„Reniferek”

scenariusz: Richard Gadd
reżyseria: Josephine Bornebush, Weronika Tofilska
gatunek: biograficzny, dramat
produkcja: Wielka Brytania
rok powstania: 2024

pełny opis filmu wraz z obsadą

Czerwony plakat miniserialu „Reniferek” na Netflixie omijałam (dzisiaj widzę zresztą, że nie oddaje sensu tego filmu tak dobrze, jak ilustrujący moją recenzję granatowoszary). Dopiero kiedy kilka osób, z których gustem się liczę, zaczęło namawiać do jego obejrzenia, bez specjalnej ekscytacji zaproponowałam Partnerowi rozłożony na dwie części seans. Już po kilku minutach pierwszego odcinka wiedzieliśmy, że to naprawdę dobra produkcja, natomiast to, w jaką stronę serial się rozwinął, jak trudnych dotknął wątków, jak niepostrzeżenie rozbebeszył najbardziej bolesne zakamarki ludzkiej psychiki, wgniotło nas w ziemię. Ostatnim serialem, po wyłączeniu którego długo razem płakaliśmy, była „Informacja zwrotna”. I jeśli ktoś po tym wstępie nie jest ciągle pewien, czy jestem za czy przeciw, spieszę wyjaśnić: „Reniferek” to dzieło wybitne. W sposób bezkompromisowy, ale też niepozbawiony specyficznego i smakowitego poczucia humoru, porusza temat, którego nikt jeszcze nigdy w tak brutalny sposób w serialu nie przedstawił.

W wielu recenzjach opis fabuły sprowadza się do problemu stalkingu. Główny bohater, Donny Dunn (w tej roli pomysłodawca serialu, autor scenariusza oraz… człowiek, którego losy widzimy na ekranie – Richard Gadd) próbuje swoich sił w stand-upie, a że wychodzi mu to dość słabo, dorabia równocześnie jako barman. Jego uprzejmy gest wobec sympatycznej klientki Marthy (doskonała Jessica Gunning) nieoczekiwanie zostanie przez nią odebrany jak zachęta do długiego, wyczerpującego stalkowania głównego bohatera. Tak, jest to – starając się nie spoilerować – część fabuły serialu. Jednak… serial nie jest o stalkingu. Nie jest też o (dosyć przerażającej) obsesji Marthy. Gadd, jak rasowy terapeuta, rozkłada na czynniki pierwsze samego siebie. Kluczowym jest tu pytanie:

Która część mnie spowodowała, że cała ta sytuacja w ogóle mogła się zdarzyć?

Stalking jest w tle, ale na pierwszym planie widzimy coś znacznie groźniejszego – widzimy człowieka o tak niskim poczuciu własnej wartości, że pozbawionego jakichkolwiek granic. Nie zgodzę się z recenzjami, w których Donny nazywany jest „mrukowatym” czy „słabym”. Nie zgodzę się też z recenzjami, w których nazywany jest beznadziejnym komikiem. (I nie dlatego, że mi w trakcie niektórych jego żartów na scenie – podobnie jak milczącej publiczności – nie wybijał żenadometr. Wybijał.) To, że przez wielu mógł być postrzegany jako pesymistyczny słabeusz bez poczucia humoru ma źródło w jego ogromnej niepewności siebie. Ja Donny’ego odebrałam jak dobrego, wrażliwego, życzliwego, fajnego faceta, a jego żarty sytuacyjne – więc takie, które nie były wcześniej przygotowane – były wręcz znakomite. Mój Partner zauważył, że Donny był na scenie żenujący, kiedy zjadała go trema. Trema jest tym, co osobie pewnej siebie i własnej wartości dodaje skrzydeł (nawet, jeśli ją początkowo zjada). Ale u niego nie miało co zagrać, bo nieistniejąca pewność siebie i własnej wartości sprawiały, że za wszelką cenę chciał się podobać. Każdemu. Określało go tylko to, co z zewnątrz, nigdy to, co miał w środku, bo tam czuł pustkę. Za mocno się starał, w głębi duszy nie wierząc, że mu wyjdzie. Nie wierząc, że jest niezły. Jednak kiedy całkowicie odpuszczał, widząc katastrofę, jaka się właśnie na scenie wydarza, wychodziły mu najlepsze kwestie. Czy jest to postać autodestrukcyjna (co wielu recenzentów i komentujących doprowadziło do szału)? Jak najbardziej! Ale… nie tylko.
Bronię Donny’ego, a tak naprawdę Richarda Gadda, bo… odnajduję się w jego rysie osobowości. Zobaczenie na ekranie, do czego stawianie wszystkich innych na pierwszym miejscu może doprowadzić, było dla mnie wstrząsające. Wstrząsające, ale i terapeutyczne. Moja pewność siebie i poczucie własnej wartości również długi czas były na minusie. Praca autoterapeutyczna podniosła je do zera, ale nadal nie dostrzegam własnych granic, nie umiem ich więc jasno komunikować. Brak asertywności dostałam podobno w pakiecie z ADHD, ale reszta jest efektem złego wychowania. Złego, czyli nieprzygotowującego do dorosłego samodzielnego życia, w którym znamy swoją wartość, stawiamy granice i jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Ktoś sterapeutyzowany może nie rozumieć, czemu Gadd wszystkich wokół usprawiedliwia (i czemu ja w tej recenzji usprawiedliwiam jego). Otóż robi to nie tylko dlatego, że nauczył się używać własnych traum i w jakiś masochistyczny sposób go do ich odtwarzania ciągnie, ale też dlatego… że pod tym złym wychowaniem, pod brakiem granic kryje się dobry, wartościowy człowiek, który widzi i rozumie znacznie więcej niż inni. Na mojej terapii grupowej w pewnym momencie stałam się niemal memiczna – czegokolwiek ktoś by nie powiedział, ja „rozumiałam”. Ale tak było w moim życiu zawsze. Zawsze od kiedy pamiętam. Ktoś zaburzony w złości krzywdził dziecko – rozumiałam. Ktoś niekontrolujący swojej złości zgwałcił – rozumiałam. Wielu psychiatrów do dziś ma problem ze zrozumieniem tzw. samobójstwa rozszerzonego. (Zwłaszcza, kiedy niedoszły samobójca sam przeżyje.) Ja, kończąc podstawówkę, musiałam i taką sytuację zrozumieć, tracąc w wyniku brutalnego morderstwa nie tylko kogoś z rodziny, ale też zrozumienie w oczach tych, którzy od sprawcy czynu się odwrócili. Trzeba pomagać. Trzeba rozumieć. Oprawcy w końcu niemal zawsze są również ofiarami (choroby, zaburzenia, złego środowiska czy traum z dzieciństwa). Byłam bezdenną studnią zrozumienia dla wszystkich degeneratów tego świata. I co najlepsze – ja ich postępowanie rozumiałam naprawdę. To nie były czcze deklaracje. Wiedziałam dużo o chorobach, zaburzeniach, budowie mózgu i wynikających z niej możliwościach, ale i ułomnościach. Wspaniale mieć taką osobę koło siebie, prawda? Ale wiecie, co jest jeszcze wspanialsze? Manipulowanie nią! Gadd w pewnym momencie mówi, że „jest lepem na muchy na takie sytuacje”. Tak, jest. Zaryzykuję nawet tezę, że wszyscy ci, których główny bohater tak bardzo drażnił, dla których był tak irytująco autodestrukcyjny czy wręcz odpychający – czyli osoby ferujące łatwe sądy, patrzące na świat w czarno-białych barwach – noszą w sobie narzędzia, by móc osobą jego pokroju manipulować. Oczywiście nie są tego świadomi i oczywiście nie oznacza to, że – gdyby kogoś takiego spotkali – koniecznie by z tego skorzystali. Jednak są w stanie. Z kolei widzowie wstrząśnięci, współczujący, zdruzgotani i nieco do Gadda podobni dostrzegają zagrożenia, o których jest ten serial.  Bo największym zagrożeniem dla Donny’ego jest niesterapeutyzowanie Donny’ego. To nie świat zewnętrzny jest straszny (chociaż czasami bywa). Pogrążyć może nas tylko to, co jest w nas samych – m.in. przyzwolenie na zło i przemoc, rozgrzeszanie czynów ewidentnie złych, łączenie ludzi i ich czynów w jedno, a co za tym idzie nieumiejętność rozdzielenia złego czynu od człowieka (czasem nie do końca złego), który go popełnił.
Słabością Donny’ego/Gadda nie jest więc – jak myślą niektórzy – jego empatia wobec własnych oprawców, czy jego dostrzeganie człowieczeństwa wszędzie tam, gdzie inni stawiają krzyżyk. Jego słabością jest brak tak samo dużej empatii dla siebie, dostrzegania człowieczeństwa w sobie. Gdyby siebie kochał, gdyby rozumiał, że jest wartościowy i wystarczający, gdyby zbudował pewność siebie i wiarę w swoje możliwości, szybko odkryłby swoje granice. A empatia i miłosierdzie (tego słowa użyłam w swoim życiu opisując tylko jednego człowieka – mojego tatę) pomogłyby mu sprawnie, więc asertywnie je komunikować. Ktoś mądry powiedział mi niedawno, że Polacy mają gigantyczny problem z odróżnieniem asertywności od arogancji. I że arogancja jest zła, bo sztucznie odcina nas od lęku, który musimy poczuć, jeśli chcemy być naprawdę odważni. Tymczasem asertywność zakłada przeżycie wszystkich swoich emocji i wynikającą z tego komunikację bez przemocy. Komunikację, w której zaopiekowane są wszystkie strony. Mam wrażenie, że gdyby Gadd był arogancki, nikt nawet nie zauważyłby tego, jak niskie jest jego poczucie wartości. Na pewno też nie uchodziłby za słabego. Wielu umknęłoby sedno jego osobistego dramatu czy też serii dramatów. Dramatem nie jest więc to, że on rozumie, że empatyzuje. Dramatem jest to, że nie został wyposażony – ani w rodzinnym domu, ani na późniejszych etapach życia – w żadne narzędzia, które pomogłyby mu się obronić przed wchodzeniem sobie na głowę tym, których rozumiał. O ile dobry chirurg nie musi być wyjątkowo empatyczny, a wręcz często pomaga mu w wykonywaniu pracy lekki rys psychopatyczny, o tyle np. dobremu terapeucie empatia jest do pracy niezbędna. Jednak ma on regularne superwizje, sam jest po terapii, ma też wiedzę, która pomaga mu się uporać z trudnymi doświadczeniami swoich pacjentów i oddzielić je od swojego życia prywatnego. Zastanówmy się, jak doskonałym terapeutą mógłby być Gadd (przypomnijmy sobie język narracji serialu – zobaczmy, jak wnikliwym jest obserwatorem ludzkiej psychiki), gdyby tylko zbudował w sobie miłość własną. Gdyby przezwyciężył kierujący nim lęk, odrzucił negatywne i nieprawdziwe poglądy na swój temat – w końcu nikt nie jest tylko głupi, beznadziejny, nienadający się do niczego, przegrany i żałosny. Gdyby z pokorą przyjął się takim, jaki jest, zrozumiał, że w każdym momencie swojego życia jest wystarczający, wybaczył sobie pogardę dla samego siebie. W roli ofiary tkwi się z wielu powodów. Wbrew pozorom nie jest wcale aż tak niewygodna, jak się może zdawać. Alternatywą jest wzięcie za siebie odpowiedzialności, a to znacznie, znacznie trudniejsze i bardziej przerażające.
Richard Gadd po przeżyciu tylu trudnych momentów (na własne czy nie własne życzenie – nieistotne), znalazł w sobie siłę nie tylko, żeby wyjść z roli ofiary, ale też, żeby napisać fantastyczny, elektryzujący scenariusz, doprowadzić do powstania znakomitego miniserialu i jeszcze na dodatek doskonale zagrać w nim samego siebie. Jeśli tak postępuje człowiek „słaby”, to chciałabym kiedykolwiek odnaleźć w sobie taką słabość.

P.S. A na deser zwiastun serialu.

Jeśli podoba Ci się, jak piszę, i chcesz mnie docenić,
kliknij w poniższą ikonkę i postaw mi, proszę, wirtualną kawę ☕️

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Odpływy

fot. Bożena Szuj

Kiedy zaczęłam swoją długą i wyboistą drogę terapeutyczną, zaczynając od wieloletniej pracy z terapeutą, a potem – po otrzymaniu potrzebnych narzędzi – kontynuując ją samotnie,  wpadłam w pewną pułapkę. Mianowicie uwierzyłam, że kiedy wreszcie zeskrobię z siebie skorupę oczekiwań innych ludzi i stanę się najprawdziwszą wersją siebie, wszystkie moje problemy w relacjach z ludźmi znikną, a społeczeństwo przyjmie mnie z otwartymi ramionami. Wiedziałam oczywiście, że część osób z mojego otoczenia jakoś się wykruszy. Myślałam jednak, że kiedy znajdę w sobie siłę, by stanąć we własnej prawdzie i pełnej zgodzie ze sobą, że kiedy nauczę się asertywności, by odrzucać wszystko to, co mi nie służy i uzyskam tak ważny dystans, czyli innymi słowy kiedy odnajdę własne granice, zrozumiem je i obwieszczę światu, moje związki z ludźmi się pogłębią. I tu – jak pewnie większość ludzi, którzy dzięki wnikliwej pracy nad sobą dostrzegają w końcu kolosalny progres – nadeszło największe rozczarowanie. Bo po tej drugiej stronie nie czekał na mnie ani czerwony dywan, ani tłumy zachwyconych moją przemianą osób. Po drugiej stronie jest samotność. Jeszcze nawet większa, niż wcześniej. Nie ma ani poklasku, ani uznania, ani tym bardziej docenienia pracy, jaką się wykonało. Jest dyskomfort innych, którym – z bardzo wielu różnych powodów – przestaje być po drodze z najprawdziwszą wersją nas.
Jest to smutne, często bardzo trudne do przyjęcia i nierzadko podcinające skrzydła, ale niewiele da się na to poradzić, bo dla rozwoju nie ma żadnej sensownej alternatywy. Pocieszające jest jednak to, że im lepiej się ze sobą zintegrujemy, tym więcej odnajdziemy w sobie narzędzi do poradzenia sobie z tym, co na nas spadnie.

fot. Bożena Szuj

⛵️ Niewygodna autentyczność

fot. Bożena Szuj

Ile by się nie mówiło o tym, jak ważna i cenna jest autentyczność, nie dajmy się zwieść; nasza autentyczność dla większości ludzi nie będzie wygodna. Ponieważ zawsze wierzyłam, że prawda jest wartością, byłam przekonana, że najcenniejsze, co możemy dać bliskim, to właśnie najprawdziwsza wersja siebie. Nie umiałam więc zrozumieć, czemu im więcej prawdy o sobie mogę zaoferować ludziom, tym mniej są moją obecnością w swoim życiu zainteresowani. Dziś chyba zaczynam dostrzegać, że prawda i autentyczność – choć są rzeczywiście jednym z cenniejszych darów, jakie możemy drugiemu człowiekowi dać – faktycznie mogą sprawiać dyskomfort. Zwłaszcza tym, których przyzwyczailiśmy do jakiegoś naszego obrazu, który w trakcie terapii okazał się dla nas samych nieprawdziwy czy też niepełny. Nauczyłam się, mimo początkowych problemów z zaakceptowaniem takiego stanu rzeczy, przyjąć to takim, jakie jest i w żaden sposób tego nie oceniać.
Dosyć znamienne, że ludzie akceptują rozwój i idące za nim zmiany, ale tylko do pewnego punktu. Kiedy młody człowiek odmawia wejścia w rolę osoby dorosłej, a uważamy, że wejść w nią powinien, mówimy o nim z przekąsem Piotruś Pan lub wieczna dziewczynka. Oczekujemy wręcz od niego, że będzie dojrzewał, a więc się zmieniał, ale… stosownie do wieku i w sposób w miarę przewidywalny. Nikogo nie dziwi, że kiedyś nieśmiała młoda dziewica dziś ma męża i gromadkę dzieci. Nikogo nie dziwi, że kiedyś chłopczyk nieumiejący sobie zawiązać bucików dziś jest prezesem… jakiejś firmy. Problem pojawia się przy takich zmianach zachodzących w otaczających nas osobach, które nie są wygodne dla nas. To nie jest ani dobre, ani złe, ale warto być ze sobą w tej kwestii szczerym. Mamy prawo mieć problem z czyjąś zmianą, ale mamy też względem samych siebie obowiązek rozwoju, a więc transformacji w sposób, z którym nie każdemu będzie po drodze. Nasze zmiany mają prawo być zbyt trudne dla tych, z którymi na jakimś etapie życia byliśmy blisko. Tak, jak zmiany bliskich nam kiedyś osób mają prawo być zbyt trudne dla nas. Jeśli jednak kiedykolwiek łączył nas szacunek, nie będziemy nikogo ograniczać swoimi oczekiwaniami, lecz pragnąć dla siebie nawzajem szczęścia. Razem czy osobno.

fot. Bożena Szuj

⛵️ Bycie „porzuconym”

fot. Bożena Szuj

Kiedy ktoś, na kim nam zależy i z kim weszliśmy kiedyś w związek (romantyczny, przyjacielski – wszystko jedno), przestaje się w nim czuć komfortowo i nie chce już w nim tkwić, często uciekamy w nazywanie tego „porzuceniem”. Dlaczego myślę, że to błąd? Dlatego, że bycie „porzuconym” robi z nas ofiarę, a z osoby „porzucającej” oprawcę. Rola ofiary jest na ogół na tyle wygodna, że trudno z niej szybko wyjść; zachęca, by się w niej pławić. Cenę za tkwienie w niej zbyt długo płacimy jednak tylko my sami. Będąc ofiarą zrzekamy się odpowiedzialności za nasze życie.
Czy uważam, że łatwo pogodzić się z rozstaniem? Że łatwo zamknąć jakiś ważny rozdział w życiu, zwłaszcza, jeśli kończyć go nigdy nie chcieliśmy? Że łatwo poradzić sobie z szokiem, wściekłością, rozpaczą, tęsknotą, rozczarowaniem, zawodem i bólem równocześnie? Nie. To cholernie trudne. I właśnie dlatego, że jest to trudne, nie powinniśmy jeszcze sobie dowalać nazywaniem siebie „porzuconymi”.

If you love somebody
set them free,

„If you love somebody set them free” Sting

śpiewał Sting. Miłość to dawanie wolności. Możemy kogoś kochać i chwilowo go nie znosić. Możemy kogoś kochać i mieć do niego żal lub nie zgadzać się z nim w kwestiach istotnych. Możemy kogoś kochać i nie rozumieć przemian, jakie w nim zachodzą. Nie możemy jednak kogoś kochać i nie dawać mu wolności. Te dwie rzeczy się wykluczają.
Jedyną osobą, która na pewno nie opuści nas aż do śmierci jesteśmy my sami. Wszyscy inni pojawiają się w naszym życiu na jakiś czas. Czasami bardzo długi, czasami krótki.
Zastanawia mnie pycha, z jaką często wchodzimy w relacje, nie podejmując świadomej pracy nad nimi. Wydaje nam się, że da się kogoś „zaklepać” jakimkolwiek przyrzeczeniem, że mamy prawo – często niewiele wiedząc o samych sobie – być pewni, co druga osoba będzie myślała i czuła za ileś lat. Że będziemy się rozwijać w takim samym tempie, że nasze potrzeby będą się ciągle spotykać. Że fakt wejścia w relację i nazwania jej (przyjaźnią, związkiem, małżeństwem) w jakiś magiczny sposób całkowicie zwolni nas z odpowiedzialności za nią. I że tkwienie w niej wystarcza i czyni z nas „partnerów” dobrych, a wyjście z niej czyni wychodzących niewdzięcznymi „porzucającymi”.
Ograniczając ludziom wolność, wchodzimy w rolę złego rodzica. Dając ludziom wolność, otwieramy przestrzeń na rozmowę, która jest jednym z najważniejszych filarów zdrowego związku. Dając ludziom wolność, ofiarowujemy im poczucie bezpieczeństwa, ale też odpowiedzialności. I w końcu, dając ludziom wolność, dostrzegamy, że sami też ją mamy – pamiętamy o wzajemnej odrębności w relacji, co jest szalenie ważne. Paradoksalnie jest to właśnie doskonały punkt wyjścia dla dobrej i bardzo trwałej relacji opartej na bezwzględnej szczerości i lojalności zarówno wobec samych siebie, jak i siebie nawzajem.
Myślę, że problemem wcale nie jest to, że ktoś może chcieć odejść z naszego życia, do czego – jak by to nie było bolesne – ma jako wolny człowiek prawo. (Tak, jak my mamy prawo do przeżywania po tym odejściu żałoby, nie zagłuszając kontaktu z samym sobą wchodzeniem w kolejny związek.) Problemem bardzo często niestety bywa sposób, w jaki to robi. Nikt nas nie uczy, jak się rozstawać. Jest to zresztą wielkim błędem, bo rozstania są wpisane w życie każdego człowieka i dobrze byłoby zamiast udawać, że tak nie jest, nauczyć się robić to tak, żeby nie generować dodatkowego cierpienia. Bycie nieuczciwym i nielojalnym, robienie czegokolwiek za plecami drugiej osoby, „żeby jej nie zranić”, koniec końców zrani ją jeszcze bardziej. Tchórzowska ucieczka bez słowa wyjaśnienia może z kolei spowodować, że druga strona zacznie w siebie wątpić, a ludzie nam bliscy – nawet kiedy nie możemy już być razem – zasługują na naszą szczerość. Prawdy nie trzeba przecież mówić w sposób brutalny i nieempatyczny, ale na pewno jesteśmy ją winni tym, z którymi związaliśmy kiedyś swoje życie. Brak takiej prawdy odczytuję jak największą zdradę, która przekreśla możliwość jakiegokolwiek powrotu do tego, co było.
Rozstać się naprawdę można w zgodzie i z klasą. Nie bez bólu, nie bez smutku, ale w zgodzie i z klasą. To jednak wymaga pracy z obydwu stron. Tak, obydwu.

fot. Bożena Szuj

⛵️ Odchodzenie

fot. Bożena Szuj

A co, kiedy to my chcemy z czyjegoś życia odejść? Jak pozbyć się dojmującego poczucia winy? W związkach przemocowych to jest akurat prostsze (i tylko to) – jeśli zbierzemy siły, by opuścić przemocowca (płci obojga oczywiście), mamy ku temu milion powodów. Niby go „porzucamy”, ale właśnie wychodząc z roli ofiary. Wszyscy zrozumieją. Będą nam współczuć i gratulować. Z własnego doświadczenia mogę napisać, że niewyobrażalne wręcz poczucie ulgi po wyjściu z przemocowego związku jest tak potężne, że można się od niego uzależnić.
Co jednak, kiedy znajdziemy się w relacji pod wieloma względami dobrej, w pewnym sensie bezpiecznej, pełnej wzajemnego szacunku i uczciwości; takiej, która z boku zwłaszcza wydaje się idealna, a my pewnego dnia zrozumiemy, że musimy się z niej wydostać, nie do końca nawet wiedząc dlaczego (choć czując to każdą cząsteczką siebie)? A przede wszystkim nie mając powodu… Kiedy zostało się w dzieciństwie zaprogramowanym, by „nigdy nikogo nie krzywdzić”, by stawiać potrzeby innych ludzi ponad swoimi własnymi, taka sytuacja to prawdziwy dramat. Jednak pomaga uświadomienie sobie dwóch rzeczy.

  1. Po pierwsze, że nie da się – mimo najszczerszych chęci – przeżyć życia, nie krzywdząc nikogo, bo są sytuacje, w których musimy wybrać między skrzywdzeniem kogoś a samych siebie.
  2. Po drugie wybór, czy zostać w relacji, która nam już nie służy, czy z niej wyjść, nie jest już nawet wyborem między czyimś szczęściem (i naszą krzywdą) a czyjąś krzywdą (i naszym szczęściem). Zostanie w relacji, w której zaczynamy się dusić i która nie sprzyja naszemu rozwojowi „dla dobra partnera” (lub przyjaciela), w jakiej stawia go roli? Stawia go w roli osoby tak słabej emocjonalnie, że musimy się dla niej poświęcić. Bardzo to dalekie od szczęścia, jak również niekrzywdzenia. Czy szanując osoby, które były nam bliskie, ale z przeróżnych powodów przestały takie być, naprawdę możemy ofiarowywać im nieprawdę, jakieś złudzenie, namiastkę nas? Ochłapy rzucane z litości…?

Moje oczekiwania wobec przyjaciół są dziś bardzo wygórowane. (Podobnie jak wobec Partnera, który oprócz tego, że jest moim kochankiem, nierzadko fryzjerem, makijażystą, fotografem, rysownikiem, pomywakiem, grafikiem komputerowym i projektantem, jest przede wszystkim moim najlepszym przyjacielem.) Są wygórowane prawdopodobnie dlatego, że sama w poważnych relacjach nie umiem dawać mało. Może kiedy nauczę się dawać mniej, coś się w tej kwestii zmieni. Na razie jest, jak jest. Zdaję sobie sprawę z wysokości, na jakiej zawiesiłam poprzeczkę i nie winię już tych, którzy nie potrafią tym oczekiwaniom sprostać. Nie muszą. Nie na nich spoczywa obowiązek zadbania o mój rozwój i stan emocjonalny. To moja odpowiedzialność.

fot. Bożena Szuj

⛵️ Walka za wszelką cenę

fot. Bożena Szuj

Byłam w swoim życiu „porzucana”, ale też odchodziłam. I w relacjach romantycznych, i przyjacielskich. Doświadczyłam strasznych, przemocowych, łamiących moją kształtującą się psychikę „porzuceń”, ale też takich, które były nieuniknione, ale tak łagodne, że kompletnie ulotniły się z mojej pamięci. Moje odejścia spotykały się zarówno z ogromną klasą i zrozumieniem (pomimo bólu), jak i gigantyczną agresją, a nawet też zupełnym wyparciem połączonym z wieloletnim stalkingiem. Większość mojego życia – choć żadnego ze swoich rozstań nigdy nie żałowałam – uważałam, że rozstanie jest jakimś rodzajem życiowej porażki. Wkradło się we mnie jakieś straszne zero-jedynkowe myślenie, że koniec relacji podważa jej wartość. To oczywiście kompletna bzdura. Ludzie pojawiają się w naszym życiu z różnych powodów i na jakiś czas. I oni, i nasze z nimi interakcje, to życiowe lekcje. Jeśli tego nie widzimy, nie będziemy się w stanie niczego z nich nauczyć, prawdopodobnie ciągle popełniając te same błędy.
Z pewnością nie bez znaczenia jest też fakt, że wychowywałam się w czasach, w których bardzo demonizowało się rozstania. Sama – co dziś przyznaję z ogromnym wstydem – wiele lat nosiłam w sobie nieprawdziwe i krzywdzące przekonanie, że związki się rozpadają, bo ludzie idą na łatwiznę.

Łatwiej coś wyrzucić, niż zreperować.

– straszna maksyma, pełna oceny i pogardy dla osób, o których nie wiemy absolutnie nic

Tymczasem związki rozpadają się, kiedy o nie nie dbamy, ale… wcale nie w momencie, w którym jedno z dwojga zorientuje się, że nie jest mu dobrze. Wtedy na ogół (choć nie zawsze) jest już za późno. Rozpadają się, kiedy nie dbamy o nie od samego początku, każdego dnia wykonując nad związkiem pracę. Każdego dnia przyglądając się sobie, partnerowi i relacji. W przypadku związków toksycznych, przemocowych, rozstanie jest jedynym ratunkiem.
Często słyszę o „dobru dziecka”. Pracowałam w szkole podstawowej, widziałam, jak nieszczęśliwe są dzieci, których rodzice się rozstali. To są dramaty, które rozdzierają serce. Ale… myślę, że często zapominamy o tym, że rolą rodziców jest pokazanie dziecku zdrowych schematów, które pomogą mu w przyszłości dobrze funkcjonować w świecie. Jakie wzorce wytworzy w młodym człowieku dorastanie w domu, w którym rodzice się nie kochają? Znam dorosłych dziś ludzi, którzy mają pretensje do swoich rodziców, że nigdy się nie rozwiedli, bo życie ze sobą pod jednym dachem było dla wszystkich męczarnią. Czy najgorszych burz nie da się jednak przetrwać? Jak najbardziej się da! Co więcej, one mogą niesłychanie relację wzmocnić. Ale do tego trzeba pracy u podstaw, terapii, a przede wszystkim chęci wyjścia ze schematów, w które się zaplątaliśmy. Nie wystarczy się nie rozwieść i czekać na cud. (Spojler alert – on nie nastąpi.) Małżeństwo kontynuowane na siłę bez wprowadzenia sensownego planu naprawczego przypomina reanimowanie nieboszczyka. Inaczej sprawa się ma z relacjami przyjacielskimi. Nikt nie wywiera na nas presji, by je utrzymywać, kiedy wygasną.
Czy warto walczyć o kogoś w naszym życiu za wszelką cenę? Już kiedyś pisałam, że pewien bardzo mądry człowiek powiedział mi kiedyś:

Nigdy nie walcz – pracuj! Jeśli walczysz, zawsze możesz przegrać. Jeśli pracujesz, możesz co najwyżej nie osiągnąć swojego celu tak szybko, jak sobie zaplanowałaś.

– Pewien Bardzo Mądry Człowiek

To otworzyło mi szeroko oczy i sprawiło, że przerzuciłam zwrotnicę. Od chwili, w której usłyszałam te słowa, nie walczę już o nikogo. Choć walka jest od pracy znacznie bardziej spektakularna, lepiej brzmi i generalnie ma lepszy PR, to kompletnie mnie do niej nie ciągnie. Nad ważnymi relacjami staram się pracować, ale ta praca – a przede wszystkim chęć jej podjęcia – musi płynąć z obydwu stron. W pojedynkę niczego w tej kwestii nie zdziałamy. Możemy się jednak upewnić, że zrobiliśmy wszystko, by tę pracę wspólnie podjąć. Ale kiedy druga strona nie jest gotowa… Cóż, if you love somebody set them free. Może kiedyś będzie gotowa. Może nawet wtedy my też będziemy. A może nie. I to też będzie okej.

fot. Bożena Szuj

⛵️ Punkt odniesienia

fot. Bożena Szuj

Długi czas nie wiedziałam, kim jestem. Nie miałam ze sobą prawie w ogóle kontaktu. Przeglądałam się w oczach innych ludzi. Kiedy ktoś mnie skomplementował czy pochwalił – myślałam o sobie dobrze. Dostałam „pozwolenie”. Kiedy ktoś wyraził się o mnie negatywnie, czy mnie zganił – myślałam o sobie źle. Dryfowanie między opiniami innych jest wykańczające, bo każdy ma inną na nasz temat, a przede wszystkim sprawia, że żyjemy w nieprawdzie. Nikt nie wie o nas samych tego, co my o sobie wiemy. Nawet, jeśli nasza relacja z samym sobą jest ciągle trochę zaburzona i nie do końca mamy do siebie dostęp. To nadal nie znaczy, że inni wiedzą o naszych potrzebach i tym, jak nas uszczęśliwić, więcej niż my sami. Bliscy wiedzą dużo, ale inaczej niż my.
W tym roku niestety, o czym już pisałam, dopadł mnie omicron i udało mi się dotrzeć tylko na finałowy (doskonały!) koncert Warszawskiej Jesieni. Zaobserwowałam wtedy coś niesamowitego, co być może nigdy nie miałoby miejsca, gdyby nie moje ogólne osłabienie. Wbiłam się w sukienkę, zrobiłam makijaż, założyłam biżuterię, pasek, buty i… poczułam się fantastycznie sama ze sobą i sama dla siebie. Uświadomienie sobie tego było dla mnie przełomowe, bo równocześnie zrozumiałam (co było bardzo smutną konstatacją), że przez wszystkie te lata moim punktem odniesienia byli inni ludzie.

Po pierwsze mężczyźni:

  • ci, których dopiero zdobywałam,
  • ci, z którymi się potajemnie spotykałam,
  • ci, z którymi już nie byłam i którym chciałam pokazać, co stracili
  • jacyś nieokreśleni, którzy się mną dopiero zachwycą

Ale też kobiety:

  • te, które krzywo spojrzą na mój zbyt głęboki dekolt czy za krótką spódniczkę
  • te, które od zawsze deklarują uwielbienie mojego stylu i wyczekują z niecierpliwością mojej kolejnej odsłony
  • te, które są dziś z mężczyznami, z którymi się spotykałam
  • te, które były kiedyś z mężczyznami, z którymi się spotykałam

I kiedy stałam tak teraz przed lustrem i przed wyjściem, pomyślałam, że dawna ja w sytuacji, w której dziś jestem, czyli w szczęśliwym związku, ale chwilowo bez partnera u boku, uzależniłaby myślenie o sobie i swoim wyglądzie od pokazania się mu w kamerce czatu i zachwytu w jego oczach. Tymczasem spojrzałam w lustro zza tego całego kataru, utrzymujących się jeszcze mdłości, czekając aż po Thiocodinie ustąpi na czas koncertu mój kaszel i pomyślałam:

Czuję się mega sexy.

I po raz pierwszy nie oczekiwałam potwierdzenia z zewnątrz. Wręcz przeciwnie. Czułam się sexy i nie stał za tym nikt inny oprócz mnie samej. Żadna obietnica namiętnej nocy, żadne wspomnienia złe czy dobre, żadne pragnienie. Byłam całkowicie spełniona i spokojna. Każdy komplement, a także zachwyt w oczach mojego Partnera po pokazaniu się mu w kamerce czatu były niezwykle miłym, ale dodatkiem. Czymś ekstra. Sama stałam się własnym punktem odniesienia, z czego płynął niezwykły spokój.
Czy po odzyskaniu odebranych przez covid sił znowu z niepokojem zaczęłam sprawdzać, jak reagują na mnie inni ludzie? Jak odbierają to, co mam do powiedzenia, to, co robię, jak żyję, jak wyglądam? Niestety tak. Ale wiem już, nad czym chcę popracować, bo bycie choć przez chwilę własnym punktem odniesienia było jednym z piękniejszych doświadczeń w moim życiu. Poczułam, że każde rozstanie, nawet to, którego sobie nie wyobrażam i którego nie chcę, zniosę, bo mam za plecami wspaniałą Osobę, która nigdy mnie nie opuści. Samą siebie.

fot. Bożena Szuj

P.S. A na deser łączę swoją ulubioną piosenkę Anny Marii Jopek z Patem Methenym.

fot. Bożena Szuj