno dobrą i rzetelną literaturę, jak i rozmowy z fachowcami z danej dziedziny, a także… obserwowanie otaczającego ją świata i wyciąganie z tych obserwacji wniosków. Warto też przypomnieć, że prawda, którą zmieniamy w zależności od sytuacji, w jakiej się znajdziemy, to nie prawda, lecz relatywizacja. Owszem, z doświadczeniem nabieramy (powinniśmy nabrać!) wyrozumiałości dla cudzych błędów, większej empatii i pewności co do tego, że oceniać wolno nam tylko i wyłącznie czyny – nigdy zaś ludzi. Nie jest jednak dobrze rozmywać granice między czynami dobrymi a złymi.
Od września ubiegłego roku pracuję w szkole. Wychowuję pięćdziesiątkę dzieci jako nauczyciel oraz wychowawca. Jeśli ktokolwiek spyta mnie, czy nigdy przez ten czas nie zostałam doprowadzona do szału, nie zalała mnie krew, lub czy nie miałam choć przez ułamek sekundy ochoty siarczyście zakomunikować komuś z liścia swojego zdania, odpowiem: oczywiście, zdarzało się. Jednak po pierwsze zawsze tylko i wyłącznie wobec pozostałych nauczycielek (głównie za powtarzanie głupich schematów oraz nieumiejętność operowania językiem polskim w stopniu podstawowym), a po drugie za każdym razem udawało mi się powstrzymać. Nawet nie z powodu strachu o utratę pracy, bo jestem przecież weteranką na tym polu, raczej z powodu silnego przekonania, że nawet najbardziej irytujące jednostki mają niezbywalne prawo do nietykalności cielesnej, chronionej zresztą także odpowiednimi paragrafami.
Co do dzieci, te – w momentach krytycznych – miałam ochotę czasem przywiązać miękkim materiałem do krzesła i użyć niewynalezionego jeszcze megafonu, który doprowadzałby komunikat prosto do mózgu małego odbiorcy, pobudzając ten mózg do szybkiego (i prawidłowego!) przyswojenia tegoż komunikatu. Pewnie, że powtarzanie milion razy tych samych kwestii, które nam, dorosłym, wydają się po pierwsze dosyć oczywiste, a po drugie których celem jest zapewnienie bezpieczeństwa maluchom (więc na logikę powinny być nam za nie raczej wdzięczne, a nie testować naszą wytrzymałość i tym samym podawać w wątpliwość swoją własną inteligencję) jest wkurzające. Jednak… to tylko dzieci. Rozwiązanie? Nie wkurzać się! Nie zmienimy ich (ten etap zresztą w końcu minie), możemy zmienić wyłącznie nasze nastawienie, tym bardziej, że czy dziecko grzeczne, czy niegrzeczne, to i tak tylko na nas spoczywa odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo.
Tak, jestem najspokojniejszą panią w całej szkole. Tak, zawdzięczam to jedynie swojej własnej pracy nad sobą. (Dziękuję za owacje, proszę z powrotem usiąść.)

2. Klapsy na zimno, klapsy na gorąco

W temacie klapsów są dwie, nomen omen, szkoły. Jedna mówi o wyższości tzw. klapsów na zimno nad klapsami na gorąco. Te pierwsze są wymierzane nie pod wpływem impulsu, chwili, czy silnego wzburzenia, tylko obmyślone z wyrachowaniem, kiedy emocje już opadną. Ich rzekomą przewagą nad tymi drugimi jest nieuleganie gniewowi. Myślę, że wyznawcy klapsów na zimno są idealnymi kandydatami do służb w azjatyckich wojskach.
Druga szkoła, chyba jednak częściej spotykana (w każdym razie chciałabym w to wierzyć), to zwolennicy klapsów na gorąco. Czasem to zresztą nie tyle nawet „zwolennicy”, co osoby potrafiące zrozumieć, co też jest oczywiście kroczeniem równią pochyłą. Klapsy na gorąco są klapsami wymierzanymi z bezradności i braku umiejętności panowania nad swoimi emocjami, której to umiejętności od osoby dorosłej powinno się już jednak oczekiwać, tym bardziej, kiedy jest rodzicem. Mowa tu o sytuacji, w której dziecko nas doprowadzi do szewskiej pasji i… je uderzymy. Potem oczywiście żałujemy, przepraszamy, ale… uderzyliśmy. Oczywiście, że jesteśmy tylko ludźmi, każdego czasem poniesie, itd., jednak dziwnym trafem próżno szukać podobnych usprawiedliwień, jak ktoś kogoś okradnie lub – to przykład dość ostateczny – zabije. Podobnie rzadko znajdujemy w sobie takie pokłady zrozumienia, kiedy np. wyjdzie na jaw w naszej rodzinie związek kazirodczy. Zazwyczaj wtedy zdanie mamy mocno wyrobione, choć wejście w romans (nawet z członkiem rodziny) to na ogół także przecież kwestia poddania się emocjom. (Jesteśmy tylko ludźmi, czyż nie?)

3. Wychowawcza rola klapsa

Wychowując dzieci, warto pamiętać, że mamy do czynienia – z całą moją sympatią do nich, ale nazwijmy rzeczy po imieniu – z istotami, które nie wszystko jeszcze w pełni ogarniają. Mówimy więc o małych ludziach, którzy z jednej strony potrafią powtórzyć za nami słowo w słowo formułkę, którą im – znowu, nomen omen – tłuczemy dzień w dzień, do znudzenia (naszego) do głowy, a potem wziąć udział w takim z nami dialogu:

– Za co miałeś ostatnio karę? [chwilowe wyłączenie z gry z kolegami]
– Za rzucenie kamieniem w kolegę.
– Dlaczego ci ją dałam?
– Dlatego, że rzucając kamieniami można komuś zrobić krzywdę.
– Co przed chwilą zrobiłeś?
– Rzuciłem kamieniem w kolegę.
– Dlaczego?
– On pierwszy zaczął!
– A za kogo każdy z was może odpowiadać?
– Tylko za siebie.

– autentyczny dialog między mną a uczniem

Rozpatrywanie takiego rozumowania dzieci w kategoriach rozumowania ludzi dorosłych (każdego dorosłego w opisanej sytuacji uznalibyśmy za idiotę) jest ogromnym błędem.
Jeśli więc sobie uzmysłowimy, że w dzieciach wszystko się dopiero kształtuje i że przede wszystkich nie ma w nich złej woli (bywa jedynie złe wychowanie… na ogół zawdzięczamy je sobie samym), szybko zrozumiemy jak ważna jest nasza konsekwencja i powtarzanie ciągle tych samych rzeczy bez bezsensownej irytacji czy złości. Dla oszczędzających struny głosowe jakimś rozwiązaniem będzie po prostu nagranie tych wszystkich kwestii i odtwarzanie ich w odpowiedniej sytuacji (sama je zresztą rozważam).
Postarajmy się teraz odpowiedzieć sobie na pytanie, ile dziecko zrozumie z klapsa. Zrozumie, że boli. Wrażliwsze i bardziej myślące dzieci będą miały też poczucie krzywdy, niesprawiedliwości oraz użycia wobec nich nieuzasadnionej przemocy przez osobę z jednej strony starszą, więc silniejszą, a z drugiej, której bezgranicznie przecież ufają (nawet jeśli dostały za coś, czego robić nie powinny). I… będą miały w swoich odczuciach absolutną rację! Oprócz bezprawnego naruszenia nietykalności dziecka – co jest oczywiście bezdyskusyjnie nieakceptowalne – widzę jeszcze jedno zagrożenie. Mianowicie fatalny wychowawczo wydźwięk. Klapsem uczymy dzieci, że przemoc jest rozwiązaniem. Pokazujemy, że organy kontrolujące prawo, mogą działać poza nim. Jeśli karzemy małe dziecko za to, że pobiło się z kolegą… bijąc je, jesteśmy równie logiczni i konsekwentni, jak zwolennicy kary śmierci wymierzanej za… odebranie komuś życia. Na drugi plan schodzi sam czyn; skoro bije/zabija i oskarżony, i oskarżający, przestaje chodzić o bicie/zabicie, a zaczyna chodzić o władzę i to, kto ją aktualnie ma – bardzo ryzykowne posunięcie, zwłaszcza zważywszy na częste dla osób o takich poglądach przekonanie, że te same, bite przez nich, dzieci „podadzą im na starość szklankę herbaty”. Uczymy dzieci, bijąc je, że nie chodzi o prawdę (np. faktycznie widziane przez nas zło w ich biciu kolegów), lecz o siłę.
I tak, będę uparcie używać słowa „bicie”. Proszę mi nie mydlić oczu wyświechtanym, słabym, jak filmy Patryka Vegi argumentem, że „klaps to nie bicie”. Nie chce mi się nawet próbować do niego odnosić wprost, więc opiszę krótką anegdotę o Psubracie, który jeszcze jako bardzo młody króliczek dostał swojej pierwszej biegunki (przepraszam, ale przykład równie smaczny, jak zbijany przeze mnie argument). Spanikowana zabrałam go do weterynarza. Pani doktor przebadała, zażegnała problem, zrobiła wywiad dotyczący jego diety i wyszło, że zaszkodziły mu suszone buraczki. Zaszokowana powiedziałam:

– Ale to było bardzo malutko buraczków!
– Ale to jest bardzo malutki króliczek! – odpowiedziała rzeczowo pani weterynarz.

– dialog z weterynarzem Psu

Analogia jest chyba wystarczająco dla wszystkich, mam nadzieję, przejrzysta.

4. Niepamięci cud

Dobrze zdać też sobie sprawę z tego, że dzieci są być może wdzięcznymi ofiarami, ale… dopóki są dziećmi. Prędzej czy później dorosną, a wszystko, co im zrobiliśmy zachowają sobie na specjalnej karcie pamięci, zwanej podświadomością. Jeśli zadbają o dobra, zdrową relację i łączność z samymi sobą, zdołają sobie przypomnieć to, czego wolelibyśmy, żeby nie pamiętały. I, proszę mi wierzyć, tekst:

a ja dostawałem klapsy i wyrosłem na ludzi

świadczący o tym, że wyrośli jednak na dosyć głupkowatych ludzi, jest naprawdę najlepszą z możliwych opcji.
Traktujmy nasze dzieci tak, by móc z nimi – kiedy już będą dorośli – siąść i wytłumaczyć każde swoje zachowanie wobec nich.
A z klapsami, tak jak i z całym seksem – dopóki zgodzą się na nie dwie dorosłe, żywe i najlepiej trzeźwe osoby – pewnie, czemu nie?

Co by tu zmalować?

fot. Marianna Patkowska

Jakiś czas temu byłam na swoim pierwszym makijażowym szkoleniu organizowanym przez firmę Mary Kay. Dostałam po nim certyfikat Niezależnej Konsultantki Mary Kay, który bardzo mnie ucieszył, zwłaszcza ze względu na słowo „niezależna” blisko sąsiadujące na nim z moim nazwiskiem. Wpadłam wtedy na dość szalony (jak widzę teraz, po efektach…) pomysł nakręcenia swojego pierwszego tutorialu makijażowego, czyli w założeniu prostego filmiku z robienia makijażu, mogącego być ewentualną wskazówką dla kogoś, kto stawia w robieniu makijaży swoje pierwsze kroki.
Kiedy po zobaczeniu całego materiału zorientowałam się, że po dwudziestu czterech minutach mówienia nadal siedzę bez makijażu, za to zdążyłam już omówić część literatury francuskiej, makijaż jako zjawisko socjologiczno-psychologiczne, smakowite wypowiedzi moich maleńkich podopiecznych, a także swój stosunek do higieny jako takiej (plus całe zastępy kosmetyków Mary Kay do pielęgnacji twarzy), zrozumiałam, że drzemie we mnie tutorialowe połączenie Woody’ego Allena z Ingmarem Bergmanem. Niestety jedynie z przegadania i dłużyzn, bo daleko mi, rzecz jasna, do ich błyskotliwości, intelektu czy filmowego kunsztu (i mam nadzieję także – zwłaszcza w przypadku Allena – urody).
Reasumując, wyszło mi w sumie ok. 1,5 godziny filmu podzielonego na tutorialową trylogię, ale za to z fatalnym oświetleniem… Oscara – mimo coraz bardziej liberalnego podejścia Akademii Filmowej – raczej nie dostanę.

1. CZĘŚĆ PIERWSZA
Roland
Topor, mycie się, pielęgnacja twarzy kosmetykami Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

Nie zdradzę tu rzecz jasna wszystkiego, co powiedziałam w filmiku. Zaznaczę raczej, że oglądający będą mieli niebywałą okazję usłyszeć cudowne opowiadanie Rolanda Topora „Zbyt czysta” ze zbioru opowiadań „Cztery róże dla Lucienne” w moim wykonaniu, a także odrobinę mnie poznać (bez makijażu, co też chyba dosyć symboliczne), jak również dowiedzieć się, co jest, a nie powinno być zdaniem mojego farmaceuty podstawą mojego makijażu. Pokazałam też (naprawdę to zrobiłam!) „jak ładnie się pieni” żel do kąpieli Mary Kay – chociażby ta brawurowa scena warta jest wejścia i zobaczenia części pierwszej tego przydługiego tutorialu. Zachęcam też do dooglądania filmiku do końca – doszłam do pewnego językowego odkrycia (w dwudziestej drugiej minucie), z którego jestem, być może niesłusznie, trochę dumna.

Wszystkie kosmetyki do pielęgnacji twarzy, o których mówię, znajdziemy (wraz ze zdjęciami) w tym wpisie:

fot. Marianna Patkowska

2. CZĘŚĆ DRUGA
Czego się nie dowygląda,
zawsze można dointelektualizować,
makijaż wieczorowy
kosmetykami Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

W drugim filmiku pojawiła się wypowiedziana zupełnie spontanicznie fraza: czego się nie dowygląda, zawsze można dointelektualizować, warta – w moim nieskromnym odczuciu – odnotowania w formie tytułu.
Mówię tu trochę o najnowszej rewelacyjnej płycie Dawida Podsiadły „Małomiasteczkowy”, którą w międzyczasie zdążyłam zrecenzować na blogu (tekst znajdziemy TUTAJ) oraz kulisach przyznanego mi certyfikatu, ale przede wszystkim… akcja staje się wartka, gdyż przystępuję wreszcie do wykonywania makijażu! Zdążyłam co prawda umalować jedynie oczy i to ciągle bez rzęs, ale na horyzoncie majaczy coś do złudzenia przypominającego progres.
P.S. Mówiąc w tej części o moim nieustanNym kojarzeniu zalotki z „Mechaniczną pomarańczą” Stanley’a Kubricka, mam na myśli zawsze oczywiście ten obraz:

zdjęcie znalezione w sieci

Wszystkie kosmetyki do makijażu, których używam w filmiku, znajdziemy (wraz ze zdjęciami) w tych wpisach:

fot. Marianna Patkowska

3. CZĘŚĆ TRZECIA
Czy warto było czekać tak… aż do końca?

fot. Marianna Patkowska

Kiedy napięcie sięga zenitu i licznie zgromadzona widownia obserwuje z zapartym  tchem, jak tuszuję rzęsy… kamera wariuje i na przemian albo w przedziwny sposób odbija światło, albo coś nie styka z kadrem, kiedy nachylam się do lustra, ukazując np. jedynie ¾ swojej twarzy, ale za to spore połacie tła nad moją głową. Jednak ogromnym plusem tego filmiku jest to, że na jego końcu… wreszcie można zobaczyć mnie w efekcie finałowym nakładanego przez całą trylogię makijażu. (Choć nie uniknęłam za to dużego błędu w montażu między dwiema ostatnimi scenami, które niechcący zaczęły się przenikać…)
Mogę tylko nieskromnie stwierdzić, że na żywo makijaż prezentował się naprawdę ładnie.

Wszystkie kosmetyki do makijażu, których używam w filmiku, znajdziemy (wraz ze zdjęciami) w tych wpisach:

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

„Małomiasteczkowy” Dawid Podsiadło

fot. Marianna Patkowska

wytwórnia: Sony Music
rok wydania: 2018

Dawida Podsiadłę (tak, większość osób ten fakt pewnie zaszokuje, ale to polskie nazwisko jest odmienNe!) poznałam dopiero w drugiej edycji X-Factora, w której wziął udział (w poprzedniej nie przeszedł jakoś na samym jej początku) i… zakochałam się bez pamięci. Był młodziutkim chłopaczkiem tuż przed maturą, nieco chyba onieśmielonym zamieszaniem wokół siebie. Kiedy jednak zaczynał śpiewać, zamieniał się w dojrzałego, doświadczonego życiowo mężczyznę, w którego głosie można było znaleźć zarówno ból, smutek i lęk, jak i radość, odwagę, czy pewną dozę pociągającej nonszalancji. Na scenie rządził. I niewiarygodnie uwodził swoim głosem. To niespotykane jak na tak młodą osobę. Wiedziałam od pierwszych chwil, że Dawid jest wyjątkowy. Moje wątpliwości budził jedynie program, w którym wziął udział – zdecydowanie niedosięgający mu nawet do pięt. Jednak za tym drugim razem wygrał, pozwalając się poznać większej publiczności, która – co jest rzadkością dla wszelkich większości – pokochała go równie mocno, jak ja.
Od tamtego czasu minęło już około siedmiu lat, przez które nagrał doskonałą debiutancką płytę „Comfort and Happiness” – niezwykle ją cenię – a potem drugą, „Annoyance and Disappointment” (której ciągle niestety jeszcze nie mam, ale znam i również bardzo lubię). Warto też przyjrzeć się obu tym tytułom, bo w jakimś sensie nawiązują do siebie przecież. Miałam okazję być na jego koncercie w Zakopanem i do tej pory – choć było to już kilka lat temu – pozostaję pod ogromnym wrażeniem jego profesjonalizmu i brzmienia na żywo. Dostarczył nam wszystkim dużej dawki przeróżnych emocji – od radości do wzruszeń i smutku. I nagle powrócił z trzecim albumem „Małomiasteczkowy”…
Albumem zupełnie innym, w całości wykonanym po polsku. Mam wrażenie, że to najbardziej osobista jego płyta ze wszystkich. I złapałam się na tym, że nie wiem właściwie do końca kiedy (choć przecież już druga płyta coś sygnalizowała, ale…) Dawid… stał się mężczyzną. Niby strasznie banalna to prawda, że „dzieci rosną”, ale uświadomiłam sobie, że już nie ma tamtego zamkniętego w sobie, nieśmiałego chłopaczka o unikalnym głosie, lecz gdzieś w międzyczasie z tego uroczego pąka rozwinął się naprawdę przepiękny wielobarwny kwiat.
Na poprzednich płytach Dawida, piosenki napisane i zaśpiewane przez niego po polsku były rzadkością. Być może dlatego dopiero na płycie „Małomiasteczkowy” uderzyło mnie z tak wielką siłą, jak doskonałym jest również tekściarzem. Wielokrotnie podkreślał, że się za takiego nie ma, ale – cytując mojego cudownego promotora, profesora Jerzego Kłosińskiego:

To ja będę oceniać język, bo ja tu się na nim znam, a nie on!

– prof. Krzysztof Kłosiński o czyjejś krytyce mojego tekstu, z którą się nie zgadzał

Tematyka płyty jest właściwie dosyć – mimo doskonałej, radosnej muzyki – smutna. Podsiadło rozprawia się na niej ze swoją sławą, która mu czasami ciąży, z życiem w stresie z nią związanym. Oglądając wywiady z Dawidem na temat tej płyty, odniosłam wrażenie, że on pisze też trochę o odnalezieniu w sobie granic i wreszcie wyraźnym stawianiu ich światu (często o tym wspominał, a w kilku piosenkach nawet całkiem wprost śpiewa o odmawianiu pozowania do wspólnych zdjęć, czy rozdawania zawsze autografów).
Podsiadło rozprawia się też z relacjami mężczyzn z kobietami. Bardzo nie chciałabym wchodzić w ten temat zbyt głęboko, bo zdaję sobie sprawę, że artysta nie zawsze pisze o sobie samym, a najbardziej naturalną reakcją dla słuchacza jest jednak utożsamianie podmiotu lirycznego piosenek z artystą, który jest równocześnie ich autorem. Nie bardzo mam prawo, nie bardzo też chciałabym debatować nad życiem prywatnym Dawida Podsiadły. Mogę tylko napisać, że teksty o relacjach damsko-męskich niezwykle mnie poruszyły. Być może też trafiły akurat na taki moment mojego życia, kiedy umiem się z nimi utożsamić, a czasem też właśnie z nimi nie zgodzić, równocześnie tak dobrze je rozumiejąc. Czuć w nich zwątpienie w miłość, a może właśnie jakiś rodzaj jej poszukiwania; lęk przed nazwaniem uczuć, kotłujące się w podmiocie lirycznym namiętności.
Jeden z wielu tekstów, które mnie rozłożyły na łopatki, mimo bardzo „pogodnej” oprawy muzycznej całej piosenki (choć może właśnie ten kontrast mnie tak rozbroił), to
„Dżins” (posłuchamy jej TUTAJ):

Przestań, popsujesz klimat
To dobry spacer
Pozwól włosom spaść
I choć wiem że zaraz cię oddam
To przez godzinę cię mam
Nie chce cię słuchać
Nie chcę tu stać
Pojedźmy gdzieś
I ściągnij z siebie płaszcz
Ja się zajmę resztą warstw
Widziałem serial, wiem jak
A gdy wypuszczę cię z rąk
Z rąk, z rąk
Bo przecież musisz uciec stąd, stąd
Chociaż obiecaj jedno
Choć, choć
Że przy nim będziesz więdnąć
Chociaż ostatecznie na związek nas nie będzie stać
I złamiemy sobie serce
Niech skradziony weekend trwa
Wiem że musisz wrócić
Przestań o tym mówić
Tańcz
Nie chcę o nim słyszeć
Niech zginie pośród innych spraw
Przestań, popsułaś klimat
Sam nie wiem, czy w ogóle chciałbym więcej
Jeśli dajesz mi piosenkę
Czy jemu nucisz ją też?
I przez przypadek za parę lat miniemy się ze sobą w czyichś drzwiach
Chyba nosisz inny płaszcz
A ja nie przyszedłem tu sam
A gdy wypuszczę cię z rąk…
Chociaż ostatecznie na związek nas nie było…
Poskładaliśmy swoje serca…
Weekendów już nie trzeba…
Kiedy dzisiaj o nim mówisz nie kłamie tylko twoja…
Szeroko się uśmiechasz, i dobrze że już wszystko…

Warto też, już na koniec, wspomnieć o doskonałym teledysku do piosenki „Trofea”, który jest właściwie fantastycznie zrealizowanym filmem krótkometrażowym. Liczy siedem minut, a wersja piosenki „Trofea” różni się od tej na płycie – jest zdecydowanie ciekawsza muzycznie, zawiera też bardzo intrygujący fragment „trofea to dla mnie zdrada”, który otwiera naprawdę szerokie pole interpretacyjne. Gorąco polecam jego obejrzenie:

Płyta jest naprawdę przepiękna, głęboka i poruszająca do refleksji, choć równocześnie w jakiś sposób także lekka. Na pewno nie sposób przejść obok niej obojętnie. Nad każdym z tekstów warto pomyśleć dłużej, bo roi się w nich od cudownych smaczków, np. takich:

„Dokończ, nie skończyłaś,
no pij do dna,
Ja się wstrzymam,
Jakoś mi cierpi krtań,
Nie płacz po niej”

– „Najnowszy klip”

Nie wspominając już o początkuMatyldy”:

Za wycieraczką zostawił ślad
że kije w oko będzie wkładał, tylko że przez samo „h”
Przez samo „h”, przez samo „h”, po prostu „h”
Muszę mu przyznać – odważny ruch
By komuś tak do szyby podejść i zrobić zrzut
Zostawić garść niemiłych słów, tę całą żółć

Dużym zaskoczeniem było też usłyszeć Dawida wreszcie w chórkach, które harmonią wyraźnie nawiązują do Queen w tym jednym krótkim, ale niesamowitym miejscu (TUTAJ).

Gorąco, gorąco wszystkim tę płytę polecam!

Spis utworów:

  1. Cantate tutti
  2. Dżins
  3. Małomiasteczkowy
  4. Najnowszy klip
  5. „Trofea”
  6. Nie ma fal
  7. Lis
  8. Co mówimy?
  9. Nie kłami
  10. Matylda

P.S. A na deser łączę swój skromny cover piosenki „Nie ma fal” 😉

„Słodki koniec dnia”

scenariusz: Jacek Borcuch,
Szczepan Twardoch
reżyseria:
Jacek Borcuch
gatunek: dramat
produkcja: Polska
rok powstania: 2019
oryginalny tytuł: Dolce Fine
Giornata/Słodki koniec dnia

pełny opis filmu wraz z obsadą

Dziś mogę już zdradzić, że ostatnim razem, kiedy byłam w kinie przypadkowo na „Glorii Bell”, tak naprawdę wybrałam się na (akurat w wyniku jakiegoś błędu niegrany tego dnia) „Słodki koniec dnia”.  Bardzo przeżywałam to, że nie udało mi się na niego zdążyć, niezwykle się więc ucieszyłam, kiedy otworzyła się przede mną perspektywa zobaczenia go w krakowskim Kinie Pod Baranami. Film okazał się przepięknym, niesłychanie poetyckim i przejmującym obrazem, który został we mnie na długi czas.
W maleńkiej włoskiej miejscowości Volterra położonej w Toskanii mieszka z mężem Włochem i dziećmi polsko-żydowska poetka, laureatka nagrody Nobla – Maria Linde (w tej roli Krystyna Janda). Żyjąc w cudownej leniwej włoskiej atmosferze, wśród obłędnych widoków, w chwale, sławie i uznaniu czytelników oraz będąc otoczona miłością, szacunkiem i bezgraniczną akceptacją najbliższych wydawać by się mogło, że ma wszystko. Jednak jest w niej jakaś pustka, którą próbuje zapełnić, choć być może tylko zagłuszyć… Jak każdy artysta, Maria pragnie więcej, mocniej i głębiej. Świat na ogół nie umie tej potrzeby spełnić, a ona, tonąc, chwyta się dokładnie tego, co nie pozwoli jej bezpiecznie dopłynąć do brzegu. Może zresztą „bezpiecznie” jest tu właśnie słowem kluczem…
Punktem zwrotnym filmu jest moment, w którym Marie odbiera honorowe obywatelstwo Volterry, co zbiega się w czasie ze straszliwą tragedią, która miała miejsce w Rzymie i – mocno nią poruszona – wygłasza mowę, której nikt nie umie zrozumieć w pełni, więc zaczyna ona budzić sprzeciw i wrogość całej małej społeczności, jak również pewien rodzaj pretensji rodziny i przyjaciół. Ceniona za niezależność w myśleniu, wolność, doskonałe poruszanie się wśród słów, swobodę formułowania myśli Maria Linde, nagle zostaje surowo ukarana za… brak dyplomacji (której wydawać by się mogło, nikt przecież od niej nie powinien oczekiwać) i powiedzenie czegoś, co nie mieści się w niczyich normach. Jacek Borcuch i Szczepan Twardoch włożyli w usta bohaterki słowa jednego z najwybitniejszych kompozytorów XX wieku, Karlheinza Stockhausena po zamachu 11 września 2001 roku na World Trade Center (w filmie zabrakło mi wyraźnego zaznaczenia, kto został zacytowany), który nazwał go „największym dziełem sztuki wszech czasów” i spotkał się z niewiarygodnym ostracyzmem społecznym, tracąc automatycznie posadę dyrektora festiwalu, który stworzył, a także będąc usuwanym z programów wielkich festiwali światowych. Czy reakcja (społeczeństwa) była adekwatna? Jestem w bardzo nielicznym gronie osób, uważających, że zdecydowanie nie.
Stockhausen nigdy nie powiedział, że to, co się stało, było dobre, że popiera działania terrorystów, czy upaja się świadomością mnogości ofiar. On stwierdził tylko coś, co naprawdę – porzucając emocje – można rozpatrzyć i z czym można byłoby się zgodzić. Atak zaplanowany był perfekcyjnie i z niewiarygodną precyzją tak, jak dzieło sztuki. Natomiast transmitowanie go przez większość telewizyjnych stacji sprawił, że przed telewizorami licznie zasiadła ogromna publiczność. Czemu fakt transmitowania śmierci nie oburzył aż tak społeczeństwa? Czemu robienie – przez media – z bestialstwa dzieła sztuki nikogo nie obeszło, ale już próba zdiagnozowania tej sytuacji zrujnowała na jakiś czas życie zawodowe Stockhausena? (Tysiące razy przepraszał za te słowa, próbował tłumaczyć swoje intencje, lecz reputacja przywarła do niego już na zawsze.) Czy tylko ja dostrzegam tu zakłamanie i dosyć wybiórczą moralność na pokaz? Te same media, które zrobiły z ataku na WTC dochodowe widowisko (i czy naprawdę tylko mnie to brzydzi?), niedługo później przedstawiły światu kolejny show z „z niezrównoważonym, szalonym” kompozytorem w roli głównej. Show, który skupił znacznie więcej odbiorców, niż prawdopodobnie wszystkie dotychczasowe muzyczne dokonania Stockhausena. Show, który również stał się dziełem sztuki, niewiele tylko mniejszym w swojej skali od amerykańskiej tragedii.
Fakt, że Maria Linde na chwilę stała się Stockhausenem, wydał mi się równocześnie ciekawy i dosyć dziwny. Tym bardziej, że kontekst tej samej wypowiedzi w dwóch sytuacjach był znacznie inny. Co prawda bohaterka filmu mówiła także o zamachu terrorystycznym (wysadzenie się na pełnym ludzi placu) transmitowanym przez lokalne media, jednak mnie osobiście trudno było uwierzyć twórcom w realność takiego wystąpienia. Prawdopodobnie inaczej bym do tego podeszła, nie wiedząc, czyje to słowa. Ciekawie jednak została ukazana zawsze tak samo przewidywalna reakcja większości. Większość nigdy nie lubiła, nie lubi i nie będzie lubić samodzielnego, nieskrępowanego normami myślenia. Próżno szukać w niej zrozumienia i wolności, tak potrzebnej twórcom.
Jak już pisałam wcześniej, film przez swoją poetykę niesamowicie mnie zauroczył i poruszył. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to… Krystyna Janda. Sama nie wiem, czy to kwestia gry aktorskiej (przecież jest to aktorka wybitna, więc raczej pewnie nie), czy naprawdę fatalnego pomysłu na jej wygląd. Niedopasowana, żadna „fryzura”, przeszkadzająca mi się skupić na filmie i nakłaniająca do ciągłej refleksji czy jest na sali fryzjer? oraz jej kostiumy, jakby na siłę pokazujące wszelkie mankamenty sylwetki i niesłychanie poszerzające tę zawsze przecież do tej pory zgrabną kobietę. Rozumiem, że główna bohaterka miała być brzydka zewnętrznie i piękna wewnętrznie, jednak nie pochwalam doboru środków.
Na wspomnienie zasługuje jednak doskonała, klimatyczna muzyka Daniela Blooma, oszałamiające plenery i zdjęcia oraz doskonała, nienachalna, ale równocześnie przejmująca narracja. Film naprawdę gorąco polecam.

ZWIASTUN:

Mój Papa

fot. Sławomir Biegański/Valantis Nikoloudis

Dzisiejsze święto jest dla mnie od prawie czternastu lat – od kiedy odszedł mój tata – bardzo bolesne. Rok temu nie byłam jeszcze gotowa na taki wpis, ale teraz nadszedł już chyba odpowiedni moment. Nie będę tu przypominać kim był Józef Patkowski oraz jak ogromny i nieoceniony wpływ miał na historię muzyki elektroakustycznej w Polsce. To można sobie sprawdzić w encyklopedii. Dziś Dzień Ojca, więc chciałabym pokazać światu, jakiego miałam cudownego tatę!

Kiedy się urodziłam, tata miał 56 lat. Normalnie nie wspominałabym o tym, bo nigdy nie miało to dla mnie specjalnego znaczenia, ale jednak szybko okazało się, że istnieje pewna grupa społeczna, dla której wręcz przeciwnie, różnica wieku jaka była między nami, ma znaczenie ogromne. Wzmiankowaną grupę stanowiły starsze panie, które spotykaliśmy na częstych wspólnych spacerach. Te, widząc permanentny stan zakochania, w którym tkwiliśmy od momentu moich urodzin (zresztą do samej jego śmierci), czuły się niejako w obowiązku skomentowania tego słowami:

– Och, dziecinko, musisz bardzo kochać swojego dziadziusia!

– standardowe zagajenie starszych pań, które spotykaliśmy z tatą na wspólnych spacerach

Najpierw bardzo byłam tym zdziwiona i pytałam:

– Ale skąd pani to może wiedzieć? Przecież mój dziadek mieszka w Zakopanem!

– moja reakcja

Aż odpowiadać zaczął tata:

– Proszę pani, moja wnuczka ma 21 lat. TO jest moja córka!

– taty reakcja

Był to absolutnie fenomenalny komunikat, gdyż – jak każda prawda – trochę wstrząsający dla odbiorcy. W każdym razie pomagało.
Starsze panie szybko okazały się zresztą zmorą nie tylko spacerów, ale również wszelkich podróży środkami lokomocji. Tata, i to z pewnością mam właśnie po nim, był niesamowicie przekornym człowiekiem. Niewiele było trzeba, by go sprowokować do zrobienia czegoś, czego robić wcale nie planował, ale wyczuwając, że spotka się to być może z oburzeniem, po prostu nie mógł sobie odmówić.
Miałam może 5 albo 6 lat (i pamiętam tę sytuację tylko częściowo, bardziej z relacji rodziców), jechaliśmy gdzieś razem pociągiem. W przedziale były dwie irytujące starsze panie, którym tata bardzo się nie spodobał już od pierwszego wejrzenia. Tata, jak to tata, wyłożył nasze bagaże, usadowił mnie na moim miejscu, upewnił się że jestem szczęśliwa (to zawsze było dla niego najważniejsze) i udał się do Warsu. Kiedy po jakimś czasie wrócił… z piwem, wzrok pań sprawił, że pozostała mu tylko jedna rzecz. Unosząc rękę z piwem i patrząc na mnie, zapytał:

– Chcesz?

Na to podobno śmiertelnie poważnie i z odrobiną smutku w głosie odpowiedziałam:

– Nie, tatusiu. Dziękuję, ale dziś nie mogę. Biorę jeszcze antybiotyk.

Panie umarły, więc przez resztę podróży mieliśmy przynajmniej święty spokój.

Tata często powtarzał przy wielu osobach, że mnie „bardzo lubi”. Wtedy na ogół ludzie się dziwili i wygłaszali oklepane:

– Chyba ją kochasz, a nie lubisz! To twoja córka!

Na co zwykł odpowiadać:

– Oczywiście, że ją kocham! To moja córka! Ale wcale nie jest powiedziane, że muszę ją lubić, a ja ją lubię naprawdę bardzo. I myślę, że to jest cenne.

To było cenNe. Bardzo cenNe. Tata bardzo szybko stał się przede wszystkim moim ogromnym przyjacielem. Ten ekstremalnie wrażliwy i równocześnie niewiarygodnie mądry mężczyzna nigdy nie tracił energii na idiotyczne akty zazdrości, jakich często dopuszczają się ojcowie wobec absztyfikantów swoich córek. Dla niego, o czym już pisałam, punktem wyjścia było moje szczęście, jeśli więc ktoś mi je na jakimś etapie mojego życia dawał, był automatycznie jego przyjacielem, a nie wrogiem. Umiał myśleć szerzej i równocześnie czuć głębiej. Łączył w sobie wiele tych cech, z którymi sama sobie u siebie nie umiałam dać rady, a u niego mogłam je podziwiać jak skarby. Doskonale czuliśmy się we własnym towarzystwie. Dzięki niemu poznałam niesamowite osobistości z szeroko pojętego świata kultury: fantastycznych malarzy, rzeźbiarzy, kompozytorów, pisarzy, muzykologów. Wielkie nazwiska, ale przede wszystkim wielkich ludzi, których silna aura na pewno w znacznym stopniu mnie ukształtowała. Dzielił się ze mną wszystkim, co najlepsze. Po prostu… bardzo się lubiliśmy.

Kiedyś, w luźnej rozmowie, poprosił mnie, żebym przyszła na jego pogrzeb ubrana na kolorowo. (Jego późniejsza śmierć zaskoczyła nas wszystkich, podejrzewam nawet, że jego też, bo był niedługo przedtem w naprawdę dobrej formie.) Nie spełniłam tej prośby. Nie umiałam. Postąpiłam jednak zgodnie ze sobą, a to dla niego i tak liczyło się najbardziej. Jego odejście było dla mnie jednym z ważniejszych duchowych przeżyć. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, cieszę się, że to właśnie on pomógł mi się ze śmiercią odrobinę oswoić. Przez swoją charyzmę i niebywale dobrą energię, która od niego emanowała, zmierzanie się z tym wszystkim było łatwiejsze.

Nie zmienia to jednak faktu, że cholernie mi go brakuje. Zwłaszcza teraz, kiedy w ogóle brakuje ludzi mądrych i inteligentnych dookoła. Wiem, że był jedną z tych osób, których odejście bezpowrotnie zachwiało porządek Wszechświata.

Dzień po tragicznej śmierci Keitha Flinta, tłumacząc swojej klasie, czemu jestem tak strasznie smutna – opowiedziałam uczniom o tym, co się wydarzyło oraz że bardzo kochaliśmy Keitha z tatą właśnie. Na to jeden z moich cudownych wychowanków stwierdził:

– O, to teraz pani tata będzie mógł go poznać osobiście w niebie…

Niesamowicie mnie to wzruszyło. Nie wiem, gdzie teraz jest. Wiem jednak, że miejsce to zyskało dzięki niemu nową, lepszą jakość. Mam tylko nadzieję, że nie ma tam zbyt wielu starszych pań.

„Gloria Bell”

scenariusz: Sebastián Lelio, Alice Johnson Boher
reżyseria: Sebastián Lelio
gatunek: dramat, komedia, romans
produkcja: USA, Chile
rok powstania: 2018
pełny opis filmu wraz z obsadą

„Glorię Bell” zobaczyłam w kinie właściwie przez przypadek i to zupełnie dosłownie. Wybrałam się do kina na inNy film, ale do repertuaru kina wkradł się błąd i tego dnia (jedynego, kiedy w natłoku zajęć akurat mogłam sobie na kino pozwolić) seans wyjątkowo został odwołany. Ponieważ już nastawiłam się na przyjemność oglądania czegoś na dużym ekranie, postanowiłam poczekać do seansu akurat granej „Glorii Bell”. Nie miałam żadnych oczekiwań, żeby nie powiedzieć, że przez pomyłkę kina byłam odrobinę – kompletnie irracjonalnie – negatywnie do tego filmu nastawiona. Szybko jednak okazało się, że zupełnie niepotrzebnie.
Obraz Lelia – wbrew kolorowemu i roztańczonemu zwiastunowi – jest niezwykle poetycki oraz smutny i na pewno skłania do refleksji. Ponad pięćdziesięcioletnia Gloria (w tej roli wspaniała Julianne Moore) jest uroczą, intrygującą i ciepłą kobietą. Kariera, przyjaciele i życzliwy kontakt zarówno z odchowanymi już dziećmi, jak i byłym mężem, nie zagłuszają krzyczącej w niej samotności. Choć ma niesamowicie pozytywne i przyjazne usposobienie i stara się korzystać z życia, socjalizując się z ludźmi w przeróżny sposób, m.in. chodząc czasem do klubów potańczyć (a taniec jest jej wielką pasją), jednak cierń samotności tkwi w niej bardzo głęboko. Pewnego dnia poznaje w takim klubie Arnolda (znakomity John Turturro) – delikatnego, wrażliwego, trochę starszego od siebie rozwodnika. Tak zaczyna się, wydawać by się mogło, naprawdę piękna historia. Oboje przy sobie rozkwitają, stają się swoimi przyjaciółmi, kompanami i kochankami. Czym jest jednak miłość? Czy w ogóle istnieje w jakimś głębszym sensie, czy jest może jakąś wypadkową przyjaźni, dobrego samopoczucia w swoim towarzystwie i fizycznego oddziaływania na siebie? A jeśli to drugie, to czy nie jest to dosyć smutne i rozczarowujące?
Film kładzie jednak nacisk na inne zagadnienie. W niezwykle subtelny sposób ukazuje, że toksyczność w związku to niekoniecznie tylko psychopatia jednego z partnerów lub jego skłonność do przemocy czy uzależnień. Toksyczności można się doszukać także w partnerze niewiarygodnie czułym, spokojnym, szczerze kochającym i szanującym drugą stronę. Nie pasuje to do żadnego stereotypu toksycznych związków, jednak wpisuje się w odwieczną mądrość, że człowiek, który nie umie postawić siebie samego na pierwszym miejscu i jasno zakomunikować swoich granic, nigdy nie będzie potrafił stworzyć dobrej i wartościowej relacji. Relacji, w której – mając całkowity kontakt z samym sobą – będzie umiał dać drugiej osobie najwięcej dobra bez równoczesnego obciążania jej.
Zdumiewająca jest też puenta filmu. Zdumiewająca i równocześnie smutna. Bo kiedy szczęście znajdujemy dopiero w sobie i tylko tam, czy miłość – jeśli istnieje – jest nam w ogóle potrzebna?

ZWIASTUN:

Świeżości od Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

Każda kolejna przesyłka od Mary Kay budzi we mnie małą dziewczynkę, niewiarygodnie szczęśliwą z rozpakowywania (co prawda kupionego przez siebie samą za ciężko zarobione pieniądze, ale jednak) nowego prezentu. Nigdy wcześniej kosmetyki nie wyzwalały we mnie takich emocji, żeby nie powiedzieć, że w ogóle nie wyzwalały żadnych. Były oczywiście niezbędne do codzienNego życia, jednak nigdy przesadnie przeze mnie fetyszyzowane. Czasy się zmieniają, ja się starzeję, widać pora na nowe. Z przyjemnością opiszę więc kolejne produkty Mary Kay, które jakiś czas temu do mnie dotarły.

1. Miętowy balsam do stóp

fot. Marianna Patkowska

Stopy są bardzo delikatną częścią ciała, wymagającą specjalnej pielęgnacji i czułości, a suchość powietrza i smog, z którymi się tu codziennie stykam plus ostatnie fale upałów, które dały nam wszystkim popalić, sprawiły, że musiałam swoim stopom poświęcić jeszcze więcej uwagi, niż zazwyczaj. Z pomocą przyszedł fantastyczny Miętowy balsam do stóp, który cudownie nawilża i obezwładnia fantastycznym, niesamowicie rześkim zapachem mięty, przynosząc stopom uczucie chłodu, świeżości i lekkości.

2. Chase a Rainbow™ z serii
Believe + Wonder

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Już w pierwszym swoim artykule poświęconym kosmetykom Mary Kay pisałam o balsamie do ciała – Chase a Rainbow™, który dostałam w prezencie za pierwsze zakupy i w którego zapachu zupełnie się zakochałam. Lekki, świeży, owocowo-kwiatowy, bardzo orzeźwiający i cudownie pobudzający zmysły! Ponieważ przez dłuższy czas używałam głównie kosmetyków z serii Satin Body (którą opisałam TUTAJ), jeszcze mi go sporo zostało.
Niedawno postanowiłam spróbować jeszcze dwóch kosmetyków z tej samej serii (Believe + Wonder): Żelu pod prysznic oraz Mgiełki do ciała. Wszystkie trzy nie występują w zestawie, ale idealnie się uzupełniają. Żel pod prysznic – czego można się było spodziewać – równie pięknie jak balsam pachnie oraz wspaniale się pieni. Zaskoczeniem była dla mnie natomiast mgiełka do ciała. Dłuższy czas nie bardzo wiedziałam jakie jest jej zastosowanie, teraz jednak wszystko jasne, więc spieszę wytłumaczyć.  Jest to rodzaj deo-perfumek, których używamy po kąpieli i wsmarowaniu w siebie balsamu. Utrwala piękny zapach i pozwala poczuć się naprawdę świeżo. W przeciwieństwie jednak do deo-perfumek, po pierwsze stosujemy naszą mgiełkę na całe ciało, a po drugie możemy też (choć do tej pory uważałam to za ryzykowne posunięcie, jednak sprawdziłam i mogę polecić!) spryskać się nią w ciągu dnia, bez wcześniejszego prysznica i działa wtedy odrobinę jak chusteczki nawilżające.
Jednym słowem idealne rozwiązanie na upalne, parne dni, np. w pracy, kiedy nie bardzo możemy się wykąpać.

 

3. Makijaże kosmetykami Mary Kay

fot. Marianna Patkowska

Ponieważ zamierzam dziś opisywać nowo kupione produkty do makijaży i ilustrować swoje słowa zdjęciami tychże na mnie, pomyślałam, że najwygodniej będzie zrobić coś na zasadzie legendy. Powyżej przedstawiam wszystkie kosmetyki do malowania, których w sumie użyłam. Poniżej zaś zrobię odnośniki do każdego kosmetyku po kolei z odpowiednimi numerami, a potem pod swoimi zdjęciami w konkretnym makijażu zaznaczę tylko numery kosmetyków. Mam nadzieję, że tak będzie łatwiej, gdyby ktoś był ciekaw, czym taki makijaż zrobić.

  1. Rozświetlający podkład w płynie TimeWise®
  2. Rozświetlacz w płynie do twarzy i ciała – Silver Sand
  3. Rozświetlacz w płynie do twarzy i ciała – Golden Horizon
  4. Rozświetlacz w płynie do twarzy i ciała – Bronze Light
  5. Pędzel do podkładu mineralnego
  6. Pędzel do nakładania cieni
  7. Pędzel do rozcierania cieni
  8. Konturówka do oczu
  9. Tusz do rzęs Lash Intensity™
  10. Lash Love™ Green
  11. Koloryzujący flamaster do ust Desert Flora
  12. Koloryzujący flamaster do ust Magenta Mirage
  13. Metaliczna szminka w płynie At Play: Petal to Metal
  14. Błyszczyk do ust NouriShine® Peach Glow

4. Rozświetlacz w płynie do twarzy i ciała – Golden Horizon

fot. Marianna Patkowska

Jak wspominałam w ostatnim wpisie, zauroczyły mnie Rozświetlacze w płynie do twarzy i ciała, więc skusiłam się na dwa kolory – najjaśniejszy srebrny i najciemniejszy brązowy. Tym razem uzupełniłam swoją kolekcję o trzeci (już ostatni z serii), złoty – Golden Horizon. Jestem niesamowicie zadowolona, używając go zarówno osobno (i wymieszanego z podkładem, i nie), jak i łącząc go z resztą. Rozświetlacza można używać w sposób tradycyjny (kości policzkowe, łuk kupidyna, broda, czubek nosa i tuż pod linią brwi), można też traktować go równocześnie jak cień do oczu. No i oczywiście także na dekolt, ręce i gdziekolwiek poczujemy potrzebę pięknie zabłysnąć.

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Do makijażu na obydwu zdjęciach użyłam produktów: 1, 3, 5, 6, 7, 8, 9, 11 💄💅💋

5. Koloryzujący flamaster do ust
Magenta Mirage

fot. Marianna Patkowska

Kiedy pisałam, że nabyłam Koloryzujący flamaster do ust Desert Flora i że żaden z pozostałych trzech kolorów do mnie nie pasuje, nie wiedziałam jeszcze jak mi się spodoba na moich ustach Magenta Mirage! (A wszystko oczywiście dzięki mojej wspaniałej Konsultantce, która pozwoliła mi go wypróbować.) Odwołuję więc swoje słowa, choć w dalszym ciągu najmniej mnie przekonuje Canyon Coral.
Kolor Magenta Mirage znajduję jako zdecydowanie bardziej oficjalny i poważniejszy niż Desert Flora. Na pewno nie na każdą okazję. Jest jednak naprawdę przepiękny i niesłychanie kobiecy!

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Do makijażu na obydwu zdjęciach użyłam produktów: 1, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 12 💄💅💋

***

fot. Marianna Patkowska

Do makijażu na zdjęciach użyłam produktów: 1, 2, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 13 💄💅💋

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska

Do makijażu na zdjęciach (i poniższym filmiku) użyłam produktów: 1, 3, 4, 5, 6, 7, 10, 14 💄💅💋

P.S. A na deser łączę swój cover piosenki „Pretty hurts” z repertuaru Beyoncé, ale napisanej przez cudowną Się. Zamieszczam go pod dzisiejszym tekstem nie tylko dlatego, że jestem tu (nie)przypadkowo pomalowana akurat opisywanymi kosmetykami Mary Kay, ale ze względu na jej bardzo mądry i głęboki przekaz. Wygląd – wbrew być może całemu temu wpisowi – nie jest aż tak ważny, „kiedy to dusza potrzebuje operacji”…
Rzadko zwracam się na tym blogu tylko do jednej płci, ale…

Kochane Kobiety,
pamiętajcie, że jesteście cudowne, wspaniałe i wartościowe i określa Was przede wszystkim to, co jest w Was w środku. Reszta to tylko przyjemne, ale nic nieznaczące bzdurki (nawet jeśli pisanie o nich zajęło mi całe mnóstwo czasu i energii 😉 )!

„Podły, okrutny, zły”

scenariusz: Michael Werwie
reżyseria:
Joe Berlinger
gatunek: biograficzny, kryminał
produkcja: USA
rok powstania: 2019
oryginalny tytuł: Extremely Wicked, Shockingly Evil and Vile
pełny opis filmu wraz z obsadą

Jak już kiedyś wspominałam, Ted Bundy zdecydowanie nie należy do moich ulubionych morderców (jeżeli w ogóle można tak powiedzieć). Urokliwy, czarujący psychopata, gwałciciel, morderca oraz nekrofil, mający na swoim koncie około dwudziestu zidentyfikowanych ofiar (choć istnieją poważne przesłanki mówiące o tym, że mogło być ich nawet kilka razy więcej) stał się w pewnym momencie gwiazdą, idolem oraz ulubieńcem Ameryki. Pisząc, że nigdy nie miałam do niego słabości, miałam na myśli jego irytujący urok osobisty i autentyczny manipulacyjny talent. Brawurowo rozegrał swój ostatni wywiad przed wykonaniem na nim kary śmierci. Przyznał w nim, że całemu złu (zarówno jego, jak i wszystkich obserwowanych przez niego najcięższych morderców i gwałcicieli) winna jest… pornografia. Prawie mu uwierzyłam, gdyby nie to, że wywiad przeprowadzał James Dobson – psycholog, założyciel chrześcijańskiej organizacji „Focus on the Family”, a prywatnie ogromny przeciwnik pornografii. Na niecałą dobę przed śmiercią Bundy odegrał oscarową rolę życia, m.in. wzruszająco perfekcyjnie kłamiąc o zdrowej i kochającej się rodzinie, w której dorastał (w rzeczywistości nigdy nie poznał swojego biologicznego ojca, matka zmieniała wersje na jego temat, jednak istnieją przesłanki mówiące o tym, że mógł być owocem kazirodczego związku swojej matki i dziadka, którego wraz z babcią uważał przez pierwsze lata życia za biologicznych rodziców, a matkę – swoją za siostrę, więc raczej daleko tym relacjom do zupełnie zdrowych).
Niezależnie od prywatnych morderczych preferencji, informacja o tym, że ma powstać film „Podły, okrutny, zły” ogromnie mnie ucieszyła. Czekałam na jego wejście do kin, zachwycona m.in. pomysłem obsadzenia w roli głównej ślicznego w anielski wręcz sposób (i bardzo wizualnie podobnego do Teda) Zaca Efrona. Nie miałam jednak jasności, na co zostanie postawiony nacisk: na bestialstwo dokonanych przez Bundy’ego zbrodni, na dochodzenie jego oskarżycieli do prawdy, czy może na jego życie prywatne (a jeśli właśnie na nie, to na które z dwóch równoległych). W dwóch pierwszych przypadkach przeczuwałam zagrożenie powstania filmu efekciarskiego i niewnoszącego żadnej nowej jakości do kinematografii światowej. Bardzo mnie więc ujęło, że Joe Berlinger i Michael Werwie stworzyli dzieło nietuzinkowe, oryginalne i  opowiadające bardzo trudną i złożoną historię skomplikowanych relacji międzyludzkich, gdzie w grę wchodzi osobowość psychopatyczna ze skłonnościami do chronicznego kłamania. Warto tu też wspomnieć o tym, jak cudownie „Podły, okrutny, zły” osadzony jest w latach 70.; czasy, które przestawia są ukazane niebywale realistycznie nie tylko przez fantastyczną scenografię i charakteryzację bohaterów, ale także (chyba, takie miałam odczucie, jako laik) sam montaż i sposób kręcenia.
Choć gdzieś w tle dowiadujemy się o kolejnych zbrodniach Bundy’ego, jednak osią filmu pozostaje trudna i niebywale toksyczna miłość (czy miłość na pewno?) Teda i jego wieloletniej partnerki Elizabeth Kloepfer (w tej roli zachwycająca Lily Collins). Kiedy jakakolwiek relacja oparta jest od początku na kłamstwie, nie może być mowy o jej powodzeniu. Co jednak, kiedy na tak fatalnym, powiedziałabym nawet, „anty-fundamencie” wyrośnie nagle coś rzeczywiście pięknego i – wydawałoby się – wartościowego? Jak żyć ze świadomością, że wszystko, co nas przez dłuższy czas budowało, nie było prawdziwe? Należy oczywiście zaznaczyć, że relacja ta była oparta na kłamstwie tylko jednej ze stron. Elizabeth Kloepfer – ciepła, wspaniała, ale też troszkę zagubiona młodziutka kobieta z malutkim dzieckiem – kiedy poznała Teda Bundy’ego, wpadła po uszy. Stanął przed nią mężczyzna pod każdym względem idealny: szarmancki, delikatny, pełen szacunku, wpatrzony w nią i zachwycony tym, co widzi, bez reszty. To nie była bestia, opisywana później w prasie jako jeden z najgroźniejszych przestępców swoich czasów, tylko wrażliwy, fantastyczny chłopak, o którym nawet nie śmiała marzyć. Nie był to też przelotny romans. Bardzo szybko zrozumiała, że ma w Tedzie przyjaciela, partnera, wsparcie, doskonałego i ujmującego opiekuna dla swojego dziecka. Tym trudniej było się jej zmierzyć z drugą stroną jego osobowości, o której nie miała pojęcia i która była całkowitym zaprzeczeniem tego, czym zdawał się dotychczas być.
Film doskonale ukazuje jak toksyczność jednej osoby wpływa na życia wszystkich ludzi dookoła, jak wiele krzywdy potrafi wyrządzić; i w przypadku Teda Bundy’ego, abstrahując już nawet od samych ofiar i ich rodzin, bo to przecież zupełnie oczywiste.
„Podły, okrutny, zły” to nieprzewidywalny, trzymający w napięciu, a równocześnie bardzo poetycki i artystyczny obraz wart obejrzenia (polecam zobaczenie napisów do samego końca)!

ZWIASTUN:

manNi „Schizotymik”

fot. Nika Zamięcka

Przepraszam za dłuższą przerwę w pisaniu. Była spowodowana wieloma różnymi czynNikami. Dziś, w swoje imieniny, wracam. Odważyłam się w końcu pokazać swoim Czytelnikom moją ostatnią, już niemal dziewięcioletnią płytę „Schizotymik”.

fot. Marianna Patkowska

Spośród wszystkich moich czterech płyt „Schizotymik”, jako moje ostatnie dziecko, jest mi zdecydowanie najbliższy. Choć jestem w tej chwili na jeszcze inNych muzycznych obszarach, pracując już zupełnie samodzielnie (bez realizatora dźwięku) nad płytą kolejną, ciągle mam pewną słabość do tamtego swojego myślenia o dźwiękach, rytmach i kompozycji całości.
„Schizotymika” nagrywałam najdłużej, bo aż siedem miesięcy ze znakomitym realizatorem dźwięku, Pawłem Szalińskim w Studiu S7 Polskiego Radia, w warunkach, które już raz poznałam (przy pracy nad poprzednią płytą), i w których doskonale się odnalazłam. Oprócz akompaniamentów wokalnych, pojawiło się na niej dużo intrygujących dźwięków, które przez dwa lata zbierałam, nagrywając na cudowny rejestrator dźwięku Zoom H4, który ochrzciłam Dobrym Uchem. Odwiedziliśmy razem i tętniącą życiem drukarnię („Język to ruch”), i metalicznie brzmiącą kuźnię („Ten stan”) i całą masę dolin, nagrywając w nich przeróżne potoki („Potokiem słów”).

fot. Marianna Patkowska

Ta płyta wymagała ode mnie zdecydowanie największych nakładów czasu i pracy i prawdopodobnie nie powstałaby ze względów finansowych nigdy, gdyby nie ogromne wsparcie w postaci w pewnym momencie darmowego studia od dyrektora Teatru Polskiego Radia Janusza Kukuły.
Bardzo jestem mu za nie wdzięczna.

Spis utworów:

fot. Marianna Patkowska
  1. Ten stan 0′04″
  2. Potokiem słów 1′16″
  3. Hmm…nN 3′46″
  4. Język to ruch 6′14″
  5. manNifest 8′15″
  6. Czego chcę 11′20″
  7. Kołysanka dla S. 13′42″
  8. Pokolenie JP 16′43″
  9. Mur 19′16″
  10. z-nNi 22′30″
  11. Właściwy kierunek 24′06″

CIEKAWOSTKI:

  • Piosenka „Czego chcę” jest na głos, fortepian i… lampę w kuchni! Dźwięk rozedrganego dzyndzla biurkowej lampki, która stoi u nas w warszawskim mieszkaniu na kuchenNym blacie, zainspirował mnie do jej napisania. Z kolei mojego realizatora dźwięku sama piosenka zainspirowała do zrobienia z fortepianu, na którym zagrałam akompaniament… gitary elektrycznej. Nadal nie wiem jak tego dokonał, ale o to mi chodziło!
  • „Kołysankę dla S.” napisałam na specjalne zamówienie mojego mentora, przyjaciela oraz niewyczerpanego źródła moich największych artystycznych inspiracji – Krzysztofa Szwajgiera. Znając moje podejście – sceptyczne, eufemistycznie rzecz ujmując – do kołysanek w ogóle, powiedział mi pewnego razu: „to w takim razie zamawiam u ciebie kołysankę!”. Pomyślałam, że to szaleństwo, więc… napisałam kołysankę tak naprawdę dosyć na przekór. Głównie, żeby mu udowodnić, że nie ma racji, twierdząc, że umiałabym to zrobić. Nagrywałam na Zoomie H4, siedząc pod kaloryferem w pokoju z fortepianem, więc w warunkach wprost przeciwnych do sterylnego dźwiękowo studia. Jednak coś z klimatu tej piosenki chciałam później umieścić też na płycie. Nieoceniony Paweł Szaliński uratował sytuację, podkładając pod całość trzaski starej winylowej płyty i właściwie nie robiąc nic już więcej.
  • Na okładce płyty przy piosence „Pokolenie JP” widnieje odnośnik: „w piosence wykorzystałam fragment audycji radiowej Józefa Patkowskiego z 1961 roku”. Tak naprawdę oprócz wstępu i zakończenia, które rzeczywiście są wiernym cytatem z audycji taty (w której pokazywał różne możliwości przekształcania głosu na potrzeby słuchowisk radiowych), postanowiłam zrobić też sample z jego głosu. Tym sposobem akompaniamentem jest tylko on.
  • Zamykająca płytę piosenka „Właściwy kierunek” powstała jako pierwsza i była pewnego rodzaju hołdem oddanym wyspie Thassos. Po niej następuje rodzaj bridge’u prowadzącego do ukrytego utworu – „Na ziemi”. Jest to moja aranżacja najbardziej znielubianej przeze mnie muzycznie kolędy, której tekst jednak wydaje mi się, w dobie ciągłych wojen, niesłychanie aktualny, ważny i jakoś mocno odrębny od swojego pierwotnego kontekstu.